Odzia. Więcej niż medal - Oktawia Nowacka - ebook + audiobook

Odzia. Więcej niż medal ebook i audiobook

Oktawia Nowacka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

To nie jest typowa autobiografia medalistki olimpijskiej. Bliżej jej do opowieści o drodze przez marzenia, ambicję, zwątpienie, stratę i zmianę. To historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, ale otwarta również na to, co symboliczne, intuicyjne i niewidoczne na pierwszy rzut oka.

Autorka prowadzi czytelnika przez świat zwycięstw i porażek, budowania siły wewnętrznej, utraty gruntu pod nogami i szukania nowego sensu. Sport jest tu punktem wyjścia, ale ta opowieść dotyka doświadczeń znacznie bardziej uniwersalnych: budowania poczucia własnej wartości, odpuszczania tego, na co nie mamy wpływu, i odnajdywania własnej ścieżki.

To książka dla tych, którzy chcą osiągać cele, ale też dla tych, którzy próbują pozbierać się, gdy życie nie układa się zgodnie z planem.

Oktawia Nowacka – brązowa medalistka Igrzysk Olimpijskich w pięcioboju nowoczesnym z Rio de Janeiro (2016). Medalistka mistrzostw świata i Europy, zwyciężczyni Pucharu Świata. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu sportowemu pomaga budować „mistrzowski mental” w sporcie i w biznesie.

„Chociaż książka opiera się na mojej karierze sportowej, treść w niej zawarta jest bardzo uniwersalna. Książka jest dla każdego, kto chce razem ze mną odkrywać schematy swojego zachowania i poszerzać samoświadomość na drodze do obranych celów bez względu na dziedzinę, którą się zajmuje”.

Oktawia Nowacka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 376

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Natalia Stachyra

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Odzia. Więcej niż medal

Copyright © by Oktawia Nowacka 2026Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Niebieskie 2026

Redaktor prowadzący – Michał ChudzińskiRedakcja – Karolina BrzuchalskaKorekta – Przemysław RadzyńskiOkładka – Łukasz Pryczkat, pryczkat.comZdjęcia na I stronie okładki – Krzysztof KurucKonsultacje merytoryczne – Nadia Peszko

Wszelkie prawa zastrzeżone.Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie lub elektronicznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy. W przypadku cytowania należy podać źródło pochodzenia oraz obowiązuje zakaz zmiany treści. Dziękujemy za uszanowanie pracy autora i zespołu redakcyjnego.

Wydanie IKraków 2026

ISBN: 978-83-981867-1-1

Wydawnictwo Niebieskie Sp. z [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Waldkowi

Wstęp

Drogi Czytelniku!

Trzymasz w ręku książkę, która nie jest typową autobiografią. Bliżej jej formą do opowieści łączącej w sobie realne wydarzenia i bogaty świat wyobraźni. Na pewno znajdziesz w niej szczyptę inspiracji, pierwiastek magii i dawkę wsparcia. To zbiór moich sportowych i życiowych doświadczeń, którymi chcę się z Tobą podzielić. Pozwól, że na początek wyjaśnię Ci, jak z tej książki najlepiej korzystać.

Pierwsza część to moja sportowa droga do medalu olimpijskiego. W tej części opisuję, jak sama uczę się podstawowych umiejętności psychologicznych i pokazuję, jak wygląda ich używanie w praktyce. Możesz ćwiczyć te umiejętności razem ze mną bez względu na to, czy jesteś sportowcem czy nie. Gwarantuję, że przydadzą się w wielu dziedzinach życia. W tym celu zachęcam do skorzystania z Workbooka Mentalnego Mistrza, który powstał jako praktyczne uzupełnienie książki. Więcej informacji o nim znajdziesz na stronie oktawianowacka.pl

Druga część przedstawia moją drogę od Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro do momentu zakończenia kariery sportowej. Jest to czas, w którym oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością i dopadło mnie wypalenie. Ta część opisuje proces odpuszczania rzeczy, na które nie mamy wpływu, akceptacji nowej rzeczywistości i budowania poczucia własnej wartości.

Książka łączy w sobie prawdziwą historię z elementami fikcyjnymi. Cały przebieg mojej kariery sportowej jest opisany zgodnie z realnymi wydarzeniami i ułożony chronologicznie. Postać mentora, Waldka, który pojawia się na kartach książki, będzie moim i Twoim przewodnikiem, a jego nauki pozostawiam własnej interpretacji.

Waldek jest postacią realną, moim dobrym przyjacielem, który odegrał bardzo dużą rolę w moich przygotowaniach mentalnych do igrzysk olimpijskich. Jego życiowa mądrość i styl bycia dały inspirację do stworzenia w tej książce jego postaci moimi oczami. Prawdy Waldka są uniwersalne i stały się metaforą całego mojego rozwoju. Na każdym etapie życia i kariery sportowej spotykałam osoby, które mnie uczyły, wspierały i które mi pomagały. Pracowałam z psychologami sportowymi, korzystałam ze wsparcia rodziny, przyjaciół i trenerów oraz innych wspaniałych ludzi, którzy stawali na mojej drodze. Waldek jest metaforą przewodnika i swoistym kompendium wszystkich lekcji, które od nich otrzymałam, a także nauki i poszukiwań własnych. Jeśli chcesz spojrzeć na życie moimi oczami, daj się ponieść Waldkowi i jego magii.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. W książce skupiam się na subiektywnych doświadczeniach. Opisuję różne sytuacje z własnej perspektywy oraz to, jak się w nich wtedy czułam. Nie zamierzam także wskazywać na czyjeś błędy ani oceniać sytuacji, a jedynie przedstawić pewne fakty, żebyś mógł lepiej zrozumieć emocje, które mi towarzyszyły. W tym celu nie posługuję się imionami i nazwiskami, bo nie jest to istotne dla przekazu książki. Przez całą karierę sportową miałam styczność z wieloma trenerami z różnych konkurencji pięcioboju, a ich imiona i nazwiska zamieniłam na uniwersalną nazwę trener/trenerka.

W książce opisuję głównie przebieg mojej indywidualnej kariery sportowej, ale należy pamiętać, że wiele osiągnięć to wynik współpracy z koleżankami i kolegami z drużyny. Imiona i nazwiska osób, z którymi zdobywałam medale sztafetowe i drużynowe wymieniam w przypisach.

Życzę Ci wspaniałej, inspirującej lektury

Oktawia Nowacka

Prolog

„Narodził się sport, z radości życia, błękitu nieba, zieloności trawy”.

Halina Konopacka

W lutym 1998 roku świat sportu skupił swoją uwagę na Nagano, gdzie odbywały się zimowe Igrzyska Olimpijskie. Miałam siedem lat i siedziałam w przedszkolnej sali, w której pani przedszkolanka rozdawała nam kartki i kredki.

– Narysujcie swoją ulubioną zimową dyscyplinę sportową – powiedziała, uśmiechając się ciepło.

Wzięłam kredki do ręki i zaczęłam rysować parę łyżwiarzy, prezentujących wymyślną figurę. Pan łyżwiarz siedział w szpagacie na gładkiej tafli lodu i trzymał nad głową panią łyżwiarkę, również w szpagacie. Na górze widniał duży napis „NAGANO 1998”. Nie miałam bladego pojęcia, czy taka figura w ogóle istnieje, ale kto by się tym przejmował. Najważniejsze, że w mojej wyobraźni zdecydowanie istniała.

Z rysunkiem w dłoni i głową pełną myśli wróciłam do domu.

– Tato, co to są te igrzyska olimpijskie? – zapytałam jeszcze w progu.

Tata, który był sportowcem i trenerem lekkoatletyki, nie zastanawiał się długo z odpowiedzią.

– Wiesz… – zaczął. – Igrzyska olimpijskie to najważniejsza impreza sportowa dla każdego sportowca. Są igrzyska letnie i zimowe. Jedne i drugie odbywają się co cztery lata. Wiesz, tak na zakładkę – upewnił się, czy nadążam. – Teraz są zimowe, za dwa lata będą letnie i znowu po dwóch latach zimowe, rozumiesz? – zapytał.

– Mhm, chyba tak. – Czułam coraz większe zaciekawienie.

– Sportowcy, którzy jadą na igrzyska mieszkają w specjalnej wiosce olimpijskiej. Mają swoje… tak jakby… mini miasto. – Podrapał się po głowie i kontynuował wypowiedź. – Każdą imprezę poprzedza otwarcie igrzysk olimpijskich, na których zapala się specjalny znicz, który płonie przez cały czas trwania zawodów.

Moja ciekawość sięgnęła sufitu. Jego słowa (a może ten olimpijski ogień) wzbudziły we mnie iskrę, która rozpaliła dziecięce serce.

– OK… – powiedziałam po chwili namysłu i zadumy. – Kiedyś na takie pojadę.

Klamka zapadła.

Nie mogłam wiedzieć, czy tak się stanie. Nie miałam nawet pojęcia, w jakiej dyscyplinie chcę startować! Mogłam jedynie mieć wielkie marzenia i pielęgnować je w swoim sercu. Te marzenia stały się moim drogowskazem.

Od tej pory większość rzeczy, które robiłam, były nakierowane na ten cel. Brzmi to trochę banalnie, bo takie rzeczy dzieją się raczej w filmach o niezbyt wyszukanej fabule. W końcu rzadko spełniamy marzenia z dzieciństwa i to nie zawsze dlatego, że nas przerastają, ale raczej dlatego, że zmieniają się z biegiem lat. Gdyby tak nie było, to cóż, większość osób z mojego pokolenia byłaby piosenkarkami, modelkami, weterynarzami, astronautami, policjantami, strażakami lub kierowcami śmieciarek. Nie żartuję!

Mój młodszy o dwa lata brat, Tomek, jako dziecko marzył, żeby zostać kierowcą śmieciarki. Pamiętam jak w czasie wakacji siedzieliśmy w oknie trzeciego piętra bloku babci i oglądaliśmy wszystkie wywozy śmieci. Mieliśmy nawet zabawkowy samochód-śmieciarkę. Ostatecznie Tomek kierowcą śmieciarki nie został, ale można powiedzieć, że spełnił marzenie pokolenia dzieci lat 90-tych – jest dumnym policjantem. A ja jako siostra z charakterem o zupełnie przeciwnym biegunie uważam, że nie ma lepszego kandydata do tej roli.

Moją rolą było zostać sportowczynią. I nieprzypadkowo mówię tutaj o roli, bo w ciągu całego życia pełnimy ich wiele. Czasem gramy je tak perfekcyjnie, że zaczynamy wierzyć, że są prawdziwe. One stają się nami, tworzą naszą tożsamość, nasze życie. Jak się potem dowiedziałam, wyjście z roli miało stać się najtrudniejszym zadaniem, przed którym stanęłam.

Moja głowa zawsze była pełna pomysłów i fantazji i odegrała znaczącą rolę w realizacji moich sportowych celów. Od dziecka wierzyłam, że pod naszym światem, gdzieś w przestrzeni, kryje się inny świat, magiczny, taki, w którym wszystko jest możliwe. W moim biurku, w pudełku po zapałkach, mieszkał plastelinowy Plastuś. Bardzo go lubiłam, był ze mną tak długo, aż plastelina stała się twarda jak kamień, a jego części zaczęły odpadać. Z uśmiechem przypominam sobie też długie monologi kierowane w stronę moich pluszaków. Po każdej nocy składałam kanapę i ustawiałam na niej około dwudziestu pluszowych zabawek. Gdy zostawałam sama w pokoju, wykorzystując wszystkie znane mi techniki przekonywania, próbowałam je namówić, żeby choć przez chwilę ze mną pogadały.

– Ja wiem, że potraficie ożyć! – perswadowałam. – Wiem też, że mnie słyszycie, a skoro wiem, to co wam szkodzi się odezwać? Przysięgam, nikomu nie powiem! – Bezskutecznie próbowałam namówić ulubione zabawki do współpracy.

I chociaż nigdy się do mnie nie odezwały, nie poskromiło to mojej fantazji. Potem marzyłam o dalekich podróżach. W magazynie „Wally zwiedza świat” szukałam Wally’ego wśród piramid w Gizie i pod Koloseum w Rzymie. Tak bardzo byłam ciekawa!

Wtedy też zaczęła się kształtować moja druga tożsamość, druga życiowa rola. Chciałam być odkrywcą-podróżnikiem. Pamiętam jak jednego dnia, siedząc z nosem w segregatorze, jeździłam palcem po mapie.

– Pojedziemy kiedyś za granicę? – zapytałam mamę, która akurat weszła do mojego pokoju.

– Tak, na pewno kiedyś tak – odpowiedziała. – Ale wiesz, jak będziesz dobrym sportowcem, to sama zwiedzisz cały świat.

To zdanie było niczym olśnienie. Mogłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wiedziałam, co mam robić.

W czwartej klasie podstawówki zmieniłam szkołę i zaczęłam uczęszczać do klubu pływackiego UKS Ósemka w Starogardzie Gdańskim. Rok później pojawiłam się na treningu lekkoatletycznym w KS Agro-Kociewie u swojego taty. Uwielbiałam te dwie formy aktywności. W klasie pływackiej czułam się jak ryba w wodzie, trenując codziennie z moimi przyjaciółkami.

To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tego okresu, to Pas Oriona, który prowadził mnie w czasie jesienno-zimowym, gdy o 5:30 wychodziłam na trening. Otwierałam drzwi klatki, przechodziłam wzdłuż ogródków i nad trzepakiem pojawiał się on. Witałam się z nim za każdym razem, a on ochoczo do mnie mrugał. No, chyba że niebo było pochmurne, wtedy nie mogliśmy się zobaczyć.

Najpiękniej wyglądał w ciemne, mroźne, zimowe poranki, ale dla mnie podróż na przystanek była wtedy zdecydowanie najmniej przyjemna. Szybko chowałam nos w kurtkę i w zupełnej ciszy uśpionego jeszcze miasta, szłam na przystanek, oglądając się za siebie, czy przypadkiem autobus nie podjeżdża za wcześnie, a ja nie powinnam ruszyć biegiem, by na niego zdążyć.

Budzik miałam nastawiony codziennie na 4:50, wstawałam, ogarniałam łóżko, ubierałam się, myłam zęby i budziłam mamę. Mama przygotowywała mi szybkie śniadanie i robiła kanapki do szkoły. Czasem jeszcze wypuściłam psa na poranne siku. Brałam plecak i w drogę. O 5:37 podjeżdżał autobus, a w środku siedziała Sandra – jedna z moich najlepszych szkolnych przyjaciółek. O 5:52 czekałyśmy już na schodach pływalni, aż zostanie otwarta. O 6:00 wskakiwałyśmy do wody.

Treningi lekkoatletyczne nie zrywały mnie na szczęście ze snu w środku nocy. Trzy razy w tygodniu, popołudniami, chodziłam do naszego klubu przy parku miejskim. W dni treningów od razu po szkole odrabiałam lekcje, żeby nie spieszyć się z powrotem do domu. Zawsze na trening wychodziłam z tatą, a wracałam długo po nim. W klubie lekkoatletycznym miałam zupełnie inną ekipę niż w klubie pływackim, ale obie lubiłam równie mocno. Większość zawodników była starsza, a ja czułam się dumna, że mogę z nimi trenować. Zimą biegaliśmy pętelki po oświetlonym parku, a latem urządzaliśmy biegowo-rowerowe wycieczki nad Jamertal – leśne jeziorko pod Starogardem. Dla mnie jazda rowerem przez las, orzeźwiająca kąpiel w jeziorze i powrót biegiem do klubu były ulubioną wakacyjną rozrywką. Zawsze czekałam aż tata-trener ogłosi wycieczkę do Jamertala. Zresztą co tu dużo mówić, od najmłodszych lat byłam nauczona biegać po lesie. Najpierw jeździłam z tatą na jego własne treningi, a kiedy on ruszał na dużą pętlę, ja biegałam po małej pętelce pod okiem mamy. Potem po latach z grupą treningową przemierzałam okoliczne trasy.

Ciekawość do świata i miłość do przyrody zaszczepili we mnie rodzice. Chociaż nie było nas stać na dalekie wyprawy za granicę, każde wakacje spędzaliśmy w górach lub w lasach nad okolicznymi jeziorami. Na te wyjazdy pracowaliśmy całą rodziną. Kiedy rodzice kupili auto, w wakacyjne poranki z samego rana nasza piątka: ja, mama, tata, Tomek i babcia jeździliśmy do lasu na jagody. Wspólny cel: uzbierać wiadro jagód, czyli dziesięć litrów.

Dzień w dzień siedziałam w jagodowych krzakach, próbując pomóc rodzicom i uzbierać chociaż słoik. Młodszy ode mnie Tomek, dostawał mniejszy kubeczek. Gdy wiadro było pełne, pakowaliśmy się w auto i jechaliśmy na resztę dnia nad jezioro. Nawet całe godziny spędzone w wodzie nie zmywały jagodowych pamiątek z naszych palców. Kiedy wracaliśmy do domu, dziadek zabierał jagody „na murek”, żeby je sprzedać. Za pieniądze zarobione na jagodach tankowaliśmy samochód, a resztę odkładaliśmy na wyjazd w góry. Następnego dnia powtarzaliśmy proces. Jagody były dosłownie wszędzie! Codziennie wieczorem, zamykając oczy do snu, widziałam małe, fioletowe kulki. Zupełnie tak jak wtedy, gdy czytałam jeden z moich ulubionych wierszy Na jagody Marii Konopnickiej.

