Nikt nie musi wiedzieć - Katarzyna Bonda - ebook + audiobook
BESTSELLER

Nikt nie musi wiedzieć ebook i audiobook

Katarzyna Bonda

4,1

330 osób interesuje się tą książką

Opis

Na tę książkę czekają wszyscy fani Katarzyny Bondy! Najpopularniejsza polska autorka powieści kryminalnych, po niemal 10 latach przerwy, prezentuje kolejną część uwielbianej przez czytelników (i wyczekiwanej!) serii z psychologiem śledczym – Hubertem Meyerem.

Nie spełniły jego fantazji. Zapłaciły krwią.

To będzie najtrudniejsze śledztwo w całej karierze Meyera.

Tylko on, telewizor i bateria tequili. Tak Hubert Meyer postanawia spędzić swój trzynastodniowy urlop. Ten plan się jednak nie powiedzie. Nieznajoma kobieta zaczyna nękać go dziwnymi esemesami, a wkrótce potem niezapowiedzianą wizytę składają mu zaprzyjaźnieni policjanci razem z prokurator Weroniką Rudy. Pół roku wcześniej jeden z funkcjonariuszy zastrzelił Japę, niebezpiecznego gangstera. Żeby ocalić policjanta przed grożącą mu karą, Meyer ma sporządzić ekspertyzę która, skieruje śledztwo na lewe tory. Śmierć Japy zostałaby wtedy uznana za gangsterskie porachunki. Potrzebna jest jednak „przykrywka”, zastępcza sprawa, nad którą śledczy będą oficjalnie pracować.

Wybór pada na morderstwo w Mosznej, gdzie na drodze prowadzącej do zamku porzucono zmasakrowane ciało młodego chłopaka. Kiedy Meyer i Rudy próbują odkryć tożsamość sprawcy, ten dokonuje kolejnych zbrodni. Śledczy przesłuchują kolejnych świadków. Trop wciąż się urywa. Za murami starego zamku aż buzuje od konfliktów. To będzie najtrudniejsze i najbardziej ryzykowne śledztwo w całej karierze Meyera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 4 min

Lektor: Katarzyna Bonda

Oceny
4,1 (824 oceny)
327
294
141
48
14
Sortuj według:
hyclakmarzena

Nie oderwiesz się od lektury

Jak kazda książka Bondy super się czyta;) Wciągająca
00
Ilonez

Nie oderwiesz się od lektury

Majstersztyk - kryminał wciąga .. czyta się go bardzo dobrze - wartka akcja ,.. zaskakujący finał . Czekam na kolejna książkę Pani Bondy .
00
martynabednarz28

Dobrze spędzony czas

Na to właśnie czekałam. Meyer wrócił ze zdwojoną siłą. 🤩
00
anusieek

Dobrze spędzony czas

To byla pierwsza książka autorki, jaką przeczytałam i podobała mi się. Trochę na początku trudno było mi się wdrożyć w fabułę przez styl autorki, ale później, gdy już akcja się rozwinęła, czytalam zpbadz słuchałam z ciekawością.
00
kiola

Dobrze spędzony czas

Intrygująca, trzymająca w napięciu lektura.
00

Popularność




SERIA KRYMINALNA Z HUBERTEM MEYEREM

Sprawa Niny Frank

Tylko martwi nie kłamią

Florystka

Nikt nie musi wiedzieć

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Fotografie na okładce:

© Surachai/Shutterstock.com

© Valeriya21/iStockphoto.com

© efks/iStockphoto.com

© by Katarzyna Bonda All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1739-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Co do zbłąkanych dzieci, które w tych dniach krokiem bogów

Wyszły na brzeg z fal morza – każdego z nich jego własne demony

Wpędziły chyba skutecznie w obręb ludzkiego „ja”;

Wszystkim – oprócz mnie – należy się ułaskawienie.

W.H. AUDEN, Morze i zwierciadło, przeł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016

Część 1Dziecko Sroki

Erwin Długosz nie chciał brać tego zlecenia, jednak przez pandemię prawie nie miał pracy, dlatego dał się przekonać żonie.

