Róża w rozkwicie - Louisa May Alcott - ebook

Róża w rozkwicie ebook

Louisa May Alcott

4,1

Opis

 

Dwudziestoletnia Rose wraz z wujem Alecem i przyjaciółką Phebe wraca z podróży dookoła świata. W domu czekają na nią stęsknieni kuzyni. Czterej najstarsi z nich – Archie, Charlie, Mac i Steve – są już mężczyznami, którzy szukają swojego powołania i zaczynają rozglądać się za towarzyszkami życia. Młodzi ludzie ze zdumieniem odkrywają, że ich dziecięce relacje będą musiały ulec przewartościowaniu. Tymczasem Rose ceni sobie niezależność i ma pomysł na życie, który niekoniecznie zakłada zamążpójście.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (12 ocen)
2
9
1
0
0

Popularność




Przedmowa

Uważa się, że pisarze wiedzą lepiej od innych, co zamierzali zrobić, pisząc książkę. Dlatego chciałabym powiedzieć, że niniejsza opowieść nie ma morału. Rose nie została obmyślana jako wzór dziewczyny, a kontynuacja powieści powstała po prostu w celu wywiązania się z obietnicy z nadzieją dostarczenia rozrywki, a może i czasami pomocnej wskazówki dla innych róż, które sposobią się do rozkwitu.

L. M. Alcott

wrzesień 1876

Rozdział I Powrót

Pewnego pogodnego październikowego dnia trzech młodych mężczyzn stało na nabrzeżu, oczekując przybycia parostatku. Ich niecierpliwość znajdowała ujście w energicznych utarczkach z małym chłopcem, którego wszędzie było pełno i który dostarczał wiele radości grupkom postronnych.

– To Campbellowie. Czekają na kuzynkę, która kilka lat bawiła za granicą ze swoim wujem lekarzem – szepnęła jedna dama do drugiej, gdy najprzystojniejszy z młodzieńców uchylił w przelocie kapelusza, ciągnąc za sobą chłopca, którego przed chwilą uratował z wyprawy pomiędzy pale.

– Który to? – zapytała nieznajoma.

– Książę Charlie, jak go nazywają. Wspaniały chłopak, najbardziej obiecujący z całej siódemki, ale mówi się, że trochę hulaka – odparła tamta, potrząsając głową.

– Czy pozostali to jego bracia?

– Nie, kuzyni. Starszy to Archie, nadzwyczaj przykładny młody człowiek. Od niedawna pracuje w firmie handlowej swojego wuja i wygląda na to, że będzie chlubą rodziny. Drugi, ten w okularach i bez rękawiczek, to Mac, dziwak, świeżo upieczony absolwent college’u.

– A ten mały chłopiec?

– Och, to Jamie, najmłodszy brat Archibalda i beniaminek całej rodziny. Zmiłuj się, Panie, bo wpadnie w tarapaty, jeśli nie go utrzymają!

W tym miejscu rozmowa dam nagle się urwała, bo zanim Jamie został wyłowiony z wielkiej beczki na piwo, ukazał się parowiec i zapomniano o wszystkim innym. Gdy okręt wolno skręcał, aby wejść do basenu portowego, dziecięcy głosik zawołał:

– To ona! Widzę ją, wujka i Phebe! Hura na cześć kuzynki Rose!

I z piersi Jamiego, który trzymany za poły marynarki stał na pachołku, wymachując rękami niczym wiatrak, wyrwały się trzy ochocze okrzyki.

Tak, to byli oni: wuj Alec machał kapeluszem jak mały chłopiec, mając po jednej stronie Phebe całą w uśmiechach i ukłonach, a po drugiej Rose, która na widok znajomych twarzy i dźwięk znajomych głosów witających ją w domu w zachwycie posyłała oburącz pocałunki.

– A niech mnie, jest ładniejsza niż kiedykolwiek wcześniej! W tej niebieskiej pelerynie i z rozwianymi jasnymi włosami wygląda jak Madonna, prawda? – powiedział podekscytowany Charlie, gdy kuzyni w przejęciu przyglądali się grupce na pokładzie.

– Madonny nie noszą takich kapeluszy. Rose niewiele się zmieniła, ale Phebe tak. Rety, to istna piękność! – odparł Archie, gapiąc się na ciemnooką kobietę o zaróżowionej cerze i czarnych warkoczach lśniących w słońcu.

– Kochany stary wujek! Czyż nie jest dobrze mieć go z powrotem?

To było wszystko, co powiedział Mac, ale czyniąc tę żarliwą uwagę, młodzieniec nie patrzył wcale na wuja, bo widział tylko szczupłą, jasnowłosą dziewczynę u jego boku i to do niej wyciągnął ramiona, zapominając o kotłującej się między nimi zielonej wodzie.

Podczas chwilowego zamieszania towarzyszącego cumowaniu Rose spojrzała w dół na cztery zwrócone ku niej twarze i wydawało się, że wyczytała w nich coś, co zarówno ją ucieszyło, jak i zabolało. Było to tylko przelotne spojrzenie szklistych oczu, ale zza mgły łez szczęścia dziewczyna odniosła wrażenie, że Archie był mniej więcej taki sam jak zawsze, Mac zdecydowanie się poprawił, a z Charliem coś było nie tak. Nie miała jednak czasu na przyglądanie się, bo po chwili zaczęła się gorączka wysiadania i nim Rose zdążyła złapać swoją torbę, Jamie przylgnął do niej niczym jakiś ekstatyczny niedźwiadek. Z trudem wyswobodziła się z jego uścisku, aby wpaść w delikatniejsze objęcia starszych kuzynów, którzy wykorzystując ogólne poruszenie, powitali obie prześliczne dziewczyny z tkliwą bezstronnością. Następnie tułacze zostali zaniesieni na ląd w tryumfalnym pochodzie, na którego czele Jamie wykonywał pełne uniesienia taneczne figury.

Archie został w porcie, żeby pomóc wujowi zanieść bagaże do urzędu celnego, a pozostali zajęli się odwiezieniem panienek do domu. Gdy tylko jednak za młodymi ludźmi zamknęły się drzwiczki powozu, można było odnieść wrażenie, że ulegli oni nowemu i dziwnemu skrępowaniu, albowiem wszyscy naraz zdali sobie sprawę, że ich dawni towarzysze zabaw są teraz dorosłymi mężczyznami i kobietami. Na szczęście uczucie to było zupełnie obce Jamiemu, który siedząc między damami, poczynał sobie z nimi i ich rzeczami całkiem swobodnie.

– No i co, mój chłopcze, co o nas myślisz? – zapytała Rose, aby przerwać krępującą ciszę.

– Obie tak wypiękniałyście, że nie mogę się zdecydować, która podoba mi się bardziej. Phebe jest wyższa, wygląda promienniej i zawsze ją lubiłem, ale ty jesteś jakaś taka urocza i kochana, że muszę cię chyba jeszcze raz uścisnąć.

I chłopiec zrobił to ze wszystkich sił.

– Jeśli kochasz mnie bardziej, nie przeszkadza mi, że uważasz Phebe za ładniejszą, bo też jest ona ładniejsza. Prawda, chłopcy? – zapytała Rose, figlarnie zerkając na siedzących naprzeciwko dżentelmenów, których pełne nabożnego podziwu miny bardzo ją rozbawiły.

– Jestem tak olśniony blaskiem i urodą, które nagle mi się objawiły, że brak mi słów, aby wyrazić moje uczucia – odparł Charlie, z galanterią unikając odpowiedzi na niebezpieczne pytanie.

– Nie mogę się jeszcze wypowiedzieć, bo nie miałem czasu się nikomu przyjrzeć. Zrobię to teraz, jeśli nie macie nic przeciwko.

Po czym ku wielkiej uciesze pozostałych Mac z powagą poprawił okulary i podjął obserwację.

– No i? – zagadnęła Phebe, uśmiechając się i rumieniąc pod szczerym spojrzeniem. Wydawało się jednak, że nie czuje się nim urażona, w przeciwieństwie do wielkopańskiego uznania widocznego w zuchwałych niebieskich oczach Charliego, na które odpowiedziała błyskiem swoich czarnych oczu.

– Myślę, że gdybyś była moją siostrą, byłbym z ciebie bardzo dumny, bo w twojej twarzy widać coś, co podziwiam bardziej niż urodę, a mianowicie uczciwość i odwagę, Phebe – odparł Mac, wykonując lekki ukłon pełen tak autentycznego szacunku, że zaskoczenie i radość wywołały nagłą rosę, która zdławiła płomień widoczny w oczach dziewczyny i ukoiła wrażliwą dumę jej serca.

Rose klasnęła w dłonie, jak zwykle wtedy, gdy coś ją zachwyciło, i posłała Macowi pełen uznania uśmiech, mówiąc:

– To się nazywa konstruktywna krytyka i jesteśmy bardzo zobowiązane. Byłam pewna, że zachwycisz się moją Phebe, kiedy ją poznasz, ale nie sądziłam, że będziesz na tyle mądry, aby dostrzec od razu jej wartość i zapewniam cię, że bardzo zyskałeś w moich oczach.

– Pamiętasz, zawsze lubiłem mineralogię, a ostatnio dużo stukałem młotkiem, nauczyłem się więc rozpoznawać metale szlachetne – powiedział Mac z przebiegłym uśmieszkiem.

– Takie jest zatem twoje najnowsze hobby? Twoje listy bardzo nam się podobały, bo w każdym była jakaś nowa teoria lub eksperyment, co jedno to lepsze. Myślałam, że wujek pęknie ze śmiechu z powodu manii wegetariańskiej, tak zabawnie było wyobrazić sobie ciebie, jak żyjesz o chlebie i mleku oraz jabłkach i ziemniakach pieczonych z własnego ogniska – ciągnęła Rose, znów zmieniając temat.

– Ten gość był pośmiewiskiem całej grupy. Koledzy nazywali go Don Kichotem. Trzeba było zobaczyć, jak atakuje różnego rodzaju wiatraki! – wtrącił Charlie, najwidoczniej czując, że Mac dość otrzymał już pochwał.

– Ale mimo to Don ukończył college z wyróżnieniem. Och, ależ byłam dumna, gdy ciocia Jane doniosła nam o tym, ciesząc się, że jej syn został prymusem na roku i zdobył medal! – wykrzyknęła Rose, potrząsając obiema rękami Maca w taki sposób, że Charlie pożałował, iż „ten gość” nie został w porcie z doktorem Alekiem.

– E tam, to tylko bzdury mamy. Zacząłem wcześniej niż inni i miałem większe upodobanie do nauki, nie zasługuję więc na żadne pochwały. Ale Książę ma rację. Robiłem z siebie pośmiewisko, choć koniec końców nie jestem pewien, czy moje szaleństwa młodości nie były lepsze niż innych. Tak czy owak, nie kosztowały mnie wiele i nie zaszkodziły mi – powiedział spokojnie Mac.

– Wiem, co znaczą „szaleństwa młodości”. Słyszałem, jak wuj Mac mówi, że Charlie oddaje się im zbyt gorliwie, zapytałem więc o to mamę i powiedziała mi. Charlie został zawielony czy wydaszony, nie pamiętam, ale że to było coś złego i ciocia Clara płakała – dodał Jamie jednym tchem, posiadał bowiem feralny dar czynienia nietaktownych uwag, które czyniły go postrachem rodziny.

– Chcesz wrócić na kozła? – zapytał stanowczo Książę, groźnie marszcząc brwi.

– Nie.

– W takim razie trzymaj język za zębami.

– Cóż, Mac nie musiał mnie kopać, bo ja tylko... – zaczął winowajca, nieświadomie pogarszając sprawę.

– Wystarczy – wtrącił twardo Charlie, a Jamie natychmiast spotulniał.

Zdruzgotany chłopiec pocieszał się nowym zegarkiem Rose po zniewagach, jakich doznał z rąk „staruszków”, jak mściwie nazywał braci i kuzynów.

Mac i Charlie natychmiast zaczęli paplać jak najęci i tak skutecznie podnosili różne przyjemne tematy, że aż przechodnie oglądali się z życzliwymi uśmiechami za wesołym towarzystwem, wśród którego wybuchały salwy śmiechu.

Gdy tylko Rose dotarła do domu, spadła na nią lawina ciotek i przez resztę dnia w starym domu wrzało jak w ulu. Wieczór zastał całą familię zebraną w salonach z wyjątkiem ciotki Peace, której miejsce było teraz puste.

Co naturalne, starsi po chwili zbili się w jedną grupkę, a młodzieńcy zgromadzili się wokół dziewcząt niczym motyle wokół dwóch pięknych kwiatów. Doktor Alec był centralną postacią w jednym pokoju, Rose zaś w drugim, bowiem dziewczyna, którą wszyscy kochali i hołubili, rozkwitła, stając się kobietą, a dwuletnia nieobecność przyniosła dziwną zmianę we wzajemnym położeniu kuzynów, zwłaszcza trzech najstarszych, którzy przyglądali się jej z mieszaniną chłopięcej sympatii i męskiego podziwu – doznanie zarówno nowe, jak i przyjemne.

W Rose było coś uroczego, a zarazem porywającego, co uwodziło kuzynów i pobudzało ich ciekawość, bo ich towarzyszka nie była taka jak inne dziewczęta. Od czasu do czasu zaskakiwała ich jakąś niezależną wypowiedzią lub postępkiem, które sprawiały, że młodzieńcy patrzyli po sobie z chytrym uśmieszkiem, jak gdyby przypominając sobie, że Rose to „dziewczynka wujka”.

Posłuchajmy najpierw, jak każe obowiązek, co mówią starsi, bo już teraz wznoszą oni zamki na lodzie dla swoich chłopców i dziewcząt.

– Kochane dziecko, jakże miło widzieć ją z powrotem taką zdrową, szczęśliwą i uroczą jak dawniej! – rzekła ciotka Plenty, składając dłonie w takim geście, jak gdyby dziękowała Bogu za wielkie szczęście.

– Nie zdziwiłbym się, gdybyś wniósł do rodziny płonącą głownię, Alecu. A raczej dwie, bo Phebe to piękna dziewczyna i chłopcy już to odkryli, o ile się nie mylę – dodał wuj Mac, wskazując ruchem głowy w kierunku drugiego pokoju.

Wszyscy podążyli wzrokiem za jego spojrzeniem i ojcowskiej oraz matczynej publiczności zebranej w tylnym salonie ukazał się bardzo sugestywny obraz.

Rose i Phebe siedziały obok siebie na kanapie. Zajęły miejsca przeznaczone dla siebie z racji wieku, płci i urody, albowiem Phebe już dawno przestała być pokojówką, a stała się przyjaciółką i Rose od początku chciała to zaznaczyć.

Jamie zajmował dywanik, na którym Will i Geordie stali w swobodnych pozach, prezentując mundurki, chodzili bowiem do wspaniałej szkoły, w której panował wojskowy dryl będący rozkoszą ich dusz. Steve wdzięcznie upozował się w fotelu, na którego oparciu rozpierał się Mac, zaś Archie wspierał się o róg niskiego kominka, patrząc w dół na Phebe, która słuchała go z uśmiechem i policzkami niemal równie nasyconymi kolorem jak goździki u jej paska.

Ale szczególnie efektowny był Charlie, choć siedział na taborecie muzycznym, w owej najbardziej uciążliwej pozycji dla każdego mężczyzny nie obdarzonego wdziękiem we władaniu swoimi nogami. Na szczęście Książę posiadał ten dar i przyjął swobodną pozę. Jedną rękę zarzuciwszy na oparcie kanapy i przekrzywiwszy nieco ładną głowę w pełnej oddania postawie, monopolizował Rose z bardzo twarzowym wyrazem zadowolenia na twarzy.

Ciotka Clara uśmiechnęła się z zadowoleniem, ciotka Jessie była zamyślona, baczne oczy ciotki Jane z niepokojem powędrowały od szykownego Steve’a do barczystego Maca, ciotka Myra wymamrotała coś o swojej „świętej pamięci Caroline”, a ciotka Plenty powiedziała ciepło:

– Niech ich Bóg błogosławi! Każdy byłby dumny z takiego ładnego stadka dzieci.

– Jestem gotowa w każdej chwili służyć za przyzwoitkę, Alecu, bo przypuszczam, że ta droga dziewczyna natychmiast zaprezentuje się światu, skoro nie zrobiła tego przed wyjazdem. Wydaje mi się jednak, że moje usługi nie będą długo potrzebne, bo o ile się nie mylę, przy jej licznych zaletach będzie rozchwytywana już w pierwszym sezonie – rzekła ciotka Clara, znacząco kiwając głową i uśmiechając się.

– Musisz załatwiać wszystkie te sprawy z Rose. Wiesz, nie jestem już jej kapitanem, tylko pierwszym oficerem – odparł doktor Alec, dodając poważnie na poły sam do siebie, na poły do brata: – Dziwię się, że ludziom tak jest śpieszno „zaprezentować córki”, jak to się mówi. Dla mnie jest niemal coś żałosnego w widoku młodej dziewczyny stojącej na progu świata, tak niewinnej i pełnej nadziei, tak nieświadomej wszystkiego, co ją czeka i zazwyczaj tak źle przygotowanej na zmierzenie się z blaskami i cieniami życia. Lepiej spełniamy swój obowiązek względem chłopców, ale biedne małe kobietki rzadko wyposaża się w zbroję wartą posiadania, a wcześniej czy później będą jej potrzebowały, bo każdy musi stoczyć własną bitwę, a zwyciężyć mogą tylko odważni i silni.

– Nie możesz wyrzucać sobie takich zaniedbań, Alecu. Wiernie spełniłeś swój obowiązek względem dziewczynki George’a i zazdroszczę ci dumy i szczęścia z posiadania takiej córki, bo tym ona jest dla ciebie – odparł Mac senior, niespodziewanie zdradzając ojcowską czułość, którą mężczyźni rzadko czują w stosunku do synów.

– Próbowałem, Mac, i jestem zarówno dumny, jak i szczęśliwy, ale z każdym rokiem mój niepokój zdaje się rosnąć. Robiłem, co mogłem, aby przygotować Rose na to, co może się zdarzyć, na tyle, na ile potrafię to przewidzieć, ale teraz musi radzić sobie sama i cała moja troska nie jest w stanie zapobiec temu, że dozna bólu serca, że na jej życie cień rzucą własne błędy albo pokrzyżują je postępki innych. Mogę tylko być w pogotowiu, aby dzielić jej radości, smutki i patrzeć, jak kształtuje własne życie.

– Cóż to, Alecu, co ma zamiar zrobić to dziecko, że masz taką poważną minę? – zawołała ciotka Clara, która zdawała się przyznać już sobie pewne prawo do Rose.

– Posłuchaj i pozwól, że sama ci powie – odparł doktor Alec, gdy rozległ się bardzo poważny głos Rose.

– Dobrze, wszyscy opowiedzieliście nam o swoich planach na przyszłość, dlaczego nie zapytacie nas o nasze?

– Bo wiemy, że jest tylko jedna rzecz, którą ma zrobić ładna dziewczyna: złamać jakiś tuzin serc, zanim znajdzie jedno odpowiednie, potem wyjść za mąż i ustatkować się – odparł Charlie, jakby niemożliwa była inna odpowiedź.

– Tak może być w przypadku wielu, ale nie w naszym, bo ja i Phebe uważamy, że kobiety na równi z mężczyznami mają prawo i obowiązek zrobić coś ze swoim życiem i nie zadowolimy się takimi błahymi rolami, jakie nam wyznaczasz! – zawołała Rose z pałającym wzrokiem. – Wiem, co mówię i nie uciszysz mnie śmiechem. Czy zadowoliłbyś się, gdyby ci powiedziano, że masz przez chwilę się pobawić, potem ożenić i już do śmierci nic nie robić? – dodała, zwracając się do Archiego.

– Oczywiście, że nie. To tylko część życia mężczyzny – odparł zdecydowanie tamten.

– Bardzo cenna i rozkoszna część, ale nie całość – ciągnęła Rose. – Podobnie powinno być w przypadku kobiet, bo mamy nie tylko serca, ale również umysły i dusze, nie tylko urodę i dobre maniery, ale także ambicje oraz talenty, chcemy nie tylko kochać i być kochane, ale też żyć i uczyć się. Mam dość mówienia mi, że to wszystko, do czego nadaje się kobieta! Nie chcę mieć nic do czynienia z miłością, dopóki nie udowodnię, że jestem kimś więcej niż gospodynią domową i niańką!

– Boże, zachowaj nas! Oto prawa kobiet z nawiązką! – zawołał Charlie, zrywając się w udawanym przerażeniu, podczas gdy inni przyglądali się Rose z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia, najwyraźniej myśląc, że to wszystko tylko dziewczęce mrzonki.

– Ach, nie musisz udawać, że jesteś zszokowany. Wkrótce będziesz zszokowany naprawdę, bo to dopiero początek mojej niezależności – ciągnęła Rose ani trochę nie zrażona uśmieszkami pełnymi dobrodusznego niedowierzania czy drwiny na twarzach kuzynów. – Postanowiłam, że nie dam sobie zabrać podstępem prawdziwych rzeczy, które czynią człowieka dobrym i szczęśliwym, nie założę rąk i nie będę biernie poddawała się biegowi wypadków, jak robi to wielu tylko dlatego, że jestem bogata. Nie na darmo mieszkałam wszystkie te lata z Phebe. Wiem, ile mogą dla człowieka zrobić odwaga i samodzielność i czasami żałuję, że nie jestem osobą bez grosza przy duszy, bo wtedy mogłabym pójść i zarabiać na chleb razem z nią i wkrótce być równie dzielna i niezależna jak ona.

Było jasne, że Rose mówi teraz na poważnie, bo odwróciła się do przyjaciółki z wyrazem takiego szacunku i miłości na twarzy, że jej spojrzenie wyrażało dobitniej niż jakiekolwiek słowa, jak bardzo bogata dziewczyna docenia cnoty, którymi doświadczenie obdarzyło biedną, i jak żarliwie pragnie zasłużyć sobie na to wszystko, czego nie mogła kupić za cały swój majątek.

W spojrzeniu, jakie wymieniły przyjaciółki, było coś, co mimo uprzedzeń zrobiło wrażenie na młodzieńcach, a Archie powiedział z całkowitą powagą:

– Wydaje mi się, że jeśli chcesz pracować, będziesz miała pełne ręce roboty, kuzynko, bo ludzie powiadają, że zarówno ubóstwo, jak i bogactwo mają swoje problemy i utrapienia.

– Wiem i zamierzam spróbować dobrze spełnić swoje zadanie. Porobiłam już pewne kapitalne małe plany i zaczęłam uczyć się swojego zawodu – odparła Rose z energicznym skinieniem głowy.