Kiedyś wraz ze szkolną drużyną zdobyłam nagrodę w konkursie wiedzy o tej pisarce. W pamięci zostało mi to, że pisała pod pseudonimem Marko. I choć wstyd przyznać, że będąc dzieckiem potrafiłam powiedzieć o Marii Konopnickiej dużo więcej niż dzisiaj, nie ma to większego znaczenia, bo zapisała się w moim sercu żywymi emocjami przygód Janka w borze. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że podobne przygody za kilkanaście lat staną się moim udziałem.

Tuż nad Bugiem, z lewej strony,

Stoi wielki bór zielony.

Noc go kryje skrzydłem kruczem,

Świt otwiera srebrnym kluczem,

A zachodu łuna złota

Zatrzaskuje jasne wrota.

Nikt wam tego nie opowie,

Moje panie i panowie,

Jakie tam ogromne drzewa,

Ile ptaszyn na nich śpiewa,

Jakie kwiatków cudne rody,

Jakie modre w strugach wody,

Jak dąb w szumach z wichrem gada,

Jakie bajki opowiada!

Mało komu tam się uda

Napatrzyć się na te cuda,

Mało kto w wieczornej ciszy

Tę borową baśń usłyszy,

Mało kogo bór przypuści

Do tajemnych swych czeluści,

Gdzie się kryją jego dziwy:

Świat jak z bajki – a prawdziwy!1

Kto po takim wstępie nie chciałby odkryć leśnych tajemnic?! Ja na pewno chciałam! Do dziś, gdy widzę jagodziny w lesie i czuję ich charakterystyczny zapach, rozczulam się. To jedno z moich najlepszych dziecięcych wspomnień.

Chociaż na wakacje musieliśmy sami zapracować, spędzałam przy tym fantastyczny czas. Godzinami kucałam w leśnych krzakach. Nauczyłam się jak pachnie las w różnych porach dnia, w deszczu i słońcu, słuchałam ptaków i szumu wiatru w koronach. Czasem niefortunnie usiadłam w mrowisko i wyskakiwałam z niego z głośnym krzykiem. Czasem wpadałam w olbrzymie pajęczyny, czające się pomiędzy drzewami. Czasem obserwowałam przemykające cichaczem stada sarenek albo toczące kule żuki. Czasem włóczyłam się z Tomkiem, poszukując najbardziej fioletowych krzaczków, często po to, żeby znaleźć pretekst do zabawy, zamiast do zbierania jagód. A czasem po prostu rozmawiałam z krasnoludkami, które przecież siedziały pod każdym czerwonym muchomorem, którego napotykałam na drodze.

To był czas, kiedy pokochałam las całym swoim sercem i nie wyobrażałam już sobie bez niego życia. Las stał się moją przystanią i ostoją.

Bez wątpienia duży wpływ na moją nieokiełznaną wyobraźnię i miłość do lasu odegrały też książki z dzieciństwa. Tata czytał nam do snu niemal codziennie. Sama nauczyłam się czytać jeszcze zanim poszłam do „zerówki”. W przedszkolu nasza pani opiekunka sadzała mnie na krzesełku przed grupą, a ja czytałam koleżankom i kolegom książki na głos. W podstawówce kontynuowałam moje hobby. Co tydzień wypożyczałam maksymalną dozwoloną liczbę książek z biblioteki szkolnej. Pani bibliotekarka znała mnie na tyle dobrze, że jednego dnia pozwoliła mi zajrzeć na zaplecze. W niewielkim, ciemnym kantorku jeden przy drugim stały wysokie regały, na których upchane były przeróżne lektury. Wszędzie unosił się zapach starych książek i kurzu. W takich momentach motyle w moim brzuchu niemal eksplodowały, a ja przenosiłam się do kompletnie innej rzeczywistości.

Tak naprawdę do innej rzeczywistości przenosiłam się za każdym razem, gdy coś poruszało moje serce i wyobraźnię. I nie były to tylko okrągłe jagody. Równie okrągła i tajemnicza Świteź z przejmującej ballady Mickiewicza otwierała przede mną wrota absolutnie magicznego świata.

Ktokolwiek będziesz w Nowogródzkiej stronie,

Do Płużyn ciemnego boru

Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,

By się przypatrzyć jezioru.

Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,

W wielkiego kształcie obwodu,

Gęstą po bokach puszczą oczerniona,

A gładka jak szyba lodu.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice:

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą

I dwa obaczysz księżyce.2

Tajemnice fascynowały mnie od zawsze. Nawet w dorosłym życiu wypatrywałam w lasach śladów słowiańskich legend i dzielnego Geralta z Rivii. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że będzie mi dane uchylić przed Tobą rąbka tych tajemnic. I pewnie już, drogi Czytelniku, zauważyłeś, że nie będzie to zwykła książka o osiąganiu sportowych celów. To książka o marzeniach, wyobraźni, nieustannej zmianie i świecie wewnętrznych przeżyć. I o lesie. Bo ten odegrał kluczową rolę w mojej karierze sportowej. I jak się zapewne domyślasz, działy się w nim rzeczy dosyć niezwykłe.

Część 1

Rozdział 1

Wrzesień 2013

Siedziałam na Krzywym Drzewie. Patrzyłam na las, ale go nie widziałam. Nie chciałam go widzieć. Dopiero co podstawił mi nogę. Tyle przeszłam ostatnio i chyba nie miałam siły na więcej. Siedziałam i płakałam z niemocy. A może bardziej czułam złość? Tylko na kogo? Na siebie, że ciągle robię sobie krzywdę? Na las, że wszędzie wystawia swoje korzenie? Czy na życie, że bywa takie trudne?

Zastanawiałam się, ile razy można „wracać”. Jaki jest limit powrotów do sportu po kontuzjach, nieudanych sezonach, po słabych startach? Kiedy jest odpowiedni moment, żeby dać sobie z tym całym trenowaniem spokój? Czy właśnie dla mnie nadszedł ten czas? W końcu w tym roku skończyłam dwadzieścia dwa lata i oficjalnie zaczęłam swoje występy w pięcioboju jako seniorka3. Zaczynał się poważny sport. Czy byłam na niego gotowa? Myślałam, ale chyba nie do końca dowierzałam swoim myślom. Nie poznawałam ich.

Kilka minut wcześniej, biegając po doskonale mi znanej leśnej ścieżce w Kampinosie, wykręciłam kostkę na ukrytym pod liśćmi korzeniu. Nie pierwszy raz, ale to skręcenie przelało falę goryczy. Była druga połowa września. Miałam właśnie wakacje po sezonie startowym. Nie musiałam trenować, ale miałam przecież tyle zaległości po operacjach!

Pierwszą z nich przeszłam dwa i pół roku wcześniej, na początku 2011 roku, gdy straciłam pełen zakres ruchu w prawym kolanie. Rezonans magnetyczny wykazał nietypową przypadłość, a mianowicie torbiel, która umiejscowiła się pomiędzy więzadłami krzyżowymi. Konieczny był zabieg operacyjny, żeby usunąć ją z kolana abym mogła wrócić do pełnej sprawności. Pamiętam jak bardzo się bałam, gdy chirurg powiedział mi, że torbiel jest trudno dostępna i jeśli nie uda się jej wyciągnąć artroskopowo, będzie musiał rozcinać staw od tyłu, co wiązało się z pewnym ryzykiem uszkodzenia nerwów. Nie miałam jednak wyjścia, zabieg był konieczny, jeśli chciałam uprawiać zawodowo sport.

Potraktowałam tę kontuzję zadaniowo. Nie było czasu, żeby się mazać. Przechodziłam przecież wcześniej wiele drobniejszych, trzeba było przejść i tę.

Po zabiegu od razu zaczęłam uczęszczać na rehabilitację. Po trzech miesiącach wróciłam do spokojnego treningu i nawet zdążyłam wystartować jeszcze w tym samym sezonie. Moje wyniki odbiegały jednak znacząco od oczekiwań, które wobec siebie miałam.

Wiedziałam, że zaczynając kolejny sezon muszę od nowa zbudować formę. Włożyłam w trening dużo wysiłku i kiedy wydawało mi się, że wszystko idzie ku dobremu w sylwestra na przełomie 2011 i 2012 roku pojechałam w góry. Był ładny, słoneczny dzień. Obserwowałam jak małe dzieci zjeżdżają na nartach z oślich łączek ze swoimi instruktorami. Wypożyczyłam więc narty i wybrałam niewielką górkę. Zaczęłam zjeżdżać. Na początku nieśmiało, a potem coraz odważniej. Miałam już kończyć, kiedy zdarzył się wypadek. Zjechałam spokojnie ze stoku i byłam już praktycznie na dole. Zaczęłam hamować przy bandzie. Skręciłam lekko narty, a kant jednej z nich poślizgnął się na lodzie ukrytym pod śniegiem. Narta się nie wypięła, a ja poczułam, jak moje kości udowa i piszczelowa przez chwilę znalazły się w innej płaszczyźnie. Usłyszałam lekki trzask, a potem poczułam silny ból i dyskomfort. Tak jakby noga była zupełnie obca. Wiedziałam już, że czeka mnie powtórka z rozrywki. Kolejna operacja i kolejny rok powrotu do formy…

To chyba normalne, że po takich wydarzeniach chciałam jak najszybciej nadrobić stracony czas. Tego dnia ubrałam biegowe buty i wyszłam na zewnątrz. Było okropnie gorąco, a ja byłam w naprawdę słabej formie. Po pierwszej operacji kolana stosunkowo szybko zaczęłam dochodzić do siebie, po drugiej nie było już tak kolorowo. Tym razem czułam się wyjątkowo fatalnie, a sam trening jeszcze bardziej mnie dołował. Zmęczona i roztargniona myślałam tylko o tym, żeby dobiec do celu. Już kilka razy w ostatnim czasie zdarzyło mi się przystanąć z niemocy w środku lasu. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale teraz tak bardzo brakowało mi siły… Zmęczone stopy coraz mniej precyzyjnie stawiały kroki, oddech świszczał jak lokomotywa, a serce waliło jak szalone. Wystarczył jeden nieuważny krok i było po wszystkim. Delikatny trzask i kłujący ból.

Zdjęłam but, który był już trochę za ciasny na moją spuchniętą stopę. Chciałam na chwilę gdzieś przycupnąć, odpocząć i pozbierać myśli. Podniosłam głowę i rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam przed sobą drzewo. Dosyć nietypowe. Wygięte tak, że mogłam na nim swobodnie usiąść. Usadowiłam się na pniu i skierowałam nieprzytomny wzrok na las. Moje myśli powędrowały w dal.

Za niecałe dwa tygodnie, w październiku 2013 roku miałam zacząć czwarty rok studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Mieszkałam akurat w pokoju treningowym przy Ośrodku Szkolenia PZPNow4 w Łomiankach. Wcześniej, od drugiej klasy gimnazjum do końca liceum, mieszkałam w tym samym miejscu, które wtedy pełniło rolę internatu przy Ośrodku Szkolenia Sportowego Młodzieży. Internat znajdował się w tym samym budynku co szkoła i obiekty sportowe. Po liceum na dwa lata przeniosłam się do akademika przy uczelni, gdzie wówczas mieścił się ośrodek szkolenia dla starszych zawodników, a potem od trzeciego roku studiów ponownie wróciłam do Łomianek, dokąd przeniesiono ośrodek. Było wygodnie – wszystko blisko. Poza rodziną. Dom rodzinny opuściłam we wrześniu 2005 roku jako czternastolatka, podejmując z rodzicami trudną decyzję o wyjeździe. Sportowo rozpędzałam się coraz bardziej i wiedzieliśmy, że nadszedł czas wyboru dyscypliny. W tym samym roku wystartowałam w Mistrzostwach Polski juniorów młodszych w pływaniu, znacząco poprawiając wyniki i awansując do swojego pierwszego finału B. Chwilę później wystartowałam w Małym Memoriale Janusza Kusocińskiego, czyli nieoficjalnych mistrzostwach Polski młodzików w lekkoatletyce, gdzie na tysiąc metrów po raz kolejny złamałam barierę trzech minut.

W międzyczasie zaczęłam jeździć na zawody w dwuboju, które łączyły ze sobą bieg i pływanie i miały wyłaniać talenty, które w przyszłości będą uprawiać pięciobój nowoczesny. Wygrałam cykl Pucharów Polski oraz Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży w Dwuboju Nowoczesnym. Na brak aktywności fizycznej nie mogłam narzekać. Jak na dziecko, które urodziło się z dysplazją stawów biodrowych i według lekarzy miało mieć problem nawet z chodzeniem, szło mi całkiem nieźle. Uwielbiałam zarówno pływać jak i biegać i trudno było mi z czegoś zrezygnować, a nie da się przecież uprawiać wyczynowo dwóch różnych dyscyplin. No chyba że… wielobój!

Gdy po tych sukcesach przyszedł list z zaproszeniem do Ośrodka Szkolenia Sportowego Młodzieży w Łomiankach, gdzie miałabym trenować pięciobój nowoczesny, pomysł wydawał mi się bardzo atrakcyjny. Wiązał się też ze sporym ryzykiem. Nie miałam pojęcia, jak pójdzie mi nauka trzech zupełnie mi nieznanych dyscyplin. Oprócz biegu i pływania na pięciobój składała się jazda konna, a dokładnie skoki przez przeszkody, strzelanie oraz szermierka na szpady. Z jednej strony jarałam się bardzo, że nie musiałabym rezygnować ani z biegania, ani z pływania, a na dodatek nauczyłabym się nowych – umówmy się bardzo atrakcyjnych – dyscyplin, a z drugiej strony nie miałam pojęcia, czy to na pewno coś dla mnie. Skąd miałam to wiedzieć, skoro jeszcze nie próbowałam? No i tu pojawiała się mała komplikacja.

W moim rodzinnym mieście nie miałam warunków do trenowania pięcioboju. Żeby się przekonać, czy to dyscyplina dla mnie, musiałabym zdecydować się na wyjazd. Po długich naradach z rodzicami, stwierdziliśmy, że spróbuję!

– Jeśli będziesz chciała wrócić, zadzwoń, a przyjedziemy po ciebie w każdym momencie – zapewniała mama.

I chociaż decyzję podjęliśmy wspólnie, widziałam, że im bliżej było wyjazdu, rodzice mieli coraz więcej wątpliwości. Ja natomiast byłam zdecydowana. Jak będzie coś nie tak, zadzwonię, rodzice przyjadą i tyle. Postanowione!

Dręczyła mnie też jedna myśl… Byłam najstarsza z rodzeństwa. W domu miałam zostawić nie tylko dwa lata młodszego brata Tomka, ale również dwuletnią siostrę Weronikę i zaledwie sześciomiesięcznego braciszka Błażeja. Tak bardzo się bałam, że o mnie zapomną!

„Jak będzie coś nie tak, rodzice po mnie przyjadą”, powtarzałam sobie jednak w duchu.

Wiedziałam, że muszę spróbować. Coś tak bardzo mnie tam pchało, że nie mogłam się oprzeć temu pragnieniu. Głęboko w środku czułam też, że do domu już nie wrócę.

Z zadumy wyrwał mnie silny podmuch chłodnego wiatru. Rozejrzałam się zaskoczona, ale nic nie wskazywało na zmianę pogody. Popołudniowe słońce przebijało między gałęziami. Korony drzew stały niewzruszone pod pozłacanym, błękitnym niebem. Cisza. Wzruszyłam ramionami. Nigdzie się nie spieszyłam. Miałam w końcu wakacje. Nie chciałam wracać i mierzyć się po raz kolejny z rzeczywistością.

Początki w internacie nie były dla mnie przyjemne. Przynajmniej nie wspominam ich z sentymentem. Pamiętam doskonale pierwszą noc. Pokój, choć schludny i nowy, był bardzo pusty i zimny. Wysoki na cztery metry sufit, niebieskie ściany, dwa łóżka, biurko i komoda.

Z czasem się zadomowiłam i znalazły się w nim plakaty, zasłonki i półki na książki. Zanim jednak do tego doszło, nie mogłam znaleźć swojego miejsca. Miałam też problem z zaprzyjaźnieniem się z kimkolwiek. W Starogardzie miałam mnóstwo znajomych, za którymi tęskniłam, tutaj czułam się wyrzutkiem. Nie zliczę, ile razy zmieniałam pokój, bo ktoś chciał mieszkać z kimś innym. W dodatku to przeważnie ja musiałam pakować rzeczy i wynosić się w inne miejsce. Nie umiałam powiedzieć asertywnie „nie” i raczej pozwalałam wejść sobie na głowę. W sumie miałam tylko czternaście lat, starsze towarzystwo wzbudzało we mnie respekt. Często też czułam się zawstydzana. Wiedziałam, kiedy robiono sobie ze mnie żarty, nie byłam naiwna, ale brakowało mi odwagi, żeby coś odpowiedzieć.

Rodzicom nie mówiłam, że czuję się samotna, choć rozmawiałam z nimi często. Opowiadałam jak na treningach i o tym, jak minął mi dzień. Skupiłam się na trenowaniu i nauce. Cel, który sobie postawiłam, pomagał mi wytrwać w trudnych momentach. Myślę, że moja sumienność i często też nadgorliwość były głównym powodem izolacji od grupy. Koleżanki i kolegów znalazłam w szkole. Chodziłam do zwykłego gimnazjum i w klasie miałam odrobinę wytchnienia od sportowego życia.

Każdy mój dzień treningowy wyglądał wtedy podobnie. W tygodniu o piątej pięćdziesiąt budziło mnie głośne pukanie do drzwi. Trener, idąc na basen, przechodził przez korytarz internatu i uderzał po kolei do wszystkich pokoi, żeby przypadkiem ktoś nie zaspał. O szóstej jeszcze półprzytomna wskakiwałam do wody. Po treningu szybkie śniadanie i zazwyczaj na ósmą do szkoły.

Byłam przeszczęśliwa, gdy lekcje zaczynały się później i mogłam uciąć sobie krótką drzemkę po treningu. Lekcje trwały standardowo i kończyły się między dwunastą a piętnastą w zależności od planu zajęć.

O piętnastej trzydzieści zaczynałam drugi trening, a o siedemnastej trzeci. Najczęściej była to kombinacja biegu, strzelania lub szermierki. Jazda konna zajmowała z dojazdem całe popołudnie, więc w dni jeździeckie robiłam tylko dwa treningi. W sobotę zajęcia odbywały się do południa, czasem po południu jeszcze trening jeździecki, a w niedzielę „tylko” bieganie. Wiem, jak brzmi „tylko bieganie”, ale dla mnie normą wtedy były trzy treningi dziennie. W międzyczasie trzeba było jeszcze odrobić lekcje i przygotować się do szkoły.

Zbliżały się pierwsze ferie zimowe, był początek 2006 roku. Przez pół roku zdążyłam oswoić się z nową rzeczywistością. Pakowałam się właśnie na swoje pierwsze zgrupowanie, gdy do pokoju niespodziewanie wszedł trener.

– Oktawia, nie dostałaś zgody na trenowanie. Przykro mi, ale zamiast na zgrupowanie musisz spakować się do domu. Nie możemy trzymać cię w ośrodku. – Te słowa były jak kubeł zimnej wody na głowę.

Trener wyszedł z pokoju tak szybko, jak do niego wszedł, a ja zostałam z tą informacją sama. Jak to nie dostałam zgody? Dlaczego? To już? Tylko tyle? Mam sobie po prostu wyjechać?

Rok wcześniej na bilansie czternastolatki lekarka zauważyła u mnie lekkie skrzywienie kręgosłupa. Zleciła mi prześwietlenie, na wszelki wypadek. Okazało się, że skrzywienia nie ma, za to przypadkowo dowiedziałam się o tym, że mam kręgozmyk w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Ortopeda, do którego zgłosiłam się z wynikami badań, powiedział, że skoro nie czuję dolegliwości bólowych, to nie ma przeciwskazań do treningów. Miałam tylko dbać o silne mięśnie stabilizujące. W czasie okresowych badań sportowych uczciwie przyznałam się do swojej wady, a kilka dni później dowiedziałam się, że nie otrzymałam zgody na trenowanie.

Drżącymi rękami chwyciłam telefon i zadzwoniłam do mamy.

– Mamo nie dostałam zgody na trenowanie, każą mi się pakować do domu, co mam robić? – wyrzuciłam z siebie łamiącym się głosem.

– Dziecko! Nie pakuj się jeszcze, zaraz wsiadam w pociąg i jadę do ciebie! – Usłyszałam w odpowiedzi.

W pociągu mama wykonała masę telefonów i znalazła dobrego ortopedę, który zgodził się mnie przyjąć. Tak naprawdę, uratował moją karierę sportową, podpisując się pod zgodą na wyczynowe uprawianie sportu. Przez kolejne pół roku musiałam przejść solidną rehabilitację polegającą na wzmacnianiu mięśni brzucha i grzbietu. Dwa razy w tygodniu jeździłam do centrum rehabilitacji, a w pozostałe dni ćwiczyłam samodzielnie. Nie mogłam biegać, uprawiać szermierki ani jeździć konno. Pływałam dwa razy dziennie, strzelałam na siedząco i ćwiczyłam, ćwiczyłam, ćwiczyłam. Jeśli to miał być warunek mojego powrotu do sportu, godziłam się na to.

Zimny wiatr ponownie musnął moją twarz. Wróciłam na chwilę do lasu. Ścieżką obok przechodził pan z biszkoptowym labradorem. Kawałek dalej ktoś przejechał na rowerze. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Siedziałam na drzewie zupełnie niewidzialna, otoczona przez las i przytłoczona nadmiarem myśli.

Kolejny rok był dla mnie bardziej łaskawy. Do internatu przyjechał młodszy rocznik, a najstarszy przeniósł się do akademika. Czułam się coraz pewniej. Z większą łatwością zawierałam nowe znajomości i radziłam sobie z wyzwaniami. Zaczęłam rozwijać się sportowo – nauka nowych dyscyplin, w szczególności szermierki, szła mi bardzo dobrze. Zakwalifikowałam się na dwie pierwsze imprezy międzynarodowe: Mistrzostwa Europy Juniorów Młodszych w trójboju oraz Mistrzostwa Świata Juniorów w czwórboju.

Rocznikowo byłam jeszcze trójboistką, ale moje wyniki pozwoliły mi startować ze starszymi rocznikami. Miałam spełnić swoje pierwsze wielkie marzenie – polecieć gdzieś samolotem!

Mistrzostwa Europy odbywały się na Wyspach Kanaryjskich, a dokładniej na Gran Canarii, natomiast Mistrzostwa Świata w Johannesburgu w RPA, gdzie zdobyłam swój pierwszy medal międzynarodowej imprezy mistrzowskiej w sztafecie5! Nie posiadałam się z radości, że mam okazję pojechać na zawody w tak atrakcyjne miejsca. Wiedziałam, że pomału zaczynam realizować mój plan. Mogłam spełniać się jako zawodniczka i przy okazji podróżować po świecie.

Z czasem rozkręcałam się coraz bardziej. Kolejny, mój trzeci już rok w internacie i jednocześnie pierwszy w liceum był szalony. Można powiedzieć, że czułam się jak u siebie. Bawiłam się całkiem dobrze, trenowałam, popełniałam nastoletnie błędy, trenowałam, zawierałam nowe przyjaźnie, trenowałam. Chociaż nie zawsze dbałam o higienę życia, odpowiedni odpoczynek i regenerację, treningi nadal były dla mnie na pierwszym miejscu. Jeśli zarwałam noc, trudno, szłam na trening, sen nadrabiałam w trakcie lekcji.

Cóż, nastolatki nie zawsze myślą racjonalnie. Na szczęście ciało nadrabiało brak myślenia, regenerowało się szybko i dzielnie znosiło trudy codzienności.

Rozpoczął się wyczekiwany sezon startowy, w którym ponownie wystartowałam między innymi w Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata juniorów, przywożąc drużynowe i sztafetowe medale6 i odwiedzając kolejne państwa – Bułgarię, Francję, Szwecję i Włochy. Moja pewność siebie rosła wraz z coraz lepszymi wynikami.

Można powiedzieć, że przywykłam już do treningowej rzeczywistości. Do domu jeździłam na weekend raz w miesiącu, czasem rzadziej w zależności od zaplanowanych akcji szkoleniowych i zgrupowań. W tamtych czasach podróż z Warszawy do Starogardu nie była tak prosta jak dzisiaj. Autostrady nie było, a pociągi potrafiły tłuc się po osiem godzin. W piątek kończyłam szkołę i jechałam na dworzec, w domu lądowałam bardzo późnym wieczorem. W niedzielę w południe już pakowałam się w pociąg powrotny. To były krótkie, intensywne wizyty.

Za pierwsze stypendium, które dostałam za wyniki sportowe, kupowałam młodszemu rodzeństwu małe upominki na dworcu. Zawsze cieszyli się na mój przyjazd i chociaż nie do końca rozumieli, kim jest ta Odzia, która przyjeżdża co miesiąc, to chociaż przyjeżdżała z prezentami.

Pewnego dnia, kiedy przyjechałam do domu i zawołałam głośno mamę, trzyletni wówczas Błażej stwierdził ze zdziwieniem:

– Ale Odzia, to jest moja mama, Weroniki mama, Tomka mama, ale nie twoja. Ty nie mieszkasz z nami.

Nie było łatwo wytłumaczyć dziecku, że między nami jest taka sama relacja. Miał siostrę, brata i Odzię. Ale przynajmniej mnie pamiętał.

Kolejny chłodny podmuch wiatru uderzył mnie w twarz. Leniwie otworzyłam oczy. Słońce chyliło się ku zachodowi, a na niebie pojawiło się kilka chmurek. Upał zelżał, a las dawał przyjemny cień. Spojrzałam w górę. Zupełna cisza. Tylko kruk odezwał się, kracząc głośno.

– Chyba czas powoli wracać, jak długo tu już siedzę? – zapytałam sama siebie i zerknęłam na zegarek, ignorując uczucie chłodu, które wywołało lekką gęsią skórkę na moim ciele.

Dni były jeszcze długie, więc nie przejęłam się jakoś bardzo. Wiedziałam jednak, że powinnam się zbierać, bo spacer zajmie mi trochę czasu, a niedługo do pokoju, w którym mieszkałam w internacie, wróci mój chłopak Krzysiek i będzie się zastanawiał, gdzie zniknęłam. Nie chciałam, żeby się o mnie martwił.

*

– Cześć, gdzie byłaś tak długo? – przywitał mnie Krzysiek w progu pokoju. – Wróciłem wcześniej i zastanawiałem się, gdzie zniknęłaś. – Uśmiechnął się.

– Byłam na biegu, a raczej próbowałam biegać. – Pokazałam mu opuchniętą kostkę, uśmiech zszedł mu z twarzy.

Nie musiałam nic więcej tłumaczyć, wiedział dokładnie, co czuję. Przechodziliśmy razem przez wszystkie ostatnie wydarzenia. Znał mnie doskonale i widział moją rezygnację.

– Ja już nie dam rady, Krzyś. – Nie wytrzymałam i wypaliłam, zanim zdążył coś powiedzieć. – Powiem to pierwszy raz w życiu, ale to chyba bez sensu! Spójrz na mnie. Ciągle coś. Chciałabym przetrenować regularnie chociaż jeden sezon. Chociaż raz sprawdzić siebie w szczycie formy, bez kontuzji, operacji i ciągłych powrotów. – Schowałam twarz w dłonie. – Już nie mogę, naprawdę mam dość.

– Rozumiem i wiem, że to dla ciebie trudne – powiedział i przytulił mnie mocno. – Ale jesteś roztrzęsiona i masz w sobie dużo emocji. Weź prysznic i ogarnijmy najpierw kostkę, okej? Potem spróbujemy znaleźć rozwiązanie.

Wiedział, jak mnie uspokoić. Poza tym znał mój charakter. Umiałam się podnosić po trudnych sytuacjach, potrzebowałam tylko ochłonąć i nabrać dystansu. Nie było sensu w tym momencie podejmować pochopnych decyzji. Z perspektywy zawsze wszystko wyglądało inaczej. Gra na czas była tutaj dobrą opcją.

Byłam mu wdzięczna za jego spokój. Byłam wdzięczna za niego. Poznaliśmy się w 2008 roku, gdy rozpoczynałam swój czwarty rok w internacie. Krzysiek pochodził z Tarnowa i przyjechał do Łomianek trenować pięciobój we wrześniu, gdy rozpoczynał liceum. Ja byłam wtedy w drugiej klasie, rok wyżej niż on. Pamiętam jeden z pierwszych jesiennych wieczorów, gdy postanowiłam przejść się na spacer do sklepu. Wychodząc z pokoju nacisnęłam klamkę, która praktycznie bez użycia siły poszybowała w dół. Ktoś po drugiej stronie zdążył nacisnąć ją przede mną. Pchnęłam drzwi i zobaczyłam Krzyśka.

– Hej, idziesz może do sklepu? – wypalił.

Zaskoczył mnie. Był w internacie od ponad miesiąca i nie zamieniliśmy do tej pory zbyt wielu słów. Raz pomógł mi wnosić rzeczy z magazynku na górę do pokoju, innym razem przywitaliśmy się w korytarzu, ale to by było na tyle.

– Właśnie wychodziłam, możemy iść razem – odpowiedziałam.

I tak to się wszystko zaczęło. Wieczorne spacery stały się codziennym rytuałem. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Wkrótce staliśmy się nierozłączni. Z Krzysiem było mi raźniej. Mieliśmy wspólne cele, wspólne wartości, podobne poczucie humoru i napędzaliśmy się nawzajem w treningach. Stawałam się coraz lepsza w pięcioboju, a sezon 2009 przyniósł kolejne sztafetowe medale na Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata juniorów7 oraz wysokie lokaty indywidualne.

– Chcesz porozmawiać? – zapytał Krzysiek, gdy leżałam już na łóżku z lodem owiniętym wokół kostki.

Po prysznicu zgarnęłam ze stołu czekoladę i zatopiłam się w poduszkach. Czułam się odrobinę lepiej.

– Chciałabym zadać ci pytanie – odpowiedziałam.

– Nie wiem, czy znam na nie odpowiedź, ale pytaj śmiało – odrzekł.

– Jak uważasz – zawahałam się – gdy życie ciągle rzuca komuś kłody pod nogi, to znak, żeby wykazać się wytrwałością, czy raczej znak, żeby zawrócić, bo nie tędy droga?

– Hmmm… – Zbiłam go tym pytaniem z tropu. – To chyba zależy… od tego jak bardzo ci zależy. – Uśmiechnął się krzywo na tę grę słów, która wyszła mu całkiem przypadkiem. – I wiesz, może wcale nie trzeba zawracać, a coś zmienić. Może to właśnie życie chce ci pokazać. Jakąś lepszą drogę?

To było niezwykle trafne spostrzeżenie. Jeśli miałam zostać w sporcie, potrzebowałam zmian. Ale jakie one mogłyby być? Kompletnie nie miałam pojęcia. Wiedziałam jednak, że aby wyjść z tego koła nieszczęść, potrzebuję zrobić coś inaczej.

Rozdział 2

Waldeinsamkeit8

wrzesień 2013

Kostka stosunkowo szybko dochodziła do siebie. Nie była to jej pierwsza kontuzja i miałam wrażenie, że znieczuliła się na moje wybryki. Październik zbliżał się wielkimi krokami, a wraz z nim powrót do rutyny treningowej. Wyszłam pobiegać tam, gdzie ostatnio. Lubiłam ten kawałek lasu, chociaż teraz bywałam tam rzadziej, głównie na treningach.

Miałam chyba trochę focha na las. Nie dawał mi takiego wytchnienia jak wcześniej. Wciąż błądziłam myślami, nie wiedząc dokładnie, dokąd zmierzam. Mój pogodny temperament ostatnio nieco przygasł. Wpadłam w pewnego rodzaju zawieszenie. Nie wiedziałam do końca co robić i jak. W środowisku sportowym pewne rzeczy działają zero-jedynkowo: zdolna albo niezdolna do treningu. Teoretycznie byłam zdolna, ale czułam się źle, miałam dużo bóli po kontuzjach, potrzebowałam fizjoterapeuty i byłam rozbita emocjonalnie. Jednak pieczątka lekarza wyraźnie została postawiona na kartce z napisem „zdolna”. To znaczy, że mam być gotowa do treningów.

Ruszyłam truchtem, puściłam umysł wolno, a on pogalopował przed siebie dużo szybciej niż moje ciało. Nie miałam nad nim żadnej kontroli. Wciąż mieliłam w głowie przeróżne scenariusze możliwych przyszłych wydarzeń lub wracałam do mojego bezsensownego wypadku, zastanawiając się „co by było, gdyby”. Uwięziona pomiędzy tym, co było, a tym, co się dopiero wydarzy, nosiłam w sobie ogromne pokłady żalu i strachu, nie do końca wiedząc, jak sobie z nimi poradzić.

Podmuch chłodnego wiatru otrzeźwił mnie na chwilę. Poczułam lekki luz w bucie i zauważyłam, że rozwiązała mi się sznurówka. Przykucnęłam, żeby ją zawiązać.

– No bez jaj! – Niemal krzyknęłam, wstając.

Stałam pod Krzywym Drzewem. Miałam wrażenie, że nie pierwszy raz las robi sobie ze mnie żarty. A może raczej moja wyobraźnia, co wydawało się bardziej prawdopodobną wersją. Rozejrzałam się dookoła, las był cichy i nieruchomy, poczułam lekki niepokój.

„Co tu jest grane?”, pomyślałam. „Chyba powinnam przystopować z tą moją fantazją”.

Spojrzałam na drzewo. Jego kształt niemal zapraszał, żeby przysiąść na chwilę. Zerknęłam na zegarek. Trening się zgadzał, dyszka w nogach, więc czemu nie… może to nie jest taki zły pomysł? Zdjęłam buty, wsunęłam się na drzewo, oparłam głowę o korę i przymknęłam oczy. Chciałam znowu poczuć, jak las do mnie mówi. Zaczęłam nasłuchiwać.

Lekkie skrobanie ptaszka w krzakach.

Krótkie bzyczenie trzmiela.

Cisza.

A co będzie jak znowu złapiesz kontuzję? Podrzucił szybko umysł.

„Cicho! Nie słyszę cię!”. Zareagowałam błyskawicznie i kontynuowałam.

Dzięcioł stukający w drzewo.

Echo kruka gdzieś z głębi lasu.

Cisza.

A co jak tylko marnujesz czas? Kolejny pstryczek.

„Kurczę, może faktycznie”, zastanowiłam się. „Dobra, nie teraz!”.

Cisza, szum, skrobanie, cisza, stukanie…

Przecież wiesz, że to bez sensu… Ostateczny atak.

„No przecież wiem! Ja się kompletnie do tego nie nadaję!”. Poddałam się. „Moje ciało jest za słabe, totalnie nie potrafię ogarnąć swoich emocji, olbrzymi stres towarzyszy mi niemal na każdym starcie, do tego co chwilę te kontuzje…”. Myśli płynęły bez końca jak wezbrany potok.

– Gdzie jesteś? – Bezczelnie wtrącił się jakiś głos.

– No jak to gdzie?! W lesie! – wykrzyknęłam automatycznie, zanim zdążyłam otworzyć oczy.

Szybko poderwałam się na nogi nieco zaskoczona swoją reakcją. Przede mną stał wysoki, masywny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w jasną luźną koszulę i jeansy. Na głowie miał burzę siwych loków, a na twarzy lekko przystrzyżony zarost. Wpatrywał się we mnie jasnymi, błyszczącymi jak iskry oczami.

Nie słyszałam, gdy zbliżył się leśną ścieżką, ale może byłam zbyt zajęta własną wojną myśli. Spojrzałam na buty biegowe, które leżały rozrzucone na mchu. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy nie rzucić się do ucieczki. Był to raczej głos rozsądku, bo o dziwo nie wyczułam żadnego zagrożenia. Powinnam się wystraszyć, pozbierać buty i jak najszybciej wrócić na główny szlak, ale moje ciało nie dawało mi żadnych sygnałów ostrzegawczych. Czułam raczej irytację. Nie przepadałam za nieplanowanymi pogawędkami, a ten ktoś ewidentnie mi przeszkadzał.

– Pytam, gdzie jesteś tu. – Gwałtownie wycelował palcem w moją głowę.

Odruchowo się cofnęłam, robiąc szybki unik. Pytanie było dosyć dziwne i nie wiem czemu, postanowiłam w ogóle na nie odpowiedzieć.

– Chyba… też w lesie – wyjąkałam po chwili namysłu, uświadamiając sobie, że w sumie nie wiem, gdzie obecnie jest moja głowa.

– Ot taki paradoks! – zaśmiał się głośno – Jesteś w lesie, ale w nim nie jesteś, bo myślami jesteś w lesie! – Miał ze mnie niezły ubaw. Mnie nie było aż tak do śmiechu. Chyba zauważył moją nietęgą minę, bo szybko się opamiętał. – Przepraszam, nie przedstawiłem się. Jestem Waldek, a twoje myśli usłyszałem, aż z tamtej ścieżki. – Wskazał ręką w przeciwnym kierunku i ponownie zachichotał.

– Przepraszam, ale nie mogę teraz rozmawiać, jestem… zajęta – odburknęłam szybko.

– To prawda, twój umysł jest bardzo zajęty, lepiej mu nie przeszkadzać i pozwolić, żeby robił z tobą to, co mu się podoba – odpowiedział, a ja zauważyłam, że kącik jego ust znów podniósł się w lekko ironicznym uśmiechu.

– Czego pan ode mnie chce? – zapytałam lekko oburzona całą tą sytuacją.

– Ja? Niczego od ciebie nie chcę. – Uśmiechnął się szeroko. – Przecież to ty mnie wołałaś.

– Nikogo nie wołałam, a już na pewno nie pana! – odpowiedziałam coraz bardziej poddenerwowana bezczelnością tego człowieka.

– Czyżby? – Oparł ręce na biodrach. – Może jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale z jakiegoś wyraźnego powodu chciałaś, żebym tu się pojawił. Widziałem twoje zagubienie i myślę, że szukasz pomocy.

– Ja? Pomocy?! – zapytałam sfrustrowana. – Wydaje mi się…

– Nic nie jest do końca takie, jak ci się wydaje – przerwał mi w połowie zdania, jak gdyby nigdy nic. – A ja jestem tu po to, żeby pokazać ci zawiłości twojego umysłu. I mów mi Waldek, okej? – Tego już było dla mnie za wiele.

– Panie Waldku… – odpowiedziałam z nieukrywaną złością. – To znaczy… Waldek – poprawiłam się, widząc, jego zmarszczone czoło. – Nie mam pojęcia, kim jesteś i dlaczego rozmawiamy, ale to naprawdę kiepski moment mojego życia. Wszystko, nad czym pracowałam wiele lat, sypie mi się właśnie jak domek z kart. Tak naprawdę nie wiem nic: ani, dokąd zmierzam, ani, co tu właściwie robię. Nie wiem nawet, za co miałabym się zabrać, żeby to zmienić i tym bardziej nie wiem, w jaki sposób ty mógłbyś mi w tym pomóc. – Wyrzuciłam z siebie jednym tchem, zadziwiona swoją szczerością. Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam nieco spokojniej, ale z wyraźną irytacją w głosie: – Nie wiem, dlaczego w ogóle rozmawiam z kimś, kogo kompletnie nie znam.

– Znamy się od lat, Oktawio.

„Zaraz, czy ja mu powiedziałam, jak mam na imię?”, zastanowiłam się w myślach.

– Spotykaliśmy się nie raz na leśnych ścieżkach. Nasze drogi przecinały się wielokrotnie. Byłem i jestem częścią twojego życia. Kiedy to sobie uświadomisz, wszystko stanie się dla ciebie jasne. Póki co, nie staraj się mnie zrozumieć i przyjmij z otwartością to, co staje na twojej drodze – powiedział spokojnie, w ogóle nie reagując na mój kąśliwy nastrój.

– Jak to się spotkaliśmy?! Co to znaczy, że się znamy?! – wykrzyknęłam zarówno zaskoczona jak i lekko przerażona jego słowami. – Chyba mnie z kimś pomyliłeś. To nie mogłam być ja!

– Czyż nie na takie spotkanie zawsze czekałaś? Czyż nie od zawsze szukałaś w tym lesie odpowiedzi na swoje pytania? – Spojrzał na mnie przenikliwie, a ja miałam wrażenie, że jego wzrok dotyka mojej duszy. – Nie mógłbym cię pomylić z nikim, Oktawio.

– Przepraszam, ale muszę już iść – odpowiedziałam już na poważnie wystraszona.

Miałam poczucie, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Zeskoczyłam z drzewa i w pośpiechu zaczęłam zakładać buty. Waldek nie wyglądał na przejętego, podniósł z ziemi kawałek gałązki i obracał ją w palcach, przyglądając się każdej igiełce.

– Do widzenia – powiedziałam szybko, oglądając się przez ramię i w pośpiechu ruszyłam w stronę ścieżki.

– Ludzie boją się wszystkiego, co wykracza poza ich obecną wiedzę i rozumowanie – rzucił jeszcze w moją stronę na odchodne, nie przestając bawić się gałązką. – Jak już będziesz gotowa, znajdziesz mnie pod drzewem!

Puściłam się biegiem w drogę powrotną do internatu, chcąc jak najszybciej uciec z tego miejsca. Na zakręcie obejrzałam się za siebie, żeby sprawdzić, czy ten człowiek przypadkiem mnie nie śledzi, ale już go nie było. Widocznie poszedł w przeciwnym kierunku i schował się za wydmą. Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Ta sytuacja była tak nierealna, że nie mieściła mi się w głowie. Dla swojego dobra postanowiłam o niej zapomnieć i przez jakiś czas nie zapuszczać się w tamte rejony. Prawdopodobnie jakiś wariat przyczepił się do mnie dla rozrywki.

*

(początek października 2013)

Kolejny tydzień upłynął całkiem zwyczajnie w gąszczu nauki i treningów. Mój stan cały czas utrzymywał się na podobnym poziomie. Próby przekonywania siebie co do sensowności dalszego treningu były wyczerpujące. Postępy szły bardzo wolno i nie sprzyjało to mojej motywacji. Stwierdziłam, że nie będę nikomu opowiadać o tajemniczym spotkaniu w lesie. Pomimo iż chciałam je wyprzeć z pamięci, wciąż przed oczami stawała mi dziwna postać mężczyzny z siwymi lokami. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego ten ktoś zaprząta mi głowę. A jednak kilkukrotnie przyłapałam się na zastanawianiu się nad tym, co by się wydarzyło, gdybym jednak została pod drzewem. I co ten ktoś miał na myśli mówiąc: „jak będziesz gotowa”.

Od tamtego spotkania omijałam to miejsce szerokim łukiem i wybierałam inne trasy biegowe, ale jednocześnie nie mogłam oprzeć się ciekawości, czy ten człowiek faktycznie będzie tam na mnie czekał.

„Nie no, po co? To absurdalne, że ktoś miałby na mnie czekać pod drzewem”, mówiłam do siebie w myślach. „Przecież każdy ma swoje sprawy i swoje życie. Nikt nie będzie całymi dniami wypatrywał mnie w lesie”, tłumaczyłam sama sobie, jednocześnie mając w środku jakąś dziwną, niewytłumaczalną nadzieję, że jednak się mylę.

Tego październikowego popołudnia po treningu siedziałam z notatkami przy biurku. Pokój, który dzieliłam z Krzyśkiem, był niewielki, ale przytulny. Zamieszkaliśmy w nim razem, kiedy ponownie przenieśliśmy się do Łomianek z akademika w czasie studiów. Wchodziło się do niego z głównego korytarza, który był zagracony ogromną liczbą stojaków. Na nich suszyły się treningowe ciuchy. Zapach na korytarzu przypominał ten z hali gimnastycznej po intensywnych ćwiczeniach. W wąskim przedpokoju stała duża szafa, a za nią znajdowały się żółte drzwi do małej łazienki. Po prawej stronie, tuż za przedpokojem stało duże łóżko, złączone z dwóch pojedynczych łóżek i zajmowało największą część całego pomieszczenia. Nad łóżkiem wisiała lampka w kształcie kwiatka, a na czerwonym polarowym kocu spoczywał olbrzymi miś, którego dostałam w prezencie na walentynki.

Wykładzina w pokoju była ciemnoniebieska. Wyjątkowo wysokie, nieco już obdrapane ściany, miały kolor żółty, a plakaty zakrywały ich najbrzydsze części. Naprzeciwko wejścia znajdowało się okno oraz drzwi balkonowe. Po lewej stronie od okna stała komoda, a po prawej, w narożniku, stół, który imitował biurko. Obok niego, między stołem a łóżkiem, chwiała się drewniana półka z książkami. Nad stołem, na jednej ścianie wisiała olbrzymia mapa świata, na której pinezkami w kształcie flag zaznaczaliśmy kraje, które już odwiedziliśmy.

Po przeciwnej stronie na ścianie znajdowała się sporej wielkości korkowa tablica. Do tablicy przyczepialiśmy wydrukowane zdjęcia naszych podróżniczych marzeń, ulubione cytaty albo ważne rzeczy do zapamiętania. Zmęczona nauką odchyliłam się na krześle, a wzrok utkwiłam w tablicy naprzeciwko, zawieszając się gdzieś w czasoprzestrzeni. W tym samym momencie do pokoju wszedł Krzysiek. Otwarte przez chwilę drzwi spowodowały przeciąg, a przez uchylone okno wpadł podmuch chłodnego wiatru i rozbujał wiszące karteczki, które lekko zaczęły trzepotać.

Jedna z karteczek wylądowała na biurku. Było to zdjęcie hawajskich schodów do nieba „Stairway to Heaven” na wyspie Oahu, jednego z naszych podróżniczych marzeń. Podniosłam karteczkę, żeby przyczepić ją ponownie do tablicy. Zauważyłam, że z miejsca, w którym wisiała, wystaje fragment tekstu, który był schowany pod innymi kartkami. Nachyliłam się, żeby go przeczytać. Na kartce widniał napis:

„Mało kogo bór przypuści

Do tajemnych swych czeluści,

Gdzie się kryją jego dziwy:

Świat jak z bajki – a prawdziwy!”9

Zmroziło mnie. Na karku poczułam lekki dreszcz. Czy to tylko moja wyobraźnia? Zbieg okoliczności? A może… W głowie znów usłyszałam słowa Waldka:

„Czyż nie na takie spotkanie zawsze czekałaś? Czyż nie od zawsze szukałaś w tym lesie odpowiedzi na swoje pytania?”.

No, może szukałam, ale chyba nie w taki sposób… Jak bumerang powróciło do mnie zdanie, które mężczyzna rzucił mi na pożegnanie:

„Ludzie boją się wszystkiego, co wykracza poza ich obecną wiedzę i rozumowanie”.

– Nie, to niemożliwe… – Zapomniałam się i powiedziałam na głos.

– Co jest niemożliwe? – Zaśmiał się Krzysiek, siadając na łóżku.

– Sama nie wiem – zawahałam się. – Wierzysz w rzeczy, które nie do końca da się wyjaśnić?

Krzysiek spojrzał na mnie zaskoczony i lekko rozbawiony.

– Nie wiem – zająknął się. – Większość rzeczy chyba da się wyjaśnić.

Nie byłam przekonana do jego odpowiedzi. Mężczyzna z lasu spędzał mi sen z powiek. Niby nic niezwykłego się nie wydarzyło, normalny człowiek, który uciął sobie nieproszoną pogawędkę w czasie spaceru. Ale jego słowa były tak przenikliwe… Miałam wrażenie, że potrafił usłyszeć cudze myśli. Moje myśli. Chociaż przeraziło mnie to, co powiedział, to on sam w sobie wydawał się niegroźny. Wręcz przeciwnie, jego łagodna twarz i śmiejące się oczy budziły zaufanie. Czułam, że moja ciekawość powoli bierze górę.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1 M. Konopnicka, Na jagody!, 1902.

2 A. Mickiewicz, Świteź, 1822.

3 W tamtym czasie w pięcioboju obowiązywały następujące kategorie wiekowe: 13-14 lat (młodzik) dwubój nowoczesny: pływanie, bieganie; 15-16 lat (junior młodszy – Youth B) trójbój nowoczesny: pływanie, bieganie, strzelanie; 17-18 lat (junior – Youth A) czwórbój nowoczesny: pływanie, bieganie, strzelanie, szermierka; 19-21 lat (młodzieżowiec) pięciobój nowoczesny: pływanie, bieg, strzelanie, szermierka, jazda konno; powyżej 21 lat (senior) pięciobój nowoczesny open.

4 PZPNow – Polski Związek Pięcioboju Nowoczesnego.

5 Mistrzostwa Świata Juniorów (World Youth A Championships), Pretoria (RPA), 27 sierpnia 2007, sztafeta – 3. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Joanna Gawrylczyk [wówczas Gomolińska], Magdalena Walesa); 1. miejsce – Wielka Brytania, 2. miejsce – Węgry.

6 Mistrzostwa Europy Juniorów (European Youth A Championships), Kalmar (Szwecja), 22 lipca 2008: sztafeta – 2. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Marika Florczak, Joanna Gawrylczyk [wówczas Gomolińska]); 1. miejsce – Węgry, 3. miejsce – Niemcy; drużyna – 2. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Marika Florczak, Joanna Gawrylczyk [wówczas Gomolińska]); 1. miejsce – Węgry, 3. miejsce – Niemcy.

Mistrzostwa Świata Juniorów (World Youth A Championships), Albena (Bułgaria), 18 września 2008, sztafeta – 3. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Marika Florczak, Joanna Gawrylczyk [wówczas Gomolińska]); 1. miejsce – Węgry, 2. miejsce – Wielka Brytania.

7 Mistrzostwa Świata Juniorów (World Youth A Championships), Kair (Egipt), 22 lipca 2009, sztafeta mieszana – 2. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Karol Dziudziek); 1. miejsce – Chiny, 3. miejsce – USA.

Mistrzostwa Europy Juniorów (European Youth A Championships), Antalya (Turcja), 9 września 2009: sztafeta – 3. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Joanna Łażewska, Anna Maliszewska); 1. miejsce – Węgry, 2. miejsce – Wielka Brytania; sztafeta mieszana – 1. miejsce – Polska (Oktawia Nowacka, Mateusz Gralewski); 2. miejsce – Ukraina, 3. miejsce – Hiszpania.

8 Wald (niem.) – las; Waldeinsamkeit – niemieckie słowo oznaczające poczucie bliskości z naturą i refleksję w czasie pobytu w lesie.

9 M. Konopnicka, Na jagody!, fragment utworu.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Prolog

Część 1

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Wprowadzenie

Meritum publikacji

Przypisy