Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
MIĘDZYNARODOWY BESTSELLER, DZIĘKI KTÓREMU ODZYSKASZ SPOKÓJ I ODNAJDZIESZ UKOJENIE.
Osiem milionów dróg do szczęścia to drogowskaz na czasy, w których każdy z nas poszukuje ukojenia.
Hiroko Yoda zaprasza cię do świata uważności, czerpiąc z uzdrawiającej mądrości japońskiej kultury i tradycji. Zainspirowana buddyzmem, mądrością shugendo czy mistycyzmem kami, pokazuje, jak na nowo zbudować fundamenty dobrego życia, a następnie oprzeć na nich życie wypełnione sensem, wdzięcznością i dobrem ukrytym w małych gestach.
Być może przytłacza cię codzienność. A może właśnie przechodzisz przez czas trudnych dla ciebie zmian. Bez względu na to, z jakimi wyzwaniami się mierzysz, ta książka pomoże odnaleźć własną ścieżkę do szczęścia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 460
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Eight Million Ways to Happiness
Published by agreement with Folio Literary Management, LLC and Graal Sp. z o.o.
Copyright © by Hiroko Yoda, 2025 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Anna Dzierzgowska, 2026
Redaktorka nabywająca: Paulina Surniak
Redaktorki prowadzące: Agata Ługowska, Agata Sikorska-Olszowa
Marketing i promocja: Agata Gać, Katarzyna Schinkel-Barbarzak
Redakcja: Rafał Sarna
Korekta: Katarzyna Kusojć, Magdalena Chrobok
Projekt typograficzny wnętrza i łamanie: Olga Dziuba
Projekt okładki i strony tytułowe: David Mann
Ilustracja na okładce: Paseven | Shutterstock
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-03-2
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wierzymy, że prawdziwa zmiana zaczyna się od uważności – od wsłuchania w siebie, nawet gdy świat wokół nie zwalnia. Dlatego w serii BALANS oddajemy głos ekspertom i ekspertkom, którzy pomagają lepiej rozumieć potrzeby ciała i umysłu, odnaleźć równowagę i świadomie decydować o tym, co naprawdę nam służy.
Zamiast gotowych recept i obietnic natychmiastowej przemiany zapewniamy poparte badaniami i rzetelną wiedzą wskazówki oraz narzędzia, które umożliwiają wprowadzanie zmian krok po kroku, w tempie, jakiego potrzebujesz.
Bo czasem zmiana zaczyna się od jednego zdania, które trafia w sedno i zostaje z nami na dłużej. Od jednej decyzji, która może zmienić wszystko.
Erik Gude, Cate Osborn ADHD. Jak skutecznie wspierać swój mózg? przełożyła Barbara Łukomska
Hiroko Yoda Osiem milionów dróg do szczęściaprzełożyła Anna Dzierzgowska
W przygotowaniu:
dr Ezekiel J. Emanuel Sześć kroków do długowieczności
Liz Tenuto @theworkoutwitch_ Uwolnij napięcie, odzyskaj równowagę
Karolina Sławatycka Kobiece sprawy. Zdrowie intymne bez tabu
Pewnej jesieni, właśnie wtedy, gdy liście zaczęły opadać z drzew, poczułam, że ja z kolei podupadam na duchu. Był rok 2008 i teoretycznie powinnam była świętować. Razem z mężem właśnie ukończyliśmy książkę, bogato ilustrowany przewodnik po istotach z japońskiego folkloru, nad którą pracowaliśmy cały rok. Tymczasem kilka miesięcy po tym, jak książka się ukazała, umarła moja matka. Pierwszy egzemplarz otrzymany od wydawcy włożyłam jej do trumny. Tak bardzo się cieszyła, kiedy dostała tę książkę, mimo że nie czytała po angielsku. Powiedziała mi nawet, że jest dumna. Kiedy została skremowana, książka wraz z nią powędrowała do krainy umarłych.
Niedługo później, bez ostrzeżenia, zmarła bliska przyjaciółka z dzieciństwa. Później odszedł Luke, nasz ukochany pies. Tylko kilka miesięcy, a ciąg pożegnań stał się niemal nie do zniesienia.
Rzecz jasna na poziomie intelektualnym wiedziałam, że wszystkiemu, co żyje, przeznaczona jest śmierć. Była to jednak, przynajmniej jak dotąd, czysta abstrakcja. Nigdy nie myślałam o śmierci rodziców, ponieważ była czymś nie do pomyślenia. Można nazwać to wyparciem, można to nazwać, jak się komu podoba: wyobrażanie sobie tego było tak bolesne, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
„Jeśli chcesz sprawić komuś przyjemność, musisz to zrobić, póki ta osoba jeszcze tu jest” – powiedziała mi kiedyś matka w czasie jakiejś dawnej kłótni. „Nic nikomu nie przyjdzie z otulania grobu kołderką”. Spierałyśmy się tak często, że nawet nie potrafię sobie przypomnieć, czego dotyczyła tamta sprzeczka, jednak po śmierci matki wróciło do mnie to wspomnienie. Jak sądzę, na swój sposób próbowała mi powiedzieć, że czas, który mamy dla siebie nawzajem, jest ograniczony, więc powinnam starać się wykorzystać go jak najlepiej. Wiem, że była jeszcze młoda, kiedy straciła własną matkę, i że bardzo za nią tęskniła. Tyle że podczas tamtej kłótni nie byłam jeszcze gotowa, by posłuchać takiej rady, i szybko otrząsnęłam się z tej myśli albo raczej zakopałam ją w sobie bardzo głęboko. Na dobre i na złe, w gniewie i w szczęściu, w zdrowiu i chorobie – moja matka i ojciec po prostu byli na miejscu jak firmament nad głową czy ziemia pod nogami i nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. A nawet jeśli to (zawsze to, moja odmowa nazywania tej rzeczy była sposobem na jej obłaskawienie) miało kiedyś nastąpić, no cóż... pozostawało kwestią odległej przyszłości. Dopóki nie nastąpiło.
Moja matka była starszą panią, chorowała od lat, a mimo wszystko jej śmierć rozjechała mnie jak żadne wcześniejsze doświadczenie. Dzień po dniu czułam się tak, jakby coś tłumiło płomień mojej duszy, jakby wyssało kolory ze świata. Zaczęłam kwestionować własną tożsamość. Po raz pierwszy dotarło do mnie, do jakiego stopnia definiowała mnie relacja z matką. Czasem miałam wrażenie, że moja samowiedza opiera się na moich zobowiązaniach wobec niej i na tym, co do niej czułam. Czasem z kolei, może nawet częściej, niżbym chciała, kipiałam od poczucia niesprawiedliwości, pełna gniewu i niezgody. Zawsze jednak postrzegałam siebie samą jako część szerszego systemu, satelitę krążącego wokół gwiazdy, uwiązanego mocą, której nie sposób się wymknąć. Teraz gwiazda zniknęła. Jej miejsce zajęła próżnia, obdarzona jeszcze silniejszą i groźniejszą siłą przyciągania.
Kolejne śmierci, przyjaciółki i psa, jedynie pogłębiły moją dezorientację. Strata zaczęła określać moje podejście do świata. Wiedziałam, że będę musiała znaleźć nowy sposób samookreślenia, nie miałam tylko pojęcia, jak mam to zrobić. Stałam się wyjątkowo wrażliwa. Słowa pociechy przepełnionych dobrymi intencjami przyjaciół i przyjaciółek przynosiły tylko ból i nikt nie był w stanie wypełnić nowych dziur w moim sercu. Wyczuwałam, że pozbierać się mogę jedynie ja sama.
Któregoś dnia postanowiłam udać się na długi spacer po parku. Ostatnio zaczęłam interesować się fotografią, wzięłam więc ze sobą aparat – ciężki, cyfrowy model lustrzanki jednoobiektywowej, który kupiłam, licząc, że udoskonalę swoją technikę. Jednak pogrążona w żałobie nie miałam siły spoglądać na świat przez obiektyw. Spacer okazał się krótki. Wyszłam z pochyloną głową, szurając nogami, wróciłam do domu i zaczęłam płakać.
Powtarzałam ten cykl w kolejnych dniach i tygodniach. Uznałam, że stopniowo będę odrobinę wydłużać spacery. Później postanowiłam podnieść głowę, patrzeć przed siebie zamiast w dół. A w każdym razie próbowałam tak robić. I pewnego dnia, nie wiem, po jak długim czasie, udało mi się. Spojrzałam w górę. I zobaczyłam coś wspaniałego.
Młody kruk siedział na gałęzi i wpatrywał się w niebo. Wydawało mi się, że ma w oczach smutek, a mimo to unosił dziób, oczarowany, jak gdyby spoglądał na coś potężnego. I tak było: patrzył w niebo, ogromne i swobodne, takie, jakie zawsze mi się jawiło. Poczułam się tak, jakby świat zatrzymał się na moment. Instynktownie podniosłam aparat i nacisnęłam migawkę. Kadr, przynajmniej według mnie, był doskonały: słodki, gorzki, pełen smutku, piękny – wszystko naraz.
Kruk osiadł nad małą, bardzo starą kapliczką. Był to chram shinto z serią bram torii rozstawionych nad ścieżką prowadzącą do środka. Bramy, pomalowane niegdyś na kolor płomiennego szkarłatu, wystawione latami na wiatry i deszcze, wyblakły do mdłego cynobru. Seria kamiennych stopni, wygładzonych pośrodku przez niezliczone kroki, wiodła do miejsca kultu: zadaszonego budyneczku na filarach w tym samym kasztanowym odcieniu co bramy, otwartego na działanie żywiołów, tak małego, że zmieściłaby się w nim tylko jedna osoba.
Dużo później na podstawie starych map ustaliłam, że chram znajdował się w tym miejscu od ponad trzystu pięćdziesięciu lat. Zgodnie ze zwyczajem musiał być na przestrzeni wieków przebudowywany, na pewno jednak nie ostatnio, jeśli sądzić po stanie kamieni, farby i drewna. Było to malutkie, skromne miejsce modlitwy, podobne do niezliczonych innych, które można napotkać w całej Japonii. Mijałam je wcześniej wielokrotnie. A jednak tym razem oczarowało mnie i zatrzymało. Nad chramem kołysały się konary japońskich klonów, jesienne słońce podświetlało delikatne liście, a jego tańczące promienie kładły się cętkami na stromych stopniach. Delikatny powiew wiatru za moimi plecami wydawał się popychać mnie do środka.
Uniosłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Jako fotografka czy może raczej jako osoba mająca ambicję zajmowania się fotografią wiedziałam, że piękno tej chwili jest dziełem światła. Światło to dusza zdjęcia, to ono nasyca dwuwymiarowy obraz napięciem i życiem. W terenie fotografowie znajdują się na łasce Słońca i Ziemi, która obraca się wokół własnej osi, więc kąt oświetlenia zmienia się w kolejnych porach roku, stopień za stopniem, tak że nigdy nie powtarza się w ten sam sposób.
Zmiany światła dokonują się z chwili na chwilę, niemal nie do uchwycenia. Jednak im więcej czasu spędzasz, patrząc przez wizjer aparatu, tym lepiej uświadamiasz sobie, jak szybko porusza się pozornie stały grunt pod naszymi stopami. Wirujemy w kosmosie, w podróży zaplanowanej na długo wcześniej, zanim się narodziliśmy, zanim człowiek zaczął przemierzać Ziemię. Tak więc gdy naciskałam migawkę, stojąc przed bramami torii, uderzyło mnie piękno tego wszystkiego: nie tylko samego obrazu, ale całości: momentu, tematu, kadru, kompozycji, światła. Kombinacja niezliczonych zmiennych, z których jedynie kilka podlegało mojej kontroli, a zdecydowana większość nie. Pora dnia i roku, wiatr muskający liście, delikatnie podniszczone filary i szachownica przeświecającego przez nie światła. Na krótką chwilę wszystko dopasowało się do siebie. A potem chwila minęła. Jako fotografka wiedziałam, że to świetne zdjęcie, które zrobiłam, było kwestią szczęścia. W głębi duszy uświadomiłam sobie jednak, że wydarzyło się tu o wiele więcej. To nie była po prostu chwila, którą udało mi się uchwycić – nie do końca. To był raczej prezent od samej natury.
Klony rosły w gaju drzew wiśniowych, których gałęzie splatały się w misterny baldachim. Ta sieć prowadziła z powrotem ku sękatym pniom, bursztynowe krople żywicy na ich pofałdowanej korze, odpowiednio oświetlone słońcem, błyszczały jak klejnoty, a pnie wyginały się w takich samych skrętach jak na niezliczonych malowidłach tuszem i drzeworytach. Gdzieniegdzie dostrzegałam kępki małych grzybów rozkwitających na korze, nieomylną oznakę początków rozkładu. Jakby dla przypomnienia starcom, że czas ich życia się kurczy, pokryte mchem pniaki wyłaniały się tu i ówdzie z ziemi – szczątki drzew, zwalonych, kiedy nadszedł ich nieunikniony kres, groby sakury. Kiedy jednak przyjrzałam się im uważniej, dostrzegłam pędy wyrastające z tych pozornie martwych pni, drobiny życia wybijające się spod dywanów mchu i dążące ku ożywczemu światłu. Kruk zwrócił moją uwagę na chram, chram na drzewa, drzewa na swoich poprzedników i na odrosty, wyrastające z gliniastej gleby – delikatne przypomnienie, że życie tworzy cykl, a także że śmierć nie jest prawdziwym końcem. Jest początkiem innych istnień. Takich jak to nowe, które starałam się wykuć po śmierci matki.
W całym ciele poczułam narastające ciepłe uczucie wdzięczności, oczy napełniły mi się łzami. W tamtej chwili wiedziałam, że nie jestem sama i że już nigdy nie będę.
Zgodnie z tradycyjnymi wierzeniami mojego kraju każda rzecz ma ducha. Niebo w górze, ziemia pod stopami, drzewa, skały, rzeki, morza, nawet słowa, które wypowiadamy. Na tym polega sama istota shinto, rodzimego systemu wierzeń Wysp Japońskich. Kami są awatarami każdego aspektu świata naturalnego, a shinto stanowi metodę wchodzenia z nimi w interakcję, innymi słowy, sposób radzenia sobie z niekończącym się cyklem życia, narodzin i śmierci i ze wszystkim tym, co było wcześniej i co nadejdzie później.