– Czy można zapytać, co to będzie? – zagadnął Charlie strwożonym tonem.

– Zgadnij! – Rose popatrzyła na niego z wyrazem na poły powagi, na poły rozbawienia.

– Cóż, powiedziałbym, że jesteś stworzona do bycia pięknością, ale skoro to najwyraźniej nie jest ci w smak, obawiam się, że będziesz studiować medycynę i zostaniesz lekarzem. Czy twoi pacjenci nie będą jednak wniebowzięci? Łatwo umierać, mając anioła za truciciela.

– Oj, Charlie, to nikczemnie z twojej strony, gdy wiesz, jakie sukcesy odnosiły kobiety w tym zawodzie i jaką pociechą była doktor Mary Kirk dla kochanej cioci Peace. Faktycznie chciałam studiować medycynę, ale wujek uznał, że nie byłoby dobrze mieć w jednej rodzinie tylu lekarzy, skoro Mac również myśli o tym kierunku. Poza tym, zdaje się, że wpadła mi w ręce inna praca, do której bardziej się nadaję.

– Nadajesz się do wszystkiego, co jest szlachetne i dobre i będę cię wspierał bez względu na to, co wybierzesz! – wykrzyknął żarliwie Mac, bo taka mowa z ust dziewczyny była czymś nowym i bardzo mu się podobała.

– Dobroczynność stanowi szlachetny, dobry i piękny zawód i wybrałam ją, ponieważ mam dużo do dania. Jestem tylko zarządcą majątku, który zostawił mi tata, i myślę, że jeśli użyję go mądrze dla szczęścia innych, będzie miał znacznie większą wartość, niż gdybym zatrzymała go wyłącznie dla siebie.

Słowa te zostały wypowiedziane z wielkim urokiem i prostotą, ale ciekawe było zobaczyć, jak przyjęli je różni słuchacze.

Charlie rzucił szybkie spojrzenie na matkę, która wykrzyknęła jak gdyby mimowolnie:

– Cóż to, Alec, zamierzasz pozwolić tej dziewczynie roztrwonić wspaniały majątek na różne charytatywne bzdury i szalone projekty w celu zapobieżenia ubóstwu i przestępczości?

– „Ci, którzy dają biednym, pożyczają Panu”, a chrześcijaństwo wprowadzane w życie jest tym, które On kocha najbardziej – powiedział tylko doktor Alec, ale to wystarczyło, aby uciszyć ciotki, i sprawiło, że nawet rozważny wuj Mac pomyślał z nagłą satysfakcją o pewnych sekretnych inwestycjach, które nie przyniosły mu innych zysków, jak tylko wdzięczność ubogich.

Archie i Mac wyglądali na bardzo ucieszonych i z głębi szlachetnych młodych serc obiecali Rose swoją radę i pomoc. Steve potrząsnął głową, ale nic nie powiedział, a chłopcy na dywaniku z miejsca zaproponowali ufundowanie szpitala dla chorych psów i koni, białych myszy i rannych bohaterów.

– Nie uważasz, że będzie to lepszy sposób na spędzenie życia przez kobietę niż tańce, strojenie się i uganianie za mężem, Charlie? – zapytała Rose, widząc milczenie kuzyna i pragnąc jego aprobaty.

– Na chwilę bardzo ładny, a przy tym bardzo efektowny, bo nie znam nic bardziej urzekającego niż widok uroczej dziewczyny w skromnym czepeczku śpieszącej świadczyć dobro i wychwalającej przytułki dla biedoty z rozkoszną mieszaniną urody i uczynności. Na szczęście kochane duszyczki wkrótce się tym męczą, ale póki to trwa, jest boskie.

Charlie mówił tonem, w którym pobrzmiewała mieszanina podziwu i pogardy. Uśmiechał się przy tym z wyższością, tak jakby rozumiał zarówno wszystkie niewinne złudzenia, jak i przebiegłe sztuczki płci pięknej i nie spodziewał się po niej nic więcej. Postawa ta jednocześnie zaskoczyła i zmartwiła Rose, bo nie przypominała Charliego, którego zostawiła przed dwoma laty. Ale dziewczyna powiedziała tylko z dumnym ruchem głowy i ręki, jak gdyby odkładając na bok temat, którego nie potraktowano z należytym szacunkiem:

– Przykro mi, że masz tak niskie mniemanie o kobietach. Był czas, gdy szczerze w nas wierzyłeś.

– Nadal wierzę, daję słowo, że tak! Na całym świecie kobiety nie mają bardziej oddanego wielbiciela i niewolnika ode mnie. Tylko mnie wypróbuj i przekonaj się – zawołał Charlie, z galanterią posyłając całusa płci pięknej w ogóle.

Ale Rose nie była udobruchana. Z lekceważącym wzruszeniem ramion i spojrzeniem, które nie spodobało się jego lordowskiej mości, odrzekła:

– Dziękuję. Nie potrzebuję wielbicieli ani niewolników, ale przyjaciół i pomocników. Tak długo mieszkałam z mądrym, dobrym człowiekiem, że być może dość trudno mnie zadowolić, ale nie zamierzam obniżać poprzeczki i każdy, komu zależy na moim szacunku, musi przynajmniej próbować do niej równać.

– Uf! Jaki zagniewany gołąbek! Chodź i wygładź mu nastroszone piórka, Mac. Ja zmykam, zanim narobię większej szkody.

Charlie wyszedł do drugiego pokoju, lamentując w duchu, że wuj Alec zepsuł wspaniałą dziewczynę, zaszczepiając jej niezależność.

Pięć minut później pożałował tego, bo Mac powiedział coś, co wywołało wybuch śmiechu, a gdy obejrzał się za siebie, „zagniewany gołąbek” gruchał tak spokojnie i miło, że aż kusiło wrócić i wziąć udział w zabawie. Ale Charliego zepsuł nadmiar pobłażliwości i trudno mu było przyznać, że nie ma racji, nawet jeśli o tym wiedział. Zawsze wcześniej czy później dostawał to, czego chciał, a postanowiwszy już dawno, że Rose i jej majątek mają być jego, był skrycie niezadowolony z nowych planów i poglądów młodej damy, ale pochlebiał sobie, że wkrótce ulegną one zmianie, gdy ta przekona się, jak są niemodne i uciążliwe.

Rozmyślając o rozkosznej przyszłości, którą sobie ułożył, młodzieniec usadowił się w rogu kanapy obok matki, dopóki obie grupy nie połączyły się w jedną. Ciotka Plenty była zwolenniczką jedzenia i picia, najmniejszy więc pretekst do świętowania radował jej gościnną duszę, a przy tej okazji przeszła samą siebie.

To właśnie podczas tego nieformalnego przyjęcia Rose, wędrując od jednego pełnego podziwu krewnego do drugiego, natknęła się na trzech młodszych chłopców, którzy w ustronnym kąciku prowadzili cichą utarczkę.

– Wyjdźcie i pozwólcie, że na was popatrzę – powiedziała zachęcająco dziewczyna, przewidując, że jeśli nie zostanie szybko przywrócony pokój, dojdzie do wybuchu i publicznej kompromitacji.

Młodzi dżentelmeni pośpiesznie się ogarnęli i zaprezentowali kuzynce trzy zgrzane i wesołe twarze, czując się niezwykle zaszczyceni rozkazem.

– O rety, jak wyście wyrośli! Wy dryblasy, jak śmiecie tak mnie przerastać! – wykrzyknęła, wspinając się na palce, aby poklepać kędzierzawe łepetyny, bo Will i Geordie wystrzelili jak chwasty i teraz śmiali się do niej z góry, gdy przyglądała się im w zabawnym zdumieniu.

– Wszyscy Campbellowie to wspaniali, wysocy goście, a my zamierzamy być najlepsi z całej paczki. Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy mieli kiedyś ponad 180 centymetrów wzrostu, jak dziadek – zauważył z dumą Will, który ze swoimi długimi nogami i drobną głową tak bardzo przypominał młodego szanghajskiego koguta, że Rose z trudem zachowywała powagę.

– Poszerzymy się, gdy osiągniemy ostateczny wzrost. Teraz obaj przewyższamy Steve’a o pół głowy – dodał Geordie, zadzierając nosa.

Rose obróciła się, aby spojrzeć na Steve’a, nagle uśmiechnęła się i skinęła na niego. Młodzieniec rzucił serwetkę i pobiegł posłuszny wezwaniu, bo kuzynka była teraz królową balu, a on otwarcie ogłosił swoją dozgonną wierność.

– Powiedz pozostałym chłopcom, aby tu przyszli. Mam ochotę ustawić was wszystkich w szeregu i przeprowadzić przegląd, tak jak wy zrobiliście mi w owym strasznym dniu, gdy przestraszyliście mnie prawie na śmierć – rzekła Rose, śmiejąc się na to wspomnienie.

Kuzyni stawili się gremialnie, a stanąwszy ramię w ramię, utworzyli tak imponujący szyk, że młody dowódca doznał chwilowego onieśmielenia. Ale Rose widziała już zbyt wiele świata, aby speszyć się błahostką, a pragnienie przeprowadzenia dziewczęcej próby dodało jej odwagi, by z godnością i zapałem spojrzeć w oczy rzędowi uśmiechniętych kuzynów.

– A teraz będę się na was gapić, tak jak wy gapiliście się na mnie. To moja zemsta na siedmiu niegrzecznych chłopcach za osaczenie jednej biednej dziewczynki i cieszenie się jej trwogą. Teraz ani trochę się was nie boję, drżyjcie więc i strzeżcie się!

Mówiąc to, Rose spojrzała na twarz Archiego i z aprobatą skinęła głową, bo spokojne szare oczy patrzyły prosto na nią, a uczyniwszy to, złagodniały. Była to bardzo twarzowa zmiana, bo spojrzenie najstarszego kuzyna z natury było bardziej żywe niż życzliwe.

– Prawdziwy Campbell, niech cię Bóg błogosławi! – rzekła i przechodząc dalej, serdecznie uścisnęła rękę młodzieńca.

Następny w kolejce był Charlie i tu Rose poczuła się mniej zadowolona, choć nie bardzo wiedziała dlaczego. Gdy patrzyła w oczy kuzyna, pojawił się w nich przekorny błysk, który nagle przeszedł w coś gorętszego od gniewu, silniejszego od dumy i sprawił, że z lekkim drżeniem powiedziała szybko:

– Nie znajduję tego samego Charliego, którego zostawiłam, ale widzę, że Książę wciąż w nim jest.

Z ulgą zwracając się do Maca, Rose delikatnie ściągnęła mu „bryle”, jak mawiał Jamie, i spojrzała prosto w szczere niebieskie oczy. Te odwzajemniły spojrzenie, będąc pełne nieukrywanego i przyjaznego uczucia, które ogrzało jej serce i sprawiło, że jej własne oczy rozpromieniły się, gdy oddając okulary, powiedziała z autentyczną satysfakcją w twarzy i głosie:

– Nie zmieniłeś się, drogi, stary Macu. Bardzo mnie to cieszy!

– A teraz powiedz coś wyjątkowo miłego mnie, bo jestem kwiatem rodziny – rzekł Steve, podkręcając blond wąs, który najwyraźniej był jego dumą.

Rose wystarczył rzut oka, aby przekonać się, że Dandys zasługuje na swoje miano bardziej niż kiedykolwiek i pośpiesznie zaspokoiła jego próżność, odpowiadając z prowokacyjnym uśmiechem:

– W takim razie kwiat rodziny nazywa się Koguci grzebień1.

– Ha! Kto ma go teraz? – zadrwił Will.

– Prosimy, bądź dla nas łaskawa – szepnął Geordie, mając świadomość, że teraz kolej na nich.

– Kochane łodygi fasoli! Jestem z was dumna, tylko nie wyrastajcie za wysoko, bo stracimy was z oczu, nigdy też nie wstydźcie się spojrzeć kobiecie w twarz – odparła Rose, delikatnie poklepując po policzku wstydliwych olbrzymów, bo obaj spłonili się jak piwonie, choć ich chłopięce oczy były równie czyste i spokojne jak letnie jeziora.

– Teraz ja!

Jamie zrobił najbardziej męską minę, na jaką było go stać, czując, że nie wypada korzystnie pośród swych wysokich krewnych. Ale w mniemaniu wszystkich zyskał pierwszą pozycję, gdy Rose objęła go i pocałowała, mówiąc:

– Musisz teraz być moim chłopcem, bo wszyscy inni są za duzi, a ja chcę mieć wiernego małego pazia, który będzie biegał na posyłki.

– Zostanę nim i ożenię się z tobą, jeśli tylko zaczekasz, aż dorosnę! – zawołał Jamie, całkiem tracąc głowę pod wpływem nagłego awansu.

– Kochane dziecko, co on plecie? – zaśmiała się Rose, patrząc w dół na swojego małego rycerza, który przylgnął do niej z pełną wdzięczności żarliwością.

– Och, słyszałem, jak ciocie mówią, że lepiej by było, gdybyś poślubiła jednego z nas, aby majątek został w rodzinie, odezwałem się więc pierwszy, bo bardzo mnie lubisz, a ja uwielbiam kręcone włosy.

Biedny Jamie! Ledwo te okropne słowa padły z jego niewinnych ust, gdy Will i Geordie wymietli go z pokoju jak trąba powietrzna, a wycie nieszczęsnego chłopca dało się słyszeć z sali tortur, gdzie zamknięcie w skrzyni na szkielet było najlżejszą zadaną mu karą.

Pozostałych nieszczęśników ogarnęła konsternacja, ale ich zmieszanie wkrótce się skończyło, bo Rose, przybrawszy taki wyraz twarzy, jakiego jeszcze u niej nie widzieli, odprawiła ich krótkim rozkazem: „złamać szereg, koniec przeglądu” i odeszła do Phebe.

– Niech diabli porwą tego chłopaka! Powinieneś był go zamknąć albo zakneblować! – fuknął Charlie.

– Zajmę się nim – odparł biedny Archie, który próbował wychować małego psuja z równym powodzeniem jak większość rodziców i opiekunów.

– Cała sprawa była diabelnie niemiła – warknął Steve, który czuł, że nie wyróżnił się w ostatnim występie.

– Prawda zazwyczaj jest niemiła – zauważył oschle Mac, odchodząc z dziwnym uśmiechem na ustach.

Doktor Alec, jak gdyby podejrzewając jakiś zgrzyt, zaproponował muzykę, a młodzi ludzie uznali to za dobry pomysł.

– Chcę, żebyście usłyszeli oba moje ptaszki, bo zrobiły ogromne postępy i jestem z nich dumny – powiedział doktor, obracając stołek i wyciągając stare śpiewniki.

– Lepiej zacznę, bo po tym, jak usłyszycie słowika, nie będzie wam się podobał kanarek – dodała Rose, chcąc uspokoić Phebe, bo siedząca wśród nich dziewczyna, choć wyglądała jak z obrazka, była onieśmielona i milcząca, mając w pamięci dni, gdy jej miejscem była kuchnia.

– Zaśpiewam wam kilka starych piosenek, które tak lubiliście. Ta chyba moja ulubiona.

I usiadłszy, Rose zaintonowała pierwszą znajomą melodię ze śpiewnika i zaśpiewała ją dobrze, w sposób przyjemny, choć na pewno nie doskonały.

Przypadkiem były to Brzozy Aberfeldie, które przywołały żywe wspomnienie okresu, gdy Mac był chory, a ona się nim opiekowała. Wspomnienie to było jej miłe i wzrok dziewczyny mimowolnie powędrował w poszukiwaniu chłopca. Był niedaleko, siedząc tak samo jak wtedy, gdy Rose łagodziła jego największe przygnębienia: okrakiem na krześle z głową opartą na rękach, tak jakby piosenka zasugerowała tę pozę. Na ten widok serce jej zmiękło i postanowiła, że przebaczy przynajmniej jemu, bo była pewna, iż nie ma zakusów na jej nieszczęsne pieniądze.

Charlie utkwił w niej swoje piękne oczy z wyrazem czułego uwielbienia, co rozśmieszyło ją mimo wszystkich wysiłków zachowania pozorów nieświadomości. Była zarówno rozbawiona, jak i zirytowana tym jakże ewidentnym pragnieniem przypomnienia jej o pewnych sentymentalnych wydarzeniach ostatniego roku z ich lat dziecięcych, tego, co uważała za niewinny żart. Rose miała bardzo poważne wyobrażenia o miłości i nie zamierzała dać się wkręcić nawet we flirt z przystojnym kuzynem.

Tak więc Charlie afektował niezauważony, co go wprawiało w złość, gdy wtem zaczęła śpiewać Phebe. I w tym momencie młodzieniec całkiem zapomniał o sobie. Efekt zaskoczył wszystkich, ponieważ dwa lata zagranicznego treningu w połączeniu z kilkuletnim kształceniem w domu zdziałały cuda i piękny głos, który dawniej świergotał wesoło nad garnkami i czajnikami, teraz to dźwięczał melodyjnie, to rozpływał się w łagodnych tonach, które przyprawiały słuchaczy o dreszcz wzruszenia. Rose promieniała z dumy, akompaniując przyjaciółce, bo Phebe była teraz we własnym świecie – świecie, gdzie nie nachodziły jej przygnębiające wspomnienia przytułku czy kuchni, ignorancji czy samotności, w szczęśliwym świecie, gdzie mogła być sobą i panować nad innymi magią swojego słodkiego daru.

Tak, Phebe była teraz sobą i zmiana, jaka w niej zaszła, widoczna była wraz z pierwszą nutą muzyki. Nie była już nieśmiała i milcząca, nie jawiła się jako ładna dziewczyna, ale jako kwitnąca kobieta, żywa i pełna wyrazu, jaki dawała jej sztuka, gdy delikatnie złożyła dłonie, utkwiła spojrzenie w świetle i pozwalała płynąć melodii tak prosto i radośnie jak skowronek szybujący w stronę słońca.

– O rety, Alec, toż to głos, który chwyta człowieka za serce! – zawołał wuj Mac, ocierając oczy po jednej z tęsknych ballad, które nigdy się nie starzeją.

– Jest zdolny chwycić! – odparł z radością doktor Alec.

– Chwycił – dodał Archie sam do siebie.

I miał rację, bo właśnie w tej chwili zakochał się w Phebe. Nie inaczej. Był w stanie wskazać godzinę niemal co do sekundy, bo kwadrans po dziewiątej uważał Phebe jedynie za niezwykle czarującą młodą osobę, dwadzieścia po uznał ją za najśliczniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział, dwadzieścia pięć po była ona aniołem, który śpiewem porywał jego duszę, a o wpół do dziesiątej przepadł zupełnie, unosząc się ponad rozkosznym morzem ku owemu chwilowemu rajowi na ziemi, w którym zazwyczaj lądują zakochani w pierwszym pełnym zachwytu oszołomieniu.

Gdyby ktoś powiedział głośno o tym zadziwiającym fakcie, nikt by w niego nie uwierzył, a jednak była to prawda. Trzeźwy, praktyczny Archie odkrył nagle na dnie swojego poukładanego serca pokłady romantyczności, które jego samego zdumiały. Z początku nie wiedział dokładnie, co się z nim stało i siedział jak nieprzytomny, nic nie widząc, nie słysząc ani nie wiedząc o niczym prócz Phebe, podczas gdy nieświadomej idolce brakowało czegoś w przyjętych ze skromnością serdecznych pochwałach, ponieważ Archie nie powiedział ani słowa.

Była to jedna z niezwykłych rzeczy, które wydarzyły się tego wieczoru. Drugą było to, że Mac wygłosił Rose komplement. Ów bezprecedensowy fakt wzbudził wielką sensację, choć jego świadkiem była tylko jedna osoba.

Wszyscy się już rozeszli oprócz Maca i jego ojca, który rozmawiał z doktorem. Ciotka Plenty liczyła w jadalni łyżeczki, a Phebe pomagała jej jak dawniej. Mac i Rose pozostali sami. On, zatopiony w myślach, stał oparty łokciami o gzyms kominka, ona położyła się w fotelu i w zamyśleniu patrzyła w ogień. Była zmęczona, cisza jej odpowiadała, nie odzywała się więc, a Mac taktownie milczał. Teraz jednak uzmysłowiła sobie, że kuzyn patrzy na nią tak bacznie, na ile pozwalają mu krótkowzroczne oczy i nie zmieniając wygodnej pozycji, powiedziała z uśmiechem:

– Wyglądasz jak mądra sowa. Ciekawe, o czym myślisz?

– O tobie, kuzynko.

– Mam nadzieję, że dobrze?

– Myślałem sobie, że Leigh Hunt2 miał rację, mówiąc: „dziewczyna to najsłodsza istota, jaką Bóg stworzył”.

– Cóż to, za uwaga Mac!?

Słowa te zabrzmiała tak nieoczekiwanie w ustach filozofa, że zaskoczona Rose aż wyprostowała się w fotelu.

Mac, najwyraźniej zainteresowany nowym odkryciem, ciągnął dalej:

– Wiesz, mam wrażenie, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie widziałem dziewczyny ani nie miałem pojęcia, jakie mogą z nich być sympatyczne istoty. Wydaje mi się, że jesteś wyjątkowo udanym okazem, Rose.

– Nie, naprawdę! Jestem tylko zdrowa i szczęśliwa, a poczucie, że bezpiecznie wróciłam do domu, może sprawiać, że wyglądam lepiej niż zazwyczaj, ale nie jestem żadną pięknością, chyba że dla wujka.

– „Zdrowa i szczęśliwa”, to musi być to – powtórzył Mac, trzeźwo analizując problem. – Większość dziewcząt jest chorowita albo głupia, z tego co zauważyłem i pewnie dlatego zrobiłaś na mnie takie wrażenie.

– Ze wszystkich dziwnych chłopców ty jesteś najdziwniejszy! Naprawdę chcesz powiedzieć, że nie lubisz albo nie dostrzegasz dziewcząt? – zapytała Rose rozbawiona tym nowym dziwactwem swojego pilnego kuzyna.

– Cóż, nie, uzmysławiam sobie tylko ich dwa rodzaje: głośne i ciche. Wolę ten drugi, ale na ogół nie zauważam żadnych dziewcząt bardziej niż much, chyba że mnie denerwują. Wtedy mam ochotę je odgonić, ale skoro to nie działa, chowam się.

Rose opadła na oparcie fotela i śmiała się do łez. Tak zabawnie było słyszeć, jak Mac przy ostatnich słowach zniża głos do konfidencjonalnego szeptu i widzieć, jak uśmiecha się z satysfakcją winowajcy na wspomnienie dręczycielek, którym uszedł.

– Nie ma co się śmiać, zapewniam cię, że to fakt. Charliemu podobają się te stworzenia, a one go rozpieszczają. Steve bierze z niego przykład, rzecz jasna. Archie jest pełnym szacunku niewolnikiem, kiedy nie może się powstrzymać. Co do mnie, nieczęsto daję im szansę, a kiedy mnie dopadną, rozprawiam o naukach ścisłych i martwych językach, aż czmychają gdzie pieprz rośnie. Od czasu do czasu trafiam na rozsądną dziewczynę i wtedy doskonale się dogadujemy.

– To smutna perspektywa dla mnie i dla Phebe – westchnęła Rose, próbując zachować powagę.

– Phebe ewidentnie należy do cichych dziewcząt. Wiem też, że jest rozsądna, inaczej nie zawracałabyś sobie nią głowy. Widzę, że miło na nią popatrzeć, więc wydaje mi się, że ją polubię. Co do ciebie, pomagałem cię wychować, więc jestem trochę ciekaw, co z ciebie wyrosło. Bałem się, że zagraniczny polor może ci zaszkodzić, ale widzę, że tak się nie stało. Prawdę mówiąc, jak na razie wydajesz mi się całkiem zadowalająca, jeśli mogę tak się wyrazić. Nie wiem tylko, na czym polega twój urok. To musi być siła wdzięków duchowych, skoro twierdzisz, że nie masz cielesnych.

Mac przyglądał się jej z chytrym uśmieszkiem na wargach, ale tak życzliwym wzrokiem zza okularów, że Rose uznała zarówno słowa, jak i spojrzenie za bardzo miłe i odparła wesoło:

– Cieszę się, że mnie aprobujesz i jestem bardzo zobowiązana za twoją troskę o mnie we wczesnej młodości. Mam nadzieję, że przyniosę ci chlubę i liczę, że nie dasz mi zejść z dobrej drogi, bo boję się, że wszyscy mnie rozpieścicie.

– Będę miał na ciebie oko pod jednym warunkiem – odparł młody mentor.

– Mów.

– Jeśli będzie się kręciło wokół ciebie wielu adoratorów, umywam od ciebie ręce. Jeśli nie, jestem do usług.

– Musisz być psem pasterskim i pomagać mi trzymać ich na dystans, bo jeszcze nieprędko będę chciała mieć adoratora, a mówiąc między nami, nie wydaje mi się, żebym kiedyś jakiegoś miała, jeśli rozejdzie się, że jestem niezależna. Ten fakt odstraszy większość mężczyzn niczym żółta flaga3 – rzekła Rose, bo dzięki kurateli wuja Aleca nie traciła serca ani czasu na głupie flirty, przez które wiele dziewcząt trwoni swoją młodość.

– Hmm, raczej wątpię – wymamrotał Mac, przyglądając się młodej damie.

Z pewnością nie robiła ona wrażenia odpychająco niezależnej i mimo swoich skromnych zaprzeczeń była piękna. Piękna w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu, bo szlachetność charakteru użyczała subtelnego wdzięku świeżej młodości, kwitnącemu zdrowiu, niewinnej naturze, których słodką panieńskość Mac wyczuwał, ale nie potrafił opisać. Rose była subtelna, a mimo to pełna energii i promieniała szczerością, która sugeruje wspaniałe możliwości oraz napawa nadzieją, iż takie ludzkie kwiaty będą mogły rozkwitać w najczystszym powietrzu nieba i w najcieplejszych promieniach słońca.

– Poczekaj i przekonaj się – odparła Rose, po czym, usłyszawszy głos wuja w korytarzu, wyciągnęła rękę i dodała przyjaźnie. – Dawne czasy powrócą, więc przychodź często, mów mi wszystko o swoich wysiłkach i pomagaj mi w moich, tak jak dawniej.

– Naprawdę tego chcesz? – Mac wyglądał na uszczęśliwionego.

– Naprawdę. Tak mało się zmieniłeś, poza tym że urosłeś, że wcale nie czuję się przy tobie nieswojo i chcę zacząć tam, gdzie skończyliśmy.

– To wspaniale. Dobranoc, kuzynko.

I ku jej wielkiemu zdumieniu, Mac dał jej serdecznego całusa.

– Och, ale to wcale nie jest jak dawniej! – zawołała Rose, cofając się w radosnym zmieszaniu, podczas gdy zuchwały chłopak zrobił lekko zdziwioną minę i niewinnie zapytał:

– Czyż nie zawsze życzyliśmy sobie w ten sposób dobrej nocy? Mam wrażenie, że tak było, a mieliśmy zacząć tam, gdzie skończyliśmy.

– Oczywiście, że nie. Nie było takiej siły, która skłoniłaby cię do tego, jak sam doskonale wiesz. Nie mam ci tego za złe pierwszego wieczoru, ale teraz jesteśmy za duzi na te rzeczy.

– Będę pamiętał. To chyba była siła przyzwyczajenia, bo jestem pewien, że musiałem to robić dawniej, tak wydawało się to naturalne. Idę, tato! – I Mac wyszedł, najwyraźniej przekonany o swojej racji.

– Kochany chłopak! Nic a nic się nie zmienił. Co za ulga, bo niektórzy bardzo szybko dorośli – powiedziała do siebie Rose, przypominając sobie sentymentalne miny Charliego i wniebowzięty wyraz twarzy Archiego, gdy śpiewała Phebe.

Rozdział II Nowe twarze starych przyjaciół

– Jak dobrze jest być znowu w domu! Zastanawiam się, po co w ogóle zdecydowaliśmy się wyjechać! – wykrzyknęła Rose, wałęsając się następnego ranka po starym domu z zadowoleniem kogoś, który odwiedza znajome kąty i stwierdza, że nic się zmieniło.

– Po to, żeby mieć przyjemność z powrotu – odparła Phebe, idąc korytarzem obok swojej małej pani równie szczęśliwa jak ona.

– Wszystko wygląda tak samo jak dawniej, nawet różane liście, które wkładałyśmy tutaj – ciągnęła młodsza z dziewcząt, zaglądając do jednego z wysokich indyjskich dzbanów stojących w korytarzu.

– Nie pamiętasz, jak Jamie i Wtykusia bawili się nimi w czterdziestu rozbójników i jak próbowałaś wejść do tego niebieskiego i utknęłaś, a inni chłopcy znaleźli nas, zanim zdążyłam cię wyciągnąć? – zapytała ze śmiechem Phebe.

– Tak, faktycznie. O wilku mowa – dodała Rose, gdy z alei dobiegł przenikliwy gwizd, któremu towarzyszył stukot kopyt.

– Cyrk! – zawołała radośnie Phebe, bo obie przypomniały sobie czerwoną bryczkę i szarżę klanu.

Tym razem był to tylko jeden chłopiec, ale robił hałasu za pół tuzina i zanim Rose podbiegła do drzwi, Jamie wkroczył w podskokach „z buzią jak wypucowane poranne niebo”4. Na ramieniu miał kij, na głowie czerwono-białą czapkę z daszkiem, jedną kieszeń wypchaną dużą piłką, drugą pełną ciastek, a w ustach jabłko, które w pośpiechu kończył jeść.

– Dobry! Wpadłem tylko, żeby się upewnić, że naprawdę przyjechaliście i sprawdzić, czy wszystko w porządku – zauważył, salutując kijem i uchylając kolorowej czapki jednym efektownym pociągnięciem.

– Dzień dobry, kochany. Tak, naprawdę tu jesteśmy i doprowadzamy się do porządku tak szybko, jak potrafimy. Ale wydaje mi się, że wyglądasz dość okazale, Jamie. Należysz do kompanii strażackiej czy do klubu jeździeckiego? – zapytała Rose, unosząc pucołowatą niegdyś buzię, która teraz robiła się brązowa i kanciasta w okolicach brody.

– Nie! Naprawdę nie wiesz? Jestem kapitanem Klubu Bejsbolowego Gwiazda. Popatrz na to.

I tak jakby był to fakt o narodowym znaczeniu, Jamie uchylił poły marynarki, ukazując na dumnie wypiętej piersi czerwoną flanelową tarczę w kształcie serca ozdobioną gwiazdą wielkości spodka.

– Wspaniałe! Tak długo mnie nie było, że zapomniałam o istnieniu takiej gry. Jesteś kapitanem? – zawołała Rose będąca pod wrażeniem wielkiego zaszczytu, jakiego dostąpił jej krewny.

– Właśnie tak. I to nie żart, bo wybijamy sobie zęby, palce i podbijamy oczy prawie równie dobrze jak dorośli. Przyjdź na łąkę między pierwszą a drugą i zobacz, jak gramy mecz, a zrozumiesz, jaka to ciężka praca. Jeśli wyjdziesz teraz na trawnik, nauczę cię, jak uderzać kijem – dodał Jamie napędzany pragnieniem popisania się sprawnością.

– Nie, dziękuję, kapitanie. Trawa jest mokra, a ty się spóźnisz do szkoły, jeśli będziesz się przez nas zatrzymywał.

– Nie boję się. Dziewczyny ogólnie nie na wiele się zdają, ale tobie nigdy nie przeszkadzała odrobina wilgoci i byłaś dobrym zawodnikiem w krykieta. Nie potrafisz już robić nic z tych rzeczy? – zapytał chłopiec, posyłając pełne litości spojrzenie nieszczęsnym stworzeniom wykluczonym z radości i niebezpieczeństw męskich sportów.

– Wciąż potrafię biegać i przy furtce będę przed tobą, zobaczysz.

Pod wpływem impulsu Rose rzuciła się na schody, zanim zaskoczony Jamie zdołał wsiąść na konia i pognać za nią.

W jednej chwili już go nie było, ale Rose wystartowała wcześniej i choć stary kuc szetlandzki robił, co mógł, dziewczyna dobiegła do celu minimalnie wcześniej i stała teraz przy furtce roześmiana i zdyszana, rumiana od rześkiego październikowego powietrza – piękny widok dla kilku dżentelmenów, którzy akurat przejeżdżali obok.

– Brawo, Rose! – powiedział Archie, wyskakując z powozu, aby się przywitać, podczas gdy Will i Geordie skłonili się, a wuj Mac śmiał się z Jamiego, który wyglądał tak, jakby dziewczęta nieco zyskały w jego mniemaniu.

– Cieszę się, że to ty, bo nie będziesz zszokowany. Ale tak się cieszę z powrotu, że zapomniałam, iż nie jestem już małą Rose – powiedziała Atalanta5, przygładzając rozwiane włosy.

– Bardzo ją przypominasz z tymi lokami spadającymi na ramiona. Brakowało mi ich wczoraj wieczorem, zastanawiam się nawet, co jest nie tak. Jak tam wujek i Phebe? – zapytał Archie, którego wzrok powędrował nad głową Rose w kierunku ganku, gdzie pomiędzy czerwieniejącymi pnączami dzikiego wina widać było kobiecą sylwetkę.

– Wszystko dobrze, dzięki. Może wejdziecie i sami się przekonacie?

– Nie możemy, moja droga, nie damy rady. Praca, rozumiesz, praca. Ten człowiek to moja prawa ręka i nie mogę go odstąpić nawet na minutę. Chodź, Archie, musimy jechać, bo chłopcy spóźnią się na pociąg – odparł wuj Mac, wyciągając zegarek.

Archie po raz ostatni przeniósł wzrok z jasnowłosej postaci przy furtce na ciemnowłosą pomiędzy dzikim winem i odjechał, a za powozem podreptał Jamie, pocieszając się po porażce jabłkiem numer dwa.

Rose przez chwilę zwlekała z odejściem, mając wielką ochotę kontynuować bieg i wpaść po kolei do wszystkich ciotek. Przypomniała sobie jednak o swojej gołej głowie i właśnie miała zawrócić, gdy radosne „Ahoj! Ahoj!” kazało jej podnieść wzrok. Szybkim krokiem zbliżał się Mac, wymachując kapeluszem.

– Campbellowie nadchodzą dzisiaj wcześnie i licznie, a im ich więcej, tym weselej – powiedziała dziewczyna, wybiegając kuzynowi na spotkanie. – Wyglądasz jak grzeczny chłopiec, który idzie do szkoły, pilnie zakuwając po drodze – dodała z uśmiechem, widząc, że chłopak wyjmuje palec z książki, którą widocznie czytał po drodze, i wkłada ją sobie pod pachę jak przed laty.

– Jestem uczniem i idę do szkoły, którą lubię najbardziej – odparł Mac, machając wiązką pierzastych astrów, tak jakby wskazywał na otaczający ich piękny jesienny świat pełen radosnych barw, świeżego powietrza i łagodnego słonecznego blasku.

– To mi przypomniało, że nie miałam okazji dowiedzieć się wczoraj zbyt wiele o twoich planach. Inni chłopcy mówili jeden przez drugiego, a ty tylko od czasu do czasu wtrącałeś słowo. Kim chcesz być, Mac? – zapytała Rose, gdy szli obok siebie aleją.

– Przede wszystkim człowiekiem, jeśli się da, to dobrym. Poza tym, czym Bóg zechce.

W jego tonie i słowach było coś, co kazało Rose spojrzeć szybko w twarz Maca, na której malował się jakiś nowy wyraz. Był on nie do opisania, ale dziewczyna odniosła to samo znane jej dobrze wrażenie jak wtedy, gdy mgły spowijające góry rozstępują się nagle, ukazując przebłyski jakiegoś szczytu, który lśni spokojny i wyniosły na tle błękitu.

– Myślę, że będziesz kimś wspaniałym, bo naprawdę wyglądasz podniośle, gdy tak kroczysz pod sklepieniem z żółtych liści ze słońcem na twarzy – zawołała, uświadamiając sobie nagły przypływ podziwu, którego nigdy wcześniej nie czuła, bo Mac był najbardziej niepozornym z kuzynów.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział III Panna Campbell

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV Ciernie wśród róż

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V Książę z bajki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI Ugładzanie Maca

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII Phebe

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII Wzburzone fale

Dostępne w wersji pełnej

1 Koguci grzebień – inaczej celozja grzebieniasta, roślina ozdobna o charakterystycznych kwiatach [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
2 Leigh Hunt – angielski krytyk literacki i poeta (1784-1859).
3 Żółta flaga wywieszona na statku oznaczała zarazę.
4 Fragment Jak wam się podoba Williama Szekspira w przekładzie Stanisława Barańczaka.
5 W mitologii greckiej piękna uczestniczka łowów kalidońskich.

Rozdział IX Noworoczni goście

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X Część smutna i poważna

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI Drobne pokusy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII Bal u Kitty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII Obie strony

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV Pomysł ciotki Clary

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV Nieszczęsny Charlie!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI Dobre uczynki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII Pośród stogów siana

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII Geniusz czy miłość?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIX Za fontanną

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XX Co zrobił Mac?

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXI Jak Phebe zasłużyła sobie na przyjęcie z otwartymi ramionami

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXII Krótki i przyjemny

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Rose in bloom

Copyright © 2021, Wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-747-1

Projekt okładki, wybór ilustracji oraz skład książki:

Zuzanna Malinowska Studio

Autor ilustracji: Harriet Roosevelt Richards

Opracowanie: MG, Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk