Wydawca: Biblioteka Analiz Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 819 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O powstawaniu gatunków - Karol Darwin

Najsłynniejsze dzieło Karola Darwina, zrewolucjonizowało nasze wyobrażenie o miejscu człowieka i innych żywych stworzeń na drabinie ewolucyjnej. Jako pierwszy wykazał, że gatunki podlegają modyfikacjom w wyniku walki o byt, a dobór naturalny jest procesem trwałym, nieodłącznym elementem istnienia. Opublikowana w 1859 roku książka wywołała burzę, trzeba jednak pamiętać, że jak na ówczesne czasy była odkryciem nie tylko kontrowersyjnym, ale wręcz burzącym wcześniejsze teorie dotyczące życia na ziemi. Darwin pisał swoje dzieło przed najważniejszymi odkryciami geologicznymi i paleontologicznymi, o czym warto dziś pamiętać, oceniając doniosłość jego teorii. Nauka szybko jednak przyznała Darwinowi rację. Współczesny czytelnik może podziwiać jednak nie tylko przenikliwość Darwina, nie ma bowiem wątpliwości, że w drugiej połowie XIX wieku kolejne odkrycia przyrodników zmierzały w kierunku teorii ewolucji i gdyby nie Darwin, zapewne w kilka lat po nim z podobną koncepcją wystąpiłby inny badacz. Zachwyca jednak klarowność wywodu, wielka kultura polemiki z oponentami, wreszcie skromność autora, a także jego ogromna erudycja poparta własnymi obserwacjami i licznymi podróżami.

Opinie o ebooku O powstawaniu gatunków - Karol Darwin

Fragment ebooka O powstawaniu gatunków - Karol Darwin

O powstawaniuGATUNKÓW

O powstawaniuGATUNKÓW

drogą doboru naturalnego, 

czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt

Karol Darwin

Jirafa Roja

Warszawa 2006

© Copyright by Jirafa Roja, 2006

Tytuł oryginału: „The Origin of Species by Means of Natural Selection”

Pierwsze polskie wydanie ukazało się w 1884 roku.

Tłumaczenie: Szymon Dickstein, Józef Nusbaum Korekta: Beata Świerczewska

Opracowanie graficzne serii: Grzegorz Zychowicz | Tatsu

Zdjęcie na okładce: iStockphoto.com Łamanie: Tatsu 

Druk i oprawa: Drukarnia Naukowo-Techniczna Oddział PAP S.A.

ISBN 83-89143-67-4

Wydanie I Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Rys historyczny rozwoju poglądów a powstawanie gatunków przed opublikowaniem pierwszego wydania niniejszego dzieła

Postaram się dać tutaj krótki rys rozwoju poglądów na powstawanie gatunków. Do niedawna znaczna większość przyrodników przypuszczała, że gatunki są to twory niezmienne i że każdy został stworzony oddzielnie. Wielu autorów umiejętnie broniło tego poglądu. Z drugiej strony, niewielka liczba przyrodników sądziła, że gatunki ulegają przekształceniu i że obecnie żyjące formy organiczne powstały z dawniej istniejących jako ich prawdziwe potomstwo. Pomijając wzmianki o tym przedmiocie, spotykane w dziełach klasycznych pisarzy, pierwszym autorem, który w nowszych czasach roztrząsał tę kwestię w duchu naukowym, był Buffon. Ponieważ jednak poglądy jego w rozmaitych okresach różniły się znacznie od siebie i ponieważ nie zajmował się on dociekaniem przyczyn i sposobów przekształcania się gatunków, nie mam potrzeby wchodzić tutaj w szczegóły jego dowodzeń.

Arystoteles w swych „Physicae Auscullationes” (ks. II, rozdz. VIII, str. 2) mówi, że deszcz pada nie po to, by zboże mogło rosnąć w polu, ani też po to, by zniszczyć plon włościanina, młócony pod otwartym niebem. Ten sam argument stosuje on potem do organizacji i dodaje: „Cóż przeszkadza, by rozmaite części (ciała) w naturze posiadały li tylko przypadkowe stosunki? Zęby na przykład wyrosły z konieczności tak, iż siekacze są ostre, przystosowane do krajania, a trzonowe płaskie i przydatne do żucia pokarmu; nie zostały one jednak stworzone w tym celu, ale są rezultatem przypadku. To samo dzieje się i z innymi częściami, które zdają się być przystosowane do pewnego celu. Gdziekolwiek więc wszystkie rzeczy razem (tj. wszystkie części jednej całości) ułożyły się tak, jakby były stworzone w jakimś celu, tam zachowały się, gdyż były przez jakąś wewnętrzną konieczność odpowiednio ukonstytuowane, gdziekolwiek zaś nie zostały tak ukonstytuowane, zaginęły i giną dotychczas”. Widzimy w tym ustępie niewyraźny zarys zasad doboru naturalnego; ale uwagi nad tworzeniem się zębów wykazują, jak niedokładnie pojmował go Arystoteles.

Lamarck był pierwszym uczonym, którego wnioski na ten temat zwróciły większą uwagę. Przyrodnik ten, słusznie uznany za znakomitość, ogłosił swe poglądy po raz pierwszy w 1801 roku, rozszerzył je znacznie w 1809 roku w swym dziele „Philosophie Zoologique”, następnie w 1815 roku we wstępie do „Histoire Katurelle des Animaux sans Vertebres”. W dziełach tych broni on poglądu, że wszystkie gatunki, nie wyłączając człowieka, pochodzą od innych gatunków. Wyświadczył on pierwszy niezmierną usługę wiedzy zwracając uwagę na prawdopodobieństwo, że wszelkie zmiany tak w świecie organicznym, jak i w nieorganicznym są wynikiem praw, a nie cudownej interwencji. Trudność odróżniania gatunków i odmian, niemal doskonałe stopniowanie form w niektórych grupach oraz analogia z wytworami hodowli doprowadziły — zdaje się — Lamarcka do jego wniosków o stopniowej przemianie gatunków. Co do sposobów tego przekształcania, to przypisywał on pewną rolę bezpośredniemu wpływowi fizycznych warunków życia, pewną rolę krzyżowaniu się już istniejących form, a szczególnie wiele używaniu lub nieużywaniu narządów, tj. skutkom przyzwyczajenia. Temu ostatniemu czynnikowi zdaje się on przypisywać wszystkie owe wspaniałe przystosowania w naturze, jak np. długą szyję żyrafy, żywiącej się gałązkami drzew. Wierzył on również w prawo postępowego rozwoju; ponieważ jednak w ten sposób wszystkie formy organiczne zdążałyby do wydoskonalenia się, przyjmuje on możność samorództwa, by wytłumaczyć istnienie w dzisiejszej epoce prostych form.

Datę pierwszej publikacji poglądów Lamarcka znalazłem w znakomitej historii poglądów na to zagadnienie podanej przez Izydora Geoffroy St. Hilaire („Histoire Katurelle Generale”, t. II, str. 405, 1859). W dziele tym znajduje się również pełne streszczenie poglądów Buffona na tę kwestię. Rzecz to ciekawa, o ile dziad mój, dr Erazm Darwin, w swej „Zoonimiia” (t. I, str. 500-510), wydanej w 1794 roku, wyprzedził zarówno poglądy, jak i błędne założenia Lamarcka. Według Izydora Geoffroya stanowczym zwolennikiem podobnych poglądów był Goethe, jak to widać ze wstępu do dzieła pisanego w latach 1794 i 1795, ale wydanego znacznie później, Goethe wyraźnie zaznacza, że w przyszłości przyrodników obchodzić będzie np. pytanie, w jaki sposób bydło nabyło rogi, ale nie na co są one mu potrzebne. Mamy tutaj zadziwiający przykład równoczesnego prawie powstawania podobnych poglądów, gdyż Goethe w Niemczech, dr Darwin w Anglii i Geoffroy St. Hilaire (jak zobaczymy poniżej) we Francji — doszli w latach 17941795 do tych samych wniosków co do pochodzenia gatunków.

Geoffroy St. Hilaire, jak to widzimy z życiorysu napisanego przez jego syna, przypuszczał już w 1795 roku, że to, co nazywamy gatunkami, są to tylko rozmaite przerodzenia jednego i tego samego typu. Dopiero jednak w 1828 roku opublikował on pogląd, że te same formy nie zachowały się bez zmiany od początku stworzenia. Główną przyczynę zmian zdawał się upatrywać w warunkach życiowych, w tym, co nazywał „le monde ambiant”. Ostrożny jednak w wyciąganiu swych wniosków nie przypuszczał, by i dziś istniejące gatunki ulegały przekształceniom. Syn jego dodaje też: „c'est donc un probleme a reserver entierement a l'avenir, suppose meme que l'avenir doive avoir prise sur lui” (jest to więc zadanie należące do przyszłości, jeżeli w ogóle przyszłość potrafi je rozwiązać). W roku 1813 doktor W. C. Wells odczytał w Royal Society notatkę pt. „Wiadomość o białej kobiecie, u której część skóry była podobna do murzyńskiej”. Notatka ta została jednak ogłoszona dopiero w 1818 roku po ukazaniu się jego znakomitych „Dwie rozprawy o rosie i o pojedynczym sposobie widzenia”. W notatce tej Wells wyraźnie uznaje zasadę naturalnego doboru, a jest to pierwszy wypadek, w którym na nią wskazano; stosuje on ją jednak tylko do ras ludzkich i do niektórych tylko cech. Wskazuje najpierw na to, że murzyni i mulaci są odporni na niektóre choroby tropikalne, a następnie stwierdza: po pierwsze, że wszystkie zwierzęta mają w pewnym stopniu dążność do zmienności, po wtóre, że rolnicy ulepszają rasy zwierząt domowych za pomocą doboru. Dodaje on wreszcie, że: „to, co w ostatnim wypadku można osiągnąć sztucznie, tak samo skutecznie — chociaż znacznie wolniej — może osiągnąć natura przy tworzeniu ras ludzkich, przystosowanych do zamieszkanych przez nie krajów. Pomiędzy zupełnie przypadkowymi odmianami, które mogły być spotykane wśród nielicznej i rozproszonej ludności środkowej Afryki, jedna mogła być lepiej od innych przystosowana do znoszenia chorób miejscowych. Wskutek tego rasa ta będzie się rozradzać, podczas gdy inne zaczną upadać, nie tylko dlatego, że nie wytrzymają konkurencji z silniejszymi sąsiadami. Na zasadzie powyższego jestem przekonany, że owa silniejsza rasa byłaby ciemna. Ponieważ ta skłonność do tworzenia odmian pozostaje, z czasem wytwarzać się będzie rasa coraz ciemniejsza; a ponieważ najciemniejsza będzie najlepiej przystosowana do klimatu, z czasem stanie się najliczniejsza, jeżeli nie wyłączna, na tym właśnie obszarze, na którym powstała”. Ten sam pogląd stosuje później autor i do białych mieszkańców zimniejszych okolic.

Wielebny W. Herbert, późniejszy dziekan Manchesteru, w czwartym tomie swych „Horticultural Transaclions” i w swym dziele „Amaryllidaceae” (1837, str. 19, 339) powiada, iż „doświadczenia ogrodnicze wykazały niezbicie, że gatunek botaniczny jest tylko wyższą i trwalszą kategorią odmiany”. Ten sam pogląd stosuje on i do zwierząt. Dziekan sądzi, że pierwotnie z każdego rodzaju stworzony został jeden niezwykłej plastyczności gatunek i że z tych gatunków, głównie przez wzajemne krzyżowanie się, lecz także i dzięki zmienności, powstały wszystkie nasze dzisiejsze gatunki.

W 1826 roku profesor Grant, w końcowym rozdziale swej znanej pracy o Spongilla („Edinburgh Philosophical Journal”, t. XIV, str. 283), wypowiada jasno przekonanie, że gatunki pochodzą od innych gatunków i że się w miarę przekształcania doskonalą. Ten sam pogląd wypowiada on w swym pięćdziesiątym piątym wykładzie drukowanym w czasopiśmie „Lancet” w 1834 roku. W 1831 roku Patrick Matthew ogłosił dzieło pt. Naval Timber and Arboriculture; podaje w nim teorię pochodzenia gatunków zupełnie zgodną z poglądami, które (jak zobaczymy) wypowiedzieliśmy Wallace i ja w „Linnean Journal”, a które w niniejszym dziele rozwinąłem. Niestety Matthew wypowiedział swój pogląd krótko, w formie urywków w dodatku do dzieła traktującego o zupełnie innych kwestiach. Przeszedł więc on niepostrzeżenie, dopóki sam nie zwrócił na niego uwagi w „Gardeners Chronicle” z dnia 7 kwietnia 1860 roku. Różnice pomiędzy naszymi poglądami nie są zbyt poważne. Pan Matthew zdaje się przypuszczać, iż w pewnych kolejnych okresach świat wyludniał się prawie zupełnie, a potem zaludniał się znowu i przyjmuje on jako alternatywę, że nowe formy mogły powstać „mimo iż nie było ani wzorów, ani zarodków dawnych zespołów”. Nie jestem pewny, czy zrozumiałem niektóre ustępy, ale zdaje się, że Matthew przypisuje wielki wpływ bezpośredniemu działaniu warunków życiowych. W każdym razie dostrzegał on jasno całe znaczenie zasady doboru naturalnego.

W swym znakomitym dziele pt. „Description Physique des lsles Canaries” (1836, str. 147) von Buch, słynny geolog i przyrodnik, jasno wypowiadał swe przekonanie, że odmiany powoli przekształcają się w trwałe gatunki, które są już niezdolne do krzyżowania się między sobą.

Rafinesque w swej „New Flora of North America” — wydanej w 1836 roku pisał:.Wszystkie gatunki mogły być niegdyś odmianami, a wiele odmian stopniowo staje się gatunkami uzyskując stałe i charakterystyczne cechy"; dalej jednak dodaje: „wyjąwszy pierwotne typy, czyli przodków rodzaju”.

Profesor Haldeman w latach 1843-1844 („Boston Journal of Natural History U. States”, t. IV str. 468) dobrze zestawił argumenty przemawiające za i przeciw hipotezie rozwoju i przekształcania się gatunków; zdaje się, iż przychyla się on ku teorii przemian.

Dzieło pt.,Vestiges of Creation" ukazało się w 1844 roku. W dziesiątym, znacznie ulepszonym wydaniu (1853) bezimienny autor mówi (str. 155): „Po dokładnej rozwadze dochodzimy do podstawowego założenia, iż rozmaite szeregi istot ożywionych, poczynając od najprostszych i najdawniejszych aż do najwyższych i najnowszych, powstały z woli Opatrzności, jako rezultat dwóch bodźców. Pierwszy, nadany ożywionym istotom, prowadzi je w ciągu określonego czasu za pomocą rozmnażania przez określone stopnie organizacji, kończące się na najwyższych dwuliściennych i kręgowcach. Stopni tych jest niewiele; zazwyczaj są one oddzielone od siebie przerwami w szeregu organicznym, co praktycznie utrudnia ustalenie powinowactwa. Drugi bodziec ma związek z siłami życiowymi, dążącymi w ciągu pokoleń do zmiany budowy ciała odpowiednio do zewnętrznych warunków, jak pokarm, charakter siedliska, czynniki meteorologiczne, co odpowiada »przystosowaniu« teologów natury”. Autor widocznie sądzi, że organizacja udoskonala się gwałtownymi skokami i że wpływ warunków zewnętrznych jest stopniowy. Na podstawie ogólnych dowodów z wielką siłą argumentacji wykazuje on, że gatunki nie są niezmiennymi tworami. Co do mnie jednak, nie mogę zrozumieć, w jaki sposób owe dwa przypuszczalne „bodźce” mogłyby naukowo wytłumaczyć liczne i zadziwiające przystosowania napotykane wszędzie w przyrodzie; nie widzę też, czy tą drogą znajdziemy wyjaśnienie, w jaki sposób np. dzięcioł przystosował się do swego szczególnego sposobu życia. Dobitny i świetny styl zjednał od razu temu dziełu szerokie rozpowszechnienie, chociaż w pierwszych wydaniach zdradzało ono brak ścisłej wiedzy i bardzo mało naukowej ostrożności. Według mego zdania, oddało ono krajowi znakomitą przysługę, zwracając uwagę na sam przedmiot, usuwając przesądy i tym sposobem przygotowując grunt do przyjęcia analogicznych poglądów.

W 1846 roku senior geologów J. Omalius d'Halloy w znakomitej, chociaż krótkiej rozprawie („Bulletins de l'Academie Royale”, t. XIII, str. 581) twierdzi, że prawdopodobniejsze jest powstawanie nowych gatunków z dawnych za pomocą przekształceń niż oddzielne stwarzanie każdego gatunku. Po raz pierwszy wypowiedział on ów pogląd jeszcze w 1831 roku.

Profesor Owen pisał w 1849 roku (w „Nature of Limbs” 1 str. 86), co następuje: „Idea pierwotypu w rozmaitych modyfikacjach ucieleśniła się na naszej planecie znacznie wcześniej, niż zaistniały zwierzęce gatunki, które ją obecnie reprezentują. Nie wiemy jednak dotychczas, jakim prawom natury lub jakim wtórnym przyczynom podlega kolejne następstwo i rozwój podobnych zjawisk organicznych”. W mowie wygłoszonej na posiedzeniu British Association w 1858 roku mówi on (str. LI) o „pewniku nieustannego działania siły twórczej, czyli o zakreślonym z góry powstawaniu istot ożywionych”. Dalej zaś (str. XC) mówiąc o rozmieszczeniu geograficznym dodaje: „Zjawiska te zachwiały naszą wiarę w przypuszczenie, że nielot z Nowej Zelandii (Apteryx) i pardwa szkocka z Anglii zostały stworzone oddzielnie na każdej wyspie i dla każdej z nich. Zresztą należy zawsze pamiętać, że dla zoologa słowo »stworzenie« oznacza proces, którego nie zna on wcale”. Wyjaśnia on dalej swój pogląd dodając, że „jeśli wypadki podobne jak z pardwą zoolog uważa za dowód oddzielnego stworzenia ptaka na tych wyspach i tylko dla tych wysp, to pragnie jedynie powiedzieć, że nie wie, w jaki sposób pardwa dostała się tam i to wyłącznie tam; wypowiadając w ten sposób swą niewiedzę zaznacza on równocześnie i wiarę w wielką Twórczą Pierwszą Przyczynę, której tak wyspy, jak i ptak zawdzięczają swe powstanie”. Jeżeli wypowiedziane w tej mowie tezy zechcemy tłumaczyć jedne przy pomocy drugich, to okaże się, że w 1858 roku znakomity ten filozof zachwiał się w swym przekonaniu, że nielot i pardwa szkocka pojawiły się tam, gdzie się obecnie znajdują „nie wiadomo jak” i na skutek procesu, „którego on nie zna wcale”.

Mowa ta wypowiedziana została już po odczytaniu w Linnean Society prac Wallace'a i mojej o powstawaniu gatunków. W chwili, gdy ukazało się pierwsze wydanie niniejszego dzieła, byłem, podobnie jak wielu innych, do tego stopnia wprowadzony w błąd takimi zwrotami, jak „nieustanna działalność Siły Twórczej” — iż zaliczałem profesora Owena, jak i wielu innych paleontologów, do najbardziej stanowczych obrońców stałości gatunków. Zdaje się jednak, że popełniłem tutaj wielką pomyłkę („Anatomy of Vertebrates”), t. III, str. 796). W ostatnim wydaniu tego dzieła na podstawie ustępu rozpoczynającego się od słów „Bez wątpienia forma typowa” (ibid., t. I, str. XXXV) doszedłem do wniosku — i wniosek ten dotychczas uważam za słuszny — iż profesor Owen przyjmował, że dobór naturalny może grać pewną rolę w tworzeniu się nowych gatunków, ale wydawało mu się to (ibid., t. III, str. 798) nieścisłe i nie poparte dowodami. Podałem również kilka wyciągów z korespondencji pomiędzy profesorem Owenem a wydawcą „London Review”, z których zarówno wydawca, jak i ja wnioskowaliśmy, iż profesor Owen sądzi, jakoby ogłosił przede mną teorię doboru naturalnego. Wyraziłem z tego powodu zdziwienie i zadowolenie zarazem, ale, o ile mogę zrozumieć niektóre wydane niedawno ustępy, miałem znowu po części lub nawet zupełnie się pomylić. Pociesza mnie jednak to, że nie tylko ja, ale i inni z trudnością mogą zrozumieć i pogodzić sprzeczności w pracach prof. Owena, Co zaś do samego opublikowania zasady doboru naturalnego, jest rzeczą obojętną, czy prof. Owen wyprzedził mnie, czy nie, gdyż obydwóch nas, jak to wykazałem w niniejszym historycznym szkicu, wyprzedzili dr Wells i Matthew.