Pałacowa winda nie działała od lat. Nikt nie wiedział dlaczego – wymieniono części mechanizmu, naoliwiono szyny, sprowadzono z Francji oryginalne silniczki Beckera, a zabytkowy dźwig stał w miejscu jak zaklęty. Śmiałków, którzy próbowali go wskrzesić, przewinęło się przez zamek wielu. Niektórzy przybywali z zagranicy, przywożąc rekomendacje i zestaw nadzwyczajnych narzędzi. Główkowali, rozbierali, składali, biegali po schodach. Robili zdjęcia i konsultowali się z inżynierami. Bezskutecznie. Pracownicy pałacu szeptali po kątach, że tak powinno zostać, bo jeśli winda ruszy – stanie się coś złego. Legenda głosiła, że windę zaklął sam hrabia Winckler, pierwszy właściciel zamku w Mosznej i śląski potentat. To za sprawą jego przedsiębiorczości wyrosło serce Górnego Śląska – Katowice. Jak dokładnie brzmiał urok – nikt nie pamiętał, a oficjalnie wszyscy się z tego śmiali. Najgłośniej zaś inżynier Erwin Długosz, który wiarę w przeczucia, znaki i zbiegi okoliczności tolerował wyłącznie u przystojnych kobiet. Tak było do dzisiejszego ranka, kiedy o piątej trzydzieści wyrwał go z łóżka telefon z pałacu.

– Bardzo powoli, skrzypiąc, ale sunie w górę i w dół! – Głos dziewczyny drżał z ekscytacji. – Jest pan cudotwórcą!

Erwin ubrał się pośpiesznie, chwycił kluczyki do auta i spojrzał na śpiącą córkę. Zabrał Amelię na jej prośbę, bo liczyła na darmową wycieczkę. Zakwaterowano ich w dawnym kompleksie dla służby, oddzielonym od zamku lasem. Asfaltowa droga wiła się wokół dawnych posiadłości Wincklerów jak trzynastokilometrowa nitka. Gdyby Długosz z córką mieli więcej czasu, przespacerowaliby się do pałacu leśnymi dróżkami, jak kiedyś chodzili parobkowie, i zajęłoby to im ledwie kwadrans. Autem trzeba było znacznie nadłożyć drogi, ale w bagażniku Erwin miał wszystkie narzędzia.

Amelka spała czujnie jak pies. Kiedy ojciec wkładał buty, podniosła powieki i zaraz zmrużyła je z udawaną złością.

– Idziesz zapalić?

– W żadnym razie, rekinku. Od wczoraj nie puściłem ani jednego dymka.

– I tak powinno zostać.

Poderwała się, przysunęła głowę do twarzy ojca i zaczęła węszyć.

– Mówię prawdę – roześmiał się Erwin. Otoczył córkę ramionami, mocno przytulił. – Wyspałaś się?

– Która godzina? – ziewnęła.

– Przed szóstą. Pośpij sobie, a po śniadaniu po ciebie przyjadę. Dzwonili z pałacu. – Erwin spojrzał na zegarek i poczuł euforię, ale starał się mówić spokojnie. – Kiedy wczoraj wyjeżdżałem, byłem pewien, że to porażka. Tłoki musiały wejść na miejsce.

– Udało ci się? – pisnęła Amelia. – Mogę być pierwszą pasażerką? Proszę, proszę!

– To zbyt niebezpieczne. Najpierw konserwacja i testy. Wrócę ze śniadaniem.

– Nie ma mowy!

Wyskoczyła z łóżka i zaczęła ściągać piżamę.

– A zęby? – Erwin sparodiował jej rekinią minę, jaką robiła, kiedy starała się wymusić na ojcu rzucenie palenia.

– Umyję, jak wrócę. – Amelia stała już przy drzwiach. – A ty nawet nie myśl o papierosach. Może i udało ci się wskrzesić to żelastwo, ale kopcić przy dzieciach nie wolno.

– Gdzieżbym śmiał!

Postanowił jechać skrótem: szutrową drogą prowadzącą przez zamkowy park. Ich wiekowy jeep cherokee podskakiwał na każdym wyboju. Erwin musiał zwolnić do dwudziestu, bo widoczność była żadna. Głuszę spowijała nieprzenikniona mgła. Kiedy gąszcz się przerzedził i wyjechali na polanę, z mlecznych oparów wyłoniły się wieżyczki kasztelu jak z bajki Disneya. Widok posiadłości Tiele-Wincklerów zapierał dech w piersiach.

– Szkoda, że nie zakwaterowali nas tutaj – mruknęła Amelka.

– Apartament kosztuje pięćset złotych, a ja jestem tylko prostym robotnikiem.

– Jesteś inżynierem, a w tej windzie siedziałeś wczoraj cały dzień – oburzyła się dziewczynka. – Powinni nas teraz porządnie ugościć.

– Nie boisz się ducha guwernantki?

– Tato, opanuj się, mam już trzynaście lat.

– Ja bym się bał – przekomarzał się z nią Erwin. – Słyszałaś, że ludzie do dziś widują zjawę wędrującą krużgankami? Podobno w zamku jest trzysta sześćdziesiąt pięć pokoi, dokładnie tyle, ile dni w roku. Latem biała dama przemyka do pokoju Matki Ewy.

– Może nie lubi mrozu – fuknęła Amelia. – Matka Ewa to ta zakonnica?

– Si, rekinku. Księżniczka von Winckler zostawiła pałac i poszła mieszkać do kurnej chaty, żeby pomagać innym.

– Dziwna jakaś. Każdy chciałby być księżniczką. Zresztą z tym duchem to bujda. Kiedy wczoraj pracowałeś, znalazłam te małe drzwi z numerem cztery, cztery, pięć. Otwierają się normalnie i jest tam drabina. Współczesna! – podkreśliła. – Ma naklejkę z Castoramy.

– Ale nie weszłaś po niej, mój Sherlocku? – przeraził się.

– Oczywiście, że weszłam. – Amelka zaśmiała się chochlikowato, bo ojciec wyklinał ją żartobliwie i bił się po głowie. – Tam jest zwykły strych. Tyle że ładny. Nic ciekawego. A ducha pewnie ktoś udaje, żeby turyści przyjeżdżali. Uważaj! – krzyknęła.

Erwin przyhamował w ostatniej chwili. Przed maską przemknęła sarna. Zniknęła po drugiej stronie lasu, zanim zdołali jej się przyjrzeć.

– W tej mgle wyglądała jak zjawa – wyszeptał Erwin złowie­szczo, licząc, że córka się roześmieje, ale efektu nie osiągnął.

– To było naprawdę?

– Boisz się?

– Chyba ty!

Erwin bardzo zwolnił.

– Na piechotę byłoby szybciej. – Dziewczynka odzyskała już rezon. – Masz maskę i rękawiczki?

Z bocznych drzwi wyjęła dystrybutor z płynem dezynfekującym. Ojciec wystawiał kolejno ręce, by mogła je spryskać, a potem na chwilę puścił kierownicę, żeby wetrzeć preparat w dłonie. Włożył rękawiczki.

– Noszę je tylko ze względu na ciebie.

– Chcę, żebyś żył – oświadczyła bardzo poważnie Amelia. – Koronawirus istnieje. Ludzie umierają.

– Ile mówiłaś, że masz lat, starcze? – Erwin ziewnął i dodał gazu, bo otaczające ich mleko przerzedziło się na tyle, że widać było ogrodzenie.

Skręcił w asfaltową drogę, a po chwili pędził już sześćdziesiątką. Na horyzoncie majaczyła panorama pałacu.

– Przynajmniej będzie miejsce na parkingu – powiedział i urwał, bo podskoczyli, jakby wjeżdżali pod górkę, a potem coś plasnęło, przejechali po miękkim i pod kołami znów była twarda nawierzchnia. Erwin wyhamował gwałtownie, aż zaskowyczał silnik. Spojrzał we wsteczne lusterko i gardło mu się zacisnęło, a przez głowę przeleciała dziwna myśl. Wrzucił wsteczny, podjechał kilka metrów i w końcu się zatrzymał.

– Czekaj tu – polecił córce. – Nie wysiadaj.

Szedł na uginających się nogach. Gardło miał ściśnięte niepokojem. Nie widział nic na odległość wyciągniętych ramion. Mimo to nie zatrzymywał się.

Na jezdni coś leżało. Ciemniejszego niż podłoże, mokrego i gęstszego niż krew. Wyłaniało się z tumanu niczym zła wróżba w szklanej kuli wiedźmy. Zanim zrozumiał, że to zmiażdżona ludzka głowa i zdeformowany tułów, usłyszał za plecami wrzask córki. Siłą odwrócił twarz Amelki od makabry, objął dziewczynkę ramionami z całych sił. Dyszał ciężko, z trudem oddychał. Myślał o bieżniku kół, który odcisnął się w tej krwawej miazdze, zaskakująco dobrze widocznej w tej mgle, jakby to był film, a nie rzeczywistość; i o tym, że trzeba było słuchać intuicji i nie brać tego zlecenia, oraz o tym, że pójdzie siedzieć. Kto uwierzy, że nie chciał zabić tego człowieka?

– Prosiłem, żebyś nie wysiadała, rekinku – szeptał Erwin, a łzy ciekły mu po twarzy. – Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz?

Dzień pierwszy 31 grudnia 2020 – czwartek

Zrozumieć wszystko znaczy przebaczyć. Hubert Meyer liczył, że pomogą mu w tym trzy butelki tequili: mixto, reserva i reposado. Każda ze swoją historią. Łączyły się z najważniejszymi sprawami, przy których pracował w tym roku. Choć formalnie to nie on. W większości akt jego nazwisko się nie pojawia. To śledczy doprowadzili do ujęcia sprawców. Hubert tylko pomagał. Operacyjnie. Pisał ekspertyzy, budował taktyki przesłuchań, był na miejscu zdarzeń, podpowiadał, konsultował, przesłuchiwał, kłócił się i brał na siebie stek wyzwisk, za które nikt go nie przepraszał. Był na każde zawołanie prowadzących śledztwo, czasem występował jako biegły, a potem wracał do swojej jaskini, by splendor za wykrycie sprawy spłynął na detektywów. W nagrodę wystawiał fakturę, zawsze na taką samą kwotę, bo prokuratura ma stawki, które ledwie starczały na opłacenie rachunków, czesnego za studia syna w Londynie i leasing nowiutkiej limuzyny audi, która była jedynym kaprysem Meyera, choć wmawiał sobie, że to jego narzędzie pracy. I tak wciąż słyszał narzekania, że bierze za dużo i dlaczego dolicza VAT, bo – po prawie dwudziestu latach przecierania szlaku w profilowaniu kryminalistycznym – niektórzy nie dowierzali, że psycholog wart jest tych pieniędzy. Nie dziwił się. W placówkach nie widywano go wcale. Nazwisko i ekspertyza objęte były tajemnicą, a po skutecznym aresztowaniu wychodził z komendy bez słowa, gdyż nie miał złudzeń co do własnej roli. Jeśli nie znajdował szybkiego i błyskotliwego wyjaśnienia, jak pokazują to w serialach o FBI – funkcjonariusze wieszali na nim psy, że jest przereklamowany. Gdy udało mu się napisać dobry profil i sprawcę wykrywano szybciej – nikt nie chciał przyznać, że zawdzięczają to tak mało efektownej ekspertyzie, jak profil wiktymologiczny czy opinia typologiczna. W niektórych placówkach zakrawało na cud, że brali jego sugestie pod uwagę. Nie rozumiał tej strategii. Po co go zatrudniali, skoro potem podważali jego kompetencje, a nawet potępiali w czambuł całą psychologię behawioralną? Czasami mówili mu to wprost: jasnowidz, psycholog, wariograf – to tylko podkładka. Żeby, jeśli ktoś przypnie im się do tyłków, można było powiedzieć, że wyczerpali wszystkie środki, by sprawę wykryć. A Hubertowi tylko o to chodziło: o eliminację zbójów i drapieżników. Uważał, że jeśli uda się uratować przed atakiem choć jedną ofiarę, jego praca ma sens.

Ostatnimi laty spał coraz mniej. Cztery, pięć godzin na dobę. Budził się zawsze przed telefonem, który zmieniał bieg jego życia. Czasami żartował, że ktoś wszczepił mu do głowy czip, bo niby skąd mógł wiedzieć, że za chwilę będą go potrzebowali. Nie jutro, nie później. Miał wsiadać do auta i jechać pod wskazany adres. Tam czekał na niego prowadzący dochodzenie i trup w adekwatnym stanie rozkładu. Czy nie ma sposobu, by zwierzęta nocne grasujące z nożami, młotkami i bronią palną przeszły na tryb słoneczny, a zmarli czekali z ujawnieniem do rana? W biurze, które wynajął na prowadzenie firmy, nie bywał prawie wcale.

Pracował w domu, a najczęściej w grafitowym audi, którego bagażnik wypełniały notatniki, kalosze, ciepłe kurtki myśliwskie, dubeltówka bez naboi, narzędzia, puste pudełka po jednorazowych rękawiczkach, sprzęt do rejestracji miejsc zbrodni czy przenośna drukarka. Resztę wolnego czasu spędzał przed laptopem, który odpalał w różnych komendach lub w małych pokoikach udostępnionych mu przez zdesperowanych policjantów. Nie zawsze legalnie. Był tylko cywilem z przeszłością w firmie i znajomością tajników hierarchii oraz habilitacją na temat przestępstw seksualnych, a zwłaszcza to ostatnie nie budziło zaufania młodych gliniarzy, którzy naoglądali się Net­flixa.

Czas ma znaczenie kluczowe. Nie tylko oszczędza się pieniądze podatników, lecz przede wszystkim pozwala dać zadośćuczynienie poszkodowanym. I tylko oni interesowali Meyera: rodziny ofiar, policjanci pracujący w pocie czoła, by złoczyńcę złapać. Chronić ludzi, których trawił strach przed grasującym potworem. Służyć – to była rola profilera – i we właściwym momencie usunąć się w cień. Być na każde zawołanie, kiedy sytuacja robi się kryzysowa, dać z siebie sto procent. Wyłączyć umysł, stać się maszyną do analizy danych. Gdzie tutaj miejsce dla własnych emocji? Czas na rodzinę, zwykłe małe życie?

Analiza i odczuwanie – z tych dwóch najważniejszych cech, które go charakteryzowały, odczuwanie wyeliminował jako szkodliwe. Niestety, emocji nie da się wyzbyć jak węchu, który zbawiennie go opuścił. Zdołał je zepchnąć jedynie w czarną dziurę nieświadomości, ale uparcie wracały w snach. Może dlatego spał coraz mniej. Ostatnio ta emocjonalna pustka dawała mu się we znaki, chociaż brał się w garść i wciąż powtarzał, że ma misję.

Niektórzy nie mają tyle szczęścia, by znaleźć swoje powołanie. Jestem szczęściarzem, mantrował w chwilach słabości i patrzył na pamiątkowe flaszki. W tym roku wszystkie sprawy, które symbolizowały, znalazły swój finał w sądach, a przestępcy zostali skazani prawomocnymi wyrokami. Każda z jego analiz znalazła uzasadnienie, niektóre stuprocentowe. Zwyciężył. Co za nuda, ziewnął. Zaginięcie, gwałt i zabójstwo. To ostatnie masowe. Trzynaście trupów. Pechowa trzynastka. I jak tu nie być przesądnym? W większości ludzie z organów ścigania i armii. Niewinne ofiary w mundurach. Wszystkich znał, choć niektórych tylko z widzenia. Poznał ich tajemnice i nie ujawnił, jeśli nie miały związku z dochodzeniem. Nie każdego z zabitych szanował. Ale byli martwi. Znał złotą zasadę, że o tych, którzy odeszli, nie mówi się źle. On wciąż żył, poznał ich żony, dzieci. Dojmujące doświadczenie. Ta ostatnia flaszka czekała na otwarcie siedem lat. Dziś zamierzał opróżnić je wszystkie sam. Tylko on jeden i dwa litry alkoholu.

Postawił na stole kryształową szklankę. W końcu są święta i nikt go nie będzie niepokoił. Jutro i pojutrze może odpoczywać, spać choćby i do wieczora. Karmiłby psy, gdyby żyły. Oboje rodziców miał już po drugiej stronie, dzieci dorosły i bawią się dziś same. Anka przeżywa trzecią młodość z nowym mężem, a on ma przymusowy urlop na całe trzynaście dni, którego sam sobie udzielił, bo jest wreszcie własnym szefem i nikt nie ma prawa mu mówić, co robić, jak żyć. Znów trzynaście. Jeden i trzy. Jak w jakiejś pieprzonej grze. Marzenia się spełniają. Splunął ze złością do umywalki. Chwycił papierosa i zapalił od poprzedniego.

Choć na emeryturze pracował więcej niż kiedyś, to czuł się też bardziej samotny. Niegdyś takie życie mu odpowiadało. Wmawiał sobie, że pościg ma znaczenie, a praca jest wszystkim, czego mu trzeba, ale to nie była prawda. Zgorzkniał, wyostrzył dowcip i brał jeszcze więcej zleceń. Robota skutecznie pochłaniała go w dni powszednie i weekendy, ale pustka powracała w wakacje i święta, kiedy ludzie stadnie gromadzą się przy stołach, by celebrować więzi. On z nikim nie umiał być na stałe, lecz oszukiwał się, że jest z tego wielce zadowolony. Nikt go nie szarpał, nie zajmował jego uwagi. Nie przeszkadzał mu. Nie troszczył się o niego, nie kochał go, ale też i Hubert za nikogo nie był odpowiedzialny. Kiedy wracał z miejsc zbrodni, komend i bufetów sądowych, nikt na niego nie czekał. I dobrze. To zbędny ciężar dla kogoś, kto się o ciebie troszczy. Czyżby? – Zawahał się, kiedy przypomniał sobie rudy kosmyk muskający jego twarz i obejmujące go piegowate ramię. Wiedział, że sam sobie kłamie, że wciąż nie rozumie, dlaczego się rozpadło i jakim cudem pozwolił jej odejść. Rozumiał i wiedział wszystko, choć najbardziej na świecie chciałby zapomnieć. Ale i to wkrótce nastąpi. Pamiętał coraz mniej. Czasami pojawiała się przed przebudzeniem, między przebłyskami z miejsc zbrodni, ale to było raczej zmysłowe wspomnienie. Tego, co czuł, kiedy była w jego życiu. Czy znalazła swoje szczęście i ktoś dał jej to, czego on nie chciał jej ofiarować? Czy naprawdę nie chciał? Tak właściwie to nie pojmował, co poszło nie tak. Czy dobrze zrobił, że uciekł? Nie wiedział, jak zachowałby się, gdyby się spotkali. Odwróciłby się i odszedł szybkim krokiem, zanim dostrzegłaby jego zawstydzenie? A może nic by nie zrobił i nie poczuł? Tak byłoby najłatwiej. Za jakiś czas będę się z tego śmiał, pocieszał się. Rozklejam się jak baba.

W gruncie rzeczy niewiele go kosztowało, by odciąć się od wszystkiego i wszystkich, lecz wiedział, że decyzja była słuszna. A raczej wiele decyzji. Jeśli szczerze, to wszystkie. Nie pielęgnował przyjaźni, nie wysyłał życzeń, nie dowiadywał się, co u kogo słychać. Nie obchodziło go to. Pojemność jego dysku nie była niewyczerpana. Miał tam miejsce dla spraw i rzeczy ważnych, a więc tych związanych z pracą. A robota nie przyzwalała na słabość, jaką z natury rzeczy są emocje. Nie godzi się ranić tych, na których nam zależy. Wierzył, że jest jak ksiądz, który poświęca się dla innych, służy całym swoim czasem, rozumem i niesie ukojenie. Żałował tylko, że nie potrafi żyć w celibacie. Życie, kobiety są tak fascynujące… I chętne, by dzielić się swoją mocą. Nie potrafił z nich zrezygnować. Były jak nagroda, prezent. Szkoda, że nie zawsze umiał docenić wagę tych darów. Pojawiały się, znikały. Wślizgiwał się w te relacje i wyślizgiwał bez szwanku. Zwykle nie chciały godzić się na role wahadłowych kochanek, ale rozumiały go, bo miał szczęście do mądrych i czułych. Może dlatego, że sam czuł tak niewiele. Po wszystkim zostawali w przyjaźni. Dbał o to, by winę za rozpad związków brać na siebie. Nic go to nie kosztowało. Czuł tylko ulgę. Za to znów był wolny. Niektóre wiedziały, że Hubert nie potrzebuje pocieszenia ani tym bardziej łaski. Po prostu osłaniał je przed materią, którą przyszło mu dźwigać. Kobieta nie wpisywała się w ten wzór. Mówił im, że w ten sposób je chroni. Czy ona też potrzebowała ochrony? Szczególnie ona… Czy uciekł, ponieważ nie umiał jej ocalić? Który to już raz? A może to zwykły egoizm?

Dobrze jest, jak jest. Tylko co ma zrobić z tym nadprogramowym wolnym czasem, skoro nie ma nikogo poza przyjaciółkami w szklanych kieckach? Stały na stole i flirtowały z nim. Postanowił, że jak tylko skończy robotę, zaczną bal. Niemal czuł ich spojrzenia na sobie, jakby były ludźmi, a nie szkłem z zawartością nektaru z agawy. Dziś miały mu zastąpić bliskich. Od kilku godzin snuł się po swoim niewielkim gabinecie zawalonym papierzyskami z tą jedną myślą: „Nie potrzebuję od życia niczego więcej”. Ale przepełniał go smutek pustelnika, jakby miał w piersi dziurę, która pali i piecze. A jednak przyzwyczaił się do niej i nauczył z nią żyć, choć ledwie dwa lata temu sądził, że rana się zabliźniła, a on chce coś zmienić. Uwierzył jej słowom, że praca to nie wszystko, ale się pomylił. To ona tego chciała. Hubert chciał jedynie pracować. Wyłącznie służbie – tej jedynej kochance – był wierny. Odpłacała mu w nadmiarze satysfakcją, spełnieniem i nadawała sens jego życiu. Nic innego nie umiał. A teraz te trzy pamiątkowe flaszki czekające na wielką okazję, która nie następowała, mrugały na niego i zachęcały do zapomnienia. Skończył pisać ostatnią analizę, wysłał plik i chwycił za szyjkę pierwszą z nich. Kiedy zerwał banderolę, jego telefon zawibrował.

„Sto lat, Bercik!”

Zdziwił się. Od lat nikt nie wysyłał mu urodzinowych życzeń. Anka i dzieci dzwoniły przed świętami, a w sylwestra jego komórka milczała jak nieżywa. Pomyślał, że to reklama albo pomyłka. Czyżby kliknął pobranie danych w jakiejś aplikacji? Gdzieś w oddali słychać było fajerwerki.

Sięgnął po telefon i odczytał:

„Jestem pierwsza? Przy okazji… Szczęśliwego Nowego Roku… Zadzwoń w wolnej chwili. Bożena. PS: To naprawdę ważne”

Jaka Bożena? Nic nie kojarzył.

Odłożył aparat i zajął się szukaniem szklanki. Stała na samym brzegu stołu. Kiedy ją podniósł, zdjęcia z sekcji zwłok rozsypały się po podłodze. Wiedział, że jutro z samego rana pieczołowicie je ułoży. Ledwie upił pierwszy łyk, telefon zaczął wibrować jak oszalały.

„W imię przeszłości odbierz… jeśli zadzwonię. Nie wiem, czy zadzwonię. Jeśli tak, znaczy, że nie mam innego wyjścia. Naprawdę nie chcę tego robić. Jesteś ostatnią osobą, z którą chcę mieć kontakt. Niektóre rzeczy nie powinny się wydarzać. Wiesz o tym najlepiej”

„PS2: Tak, jestem po drinku. Nawet więcej niż jednym…”

„On śpi i nadal nic nie wie. Nic… Nigdy… A może wie? Nie ode mnie… Byłby głupi, gdyby się nie domyślił…”

„Wiesz, modlę się czasem za ciebie… Ostatnio śnisz mi się przerażająco. Nigdy tak naprawdę nie zapomniałam. Nie mog­łam…”

Wiadomości przychodziły jedna po drugiej. Chaotyczna składnia nie pozostawiała złudzeń, że kobieta jest zdrowo wypita. Nadal jednak Hubert kojarzył jedynie, że to była kochanka. Rozżalona, zdesperowana, którą kiedyś skrzywdził. Raczej dawno temu, bo od studiów nikt nie nazywał go śląskim zdrobnieniem, którego zresztą nienawidził.

„Wszystko u ciebie OK?… Wczoraj znów mi się śniłeś… Ale wcale nie tęsknię. Wolałabym, żebyś zdechł, skurwysynu, żebyśmy się nigdy nie spotkali. Kiedyś zabiłabym cię za to, co mi zrobiłeś. I za to, co ona mi zrobiła. Ale karma wraca…”

„A może ty jesteś gejem, Bercik?”

Miał dość. Skasował wiadomości, wyciszył telefon i schował go do szuflady. Bal to bal. Dziś nie zamierzał już wytężać szarych komórek ani niczego rozumieć.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz