Opowieści Poku - Edgar Valter - ebook

Opowieści Poku ebook

Edgar Valter

0,0
54,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Na pierwszy rzut oka stworzenia zwane Poku wyglądają jak skrzyżowanie trolla z turzycą kępkową. Żyją dyskretnie, są przyjazne i ciekawskie, ale boją się ludzi.

Opowieści Poku są okazją do snucia refleksji nad życiem, przyrodą i sprawami świata. Autor, który miał szczęście poznać Pokuludki, dobrze wie, że wiedza nie jest najważniejsza, a wielka chęć do szukania odpowiedzi.

Niech ta piękna baśń o tym, jak żyć w harmonii z naturą (i ze sobą) będzie naszym przewodnikiem na wszystkie pory roku.

  • The Eerik Kumari Nature Conservation Award (2002) | National Art Prize (1996)  
  • Honorowa lista IBBY (Ilustracje, 1996) | Nukits Competition (#1 tekst i ilustracje, 1996) 
  • Annual Children’s Literature Award of the Cultural Endowment of Estonia (1995) 
  • Children’s Book Design Competition (#1, 1995)

Książka wydana w projekcie A TO CI HISTORIE!. Wydanie książki zostało dofinansowane ze środków Unii Europejskiej w ramach programu „Kreatywna Europa”.

Klub Przyjaciół Planety. Czarne łabędzie  pl dofinansowane przez unie europejska pos

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Niezapominajka  mkidn 01 cmyk 2

Patroni:

Moja przyjaciółka ośmiornica  znk_nckwg pion czarne Bliskie-dalekie sąsiedztwo  print

 Partnerzy projektu:

Mike  idylla   Mike  la fontaine

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 110

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Pokulood

© Eesti Lastekirjanduse Keskus © tłumaczenie: Anna Michalczuk-Podlecki © for Polish edition by Wydawnictwo Widnokrąg 2025

Redaktorka prowadząca: Katarzyna Węgierek

Redakcja: Aleksandra Marczuk

Korekta: Magdalena Wójcik

Skład i łamanie wersji polskiej: Beata Danowska I Dobry Skład

Opieka produkcyjna: Multiprint Joanna Danieluk

Sfinansowane ze środków UE. Wyrażone poglądy i opinie są jedynie opiniami autora lub autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy i opinie Unii Europejskiej lub Europejskiej Agencji Wykonawczej ds. Edukacji i Kultury (EACEA). Unia Europejska ani EACEA nie ponoszą za nie odpowiedzialności.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Tłumaczenie i druk książki zostały dofinansowane przez Cultural Endowment of Estonia.

Książka wydana w ramach projektu „A to ci historie! Opowieści z Południa i Północy”

Piaseczno 2025 Wydanie I Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-68060-49-2

Wydawnictwo WIDNOKRĄG

www.wydawnictwo-widnokrag.pl

Skąd wziął się ogień?

Trawa lekko szeleściła. Staruszek Puuko szedł właśnie do swojego zakątka w ogrodzie. Tak nazywał to miejsce, odkąd szczególnie je polubił. Parę lat temu wykopał tu niemałą dolinkę – grządki wokół domu potrzebowały nowej ziemi; a przy okazji warto było je też nieco podwyższyć. I tak oto staruszek wywiózł stąd sporo taczek żyznej, ładnej czarnej gleby.

Z czasem dolinka znów porosła trawą. Pewnego dnia Puuko spostrzegł, że to idealne miejsce, by usiąść i uciąć sobie pogawędkę z kimś mądrym. Czyli z kim – staruszek miał oczywiście na myśli siebie. Dobrze przecież od czasu do czasu pogawędzić z samym sobą. Gałęzie wiekowej jabłoni, rosnącej na skraju dolinki, zapewniały schronienie nad głową, a nieduże świerki – za plecami. Puuko wyrzeźbił z wyższego pieńka wygodne siedzisko. Drugi, niższy, okazał się idealny na stolik, na który można odstawić kubek z kawą lub odłożyć na chwilę fajeczkę. Znalazło się nawet miejsce na niewielkie ognisko. Puuko nie palił tu jednak dużych polan. Raczej trochę suchych gałązek, które łatwo łamało się w dłoniach, by z rzadka dorzucać je do ognia.

Słońce już niemal zaszło, ziemię otulał zmierzch. Tylko kilka postrzępionych obłoczków zdołało unieść się tak wysoko ponad sklepienie nieba, że mogły jeszcze cieszyć się jasną, różową kąpielą. Ostatnim muśnięciem zachodzącego za widnokręgiem słońca.

Puuko zasiadł na swoim ulubionym pniu i westchnął. Sam nie potrafiłby powiedzieć, skąd to westchnienie – ze smutku, zmęczenia czy może raczej ze szczęścia. Jak dobrze mieć własną zagrodę z chatą, podwórze i ogród, a teraz jeszcze ten przyjemny kącik, i wszystko otoczone lasem... A do tego Pokuludki!1 Dziwne, że jeszcze się nie zjawiły.

Niech więc żywy ogień dotrzyma mi towarzystwa – pomyślał Puuko i rzucił garstkę suchych gałązek w środek kamiennego kręgu.

Nie minęło wiele czasu, a wesoły płomień tańczył już swój ognisty taniec.

Staruszek uśmiechnął się.

Pomyśleć tylko, jak niewiele zmienił się człowiek przez wieki... Wciąż chyli głowę przed ogniem!

– Dobry śliczny wieczór! – zabrzmiał wtem cichy chórek.

– A, dobry, wam wszystkim, razem i z osobna! – odparł Puuko, unosząc wzrok.

Po drugiej stronie ogniska stały Pokuludki, a każde z uśmiechem na buzi.

– Nie przeszkadzamy, Puuko?

– Ależ skąd! Dobre towarzystwo jest zawsze mile widziane. Usiądźcie, gdzie się komu podoba!

Poku usadowiły się w półkręgu za ogniem. Cały ludek w milczeniu zapatrzył się w tańczące radośnie płomienie.

– A skąd w ogóle wziął się ogień? – zapytało w zamyśleniu jedno z nich.

Puuko, nim odpowiedział, również zastanowił się chwilę.

– W różnych miejscach świata różnie o tym mówiono. Choć najczęściej tak, że ogień został na ziemię sprowadzony z nieba. Albo nawet wykradziony. A u nas... u nas podobno miał w tym swój udział maleńki rudzik. I to właśnie ogień, jak głosi opowieść, opalił mu piórka na piersi, barwiąc je na rudo...

Puuko umilkł, by po chwili ciągnąć opowieść.

– Wiecie, może człowiek oswoił ogień wtedy, gdy któryś z ludzi pierwotnych, siedząc na progu swojej jaskini, próbował wywiercić otwór w kawałku deszczułki. Chwycił patyk z twardszego drewna, zaostrzył jeden z końców na kamieniu i zaczął wwiercać się patykiem w deszczułkę. A był przy tym bardzo gorliwy! I nagle poczuł lekki zapach dymu. Powąchał koniuszek patyka, powąchał deszczułkę. Pachniało jak palące się w lesie drzewo. Człowiek zaczął jeszcze żarliwiej wwiercać się w deszczułkę. Obracał patyk w dłoniach. Ostrze robiło się coraz ciemniejsze, gorętsze, aż nagle – buch! – z patyka wystrzelił płomień!

– Ach tak? – zdumiały się Poku.

– Tak, tak! I wtedy zawołał ów człowiek: Przynieście mi prędko papier! Ale nikt mu go nie przyniósł, bo papieru jeszcze ludzie nie odkryli. Mogli mieć pod ręką jedynie trochę brzozowej kory. Lecz sposób na wyczarowanie ognia już poznali.

Poku nie mogły się zdecydować, czy staruszek przypadkiem nie plecie andronów. Coś jednak w jego historii wydawało się prawdziwe.

Tymczasem Puuko opowiadał dalej:

– Potem ludzie odkryli, że mogą wyczarować ogień z kamienia. Spostrzegli, że gdy uderza się pirytem o krzemień, sypią się iskry. Szukali też czegoś, co szybko się zapala. Zauważyli, że najłatwiej pali się suchy grzyb rosnący na pniach brzozy, czyli huba. Tak, tak. Starali się więc, aby wykrzesane iskry spadały na hubę, a od niej z kolei zapalano suche łodygi lub węgielki z poprzedniego ogniska... I mieli potem ognia tak dużo, że mogli się nim jeszcze podzielić z sąsiadami.

Tak, teraz już Poku rozumiały. Pokiwały z zadowoleniem główkami.

Staruszek za to pochylił głowę i zaczął się trząść ze śmiechu.

– Ech, w tamtych czasach żaden byłby ze mnie amator fajki – westchnął. – Wyobraźcie sobie: ma się już w zębach dobrze nabitą fajeczkę, ale wciąż trzeba stukać i stukać o krzemień! Poleci raz czy dwa iskra, palce zbielałe, a dymu jak nie było, tak nie ma! Nie pozostałoby mi nic innego, jak wybrać się na polanę, wkopać pośrodku wysoką gałąź, zawiesić na niej fajkę i czekać z nadzieją, że uderzy w nią piorun.

Cała gromadka się zaśmiała. Gdybyż tak można było zdobyć ogień, ho ho ho!

Rozmyślania Puuko

Roztańczony ogień połykał trzeszczące gałązki. Puuko obstukał fajkę o kant siedziska, opróżniając ją, po czym sięgnął do kieszeni po woreczek z tabaką. Cisza, która towarzyszyła nabijaniu fajki, dłużyła się, i Pokuludkom wydawało się już, że staruszek zapomniał o ich obecności. Ale on znalazł po prostu nowy temat do rozmyślań.

– Chodzę raz po raz wokół domu, rozglądam się po zagrodzie i nierzadko łamię sobie głowę nad tym i owym – odezwał się w końcu. – Czy zauważyliście tu, niedaleko strumienia, młodą czeremchę, która jakby nie wiedziała, w którym kierunku ma rosnąć? Wyciąga gałęzie we wszystkie strony, nawet pełza dołem, po samej ziemi. A spod czeremchy i zza niej stara się wyrosnąć równie młody klon. Wierzchołkiem sięga ku słońcu, chce utrzymać się przy życiu. Najlepiej poradził sobie najniższy jego konar, który stale trzymając się blisko ziemi, przecisnął się przez gąszcz czeremchowych gałęzi i ma teraz tyle słońca, ile dusza zapragnie. Potem klon postanowił piąć się w górę. I pnie się, a jakże! A co dostanie od słońca, tym obdziela wszystkie swoje gałęzie. Czy to pień, ich rodzic, wydał taki rozkaz? A może każda z gałęzi ma swój pomyślunek? Co o tym sądzić?

Poku milczały. Nie znały odpowiedzi. Puuko podjął opowieść na nowo.

– Takie zagadki frapują mnie na każdym kroku. Zobaczyłem pewnego dnia, że mniszek bardzo wysoko powyrastał wokół chaty, aż wstyd. Wziąłem więc kosę i wykosiłem wszystko ładnie, do równa. I od razu jakby tylko trawka rosła. Nie minęło wiele czasu, a patrzę, że nowe żółte kwiatki uśmiechają się do mnie z tego samego miejsca. Ale żadna łodyżka nie wyrosła wyżej, niż przedtem skosiła ją kosa. Jak to wyjaśnić? Stałem w drzwiach chaty i drapałem się po brodzie. Ale i w niej nie znalazłem odpowiedzi. Spryt? Spryt żółtego mniszka? Czy coś takiego istnieje?

Pokuludki wciąż milczały, choć z ich min można było wyczytać, że niecierpliwie czekają na ciąg dalszy.

Staruszek pyknął parę razy z fajki.

– Obawiam się, że nie mam dla was wyjaśnienia. I nie uda mi się wymyślić nic rozsądnego. Wiecie, moi drodzy trawiaści przyjaciele, myślicie może, że stary Puuko zna wszystkie rzeczy tego świata. Nie, nie, ani jednej. Patrzę znów kiedy indziej na te sosenki po drugiej stronie jeziorka, na zboczu pagórka. Prościutkie niczym pierwszoklasiści w ławkach, każda buzia patrzy w górę. I powiedzcie mi teraz, co sprawia, że pewnego dnia sosnowe pnie postanawiają przestać karmić niższe gałęzie? Pozwalają, by obeschły, a pożywienie idzie tylko ku wierzchołkom... Wierzchołkom, które łapią przecież promienie słońca. Tak, tak, moje trawiaste ludki, wydaje się, że każda z tych historyjek ma w sobie ziarenko prawdy. Każda istota, która dostała od przyrody życie, dostała też od niej rozum. Rośliny, zwierzęta, ludzie, owady... Zgoda, że sposób życia i sposób myślenia w przypadku każdego bardzo się różnią. Być może nawet kamienie żyją swoim życiem i snują swoje myśli. Kto wie! Powie ktoś zaraz, że staremu Puuko brakuje piątej klepki! A może? Niech będzie. Ale ja moim myśleniem przyrodzie krzywdy nie czynię. Ani sobie.

Poku milczały jeszcze parę chwilek.

– Opowiedz coś jeszcze, Puuko! Chcemy cię dalej słuchać – odezwały się w końcu.

– Hy, hy, hy! – zaśmiał się staruszek. – Chcecie więcej dziwnych opowiastek? Ach, moi ciekawscy! Chcecie, żebym się całkiem zaplątał? To się może zdarzyć. I to tak, że już się nie wyplączę. Żaden ze mnie uczony, który na wszystko miałby wyjaśnienie. Rozglądam się, używam głowy, tu i tam coś sobie poczytam... Stara łepetyna, pełna wiórów, to i owo może się w niej zagubić, co kiedyś usłyszała lub przeczytała...

Poku zachichotały.

– Ale, Puuko, opowiedz coś jeszcze, choć troszkę!

– Oho! Też chcecie się kręcić po obejściu jak ja, drapiąc się po brodzie... Ale bród przecież nie macie! To możecie choć po nosie. Będziecie chodzić po lesie i nic, tylko się zastanawiać...

– Tak! Tak! – zawołały Pokuludki jedno za drugim.

Puuko spojrzał na swoich wdzięcznych słuchaczy i poddał się.

– Dobrze, już dobrze! Opowiem wam coś jeszcze. Liczyłem ostatnio żyjące nieopodal szczekuszki. Po estońsku – szczekające zające. Widocznie ktoś uznał, że je przypominają. Można je spotkać także w innych krajach. Ale oczywiście to nie są zające. Różnią się od nich choćby tym, że gromadzą zapasy na zimę. Wygryzają rośliny od korzenia i gdy już trochę ich nazbierają, znoszą je przy dobrej pogodzie, tak jak my zwozimy siano, a przed deszczem układają w sterty. Jesienią gromadzą wszystko w norach, wypełniając je skrzętnie, nie muszą się więc potem martwić o jedzenie. Na dno norek znoszą świeże trawy, a wynoszą te zeszłoroczne. Porządny ludek! I co na to powiecie? Skąd u nich taki mądry sposób postępowania? Czy uczyły się tego z pokolenia na pokolenie?

Staruszek poprawił gałązki w ognisku, dmuchnął, a płomienie żywiej zatańczyły. Przez chwilę obracał patyczek między palcami, aż znów się odezwał:

– W pewnej książce przeczytałem o przedziwnym egzotycznym ptaku. Jak też go nazywano?...2 Trochę przypomina naszego kowalika, który przeszukuje szczeliny w korze drzew, a gdy znajdzie robaka, połyka go. Czasem musi wbić się w szparę swoim ostrym dziobem, by głębiej sięgnąć po zdobycz. Znajoma sprawa, czyż nie?

Pokuldki pokiwały głowami. Tak, tak, nieraz to widziały.

– No, dobrze – ciągnął Puuko – ale może się zdarzyć, że robaczek nie chce wyleźć. Mówi, że dziękuję, ale nie, dopiero co tu wlazłem. Wówczas ptaszek wyszukuje cienką gałązkę, chwyta ją w dziób i wciska w szczelinę. Dźga, dźga, aż robaczek jest jak na dłoni. A dokładniej mówiąc, w dziobie. Lecz to nie koniec. Ptaszek nie wyrzuca patyczka, tylko bierze go i frunie do następnej szczeliny... Co na to powiecie?

Pokuludki spojrzały po sobie.

– To ptak spryciula! – zawołało jedno z mniejszych Poku.

– Zgadza się. I całe swoje ptasie życie jest taki sprytny. Ale jak to się dzieje, że ten sam spryt mają wszyscy jego bracia i siostry?

Poku znów wymieniły spojrzenia, ale odpowiedź nie nadchodziła.

– Sami widzicie, wracamy do punktu wyjścia...

Puuko dorzucił parę gałązek do swojego malutkiego ogniska.

Na jakiś czas zapanowała cisza, a potem znów zabrzmiał głos staruszka:

– Wystarczy choćby poobserwować pszczoły i ich zajęcia... Albo mrówki! To, jak są zorganizowane, jak pracują. Jak doją swoje krowy albo hodują grzyby... Cuda nad cudami! Patrzeć tylko i kręcić głową!

Puuko uśmiechnął się i dodał:

– Gdyby chcieć zliczyć wszystkie te przedziwne zjawiska, można by chyba zgubić głowę. Moja już i tak ledwo się trzyma na karku. Poza tym, czas na sen, moi mali przyjaciele! Choć wy samiście cuda nad cudami, potraficie spać i na stojąco. Pozazdrościć!

Dla Pokuludków był to znak, że staruszka należy zostawić samego. Oddaliły się z cichym szelestem.

Puuko dorzucił jeszcze patyczek i drugi do tlącego się ognia i westchnął:

– Jak wiele tych pytań. Niech jednak i tak będzie. Nie trzeba wiedzieć wszystkiego.

A potem poprawił kapelusz i podrapał się fajką po karku.

– Tak, tak – powiedział zamyślony. – Przyroda kryje wiele cudów... Nie starczyłoby życia, by je wszystkie wyjaśnić. Mojego na pewno nie, ale i innych, nawet mądrzejszych. To prawdziwa symfonia, pełna harmonii! Każda nuta jest na swoim miejscu. Ani jednej zbędnej. Orkiestra zaczęła grać u zarania dziejów i wciąż prowadzi koncert bez jednej fałszywej nuty, z pełną mocą. Każdy dźwięk łączy się z następnym pewnie i celowo.

Puuko westchnął ponownie, pokiwał głową i z uśmiechem ruszył w stronę chaty. W progu odwrócił się jeszcze, spojrzał na wierzchołki drzew i szepnął:

– A kto jest dyrygentem?