Izydor Geoffroy St. Hilaire w swych wykładach, wygłoszonych w 1850 roku (streszczonych w „Revue et Magasin de Zoologie”, styczeń 1851), podaje pokrótce powody, które każą mu wierzyć, iż cechy gatunkowe „sont fixes pour chaque espece tant qu'elle se perpetue au milieu des memes circonstances; ils se modifient, si les circonstances ambiantes viennent a changer”.

„En resume, l'observation des animaux sauvages demontre deja la variubiltte limitee des especes. Les experiences sur les animaux sauvages devenus domestiques et sur les animaux domestiques redevenus sauvages la demontrent plus clairement encore. Ces memes experiences prouvent de plus que les differences produites peuvent etre de valeur generique” (…są stałe dla każdego gatunku, dopóki rozmnaża się on wśród tych samych warunków zewnętrznych; skoro warunki zewnętrzne się zmienią, cechy organiczne zmieniają się również). Słowem już spostrzeżenia nad dzikimi zwierzętami wykazują zmienność gatunków. Doświadczenia zaś nad udomowionymi dzikimi zwierzętami oraz nad zdziczałymi zwierzętami domowymi wykazują to jeszcze wyraźniej.

Doświadczenia te wykazują ponadto, iż powstałe różnice mogą dojść do wartości różnic rodzajowych). W swej „Histoire Naturelle Generale” (t. II, str. 430, 1859) rozwija on dokładniej podobne poglądy.

Z okólnika, który wydany został niedawno, widać, że dr Freke w 1851 roku („Dublin Medical Press”, str. 322) wypowiedział pogląd, że wszystkie istoty organiczne powstały z jednej formy pierwotnej. Podstawy jego przekonania i sam sposób traktowania przedmiotu są zupełnie od moich odmienne; ponieważ zaś sam dr Freke ogłosił w 1561 roku swoją pracę „The Origin of Species by means of Organic Affinity”. Byłoby zbyteczne podejmować tutaj ciężki trud streszczenia, jego poglądów.

Herbert Spencer w jednym ze swych studiów (opublikowanym pierwotnie w czasopiśmie „Leader” z marca 1852 roku, a wydanym powtórnie w jego „Essays” w 1858 roku) z niezwykłą zręcznością i siłą przeciwstawił teorię stworzenia teorii rozwoju istot organicznych. Na podstawie analogii z tworami hodowli, na podstawie zmian, którym ulegają zarodki wielu gatunków, na podstawie trudności odróżniania gatunków i odmian oraz z zasady powszechnego stopniowania wnioskuje, że gatunki ulegały przekształceniom. Przekształcenia te przypisuje on zmianie warunków zewnętrznych. Ten sam autor oparł swą „Psychologię” (1855) na zasadzie konieczności stopniowego zdobywania każdej siły i zdolności umysłowej.

Znakomity botanik Naudin w doskonałej pracy o powstawaniu gatunków („Revue Horticole”, str. 102, później przedrukowana częściowo w „Nouvelles Archives du Museum”, t. I, str. 171) już w 1852 roku wypowiedział wyraźnie przekonanie, że gatunki powstały w podobny sposób jak odmiany hodowlane, których powstanie przypisuje on wpływowi doboru przeprowadzanego przez człowieka.

Nie wyjaśnia on jednak, w jaki sposób działa dobór w przyrodzie. Przypuszcza, podobnie jak dziekan Herbert, że powstające gatunki były bardziej plastyczne niż obecnie. Kładzie on też nacisk na to, co nazywa zasadą celowości, „puissance mysterieuse, indeterminee, fatalite pour les uns, pour les autres volonte providentielle, dont l'action incessante sur les etres vivantes determine a toutes les epoques de l'existence du monde, la forme, le volume et la duree de chacun d'eux, en raison de sa destinee dans l'ordre de choses dont il fait partie. C'est cette puissance qui harmonise chaque membre a l'ensemble en l'appropriant a la fonction qu'il doit remplir dans l'organisme general de la nature, fonction qui est pour lui sa raison d'etre” (Siła tajemnicza, nieokreślona, dla jednych fatalna, dla innych wola opatrznościowa, której ciągły wpływ na istoty żyjące określa po wszystkie czasy ich kształt, wielkość i trwanie każdej z nich, zgodnie z ich przeznaczeniem w porządku rzeczy, których część składową stanowią. Jest to ta siła, która harmonijnie łączy każdy człon z całością, przystosowując go do czynności, którą ma on spełniać w ogólnym organizmie przyrody i która jest jego racją bytu).

W 1853 roku słynny geolog hrabia Keyserling („Bulletin de la Societe Geologique”, ser. II, t. X, str. 357) rzucił myśl, że podobnie jak w rozmaitych czasach nowe choroby, wywołane przypuszczalnie wpływem miazmatów, powstały i rozprzestrzeniły się po świecie, tak też w pewnych okresach zarodki istniejących gatunków mogły ulec wpływom chemicznym otaczających specjalnych drobin i w ten sposób dać początek nowym formom.

Z cytatów podanych przez Bronna w jego „Untersuchungen uber die Entwickelungsgesetze” okazuje się, że sławny botanik i paleontolog Unger w 1852 roku wypowiedział przekonanie, iż gatunki mogą się rozwijać i przekształcać. Podobne zdanie wypowiedział w 1821 roku Daiton przytaczany w pracy Pandera i Daltona o kopalnych leniwcach. Rzecz znana, że analogicznych poglądów trzymał się Oken w swej mistycznej „Natur-Philosophie”. Z innych cytat w dziele Godrona „Sur l'Espece” zdaje się wynikać, że Bory St. Vincent, Burdach, Poiret i Fries przypuszczali, że nowe gatunki ustawicznie powstają na nowo. Mogę tutaj dodać, że z trzydziestu czterech autorów, przekonanych o zmienności gatunków lub przynajmniej niewierzących w oddzielne akty stworzenia, a wspomnianych w niniejszym szkicu historycznym, dwudziestu siedmiu publikowało prace ze specjalnych gałęzi historii naturalnej lub geologii.

W tym samym roku 1853 dr Schaaffhausen napisał doskonały artykuł, w którym dowodzi postępowego rozwoju form organicznych na ziemi. Wskazuje on, że wiele gatunków przetrwało długi czas bez zmiany, gdy niewielka ilość innych uległa przekształceniu. Wyodrębnienie się gatunków tłumaczy Schaaffhausen wygaśnięciem pośrednich form przejściowych. „Tak więc obecnie żyjące rośliny i zwierzęta nie są oddzielone od wygasłych nowymi aktami stworzenia, ale powinny być uważane za ich potomstwo powstałe drogą nieprzerwanego rozrodu”.

Znany botanik francuski Lecoq pisze w 1854 roku („Etudes sur Geographie Botanique”, t. I, str. 250): „On voit que nos recherches sur la fixite ou la variation de l'espece nous conduisent directement aux idees emises par deux hommes justement celebres, Geoffroy Saint-Hilaire et Goethe”. Kilka innych ustępów rozrzuconych w obszernym dziele Lecoqa wzbudza jednak pewną wątpliwość, jak daleko sięgały jego poglądy na przekształcanie gatunków.

Wielebny Baden Powell znakomicie opracował „Filozofię stworzenia” w swoich „Essays on the Unity of Worlds”, wydanych w 1855 roku. Trudno dobitniej od niego wykazać, że pojawienie się nowego gatunku jest „zjawiskiem prawidłowym, a nie przypadkowym” lub — jak powiada Sir J.Herschel — „procesem naturalnym w przeciwieństwie do cudownego”.

Trzeci tom czasopisma „Journal of Linnean Society” zawiera prace czytane 1 lipca 1858 roku przez Wallace'a i przeze mnie, w których — jak to wskazano w uwagach wstępnych do niniejszego dzieła — Wallace z zadziwiającą jasnością i siłą przedstawił teorię doboru naturalnego.

Von Baer, uczony bardzo szanowany przez wszystkich zoologów, wyraził około 1859 roku przekonanie (por. prof. Rudolph Wagner, „Zoologisch-Anthropologische Untersuchungen”, 1861, str. 51), oparte głównie na prawach rozmieszczenia geograficznego, że formy dziś całkowicie odrębne pochodzą od jednej formy rodzicielskiej.

W czerwcu 1859 roku profesor Huxley miał w „Royal Institution” odczyt pt. „O trwałych typach świata zwierzęcego”. Nawiązując do takich przypadków powiada: „Trudno zrozumieć znaczenie podobnych faktów, jeżeli przypuścimy, że każdy gatunek zwierzęcy lub roślinny albo też każdy wielki typ organizacji był stwarzany i umieszczany na powierzchni ziemi w długich odstępach czasu przez oddzielny akt siły twórczej; wypadałoby też przypomnieć tutaj, że takie przypuszczenie sprzeciwia się zarówno tradycji, jak i objawieniu, jak wreszcie ogólnej analogii dostrzeganej w przyrodzie. Jeżeli z drugiej strony rozpatrywać będziemy »typy trwałe« z punktu widzenia hipotezy, która zakłada, że gatunki żyjące w jakiejkolwiek epoce są rezultatem stopniowych przekształceń dawniejszych gatunków — hipotezy, nie udowodnionej wprawdzie i mocno wypaczonej przez niektórych jej zwolenników, ale jedynej, której fizjologia użyczyć może swego poparcia — to istnienie tych typów zdaje się wskazywać, że zakres przekształceń, którym uległy istoty żyjące w okresie geologicznym, jest całkiem niewielki w porównaniu do całości przemian, których doświadczały”.

W grudniu 1859 roku dr Hooker wydał swoją „Introduction to the Australian Flora”. W pierwszej części tego wielkiego dzieła przyznaje on słuszność teorii pochodzenia i przekształcania się gatunków i popiera ją licznymi własnymi spostrzeżeniami.

Niniejsze dzieło wydane zostało po raz pierwszy 24 listopada 1859 roku; drugie wydanie wyszło 7 stycznia 1860 roku.

Wstęp

Gdy jako przyrodnik podróżowałem na statku J. K. M. „Beagle”, bardzo mnie zainteresowały niektóre fakty dotyczące rozmieszczenia istot organicznych zamieszkujących Amerykę Południową oraz związków geologicznych pomiędzy obecnymi i byłymi mieszkańcami tej części świata. Fakty te, jak zobaczymy w dalszych rozdziałach niniejszego dzieła, rzucają, zdaje się, pewne światło na powstawanie gatunków, ową tajemnicę tajemnic, jak je nazwał jeden z naszych największych filozofów. Po powrocie z podróży wpadło mi w 1837 roku na myśl, że zbierając cierpliwie materiał i rozważając wszystkie fakty mające związek z tą kwestią, będę mógł się cokolwiek przyczynić do jej rozwiązania. Po pięciu latach pracy pozwoliłem sobie na pewne uogólnienia tego zagadnienia i streściłem je w kilku krótkich notatkach. W 1844 roku rozszerzyłem te notatki i naszkicowałem wnioski, które mi się naówczas wydały prawdopodobne. Od tego czasu aż do dnia dzisiejszego zajmowałem się bezustannie tym przedmiotem. Spodziewam się, że czytelnicy wybaczą mi te osobiste szczegóły; podaję je tylko, aby wykazać, że nie przystępowałem pospiesznie do wyciągania konkluzji. Obecnie (1859 roku) dzieło moje jest na ukończeniu. Ponieważ jednak potrzeba mi jeszcze wielu lat do jego uzupełnienia, a zdrowie moje jest niezbyt mocne, zachęcono mnie do opublikowania niniejszego wyciągu. Robię to tym chętniej, że p. Wallace, który studiuje obecnie historię naturalną Archipelagu Malajskiego, doszedł w sprawie powstawania gatunków do prawie tych samych ogólnych wniosków, co i ja. W 1858 roku przesłał on na moje ręce rozprawę na ten temat z prośbą o doręczenie jejSir Karolowi Lyellowi. Sir K. Lyell posłał rozprawę do Linnean Society i wydrukowano ją w trzecim tomie pisma tego Towarzystwa.

Sir K. Lyell i dr Hooker, którym znana była moja praca — ostatni z nich czytał mój szkic z 1844 roku — zaszczycili mnie radą, bym równocześnie ze znakomitą rozprawą Wallace'a podał do druku krótki wyciąg z moich rękopisów.

Wyciąg, który tu przedstawiam, musi z konieczności być niedoskonały. Na poparcie wielu moich twierdzeń nie mogę się powołać tu ani na cytaty, ani na autorytety naukowe i liczyć tylko muszę na to, że czytelnik zechce mieć zaufanie do mojej ścisłości. Bez wątpienia wkradły się do mego dzieła pomyłki, chociaż zawsze starałem się dowierzać tylko najbardziej wiarogodnym autorytetom. Mogę więc podać tu jedynie ogólne wnioski, do których doszedłem, i zilustrować je kilkoma tylko faktami. Spodziewam się jednak, że w większości przypadków fakty te wystarczą. Nikt lepiej ode mnie nie pojmuje, jak niezbędne jest późniejsze szczegółowe ogłoszenie wszystkich faktów i cytat, na których oparłem moje wnioski, i spodziewam się, że będę mógł tego dokonać w przyszłej pracy. Wiem bowiem dobrze, że do każdego prawie punktu dyskutowanego w tej książce można by przytoczyć fakty, które mogłyby pozornie doprowadzić do innych zupełnie wniosków niż te, do których ja doszedłem. Właściwy rezultat można otrzymać tylko przez pełne zestawienie faktów i argumentów przemawiających za i przeciw każdej kwestii; to zaś jest tutaj niemożliwe.

Żałuję mocno, że z braku miejsca nie mogę wyrazić tutaj podziękowania za szlachetną pomoc, udzieloną mi przez wielu przyrodników, z których niejednego nie znałem nawet osobiście. Nie mogę jednak pominąć sposobności, by wypowiedzieć, jak głęboko jestem zobowiązany dr Hookerowi, który przez piętnaście ostatnich lat wspierał mnie na wszystkie możliwe sposoby swą bogatą wiedzą i bystrością swego sądu.

Zastanawiając się nad powstawaniem gatunków pojmiemy łatwo, że przyrodnik, który bada wzajemne powinowactwo istot organicznych, ich stosunki w okresie zarodkowym, ich rozmieszczenie geograficzne, ich geologiczne następstwo i inne podobne fakty, dojść może do wniosku, że gatunki nie zostały stworzone oddzielnie, ale, tak jak odmiany, powstały z innych gatunków. Wniosek ten jednak, choćby nawet dobrze uzasadniony, nie wystarczy jeszcze, dopóki nie zostanie wykazane, w jaki sposób niezliczone gatunki zamieszkujące powierzchnię ziemi zostały tak przekształcone, iż uzyskały ową doskonałość budowy i przystosowania, które słusznie budzą w nas podziw. Przyrodnicy wskazują zawsze na warunki zewnętrzne, jak klimat, pożywienie itd., jako na jedynie możliwe przyczyny zmienności. Zobaczymy później, że w jednym ograniczonym sensie zdanie to może być słuszne; byłoby jednak nierozsądne przypisywać jedynie wpływowi warunków zewnętrznych całą budowę np. dzięcioła, którego nogi, ogon, dziób i język tak zadziwiająco są przystosowane do łowienia owadów pod korą drzew. Również co do jemioły czerpiącej swe pożywienie z pewnych drzew, której nasiona muszą być roznoszone przez pewne ptaki, a rozdzielnopłciowe kwiaty potrzebują do zapłodnienia pomocy określonych owadów, przenoszących pyłek z jednego kwiatu na drugi — i w tym wypadku byłoby równie nierozsądnie chcieć wytłumaczyć całą budowę tej pasożytnej rośliny i jej stosunki z rozmaitymi istotami żywymi li tylko przez wpływ warunków zewnętrznych albo przez przyzwyczajenie lub przez wolę samej rośliny.

Jest więc rzeczą niezwykłej wagi dojść do jasnego zrozumienia sposobów przekształcania i przystosowywania. Już na początku mych spostrzeżeń wydawało mi się prawdopodobne, że staranne badania zwierząt domowych i roślin uprawnych dadzą mi najlepszą sposobność do wyjaśnienia tego zawiłego zagadnienia. Oczekiwania mnie nie zawiodły; w tym bowiem, jak i we wszystkich zawikłanych wypadkach nieodmiennie znajdowałem, iż jakkolwiek niedokładna jest nasza znajomość zmian pod wpływem hodowli, daje ona nam jednak najlepszą i najpewniejszą nić przewodnią. Dlatego też nie waham się wypowiedzieć tutaj mego przekonania o wielkiej doniosłości podobnych studiów, chociaż przyrodnicy często je zaniedbywali.

Z tych względów pierwszy rozdział niniejszych materiałów poświęcam zmienności w stanie udomowienia. Przekonamy się tam, jak szeroki może być zakres przekształceń dziedzicznych i — co jest również ważne lub nawet ważniejsze — zobaczymy, jak wielka jest potęga człowieka, który drogą doboru gromadzi szereg kolejnych, drobnych zmian. Następnie przejdę do zmienności gatunków żyjących w stanie naturalnym. Z żalem jednak będę zmuszony traktować ten przedmiot zbyt pobieżnie, gdyż nie mógłbym tutaj, jakby należało, przytoczyć długiego spisu faktów. Będziemy jednak w stanie omówić, jakie warunki najbardziej sprzyjają zmienności. W następnym rozdziale rozpatrywać będziemy walkę o byt pomiędzy wszystkimi istotami organicznymi na ziemi, nieuchronnie wynikającą z ich rozmnażania się w postępie geometrycznym. Jest to teoria Malthusa zastosowana do całego królestwa zwierzęcego i roślinnego. Ponieważ w każdym gatunku rodzi się daleko więcej osobników, niż może przeżyć i ponieważ na skutek tego powstaje pomiędzy nimi walka o byt, osobnik, który pod wpływem skomplikowanych i nieraz zmiennych warunków zmieni się nieznacznie, lecz w sposób korzystny dla siebie, będzie miał więcej widoków na utrzymanie się przy życiu i w ten sposób ulegnie działaniu doboru naturalnego. Na zasadzie zaś potężnego prawa dziedziczności każda taka wyselekcjonowana odmiana będzie dążyć do przekazania potomstwu swej nowej, zmienionej postaci.

To zasadnicze zagadnienie doboru naturalnego omawiane będzie dość obszernie w rozdziale czwartym. Zobaczymy tam, jak dobór naturalny w sposób prawie nieuchronny powoduje wymieranie form mniej doskonałych i prowadzi do tego, co nazwałem rozbieżnością cech.

W następnym rozdziale zajmę się skomplikowanymi i mało znanymi prawami zmienności. W pięciu następnych rozdziałach rozstrząsać będę najpoważniejsze i najistotniejsze trudności, które napotyka nasza teoria; a mianowicie: po pierwsze — trudności przechodzenia, czyli w jaki sposób prosta istota lub nieskomplikowany narząd może się zmienić i wydoskonalić w istotę wysoko zorganizowaną lub w narząd bardziej skomplikowany; po wtóre — kwestia instynktu, czyli władz umysłowych zwierząt; po trzecie — zagadnienie mieszańców, czyli niepłodność gatunków i płodność odmian przy ich krzyżowaniu; po czwarte — niedostateczność danych geologicznych. W dalszym rozdziale zajmę się geologicznym następstwem istot organicznych w czasie, w dwunastym i trzynastym — ich geograficznym rozmieszczeniem w przestrzeni, w czternastym — ich klasyfikacją, czyli wzajemnym pokrewieństwem istot tak w stanie dojrzałym, jak zarodkowym. Ostatni wreszcie rozdział zawierać będzie streszczenie całego dzieła i kilka uwag końcowych.

Nikogo nie powinno dziwić, że tyle jeszcze pozostaje nie wyjaśnionych punktów w sprawie pochodzenia gatunków i odmian. Dosyć tylko uprzytomnić sobie, jak głęboka jest jeszcze nasza nieznajomość wzajemnych stosunków otaczających nas istot. Któż jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego jeden gatunek jest bardzo liczny i rozpowszechniony na wielkiej przestrzeni, dlaczego inny, pokrewny mu, jest rzadki i ma niewielki zasięg? A tymczasem stosunki te są niezmiernie ważne, gdyż od nich zawisła obecna pomyślność i, jak przypuszczam, przyszłe powodzenie i przekształcanie każdego mieszkańca tej ziemi. Jeszcze mniej wiemy o wzajemnych stosunkach niezliczonych mieszkańców ziemi podczas ubiegłych epok geologicznych. Chociaż wiele rzeczy jest i długo jeszcze pozostanie nie wyjaśnionych, to jednak na podstawie najskrupulatniejszych badań i najbezstronniejszego sądu, do jakiego jestem zdolny, nie wątpię bynajmniej, że pogląd wyznawany dotychczas przez większość przyrodników i podzielany dawniej przeze mnie, a mianowicie, że każdy gatunek został stworzony oddzielnie, jest błędny. Jestem całkowicie przekonany, że gatunki są zmienne i że gatunki należące do jednego tak zwanego rodzaju są w prostej linii potomkami jakiegoś innego, zazwyczaj wygasłego gatunku, tak samo jak uznane odmiany jakiegoś jednego gatunku są pochodnymi tego gatunku. Jestem prócz tego przekonany, że dobór naturalny był najważniejszym, chociaż nie wyłącznym czynnikiem przekształcania gatunków.

Rozdział I

Zmienność w stanie udomowienia

Przyczyny zmienności — Wpływ przyzwyczajenia oraz używania lub nieużywania narządów — Zmienność korelacyjna — Dziedziczność — Cechy odmian hodowlanych — Trudność odróżniania odmian i gatunków — Pochodzenie odmian hodowlanych od jednego lub kilku gatunków — Gołębie domowe, ich różnorodność i pochodzenie — Od dawna stosowane zasady doboru i ich skutki — Dobór świadomy i nieświadomy — Nieznane pochodzenie naszych roślin i zwierząt hodowlanych — Okoliczności sprzyjające człowiekowi w stosowaniu doboru

Przyczyny zmienności

Jeżeli porównamy osobniki tej samej odmiany lub pododmiany od dawna hodowanych roślin lub zwierząt, to najpierw uderzy nas fakt, że zazwyczaj różnice pomiędzy nimi są większe niż pomiędzy osobnikami jakiegokolwiek gatunku lub odmiany żyjącej w stanie natury. A jeżeli uprzytomnimy sobie wielką rozmaitość hodowanych roślin i zwierząt, które z biegiem czasu ulegały przekształceniom w najrozmaitszych warunkach klimatu i oddziaływania, to musimy dojść do wniosku, że ta wielka zmienność powstała stąd, iż były one hodowane w warunkach życiowych nie tak jednorodnych, a nieraz trochę odmiennych od tych, w jakich żyły ich gatunki rodzicielskie w stanie natury. Wydaje się też do pewnego stopnia prawdopodobny pogląd Andrzeja Knighta, że zmienność ta może być po części związana z nadmiarem pokarmu. Wydaje się jasne, że aby nastąpiły widoczne zmiany, istoty organiczne muszą podlegać działaniu nowych warunków przez kilka pokoleń. Jasne jest także, że skoro budowa raz zaczęła się zmieniać, zmienia się już zwykle w ciągu wielu pokoleń. Nie znamy wypadku, w którym zmienny organizm przestałby się zmieniać pod wpływem wychowu. Nasze najstarsze rośliny uprawne, jak np. pszenica, ciągle tworzą nowe odmiany; nasze najdawniej udomowione zwierzęta również i dziś jeszcze są zdolne do szybkiego doskonalenia albo przekształcania się.

O ile mogę sądzić po długim badaniu tego zagadnienia, warunki życiowe mogą oddziaływać w dwojaki sposób: bezpośrednio, na cały organizm czy tylko na niektóre jego części, i pośrednio, wywierając wpływ na układ rozrodczy. Co do bezpośredniego oddziaływania musimy pamiętać — jak to ostatnimi czasy twierdził profesor Weismann i jak ja przygodnie utrzymywałem w moim dziele „Variation under Domestication” — że w każdym wypadku działają dwa czynniki, a mianowicie: charakter samego organizmu i charakter warunków. Pierwszy wydaje się nam o wiele ważniejszy dlatego, że odmiany prawie zupełnie podobne powstają niekiedy pod wpływem warunków, o ile sądzić można, różnych, i z drugiej strony, że odmiany niepodobne powstają pod wpływem warunków, jak się zdaje, niemal jednakowych. Oddziaływanie na potomstwo może być określone lub nieokreślone. Można je uważać za określone, gdy całe lub prawie całe potomstwo osobników, pozostających przez szereg pokoleń pod wpływem określonych warunków, zmieniło się w taki sam określony sposób. Niezwykle trudno dojść do jakiegokolwiek wniosku co do zakresu zmian, wytworzonych w taki określony sposób. Natomiast zdarzają się pewne niewielkie zmiany, co do których nie może być żadnej wątpliwości, jak np. wpływ nadmiaru pożywienia na wielkość, charakteru pożywienia na barwę, klimatu na grubość skóry i owłosienie, itp. Każda z niezliczonych odmian upierzenia naszego ptactwa domowego musiała mieć pewną przyczynę wywołującą, a jeżeliby ta sama przyczyna oddziaływała jednakowo przez długi szereg pokoleń na wiele osobników, to prawdopodobnie wszystkie przekształciłyby się w ten sam sposób. Takie fakty, jak powstawanie skomplikowanych i niezwykłych narośli po wpuszczeniu najdrobniejszej kropli jadu przez owady powodujące tworzenie się galasów, wykazują nam, jak zadziwiające przekształcenia mogą powstawać u roślin pod wpływem chemicznej zmiany soków.

Zmienność nieokreślona jest znacznie częstszym wynikiem zmiany warunków niż zmienność określona, toteż prawdopodobnie grała o wiele ważniejszą rolę przy tworzeniu się naszych ras domowych. Zmienność nieokreślona przejawia się w mnóstwie drobnych właściwości, którymi się różnią osobniki tego samego gatunku i których nie można kłaść na karb dziedziczenia po jednym z rodziców lub po jakichś odleglejszych przodkach. Wyraźne różnice mogą nawet wystąpić niekiedy pomiędzy młodymi z jednego miotu lub nasionami z jednej zalążni. W znacznych odstępach czasu pomiędzy milionami osobników wyrosłych w tej samej okolicy, spożywających ten sam prawie pokarm, pojawiają się osobniki z tak wybitnymi odchyleniami w budowie, że można by je nazwać potwornościami, chociaż nie sposób przeprowadzić wyraźnej linii demarkacyjnej między potwornościami a mniej wybitnymi zmianami. Wszystkie te zmiany w budowie, niezmiernie słabe czy też bardzo wybitne, występujące wśród wielu razem żyjących osobników, można uważać za rezultat nie określonego bliżej działania warunków życia na organizm każdego osobnika, podobnie jak zimno działa rozmaicie na różnych ludzi, stosownie do stanu ich zdrowia i konstytucji, wywołując u jednych kaszel lub katar, u innych reumatyzm albo zapalenie rozmaitych narządów.

Jeśli chodzi o to, co nazwałem pośrednim oddziaływaniem zmiany warunków, a mianowicie ich wpływ na narządy rozrodcze, to o istnieniu jego możemy wnioskować po części z niezmiernej wrażliwości tych narządów na wszelką zmianę warunków, po części zaś — jak zauważył Kolreuter i inni — z podobieństwa, które zachodzi pomiędzy zmiennością wynikającą z krzyżowania odrębnych gatunków a zmiennością zwierząt i roślin hodowanych w nowych lub sztucznych warunkach.

Wiele faktów świadczy o niezmiernej wrażliwości narządów rozrodczych na wszelkie, najdrobniejsze nawet, zmiany w otaczających warunkach. Nic łatwiejszego niż oswojenie zwierzęcia, ale nic trudniejszego niż doprowadzenie go do rozmnażania się w niewoli nawet wtedy, gdy następuje skojarzenie się osobników obu płci. Ileż to zwierząt nie rozmnaża się wcale, pomimo że trzymane są prawie zupełnie na wolności. Powszechnie, chociaż mylnie, tłumaczą ten fakt przez wyrodzenie się instynktu. Wiele uprawnych roślin bujnie rośnie, a pomimo to rzadko lub wcale nie wydaje nasion. W kilku wypadkach przekonano się, że nieznaczna zmiana, jak np. cokolwiek większa lub mniejsza ilość wody w pewnym okresie wzrostu, stanowi o tym, czy roślina wyda nasiona czy nie. Nie mogę tu wdawać się w szczegóły, które zebrałem i ogłosiłem gdzie indziej, ale żeby wykazać, jak osobliwe są prawa kierujące rozmnażaniem się zwierząt w niewoli, przytoczę fakt, że zwierzęta drapieżne, nawet ze strefy gorącej, z łatwością rozmnażają się u nas — z wyjątkiem rodziny niedźwiedziowatych, które rzadko tylko miewają młode — podczas gdy ptaki drapieżne niezmiernie rzadko znoszą w niewoli zapłodnione jaja. Wiele roślin egzotycznych wydaje, tak jak najbardziej jałowe mieszańce, pyłek zupełnie niezdolny do zapłodnienia. Skoro więc z jednej strony widzimy, że zwierzęta i rośliny domowe, nieraz słabe i wątłe, rozmnażają się należycie w niewoli, skoro z drugiej strony obserwujemy, że osobniki schwytane za młodu w stanie dzikim i całkowicie oswojone mogą żyć długo i zdrowo (na co mogę przytoczyć wiele przykładów), a mimo to ich narządy rozrodcze wskutek nieuchwytnych przyczyn zmieniły się tak dalece, że stały się niezdolne do funkcjonowania — nie może nas dziwić, że jeżeli narządy te spełniają swą czynność w niewoli, czynić to mogą w sposób nieprawidłowy i wytwarzać potomstwo niezupełnie podobne do rodziców. Dodam tu jeszcze, że podobnie jak niektóre organizmy mogą się rozmnażać przy najbardziej sztucznych warunkach (np. króliki i fretki trzymane w klatkach), co dowodziłoby, że ich narządy rozrodcze niełatwo mogą być naruszone, tak też niektóre zwierzęta i rośliny opierają się wpływowi udomowienia oraz hodowli i zmieniają się bardzo nieznacznie, być może nie wiele więcej niż w stanie natury.

Niektórzy przyrodnicy utrzymywali, że wszystkie objawy zmienności mają związek z aktem rozmnażania płciowego, ale zdanie to jest niewątpliwie mylne. W innym dziele podałem długą listę tzw. sportów „sporting plants”, jak je nazywają ogrodnicy angielscy, tj. roślin, na których nagle powstaje pączek o nowych i niekiedy zupełnie odmiennych cechach niż inne pączki tejże rośliny. Te wariacje pączkowe, jakby je można nazwać, dadzą się rozmnażać za pomocą szczepienia, sadzonkowania itp., a niekiedy nawet za pomocą nasion. W naturze spotyka się je rzadko, ale w hodowli nie są one bynajmniej rzadkie. Ponieważ widzimy tutaj, że jeden z tysiąca pączków wyrastających corocznie na tym samym drzewie nabył nagle nową cechę, ponieważ wiemy dalej, że pączki drzew rosnących w niejednakowych warunkach dają czasami początek prawie jednakowej odmianie — na przykład pączki brzoskwini, z których wyrastają nektaryny, lub pączki róży zwyczajnej, z których powstają róże omszone — zrozumiemy łatwo, że przy określaniu każdej formy zmienności natura otaczających warunków gra podrzędną rolę w porównaniu z naturą organizmu. Wpływ tej pierwszej nie jest, być może, większy niż wpływ natury iskry zapalającej ciało palne na naturę płomienia.

Wpływ przyzwyczajenia oraz używania lub nieużywania narządów. Zmienność korelacyjna. Dziedziczność

Zmiana przyzwyczajeń wywołuje dziedziczne zmiany, jak to widzimy u roślin, które zmieniają czas kwitnienia, jeżeli się je przenosi z jednego klimatu do drugiego. U zwierząt używanie lub nieużywanie narządów wywarło wpływ jeszcze bardziej widoczny. Na przykład przekonałem się, że kości skrzydeł kaczki domowej ważą mniej, a kości nóg więcej w stosunku do całego szkieletu niż te same kości kaczki dzikiej, a zmianę tę trzeba oczywiście przypisać temu, że kaczka domowa mniej lata, a więcej biega niż jej dzicy przodkowie. Innym przykładem skutków używania narządów jest prawdopodobnie silny i dziedziczny rozwój wymion u krów i kóz w tych krajach, gdzie się je zwykle doi, w porównaniu do wymion tych zwierząt w innych krajach. Pomiędzy naszymi zwierzętami domowymi nie ma ani jednego, które by w tym lub owym kraju nie miało obwisłych uszu; prawdopodobnie fakt ten da się wytłumaczyć nieużywaniem mięśni ucha, gdyż zwierzęta te rzadko bywają niepokojone.

Zmienność podlega wielu prawom: niektóre z nich niejasno już się zarysowują i później je pokrótce rozpatrzymy. Tutaj chcę tylko wspomnieć o tym, co można by nazwać zmiennością korelacyjną. Istotne zmiany w zarodku lub larwie prawdopodobnie pociągną za sobą zmiany u dojrzałego zwierzęcia. W przypadku potworności występują bardzo ciekawe korelacje pomiędzy zupełnie różnymi narządami. Geoffroy St. Hilaire podał w swym wielkim dziele wiele tego rodzaju przykładów. Hodowcy utrzymują, że długim nogom odpowiada zawsze wydłużona głowa. Niektóre przykłady korelacji są zgoła fantastyczne. Na przykład całkowicie białe koty z niebieskimi oczyma są zazwyczaj głuche; niedawno jednak Tait wykazał, że odnosi się to tylko do samców. Barwa idzie w parze z właściwościami ustrojowymi, na co można by znaleźć wiele ciekawych dowodów u zwierząt i roślin. Z faktów zebranych przez Heusingera widać, że niektóre rośliny szkodzą białym owcom i świniom, a są nieszkodliwe dla osobników ubarwionych ciemno. Profesor Wyman dostarczył mi niedawno dobrą ilustrację tego faktu. Pytał on kilku farmerów w Wirginii, dlaczego wszystkie ich świnie są czarne, i otrzymał odpowiedź, że wszystkie te zwierzęta jedzą korzeń rośliny Lachnanthes; korzeń ten barwi kości na różowo i powoduje odpadanie kopyt u wszystkich odmian inaczej zabarwionych. Jeden z tych „crackers” (tzn. osadników w Wirginii) mówił: „dobieramy z każdego miotu tylko czarne prosięta, gdyż tylko takie mogą się wychować”. Bezwłose psy mają niezupełnie rozwinięte uzębienie; zwierzęta z długą i grubą sierścią mają podobno długie lub rozgałęzione rogi. Gołębie o opierzonych nogach posiadają błonę pomiędzy zewnętrznymi palcami, gołębie o krótkim dziobie mają krótkie nogi, a gołębie z długim dziobem długie nogi. Dlatego też, kiedy człowiek zechce za pomocą doboru uwydatnić jakąkolwiek cechę zwierzęcia, zmienia on równocześnie mimowoli na skutek owych tajemniczych praw korelacji i inne szczegóły organizacji.

Nieskończenie zawikłane i różnorodne są wyniki rozmaitych nie znanych lub tylko niedokładnie znanych praw rządzących zmiennością. Warto też szczegółowo przestudiować rozmaite rozprawy o niektórych naszych roślinach od dawna uprawianych, jak hiacynt, ziemniak, a nawet georginia itp.; istotnie zadziwi nas wówczas, jak nieskończenie wiele jest w budowie i organizacji roślin szczegółów, którymi nieznacznie różnią się od siebie odmiany i pododmiany. Cała organizacja stała się jakby plastyczna i powoli, nieznacznie oddala się od typu rodzicielskiego.

Wszelka zmiana niedziedziczna nie ma dla nas znaczenia; ale dziedziczne odchylenia budowy o małej lub wielkiej doniosłości fizjologicznej są niezmiernie liczne i rozmaite. Dzieło dra Prospera Lucasa, wydane w dwóch obszernych tomach, jest najlepszą i najpełniejszą pracą w tym przedmiocie. Żaden hodowca nie wątpi, że skłonność do dziedziczenia jest silna; „podobne rodzi podobne” jest ich zasadniczym przekonaniem; wątpliwości w tej kwestii wysuwali tylko teoretycy. Jeżeli pewne odchylenie w budowie pojawia się często i jeżeli widzimy je u ojca i u dziecka, to nie możemy wiedzieć, czy nie jest ono rezultatem oddziaływania na nie takich samych wpływów. Jeżeli jednak wśród mnóstwa osobników żyjących, jak się nam wydaje, w tych samych warunkach pojawi się u formy rodzicielskiej — powiedzmy u jednej na kilka milionów osobników — jakieś rzadkie odchylenie wywołane jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności i jeżeli to odchylenie powtórzy się znowu u potomstwa, już sama reguła prawdopodobieństwa nakazuje nam szukać przyczyny tego zjawiska w dziedziczności. Każdy z nas słyszał o wypadkach albinizmu, szorstkości skóry, porośnięciu całego ciała włosami, które to przypadki powtarzały się u różnych członków tej samej rodziny. Jeżeli zatem dziwaczne i rzadkie odchylenia w budowie są istotnie dziedziczne, to tym bardziej da się to powiedzieć o odchyleniach mniej dziwacznych, zwyklejszych. Dlatego też słuszne byłoby może ujęcie całej tej kwestii w twierdzeniu, że dziedziczenie wszelkich cech jest regułą, niedziedziczenie zaś wyjątkiem.

Praw rządzących dziedzicznością przeważnie nie znamy. Nikt nie wie, dlaczego u rozmaitych osobników tego samego gatunku lub różnych gatunków ta sama właściwość raz jest dziedziczna, drugi raz nie, dlaczego dziecko często wraca do pewnych cech dziadka lub babki, albo odleglejszego przodka i dlaczego pewne właściwości przechodzą często z jednej płci na obie albo tylko na jedną i to najczęściej, chociaż nie wyłącznie, na tę samą płeć? Jest faktem dla nas dość ważnym, że właściwości występujące u samców naszych ras domowych całkowicie lub w znacznej części przechodzą tylko na samce. Jeszcze ważniejsza jest reguła, której jak sądzę należy ufać, że jeżeli jakaś cecha wystąpi u rodziców w jakimś określonym wieku, to u potomków pojawi się ona znowu w tym samym wieku lub niekiedy nieco wcześniej. W niektórych wypadkach inaczej być nawet nie może. Na przykład przekazujące się dziedzicznie właściwości rogów u bydła może wystąpić dopiero wtedy, gdy potomstwo dojdzie do dojrzałości; właściwości jedwabnika występują dopiero w odpowiednim stadium: gąsienicy lub poczwar-ki. Wszakże dziedziczne choroby i niektóre inne fakty każą mi przypuszczać, że reguła ta ma szersze zastosowanie i że tam, gdzie nie ma specjalnych powodów, by pewna właściwość wystąpiła w oznaczonym okresie życia, ma ona dążność do wystąpienia u potomka w tym samym okresie, w którym po raz pierwszy wystąpiła u przodka. Przypuszczam, że reguła ta ma największe znaczenie przy wyjaśnianiu praw embriologii. Uwagi te stosują się oczywiście tylko do pierwszego pojawienia się cechy, nie zaś do pierwotnej przyczyny, która mogła wpływać na jajo lub na plemnik. Jakkolwiek więc wydłużenie się rogów u potomstwa krótkorogiej krowy i długorogiego byka występuje dopiero w późniejszym okresie życia, to jednak na pewno zawdzięczać je należy elementowi męskiemu.

Ponieważ dotknąłem już kwestii powrotu do cech pierwotnych (rewersji), zwrócę uwagę na twierdzenie wypowiadane często przez przyrodników, a mianowicie, że nasze odmiany hodowlane, gdy ulegną zdziczeniu, stopniowo, ale nieodmiennie powracają do cech swych dzikich przodków. Na tej podstawie dowodzono, że nie można żadnych wniosków, otrzymanych z badania ras domowych, stosować do gatunków żyjących w stanie natury. Na próżno starałem się dojść, na jakich faktach opiera się powyższe twierdzenie, tak często i tak śmiało wypowiadane. Byłoby istotnie trudno dowieść słuszności tego twierdzenia: łatwo bowiem stwierdzić, że bardzo wiele najcharakterystyczniej-szych odmian hodowlanych nigdy nie byłoby w stanie żyć na wolności. W wielu wypadkach nie wiemy, jaka była pierwotna forma, nie moglibyśmy się więc przekonać, czy istotnie nastąpił zupełny powrót do dawnych cech, czy też nie. Aby uniknąć wpływu wzajemnego krzyżowania się należałoby pozostawić na wolności, w nowym miejscu pobytu, tylko jedną odmianę. Pomimo to jednak, ponieważ nasze odmiany niekiedy istotnie przyjmują niektóre cechy swych przodków, nie wydaje mi się nieprawdopodobne, że jeżeliby udało się nam zaaklimatyzować lub uprawiać na bardzo ubogiej glebie przez kilka pokoleń rozmaite odmiany na przykład kapusty (co prawda, pewien wpływ należałoby też tutaj przypisać i specyficznemu działaniu ubogiej gleby), powróci ona do większości lub też do wszystkich cech dzikiej formy pierwotnej. Czy się jednak doświadczenie uda czy nie, ma to w tym wypadku drugorzędne znaczenie, gdyż samo doświadczenie zmieniłoby zewnętrzne warunki życia. Jeśliby można było dowieść, że nasze odmiany domowe wykazują silną dążność do rewersji, tj. do utraty cech nabytych wtedy, gdy znajdą się w tych samych warunkach i w znacznej liczbie, tak iż swobodne krzyżowanie się osobników mogłoby mieszać i zacierać wszelkie drobne różnice w ich budowie — w takim razie uznałbym, że na podstawie odmian domowych nie moglibyśmy wysnuwać żadnych wniosków o gatunkach. Nie mamy jednak na to nawet cienia dowodu.

Utrzymywać zaś, że nie jesteśmy w stanie hodować w ciągu nieograniczonej liczby pokoleń naszych pociągowych i wyścigowych koni, naszego krótko – i długorogiego bydła, naszych rozlicznych odmian ptactwa domowego, naszych różnorodnych odmian zbóż lub naszych warzyw — byłoby to samo, co przeczyć całemu naszemu doświadczeniu.

Cechy odmian hodowlanych. Ttudność odróżniania odmian i gatunków. Pochodzenie odmian hodowlanych od jednego lub kilku gatunków

Kiedy będziemy badać rasy lub odmiany dziedziczne naszych zwierząt i roślin hodowlanych i porównamy je z blisko spokrewnionymi gatunkami, to przekonamy się, jak to już wyżej powiedziano, że wykazują one mniejszą jednostajność cech niż prawdziwe gatunki. Rasy hodowlane odznaczają się często cechami jak gdyby potwornymi. Chcę przez to powiedzieć, że choć zazwyczaj różnią się one od siebie i od innych gatunków tego samego rodzaju tylko kilkoma drobnymi cechami, często jednak niezwykły rozwój jakiejś poszczególnej części odróżnia je od innych ras, a zwłaszcza od najbliższych sobie gatunków żyjących w stanie naturalnym. Wyjąwszy tylko tę okoliczność (oraz zupełną płodność przy krzyżowaniu odmian, o której mówić będziemy niżej) rasy hodowlane różnią się pomiędzy sobą w taki sam sposób, tylko przeważnie w mniejszym stopniu, jak żyjące na wolności zbliżone do nich gatunki tego samego rodzaju. Zdanie to, sądzę, można uważać za słuszne, albowiem gdy jedni kompetentni znawcy uważali rasy hodowlane niektórych zwierząt i roślin za potomstwo odrębnych gatunków, drudzy przyjmowali je tylko za odmiany tego samego gatunku. Podobne wątpliwości nie występowałyby bezustannie, gdyby istniało jakieś wyraźne rozróżnienie pomiędzy rasą hodowlaną a gatunkiem. Często utrzymywano, że rasy hodowlane nie różnią się od siebie cechami mającymi wartość cech rodzajowych. Można jednak dowieść, że twierdzenie to nie jest ścisłe; zresztą i poglądy przyrodników na to, jakie cechy nazywać rodzajowymi, są bardzo rozmaite, gdyż wszystkie podobne określenia mają dotychczas czysto empiryczny charakter. Skoro wytłumaczymy później, w jaki sposób powstają rodzaje w naturze, zrozumiemy, iż trudno spodziewać się, byśmy często napotykali u naszych ras domowych różnice, mające wartość różnic rodzajowych.

Gdybyśmy chcieli oceniać zakres różnic w organizacji między naszymi bliskimi rasami hodowlanymi, to natrafilibyśmy na wątpliwości, ponieważ nie wiemy, czy pochodzą one od jednego czy też od kilku gatunków rodzicielskich. Byłoby jednak bardzo ciekawe, gdyby się udało rozwiązać to pytanie. Gdyby, na przykład, można było dowieść, że nasze charty, posokowce, teriery, spaniele lub buldogi, które, jak wiemy, przekazują ściśle swe cechy potomstwu, są potomkami jednego gatunku, to podobny fakt byłby ważnym argumentem przeciwko niezmienności wielu pokrewnych gatunków żyjących na wolności, a rozproszonych po całym świecie — na przykład wielu gatunków lisa. Nie przypuszczam jednak, jak to zobaczymy wkrótce, by wszystkie różnice pomiędzy rozmaitymi rasami psów zostały wytworzone w stanie udomowienia, że nieznaczną część tych różnic należy przypisać pochodzeniu tych ras od odrębnych gatunków. Co do innych ściśle określonych ras niektórych gatunków udomowionych mamy prawdopodobne lub nawet prawie pewne dowody, że pochodzą one od jednej, dzikiej formy pierwotnej.

Utrzymywano często, że człowiek wybrał do hodowli takie gatunki zwierzęce i roślinne, które mają wrodzoną wyjątkową dążność do zmienności oraz zdolność do znoszenia rozmaitych klimatów. Nie będę przeczył, że przymioty te zwiększyły znacznie wartość naszych roślin i zwierząt hodowlanych. Skąd jednak mogli wiedzieć dzicy, którzy po raz pierwszy obłaskawili zwierzę, czy będzie ono ulegało zmianom w następnych pokoleniach i czy będzie wytrzymałe na zmianę klimatu? Czyż niewielka zmienność osła lub gęsi albo niewielka wytrzymałość na ciepło renifera, a na zimno wielbłąda przeszkodziły udomowieniu tych zwierząt? Nie mogę wątpić, że gdyby teraz wzięto ze stanu natury nowe gatunki zwierząt i roślin w liczbie równej naszym rasom hodowlanym, z tyluż rozmaitych gromad i krajów i gdyby hodowano je w ciągu tyluż pokoleń, że wtedy przeciętnie zmieniłyby się one tak samo jak i gatunki, z których powstały obecne nasze rasy hodowlane.

Co do większości naszych z dawna hodowanych zwierząt i roślin, nie wiemy nic pewnego, czy powstały one z jednego czy też z kilku dzikich gatunków. Zwolennicy polifiletycznego (multiple) pochodzenia naszych zwierząt domowych często przytaczają argument, że w najdawniejszych już czasach na pomnikach egipskich czy w szwajcarskich osadach palowych znajdujemy wielką rozmaitość ras i że niektóre z tych starożytnych ras są bardzo podobne albo prawie identyczne z rasami żyjącymi do dziś dnia. Ale fakty te przesuwają tylko wstecz początek historii cywilizacji i wskazują, że zwierzęta zostały udomowione znacznie wcześniej, niż to dotąd przypuszczano. Mieszkańcy szwajcarskich osad palowych uprawiali kilka gatunków pszenicy oraz jęczmienia, groch, mak na olej oraz len i posiadali kilka gatunków zwierząt domowych; prowadzili też handel z innymi narodami. Wszystko to jasno dowodzi, jak zauważył Heer, że w owych odległych czasach stali już oni na wysokim stopniu cywilizacji, a to z kolei każe nam się domyślać długiego przygotowawczego okresu cywilizacji stojącej na niższym stopniu; w ciągu tego okresu udomowione zwierzęta utrzymywane przez rozmaite plemiona w różnych okolicach mogły ulec zmianom i dać początek odrębnym rasom. Od czasu odkrycia narzędzi krzemiennych w powierzchniowych pokładach różnych części świata wszyscy geologowie są zdania, że człowiek w stanie barbarzyństwa żył w niezmiernie odległych czasach. Wiemy zaś, że dziś nie ma chyba tak barbarzyńskiego plemienia, które by nie oswoiło przynajmniej psa.

Pochodzenie większości naszych zwierząt domowych prawdopodobnie zostanie dla nas na zawsze niejasne. Mogę tutaj jednak zauważyć, że, co się tyczy ras psa w różnych częściach świata, to starannie zebrawszy fakty doszedłem do wniosku, że oswojono kilka dzikich gatunków z rodziny psów (Canidae) i że krew ich, w wielu wypadkach mieszana, płynie w żyłach wszystkich naszych ras domowych. Co do owiec i kóz nie mam wyrobionego zdania. Z faktów dostarczonych mi przez Blytha, a dotyczących obyczajów, głosu, ustroju i budowy ciała garbatego bydła indyjskiego, wynika prawie na pewno, że pochodzi ono od innej formy pierwotnej niż nasze bydło europejskie, a niektórzy kompetentni znawcy sądzą, że i to ostatnie pochodzi od dwóch lub trzech dzikich form pierwotnych, które zasługują lub nie, na zaliczenie do odrębnych gatunków. W istocie, pogląd ten, jak również gatunkowe odróżnienie garbatego i zwyczajnego bydła, można uważać za dowiedziony dzięki znakomitym pracom profesora Rutimeyera. Co do koni, to z powodów, których tu przytoczyć nie mogę, jestem z pewnym wahaniem skłonny przypuścić — wbrew zdaniu wielu pisarzy — że wszystkie rasy należą do jednego gatunku. Z porównania wszystkich prawie angielskich ras kur, które hodowałem i krzyżowałem między sobą i których szkielety badałem, zdaje mi się wynikać z pewnością, że wszystkie te rasy pochodzą od jednego indyjskiego dzikiego gatunku: Gallus ban-kiva; jest to również zdanie Blytha i innych badaczy, którzy studiowali te ptaki w Indiach. Co do królików i kaczek, wśród których kilka ras znacznie się różni od siebie, mamy wyraźne dowody, że wszystkie pochodzą od zwyczajnego dzikiego królika i dzikiej kaczki.

Teoria pochodzenia naszych rozmaitych ras domowych od kilku pierwotnych gatunków doprowadzona została przez niektórych autorów do absurdu. Utrzymują oni, że każda rasa przekazująca swe cechy potomstwu, choćby bardzo nieznacznie różniła się od innych, miała swój własny dziki prototyp. W takim razie musiałoby istnieć w samej Europie co najmniej dwadzieścia gatunków dzikiego bydła, tyleż gatunków owiec, wiele gatunków kóz, z których po kilka przypadałoby nawet na Wielką Brytanię. Pewien autor twierdzi nawet, że w samej Wielkiej Brytanii istniało poprzednio jedenaście gatunków dzikich owiec. Jeżeli teraz przypomnimy sobie, że Wielka Brytania nie posiada ani jednego wyłącznie jej właściwego ssaka, że Francja ma niewiele tylko takich, których nie byłoby w Niemczech, że to samo da się powiedzieć o Węgrzech, Hiszpanii itd., gdy tymczasem każdy z tych krajów posiada kilka właściwych mu ras bydła, owiec itd. — to musimy przyjąć, że w Europie powstało wiele ras domowych, bo w przeciwnym razie, skądby się one mogły wziąć? To samo widzimy w Indiach. Nawet przy tworzeniu się ras psa domowego, które, jak przypuszczam, pochodzą od kilku gatunków, zmienność dziedziczna grała wielką rolę. Któż bowiem mógłby uwierzyć, że zwierzęta zupełnie podobne do włoskiego charta, posokowca, buldoga, mopsa, spaniela blenhajmskiego — a tak różne od dzikich gatunków rodziny Canidae — istniały kiedykolwiek w stanie natury? Często utrzymywano nierozważnie, że wszystkie nasze rasy psów powstały ze skrzyżowania się kilku gatunków pierwotnych. Krzyżowanie jednak wydać może tylko formy mniej więcej pośrednie pomiędzy formami rodzicielskimi. Jeżeli tedy chcielibyśmy w ten sposób wytłumaczyć utworzenie się wszystkich naszych ras domowych, to musielibyśmy przypuścić, że formy najskrajniejsze, jak włoski chart, posokowiec, buldog itd., żyły w stanie dzikim. Co więcej, dotychczas bardzo przeceniano możność tworzenia nowych ras za pomocą krzyżowania.

Mamy wiele przykładów na to, że rasa zmieniła się wskutek przypadkowych skrzyżowań, jeżeli poparł je staranny dobór osobników mających żądaną cechę; bardzo jednak trudno byłoby otrzymać rasę pośrednią pomiędzy dwiema zupełnie odmiennymi rasami. Sir J. Se-bright umyślnie robił specjalne doświadczenia w tym celu i nie otrzymał wyników. Potomstwo pochodzące z pierwszego skrzyżowania pomiędzy dwiema czystymi rasami jest dostatecznie, a niekiedy (jak to widziałem u gołębi) zupełnie wyrównane; wszystko zatem wydaje się proste, ale skoro dalej będziemy krzyżować mieszańce w ciągu kilku pokoleń, to trudno nam będzie doszukać się dwóch podobnych do siebie osobników, a wtedy wystąpi jasno cała trudność zadania.

Rasy gołębi domowych, ich różnorodność i pochodzenie

Przekonany, że zawsze najwłaściwiej jest zająć się badaniem jakiejś specjalnej grupy, po należytej rozwadze wybrałem gołębie domowe. Hodowałem wszystkie rasy, które mogłem zakupić lub dostać; otrzymywałem też, dzięki uprzejmości, skórki gołębi z różnych okolic świata, a zwłaszcza od szanownego W. Elliota z Indii i od szanownego C. Murray'a z Persji. O gołębiach wydano wiele dzieł w rozmaitych językach; niektóre z nich mają wielką wagę, ze względu na ich dawność. Nawiązałem stosunki z kilkoma słynnymi hodowcami gołębi i zostałem członkiem dwóch klubów hodowców gołębi w Londynie. Rozmaitość ras gołębi jest istotnie zadziwiająca. Dosyć porównać angielskiego gołębia pocztowego z krótkodziobym młynkiem i zobaczyć uderzające różnice w ich dziobach oraz odpowiadające tym różnicom różnice w czaszkach. Gołąb pocztowy, zwłaszcza samiec, odznacza się niezwykłym rozwojem wyrostków skórnych naokoło głowy; ma on przy tym bardzo wydłużone powieki, wielkie nozdrza i szeroki otwór ust. Krótkodzioby młynek ma dziób podobny do dzioba zięby, a młynek zwykły ma szczególną dziedziczną właściwość wzlatywania w stadzie na wielką wysokość i spadania potem, koziołkując przez głowę. Gołąb rzymski jest to wielki ptak z długim i grubym dziobem oraz wielkimi nogami. Niektóre jego podrasy mają bardzo długie szyje, inne — bardzo długie skrzydła i ogony, inne znów — bardzo krótkie ogony. Gołąb cypryjski jest zbliżony do pocztowego, ale zamiast długiego dzioba ma krótki i szeroki. Gołąb garłacz ma mocno wydłużone ciało, skrzydła i nogi oraz niezwykle rozwinięte wole, które zazwyczaj wydyma, co mu nadaje dziwaczny i śmieszny wygląd. Gołąb żabotnik ma krótki, stożkowaty dziób oraz rząd odwróconych piór na piersiach; zwykł on stale nieco wydymać górną część przełyku. Gołąb mniszek ma na szyi i karku pióra odwrócone na kształt kaptura oraz pióra skrzydeł i ogona wydłużone w stosunku do wielkości ciała. Gołąb turkot i śmieszek odznaczają się, jak wskazuje ich nazwa, swoistym odmiennym od innych ras gruchaniem. Gołąb pawik ma 30-40 sterówek zamiast 12-14, czyli liczby normalnej u wszystkich członków obszernej rodziny gołębi. Pióra te rozwija on i podnosi w ten sposób, że u dorodnych okazów głowa styka się z ogonem; gruczoł kuprowy zanika zupełnie. Można by też wskazać jeszcze na inne, mniej charakterystyczne rasy.

W szkielecie rozmaitych ras kości twarzy niezmiernie się różnią co do swej długości, szerokości i krzywizny. Zmienia się również znacznie kształt, szerokość i długość odnóg dolnej szczęki. Liczba kręgów ogonowych i krzyżowych jest zmienna, podobnie jak liczba żeber, ich względna szerokość oraz obecność wyrostków. Bardzo też rozmaita bywa wielkość i kształt otworów w mostku, podobnie jak kąt i względna długość obu obojczyków. Zmienia się również względna szerokość otworu ust, szerokość powiek, nozdrzy, języka (nie zawsze będące w ścisłej zależności od długości dzioba), wielkość wola i górnej części przełyku, rozwój lub zanik gruczołu kuprowego, liczba lotek i sterówek, wzajemny stosunek długości skrzydeł i ogona oraz stosunek ich do całego ciała, względna długość nóg i stopy, liczba łusek rogowych na palcach, rozwój błony pomiędzy palcami. Zmienny jest również czas, w którym młode dostają pełne upierzenie, a także rodzaj puchu pokrywającego wyklute z jaj pisklęta. Rozmaity jest dalej kształt i wielkość jaj. Niezwykle różnią się pomiędzy sobą sposoby lotu, a u niektórych ras nawet głos i usposobienie. Wreszcie samce niektórych ras różnią się nieco od samic.

Słowem, można by spośród gołębi wybrać do dwudziestu osobników, które każdy ornitolog przyjąłby za odrębne gatunki, gdyby mu powiedziano, że żyją one w stanie natury. Co więcej, nie sądzę, by w takim przypadku któryś z ornitologów zgodził się zaliczyć angielskiego gołębia pocztowego, krótkodziobego młynka, gołębia rzymskiego, gołębia cypryjskiego, garłacza i pawika do jednego rodzaju, tym bardziej, że w każdej z tych ras można by mu przedstawić w pełni dziedziczne podrasy, które nazwałby wtedy gatunkami.

Pomimo tak wielkich różnic pomiędzy rasami gołębi jestem zupełnie przekonany, że słuszny jest ogólnie przez przyrodników przyjęty pogląd, iż wszystkie one pochodzą od gołębia skalnego (Columba livia), jeśli nazwiemy tym mianem kilka bardzo nieznacznie różniących się od siebie ras geograficznych czy podgatunków. Ponieważ niektóre z powodów, jakie mnie do tego wniosku doprowadziły, są słuszne do pewnego stopnia i w innych wypadkach, podam je tutaj pokrótce.

Jeżeli rozmaite rasy gołębi nie są odmianami i nie pochodzą od jednego tylko gołębia skalnego, to musiałyby one pochodzić co najmniej od siedmiu lub ośmiu form pierwotnych, ponieważ nie można by otrzymać naszych ras domowych przez skrzyżowanie mniejszej liczby form. W jaki bowiem sposób moglibyśmy otrzymać ze skrzyżowania dwóch ras taką formę, jak gołębia garłacza, jeśli przynajmniej jeden z rodziców nie miał owego charakterystycznego, niezwykłej wielkości wola? Przypuszczalne pierwotne formy były prawdopodobnie wszystkie mieszkańcami skał, tzn. nie gnieździły się i niechętnie siadały na drzewach. Tymczasem prócz Columba livia i jego geograficznych podgatunków, znamy zaledwie dwa lub trzy gatunki gołębi zamieszkujących skały, gatunki, które nie mają żadnej z cech naszych gołębi domowych. Wynikałoby stąd, że owe przypuszczalne formy pierwotne istnieją dotychczas w okolicach, w których je początkowo udomowiono, ale że nie są jeszcze znane ornitologom, co po wzięciu pod uwagę ich wielkości, sposobu życia i cech szczególnych, wydaje się nieprawdopodobne; albo też, że wyginęły one zupełnie w stanie dzikim. Ale ptaki gnieżdżące się nad przepaściami, doskonale latające, nie dałyby się tak łatwo wytępić, toteż zwykły gołąb skalny, mający te same obyczaje co nasze gołębie domowe, nie został dotychczas wytępiony nawet na niektórych drobniejszych wyspach brytyjskich ani też na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Dlatego też byłoby zbyt śmiałym przypuszczeniem utrzymywać, że tyle gatunków, mających te same obyczaje co zwykły gołąb skalny, wyginęło doszczętnie. Ponadto niektóre wyżej wzmiankowane rasy domowe gołębia przeniesione zostały do wszystkich części świata, a więc niektóre z nich mogły powrócić do swej ojczyzny, a jednak ani jedna z tych ras nie powróciła do stanu dzikości, gdy tymczasem gołąb polny, który jest nieco zmienionym gołębiem skalnym, w niektórych okolicach zdziczał. Przy tym wszystkie nowsze doświadczenia wykazały, że trudno jest doprowadzić do tego, aby dzikie zwierzęta były płodne w niewoli; tymczasem gdybyśmy przyjęli hipotezę polifiletycznego pochodzenia naszych gołębi domowych, musielibyśmy przypuścić, że na wpół dzicy ludzie w odległych czasach tak doskonale oswoili przynajmniej siedem lub osiem gatunków gołębi, że pozostały one zupełnie płodne w niewoli. Poważnym argumentem, który można stosować i do innych podobnych wypadków, jest fakt, że wszystkie owe wyżej wzmiankowane rasy, chociaż na ogół zbliżone do gołębia skalnego konstytucją, obyczajami, głosem, barwą i większością szczegółów budowy, są zupełnie nienormalne pod niektórymi innymi względami. Na próżno szukać będziemy w całej rodzinie Columbidae gołębia z takim dziobem, jaki ma angielski gołąb pocztowy lub krótkodzioby młynek czy gołąb cypryjski, z takimi odwróconymi piórami jak mniszek, z takim wolem jak garłacz lub z takimi sterówkami jak pawik. Musielibyśmy więc przyjąć, że na wpół cywilizowane ludy nie tylko zdołały zupełnie oswoić wiele gatunków, ale że umyślnie lub przypadkowo wybierały gatunki najbardziej anormalne oraz że wszystkie te gatunki pozostały dla nas nieznane lub wyginęły ze szczętem. Taki zaś wyjątkowy zbieg okoliczności jest w wysokim stopniu nieprawdopodobny.

Zasługuje na