Ognie. Miłość i inne katastrofy - Sigríður Hagalín Björnsdóttir - ebook

Ognie. Miłość i inne katastrofy ebook

Sigríður Hagalín Björnsdóttir

4,5

Opis

Nowa powieść autorki światowego bestsellera Wyspa

Niszczycielska moc islandzkiego wulkanu i niezwykła siła miłości. Który z żywiołów okaże się potężniejszy?

Trzęsienia ziemi wstrząsają półwyspem Reykjanes. Wulkany ożywają po ośmiu wiekach uśpienia. Nikt nie zna się na tym lepiej niż wulkanolożka Anna Arnardóttir, dyrektorka Wydziału Nauk o Ziemi. Uczona staje przed najważniejszym zadaniem w swojej karierze – zapewnieniem bezpieczeństwa i ochrony mieszkańcom Islandii.

Tymczasem jej z pozoru poukładane, stabilne i szczęśliwe życie wymyka się spod kontroli. Ukochana żona z długoletnim stażem, matka dwójki dzieci, mieszkająca w pięknym domu od pewnego czasu odczuwa nieracjonalny niepokój. Wszystko zmienia jedno zdjęcie. I fotograf, który je wykonał…

Ognie to trzecia powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir. Jej poprzednie książki, Wyspa i Święte słowo, przyciągnęły uwagę czytelników na całym świecie i zostały przetłumaczone na wiele języków. W najnowszej książce Björnsdóttir w istocie tworzy nowy gatunek, który można nazwać thrillerem geologicznym. To niezwykle intensywna i niepokojąca opowieść o sile natury, która w każdej chwili może przypomnieć nam o sobie, zwłaszcza w obliczu zachodzących zmian klimatycznych. Islandzka pisarka w historię o wulkanach wplata też elementy dramatu rodzinnego, historii miłosnej i dystopii.

To na Islandii może zacząć się proces, którego ludzkość nie zdoła powstrzymać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (40 ocen)
23
13
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
pau_nagorna

Z braku laku…

Po doskonałym "Świętym słowie" liczyłam na coś więcej. Główna bohaterka irytowała mnie do granic możliwości, podobnie jak pseudofilozoficzne rozważania, czym jest miłość. Wątek polityczny raczej nie należał do oryginalnych, klasyczny spór między dobrymi naukowcami i złymi politykami. Jedyne, co zasługuje na dwie gwiazdki w tej historii co cudowna Islandia.
00
PrzeJulia

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna.
00
Balijka1976

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała książka.
00

Popularność




Tytuł oryginału: Eldarnir. Ástin og aðrar hamfarir
Opieka redakcyjna: EWA POLAŃSKA
Redakcja: ANNA POINC-CHRABĄSZCZ
Konsultacja wulkanologiczna: KATARZYNA PALUCH
Korekta: ANNA NIKLEWICZ, KAMIL BOGUSIEWICZ, MARIA ROLA
Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL
Fotografie na okładce © brytta/E+/Getty Images © PhotoAlto/Odilon Dimier/Getty Images
Mapy: © islandskort.is & Dynamo Reykjavik
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © Sigríður Hagalín Björnsdóttir, 2020 Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen © Copyright for the Polish translation by Jacek Godek © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07293-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

POD NASZYMI STOPAMI BIJE OGNISTE SERCE

Płaszcz islandzki to pióropusz płaszcza pod Islandią, transportujący gorącą materię z głębi Ziemi na jej powierzchnię. Strumień ten osłabia skorupę ziemską i umożliwia rozdzielanie się płyt.

Gillian R. Foulger, Plates vs Plumes. A Geological Controversy (Płyty czy pióropusze. Kontrowersje geologiczne), Wiley-Blackwell, Hoboken 2010

Reykjaneshryggur trzęsie się od trzech tygodni. Oczywiście ciągle był w ruchu, od kiedy sześćdziesiąt sześć milionów lat temu skorupa ziemska zaczęła się rozpadać, a Norwegia i Grenlandia odpływać, każdy kontynent w swoim kierunku. Samo w sobie nic nowego, ale w ostatnich dniach wstrząsy koło Eldey się wzmogły, a epicentrum przesuwa się bliżej lądu. Sytuacja jeszcze nie powoduje popłochu, moi koledzy tradycyjnie robią swoje, grzebią w papierach, wpatrują się w monitory, okupują kafeterię i omawiają sytuację przy filiżance kawy, przenoszą ciężar z pięt na palce i z powrotem, chrząkają i potakują, w powietrzu wisi nabrzmiałe oczekiwanie. Milkną, gdy mnie widzą, każdy chciałby lecieć helikopterem, ale tym razem są tylko dwa miejsca.

Johannes Ruriksson opiera się o sfatygowane sprzęty i świdruje mnie wzrokiem spod siwiejących brwi.

– A więc masz zamiar załapać się na lot, Anno. Coś ty sobie wymyśliła? Przecież wulkan drży, jak drżał zawsze. Tak jak w zeszłym roku i dwa lata temu. To pikuś.

Pozostali milczą. Stary, barczysty wiarus góruje nad nami, krzyżuje umięśnione ramiona na zmechaconym swetrze z wełny i żując gumę antynikotynową, przygląda mi się wyzywająco. Patrzę mu prosto w oczy i unoszę brwi.

– Nie zaszkodzi polecieć i zbadać sprawę.

– Czysta histeria, zupełnie jak w przypadku Thorbjörna. Uważam, że lepiej byłoby, gdybyście polecieli nad Bardarbungę, sprawdzili kratery na lodowcu Vatnajökull. Tak uważam.

Wie równie dobrze jak ja, że obecnie nic się nie dzieje z Bardarbungą, ale jest pyskaty niczym nastolatek, choć za chwilę stuknie mu sześćdziesiątka. Miewałam już z nim poważne rozmowy z powodu jego zatargów z koleżankami i nieodpowiedzialnego zachowania w terenie, ale nie bardzo ucierpiał, dostał tylko jedno upomnienie – kiedy podbił okładki zagranicznych mediów podczas erupcji Holuhraun, skacząc na kamienną płytę dryfującą w płynnej lawie i pozując na niej z uśmiechem przed obiektywami aparatów, jakby był jakimś surferem z piekła rodem.

– Możesz to nazywać histerią – przytakuję. – Ale o ile mi wiadomo, geologia nie opiera się na twoich poglądach, lecz na pomiarach i badaniach naukowych.

– Trzeba tylko odwołać ten siejący panikę alert, tam się nic niezwykłego nie dzieje. Nie bardziej niż w Grindaviku.

Podchodzę do niego, krzyżuję ramiona na piersiach, patrzę mu prosto w oczy.

– Aleś ty cholernie wrażliwy, Joi. Może Instytut Meteorologii powinien odpiąć wszystkie przyrządy pomiarowe i w ich miejsce podłączyć ciebie?

Mierzymy się spojrzeniem, a nasi współpracownicy przyglądają się nam i czekają, co będzie dalej. On jednak z uśmiechem odwraca wzrok i gładzi się po szarej czuprynie.

– Strasznie pani waleczna o świcie.

– Oboje wiemy, jak niedokładne są wyniki pomiarów podwodnych wstrząsów, równie dobrze może to być podwodna erupcja tuż przy kamieniach granicznych, a my o niczym nie mamy pojęcia. Chyba nie zaszkodzi się tam przelecieć, prawda? Ale może uważasz, że lepiej by było, gdybyś wybrał się tam osobiście?

Przewodnicząca Rady Wydziału Nauk o Ziemi wygląda przez szparę w drzwiach swojego gabinetu i kończy ten minipojedynek, prosząc mnie na słowo. Myszowata czupryna Elisabet Kaaber jest nieco zwichrzona, na jasnoróżowym sweterku zauważam plamę z kawy.

– Nie prowokuj chłopaków, Anno, wiesz, że się ciebie boją – mówi, wpatrując się oczyma krótkowidza w tablicę wstrząsów na stronie Instytutu Meteorologii, po czym zaczyna się wiercić w fotelu. Każdą płaską powierzchnię gabinetu wypełniają książki, mapy i akta, filiżanki, wazony i kamienie, ten bałagan jest bezpośrednim przedłużeniem jej chaotycznej i inteligentnej osobowości. – A tak poważnie, myślisz, że coś zobaczycie? Może nie ma sensu tam lecieć? Wielkie chmury popiołów w powietrzu. Czegoś takiego nie pamiętam. Nie tam.

– To na pewno nic takiego, ale nie zaszkodzi rozejrzeć się po okolicy. To nie jest zwyczajna aktywność, wiemy, że po tym wulkanie można się spodziewać wszystkiego – tłumaczę, rozglądam się wokół i się krzywię. – Ebba, poważnie, nie uważasz, że należałoby tu zrobić porządek? Jak ty tu cokolwiek możesz znaleźć?

– Weź nie zaczynaj. Mam świetny system, doskonale wiem, gdzie co jest. Wulkan może wybuchnąć w każdej chwili, półwysep Reykjanes zresztą też, skoro o tym mowa.

– Spokojnie. Nie wyprzedzajmy zdarzeń. Zacznijmy od tego lotu, a potem się zobaczy.

Elisabet kiwa głową.

– Mały Eirikur będzie ci towarzyszył. I jakieś media chcą się zabrać. Jak zwykle. Publicznej brakuje materiału z lotu ptaka, poleci Dwójka i „Morgunbladid”, i jeszcze jakiś fotograf, nie znam go, obco brzmiące nazwisko.

– Ebba, do cholery. To jest lot badawczy. – Kręcę głową. – Nie stać nas na to. Ci ludzie się rozpychają, żeby zająć miejsca przy oknach, człowiek nic nie zobaczy. Równie dobrze możemy sobie darować.

– Anno, musimy być elastyczni. – Wzdycha i patrzy na mnie błagalnym wzrokiem. – Zrozum. Powinniśmy obłaskawić media, żeby były po naszej stronie.

Już chcę zaprotestować, lecz ona wyciąga rękę, aby mnie powstrzymać.

– I nie, nie chodzi tu wyłącznie o dofinansowanie i kontakty. Ważne jest, żebyśmy się cieszyli zaufaniem społecznym, żeby ludzie wiedzieli, czym się zajmujemy, i w godzinie próby uwierzyli w nasze informacje. Ty jesteś naszą twarzą, reprezentujesz nas, musisz rozmawiać z mediami.

– Trudno. – Wzdycham. – Ale nie jestem niańką, nie mam czasu tłumaczyć im podstawowych rzeczy. Chcę po prostu móc w spokoju pracować.

Ebba uśmiecha się do mnie jednym z tych rzadko goszczących na jej ustach uśmiechów, nieśmiałym, odprowadza mnie do drzwi i klepie w ramię.

– Szerokiej drogi i powodzenia – mówi. – Postaraj się być dla nich miła. I mam nadzieję, że nic tam nie zobaczycie.

Pewnie szybciej doszlibyśmy z Eirikurem na lotnisko na piechotę, ale jest zimno, więc mimo niewielkiej odległości proponuję mu podwózkę. To niezaradny, choć bardzo inteligentny młody człowiek z gęstą czupryną na wielkiej kanciastej głowie; jego maniakalne zainteresowanie średniowiecznymi osadami geologicznymi rzuciło nowe światło na trzynastowieczne erupcje. Przystaje przed automatem, kupuje mleko czekoladowe i kanapkę z krewetkami w plastikowym opakowaniu, które otwiera, gdy tylko zajmuje miejsce w pedantycznie czystej terenówce. Spoglądam na niego stanowczo, on się przez chwilę namyśla, po czym zamyka opakowanie z obrażoną miną.

Dziennikarze zjawili się przed nami, kojarzę operatorów telewizyjnych i fotografa z gazety, wszystko to starzy wyjadacze; blada, krucha dziewczyna przedstawia się jako reporterka publicznego radia. Zdążyliśmy się już rozsiąść w helikopterze i zapiąć pasy, kiedy nadbiega piąty facet z torbą fotograficzną na ramieniu, zdyszany i spocony siada w fotelu, uśmiecha się od ucha do ucha i chowa słuchawki w kręconych włosach. Zdaje się nie przejmować tym, że prawie stracił okazję, by się przelecieć.

Nigdy wcześniej go nie widziałam, patrzy na mnie z uśmiechem, wargi się poruszają, oczy roześmiane, zęby białe i równe, nieogolony. Nie słyszę, co mówi, silniki zagłuszają jego słowa, ale i tak działa mi na nerwy, taki niepunktualny i zadowolony z siebie, jego obecność jest nachalna i absorbująca, wypełnia kabinę helikoptera niespokojną energią. Nie odwzajemniam uśmiechu, odwracam wzrok i koncentruję się na czekającym mnie zadaniu.

Śmigłowiec wznosi się w powietrze i kieruje na zachód–południowy zachód, nad półwysep Reykjanes i ku wyspie Eldey. Jest już jasno, ziemia wyludniona, wyraźnie widać odludne tereny wokół stolicy, wygląda to jak jakiś rysunek przedstawiający historię planety. Otrząsam się ze zdenerwowania, włączam mikrofon, odwracam się do pasażerów i staram się obdarzyć ich uśmiechem, który świadczy o chęci do współpracy.

– Czy mam państwa pomęczyć wykładem z geologii?

Gorliwie przytakują, a ja zaczynam rzucać faktami, opisuję, jak Reykjanes poukładał się na stykach płyt tektonicznych Grzbietu Śródatlantyckiego, jak pod ciężarem lodów epoki lodowcowej skały wystawiły swoje garby tufowe i ogromne ilości lawy płynęły po cofnięciu się lodowców, kiedy ziemia zaczęła się wynurzać.

– Półwysep to najmłodsza część kraju – tłumaczę. – Ludzie widzieli, jak płynęła tu lawa. To wielkie pole lawowe, tam, między górami Blafjöll a pustynią Heidmörk, zwie się Husfellsbruni i powstało około roku tysięcznego. Spora część lawy tu, w Hafnafjördur, jest jeszcze młodsza, na przykład Kapelluhraun, ten jęzor sięgający aż do Straumsviku, spłynął w roku 1151. Rozlewająca się lawa na pewno pochłonęła kaplicę, od której pole wzięło nazwę.

Ten, który wsiadł ostatni, coś mówi, ale nic nie słychać, majstruje przy słuchawkach, dopóki nie udaje mu się włączyć mikrofonu.

– Ta cała lawa pochodzi z jednego wulkanu?

– Nie – odpowiadam. – Tu, na półwyspie, nie ma jednego głównego ośrodka erupcji. Nie ma żadnego wielkiego wulkanu, jak choćby Hekla czy Katla, czy Öraefajökull. Wybuchy powstają w roju szczelin rozsianych od Reykjanesu po Svartsengi; góra Fagradalsfjall, Krysuvik i pasmo Brennisteinsfjöll. Czasem wulkan Hengill zalicza się do półwyspu Reykjanes, ale on jest wolno stojącym wulkanem i niewiele ma wspólnego z pozostałymi. Tutejsze wybuchy mogą trwać przez wiele dziesiątek lat i przemieszczać się między rojami. Ostatni ciąg wybuchów w systemie reykjaneskim nastąpił w trzynastym wieku i trwał przez trzydzieści lat. Tyle że z przerwami.

– Trzydziestoletnia erupcja? To musiało być straszne.

– Nie zachowały się dokładne opisy, ale ofiar w ludziach raczej nie było. Średniej siły erupcje, pojawiające się i znikające, w coraz to nowych miejscach. Takiego rodzaju erupcje zwiemy ogniami. Annały mówią o obfitym opadzie pyłów, o tym, jak szczeliny się rozstępowały, jak wybuchała ziemia, jak się zmieniała. Na tym terenie jeszcze wiele lat od zakończenia erupcji nic nie rosło. Mój kolega Eirikur może państwu więcej na ten temat powiedzieć, bo to wszystko da się wyczytać z warstw osadów.

Sięgam do plecaka po sfatygowaną kartkę w koszulce i podaję ją do tyłu. Blada dziewczyna z radia odbiera ją ode mnie i dokładnie ogląda, pstryka fotkę telefonem i przekazuje fotografowi.

– Wesoło tu było w trzynastym wieku – mówię. – Dziesięć erupcji w ciągu trzydziestu lat. Nazwy zdradzają, że ludzie byli świadkami tych wydarzeń. Tuż pod nami znajduje się Heibruni, a tam, po prawej, Bruni, tam płonęły ognie. Znajdziemy tu wiele miejsc o nazwie Obrennisholmi albo Obrynnisholl; to miejsca, w których lawa omijała wzgórza i wzniesienia. Łatwo też zobaczyć, gdzie nowa lawa zalewała starą, raz za razem, prowadząc do powstania półwyspu.

Reporterka włącza mikrofon.

– To dlaczego, skoro ludzie wiedzieli o tych wszystkich erupcjach, wybudowano stolicę w tym właśnie miejscu?

Uśmiecham się do niej.

Historia erupcji na półwyspie Reykjanes

Rok

Miejsce

Rodzaj wulkanu

1926

Eldey

podwodny

1884

Eldey

podwodny

1879

Geirfuglasker

podwodny

1783

Eldeyjarbodi

podwodny

1583

Reykjaneshryggur

podwodny

1422

Reykjaneshryggur

podwodny

1340

Reykjaneshryggur

podwodny

1325

Trölladyngja

szczelinowy

1210–1240

Ognie na Reykjanes10 pól lawy

podwodny, freatyczny, szczelinowy

1200

Brennisteinsfjöll

szczelinowy

1151–1188

Ognie w Krysuviku5 pól lawy

szczelinowy

950–1000

Ognie chrztu(Brennisteinsfjöll)6 pól lawy

szczelinowy

– Po prostu o nich zapomniano. To się działo tak dawno temu, setki lat, zanim osady zmieniły się w miasta i zaczęliśmy zabudowywać pola lawy. Historia ludzkości toczy się o wiele szybciej niż historia Ziemi, tak niedaleko sięgamy pamięcią. Tysiąc lat to trzydzieści pokoleń, moment w dziejach świata. Jak jeden dzień.

Kobieta patrzy na mnie wielkimi oczami.

– A to nie jest niebezpieczne?

– Niebezpieczne? Wszystko jest niebezpieczne. Ale istnieje nieco większe prawdopodobieństwo, że zginie pani w wypadku samochodowym albo poślizgnie się podczas kąpieli i skręci kark, niż że znajdzie się pani w miejscu wybuchu wulkanu. A erupcja tu, na półwyspie, raczej nie będzie groźna. Może spowodować rozmaite turbulencje, głównie wywołane ruchami tektonicznymi. Drogi się rozpadną, ujęcia wody ulegną zniszczeniu, zerwane zostaną linie wysokiego napięcia i tym podobne. Musimy żyć z tą świadomością, jeśli chcemy mieszkać w tym kraju. Siedzimy na beczce prochu, na obszarze powstawania magmy. Bez tego by nas tu nie było, nie byłoby tego kraju. Pod naszymi stopami bije ogniste serce, to jest po prostu część naszego życia.

– Fascynujące – odzywa się spóźniony, a oczy mu błyszczą. – Ta cała dzika, twórcza energia, która co jakiś czas się wyzwala i tworzy Ziemię. To całe stwarzanie i niszczenie, wszystko w jednym czasie. Ma pani zajefajną pracę.

Uśmiecham się grzecznie zza mikrofonu.

– Badacze zobowiązani są trzymać się faktów i wniosków naukowych. Nie mamy czasu na fascynacje ani napawanie się zajefajnością.

Mężczyzna odsłania zęby w szczerym uśmiechu.

– Matka natura, baby. Ona nie dba o wnioski naukowe, sama w sobie jest zajefajnością.

Kręcę głową i kieruję uwagę na krajobraz pod nami. Co za osioł.

Lecimy nad oceanem, nad wysepkami Eldey i Geirfuglasker, helikopter niemal dotyka tafli wody, fale rozchodzą się wskutek obrotu śmigieł. Nie widzimy żadnych podejrzanych ruchów, żadnych bąbli wydostających się na powierzchnię wody, żadnych przebarwień, żadnych oznak, by cokolwiek niezwykłego działo się pod powierzchnią; zawracamy i lecimy nad połacie lawy, w milczeniu patrzymy na zbliżające się z zawrotną prędkością miasto.

Trzy dni później pęka skorupa ziemska na południe od cypla Reykjanesta, otwiera się szczelina na dnie morza u wejścia do zatoczki Kerlingarbas, głośne wybuchy, słup pyłów niesie się wiele kilometrów w górę, tysiące metrów sześciennych kamieni i popiołów zasypują Keflavik.

Dwanaście minut przed erupcją budzi mnie dzwonek telefonu. Kilka sekund mija, zanim dotrze do mnie przekaz Instytutu Meteorologii i przyswoję sobie informacje na temat wydarzeń, które właśnie się zaczynają.

Sama w sobie jest zajefajnością.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki