192 osoby interesują się tą książką

Opis

Małe kobietki”– siła kobiet na kartach powieści i wielkim ekranie.

Wspaniale wydana, bogato ilustrowana kadrami z filmu klasyka literatury.

Małe kobietki” i „Dobre żony” – jedyne dostępne wydanie zawierające dwa tomy autorstwa Louisy May Alcott, należące do światowego kanonu literatury.

Czym jest wolność i jak podążać własną ścieżką? Pod koniec XIX wieku niewiele kobiet się nad tym zastanawia, jednak Marmee March uczy tej postawy swoje córki. Meg, Jo, Beth i Amy – cztery siostry o wyrazistych charakterach, mimo trwającej wojny secesyjnej, nieobecności ojca i wielu trudności dzielą się z innymi entuzjazmem i miłością do życia.

Od powstania „Małych kobietek” minęło sto pięćdziesiąt lat, a jednak ponadczasowa powieść niezmiennie inspiruje kolejne pokolenia; to historia o dorastaniu, buncie przeciw społecznym oczekiwaniom, zwłaszcza wobec kobiet, i balansowaniu pomiędzy potrzebą niezależności a miłością.

31 stycznia 2020 premierę będzie miała ekranizacja książki z gwiazdorską obsadą: Meryl Streep, Emmą Watson, Laurą Dern, Saoirse Ronan i Timothée Chalametem – w reżyserii nominowanej do Oscara® Grety Gerwig.

O autorce

Louisa May Alcott ‒ żyjąca w latach 1832-1888 amerykańska pisarka, jedna z pionierek feminizmu, której światową sławę przyniosły Małe kobietki. Powieść, raz pierwszy wydana w dwóch tomach w latach 60. dziewiętnastego wieku, oparta jest na biografii autorki i jej sióstr i dotyczy lat spędzonych w Concord w stanie Massachusetts.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 830

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Little Women Motion Picture Artwork © 2019 CTMG. All rights reserved. First published in the English language in 2019 By Amulet Books, an imprint of Harry N. Abrams, Incorporated, New York
ORIGINAL ENGLISH TITLE: LITTLE WOMEN: THE ORIGINAL CLASSIC NOVEL FEATURING PHOTOS FROM THE FILM! (All rights reserved in all countries by Harry N. Abrams, Inc.) Część I: copyright © for the Polish translation by Ludmiła Melchior-Yahil, 2018 na podstawie IV wydania w tym tłumaczeniu, Grupa Wydawnicza Foksal, 2018. Część II: copyright © for the Polish translation by Poradnia K, 2020 na podstawie I wydania w tym tłumaczeniu, Tenten, 1992. Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020
Motion Picture Artwork: © 2019 CTMG. All rights reserved.
Photographs by Wilson Webb
Book design by Headcase Design
Photos Edited by Roxy Campos
Adaptacja projektu okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
Adaptacja projektu składu: MARZENA PIŁKO
Korekta: MAGDALENA GERAGA
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-72-3
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: [email protected] www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Idź więc, ma Księgo, by pokazać bliźnim

Którzy powitać cię i przyjąć winni,

Cóż to zaś kryjesz zamknięte w swej piersi,

By i pokazać, i nauczać, jeśli

Błogosławieństwa twego pragną szczerze,

By lepiej niż my okrzepnąć w swej Wierze.

O Miłosierdziu mów, ono to bowiem,

Pierwsze w pielgrzymkę ruszyło za Słowem,

Niech je poznają panny; niech zagości

W sercach ich obok światowej mądrości,

Aby zbłąkane dziewczę za świętością

Śladami Pana stąpało z radością.[*]

ROZDZIAŁ I

Zabawa w pielgrzymów

– Święta Bożego Narodzenia bez prezentów to nie święta – mruczała Jo, leżąc na dywanie.

– To takie okropne być biednym! – westchnęła Meg, spoglądając na swą starą sukienkę.

– Uważam, że to niesprawiedliwe, aby jedne dziewczynki miały dużo ładnych rzeczy, a inne nie miały nic a nic – dodała mała Amy obrażonym głosem.

– Mamy ojca i matkę, i siebie nawzajem – odezwała się ze swojego kącika Beth zupełnie zadowolonym tonem.

Cztery młode twarze, na które padał blask ognia z kominka, rozjaśniły się na te pogodne słowa, po czym znów spochmurniały i Jo powiedziała ze smutkiem:

– Nie mamy ojca i jeszcze długo nie będziemy go miały.

Nie powiedziała „może już nigdy”, ale każda dodała to sobie po cichu, myśląc o ojcu, który był gdzieś daleko, tam, gdzie toczyły się walki.

Przez chwilę panowała cisza. Meg przerwała ją, mówiąc zmienionym tonem:

– Jak wiecie, mama zaproponowała, żeby na Gwiazdkę nie było prezentów. Powiedziała tak dlatego, że ta zima będzie dla wszystkich ciężka i mama uważa, że nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, podczas gdy nasi mężczyźni cierpią na froncie. Nie jesteśmy w stanie wiele zrobić, ale możemy przecież zdobyć się na drobne wyrzeczenie, i to z ochotą. Obawiam się tylko, że ja nie potrafię. – Tu Meg pokręciła głową, myśląc z żalem o wszystkich ładnych rzeczach, których tak bardzo pragnęła.

– Naprawdę nie sądzę, żeby nasze drobne oszczędności mogły się na coś przydać. Każda z nas ma tylko dolara i niewiele pomożemy armii, oddając taką sumę. Zgadzam się z tym, żeby nie oczekiwać niczego od matki czy od was, ale chcę sama kupić sobie Undine i Sintrama[1]. Marzę o tym już od tak dawna – stwierdziła Jo, znana jako mól książkowy.

– Miałam zamiar wydać mojego dolara na nowe nuty – szepnęła Beth z lekkim westchnieniem, którego nie usłyszał nikt oprócz szczotki przy kominku i czajnika.

– Ja kupię sobie ładne pudełko kredek Fabera. Są mi naprawdę potrzebne – powiedziała zdecydowanie Amy.

– Matka nic nie mówiła o naszych pieniądzach i nie pragnie przecież, żebyśmy wyrzekały się wszystkiego. Kupmy sobie to, na co każda z nas ma ochotę, i miejmy trochę radości. Pewna jestem, że solidnie na to zapracowałyśmy – zawołała Jo, spoglądając niczym chłopak na obcasy swoich butów.

– Wiem, że ja na pewno tak, ucząc prawie przez cały dzień te męczące dzieciaki, podczas gdy tak tęsknię za zabawami w domu – zaczęła znowu narzekać Meg.

– Nie jest ci nawet w połowie tak ciężko jak mnie – powiedziała Jo. – Ciekawe, jak by ci się podobało sterczeć przez całe godziny z nerwową i kapryśną starą damą, która wciąż popędza, nigdy nie jest zadowolona i dręczy cię tak, że masz ochotę uciekać przez okno albo płakać?

– To niegrzecznie grymasić, ale ja naprawdę myślę, że zmywanie naczyń i utrzymywanie wszystkiego w porządku to najgorsza praca na świecie. Złości mnie to, a moje ręce tak sztywnieją, że nie mogę porządnie ćwiczyć. – Beth popatrzyła na swoje szorstkie dłonie, tym razem głośno wzdychając.

– Nie przypuszczam, żeby któraś z was cierpiała tak jak ja! – zawołała Amy. – Wy nie musicie chodzić do szkoły z tymi wstrętnymi dziewczynami, które dręczą cię, jeśli czegoś nie umiesz, wyśmiewają się z twoich sukienek, robią z twojego ojca karytekturę, jeśli nie jest bogaty, i obrażają cię, jeśli nie masz ładnego nosa.

– Jeśli masz na myśli karykaturę, to tak powiedz, zamiast mówić o tekturach, jakby papa był jakimś produktem do opakowania – poradziła ze śmiechem Jo.

– Wiem, co mam na myśli, i nie musisz być od razu taka iraniczna. Powinno się używać ciekawych słów i poszerzać swoje słownictwo – odparła z godnością Amy.

– Przestańcie się przedrzeźniać, dzieci. Czy nie wolałabyś, Jo, żebyśmy mieli pieniądze, które papa stracił, kiedy byłyśmy jeszcze małe? Mój Boże! Jakie byłybyśmy szczęśliwe i dobre, gdybyśmy nie miały zmartwień! – westchnęła Meg, pamiętająca lepsze czasy.

– Mówiłaś kiedyś, że twoim zdaniem jesteśmy znacznie szczęśliwsze niż dzieci Kingów, które wciąż się kłócą i złoszczą mimo wszystkich swoich pieniędzy.

– Powiedziałam tak, Beth, i myślę, że tak jest, bo chociaż musimy pracować, to przecież świetnie się bawimy i stanowimy całkiem niezłą paczkę, jak powiedziałaby Jo.

– Tak, Jo używa takich żargonowych wyrażeń! – zauważyła Amy, spoglądając z naganą na długą postać siostry wyciągniętą na dywanie.

Jo natychmiast usiadła, włożyła ręce do kieszeni i zaczęła gwizdać.

– Jo, przestań, zachowujesz się jak chłopak!

– Dlatego to robię!

– Nie cierpię prostackich dziewczyn, które nie zachowują się jak damy!

– Nienawidzę afektowanych, zmanierowanych dzierlatek!

– „Zgodne ptaszęta w gniazdkach swych”[2] – zaśpiewała Beth rozjemca, robiąc tak zabawną minę, że oba ostre głosy złagodniały w śmiechu i tym razem „dziobanie” zostało zakończone.

– Doprawdy, dziewczęta, obie jesteście winne – powiedziała Meg, rozpoczynając swoje kazanie w stylu najstarszej siostry. – Józefino, jesteś już dostatecznie dorosła, żeby wyzbyć się tych chłopięcych manier i zachowywać przyzwoiciej. Gdy byłaś małą dziewczynką, nie miało to większego znaczenia, ale teraz, kiedy tak urosłaś i upinasz już włosy, powinnaś pamiętać o tym, że jesteś młodą damą.

– Nie jestem! A jeśli czyni mnie nią upinanie włosów, to będę je czesać w dwa ogony aż do dwudziestki – zawołała Jo, zrywając z włosów siatkę i rozrzucając kasztanową grzywę. – Nienawidzę myśli o tym, że mam dorosnąć, zostać panną March, nosić długie suknie i wyglądać równie sztywno jak chiński aster! Już samo bycie dziewczyną jest dostatecznie okropne, kiedy ktoś tak jak ja lubi chłopięce zabawy, prace i zwyczaje! Nie mogę pogodzić się z tym, że nie jestem chłopcem, a teraz jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem, bo tak bardzo chciałabym iść i walczyć razem z papą, a mogę tylko siedzieć w domu i robić na drutach jak nudna starowinka! – I Jo potrząsnęła robioną właśnie niebieską żołnierską skarpetką tak, że druty zabrzęczały jak kastaniety, a kłębek wełny potoczył się przez pokój.

– Biedna Jo! To straszne, ale nie ma rady, więc musisz się zadowolić przekręcaniem swojego imienia na chłopięce i odgrywaniem roli brata wobec nas, dziewcząt – powiedziała Beth, gładząc siostrzaną głowę ręką, której łagodnego dotyku nie mogły zmienić wszystkie na tym świecie zmywania naczyń i odkurzania.

– Co do ciebie, Amy – kontynuowała Meg – to jesteś zdecydowanie zbyt drobiazgowa i sztywna. Teraz twoje miny są zabawne, ale jeśli się nie postarasz, to wyrośniesz na afektowaną gąskę. Lubię twoje przyjemne maniery i subtelny sposób mówienia, kiedy nie starasz się być elegancka, ale twoje absurdalne słownictwo jest równie złe jak żargon Jo.

– Jeśli Jo nazywasz chłopczycą, a Amy gęsią, to kim, bardzo proszę, jestem ja? – zapytała Beth, gotowa wspólnie z siostrami wysłuchać kazania.

– Ty jesteś kochana, i nic innego – odparła ciepło Meg, nikt też nie zaprzeczył, bo „Myszka” była ulubienicą całej rodziny.

Ponieważ młodzi czytelnicy lubią wiedzieć, „jak ludzie wyglądają”, poświęcimy teraz chwilę, żeby pokrótce naszkicować portrety czterech sióstr, które siedziały w zapadającym zmierzchu, robiąc na drutach, podczas gdy grudniowy śnieg padał cichutko na dworze, a ogień trzaskał wesoło w kominku. Był to wygodny staroświecki pokój, gdyż mimo wyblakłego dywanu i zwyczajnych mebli na ścianach wisiało parę dobrych obrazów, książki wypełniały wszystkie wnęki, chryzantemy i poinsecje kwitły w oknach, a wokół panowała atmosfera domowego spokoju.

Margaret, najstarsza z całej czwórki, miała szesnaście lat. Była bardzo ładna: krągła, o jasnej cerze, z dużymi oczami, masą delikatnych brązowych włosów, ze słodkimi ustami i białymi dłońmi, stanowiącymi przedmiot jej próżności. Piętnastoletnia Jo była bardzo wysoka, chuda i smagła. Przypominała źrebię, gdyż wydawało się, że nigdy nie wiedziała, co zrobić ze swoimi długimi kończynami, które wciąż jej zawadzały. Miała zdecydowanie zarysowane usta, figlarny nos i bystre szare oczy, zdające się wszystko dostrzegać; były kolejno to groźne, to wesołe, to znów zamyślone. Długie gęste włosy stanowiły jedyny atut jej urody, ale zazwyczaj upychała je w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Jo miała okrągłe ramiona, duże stopy i ręce, rozwichrzone stroje i skrępowany wygląd dziewczyny, która gwałtownie zmieniała się w kobietę, czego nie lubiła. Elizabeth – albo Beth, jak ją wszyscy nazywali – była różaną, gładkowłosą i jasnooką dziewczynką lat trzynastu, o nieśmiałym sposobie bycia, cichym głosie i łagodnym usposobieniu, rzadko ulegającym zmianie. Ojciec nazywał ją Maleńką Ciszą i imię to świetnie do niej pasowało, gdyż zdawała się żyć we własnym szczęśliwym świecie, wyruszając z niego tylko na spotkanie tych kilku osób, które darzyła zaufaniem i kochała. Amy, mimo że najmłodsza, była najważniejsza – przynajmniej we własnym mniemaniu. Prawdziwa śnieżynka, o niebieskich oczach i złotych lokach wijących się na ramionach, blada i szczupła, i zawsze zachowująca się jak dbająca o maniery młoda dama. Jakie były charaktery czterech sióstr, pozostawimy do późniejszego wyjaśnienia.

Zegar wybił szóstą i Beth, zamiótłszy palenisko, ustawiła obok do ogrzania parę kapci. Już sam widok starych pantofli dobrze wpłynął na dziewczęta, bo oznaczał szybki powrót matki, toteż wszystkie rozpogodziły się, czekając na nią. Meg przestała pouczać siostry i zapaliła lampę, Amy bez proszenia wstała z fotela, a Jo zapomniała o tym, jak bardzo była zmęczona, i usiadła, żeby przytrzymać kapcie bliżej płomienia.

– Są już całkiem znoszone. Mamusia powinna mieć parę nowych.

– Miałam zamiar kupić je dla niej za mojego dolara – powiedziała Beth.

– Nie, ja kupię! – zawołała Amy.

– Ja jestem najstarsza – zaczęła Meg, ale Jo przerwała jej zdecydowanie:

– Teraz, kiedy nie ma papy, ja jestem w tym domu mężczyzną i ja postaram się o kapcie, bo to mnie powiedział, żebym się szczególnie troszczyła o matkę pod jego nieobecność.

– Powiem wam, co zrobimy – powiedziała Beth. – Niech każda z nas kupi jej coś na Gwiazdkę, zamiast kupować sobie.

– To cała ty, kochanie! Co kupimy? – wykrzyknęła Jo.

Wszystkie zastanawiały się poważnie przez minutę, po czym Meg obwieściła, tak jakby pomysł ten przyszedł jej do głowy na widok własnych pięknych rąk:

– Ja dam jej parę ładnych rękawiczek.

– Wojskowe buty, najlepsze, jakie są! – zawołała Jo.

– Chusteczki do nosa, wszystkie obrębione – powiedziała Beth.

– Ja dam małą butelkę wody kolońskiej. Mama ją lubi i to niedużo kosztuje, więc zostanie mi jeszcze na moje kredki – dodała Amy.

– Jak my jej to wszystko damy? – zapytała Meg.

– Ułożymy na stole, przyprowadzimy ją i będziemy patrzeć, jak otwiera pakunki. Nie pamiętasz, jak robiłyśmy to na nasze urodziny? – odpowiedziała Jo.

– Zawsze tak się bałam, kiedy na mnie wypadała kolej, żeby zasiąść w wielkim fotelu w koronie i patrzeć, jak wy wszystkie maszerujecie wokół, żeby mnie pocałować i wręczyć prezent. Lubiłam prezenty i pocałunki, ale to było takie straszne, kiedy siedziałyście, przyglądając się, jak je rozpakowuję – stwierdziła Beth z twarzą niemal tak rumianą jak grzanka, którą właśnie przygotowywała do herbaty.

– Pozwólmy Marmisi myśleć, że kupujemy coś dla siebie, i zróbmy jej niespodziankę. Meg, musimy iść jutro po południu po zakupy. I tyle jest jeszcze pracy przy sztuce na Gwiazdkę – powiedziała Jo, maszerując tam i z powrotem z rękami założonymi do tyłu i z nosem uniesionym do góry.

– Po tym przedstawieniu nie mam zamiaru więcej występować. Staję się za dorosła na takie rzeczy – zauważyła Meg, która gdy w grę wchodziły „przebierane swawole”, była takim samym dzieckiem jak dawniej.

– Dobrze wiem, że nie przestaniesz, dopóki możesz paradować w białej sukni z rozpuszczonymi włosami, obwieszona biżuterią ze złotego papieru. Jesteś najlepszą aktorką, jaką mamy, i byłby to koniec wszystkiego, gdybyś opuściła pokład – powiedziała Jo. – Powinnyśmy zrobić dziś wieczorem próbę. Chodź tu, Amy, i powtórz scenę omdlenia, bo jesteś w niej sztywna jak pogrzebacz.

– Nic na to nie poradzę. Nigdy nie widziałam nikogo mdlejącego, a nie mam zamiaru, tak jak ty, robić się blada jak trup i padać plackiem. Jeśli mogę upadać powoli, to upadnę. Jeśli nie, to z wdziękiem osunę się na fotel. Nie obchodzi mnie to, czy Hugo grozi mi pistoletem – odparła Amy, która pozbawiona aktorskich uzdolnień, została wybrana tylko dlatego, że była dostatecznie mała, by czarny charakter dramatu zdołał ją, wrzeszczącą, unieść.

– Zrób to tak. Załam w ten sposób ręce i rzuć się przez pokój, krzycząc rozpaczliwie: „Roderigo! Ratuj mnie! Ratuj!”. – I Jo ruszyła, wydając melodramatyczny okrzyk, który był prawdziwie wstrząsający.

Amy podążyła za nią, ale ze sztywno wyciągniętymi przed siebie rękoma, i poruszała się jak automat, a jej „Och!” bardziej sugerowało, że ścierpła, niż jakikolwiek lęk czy niepokój. Jo jęknęła z rozpaczy, a Meg roześmiała się głośno, podczas gdy Beth przypaliła chleb, przyglądając się zabawie z zainteresowaniem.

– To bezcelowe! Podczas przedstawienia staraj się ze wszystkich sił, ale jeśli publiczność będzie się śmiała, nie miej do mnie pretensji. Chodź, Meg, teraz ty.

Dalej wszystko poszło składnie, bo Don Pedro rzucił światu wyzwanie w mowie na dwie strony, nawet się nie zająknąwszy. Czarownica Hagar odmówiła straszliwe zaklęcia nad kotłem pełnym gotujących się ropuch i wywołała fatalne skutki. Roderigo mężnie porozrywał swe łańcuchy, a Hugo zmarł z powodu skruchy i arszeniku, z dzikim „Ha, ha!” na ustach.

– To najlepsza z naszych sztuk – powiedziała Meg, kiedy zmarły złoczyńca usiadł, rozcierając sobie łokcie.

– Naprawdę nie wiem, Jo, jak ty potrafisz napisać i zagrać coś tak wspaniałego. Jesteś po prostu Szekspirem! – wykrzyknęła Beth, która głęboko wierzyła, że jej siostry we wszystkich dziedzinach obdarzone były cudownymi talentami.

– Niezupełnie – odparła skromnie Jo. – I ja myślę, że Klątwa czarownicy. Tragedia operowa jest niezłym przedstawieniem, ale gdybyśmy tylko miały zapadnię dla Banka, to chciałabym spróbować Makbeta. Zawsze marzyłam o zagraniu sceny zabójstwa. „Czy to jest sztylet, co przede mną błyszczy”[3] – mamrotała Jo, przewracając oczyma i ściskając w ręku powietrze, tak jak to widziała w wykonaniu pewnego sławnego aktora.

– Nie, to rożen z nadzianym nań zamiast chleba butem mamy! Beth została teatromanką! – zawołała Meg i próba zakończyła się ogólnym wybuchem śmiechu.

– Cieszę się, że znajduję was w tak dobrych humorach, dziewczęta – dobiegł od drzwi pogodny głos, a aktorzy i widownia odwrócili się, żeby powitać wysoką damę o macierzyńskim wyglądzie, której postać zdawała się pytać: „W czym mogę ci pomóc?” w prawdziwie przemiły sposób. Nie była elegancko ubrana, lecz mimo to miała szlachetny wygląd i dziewczęta uważały, że szary płaszcz i niemodny czepek okrywały najwspanialszą matkę na świecie. – No i cóż, moje drogie, jak spędziłyście dzień? Tyle było pracy z przygotowywaniem na jutro wszystkich paczek, że nie mogłam przyjść do domu na obiad. Beth, czy nikt nie przychodził? Jak twoje przeziębienie, Meg? Jo, wyglądasz na straszliwie zmęczoną. Chodź i pocałuj mnie, maleńka.

Czyniąc te macierzyńskie uwagi, pani March zdjęła mokre okrycie, włożyła ciepłe kapcie i usiadłszy w fotelu, wzięła Amy na kolana, gotowa już rozkoszować się tą najszczęśliwszą godziną swojego pracowitego dnia. Dziewczęta fruwały dookoła, starając się dogodzić mamie, każda na swój sposób. Meg nakryła stół do herbaty. Jo przyniosła drewno i ustawiła krzesła, upuszczając, potrącając i popychając z łoskotem wszystko, czego dotknęła. Beth dreptała z pokoju do kuchni, cicha i zajęta, podczas gdy Amy wydawała wszystkim polecenia, siedząc z założonymi rękoma.

Kiedy zebrały się wokół stołu, pani March powiedziała z wyrazem szczególnego szczęścia na twarzy:

– Mam dla was po kolacji niespodziankę.

Nagły radosny uśmiech obiegł dookoła jak promień słońca. Beth klasnęła w dłonie, nie zważając na biszkopt, który trzymała, a Jo podrzuciła serwetkę, wołając:

– List! List! Trzykrotne hurra dla ojca!

– Tak, miły długi list. Dobrze się czuje i myśli, że wbrew naszym obawom przetrzyma zimę lepiej, niż się spodziewałyśmy. Składa wszystkim bardzo serdeczne pozdrowienia z okazji świąt, a wam, dziewczęta, przesyła coś specjalnego – powiedziała pani March, głaszcząc swoją kieszeń tak, jakby miała w niej skarb.

– Pospieszcie się i kończmy! Amy, tylko nie przerywaj jedzenia, żeby nawijać sobie loki na paluszek albo wdzięczyć się nad swoim talerzem! – zawołała Jo i zaczęła krztusić się herbatą, upuszczając na podłogę chleb posmarowaną stroną na dół, byle tylko przyspieszyć duchową ucztę.

Beth przestała jeść i odeszła, żeby usiąść w swoim ciemnym kątku i oczekiwać na przyjemność, która miała nadejść, gdy wszystkie będą gotowe.

– Uważam, że ojciec postąpił wspaniale, idąc na front jako kapelan, mimo że jest już za stary na pobór i nie dość silny na żołnierza – powiedziała ciepło Meg.

– Och, gdybym tak mogła pójść jako dobosz, jako markietka czy jak to się nazywa? Albo jako pielęgniarka, tak żeby być blisko niego i pomagać mu – wyjęczała Jo.

– To musi być bardzo nieprzyjemne, kiedy trzeba spać w namiocie, jeść różne niesmaczne rzeczy i pić z blaszanego kubka – westchnęła Amy.

– Kiedy on wróci do domu, Marmisiu? – zapytała Beth z lekkim drżeniem w głosie.

– Nie prędzej niż za wiele miesięcy, kochanie, chyba że będzie chory. Pozostanie najdłużej, jak będzie mógł, i wiernie wypełni swoje obowiązki, a my nie wezwiemy go do powrotu ani o minutę wcześniej niż termin zwolnienia. A teraz chodźcie i posłuchajcie listu.

Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w dużym fotelu, z Beth u swoich stóp, Meg i Amy przysiadły na obu oparciach fotela, a Jo stanęła z tyłu, tak żeby nikt nie mógł zobaczyć śladu emocji na jej twarzy, gdyby lektura okazała się wzruszająca. W tych ciężkich czasach niewiele pisano listów, które nie byłyby wzruszające, zwłaszcza jeśli chodzi o te wysyłane do domów przez ojców. W liście tym niewiele miejsca zajmowały informacje o pokonywanych trudnościach, grożących niebezpieczeństwach i przezwyciężanej tęsknocie za domem. Miał pogodny, optymistyczny ton, zawierał dużo barwnych opisów obozowego życia, marszów i wojskowych nowinek i tylko pod sam koniec serce piszącego opanowały ojcowska miłość i tęsknota za pozostawionymi w domu dziewczynkami.

Przekaż im wszystkim miłość i ucałowania. Powiedz, że myślę o nich w ciągu dnia, modlę się za nie w nocy i zawsze znajduję największe pocieszenie w ich oddaniu. Rok wydaje się tak długim czasem oczekiwania na chwilę, kiedy je znów zobaczę, ale przypomnij im, że mogą wszystkie pracować, a wtedy te trudne dni nie pójdą na marne. Wiem, że będą pamiętały wszystko, co im powiedziałem, że będą dla ciebie kochającymi dziećmi, wiernie spełnią swoje obowiązki, dzielnie pokonają swych wewnętrznych wrogów i dorosną tak pięknie, że kiedy do nich wrócę, będę mógł być bardziej niż kiedykolwiek dumny z moich kobietek.

Przy czytaniu tej części listu wszystkie zaczęły pociągać nosami. Jo nie wstydziła się wielkiej łzy, która kapnęła z końca jej nosa, a Amy nie martwiła się o potargane loki, kiedy ukryła twarz na ramieniu matki i wyszlochała:

– Jestem samolubną dziewczyną! Ale naprawdę postaram się być lepsza, tak żeby się na mnie nie zawiódł w przyszłości.

– Wszystkie się postaramy! – zawołała Meg. – Ja za dużo myślę o swoim wyglądzie i nie cierpię pracy, ale to się zmieni, jeśli tylko dam radę.

– Ja też spróbuję i może będę, jak lubi mnie nazywać, „kobietką”, a nie taką dziką i nieokrzesaną, i postaram się wypełniać moje obowiązki tutaj, zamiast pragnąć być gdzie indziej – odrzekła Jo i przyznała w duchu, że poskramianie własnego temperamentu tu, w domu, było znacznie trudniejszym zadaniem niż stawianie czoła kilku rebeliantom tam, na Południu.

Beth nic nie powiedziała, ale otarła łzy niebieską wojskową skarpetką i zaczęła energicznie robić na drutach, nie odwlekając wypełnienia obowiązku, który był tuż obok, a w duszy postanawiając być taką, jaką ojciec pragnął ją zastać, kiedy koniec roku przyniesie jego szczęśliwy powrót do domu.

Pani March przerwała pogodnym głosem ciszę, jaka zapadła po słowach Jo:

– Czy pamiętacie, jak bawiłyście się w pochód pielgrzymów, kiedy byłyście małe? Nic nie cieszyło was bardziej niż to, że zawiązywałam wam na plecach moje woreczki na ścinki jako torby pielgrzymie, dawałam kapelusze, kije i rulony papieru i pozwalałam wam wędrować po domu od piwnicy, gdzie było Miasto Zniszczenia, wysoko, wysoko na dach, gdzie znajdowałyście różne wspaniałe rzeczy, z których budowałyście Niebiańskie Miasto.

– Jakaż to była zabawa, zwłaszcza wędrówka koło lwów, walka z Abaddonem i przeprawa przez dolinę, gdzie mieszkały skrzaty! – wykrzyknęła Jo.

– Ja lubiłam to miejsce, w którym tobołki spadały i toczyły się w dół po schodach – powiedziała Meg.

– Moja ulubiona część była wtedy, kiedy wychodziłyśmy na płaski dach, gdzie znajdowały się nasze kwiaty, drzewa i różne piękne rzeczy, i wszystkie stałyśmy, śpiewając w słońcu z radości – dodała Beth, uśmiechając się tak, jakby powróciła do niej ta miła chwila.

– Niewiele z tego pamiętam poza tym, że bałam się piwnicy i ciemnego wejścia i że zawsze lubiłam ciastko i mleko, które dostawałyśmy na górze. Gdybym nie była za dorosła na takie rzeczy, to chętnie znów bym się w to pobawiła – powiedziała Amy, zaczynająca już w dojrzałym wieku lat dwunastu napomykać o porzucaniu dziecinnych zabaw.

– Nigdy nie jesteśmy na to zbyt dorośli, kochanie, bo jest to gra, w której uczestniczymy przez cały czas, w ten czy inny sposób. Mamy swoje ciężary, naszą drogę przed nami, a dążenie do dobra i szczęścia może być przewodnikiem wiodącym przez liczne kłopoty i błędy do osiągnięcia pokoju, jakim jest prawdziwe Niebiańskie Miasto. A teraz, moi mali pielgrzymi, spróbujcie zacząć jeszcze raz, tym razem nie w zabawie, lecz naprawdę, i zobaczymy, dokąd dotrzecie, zanim ojciec powróci do domu.

– Naprawdę, mamo? Gdzie są nasze tobołki? – zapytała Amy, która była bardzo dosłowną młodą damą.

– Każda z was, z wyjątkiem Beth, powiedziała przed chwilą, jaki niesie ciężar. Myślę, że ona po prostu nie ma żadnego – powiedziała matka.

– Owszem, mam. Mój ciężar to naczynia i odkurzanie, i zazdrość wobec dziewczynek mających ładne pianina, i to, że boję się ludzi.

Ciężar Beth był tak nieznaczny, że wszystkim chciało się śmiać, ale nikt tego nie zrobił, bo zraniłoby to bardzo jej uczucia.

– Spróbujmy – powiedziała Meg w zamyśleniu. – To tylko inna nazwa naszego dążenia do bycia dobrymi, a ta opowieść może nam pomóc, gdyż mimo że próbujemy być dobre, czasami o tym zapominamy, bo to jest ciężka praca, więc nie robimy wszystkiego, co w naszej mocy.

– Byłyśmy dzisiejszego wieczoru w Bagnie Zwątpienia, a mama przyszła i wyciągnęła nas, tak jak cudowna moc czyni to w książce. Powinnyśmy mieć nasz rulon wskazówek, tak jak Krystian. Jak to zrobimy? – zapytała Jo zachwycona pomysłem, który wprowadzał pewien element przygody w tak bardzo nudne zadanie spełniania obowiązków.

– Zajrzyjcie w świąteczny poranek pod poduszki, a znajdziecie swój przewodnik – odparła pani March.

Omawiały więc nowy plan, podczas gdy stara Hanna sprzątała ze stołu. Potem pojawiły się koszyczki do robótek i zamigotały igły; dziewczęta szyły prześcieradła dla ciotki March. Było to nudne zajęcie, ale tego wieczoru nikt nie marudził. Przystały na pomysł Jo, aby podzielić długie partie materiału na cztery części i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką, toteż bawiły się znakomicie, omawiając poszczególne kraje, kiedy się przez nie „przeszywały”.

O dziewiątej zakończyły pracę i jak zwykle zaśpiewały przed pójściem do łóżek. Nikt poza Beth nie potrafił wydobyć dźwięku ze starego pianina, ale za to ona, delikatnie dotykając pożółkłych klawiszy, umiała zapewnić miły akompaniament do prostych piosenek, które śpiewały. Meg miała głos jak flet i ona wraz z matką prowadziły chór. Amy cykała jak świerszcz, a Jo wędrowała po pieśniach, jak jej się żywnie podobało, zawsze wpadając w nieodpowiednim momencie z rechotem lub trylem, psując najbardziej poważną melodię. Śpiewały tak zawsze, odkąd potrafiły wyseplenić: Mała fiastko sieć nam, sieć, i stało się to już domową tradycją, albowiem ich matka była urodzoną śpiewaczką. Jako pierwszy dźwięk z rana rozbrzmiewał zawsze jej głos, kiedy chodziła po mieszkaniu, śpiewając jak skowronek, i ten sam wesoły głos ostatni dźwięczał wieczorem, gdyż dziewczęta nigdy nie czuły się zbyt dorosłe na dobrze znaną kołysankę.

ROZDZIAŁ II

Wesołe święta

W szary świt Bożego Narodzenia pierwsza obudziła się Jo. Na kominku nie wisiały skarpety z prezentami i przez chwilę poczuła się tak zawiedziona jak dawno temu, kiedy jej mała skarpetka spadła pod ciężarem upchanych w niej drobiazgów. Przypomniała sobie obietnicę matki i wsunąwszy rękę pod poduszkę, wyciągnęła małą książkę w szkarłatnej oprawie. Znała ją bardzo dobrze, gdyż była to piękna stara opowieść o najlepszym życiu przeżytym kiedykolwiek i Jo wiedziała, że to najlepszy przewodnik dla każdego wyruszającego w daleką drogę pielgrzyma. Obudziła Meg, życząc „Wesołych świąt”, i kazała jej zajrzeć pod poduszkę. Ukazała się książka w zielonej okładce, zawierająca wewnątrz ten sam obrazek i kilka słów napisanych przez matkę, które w ich oczach czyniły ten jedyny prezent tak bardzo cennym. Beth i Amy też się już obudziły, by poszperać i także znaleźć swoje książeczki – jedną w kolorze gołębim, a drugą niebieską – i wszystkie usiadły, oglądając je i rozmawiając, podczas gdy niebo na wschodzie poróżowiało z nadejściem dnia.

Margaret, mimo iż czasami próżna, była z natury słodka i pobożna. To mimo woli wywierało wpływ na siostry, zwłaszcza na Jo, która kochała ją bardzo czule i wykazywała wobec niej posłuszeństwo, gdyż Margaret zawsze udzielała rad w sposób niezwykle łagodny.

– Dziewczęta – powiedziała Meg poważnie, spoglądając na potarganą głowę obok siebie i na dwie pozostałe w dalszej części pokoju, okryte nocnymi czepkami. – Mama chce, żebyśmy czytały, kochały i ceniły te książki, i musimy zacząć to od zaraz. Dawniej byłyśmy temu wierne, ale odkąd ojca nie ma i spadły na nas te wszystkie wojenne kłopoty, zaniedbałyśmy wiele spraw. Wy możecie postępować, jak wam się podoba, ale ja będę trzymała moją książkę tu na tym stoliku i co dzień rano, jak tylko się obudzę, przeczytam trochę, bo wiem, że dobrze mi to zrobi i pomoże w ciągu dnia.

Po czym otworzyła swoją książeczkę i zaczęła czytać. Jo otoczyła ją ramieniem i przytulając swój policzek do policzka siostry, też czytała z wyrazem spokoju, tak rzadko goszczącym na jej zmiennej twarzy.

– Jaka Meg jest dobra! Chodź, Amy, zróbmy tak jak one. Pomogę ci z trudnymi wyrazami, a jak nie będziemy czegoś rozumiały, to one nam wytłumaczą – szepnęła Beth, na której ładne książki i przykład sióstr wywarły duże wrażenie.

– Cieszę się, że moja jest niebieska – powiedziała Amy, po czym w pokojach zapanowała cisza, słychać było tylko delikatny szelest przewracanych kartek.

Zimowe słońce zajrzało do środka, żeby dotknąć mądrych główek i skupionych twarzy swym świątecznym pozdrowieniem.

– Gdzie jest mama? – zapytała Meg, kiedy obie z Jo zbiegły pół godziny później na dół, aby podziękować za prezenty.

– Bóg jeden wie. Jakaś biedota przyszła po prośbie i wasza mama zaraz poszła zobaczyć, co potrzeba. Nigdy nie było takiej kobiety, żeby dawać jeść i pić, i ubranie, i drewno – odpowiedziała Hanna, która pracowała w ich domu od urodzenia Meg i którą wszystkie uważały bardziej za przyjaciółkę niż służącą.

– Myślę, że szybko wróci, więc smaż swoje placki i wszystko przygotuj – powiedziała Meg, spoglądając na prezenty zebrane w koszyku i trzymane pod sofą, by je w odpowiedniej chwili wyciągnąć. – Och, a gdzie jest butelka wody kolońskiej od Amy? – zapytała, nie znajdując małej flaszeczki.

– Zabrała ją przed chwilą, żeby przyczepić wstążkę czy coś w tym rodzaju – odparła Jo, tańcząc po pokoju, aby rozciągnąć nieco sztywne od nowości wojskowe kapcie.

– Prawda, że ładnie wyglądają moje chusteczki? Hanna uprała je dla mnie i uprasowała, a ja sama wyszyłam monogramy – powiedziała Beth, patrząc z dumą na trochę nierówne litery, które kosztowały ją tyle pracy.

– Błogosławione dziecię! Wyszyła na nich „mama” zamiast „M. March”. Jak śmiesznie! – zawołała Jo, podnosząc jedną z chusteczek.

– Czy to niedobrze? Pomyślałam, że tak będzie lepiej, bo Meg też ma inicjały M.M., a ja chcę, żeby tylko Marmisia używała tych chusteczek – powiedziała Beth, wyglądając na strapioną.

– Ależ oczywiście, że to dobrze, kochanie, i to całkiem niezły pomysł; a w dodatku niezwykle rozsądny, bo teraz nikt się nie może pomylić. Na pewno bardzo się to mamie spodoba – odrzekła Meg, marszcząc się na Jo i uśmiechając do Beth.

– Mama idzie. Szybko chowaj koszyk! – zawołała Jo, gdyż trzasnęły drzwi, a w holu rozległ się odgłos kroków.

Amy wbiegła pospiesznie i poczuła się nieco speszona, kiedy zobaczyła, że siostry czekają na nią.

– Gdzie ty byłaś i co tam chowasz za plecami? – zapytała Meg ze zdumieniem, wnioskując z płaszcza i kapturka, że zwykle leniwa Amy zdążyła już wyjść na dwór mimo wczesnej pory.

– Nie śmiej się ze mnie, Jo! Nie chodziło o to, żeby coś przed wami ukryć, zanim nadejdzie właściwa pora. Chciałam tylko zamienić małą butelkę na dużą i wydałam na nią wszystkie swoje pieniądze, i naprawdę staram się już nie być samolubna. – Mówiąc to, Amy pokazała elegancki flakon, który zastąpił poprzedni, tani.

Po tym drobnym wysiłku, na jaki się zdobyła, wyglądała tak szczerze i skromnie, że Meg od razu ją uściskała, a Jo nazwała łobuziakiem, podczas gdy Beth podbiegła do okna i zerwała najpiękniejszą ze swoich róż, żeby ozdobić nową butelkę.

– Wiecie, kiedy rano czytałyśmy i mówiłyśmy o tym, jak być dobrym, tak mi się zrobiło wstyd mojego prezentu, że gdy tylko wstałam, pobiegłam do sklepu na rogu i zamieniłam, i tak się z tego cieszę, bo teraz mój prezent jest najładniejszy.

Kolejne trzaśnięcie drzwi od ulicy wysłało koszyk pod sofę, a dziewczęta do stołu, gotowe do śniadania.

– Wesołych świąt, Marmisiu! Wielu wesołych świąt! Dziękujemy za książki. Trochę już przeczytałyśmy i będziemy je czytać codziennie – wołały chórem.

– Wesołych świąt, córeczki! Cieszę się, że od razu zaczęłyście, i mam nadzieję, że będziecie to kontynuować. Ale zanim usiądziemy do stołu, chciałabym wam coś powiedzieć. Niedaleko stąd mieszka biedna kobieta z maleńkim niemowlęciem. Sześcioro dzieci kuli się w jednym łóżku, żeby im było cieplej, bo nie mają ognia. Nie mają też nic do jedzenia i najstarszy chłopiec przyszedł, żeby mi powiedzieć, jak cierpią z głodu i zimna. Moje dziewczęta, czy oddacie im swoje śniadanie jako świąteczny podarunek?

Wszystkie były niezwykle głodne, bo czekały już od godziny, i przez minutę żadna się nie odezwała. Ale tylko przez minutę, bo Jo zaraz wykrzyknęła impulsywnie:

– Tak się cieszę, że przyszłaś, zanim zaczęłyśmy!

– Czy mogę ci pomóc zanieść rzeczy dla biednych małych dzieci? – zapytała ochoczo Beth.

– Ja zaniosę śmietankę i bułeczki – dodała Amy, bohatersko wyrzekając się tego, co najbardziej lubiła.

Meg już przykrywała racuszki i układała chleb na jednym dużym talerzu.

– Wiedziałam, że tak postąpicie – powiedziała pani March, uśmiechając się z zadowoleniem. – Wszystkie pójdziecie mi pomóc, po powrocie zjemy na śniadanie chleb z mlekiem, a resztę nadrobimy przy kolacji.

Niebawem były gotowe i pochód wyruszył. Na szczęście było wcześnie i szły bocznymi uliczkami, toteż mało kto je widział i nikt nie śmiał się z dziwacznej procesji.

Biedny, pusty i nędzny był ten pokój bez ognia, z wybitymi szybami, podartą pościelą, chorą matką, płaczącym niemowlęciem i gromadką bladych głodnych dzieci, przytulonych do siebie pod jedną kołdrą. Jakżeż popatrzyły ich duże oczy i uśmiechnęły się sine wargi, kiedy dziewczęta weszły do środka!

– Ach, mein Gott! Przyszły do nas anioły! – wzruszyła się biedna kobieta, płacząc z radości.

– Zabawne anioły w kapturkach i rękawiczkach – powiedziała Jo, rozśmieszając wszystkich.

Już po kilku chwilach rzeczywiście zdawało się, że to dobre duszki zabrały się do dzieła. Hanna, która przyniosła drewno, rozpaliła ogień i zatkała dziury w oknach starymi kapeluszami i własnym płaszczem. Pani March podała chorej herbatę i kleik, pocieszyła też obietnicą pomocy, przebierając niemowlę tak delikatnie, jakby to było jej własne dziecko. Dziewczęta tymczasem przygotowały stół, posadziły dzieci wokół ognia i karmiły je tak, jak karmi się głodne ptaszki – śmiejąc się, rozmawiając i próbując zrozumieć ich zabawną łamaną angielszczyznę.

– Das ist gut! Die Engel-kinder! – wołały biedne maleństwa, jedząc i ogrzewając czerwone rączki przy łagodnym płomieniu.

Nikt dotąd nie nazwał dziewczynek anielskimi dziećmi i uznały to za niezmiernie miłe, zwłaszcza Jo, którą od dnia jej urodzin uważano za „Sancho”. Było to bardzo szczęśliwe śniadanie, mimo że nawet go nie spróbowały, i myślę, że kiedy odeszły, pozostawiając po sobie pocieszenie, to w całym mieście nie było czterech szczęśliwszych osób niż głodne małe dziewczynki, które oddały swoje śniadania i zadowoliły się w świąteczny poranek chlebem i mlekiem.

– Tak właśnie kocha się swego sąsiada bardziej niż siebie samego i bardzo mi się to podoba – powiedziała Meg, kiedy korzystając z tego, że matka poszła na górę poszukać ubrań dla biednych Hummlów, ustawiały swoje prezenty.

„Nie mają też nic do jedzenia i najstarszy chłopiec przyszedł, żeby mi powiedzieć, jak cierpią z głodu i zimna”.

Nie był to zbyt imponujący widok, ale małe zawiniątka zawierały wiele miłości, a wysoki wazon, który stał pośrodku z czerwonymi różami, białymi chryzantemami i dzikim winem, nadawał stołowi zupełnie elegancki wygląd.

– Idzie już! Beth, uderz w klawisze! Otwieraj drzwi, Amy! Trzykrotne hurra dla Marmisi! – wołała Jo, skacząc dookoła, podczas gdy Meg poszła, żeby poprowadzić matkę na honorowe miejsce.

Beth zagrała powitalnego marsza, Amy otworzyła drzwi na oścież, a Meg z wielką godnością wystąpiła w roli eskorty. Pani March była jednocześnie zaskoczona i wzruszona i uśmiechała się oczyma pełnymi łez, oglądając prezenty i czytając dołączone krótkie liściki. Kapcie zostały od razu włożone, nowa chusteczka, sowicie skropiona wodą kolońską od Amy, wsunięta do kieszeni, a ładne rękawiczki usłyszały, że „idealnie pasują”.

Wiele było śmiechu, pocałunków i wyjaśnień, a wszystko w ten prosty i pełen miłości sposób, który czyni domowe święta tak miłymi w chwili ich przeżywania i tak słodkimi do wspominania długo później. Potem wszystkie rzuciły się do pracy.

Poranna dobroczynność i ceremonia zabrały dość wiele czasu, toteż resztę dnia poświęcono na przygotowania do wieczornych uroczystości. Dziewczęta były jeszcze za młode, żeby często chodzić do teatru, a nie dość bogate, by pozwolić sobie na wielkie wydatki związane z prywatnymi przedstawieniami, użyły więc własnego sprytu. Jako że potrzeba jest matką wynalazku, przygotowały wszystko, co było niezbędne. Niektóre z wykonanych rekwizytów okazały się niezwykle pomysłowe: gitary z tektury, antyczne lampy zrobione ze staroświeckich maselniczek pokrytych srebrnym papierem, wspaniałe suknie ze starej bawełny, błyszczące blaszanymi cekinami pochodzącymi z fabryki marynat, i zbroja pokryta tymi tak przydatnymi kawałkami metalu w kształcie rombów, pozostałymi z płachty blachy po wycięciu pokrywek na słoiki do konserw. Meble poprzewracano do góry nogami, a duża alkowa stała się sceną dla wielu niewinnych swawoli.

Mężczyznom wstęp był wzbroniony, toteż Jo, ku własnemu zadowoleniu, grała męskie role, paradując z rozkoszą w parze wysokich skórzanych butów, podarowanych jej przez przyjaciółkę, która znała pewną panią, a ta pani znała pewnego aktora. Buty te, a także stary floret i rozcięty dubeltowy kubrak, używany przez jakiegoś malarza do obrazu, były skarbami Jo i pojawiały się przy każdej okazji. Skromne rozmiary zespołu sprawiały, że dwaj główni aktorzy musieli podjąć się kilku ról w jednej sztuce i bez wątpienia należało im się uznanie za ciężką pracę przy uczeniu się kwestii trzech czy czterech postaci, wskakiwaniu w różne kostiumy i wyskakiwaniu z nich i w dodatku reżyserowaniu przedstawienia. Było to znakomite ćwiczenie dla ich pamięci, a zarazem nieszkodliwa zabawa i zajęcie na wiele godzin, które w przeciwnym razie byłyby nudne, samotne lub spędzone w mniej miłym towarzystwie.

W wieczór Bożego Narodzenia dziesięć dziewczynek, wdrapawszy się na łóżko służące jako loża, zasiadło w stanie najpochlebniejszego oczekiwania przed niebiesko-żółtą zasłoną z perkalu. Spoza kurtyny dobiegały liczne szelesty i szepty, snuło się nieco dymu z lampy i od czasu do czasu słychać było chichot Amy, która w chwilach podniecenia miała skłonność do popadania w histerię. Właśnie zabrzmiał gong, kurtyna opadła i rozpoczęła się Tragedia operowa.

„Ponury las”, jak głosił jeden z afiszów, zastępowały doniczki z krzewami, zielony ryps na podłodze i pieczara w oddali. Pieczara ta miała dach zrobiony ze stojaka do wietrzenia pościeli, a ściany z biurek, pomiędzy którymi był rozpalony do gorąca piecyk, z ustawionym na nim czarnym kociołkiem. Nad kociołkiem stała pochylona stara czarownica. Na scenie było ciemno i blask piecyka dawał znakomity efekt, tym bardziej że gdy czarownica podniosła pokrywkę, z kociołka wyleciała prawdziwa para. Pozwolono widowni ochłonąć przez chwilę z pierwszego wrażenia. Następnie dumnie wkroczył „czarny charakter” Hugo, z pobrzękującym u boku mieczem, w kapeluszu podwiniętym z jednej strony do góry, z czarną brodą, w tajemniczej pelerynie i wysokich butach. Przez chwilę chodził tam i z powrotem w wielkim poruszeniu, po czym uderzył się w czoło i wydzierając się dzikim głosem, zaśpiewał o swojej nienawiści do Roderiga, miłości do Żary i miłym postanowieniu, by zabić jedno z nich, a zdobyć drugie. Gruby głos Hugona i okrzyki, które co jakiś czas wydawał, wywierały duże wrażenie i publiczność nagrodziła go brawami w chwili, kiedy przerwał na moment, żeby złapać oddech. Skłonił się jak ktoś nawykły do publicznego uznania, po czym zajrzał ukradkiem do jaskini i nakazał Hagar, by wyszła, mówiąc władczo: „Hej tam, sługo! Potrzebnaś mi!”.

Wyłoniła się Meg ze zwisającym wokół twarzy szarym końskim włosiem, w czerwono-czarnym szlafroku, z laską i peleryną w kabalistyczne znaki. Hugo zażądał jednego napoju, którego wypicie sprawi, że Zara go pokocha, i drugiego na uśmiercenie Roderiga. Hagar, we wspaniałej dramatycznej arii, zobowiązała się dostarczyć oba napoje i zaczęła wzywać ducha, który miał jej przynieść miłosny napój:

Tutaj, ach, tutaj, z mego rozkazu,

Powietrzny duchu, przybądź od razu!

Zrodzony z róż w rosistą noc,

Znaszże ty mikstur tajemnych moc?

Z elfią prędkością przynieś tu mi

Pachnący napój, co mi się śni;

Niech będzie bardzo mocny, słodki...

Duchu, odpowiedz na me zwrotki.

Rozległ się delikatny dźwięk muzyki i spoza jaskini wynurzyła się drobna postać w obłoku bieli, z błyszczącymi skrzydłami, złotymi włosami i girlandą róż na głowie. Machając różdżką, postać ta zaśpiewała:

Przybywam od razu

Z twego rozkazu

Ze srebrzystego księżyca.

Weź zaklęcie to,

Użyj dobrze go

Lub zniknie mocy jego tajemnica!

I porzucając u stóp czarownicy małą pozłacaną butelkę, duch zniknął. Kolejna pieśń wykonana przez Hagar wywołała następną zjawę – niezbyt piękną, gdyż oto, przy akompaniamencie huku, pojawił się brzydki czarny chochlik i wyrechotawszy swą kwestię, rzucił w Hugona ciemną butelką, po czym zniknął z szyderczym śmiechem. Wymamrotawszy podziękowanie, Hugo włożył napoje do butów i odszedł, a Hagar poinformowała widownię, że ponieważ uśmiercił on w przeszłości kilka jej przyjaciółek, przeklęła go i ma zamiar pokrzyżować jego plany, biorąc tym samym na nim odwet. Kurtyna opadła i publiczność odpoczywała, jedząc słodycze i dyskutując nad walorami sztuki.

Dłuższy okres stukania młotkami poprzedził ponowne podniesienie kurtyny, ale kiedy okazało się, jak wspaniałe arcydzieło scenicznej stolarki młotki te sporządziły, nikt nawet nie mruknął o spóźnieniu. Było to doprawdy znakomite! Stała tam wysoka aż do sufitu wieża. W połowie jej wysokości widniało okno, w nim zapalona lampa, a spoza białej zasłonki widać było Zarę w pięknej błękitnosrebrnej sukni, czekającą na Roderiga. On przybył wspaniale ubrany, w kapeluszu z piórami, czerwonej pelerynie, z kasztanowym lokiem nad czołem, gitarą i oczywiście w wysokich butach. Ukląkłszy u stóp wieży, odśpiewał rzewną serenadę. Zara odpowiedziała mu i po tym muzycznym dialogu zgodziła się na ucieczkę. Tu nastąpił efekt nadzwyczajny sztuki. Roderigo wyciągnął sznurową drabinkę z pięcioma stopniami, zarzucił jeden jej koniec do góry i zaprosił Zarę do zejścia.

„Właśnie zabrzmiał gong, kurtyna opadła i rozpoczęła się Tragedia operowa”.

Nieśmiało wysunęła się spoza krat, oparła dłoń na ramieniu Roderiga i miała właśnie wdzięcznie zeskoczyć, kiedy „Nieszczęsna! Nieszczęsna Zara!” zapomniała o swoim welonie, a ten utkwił w oknie. Wieża zachwiała się, pochyliła do przodu i upadła z łoskotem, grzebiąc w swych ruinach nieszczęśliwych kochanków!

Pośród ogólnego wrzasku brązowe buty Roderiga miotały się dziko wśród ruin, spod których ukazała się złocista głowa, wołając: „A nie mówiłam! A nie mówiłam?!”. Wykazując niezwykłą przytomność umysłu, Don Fedro, okrutny ojciec, ruszył, by wyciągnąć córkę spod gruzów, spiesznie mówiąc jej na stronie: „Nie śmiej się! Graj, jakby nic się nie stało!” i rozkazując, aby Roderigo wstał, gniewnie i szyderczo wypędził go z królestwa. Ten, mimo że niewątpliwie był poruszony upadkiem wieży, stawił czoło staremu władcy i odmówił wyjazdu. Idąc za jego nieustraszonym przykładem, także Zara oparła się woli swego ojca, który kazał wtrącić ich oboje do najgłębszych lochów zamczyska. Dzielny mały sługa przyszedł z łańcuchami i wyprowadził ich, wyglądając na bardzo przestraszonego i najwyraźniej zapominając o mowie, jaką miał wygłosić.

Akt trzeci rozgrywał się w sali zamkowej i tu właśnie pojawiła się Hagar, by uwolnić kochanków i skończyć z Hugonem. Usłyszawszy jego kroki, ukryła się. Widziała, jak Hugo wlewa miksturę do dwóch kielichów i nakazuje małemu słudze: „Zanieś je uwięzionym w lochu i powiedz im, iż niebawem nadejdę”. Sługa wziął Hugona na stronę, by mu coś powiedzieć, a Hagar w tym czasie zamieniła kielichy na dwa inne, wypełnione czymś zupełnie nieszkodliwym. Ferdinando, służący, wyniósł je, a Hagar postawiła z powrotem kielich z trucizną, przeznaczoną dla Roderiga. Hugo, spragniony po długim śpiewie, wypił napój, stracił przytomność i po dłuższej chwili wymachiwania nogami i tupania padł plackiem i... umarł, podczas gdy Hagar poinformowała, co zrobiła, w arii o niezwykłej mocy i melodii.

Była to doprawdy wstrząsająca scena, choć niektórzy mogli pomyśleć, że nagłe rozsypanie się długich kasztanowych włosów złoczyńcy nieco zepsuło efekt jego śmierci. Wywołano go przed kurtynę i ukazał się z wielką wytwornością, wiodąc za sobą Hagar, której śpiew uznano za lepszy niż reszta przedstawienia razem wzięta.

Akt czwarty ukazywał rozpaczającego Roderiga, który zamierzał się zasztyletować, gdyż powiedziano mu, że Zara go opuściła. Ale w chwili, gdy już mierzył sztyletem w serce, pod oknem rozpoczęła się aria o tym, że Zara jest wierna, acz w niebezpieczeństwie, i jeśli zechce, może ją uratować. Został wrzucony klucz, Roderigo otworzył drzwi i w szalonym spazmie rozerwał łańcuchy, po czym ruszył, by odnaleźć i uwolnić ukochaną.

Piąty akt otworzyła burzliwa scena między Zarą a Don Pedrem. On życzył sobie, żeby poszła do klasztoru, ale ona nie chciała nawet o tym słyszeć i po wzruszającym błaganiu miała właśnie zemdleć, gdy nagle wdarł się Roderigo i poprosił o jej rękę. Don Pedro odmówił, gdyż Roderigo nie był bogaty. Zaczęli krzyczeć i straszliwie gestykulować, ale nie mogli dojść do porozumienia. Roderigo miał już unieść wyczerpaną Zarę, gdy wszedł służący z listem i torbą od Hagar, która zniknęła w tajemniczy sposób. Z listu wynikało, że zapisuje ona młodej parze niewypowiedzianie wielkie bogactwa i przeklina straszliwie Don Pedra, jeśli ten nie zgodzi się na ich szczęście. Po otwarciu torby deszcz monet sypnął się na scenę i po chwili cała pokryła się ich blaskiem. To już do końca zmiękczyło serce „srogiego władcy”. Zgodził się bez szemrania na ślub, wszyscy połączyli swe głosy w radosnym chórze i kurtyna opadła na kochanków, klęczących z najbardziej romantycznym wdziękiem przed Don Pedrem, który dał im błogosławieństwo.

Rozległy się gromkie oklaski, jednak nieoczekiwanie zostały przerwane, gdyż łóżko polowe, stanowiące podstawę „loży”, złożyło się nagle, zamykając rozentuzjazmowaną publiczność. Roderigo i Don Pedro rzucili się na pomoc i wyciągnęli wszystkich wprawdzie bez szwanku, ale wielu było niemych ze śmiechu. Podniecenie jeszcze nie opadło, kiedy nadeszła Hanna z „Pozdrowienia od pani March” i pytaniem „Czyby panienki nie zeszli na kolacja?”.

Była to niespodzianka nawet dla aktorek, a kiedy ujrzały stół, popatrzyły na siebie w zachwyconym zdumieniu. Marmisia zazwyczaj przygotowywała dla nich mały poczęstunek, ale niczego równie wspaniałego nie widziały od dawno już minionych dni dostatku. Były tam lody – właściwie dwa ich rodzaje, różowe i białe – i ciasto, i owoce, i różnorodne francuskie cukierki, a w środku cztery wielkie bukiety cieplarnianych kwiatów!

Dziewczętom zaparło dech w piersiach i wpatrywały się najpierw w stół, a potem w matkę, która wyglądała na ogromnie ucieszoną.

– Czy to wróżki? – zapytała Amy.

– To Święty Mikołaj – odparła Beth.

– To mama. – I Meg uśmiechnęła się tym swoim najsłodszym uśmiechem, którego nie były w stanie zmienić ani siwa broda, ani białe brwi.

– Ciotka March w przypływie dobroci przysłała kolację – wykrzyknęła Jo w nagłym olśnieniu.

– Żadna nie zgadła. Przysłał to stary pan Laurence – odparła pani March.

– Dziadek małego Laurence’a! Jakim cudem przyszło mu coś podobnego do głowy? Nawet go nie znamy! – zawołała Meg.

– Hanna opowiedziała rano jednej z jego służących o waszym śniadaniu. Dziwny z niego stary jegomość, ale to mu się spodobało. Znał przed laty mojego ojca i przysłał mi dziś po południu uprzejmy list, w którym pisze, że ma nadzieję, iż pozwolę mu wyrazić jego przyjazne uczucia wobec moich dzieci i przyjmę kilka drobiazgów przekazanych im z okazji świąt. Nie mogłam odmówić, toteż macie małą wieczorną ucztę jako rekompensatę za mleczno-chlebowe śniadanie.

– To ten chłopiec mu to podsunął, wiem, że to on! To wspaniały chłopak i tak bardzo chciałabym, żebyśmy się poznali. On też wygląda tak, jakby chciał zawrzeć z nami znajomość, ale jest nieśmiały, a Meg jest taka zasadnicza, że nigdy nie pozwala mi odezwać się do niego, kiedy go mijamy – powiedziała Jo, kiedy talerze zaczęły krążyć, a lody topniały w oczach, pośród ochów i achów wyrażających wielkie zadowolenie.

– Masz na myśli tych ludzi, którzy mieszkają w tym dużym domu obok, prawda? – zapytała jedna z dziewczynek. – Moja matka zna starego pana Laurence’a, ale mówi, że on jest bardzo dumny i nie lubi spoufalać się z sąsiadami. Trzyma swego wnuka w zamknięciu, z wyjątkiem konnych przejażdżek i spacerów z guwernerem, i każe mu się bardzo dużo uczyć. Zaprosiłyśmy tego chłopca do nas na przyjęcie, ale nie przyszedł. Mama mówi, że jest bardzo miły, chociaż nigdy nie rozmawia z dziewczynkami.

– Nasza kotka uciekła kiedyś i on ją odniósł. Rozmawialiśmy przez płot i dogadywaliśmy się znakomicie, wszystko o brykiecie i tak dalej, kiedy zobaczył, że Meg nadchodzi, odszedł. Mam zamiar poznać go któregoś dnia, bo on potrzebuje rozrywki, jestem tego absolutnie pewna – powiedziała zdecydowanie Jo.

– Lubię jego maniery, poza tym wygląda na małego dżentelmena, więc nie mam nic przeciw temu, żebyście go poznały, jeśli nadarzy się odpowiednia okazja. Sam przyniósł kwiaty i powinnam była zaprosić go do środka, ale nie miałam pewności, co się dzieje na górze. Wyglądał tak smutno, kiedy odchodził, słysząc wasze zabawy. Najwyraźniej jest samotny.

– To zbawienie, że go nie zaprosiłaś, mamo! – zaśmiała się Jo, patrząc na swoje buty. – Ale urządzimy kiedyś inne przedstawienie, które będzie mógł obejrzeć. Może nawet zechce pomóc w grze. Czy nie byłoby to zabawne?

– Nigdy nie dostałam tak wspaniałego bukietu! Jaki on ładny! – I Meg z zainteresowaniem oglądała kwiaty.

– Rzeczywiście piękny! Ale dla mnie słodsze są róże od Beth – powiedziała pani March, wąchając na wpół zwiędły bukiecik przypięty do paska. Beth przytuliła się do niej i cichutko szepnęła: – Tak bym chciała wysłać wiązankę tacie. Obawiam się, że jego Gwiazdka nie jest tak wesoła jak nasza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[*] Na podstawie Johna Bunyana, w tłumaczeniu Pauliny Braiter.
[1]Undine i Sintram und Seine Gefahrten – baśnie wydane po raz pierwszy w 1811 i 1814 roku; obie autorstwa niemieckiego pisarza Friedricha de la Motte Fouquégo. Pierwszy utwór opowiada o wodnej bogince, drugi – o rycerzu. (Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).
[2] Fragment utworu Isaaca Wattsa (1674–1748), ministra, teologa i pisarza uznawanego za ojca chrzestnego angielskiego hymnu. Przywołany tu tekst to hymn na cześć zgody i harmonii w rodzinie.
[3] William Shakespeare, Makbet, akt II, scena I, tłum. Leon Ulrich.