34,40 zł
Co mają wspólnego zrzędliwy starzec z drewnianą nogą (który jest tylko zwykłym katem), niezbyt potężnej budowy chłopak (który do wszelkich przygód ma dość ambiwalentny stosunek) oraz pewna pyskata dziewczyna (która posiada, co prawda, znamię w kształcie śnieżynki, ale absolutnie nie jest ściganą przez wszystkich, żeby ją spalić na stosie i utopić, boginką zimy Marzanną)? Otóż ta trójka nie ma ze sobą absolutnie nic wspólnego. Kto jednak słyszał o tym, by Rodzanice tak przędły nić życia, aby komukolwiek cokolwiek ułatwić? Zamir, Strzebor i Mora muszą zjednoczyć siły we wspólnej sprawie, choć tak naprawdę nie znają nawet celu swojej wędrówki, a za wskazówkę mają jedynie niezbyt zrozumiałą przepowiednię wołchwa.
Ze świątyni w grodzisku wykradziona zostaje tarcza powierzona mieszkańcom przez Jarowita, znanego ze sporego (i dość krwawego) temperamentu boga wojny i wiosny. A zbliża się wiosenna równonoc, zostało więc dosłownie kilka dni na odzyskanie zguby i zażegnanie niebezpieczeństwa. Jakby tego było mało, odnalezione zostaje ciało kobiety. Najwyraźniej została zamordowana. Rozpoczyna się poszukiwanie związku jej śmierci z nagłym wyjazdem i dziwną obietnicą, której złożenie wymogła na mężu. W lesie znajduje się odmieniec - chromy chłopiec. Czy to on zmieni losy grodziska? A może nawet całego Królestwa? Jeszcze tego nie wiesz, ale to ty zdecydujesz, oczywiście na tyle, na ile bohaterowie ci pozwolą! Tylko uważaj, bo w bezkresnym lesie czai się Leszy. No i jeszcze banda stolemów, ale kto by się przejmował olbrzymami cztery razy większymi od człowieka. Tak czy inaczej, wiadomo jedno - topór wszystko zakończy.
Znakomita autorka kryminałów tym razem prezentuje nam fantasy - i to w stylu starosłowiańskim. Jednak nawet w takiej scenerii mamy klasyczne kryminalne zagadki: znalezione w dziwnym miejscu zwłoki, kradzież cennego artefaktu, licznych podejrzanych i nieoczekiwane rozwiązanie. Do tego polityczne intrygi, interwencje istot magicznych różnych klas i różnej mocy (niekoniecznie skuteczne), walki, miłość... I nie każdy jest tym, kim się wydaje.
Do tego potoczysty, wciągający język i konstrukcja będąca gawędziarską formą hipertekstu. Polecam.
Piotr W. Cholewa
Katarzyna Puzyńska (ur. 1985) - z wykształcenia psycholog. Przez kilka lat pracowała jako nauczyciel akademicki na wydziale psychologii. Teraz całkowicie skupiła się na swojej największej pasji, czyli pisaniu. W wolnych chwilach biega i zajmuje się swoim czworonożnym stadem - psami i końmi. Uwielbia Skandynawię i Hiszpanię. Kocha muzykę rockową, zwłaszcza punk i metal. Mówi się, że jest najbardziej wytatuowaną polską pisarką. Od lat jest weganką.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 346
Copyright © Katarzyna Puzyńska, 2021
Projekt okładki
Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce
Crunchy Beans/Shutterstock
Redaktor prowadzący
Anna Derengowska
Redakcja
Małgorzata Grudnik-Zwolińska
Korekta
Maciej Korbasiński
Mapa i ilustracje
Zbigniew Larwa
Konsultacja mitologii
i demonologii słowiańskiej
Marta Krajewska
ISBN 978-83-8234-318-2
Warszawa 2021
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Dla Gosi, Emilii i Marcina
Książka ta jest podziękowaniem (a może nawet hołdem, choć brzmi to tak górnolotnie) dla moich ulubionych twórców szeroko pojętej fantastyki – zarówno pisarzy, jak i filmowców. Właśnie na tym gatunku się wychowałam i to od niego zaczęła się moja miłość do czytania. W tekście poukrywałam drobne nawiązania do dzieł innych autorów. Mam nadzieję, że ich wyszukiwanie będzie dla Was, drodzy Czytelnicy, dobrą zabawą.
Od dzieciństwa marzyłam, żeby wybrać się w świat fantastyki we własnej książce. I oto jest. Dziękuję serdecznie moim bliskim oraz ekipie wydawnictwa Prószyński Media, że wsparli mnie w dążeniu do realizacji tego celu.
Wam, drodzy Czytelnicy, dziękuję, że towarzyszycie mi kolejny raz. A może to nasza pierwsza wspólna przygoda?
Tak czy inaczej, zapraszam Was do Królestwa…
Katarzyna Puzyńska
Królestwo.
Gdzieś w innym czasie i miejscu.
Działo się to dawno, dawno temu w odległym, targanym sporami Królestwie. Tak się złożyło, że nigdy nie udało się osiągnąć zgody, jaką nazwę powinno nosić. Już samo to mogło sprawić, że skazane było na wszelkie przeciwności. Nie od dziś przecież wiadomo, że miano, jakie się nosi, wpływa na losy nie tylko człowieka, ale i całych społeczności.
Część książąt opowiadała się za całkowitą eliminacją Czarodziejskiego Ludu w granicach Królestwa. Tak podobno uczyniono w bardziej cywilizowanych krainach na południu. Tam żyli już tylko ludzie. Dla południc, mamun, płanetników i innych demonów nie było wśród nich miejsca. Nadchodzące zmiany nie wszystkim się podobały. Choć, prawdę powiedziawszy, nie wszyscy zdawali sobie sprawę z toczących się w dalekiej stolicy kłótni.
Na wąskim cyplu wcinającym się w wody jeziora Straszyn przycupnęło grodzisko. Równie bezimienne co całe Królestwo. Wieść niosła, że ten kawałek ziemi usypały kiedyś stolemy. Olbrzymie trolle odeszły, a ludzie zajęli teren jako swój z uwagi na jego doskonałe warunki strategiczne.
Do czasu.
W tamtym roku zima była wyjątkowo długa i mroźna. Dawała się we znaki nawet tym, którzy zazwyczaj lubili wylegiwać się przy palenisku i patrzeć w płomienie bez potrzeby udawania, że są zajęci czymś wyjątkowo ważnym. Ludziom w grodzisku powoli kończyły się zapasy, a pola za lasami wcale nie chciały budzić się do życia. Widmo głodu sprawiało, że nawet najbardziej leniwi rwali się już do radła. Nie było jednak czego orać. Ziemia nadal trwała zamarznięta w zimowym śnie, mimo że zostało raptem kilka dni do Jarego Święta, przez niektórych zwanego też Jarymi Godami.
Wielu upatrywało ratunku w wiosennej równonocy. Byle doczekać pierwszego pioruna, powtarzali mieszkańcy grodziska. Perun obwieszczał w ten sposób nadejście nowej pory roku. A deszcz, który zsyłał razem z burzą, zapładniał ziemię i pozwalał mieć nadzieję na obfite plony. Cóż jednak z nadziei i oczekiwania, skoro wokół nadal piętrzyły się zaspy, a tafla jeziora Straszyn była ciągle zamarznięta.
Nie przeszkadzało to utopcom coraz częściej atakować nieostrożnych. Wodne demony przełamywały lód od dołu i wciągały w ciemną toń każdego śmiałka, który za bardzo się zbliżył. Roztaczały przy tym intensywny odór wilgoci i zgnilizny. Mamrotały swoje pieśni o utraconych duszach, a ich oślizgłe ciała przerażały nawet tych, którzy widzieli w życiu całkiem sporo. Niejedna matka opłakiwała męża lub syna, który wybrał się na połów, żeby zapewnić w tych trudnych czasach choć jaki taki byt swojej rodzinie.
Co gorsza, w okolicach grodziska znów pojawiły się stolemy. Zwiadowcy donosili, że olbrzymy rozbiły obóz nad pobliskim jeziorem Bachotek. Można było się spodziewać, że lada moment podejdą bliżej.
Nie dawała też o sobie zapomnieć rusałka – piękna, choć szczególnie niebezpieczna demonica, która zagnieździła się pod mostem nad rzeką Skarlanką. Uniemożliwiała korzystanie z szybszej trasy prowadzącej do szlaku handlowego i kamiennego grodu zamieszkanego przez jednego z książąt.
Wilkołaki, strzygi czy biesy można było spotkać niemal wszędzie. Do tego mieszkańcy grodziska byli przyzwyczajeni. Czarodziejski Lud zamieszkiwał bowiem te strony od dawien dawna i jak mógł utrudniał ludziom opanowanie lasów i kniei. Nawet najstarsi nie pamiętali jednak takiej aktywności wszelakich demonów jak podczas tej długiej zimy. W grodzisku ustawiono więc dzwon, by zwoływał mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. Jego donośny głos niósł się daleko przez lasy, żeby wszyscy mogli odpowiedzieć na wezwanie.
Był jednak w tym wszystkim promyk nadziei. Wieść niosła, że wiele problemów pozwoli rozwiązać pojmanie wiecznie umykającej Marzanny. Boginkę zimy należało spalić na stosie, a potem jeszcze utopić, żeby zyskać pewność, że zima wreszcie się skończy.
Bo koniec zimy, jak powszechnie wiadomo, przynosił rozwiązanie wielu problemów.
DROGOWSKAZ: Na razie dzwon alarmowy w grodzisku milczy. Korzystając z ciszy, przeczytaj, co wydarzyło się wczoraj w gospodzie nieopodal. Przejdź na następną stronę.
W gospodzie Bolemiry.
Brzezień1, dzień osiemnasty.
Wieczorem.
Strzebor
Mężu mój!
Gruba Bolemira zawsze tak go przyzywała. Mąż. Strzebor lubił to słowo. Miał wrażenie, że dodawało mu powagi. Jakby nie był niezbyt imponującej budowy młodzikiem, ale prawdziwym mężczyzną.
W grodzisku mało kto traktował go poważnie. Jego tyczkowata figura i nieco zbyt duża głowa bywały powodem żartów. Nie pasował do swoich rówieśników, którzy biegali z mieczami i toporami albo uprawiali rolę ciężkimi narzędziami. On się do takich rzeczy nie nadawał. I, prawdę powiedziawszy, starał się trzymać od tego wszystkiego z daleka.
Lubił za to słuchać opowieści. Żona nauczyła go nawet czytać i pisać, mógł więc zaglądać do zapisków, które czasem robiła. Nie była to zbyt pasjonująca lektura. Zwykle dotyczyła zakupów towarów do gospody. Ale kiedy nie było czasu na inne historie, zadowalał się i tym. Do prawdziwych przygód stosunek miał ambiwalentny. A właściwie od nich też starał się trzymać z daleka.
– Ruszam do kamiennego dworu nad Drwęcą – powiedziała Bolemira.
Faktycznie ubrana była jak do drogi. To samo w sobie nie byłoby szczególnie dziwne, żona bowiem dość często wybierała się nad Drwęcę. Najczęściej po rozmaite specjały do potraw, które serwowała w gospodzie. Miała w mieście jakiegoś znajomego, który sprowadzał przyprawy z dalekich krain. Kamienny gród stał przecież na szlaku handlowym.
Nawet to, że szykowała się do drogi o tak późnej porze, nie było szczególnie dziwne. Gruba Bolemira zawsze chadzała swoimi ścieżkami i trudno było za nią nadążyć. Kiedy inni spali, ona wędrowała. Strzebor nawet nie próbował robić tego wszystkiego co ona, choć był od niej wiele wiosen młodszy. Bardzo wiele.
DROGOWSKAZ: Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak to się stało, że Strzebor został mężem Grubej Bolemiry, zajrzyj do Anegdoty numer 1. Jeśli uważasz, że to nieistotne, czytaj dalej.
Tak więc po żonie mógł spodziewać się wszystkiego. Rzadko jednak zdarzało się, żeby wyjeżdżała, kiedy w gospodzie byli goście. Powierzała wprawdzie coraz więcej obowiązków Strzeborowi, ale przygotowywaniem posiłków zawsze zajmowała się ona. Dobrze wiedziała, że zrobi to lepiej niż młody mąż.
– Widziałem właśnie, że zaprzęgłaś Kłosa – powiedział Strzebor. – Zdziwiłem się.
Mieli starego wyliniałego konia. Wydawał się równie wiekowy jak sama Bolemira. Na pewno zaś był równie uparty. Strzebor poznał to na własnej skórze, kiedy próbował się z nim dogadać. Żona uśmiechała się wtedy i powtarzała, że Kłos potrzebuje silnej ręki, bo zawsze ma swoje zdanie. Swoje zdanie to mało powiedziane. Strzebor mieszkał w gospodzie od jesieni. Przez ten czas nie było miesiąca, żeby złośliwy ogier nie wymierzył mu kopniaka. Strzebor podejrzewał, że Kłos jest po prostu zazdrosny o względy swojej pani. To przypuszczenie oczywiście było niedorzeczne, bo chodziło przecież o konia, prawda?
– Tak. Jestem gotowa do drogi. Przyszłam się pożegnać. Odprowadź mnie.
Strzebor wziął pochodnię. Na dworze było zupełnie ciemno, bo księżyc skrył się za chmurami. Ich oddechy zmieniały się w obłoczki pary. Szła wiosna, ale nadal nie widać było jej śladów. Wszędzie leżały wielkie zwały śniegu.
Kłos zarżał na ich widok. Nie wiadomo, czy dawał znak gotowości do drogi, czy może ogłaszał niezadowolenie, że przerwano mu wieczorny spoczynek.
– Ale przecież mamy gości. Wyruszasz teraz? I to po nocy?
W gospodzie spali Pomir, wędrowny bajarz, i Rosława, siostra poprzedniego męża Grubej Bolemiry. Niby tylko dwójka gości i oboje dobrze znani, ale mimo wszystko trzeba było się nimi zająć. Nie, to naprawdę było dziwne, że Bolemira akurat teraz wybierała się do kamiennego grodu.
– Poradzisz sobie, mężu. Tu masz klucze.
Odwiązała pęk kluczy od rzemienia przy pasie. To już nawet bardzo dziwne, przebiegło Strzeborowi przez myśl. Bolemira nigdy, ale to nigdy nie dawała mu kluczy od gospody. Nie był pewny, czy dlatego, że jeszcze nie zaufała mu na dobre, czy nie oddawała ich po prostu nikomu. Nawet kiedy wyjeżdżała, zostawiała drzwi i schowki otwarte. Przynajmniej te, do których Strzebor musiał mieć dostęp, żeby gospoda funkcjonowała jak zwykle. Reszta pomieszczeń pozostawała zamknięta. On dostał tylko klucz od głównych drzwi. Drugi taki sam schowany był w skrytce w głazie nieopodal gospody. Na wypadek gdyby Strzebor zagubił swój.
– Weźmiesz je czy nie? – zaśmiała się Bolemira.
Strzebor odebrał od niej pęk starych kluczy. Z namaszczeniem. Poczuł narastającą dumę, jakby naprawdę stał się w końcu kimś więcej niż tylko młodym mężem. Jakby wreszcie był pełnoprawnym gospodarzem. Karczmarzem.
Początkowo martwił się, czy sobie tu poradzi, a jednak tak dobrze odnalazł się w nowym miejscu. Opiekowanie się przyjezdnymi sprawiało mu wiele radości, szczególnie że mieli do opowiedzenia niesamowite historie. Dotyczyły one rzeczy, których Strzebor nigdy na własne oczy nie zobaczy. I całe szczęście, bo do dalekich podróży go nie ciągnęło. Jednak słuchanie opowieści to była inna sprawa. Tak mógł spędzać całe godziny, zwłaszcza słuchając opowiadań Pomira. Wędrowny bajarz miał dar snucia historii. Były tak porywające, że człowiek miał wrażenie, jakby sam brał w nich udział.
– Ale posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie – powiedziała Bolemira, wyrywając Strzebora z zamyślenia. – Tu są wszystkie klucze. Korzystaj z nich mądrze…
– Oczywiście – zapewnił żonę natychmiast.
Pęk kluczy ciążył przyjemnie w ręce. Strzebor nie mógł się doczekać, kiedy powiesi je sobie przy pasie na rzemieniu. Będą brzęczeć przy każdym ruchu, jak to się działo, kiedy Bolemira chodziła z miejsca na miejsce.
Żona uśmiechnęła się dobrotliwie.
– Ale jedno musisz mi obiecać, mężu.
– Co?
Strzebor mógłby obiecać w tej chwili wszystko. Chciał już powiesić klucze u pasa i przejść się z dumą po gospodzie. Szkoda, że Pomir i Rosława już spali. Na pewno zrobiłby kilka rundek po izbie, żeby zobaczyli i usłyszeli.
– Obiecujesz?
Gruba Bolemira zdecydowanie zachowywała się tej nocy dziwnie. Kto prosi o złożenie obietnicy, kiedy nie wyjaśnił jeszcze, czego ona dotyczy?
– Tak – zapewnił mimo to Strzebor. Ona może mu nie we wszystkim ufała, ale on nauczył się ufać jej.
Żona uśmiechnęła się nieznacznie.
– Doskonale.
– Mogę już…?
Strzebor uniósł pęk kluczy. Zabrzęczały.
– Poczekaj. Obejrzyj je dokładnie.
Młody mężczyzna spojrzał posłusznie. Większość kluczy była stara i nieco pordzewiała. Tylko jeden zdawał się zupełnie inny. Był mniejszy niż pozostałe, do tego najwyraźniej nowy i aż niepokojąco lśniący. Nie wyglądał na robotę kowala z grodziska. Musiał go wykonać biegły w swym kunszcie mistrz cechowy. Bo kto inny?
– Jest zrobiony ze srebra? – zapytał chłopak z niedowierzaniem.
– Właśnie tego klucza nie wolno ci użyć – oznajmiła Bolemira zamiast odpowiedzi. – Ani nawet szukać zamka, do którego pasuje.
Dziwny kluczyk wydawał się podrygiwać delikatnie. Strzebor nie mógł oderwać od niego oczu.
– Ale…
– Pamiętaj, co mi obiecałeś – przerwała mu Bolemira.
Młody mężczyzna westchnął. Starał się być dobrym człowiekiem i dotrzymywać obietnic. Tak wychowała go matka. Gdyby wiedział, czego będzie dotyczyła obietnica, chybaby jej nie złożył. A już na pewno nie po tym, jak zobaczył kluczyk. Ciekawość dosłownie go paliła.
No bo jak? To było trochę jak niedokończona opowieść porzucona gdzieś w połowie. Strzebor chciał wiedzieć, które drzwi otwiera ten dziwny klucz. Myśl, że być może się tego nie dowie, wydawała się nie do zniesienia. Mógł się bowiem spodziewać, że jak Bolemira wróci z kamiennego grodu nad Drwęcą, to ona będzie z powrotem nosiła pęk kluczy u pasa. Wszystko wróci do normy.
– Pamiętaj, co obiecałeś – dodała żona, jakby wiedziała, o czym właśnie pomyślał. – I jeszcze jedno, zanim wyruszę.
Bolemira pochyliła się do jego ucha. Przez chwilę myślał, że złoży na jego twarzy pocałunek. Dotychczas zrobiła to tylko raz. Ich alkowa była pusta i cicha. Może żona była już za stara na takie rzeczy. Strzebor modlił się do Jarowita, żeby mimo wszystko Bolemira pozwoliła mu się kiedyś do siebie zbliżyć. Bóg wiosny i wojny odpowiadał też przecież za sprawy sercowe. Przynajmniej niektórzy tak powiadali.
Strzebor nigdy jeszcze nie był z kobietą. Chciał się chociaż dowiedzieć, jak to jest. Zanim pochowa żonę. Gruba Bolemira była wiele wiosen starsza od niego. A żadna inna zapewne go nie zechce. Chudzielec ze zbyt dużą głową nie stanowił dobrej partii w leśnych ostępach, gdzie o przetrwaniu decydowała siła.
Niestety. Żadnego pocałunku się nie doczekał. Bolemira najpierw zaczęła szeptać, potem jakby uznała, że konspiracja nie jest potrzebna, bo i tak nikogo tu nie ma, i pełnym głosem powiedziała mu zagadkę. A potem odpowiedź na nią. Zagadka z odpowiedzią? Po co? Zagadki są przecież po to, żeby szukać rozwiązania. Samemu. Na co komu zagadka, jeśli znało się jej rozwiązanie?
– Zapamiętaj – zakończyła żona. – Mam przeczucie, że może ci się przydać, zanim to wszystko się skończy.
Strzebor zadrżał, bo coś jakby poruszyło się w ciemności. W ich lasach czaiło się mnóstwo mniej i bardziej groźnych stworzeń. Czarodziejski Lud zamieszkiwał te strony od zawsze. Lepiej było nie wychodzić z domostw po zmroku.
– Co się skończy? – zapytał.
Bolemira uśmiechnęła się nieznacznie. Potem wskoczyła na wóz. Jak zawsze z zaskakującą, jak na jej wiek i tuszę, łatwością. Pognała Kłosa. Ich sylwetki połknęła ciemność. Strzebor pobiegł z powrotem do gospody. Klucze pobrzękiwały u jego pasa.
1 Brzezień – dawna nazwa marca.
Dziś rano
Grodzisko nad jeziorem Straszyn.
Brzezień, dzień dziewiętnasty.
Rano.
Zamir
Zima się skończy, na Jare Święto przybędzie Jarowit, wszystko się poprawi. Tak wierzyli ludzie. Zamir uśmiechał się tylko pod nosem, słysząc te słowa. Był zdania, że niewiele tak naprawdę się zmieni. Prawda, świat się może i zazieleni, ale czy to znaczy, że będzie lepiej?
Był za stary, żeby wierzyć w takie głupoty. A złudzenia stracił razem z nogą w dawnych bojach, kiedy włóczył się z chąśnikami. Zamiast mrzonek pozostała drewniana noga, którą udało mu się ukraść jakiemuś innemu morskiemu zbójowi. Z czasem przyzwyczaił się do jej używania i była prawie jak własna. Jednak złudzenia, że kiedykolwiek będzie lepiej, nie powróciły.
Nie należało ufać bogom, że w czymkolwiek pomogą. Zamir podejrzewał, że prawda była taka, że niezbyt się przejmowali losem swoich wyznawców. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Kształtować swój los trzeba było samemu. Im szybciej człowiek to zrozumiał, tym łatwiej mu się żyło. Ba, tylko że to zabierało młodym czasem całe lata.
– No i jak, Bofale? – zapytał Dargorad, wyrywając Zamira z zamyślenia.
Marzli we czterech na podeście przed świątynią Jarowita. Zamir, Dargorad, Bofał i Ciechomir. Najważniejsze osoby w grodzisku. To znaczy oczywiście nie licząc samego Zamira. On był przecież tylko zwykłym katem. Od początku tej narady zadawał sobie więc pytanie, dlaczego go tu w ogóle zaprosili.
– Odprawiasz modły do Peruna i odprawiasz – podjął Dargorad – a pierwszego pioruna jak nie ma, tak nie ma. Kiedy on nadejdzie?
Dargorad zarządzał grodziskiem twardą ręką. Wysyłał swoich Wojowników to tu, to tam, żeby brali udział w walkach toczonych przez książęta i w ten sposób zarabiali na utrzymanie grodziska. Wartownikom kazał zaś patrolować okoliczne lasy. Nie tolerował sprzeciwu ani słabości. Sam natomiast rzadko wychodził poza ostrokół. Na przeszkodzie nie stała chyba tylko jego pokaźna tusza. Raczej lęk przed tym, co czai się na zewnątrz. Coraz częściej kazał też zamykać zarówno Dużą Bramę, która była głównym wejściem do grodziska, jak i Małą, która prowadziła nad jezioro Straszyn.
Ostatnio Dargorad nakazał wykopanie fosy oddzielającej ich cypel od lądu i w miejscu przeprawy ustawił dodatkowych Wartowników. Zamir chodził tam i obserwował, jak młodzi bez słowa sprzeciwu męczą się z rozkopywaniem zamarzniętej ziemi. Starzec nie mógł oprzeć się wrażeniu, że w tej nagłej robocie jest coś niepokojącego.
W grodzisku nikt pytań nie zadawał. Zamir był za stary, żeby przejmować się konsekwencjami. Spytałby, i owszem. Oczywiście gdyby tylko uważał, że dostanie prawdziwą odpowiedź. A tak nie pytał, bo nie było sensu i tyle. Nie będzie sobie strzępił języka po próżnicy.
Nie podobało mu się, że nie zdołał jeszcze rozeznać się w sytuacji. Stracił już wszystkie włosy, ale jednego nie stracił. Zdrowego rozsądku. A zdrowy rozsądek podpowiadał jedno: wiedzieć znaczy móc się przygotować. Nie wiedzieć znaczy działać po omacku. Zamir nie lubił nie być przygotowany. Choć prawda była taka, że życie rzadko dawało ten przywilej.
– Cóż z ciebie za żerca, Bofale? – dodał jeszcze Dargorad, jakby wątpiąc w umiejętności kapłana.
Zamir czuł się dziś zupełnie otumaniony i nie potrafił się skupić na tym, o czym oni deliberowali. Jakby jeszcze przed chwilą był w zupełnie innym miejscu, a nie na zwołanej naprędce naradzie.
– Robię, co mogę. Rzucam wszelkie znane mi zaklęcia – zapewnił żerca, poprawiając długie włosy.
Były szare niczym niebo zasnute chmurami albo stary popiół w palenisku. Zamir podejrzewał, że żerca część swojej magii zużywa po to, żeby upodobnić się do starca. Uważał chyba, że dodaje sobie w ten sposób powagi i majestatu. Zamira to bawiło, bo Bofał twarz miał młodzieńczą i czerstwą. Zwykle malował się na niej pełen wyższości uśmieszek. Jakby żerca chciał pokazać wszystkim, że skoro szkolił się w czarodziejskich naukach i czym tam jeszcze, to był kimś lepszym niż pozostali mieszkańcy grodziska.
A przecież jego magia była tylko wyuczona. Prawdę powiedziawszy, każdy mógł sobie przyswoić jej podstawy. Nawet Wojownicy umieli posługiwać się najprostszymi zaklęciami. Prawdziwą sztuką było urodzić się z darem magii, jak to było z wołchwami. Mieli tu takiego jednego. Moc szamana była pierwotna i trudna do okiełznania, ale przez to znacznie silniejsza niż ta wyszkolona, używana przez kogoś tak wyrafinowanego jak żerca.
– Może w takim razie warto poprosić o pomoc Lubgosta – zasugerował Zamir.
Czekał na grymas, który pojawi się na twarzy żercy. Nie zawiódł się. Bofał nienawidził wołchwa z całego serca. Lubgost był wszystkim tym, czym Bofał nie był. A przede wszystkim naprawdę miał wiele wiosen za sobą. Więcej nawet niż Zamir.
– A co ty niby o tym wiesz, kacie? – warknął żerca z wściekłością.
Zamir wzruszył ramionami. Miał poczucie, że wie o tym wszystkim więcej, niż sam zdaje sobie sprawę. Do tego nie zamierzał się jednak przyznawać. Luki w pamięci często mu się ostatnio zdarzały. Wiek robił swoje. Pamięć nie była już taka jak za dawnych dni. Czasem dopadały go niepojęte myśli. To było niemożliwe, ale na przykład dziś czuł, jakby to wszystko już kiedyś przeżył. Lepiej było jednak za wiele się nad tym nie zastanawiać, bo człowiek od tego tracił zmysły.
– Cóż, jestem tylko zwykłym katem, przepraszam niezmiernie – odparł, wzruszając od niechcenia ramionami.
Dawno minęły czasy, kiedy przemierzał królestwo najpierw jako Wojownik, a potem chąśnik. Kiedy stracił w bojach nogę, próbował jeszcze trochę powalczyć. W końcu jednak poddał się i wrócił w rodzinne strony. Człowiek, który pełnił funkcję kata, akurat zmarł, Dargorad wyznaczył więc Zamira w jego miejsce. I tak u kresu dni mógł pomachać trochę toporem. A kat, choć to persona ważna, to wszelako niezbyt mile widziana w towarzystwie. Teraz też Zamir czuł na sobie niechętne spojrzenia zgromadzonych.
– Może i jestem tylko zwykłym katem – powtórzył. – Ale sami mnie tu zaprosiliście. Jak rozumiem, chcieliście jakiejś rady od starego? A może się mylę?
– Ja twoich rad nie potrzebuję, kacie – mruknął kąśliwie Bofał. – Przez ciebie musimy tu marznąć.
Narady odbywały się z reguły w domostwie Dargorada. Dziś spotkali się na podeście przed świątynią Jarowita. Najwyraźniej kasztelan nie chciał Zamira i jego splamionego krwią topora w swoim domu.
– Ja tam myślę, że jesteście już całkiem zdesperowani, skoro mnie zaprosiliście – zaśmiał się kat. – Co się dzieje?
Dargorad odchrząknął, ale nic nie powiedział. Zerknął tylko na Bofała, jakby chciał powiedzieć: to był twój pomysł.
– Po prostu chcieliśmy poznać twoje zdanie, Zamirze – włączył się do rozmowy Ciechomir, poprawiając przepaskę, która kryła pusty oczodół. – I może faktycznie to nie jest zły zamysł, żeby poprosić wołchwa o wsparcie. Lubgost ma wielką siłę.
Ciechomir był dowódcą Wartowników. Nie mogło go, rzecz jasna, zabraknąć na naradzie. Był przecież trzecią osobą w grodzisku. Zaraz po Dargoradzie i Bofale.
Trzecia osoba w grodzisku. Wielu ucieszyłoby się z takiego zaszczytu. Zamir podejrzewał jednak, że dawny kompan z pola walki wcale nie jest z tego powodu zachwycony. Ciechomir zawsze chciał być na przedzie. I trzeba było przyznać, że dowiódł swojej odwagi w dawnych bojach.
W jednym z nich właśnie stracił oko.
DROGOWSKAZ: Jeśli chcesz dowiedzieć się, skąd znali się Zamir i Ciechomir, przejdź do Anegdoty numer 2. Jeśli uważasz, że to nieistotne, czytaj dalej.
Ale to były dawne czasy. Teraz Zamir i Ciechomir raczej się unikali. Ich drogi dawno się rozeszły.
– Jeżeli nawet Lubgost nic wielkiego nie wskóra, to może chociaż pomóc – dodał dowódca Wartowników. – Bądź co bądź jest wołchwem. Mamy na głowie tyle problemów, że chyba przyda się każdy, kto coś może zdziałać.
Bofał wyglądał na oburzonego. Nie spodziewał się chyba, że ktokolwiek oprócz Zamira będzie chciał, żeby wołchw wsparł ich swoimi prostackimi czarami.
– To zupełnie bezsensowny pomysł, żeby włączać w to Lubgosta. Dargoradzie, stanowczo odradzam.
– A właściwie dlaczegóż to? – zapytał kasztelan. – Lubgost może i jest dziki. Może i mieszka poza ostrokołem. Może i jest trochę dziwny. Z tym kłócił się nie będę. Ale nie zaprzeczysz, żerco, że wołchw ma moc. I ludzie mu wierzą. Chodzą do niego po przepowiednie i po leczenie. Mówi się przecież, że i szeptunem jest.
Zamir skinął głową. Oczywiście, że Lubgost był szeptunem. Umiał uleczyć każdego. Jeżeli oczywiście chciał. Bo z wołchwem różnie bywało. Był kapryśny. A jak wpadł w trans, w ogóle nie było sensu z nim dyskutować. Trzeba było słuchać i mieć nadzieję, że uda się zrozumieć, co magia chce przekazać przez usta Lubgosta. Czasem nawet miało się szczęście wyłuskać z tego jakiś sens. A nawet jeśli nie, warto było próbować. Bo to, że nie rozumiało się przepowiedni, nie oznaczało, że nie jest ona trafna. Zamir ufał wołchwowi zdecydowanie bardziej niż modlitwom kierowanym do niedostępnych bogów.
Kat zerknął na drewnianą świątynię, przy której się spotkali. Niektórzy zwali ją domem Jarowita, choć bóg wiosny i wojny miał swoje sanktuarium zupełnie gdzie indziej. W drewnianym budynku na majdanie stał tylko jego posąg. Młodzieniec z wiankiem ze zboża i polnych kwiatów, atrybutami wiosny i lata, umieszczony został przy samym wejściu. W zamyśle miał chyba zapraszać do środka. Może i tak by było, gdyby w jednej ręce nie dzierżył miecza, a w drugiej odciętej głowy. Atrybutów swojej drugiej domeny, czyli wojny.
Twórca posągu chciał chyba złagodzić przesłanie swojego dzieła i odciętej głowie dał oblicze samego Jarowita. Choć niektórzy powiadali, że chodziło o to, że młody bóg ucinał głowę staremu rokowi i sam stawał się nowym. Jakkolwiek by było, robiło to dziwne wrażenie. Zamirowi zawsze wyglądało, jakby bóg wiosny i wojny miał jednocześnie własną głowę na karku i w ręce. Takich dziwów na polach bitwy raczej się nie widywało. Zwykle jedno wykluczało drugie. Ale kto tam wie, jak to było u bogów.
Tak czy inaczej, posągu prawie nikt nie widywał, bo drzwi świątyni były otwierane tylko raz do roku. W Jare Święto. Przez resztę czasu zamknięte były na cztery spusty. Oficjalnie dlatego, że w środku przechowywano tarczę Jarowita, podobno podarowaną kiedyś grodzisku przez samego boga wiosny i wojny. Zamir miał jednak w tej sprawie swoje zdanie. Jarowit miał ich wszystkich głęboko w rzyci i wolał się przed nimi szczelnie zamknąć. Ot co.
– I tak nie jest powiedziane, że Lubgost wam pomoże – mruknął kat. – Nie wybrzydzajcie, bo nie wiadomo, czy w ogóle zechce się w to włączyć.
Zamir miał to szczęście, że Lubgost chyba go lubił. W przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców grodziska, przebiegło katowi przez myśl. Ci raczej unikali Zamira. Nie chodziło tylko o to, że najlepsze czasy miał już za sobą. Piękny nie był nigdy, ale kiedyś nie patrzono na niego jak na niosącego zarazę. Nawet kiedy zajmował się łupieniem i plądrowaniem razem z chąśnikami. Teraz zerkali na katowski topór spod oka i usuwali się z drogi, jakby Zamir miał wykonać wyrok właśnie na nich, jeśli ich spojrzenia się spotkają choćby na chwilkę.
A przecież nie Zamir decydował, kto zginie. To była rola Dargorada oraz Ciechomira i Bofała. To oni wskazywali, kto przekroczył prawo. Zamir był tylko wykonawcą ich woli. Ale to jego nienawidzono, a nie kasztelana, dowódcy Wartowników i żercy. To jego unikano.
To z niego wyśmiewano się za plecami. Pewnie po to, żeby żartem złagodzić lęk. Tak przynajmniej sobie to tłumaczył. Gdyby wyśmiewano jego drewnianą nogę, łysą czaszkę czy podeszły wiek, musiałby bronić honoru. Nie chciało mu się już. Wolał udawać więc, że nie słyszy. Coraz częściej nawet udawać nie musiał, bo uszy też nie były takie jak za młodu.
Czasem miał tego wszystkiego dość. Ale tylko czasem. Fach kata był dobrze płatny, a to było najważniejsze. Denary sprawiały, że śmiejące się gęby wcześniej czy później i tak się zamykały. Jeśli była jakaś siła, która przemawiała absolutnie do wszystkich, bez względu na wiek, język czy cześć oddawaną niedostępnym bogom, to była siła denara. Ktokolwiek mówił inaczej, był albo bardzo młody, albo wyjątkowo naiwny. Często szło to w parze. Bo ci, którzy byli naiwni, rzadko kiedy mieli szansę doczekać starości.
Ludzie będą zdradzali, oszukiwali i knuli. Będą też tacy, którzy hołdują ideałom. Będą pracowici. I tacy, którzy nic nie robią. Ale jeżeli pomacha się im sakiewką przed nosem, wszyscy oni od razu miękną. Dlatego właśnie Zamir zgodził się wykonywać to zajęcie. Jakaż to różnica, że zabijał teraz za pieniądze? Kiedy był Wojownikiem, tak naprawdę też o to chodziło. Kiedy przystał do chąśników, tym bardziej. Zmieniło się tylko tyle, że teraz zabijał nie dość, że legalnie, to i w rodzinnych stronach. To wszystko.
Nie lubił partactwa, więc uczył się fachu aż do momentu, kiedy umiał pozbawić kogoś głowy jednym cięciem. Albo odwrotnie: przedłużać jakąś torturę, aż winny przyzna się do swojego uczynku. Albo i niewinny. Bo winny czy niewinny, każdy w końcu mówił wszystko, co chciało się usłyszeć. Zamir nie dbał, kto jaki występek popełnił. Liczyła się tylko sakiewka z denarami, która czekała na niego rzucona niedbale przez Dargorada.
Wieczorami Zamir miał nieraz wrażenie, że dusze skazańców próbują przebić się do jego chaty. Lubgost rzucił specjalny czar na katowski topór, żeby zapobiec przemianom skazańców w strzygi, upiory i inne demony. Kat wolał jednak nie kusić losu. Kładł topór obok siebie na posłaniu i pozwalał sobie tylko na lekki sen. Żadna z rozwścieczonych dusz, które pozbawił ciała, jeszcze go nie zaatakowała. Jeszcze.
– Angażowanie Lubgosta nie jest dobrym pomysłem z jednej prostej przyczyny, Dargoradzie – upierał się Bofał.
– To znaczy?
– Ludzie mu ufają.
Teraz żerca zniżył głos do szeptu. Chyba nie chciał, żeby ktokolwiek usłyszał tę część ich rozmowy. Stali co prawda na podeście przy wejściu do świątyni Jarowita, czyli w pewnym oddaleniu od krzątających się na majdanie ludzi, ale wścibskie uszy były wszędzie. Zawsze. Zamir uśmiechnął się pod nosem. Odbywanie narady w takim miejscu było głupotą. Nie zamierzał jednak zabierać w tej sprawie głosu. Wyjaśnili dość jasno, dlaczego spotkanie odbywało się właśnie tu.
– No i co, że mu ufają? – zapytał kasztelan, naciągając futro z niedźwiedzia głębiej na ramiona. – To chyba dobrze.
W takim stroju i przy swojej tuszy Dargorad zapewne nie marzł. Zamir poprawił swój znoszony skórzany kaftan. Niewiele to pomogło. Mróz nadal przeszywał do szpiku kości. Jak tu uwierzyć, że Jare Święto dosłownie za dwa dni. Dawno powinno być cieplej. Wiosna w tym roku jakoś nie chciała nadejść.
– Nie dla nas – szepnął znów żerca.
– Nie rozumiem.
Bofał westchnął wyraźnie zniecierpliwiony.
– Lubgost może pociągnąć za sobą ludzi. Przeciw nam.
– Jemu nie takie rzeczy w głowie – zaśmiał się Zamir.
Jeśli istniał ktokolwiek, kto nie miał ochoty mieszać się w układy i układziki, to był to on sam i Lubgost właśnie. Myśl, że wołchw traciłby czas, żeby zmawiać się z kimkolwiek przeciwko Dargoradowi, Bofałowi i Ciechomirowi, była doprawdy zabawna.
– A jeśli jednak? Może zdradzić i podżegać ludzi do buntu – nie ustępował Bofał. – Tego chyba nie chcesz, panie?
– Zdecydowanie nie, mistrzu.
Tym razem Dargorad użył tytułu należnego żercy. Jakby nagle chciał się magowi przypodobać. Zamir nie mógł się powstrzymać i znów uśmiechnął się pod nosem. Sam nigdy nie nazwałby Bofała mistrzem. Na to trzeba było zasłużyć, a żerca doświadczenie miał jeszcze zbyt małe i wiek za skromny, żeby unieść taki tytuł. Nawet jeśli bielił włosy magią, czy jakimś sobie tylko znanym specyfikiem, i usiłował udawać starca. Na miano starca trzeba było zasłużyć. Ot co.
– Dobrze, bo dyskutujemy bez sensu i tracimy czas. Zebraliśmy się tu po to, żeby ustalić nasze dalsze działania. Po pierwsze, co zrobimy z tymi pieprzonymi utopcami? – zaperzył się Dargorad. – W tym roku są szczególnie chciwe. Co rusz wciągają kogoś pod lód. To może wywołać bunt. Ludzie mają tego dość.
– Może gdyby ludzie nie włazili na lód, to byłoby lepiej – mruknął kat.
Nie mógł się powstrzymać, choć wątpił, żeby jego słowa ktokolwiek potraktował poważnie. Już dawno się przekonał, że tym z grodziska łatwiej jest oskarżyć Czarodziejski Lud niż przyznać, że sami zrobili źle. Utopce owszem, były winne wielu utonięć. Sam niejednokrotnie musiał uciekać z przystani przez Małą Bramę, żeby nie zostać wciągniętym do jeziora Straszyn. Ale utopce nie były winne wszystkich śmierci. Czasem po prostu ktoś niepotrzebnie ryzykował i łaził po lodzie tam, gdzie nie trzeba.
Bofał rzucił Zamirowi wściekłe spojrzenie.
– Możliwe. Tak czy inaczej, zamierzam jeszcze raz złożyć ofiarę z byka.
– Byk to ofiara przysługująca Welesowi – odparł Zamir.
Znów nie mógł się powstrzymać. Żerca powinien stać na straży tradycji. To była jego główna rola. A najwyraźniej wcale nie znał ich zwyczajów. Może dlatego, że był za młody.
– Zamknij się, kacie – warknął Dargorad. – Ty masz odrąbywać głowy, a nie się wymądrzać.
– Przypomnę raz jeszcze, że sami mnie tu…
– Może i byk jest ofiarą dla Welesa – przerwał mu Bofał z godnością. – Ale i utopce się nim zadowolą. Przynajmniej na jakiś czas. Mam jeszcze jeden pomysł i właśnie dlatego tu z nami jesteś.
– A to ciekawe. Słucham. Po co chcieliście, żeby taki skromny kat jak ja brał udział w tak niezwykle poważnej naradzie?
– Daruj sobie sarkazm – wtrącił się milczący od dłuższego czasu Ciechomir. – Nie czas na żarty.
Zamir wzruszył ramionami.
– Więc?
– Rozważam, czy nie oddać utopcom w ofierze odmieńca – szepnął Bofał. – I właśnie ty odetniesz mu głowę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
OD AUTORKI
GAWĘDY
WSTĘP
GAWĘDA 1
CZĘŚĆ 1. Dziś rano
GAWĘDA 2
Okładka