W tamtym momencie pierwszy raz w życiu wyczułam obecność kami, tej mającej wiele twarzy rzeszy bogów, które niegdyś kierowały Japonią. Czy nie była to jednak tylko odległa przeszłość? Jak większość osób, zajęta nauką, szkołą, a później pracą, nigdy właściwie nie zwracałam na nie większej uwagi. Teraz zaczęło do mnie docierać, że kami są wszędzie, jeśli tylko wiesz, gdzie patrzeć.
Według legend Wyspy Japońskie są domem yaoyorozu-no-kami, czyli „ośmiu milionów kami”. Ten idiom, używany powszechnie do dziś, to w gruncie rzeczy licentia poetica, nie konkretne wyliczenie, ale opis niepoliczalnej wielości. Kami to niewidoczne awatary budzących respekt sił, pozostających poza ludzką kontrolą. Są twarzami wieloaspektowej złożoności, która bez nich oszołomiłaby ludzką wyobraźnię. „Osiem milionów” to skrót, który subtelnie przypomina, że zawsze znajdzie się miejsce na kolejne.
Tytuł niniejszej książki także korzysta poniekąd ze swobody, jaką daje licentia poetica: nadaje nazwę światu duchowych ścieżek, które oferują niezliczone możliwości wędrówek. Kami to zaledwie początek.
Osiem milionów dróg do szczęścia brzmi jak wygórowane żądanie. Tym bardziej jeśli uzna się, że osiem milionów oznacza niewyobrażalnie wielką liczbę. Jednak „szczęścia i nieszczęścia nie sposób obiektywnie rozważać”, jak powiedziała sławna malarka specjalizująca się w technice malowania tuszem sumi-e Toko Shinoda, spytana o to w 2020 roku, gdy skończyła 107 lat. „Ten, kto nienawidzi pędzla, w życiu, które wiodłam, znajdzie jedynie udrękę. Tysiąc osób będzie oceniać tę kwestię, biorąc pod uwagę tysiąc różnych wartości”1. Zdaniem Shinody szczęście to kwestia perspektywy. A perspektyw jest tyle, ilu żyjących ludzi, ilu ludzi żyło kiedykolwiek. Liczba istotnie niewyobrażalnie wielka.
Czym jest szczęście? Z tym pytaniem zmagały się w przeszłości największe umysły Japonii. „Pogląd, zgodnie z którym celem życia jest być szczęśliwym, że twoje szczęście jest celem?” – pytał reżyser filmów anime Hayao Miyazaki. „Nie kupuję tego”2. Pisarz Yukio Mishima z jeszcze większą ambiwalencją oświadczył, że omawiać szczęście to „dość ryzykowna sprawa”3. Inni przyjmowali podejście bardziej pragmatyczne. W eseju Afternoon in the Islets of Langerhans (Popołudnie na wysepkach Langerhansa) powieściopisarz Haruki Murakami sugeruje, że szczęście można znaleźć w drobiazgach: rozrywaniu dłońmi świeżo upieczonego bochenka chleba, zakładaniu nowej, czystej koszuli, a nawet widoku schludnie złożonej bielizny w szufladzie. Co, tak się składa, bardzo przypomina inną drogę, mającą ponoć prowadzić do szczęścia: magię sprzątania Marie Kondo.
Dręczyłam się, cierpiałam po tylu i tak szybko następujących po sobie stratach i ja także zadawałam sobie pytanie o to, czym jest szczęście. Pamiętam lunch ze wspólną znajomą zmarłej koleżanki z klasy. „To prawdziwy fart, że możesz czuć smutek po śmierci matki” – powiedziała. „Musiałyście być razem bardzo szczęśliwe”. Zapewne miało to być pocieszenie, ale jej słowa wbijały się we mnie jak nóż. „Naprawdę ci zazdroszczę” – dodała, po czym rozpoczęła tyradę na temat własnej matki, co zapewne miało służyć podkreśleniu szczęścia, którego – jak sobie wyobrażała – ja zaznałam z moją.
Tyle tylko... Tyle tylko, że nie miała pojęcia, jak wyglądała moja relacja z matką. Nie miała pojęcia o moich z nią zmaganiach, o tym, jak zabiegałam o jej uznanie nawet wtedy, kiedy się wściekałam, że matka porównywała mnie z moją młodszą siostrą, nieustannie i nieuchronnie na moją niekorzyść. Nie miała pojęcia o tym, jak koszmarnie potrafiłyśmy się kłócić ze sobą, moja matka i ja, o strasznych słowach, które między nami padały i które nadal mnie prześladują. Być może moja koleżanka miała podobne przejścia ze swoją matką. Tyle tylko, że była między nami jedna ogromna różnica.
Jej matka nadal żyła. Ja dopiero co pochowałam moją i żadna rozmowa nie mogła już się odbyć.
W tym stanie kruchości, w jakim się znajdowałam, słowa raniły mnie równie głęboko jak noże. Nieudolne narzucanie na moją żałobę wizji szczęścia, niezależnie od wszelkich dobrych intencji mojej koleżanki, jedynie oddaliło mnie od pocieszenia.
Nadal codziennie spacerowałam po parku. W kolejnych dniach i tygodniach zauważyłam, że moje zmysły powoli wracają do życia. Znów zaczęłam czuć ciepło słońca. Zaczęłam zauważać drobiazgi. Światło tańczące po powierzchni jeziora, które okrążałam podczas spacerów. Nakrapiane ryby koi, starające się wywęszyć coś do jedzenia pod pływającymi wyspami opadłych liści klonu. Ptaki świergoczące wśród gałęzi, wróble, zimorodki, od czasu do czasu skrzeczenie czapli siwej szybującej w górze jak pterodaktyl. Drzewa, które dawno już zrzuciły jesienne barwy, znów wypuszczały pączki. Wszystko to cicho, ale stanowczo przypominało mi, że park wypełniało życie.
Zanim dotarłam do tamtego chramu, uważałam śmierć za kropkę kończącą każdą historię, także tę o mojej relacji z matką. Wiśniowy gaj przypomniał mi, jak bardzo się myliłam. Piękno kwitnącej sakury zapiera dech w piersiach: poskręcane gałęzie znikają w delikatnych objęciach różowych kwiatów, delikatnych jak obłoki. A przecież nawet w najbardziej widowiskowym momencie, w pełni rozkwitu, pierwsze płatki kwiatów wiśni opadają z gałęzi, najpierw nieliczne, a w kolejnych dniach pada cały ich deszcz, tworzący dywan u stóp drzew. W ciągu zaledwie jednego tygodnia chwała objawia się i znika. Sakura to drzewo, ale też metafora gorzko-słodkiej tymczasowości rzeczy. Cenimy wiśnie właśnie dlatego, że ich uroda jest równie promienna, co ulotna. Są żywym wierszem przypominającym nam o nas samych.
Moje spotkanie z sakurą przy chramie, chociaż uśpioną jesienią, przypomniało mi o czymś, kiedy najbardziej tego potrzebowałam. Moja matka odeszła, ale ja żyłam nadal. Dzięki niej. Jej śmierć nie była końcem, ale przekazaniem pałeczki. Czułam się odpowiedzialna za to, by ją chwycić i biec, by cenić dar, który otrzymałam od matki – siebie. Nie powiedziałabym, że kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam się szczęśliwa, moje rany wciąż jeszcze były zbyt świeże, ale otarłam się o kami i to spotkanie rozpaliło tlący się we mnie żar wdzięczności, a to już był początek.
Wcześniej użyłam wobec kami określenia „bogowie”, ale był to zaledwie skrót. Słowo kami opiera się prostej interpretacji – czy to dla Japończyków, czy w ogóle. Bóg – zwłaszcza pisany wielką literą – jest słowem tak dalece obciążonym zachodnim religijnym, politycznym i emocjonalnym bagażem, że jako przekład jest w zasadzie bezużyteczne. Kami to kami, produkt całkowicie niejudeochrześcijańskiego światopoglądu.
W XVIII wieku filozof Norinaga Motoori zdefiniował kami jako „wszystko, co wykracza poza to, co zwyczajne, ma nieprzeciętną i wyjątkową moc oraz wywołuje zachwyt; nie tylko to jednak, ponieważ kami może także obejmować to, co potworne i dziwaczne”4. W czasach nam bliższych antropolog kulturowy dr Kazuhiko Komatsu napisał, że „słowo kami obejmuje, zarówno w negatywnym, jak i pozytywnym sensie, wszystkie byty duchowe”, do których zaliczył duchy natury, bóstwa czczone w chramach i świątyniach, nieco demoniczne yokai, duchy i zmarłych przodków5. Kami to nazwa, jaką dawni ludzie nadawali tym cechom świata, które zadziwiały ich swoją wspaniałością, siłom zasługującym na szacunek i takim, co do których sądzili, że trzeba je jakoś ułagodzić, żeby utrzymać je pod kontrolą.
Podejrzewam, że niewiele osób w Japonii w ogóle zastanawia się nad tym, czym są kami, ponieważ stanowią one tak integralny składnik tutejszego krajobrazu, część tkanki codziennego życia, że trudno sobie wyobrazić, jak można o nie pytać. Używamy czasownika matsuru, który obejmuje szeroką gamę sytuacji, w których wchodzimy w interakcje z kami, od cichego wyrażania szacunku po wspólnotowe nabożeństwa, od samotnej modlitwy po oficjalne ubóstwienie i ustawienie na ołtarzu. Nie byłam nigdy w stanie przyjąć powszechnie uznawanego przekładu „modlić się”, zbyt mało moim zdaniem precyzyjnego, by oddać całe spektrum zachowań, do których odnosi się matsuru. Ani też słów „kult” czy „cześć”, które jak dla mnie przywołują biblijne obrazy błagania i bicia czołem. Różnica między kultem a matsuru przypomina tę między cyfrowym włącznikiem a tarczą analogowego telefonu. Czcimy kami, ale stanowią one część codziennego życia, otaczają nas rzeczy, które o nich przypominają: duże jak wielkie chramy i małe jak te papierowe talizmany, które wiele osób trzyma w domach. Nie da się zobaczyć kami, ale są one wszechobecne. Są awatarami sił działających w naturze, wielkich i małych.
Współczesne gorączkowe życie przepełnia hałas, dosłowny i metaforyczny. Jeśli prowadzisz pracowite życie, w naturalny sposób ustawiasz się w jego centrum albo – w innym sensie – na szczycie: Ja, Spółka z o.o. Tam, na szczycie, jesteś samotny, tylko ty przeciwko całemu światu, w morzu problemów, bez poduszki między tobą a skandalicznymi zakrętami i ciosami losu. Uznanie kami nie jest formą oświecenia ani odmieniającej życie magii. Jest jak wciśnięcie pauzy, jak przypomnienie, że jesteś częścią wielkiej sieci, w której odgrywasz ważną, ale w żadnym razie nie solową rolę.
Po tamtym doświadczeniu w parku zaczęłam powracać do duchowych tradycji mojego kraju, wykorzystując długie, samodzielnie prowadzone studia nad shinto. Nie było to tak proste, jak mogłoby się wydawać. Na przestrzeni tysięcy lat swojej historii shinto nie zyskało świętego tekstu, w rodzaju Tory, Biblii czy buddyjskich sutr. Publikuje się jednak po japońsku wiele książek na jego temat, a moje nowo odkryte zainteresowanie ujawniło się w doskonałym momencie. W 2012 roku największa organizacja shinto w Japonii, Stowarzyszenie Chramów Shinto, zainaugurowała oficjalnie serię egzaminów z kultury shinto, mających na celu promowanie wśród obywateli znajomości miejscowych tradycji religijnych. Pogrążyłam się w studiach, a po roku zdałam egzamin i uzyskałam certyfikat. W tym czasie podróżowałam po Japonii, odwiedzając święte miejsca, żeby je obejrzeć, porozmawiać z miejscowymi i uczyć się, jak my, Japończycy, stosujemy tradycje religijne w życiu codziennym, świadomie i nieświadomie.
Musisz zrozumieć, jakim było to dla mnie skokiem. Przed śmiercią matki nie uważałam się za osobę religijną. Wciąż się za taką nie uważam, w każdym razie nie w jakimkolwiek sensie związanym ze zorganizowaną religijnością. Dorastałam w przeciętnym japońskim domu na przeciętnym tokijskim przedmieściu. Kształciłam się za granicą, podobnie jak wiele młodych Japonek i Japończyków w tamtych czasach, najpierw w szkole średniej, potem na uniwersytecie. Następnie przez dekadę mieszkałam w Stanach i wtedy właśnie poznałam młodego Amerykanina, który później został moim mężem. To był zabawny czas. We dwójkę stworzyliśmy małą firmę, która specjalizowała się w czymś, co wówczas, w latach dziewięćdziesiątych, było zajęciem dla osób tak dalece wtajemniczonych, że nawet nie miało nazwy: produkcją angielskich przekładów japońskich gier wideo. Razem nawigowaliśmy wśród bliźniaczych mielizn – tych czyhających na międzynarodowe małżeństwa i na nieuniknione w nich różnice kulturowe i tych związanych z prowadzeniem interesów razem ze współmałżonkiem. Jakoś udało nam się wszystko to poukładać i wydrążyć sobie niszę w czymś, co wkrótce miało się okazać doskonale prosperującą branżą określaną jako lokalizacja.
Spędzaliśmy dni, pracując nad cudzymi pomysłami, pragnęliśmy jednak rozwijać własne. I dokładnie tym zajęliśmy się w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych. Wspólnie napisaliśmy serię ilustrowanych przewodników po japońskim folklorze, wydawanych w formule zabawnych poradników przetrwania: jeden dotyczył yokai, mitycznych potworów, kolejny był o ninja, którzy sami w sobie stanowią temat tak wielu legend, i wreszcie trzeci był o yurei, duchach, które od niepamiętnych czasów nawiedzają japońskie koszmary.
Z perspektywy czasu widzę, że tamte doświadczenia stanowiły rodzaj szlaku wyznaczonego okruszkami chleba, który prowadził mnie do samego serca japońskich tradycji duchowych. Po raz pierwszy pojechałam do Stanów w ramach programu wymiany obejmującego mieszkanie u rodzin, ponieważ chciałam nauczyć się mówić po angielsku. Szybko jednak dotarło do mnie, że język to coś więcej niż tylko narzędzie. Jest produktem swojej kultury. Zrozumienie, prawdziwe zrozumienie, wymaga o wiele więcej niż prostego otwarcia słownika i podmiany słów.
Jedną z pierwszych rozmów, jakie odbyłam z goszczącą mnie amerykańską rodziną, mam w pamięci do dziś. Moi gospodarze, którzy na stoliku kawowym mieli album o japońskiej kaligrafii, spytali, czy ja też potrafię tak pisać. Były to kaligrafie prawdziwych mistrzów pędzla, prace kunsztowne, przez Japończyków – a jeśli tamta książka mogła być jakimkolwiek wskaźnikiem, to także przez ludzi Zachodu – uważane za dzieła sztuki.
Oczywiście, że nie umiałam tak pisać. Bardzo, bardzo niewiele osób umiało. Próbowałam to przekazać. Po japońsku powiedziałabym, że moje pismo jest zbyt kitanai, czyli „niechlujne”, i nie mam nawet co próbować kaligrafii. Pospiesznie sprawdziłam w kieszonkowym słowniku japońsko-angielskim odpowiednie słowo. I oto było.
„Moje pismo jest zbyt... nieczyste!” – powiedziałam z uśmiechem zadowolenia.
To naprawdę zaskoczyło ludzi, którzy mnie gościli.
Wpadłam w klasyczną pułapkę przekładu: kontekst. Słowo kitanai może znaczyć „nieczyste, brudne”, na przykład w odniesieniu do brudnych naczyń czy koszuli. Jednak o ile po japońsku kitanai można także zastosować do pisma, angielskie dirty w tym kontekście odnosi się do czegoś zupełnie innego – do czegoś nieprzyzwoitego.
Wymagało to dłuższej wymiany zdań, ale w końcu gospodarze zrozumieli, co miałam na myśli.
„Hiroko, chciałaś powiedzieć: »Moje pismo jest marne«”.
Teraz to ja byłam zaskoczona. Uczyli mnie w szkole słowa poor, ale znałam je tylko w tym znaczeniu, które określało kogoś, kto nie ma pieniędzy.
Ostatecznie wszystko sobie wyjaśniliśmy. Była to dość zwyczajna rozmowa i nie zdziwiłabym się, gdyby goszcząca mnie wówczas rodzina dawno już o niej zapomniała. Ja nie. Dla mnie była to pierwsza lekcja o tym, że decyduje kontekst.
Kiedy założyliśmy firmę, dni upływały nam na przerzucaniu mostów między kulturami, między moją kulturą a kulturą zagranicznych odbiorców. A ja zaczęłam sobie uświadamiać, że po drodze gubi się wiele kontekstów, nie językowych, ale duchowych. Konsumenci poznawali japońskie postacie, a nawet do pewnego stopnia ich historię i kulturę, z komiksów, gier i innych rzeczy, które dla nich tłumaczyliśmy. Ale jeśli chodzi o duchowość, była to jedna wielka czarna dziura. Niewiele napisano o naszych zwyczajach, przy czym w kręgach fanowskich czy w mediach na Zachodzie zazwyczaj przedstawiano je naprawdę osobliwie. A szczerze mówiąc, ja sama też nie zastanawiałam się zbytnio nad duchową stroną Japonii, w każdym razie nie jakoś konkretnie.
Paradoksalnie, chociaż bardzo niewielu Japończyków czy Japonek identyfikuje się jako osoby religijne, mój kraj jest swego rodzaju duchową krainą czarów. Mamy rzecz jasna wiele świątyń i chramów, można też znaleźć niezliczone mniejsze kamienne wizerunki, pomniki i statuetki wszelkiego rodzaju, spokojnie stojące na rogach ulic albo na wiejskich drogach. Te mniejsze manifestacje tradycji duchowych w gruncie rzeczy są wszechobecne. Odkrywasz to, kiedy tylko zaczynasz się za nimi rozglądać. Robiłam to często jako mała dziewczynka. Ilekroć znalazłam którąś z tych małych figurek, zawsze zatrzymywałam się, żeby ją obejrzeć: kształty, zatarte inskrypcje, często tak zniszczone przez czas, że nie do odczytania. Kto i po co umieścił to tutaj? Szczególnie polubiłam posążki bodhisattwów Jizo, które tak często można znaleźć przy przejściach i na skrzyżowaniach. Przypominały wykute z kamienia dzieci, stały i obserwowały otoczenie. Okrągłe głowy mogły być podniszczone po dekadach i stuleciach niepogody, ale zawsze nosiły kolorowe, ręcznie robione śliniaczki, uszyte przez kogoś z okolicy, kto opiekował się danym posążkiem. Kiedy napotykałam Jizo, przyciągały mnie jak magnes – składałam dłonie i pozdrawiałam figurki ukłonem, mimo że nie miałam pojęcia, co sobą reprezentują w sensie religijnym. Być może wyczuwałam czułość, z jaką ktoś opiekował się nimi, i nawet jako dziewczynka niewiele wiedząca o świecie przypominałam sobie dzięki temu, że istnieją dobrzy ludzie. Ktoś, kto nie szczędził uwagi takiej małej kamiennej figurce, musiał być człowiekiem życzliwym.
W tamtym czasie nie zastanawiałam się jednak nad tym w tak analitycznych kategoriach. Nie widziałam w moich gestach niczego specjalnego, w gruncie rzeczy nie różniły się od wymiany uprzejmości z osobą, którą mogłam spotkać na ulicy. Niczego w tym podejściu i zachowaniu nie utożsamiałam z religijnością. Jako dorosła zachowywałam się tak samo. Nie było to coś, co użytkownicy języka angielskiego nazywają wiarą lub wierzeniem. Takie słowa są rodzajem deklaracji, są konkretne, binarne: masz to albo nie. Nic z tych rzeczy. Moje uczucia wobec posążków Jizo wypływały z czegoś głębszego, o nieokreślonych granicach, rozmytych formach, a przecież równie potężnie przyciągającego.
Po śmierci matki nadal składałam dłonie, ilekroć napotkałam figurkę Jizo albo zdarzyło mi się mijać chram czy świątynię. Coś się jednak zmieniło. Zaczęłam rozważać ten odruch. Czemu to robię? Nie było to coś, czego matka i ojciec mnie uczyli. Nikt mnie nie uczył. Ale wszyscy tak robiliśmy – rodzice, przyjaciele, nieznajomi. Co to znaczyło? Prowadziło to do pytania uporczywego jak swędzenie w miejscu, którego nie można podrapać: jeśli nie dotrę do sedna sprawy, jeśli nie wykorzystam całego swojego doświadczenia i talentu, jakim zostałam obdarzona, aby spróbować to wyjaśnić, to kto to zrobi?
Intuicja podpowiadała mi, że to, co fascynuje mnie w duchowych tradycjach mojego kraju, mogłoby okazać się interesujące – a nawet użyteczne – także dla ludzi spoza Japonii. Nie mam tu na myśli misjonarstwa, nadziei na to, że ludzie z zagranicy podejmą japońskie praktyki i wierzenia. Mam natomiast nadzieję, że jeśli chodzi o myślenie o duchowości, czytelnicy i czytelniczki będą mogli skorzystać z naszego przykładu.
Śmierć mojej matki w 2008 roku sprawiła, że osunęłam się w otchłań. Spotkanie z krukiem okazało się punktem zwrotnym. Trzynaście lat później, w 2021 roku, straciłam ojca. To ponownie zepchnęło mnie w przepaść. Tym razem jednak czułam się już nieco inaczej. Dotarło do mnie, że czas, jaki spędziłam na powracaniu do duchowych tradycji mojego kraju, pomógł mi ponownie odnaleźć własne centrum.
Wierzę, że nasz sposób wchodzenia w interakcję ze światem duchowym jest czymś więcej niż tylko dziedzictwem. To żywa kultura, która może okazać się inspirująca poza granicami kraju. Japonia jest zaawansowanym państwem, które z otwartymi ramionami przyjmuje technologiczne udogodnienia. Opieka medyczna należy tu do najbardziej zaawansowanych na świecie, mamy sprawny system transportu i rozrywkę przyciągającą globalną uwagę, od Animal Crossing po Dragon Ball Z. I przy tym wszystkim malutkie chramy nadal rozkwitają w zatłoczonych metropoliach, w sąsiedztwie strzelistych drapaczy chmur – a nawet od czasu do czasu same sięgają chmur, umieszczane na dachach wieżowców. W miastach i na wsiach napotkać można święte miejsca licznych wiar, jedne obok drugich, niekiedy dyskretnie dzielące skrawki tej samej poświęconej ziemi.
Wiele społeczeństw zdaje się traktować religię w kategoriach wszystko albo nic: „Jesteś czy nie jesteś?”. Kiedy jednak Japończycy mówią, że nie są specjalnie wierzący, jest to nie tyle deklaracja świeckości, ile świadectwo tego, jak płynnie poruszamy się wśród naszych tradycji duchowych i odchodzimy od nich. Zależnie od tego, czy potrzebujemy pomocy, by przetrwać trudne chwile, poradzić sobie z wielkimi zmianami w życiu, czy po prostu rozjaśnić dzień, wybieramy wedle potrzeb spośród wielu różnych filozofii.
Słynne powiedzenie mówi, że Japończycy „rodzą się wyznawcami shinto, biorą chrześcijański ślub, a umierają jako buddyści”. W praktyce sprawy nie wyglądają tak prosto: populacja Japonii jest duża, wynosi mniej więcej połowę liczby ludności Stanów Zjednoczonych, a liczba indywidualnych wariantów jest ogromna. Niemało osób deklaruje wierność konkretnym religiom, krajowym i importowanym, starym i nowym. Niemniej dla zdecydowanej większości Japończyków religia nie jest dogmatem. Jest kotwicą podczas wszystkich dramatycznych zwrotów naszego świeckiego życia: wielkich momentów, takich jak narodziny, śluby i pogrzeby, i małych, codziennych chwil, takich jak wyrażanie wdzięczności za jedzenie czy dziękowanie sobie nawzajem. Nie chodzi tu o tożsamość ani ideologię, ale o duchowość jako praktyczne narzędzie: która tradycja lub jaki rytuał sprawdza się najlepiej w danej sytuacji życiowej?
W poruszającej, bestsellerowej książce zatytułowanej Zimowanie brytyjska pisarka Katherine May przedstawia swoje zmagania z włączeniem duchowych narzędzi do współczesnego sposobu myślenia. Opisując „pragnienie odnalezienia życia w otaczającym mnie świecie, drzewach, kamieniach i zbiornikach wodnych, ptakach i ssakach, które pojawiają się w zasięgu mojego wzroku”, używa takich słów jak „wstyd” i „zażenowanie”. Taki „atawistyczny” impuls – pisze dalej – sprawia, że „mogę być dyskretna, obłudnie trzymając z racjonalistami, podczas gdy ukradkiem poszukuję duchowych tajemnic”6. Przypomniała mi, z jakim brzemieniem potrafi wiązać się duchowość na Zachodzie, gdzie to, co racjonalne, i to, co nieziemskie, konkurują, a współistnienie w ich przypadku stanowi paradoks, który trzeba jakoś rozwiązać. Jednak kiedy May opisuje swój „osobisty animizm, uciszany przez mój świadomy umysł, a hołubiony przez podświadomość”, równie dobrze może opisywać sposób myślenia leżący u podstaw znacznej części japońskiej kultury. Nie „albo, albo”, ale „i jedno, i drugie”.
Mam wrażenie, że na Zachodzie rytuał jest nierozerwalnie związany z wiarą – jest czymś, co niemal z definicji wchodzi w skład zorganizowanego nabożeństwa. W Japonii niekoniecznie. Jeśli zwykły człowiek modli się w chramie shinto lub kłania się buddyjskiej figurce Jizo, niewielu obserwatorów w Japonii zinterpretowałoby to jako wyznanie wiary z jego strony. Być może jest pobożny, ale bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu wykonuje gest uczucia i szacunku. W przeciwieństwie do tradycji, w których rytuały wykorzystuje się do ustanawiania granic, tutaj, w Japonii, często służą one do łączenia nas ze sobą. Kusi, by określić to jako „rytuał bez wiary”, ale jak pokażę dokładniej na kolejnych stronach, Wiara pisana przez duże W nie ma tu w sumie nic do rzeczy. Właśnie dlatego tak łatwo nam uczestniczyć w drobnych rytuałach zapożyczonych z mozaiki różnych ideologii.
Pionier studiów nad pokojem i konfliktami Johan Galtung nazywa mieszanie światopoglądów i tradycji budowaniem „zestawu narzędzi duchowych”7. Stworzenie takiego zestawu może pomóc nam odnaleźć nasze centrum, ochronić się przed losem. Japonia nie jest mistyczną krainą Shangri-la: nasze społeczeństwo cierpi straszliwie z powodu izolacji i braku poczucia szczęścia – do tego stopnia, że w 2021 roku rząd podjął dramatyczny krok i powołał urząd Ministra Samotności. Problemy Japonii nie są jednak wyjątkowe. Odzwierciedlają bolączki rozwiniętych społeczeństw na całym świecie. A to oznacza, że nasz styl życia duchowego, w którym znajduje się przestrzeń zarówno dla tradycji, jak i nowoczesności, dla tego, co oparte na wierze, i tego, co racjonalne, nie jest jedynie kulturową osobliwością. To potencjalny przewodnik dla każdego, kto zmaga się z głębokim poczuciem odłączenia, gdziekolwiek by się nie znajdował. Niezależnie od tego, jak źle się dzieje, jak samotni możemy się czuć, nie jesteśmy ani ofiarami, ani pustelnikami, nawet gdy może się wydawać, że jedynym naszym towarzyszem jest blask ekranu. Jesteśmy częścią o wiele większej historii, która nieustannie się rozwija. My i osiem milionów kami wokół nas.
Po angielsku nie ma zbyt wielu książek poświęconych tematyce japońskiej duchowości. Większość z nich jest bardzo stara, przesiąknięta artystyczną skłonnością do abstrakcji lub ma charakter wysoce akademicki. Już w 1894 roku japonista Lafcadio Hearn ubolewał nad tym, że „nawet nasi poważni uczeni nie mogą nam powiedzieć, czem jest właściwie shintoizm”8. Przez ostatnie sto dwadzieścia lat niewiele się zmieniło. Ci jednak, którzy zanurzyli się w filozofii sprzątania Marie Kondo, którzy poszukiwali swojego ikigai (wewnętrznej pasji) lub oddali się japońskiej sztuce kąpieli leśnych (jak na przykład Hillary Clinton, która twierdzi, że zrobiła to, aby otrząsnąć się z traumy po przegranej w wyborach prezydenckich w 2016 roku) – a właściwie wszyscy, którym z trudem przychodzi oswoić się z coraz bardziej zagmatwanym i alienującym światem – zasługują, jak sądzę, na książkę, która zgłębia duchowość w sposób, w jaki doświadczają jej Japończycy.
Moim zdaniem na Zachodzie więcej jest wolności w sferze społecznej, ale też więcej sztywności w dziedzinie religii. Doszłam do wniosku, że w Japonii jest na odwrót: jest krajem o sztywnym społeczeństwie, zaskakująco jednak elastycznym w kwestiach dotyczących religijności. Na Zachodzie religia oznacza przyjęcie jednej teologii, często powiązanej z konkretną instytucją. Zakłada ścisłe granice i tożsamości. Najwyraźniej większość obywateli Japonii nie skłania się ku czemuś tak konkretnemu, dlatego w kolejnych badaniach tak wielu z nas deklaruje, że w ogóle nie wyznaje żadnej religii. Na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydawać trudne do pogodzenia z ogromną liczbą miejsc świętych w Japonii. Na przykład świątynie buddyjskie należą do największych atrakcji turystycznych kraju. Jak wyjaśnić tę zagadkę? W Japonii działa wiele zorganizowanych wspólnot religijnych, ale w praktyce wiele naszych wspólnych tradycji duchowych przypomina raczej zwyczaje społeczne podszywające się pod praktyki religijne niż wyraz wiary. Odprawiamy je nie tyle z pobożności, ile dlatego, że po prostu są czymś, „co się robi, bo zawsze się to robiło”.
Często prowadzi to do nieporozumień. Zachodni dziennikarze piszą na przykład o tym, że religia stanowi w Japonii „tabu”9, a w tym samym czasie z oficjalnych japońskich statystyk wynika, że zarejestrowane organizacje religijne mają prawie 180 milionów wyznawców – w kraju, którego populacja liczy zaledwie 125 milionów10. Dowodzi to dwóch rzeczy: po pierwsze, że w Japonii duchowość nie stanowi tabu, a po drugie, że w odróżnieniu od ludzi spoza Japonii jej mieszkańcy nie postrzegają granic między teologiami jako czegoś nieprzenikalnego. Można deklarować powinowactwo z wieloma tradycjami jednocześnie.
Książka niniejsza wyrasta z osobistej podróży, a zarazem opowiada o historii kultury i stanowi – miejmy nadzieję – swego rodzaju przewodnik. Na kolejnych stronach przedstawię moją perspektywę, swoisty kulturowy pomost między Wschodem a Zachodem, po to, by ukazać prawdę o japońskiej duchowości środkami, które niewiele innych osób ma do dyspozycji. Książkowa podróż zacznie się od odnalezienia dawno zapomnianego, stuletniego pamiętnika, który poprowadzi mnie do ukrytych źródeł duchowości, zasilających tak wiele z tego, co ludzie kochają w Japonii, od rzemiosła po czystość. Wyruszymy w góry razem z praktykującymi shugendo uczyć się, jak zaprzyjaźniają się z potworami – realnymi i metaforycznymi – aby móc pielęgnować pozytywne nastawienie. Będziemy trzymać się za ręce podczas pogrzebów moich rodziców, aby nauczyć się mocy kierowania własnymi praktykami duchowymi. Odwiedzimy miejsce powszechnie uważane za najstraszniejszy skrawek ziemi w centrum Tokio i staniemy twarzą w twarz z najbardziej pełnym gniewu kami w Japonii, które przypomni nam, że wszystkie nasze emocje, nawet te pozornie negatywne, mają moc uzdrawiania. Wejdziemy na scenę, aby uczyć się od starszej mistrzyni świętego tańca panien z chramu shinto – sztuki performatywnej przeznaczonej nie dla ludzkiej publiczności, ale dla samych kami. I wreszcie w najdalszych zakątkach wiejskiej Japonii spotkamy szamankę itako, ostatnią ze swojego rodzaju. Stanowi ona żywe ucieleśnienie japońskiej patchworkowej duchowości, wykorzystującej folklor, lokalne tradycje oraz elementy rytuałów shinto, buddyzmu i shugendo, aby łączyć ludzi z ich bliskimi w zaświatach. A ja zobaczę, czy zdoła połączyć świat żywych i umarłych również dla mnie.
Niełatwo było mi opisać tę podróż. Racjonalistka we mnie pragnęła linearnej opowieści. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że to nie zadziała. Jako istoty żywe być może przemierzamy czas w linii prostej, nasze umysły jednak z pewnością nie działają w ten sposób. W naszych myślach i sercach nieustannie przeskakujemy tam i z powrotem, obracając w głowie to, co było, wyobrażając sobie drogi przed nami. Zaczęłam myśleć o moim żalu jako o stawie, głęboko w lasach mojego umysłu. Zasila go źródło łez. Czasem wypływają strużką, innym razem powodzią. Czasem łatwo zrozumieć, co wywołało potop, innym razem pozostaje to tajemnicą. Ilekroć zauważam zmiany, spoglądam nań, mając nadzieję zgłębić, dlaczego czuję to, co czuję. Tak jak w rzeczywistym stawie dostrzegam w nim swoje odbicie. Ale w przeciwieństwie do prawdziwych wód nie zawsze widzę samą siebie w danej chwili. Najczęściej oglądam siebie z przeszłości, czasem młodszą, czasem starszą, zawsze na tle wspomnień związanych z konkretnym wiekiem. Ta książka jest taką serią spojrzeń w głąb mojego serca.
Mam nadzieję, że zanim dojdziesz do jej końca, pomogę ci uchwycić duchowość w japońskim stylu – i otworzę na ideę duchowej elastyczności, zdolnej pokrzepić cię w nieuniknionych wzlotach i upadkach życia, gdziekolwiek jesteś, niezależnie od tego, czy wierzysz, czy nie. Wszyscy i wszystkie podlegamy wielu siłom, na które nie mamy wpływu, ale jesteśmy również częścią większego, naturalnego systemu, który może nas wzmocnić, jeśli tylko wiemy, jak się do niego podłączyć. Japoński arsenał duchowych narzędzi pełen jest „przejściówek”, które w tym pomagają. Proponuje filozofię, która celebruje różnice w duchowości, styl życia, który pozwala wiązać się z wieloma tradycjami, zamiast utożsamiać się z tylko jedną. Nie w duchu kompromisu, ponieważ nie traci się niczego, można jedynie zyskać. I stać się dzięki temu osobą bogatszą.
Na zakończenie kilka zastrzeżeń. Po pierwsze, choć odwołuję się do historii starożytnej i współczesnej, książka ta nie ma na celu kompleksowego przeglądu rozwoju japońskiej religijności. Na ten temat dostępnych jest wiele znakomitych tekstów akademickich i gorąco zachęcam tych, którzy chcą zgłębić to zagadnienie, do sięgnięcia po nie. Powinnam również podkreślić, że religie nie są statyczne, wierzenia i praktyki pobożnych wciąż ewoluują. Współczesne wcielenia shinto, buddyzmu i shugendo można podzielić na wiele niezależnych szkół myślenia. Osobiście nie stosuję się do zasad żadnej konkretnej szkoły i nie robi tego także ta książka.
Co prowadzi mnie do kolejnej zasadniczej kwestii. Tradycyjne japońskie wierzenia nie mają ewangelizacyjnego zacięcia. Nie jestem misjonarką ani nie aspiruję do bycia czyimkolwiek guru. Nie twierdzę, że znam jakiekolwiek rozwiązania problemów tego świata. Mówiąc najogólniej, opowiadam o ponownym połączeniu się z naturą, o odnalezieniu spokoju pozwalającego pielęgnować poczucie wdzięczności i o powrocie do własnego centrum. Są to jednak po prostu metody wyciszenia serca i umysłu, stosowane po to, by móc podjąć właściwe działanie, jakiekolwiek by ono nie było. Nie są to drogi ucieczki od rzeczywistości, ale mentalne narzędzia, które pomagają się w niej poruszać. Ugruntowanie się w ten sposób może pomóc ci radzić sobie ze światem i ludźmi tak, jak jest dla ciebie najlepiej.
Książka niniejsza stanowi po prostu kronikę mojej podróży, moich doświadczeń związanych z poszukiwaniem innego sposobu patrzenia na świat. Nie sądzę jednak, aby był to przypadek, że moje pierwsze objawienie miało miejsce na świeżym powietrzu, w parku, w otoczeniu wody, drzew i życia. Wiele japońskich tradycji duchowych to w istocie zrytualizowane formy wchodzenia w kontakt z naturą, mające na celu ponowne zestrojenie się z jej rytmami i „językiem”. Rozważmy na przykład modlitwę w świątyni shinto. Podchodzi się do ołtarza, wykonuje dwa pokłony, klaszcze dwa razy, składa dłonie w geście modlitwy, a następnie kłania się ponownie. (Istnieją różne warianty, ale to podstawowa formuła). Co robi ten proces? W rzeczywistości akt modlitwy w chramie zmusza nas do wyjścia na zewnątrz, oferuje nam chwilę ciszy, uświadamia nam, że jesteśmy częścią szerszego systemu. A do tego nie potrzeba chramu.
Widziałam mężczyznę kłaniającego się z głębokim szacunkiem falom rozbijającym się przed nim na plaży na wyspie Amami Oshima. Nie było tam niczego stworzonego ludzką ręką – tylko piasek, kamienie i morze. To miejsce słynie z tajfunów, ale mieszkańcy wyspy doskonale zdają sobie sprawę, że gwałtowne burze są częścią cyklu pór roku i natury jako całości, która zapewnia im utrzymanie. Dlatego modlą się do samego morza, źródła wszelkiego ich szczęścia, a czasami także cierpienia – siły większej od nich samych.
Kiedy jestem poza domem – w ogrodzie, w pobliskim parku, na górskim szlaku – zawsze staram się znaleźć chwilę ciszy, zatrzymać się, wchłonąć dźwięki, widoki, zapachy, a nawet poczuć dotyk otaczających mnie rzeczy. Czuję się wtedy tak, jakbym wsłuchiwała się w świat. I raz po raz zaskakuje mnie, jak głęboki wgląd daje taka praktyka.
Książka niniejsza zabierze nas w odległe miejsca, gdzie spotkamy mnóstwo fascynujących osób, z których część to mieszkańcy naszego ludzkiego świata, a inni krain poza nim. Nie musisz nic wiedzieć o Japonii, aby skorzystać z lekcji, które sobie przyswoiłam. Wnioski z nich wyciągnięte dotyczą wszystkich i wszędzie. Mam nadzieję, że czytając o moich doświadczeniach, zrozumiesz, że wytyczanie własnej ścieżki duchowej, jakkolwiek ją zdefiniujesz, nie oznacza podążania naprzód w pojedynkę. Kami mówią – nie słowami, za pomocą cichych znaków, które są wszędzie, jeśli tylko wiesz, jak ich szukać i słuchać. Obiecuję, że jeśli otworzysz swoje serce na ich przesłanie, uświadomisz sobie tak jak ja, że w gruncie rzeczy nigdy nie jest się samotnym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
1Shinoda Toko ga nokoshita kotoba „toshi wo torukoto wa atarashii hakken wo erukoto” (Rada Toko Shinody: „Z wiekiem odkrywasz nowe rzeczy”), strona internetowa Fujin Koron, 2 kwietnia 2021, dostęp: 19 września 2024, https://fujinkoron.jp/articles/-/3561?page=5. ↩
2The Kingdom of Dreams and Madness, reż. Mami Sunada (Toho, Japan, 2013). ↩
3 Yukio Mishima, Słońce i stal, przeł. M.P. Komorowski, PiW, Warszawa 2022. ↩
4Jitsuwa zennintowa kagiranai ‘nihon no kamisama’ odoroki noshotai: isshin kyo no sekai towa okiku kotonaru toyo no shiso, Toyo Keizai Online, 18 stycznia 2021, dostęp: 19 września 2024, https://toyokeizai.net/articles/-/403893. ↩
5 Kazuhiko Komatsu, Yokai-gaku Shinko (Nowe badania nad yokai), Shogakukan, Tokyo 1994, s. 35. ↩
6 Katherine May, Zimowanie. Moc odpoczynku i wyciszenia, kiedy wszystko idzie nie tak, przeł. A.D. Kamińska, Znak, Kraków 2021. ↩
7 World Council of Churches, Johan Galtung: Religions Have Potential for Peace, 24 maja 2012, dostęp: 19 września 2024, https://www.oikoumene.org/news/johan-galtung-religions-have-potential-for-peace. ↩
8 Lafcadio Hearn, Lotos. Rzut oka na nieznaną Japonię, przeł. D.Zalewski, Warszawa, Lwów 1909, s. 152. ↩
9 Max Fisher, Caitlin Dewey, A Surprising Map of Where the World’s Atheists Live, „Washington Post”, 23 maja 2013. ↩
10 Hiroyuki Mantani, Shukyo Kanren (ed.), Tokei ni Kan Suru Shiryoushu (Materials Regarding Religious-Related Statistics, Agency for Cultural Affairs, Government of Japan, Tokyo 2014, s. 3, dostęp: 12 sierpnia 2024, https://www.bunka.go.jp/tokei_hakusho_shuppan/tokeichosa/shumu_kanrentokei/pdf/h26_chosa.pdf. ↩
