Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

O pisaniu. Na chłodno ebook

Remigiusz Mróz  

3.71428571428571 (21)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 288 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O pisaniu. Na chłodno - Remigiusz Mróz

 

W kraju, w którym rzekomo nikt nie czyta, jego książki rozchodzą się w milionach egzemplarzy.

W wieku trzydziestu lat został najpopularniejszym współczesnym polskim pisarzem.

Kim jest? Jak tworzy? 

W tej książce Remigiusz Mróz daje się poznać od dotychczas skrzętnie skrywanej strony. Opisuje swoją pisarską drogę i trzyma czytelnika w napięciu, niczym w jednym ze swoich najlepszych kryminałów. Odkrywa kulisy własnego warsztatu, a ostatecznie udowadnia, że każdy z nas nosi w sobie przynajmniej jedną nienapisaną książkę.
Wszystko to robi na chłodno, ale także z przymrużeniem oka – dzięki czemu pozycja ta to nie tylko wyczerpujące kompendium pisarskie dla wszystkich, którzy myślą o stworzeniu własnej powieści, lecz porywająca, zabawna i momentami poruszająca lektura."

Remigiusz Mróz daje się poznać od dotychczas skrzętnie skrywanej strony. Opisuje swoją pisarską drogę i trzyma czytelnika w napięciu, niczym w jednym ze swoich najlepszych kryminałów. ​

Opinie o ebooku O pisaniu. Na chłodno - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka O pisaniu. Na chłodno - Remigiusz Mróz

Copyright © Remigiusz Mróz, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ

ART.DESIGN – http://www.panczakiewicz.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka /

www.panbook.pl

Fotografie na okładce: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-093-0

CZWARTASTRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Artura,

w podziękowaniu

za warsztaty w ramach

dwuosobowej grupy literackiej

Są trzy zasady pisania powieści.

Niestety nikt ich nie zna.

W. Somerset Maugham

W sztuce więcej jest wart atom zapału

niż góra doświadczenia.

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Pierwsze zdanie

Nikogo nie można nauczyć pisania – ale można, a nawet trzeba, nauczyć tego samego siebie.

Dlaczego zaczynam właśnie od tego? Bo pierwsze zdanie w każdej książce jest absolutnie kluczowe. Jeśli uda nam się zawrzeć w nim to, co najważniejsze, istnieje szansa, że przedsięwzięcie, do którego się zabieramy, okaże się udane.

Czy tak będzie i w tym wypadku? Nie wiem. Nikt nigdy tego nie wie, bo tworząc pierwsze zdanie, autor tak naprawdę rozpoczyna podróż w nieznane. Czasem zna jej cel, innym razem tylko wydaje mu się, że tak jest. W jednym i drugim wypadku po drodze czeka go wiele niespodzianek, bo tak naprawdę może tę podróż odbyć na wiele sposobów i obrać właściwie nieskończoną liczbę tras. I właśnie w tym tkwi urok pisania.

Pierwsze zdanie to także przywitanie z Czytelnikiem – i jak każde inne, to również może komuś wiele o nas powiedzieć. Często odpowiada za literacki halo efekt, pierwsze wrażenie, które daje odbiorcy pojęcie o tym, czego można się po nas spodziewać. Zupełnie jak w życiu. Inaczej przecież odbierzemy osobę, która przywita nas słowami „moje uszanowanie”, inaczej tę, która powie „czołem” lub „serwus”, a jeszcze inaczej tę, która rzuci „siemanko” lub „elo”. Nie wspominając już o tym, jak wiele dowiemy się, gdy ktoś zdecyduje się na „niech będzie pochwalony” lub „salam alejkum”.

Pierwszego zdania nie sposób przecenić – i między innymi dlatego to nad nim zawsze zastanawiam się najdłużej. Zazwyczaj wypisuję sobie kilka lub kilkanaście wariantów i pastwię się nad nimi aż do momentu, kiedy uznam, że moje wysiłki przestają mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistą pracą i zaczynają przypominać groteskę. Wybieram wtedy jedną wersję, po czym… jednak się rozmyślam i zaczynam kolejną rundę przepychanek. Modyfikuję, przestawiam, przekręcam i czekam, aż pierwsze zdanie przybierze kształt, którego szukałem.

Dlaczego w tym wypadku wybrałem akurat takie? Wydawać by się mogło, że to niezbyt fortunny sposób na rozpoczęcie książki, która przecież ma być w istocie poradnikiem pisania. Ale pozory są od tego, by mylić.

Wychodzę z założenia, że nie istnieje żaden uniwersalny sposób, dzięki któremu można nauczyć kogokolwiek pisania. Nie ma żelaznego zbioru reguł, które sprawdzą się w każdym przypadku. Nie istnieje ani cudowny kurs, ani nauczyciel, który przedstawi nam wszystko od A do Z i zagwarantuje, że jeśli będziemy postępować dokładnie wedle wytycznych, uda nam się pisać porywające, wartościowe, zmieniające życie, a przy okazji jeszcze bestsellerowe powieści.

Czym w takim razie jest ta książka? Przede wszystkim wiwisekcją samego procesu twórczego, która towarzyszy mi od początku własnej przygody z pisaniem. Starałem się przeanalizować wszystkie elementy własnego warsztatu i zebrać wnioski, do jakich doszedłem na przestrzeni lat. Chciałem ponadto przyjrzeć się wszystkim tym poradom, na które sam trafiłem i z których czerpałem na początku swojej drogi. Część okazała się dla mnie kluczowa, inne pozwoliły na wykształcenie własnych metod, a niektóre zupełnie odrzuciłem.

Uczciwość w trakcie pisania to podstawa – i właśnie stąd to pierwsze zdanie. Nie znajdziesz w tej książce przepisu na bestseller, bo taki zwyczajnie nie istnieje. Próżno będzie też szukać w niej zbioru niekwestionowanych, powszechnie obowiązujących zasad pisarskich – bo samo pisanie polega w dużej mierze na podawaniu w wątpliwość wszelkich reguł. Nie mogę zdradzić Ci, skąd czerpać pomysły fabularne, bo żaden pisarz na świecie nigdy nie odkrył lokalizacji studni, dzięki której nasza inwencja nie usycha.

To, co mogę Ci zaoferować, to bilet do świata mojego pisarstwa. Postaram się pokazać Ci, co sprawdza się w moim wypadku, co sprawia, że z przyjemnością przykuwam się do klawiatury na długie godziny i co pozwala mi pisać właściwie bez przerwy, dzień w dzień, przez cały rok. U Ciebie zadziałać mogą inne rzeczy, Twój proces twórczy może całkowicie różnić się od mojego. Mam jednak nadzieję, że przynajmniej pewne rzeczy, o których piszę w tej książce, okażą się pomocne. Będę szczęśliwy, jeśli zainspirują Cię choć trochę i pomogą w stworzeniu Twojej własnej powieści.

Zanim przejdziemy dalej, powinienem jeszcze podkreślić, że nauka pisania nie następuje z dnia na dzień, ale to właściwie oczywiste. Nikt nie rodzi się pisarzem, ale poznawanie tego fachu rozpoczyna się na wiele lat przed tym jednym, kluczowym momentem, kiedy w końcu zasiądziemy do napisania pierwszego zdania naszej powieści. Powtarzam to przy każdej okazji, a zatem muszę to zrobić także teraz: kluczem jest przede wszystkim czytanie. Nałogowe, obsesyjne, może nawet kompulsywne. Im więcej lektur mamy za sobą, tym łatwiej będzie nam operować słowem – im więcej razy przepadliśmy w jakiejś lekturze, tym bardziej będziemy pragnęli, by ktoś przepadł w naszej. Jest też oczywiście dość ważne „ale”. Nawet najbardziej oczytany, największy mól książkowy nie napisze z biegu książki, którą wydawca chętnie przyjmie do druku.

Aby to osiągnąć, musi stoczyć ze sobą wcale niemało pojedynków, pokonać zwątpienie, poradzić sobie z wieloma wpisanymi w tę robotę niepowodzeniami i przede wszystkim opowiedzieć komuś swoją historię na tyle ciekawie, by osoba ta na jakiś czas zrezygnowała z rzeczywistości i zechciała przenieść się do świata naszej fikcji.

Czeka nas sporo pracy, ale zapewniam, że specjalnie tego nie odczujemy. A wszystko dlatego, że bierzemy się do najlepszej na świecie roboty. Pisanie otwiera bowiem przed nami nieskończone możliwości – dzięki niemu bez żadnych ograniczeń możemy tworzyć własny świat, wypełniać go postaciami i wydarzeniami, a jedynym, co może nas zatrzymać, jest granica naszej własnej wyobraźni.

Część pierwsza

Pisarski memuar

1

W pierwszym zdaniu starałem Ci się przedstawić, ale istnieje przecież szansa, że już się spotkaliśmy – że nie jest to pierwsza moja książka, którą masz w rękach, a zatem że w istocie znamy się całkiem nieźle. Jeśli tak, to w obliczu tego, co zamierzam zrobić, czuję się poniekąd usprawiedliwiony.

Nie, nie będziemy nikogo mordować, jeszcze nie teraz (choć to chyba moja pierwsza książka, w której na samym początku zabraknie trupa). Najpierw wypadałoby, żebym zdradził Ci co nieco o sobie.

Nie lubię tego robić. Ilekroć ktoś w wywiadach pyta mnie o sprawy ze sfery prywatnej, zbywam temat i staram się mówić o tym, co moim zdaniem naprawdę ma znaczenie. Nie zgadzam się na żadne materiały „o mnie”, nie przyjmuję propozycji kręcenia biografii. Powody są dwa.

Po pierwsze, moje życie nie różni się od życia kogokolwiek innego i nigdy się nie różniło. Wiem, że w takich materiałach chodzi o stworzenie jakiejś zmitologizowanej wersji człowieka, która okaże się atrakcyjna dla odbiorców – a ja poznałem już tyle barwnych teorii na swój temat, że niepotrzebna mi kolejna.

Po drugie, wbrew tworzonemu w tych teoriach wizerunkowi, jestem w gruncie rzeczy introwertycznym, nieśmiałym człowiekiem. Na dobre zająłem się pisaniem dlatego, że robota ta polega przede wszystkim na zamykaniu się we własnych czterech ścianach i robieniu wszystkiego, by przenieść się w inny, stworzony przez siebie świat. W dodatku im częściej się to robi, im bardziej człowiek się w nim zatraca, tym lepszy efekt.

W każdym innym wypadku za takie zapędy można w kaftanie trafić do ośrodka zamkniętego. Pisarzy jednak czasem się za to nawet nagradza – i to kolejny powód, dla którego to najlepsza praca na świecie.

Żeby jednak mówić o niej tak, jak się powinno, czyli w możliwie jak najbardziej zindywidualizowany sposób, muszę przedstawić się nieco szerzej niż tylko za pomocą pierwszego zdania.

Jeśli spotkaliśmy już się na dwudziestym pierwszym piętrze Skylight, na tatrzańskich szlakach, na Wyspach Owczych, w „Autonomii” lub przy wspólnym oglądaniu NSI, być może ten rozdział wyda Ci się ciekawy i dzięki niemu poznamy się lepiej. Jeśli to nasze pierwsze spotkanie, wątpię, by był interesujący – o pewnych rzeczach muszę jednak napisać, by cała ta konstrukcja, którą właśnie wznosimy, miała solidny fundament.

2

Moim pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest to, kiedy leżę w wózku, patrzę w górę i zdjęty przerażeniem widzę nadciągającą pogodową apokalipsę. Miałem wtedy może dwa latka, mama zabrała mnie na spacer po osiedlu „Malinka” w Opolu, nieświadoma tego, że zaraz rozpęta się wściekła burza.

Właściwie nie ma szans, bym naprawdę to pamiętał, a jednak wspomnienie jest wyraźne jak mało które. Takie przypadki obrazują to, co jest jedną z największych bolączek śledczych na całym świecie – a mianowicie jak złudna potrafi być ludzka pamięć.

W lipcu 2018 roku grupa naukowców opublikowała w „Psychological Science” wyniki długo przygotowywanych i szeroko zakrojonych badań, z których wynika, że około czterdziestu procent populacji zostało oszukanych przez własny mózg, jeśli chodzi o pierwsze wspomnienie. W dodatku nie dlatego, że nasz umysł poprzekręcał jakieś realne zajście – nie, ta część respondentów pamiętała zdarzenie, do którego nigdy nie doszło.

W moim wypadku burza rzeczywiście miała miejsce. Kiedy opowiedziałem o tym mamie po latach, nie mogła uwierzyć, że pamiętam nie tylko sam fakt, ale też wygląd wózka, w którym mnie wtedy wiozła.

Badania w „Psychological Science” dowiodły, że poniżej trzeciego roku życia właściwie nie rejestrujemy żadnych zdarzeń w pamięci, bo mózg zwyczajnie nie ma do tego narzędzi. Skąd więc moje wspomnienie?

Przypuszczam, że z opowieści. Mama pędziła na złamanie karku, by schronić się przed burzą, pewnie serce zabiło jej nieco mocniej i kiedyś, w jakiejś rozmowie, musiała do tego wrócić. Mój umysł zestawił to ze zdjęciami wózka, dobudował całą resztę i przygotował dla mnie spójne, pełnoprawne wspomnienie.

Naukowcy twierdzą, że tak to właśnie działa. Nic nie powstaje z niczego, na pewnym etapie dzieciństwa mózg tworzy mozaikę z fotografii, opowieści członków rodziny i świadomości tego, z czego zazwyczaj składają się dziecięce wspomnienia.

A więc proszę, już we wczesnym dzieciństwie sami, zupełnie nieświadomie, zaczynamy tworzyć własne historie. Niektórzy z tego wyrastają, inni zarabiają dzięki temu na życie. Jakkolwiek by jednak było, wszystko wskazuje na to, że imperatyw snucia opowieści towarzyszy nam od samego początku.

W moim wypadku był dość silny właściwie przez cały czas. Doskonale pamiętam, jak każdego dnia po powrocie z przedszkola mama pytała mnie, co ciekawego się dzisiaj wydarzyło. Nie miałem nic wielkiego do przekazania, ale bynajmniej nie było to przeszkodą, żebym nadawał jak najęty.

Wymyślałem przeróżne historie, mniej lub bardziej fantastyczne, a mama słuchała z uwagą i dopytywała o szczegóły. Po jakimś czasie w końcu się zorientowałem, że doskonale wie, iż zmyślam. I to mi jednak nie przeszkodziło – zawarliśmy niepisaną umowę, że ja tworzę własne historie, a ona udaje, że w nie wierzy.

Codziennie przed snem wytrwale czytała mi książki. Przez lata sądziłem, że był to element ambitnego planu, by dziecko od początku miało styczność z literaturą, ale okazało się, że po prostu nie miała innego wyjścia. Jeśli nie przeczytała mi czegoś przed snem, nie było najmniejszej szansy, żebym zasnął.

Koniec końców nawet po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze i ośmiu godzinach w przychodni, zmęczona i sama przysypiając, musiała przynajmniej przez jakiś czas mi poczytać. Raz czy dwa zaryzykowała i opuściła ten element codziennego rytuału – efekt był taki, że nigdy tego nie powtórzyła.

Mieszkaliśmy wtedy na innym opolskim osiedlu, klejnocie peerelowskiej architektury zwanym „ZWM-em”. Z „Malinki” wynieśliśmy się, kiedy miałem może trzy latka – i cała ta wyprowadzka odbyła się dość ekspresowo.

Pewnej nocy mama spakowała moje rzeczy, obudziła mnie, a potem, ni mniej, ni więcej, uciekliśmy od ojca. To, co doprowadziło do tej sytuacji, pamiętam na zasadzie wspomnień z wózka. Nie lubię do tego wracać, choć właśnie na bazie tamtych zdarzeń napisałem Nieodnalezioną.

Koniec końców zamieszkaliśmy w dwunastopiętrowym bloku na „ZWM-ie”, a niedługo potem moja mama trafiła na najporządniejszego faceta, jakiego znam – na mojego tatę. Przejął od niej pałeczkę w czytaniu mi na dobranoc, a jednym z pierwszych prezentów, jakie mi zrobił, był cały pakiet „Tomków” Alfreda Szklarskiego. Bardziej jednak od samego cyklu o Wilmowskim podobało mi się to, z jakim zacięciem i zachwytem tata opowiadał mi o tej serii. Zupełnie jakby opisywał nie swoje lektury z dzieciństwa, ale realne przygody, które odbył razem z Tomkiem w Australii, Afryce, na amerykańsko-meksykańskim pograniczu i w innych miejscach.

Wydaje mi się, że to wszystko złożyło się na moją późniejszą miłość do literatury. Wynikła nie tylko z tego, że rodzice czytali mi codziennie przed snem i byli gotowi kupować książki nawet, kiedy brakowało na inne rzeczy – ale także z tego, że cały czas obcowałem z ich własną pasją.

3

Czytać samodzielnie próbowałem jeszcze przed pójściem do szkoły. Chyba głównie dlatego, że rodzice mieli serdecznie dosyć czytania mi w kółko tych samych pozycji, o które nieustannie się dopominałem. Dość mocno przemawiały do mnie wszelkie pozycje z Żółwiami Ninja (szczególnie w kosmosie), dla mojej mamy były zaś zmorą. Chętniej sięgała po inne tytuły, których zdarzało mi się domagać: baśnie braci Grimm, Andersena, Gozziego czy Afanasjewa. Do dziś pamiętam niektóre cytaty z ostatnich dwóch, wydawanych w kolorowych okładkach opasłych zbiorów. Gdybym poprzestał na tych lekturach, dziś pewnie pisałbym więcej powieści fantasy niż kryminałów, ale koniec końców to nie baśniowe światy najbardziej zawładnęły moją wyobraźnią.

Zanim na dobre zacząłem samodzielnie czytać książki, pochłaniałem komiksy, ze szczególnym wskazaniem na Spider-Mana. To, co wychodziło na bieżąco, kupowałem, a to, czego nie sposób było dostać, wypożyczałem z biblioteki i kserowałem. Nieco łatwiej było dostać Kaczora Donalda, stąd do dziś mam całe stosy tamtych komiksów w iście kolekcjonerskim stanie. Podobnie sprawa ma się w wypadku książek – żadna z dzieciństwa mi nie zginęła, nie zawieruszyła się ani przesadnie nie ucierpiała. Owszem, strony są pożółkłe, ale okładki niemal nienadgryzione zębem czasu. Grzbiety niewygięte. To pedantyczne podejście do książek zostało mi do dzisiaj – choć nie ma dla mnie przyjemniejszego widoku niż mocno zaczytana, powyginana i zmaltretowana własna powieść w rękach kogoś innego.

Większość moich lektur z dzieciństwa ma też w środku karty biblioteczne. Nie żebym zwijał je z bibliotek, co to, to nie. Rodzice kupowali książki i przynosili do domu, jakby gdzieś rozdawano je za darmo – i zawsze powtarzali, że „na książki nigdy nie szkoda”. Karty tkwią w nich dlatego, że pewnego razu, podczas remontu w podstawówce, udało mi się wkraść do piwnicy i trafić na prawdziwy skarbiec przeróżnych gratów przeznaczonych na śmietnik. Zachachmęciłem między innymi stare karty biblioteczne, dzięki którym później skatalogowałem całą swoją domową biblioteczkę, a rodziców namówiłem, by przychodzili do mnie i wypożyczali kolejne pozycje. Zabawa była przednia.

Pierwszą książką, którą przeczytałem samodzielnie, była chyba opowieść Marii Kownackiej o znanym wszystkim ludziku z plasteliny. Nie pamiętam z tamtej lektury absolutnie nic, więc chyba nie dostarczyła mi większych wrażeń. Mam za to doskonałe wspomnienia z czytania innej, chyba kolejnej, do której sam się zabrałem.

Były to Dzieci z Bullerbyn Astrid Lindgren. Fabułę wprawdzie po latach pamiętam dość mętnie, ale wszystko inne jest wyraźne jak błyskawica na nocnym niebie. Pamiętam uczucia, które mi towarzyszyły, miejsca, w których czytałem – pamiętam nawet okruchy bułki na żółtawych kartkach i zapach farby drukarskiej. A przede wszystkim to, że nie chciałem opuszczać tamtego świata.

Potem systematycznie przepadałem w kolejnych książkach. Sposób na Alcybiadesa Niziurskiego, Księga dżungli Kiplinga, W pustyni i w puszczy Sienkiewicza i w końcu kolejna pozycja Astrid Lindgren, Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie.

Czytałem wtedy wszystko – książki, komiksy, co tylko wpadło mi w ręce. „Mikołajki” Goscinny’ego, powieści Verne’a, Jacka Londona, przygody Asteriksa, Tomka Sawyera, każdą książkę towarzyszącą animacjom Disneya, nowe pozycje od Marvela i DC…

Wszystko to jednak wpisywało się w mniej więcej zwyczajne dzieciństwo. Codziennie kopałem piłkę na boisku, ze znajomymi budowaliśmy forty w plenerze, kijków używaliśmy w charakterze mieczy świetlnych i tak dalej. Codziennie biegłem ze szkoły do domu, by zdążyć na piętnastą trzydzieści i zobaczyć kolejny odcinek Star Treka w telewizji (a kiedy wiedziałem, że nie zdążę, prosiłem rodziców, żeby nagrali go na VHS).

Należę do pokolenia, które wychowało się dzięki kulturowej mozaice. Nie mieliśmy wprawdzie do dyspozycji internetu, a gra komputerowa oznaczała Contrę na Pegasusie, ale możliwości ucieczki w fikcyjny świat było sporo. Znacznie więcej niż w przypadku pokolenia moich rodziców, dla których głównym środkiem transportu do wyimaginowanej rzeczywistości były książki.

W moim wypadku konkurowały już z innymi formami odrywania się od tego, co tu i teraz. A mimo to w końcu to one zwyciężyły – uwielbiam seriale i filmy, ale ostatecznie to jedynie zwykłe drogi do fikcyjnego świata. Literatura stanowi prowadzącą do niego autostradę.

Może właśnie dlatego w trzeciej klasie podstawówki zasiadłem do pisania własnej „powieści”. Nosiła całkiem zgrabny tytuł Super-Świniak i opowiadała o zwierzętach hodowlanych obdarzonych supermocami. Z całego tego odważnego przedstawienia pamiętam tylko trzy rzeczy:

– to, że zaprzysięgłym wrogiem protagonisty był Warchlak;

– fakt, że z jakiegoś powodu pisałem tę książkę w PowerPoincie;

– minę mojej wychowawczyni, kiedy powiedziałem jej o tym, na co się porwałem.

Z wszystkich tych spraw najważniejsza jest ta ostatnia. Pamiętam dokładnie, gdzie i kiedy obwieściłem nauczycielce powstanie Super-Świniaka. Było to na schodach (a konkretnie na półpiętrze Szkoły Podstawowej Nr 1 w Opolu), w drodze do sali numer czterdzieści dziewięć. Jeszcze wyraźniej zapisało się wspomnienie wyrazu twarzy mojej wychowawczyni. Jej otwarte usta, zdziwienie pomieszane z ciekawością, pewna podejrzliwość, a ostatecznie seria pytań. Poczułem się, jakbym już coś osiągnął, choć nie bardzo rozumiałem co ani dlaczego.

Nagle okazało się, że coś, co było dla mnie świetną zabawą, ktoś inny postrzegał jako rzecz, z której powinienem być dumny. Przypuszczam, że wychowawczyni potraktowała moje deklaracje z odpowiednim dystansem, ale tak czy owak była pod wrażeniem, że trzecioklasista w ogóle próbuje coś stworzyć.

Dla mnie było to jednak zupełnie naturalne. Nie zastanawiałem się nad tym, po prostu szukałem kolejnej formy ciekawego spędzania czasu. Raz wymyślało się jakąś grę na podwórku, innym razem budowało nowe miasto w SimCity, snuło się jakieś historie przed snem, czy w końcu siadało się przed PowerPointem (naprawdę nie wiem, dlaczego padło akurat na ten program).

Super-Świniaka szybko porzuciłem i nie jestem pewien, ile udało mi się napisać. Jest to jedyna książka, która przepadła mi podczas któregoś formatu dysku. Kolejną mam jednak do dzisiaj, a powstała ona krótko po tej pierwszej.

Tym razem były to Dziennik międzygwiezdny, inspirowany głównie pierwszym zetknięciem ze Stanisławem Lemem i wciąż niemalejącym uwielbieniem dla Star Treka. To niezbyt wybitne dzieło pisane jest w narracji pierwszoosobowej i opowiada o kapitanie ziemskiego statku kosmicznego, który rusza na pomoc innej, zaginionej od półwieku jednostce. Chciałbym, by w tej historii było coś przełomowego, ale niestety to dość typowy scenariusz. Obcy atakują ziemski statek, misja ratunkowa wchodzi z nimi w konflikt i… cóż, nigdy nie dowiedziałem się, jak to spotkanie się zakończyło, bo pracę porzuciłem chyba w czwartej klasie.

Rok później doświadczyłem po raz pierwszy zjawiska znanego każdemu molowi książkowemu – całkowitego zatracenia się w cyklu powieści, skutkującego sięganiem po tom za tomem. W moim wypadku zawinił Alfred Hitchcock, choć nie bezpośrednio. To jego nazwiskiem sygnowana była bowiem seria pod tytułem Nowe Przygody Trzech Detektywów. Z książkami mistrz suspensu wprawdzie nie miał nic wspólnego, ale jego nazwisko nawet dla piątoklasisty brzmiało jak zapowiedź czegoś przyjemnie złowieszczego.

Tytułowymi bohaterami byli Pete, Jupiter i Bob, którzy zazwyczaj dzięki wykorzystaniu zdolności dedukcyjnych rozwiązywali kolejne kryminalne zagadki. Okazały się dla mnie na tyle wciągające, że doprowadziły do pierwszego młodzieńczego buntu.

Pewnego wieczoru, długo po wyznaczonej godzinie snu, przewracałem kolejne strony i nie miałem zamiaru przestać dopóty, dopóki nie poznam odpowiedzi na wszystkie pytania. Rodzicom się to nie spodobało – weszli do pokoju raz, drugi, przypomnieli, że rano muszę wstać do szkoły, a ostatecznie po prostu zgasili światło. Wywinąłem wówczas numer najbardziej klasyczny – ściągnąłem z biurka lampkę, zakryłem się kołdrą i czytałem dalej, całkowicie zakonspirowany.

Pech lub szczęście sprawiły, że mój sąsiad i najlepszy przyjaciel przepadł w lekturze podobnie jak ja, przez co po dokooptowaniu jeszcze jednej osoby założyliśmy Klub Trzech Detektywów. Wykonaliśmy legitymacje (w PowerPoincie, jakżeby inaczej), wydrukowaliśmy je, zalaminowaliśmy, a potem posługiwaliśmy się nimi, rozwiązując własne kryminalne zagadki. Oprócz tego przegadywaliśmy każdy kolejny tom, w istocie zakładając nic innego jak dziecięcy dyskusyjny klub książki.

W sferze twórczej nie przełożyło się to na nic konkretnego, ale cały czas pisałem – wespół z tym i jeszcze jednym przyjacielem założyliśmy magazyn internetowy o piłce nożnej, nadaliśmy mu niezbyt fortunną nazwę „VoteBall” i opisywaliśmy na jego łamach młode talenty, takie jak Iker Casillas, David Beckham czy Raul. Przygotowaliśmy pierwszy numer, ale nigdy nie wypuściliśmy go do wirtualnego świata. Był to jednak dla mnie kluczowy moment i początek czegoś, czym zajmowałem się przez bite dwa lata – ale o tym za moment.

O ile mnie pamięć nie myli, po Nowych Przygodach Trzech Detektywów przez jakiś czas czytałem głównie lektury, co trudno wspominać z przesadnym rozrzewnieniem. Trafiały się wprawdzie w szkolnym kanonie perełki, ale w gruncie rzeczy była to po prostu nauka szybkiego czytania. Kolejne całkowite przepadnięcie w lekturze nastąpiło dopiero pod koniec podstawówki. Moja mama wróciła pewnego dnia do domu ze świeżo zakupioną książką, twierdząc, że to coś zupełnie nowego i wprost genialnego.

Jako dojrzały, właściwie niemal już sędziwy nastolatek, rzuciłem nie do końca przychylnym okiem na okładkę. Sprawiała wrażenie nieco bajkowej, jakby skierowana była do zupełnie innej, żyjącej w innym świecie, o rok lub dwa młodszej ode mnie grupy odbiorców.

Ponieważ jednak mama zapewniała mnie, że coś naprawdę jest na rzeczy, uznałem, że pozory być może mylą. Zasiadłem na kanapie, wyciągnąłem nogi na fotelu i otworzyłem nieznaną mi pozycję brytyjskiej autorki. Nosiła dość enigmatyczny tytuł Harry Potter i kamień filozoficzny.

Przypuszczam, że nie muszę dodawać nic więcej.

Nie przeczytałem nigdy wszystkich tomów, bo między trzynasto- a czternastolatkiem jest taka różnica, jak między pustynią i lasem tropikalnym, ale już pierwsza część wystarczyła, żeby na powrót zapalił się we mnie imperatyw pisania.

Tym razem skorzystałem z dobrodziejstwa Wordpada i popełniłem w nim pierwszy dłuższy tekst, który mam do dziś. Wesoły twór inspirowany prozą J.K. Rowling dotyczył chłopaka, który trafia do pierwszego w Polsce gimnazjum informatycznego – przy czym szybko okazuje się, że to tylko zasłona dymna i tak naprawdę w budynku mieści się szkoła hakerów.

Do dziś pamiętam wystrój pokojów, fizys obiektu westchnień głównego bohatera, ksywki pozostałych postaci, nauczycieli i masę innych rzeczy. Istniały tylko w mojej głowie i na wirtualnym papierze, ale to w zupełności wystarczało.

Tworzenie tej historii było czymś absolutnie wyjątkowym, a uczucie, które wtedy wystąpiło, jest tym, na co czeka tak naprawdę każdy pisarz. Nie zawsze się pojawia, choć zawsze liczymy, że tak się stanie – że wpadniemy do kreowanego świata na tyle głęboko, by widzieć wyraźnie postacie, miejsca i zdarzenia, jakby były całkowicie realne. By wiedzieć, gdzie w danym pomieszczeniu stoi dany mebel, mimo że nigdy o tym nie napisaliśmy. By mieć świadomość, co jest za oknami pokoju, w którym rozgrywa się akcja, jak wygląda korytarz za drzwiami, co kryje się w kolejnych pomieszczeniach i tak dalej.

Kiedy dziś przeglądam ten tekst, widzę kilka dość istotnych rzeczy. Zastosowałem chyba najbardziej naturalną, trzecioosobową narrację w czasie przeszłym, trzymałem się mniej więcej zasad konstruowania dialogów i opisów i używałem całkiem niezłych atrybucji.

Nie zrozum mnie źle, ten tekst to wciąż rzecz, której nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby czytać, nawet gdyby mu za to płacono. Widzę jednak na jego przykładzie to, co podkreśla wielu innych autorów – że nasze pierwsze próby literackie są odtworzeniem tego, co zrobiło na nas największe wrażenie. Zarówno pod względem fabularnym, jak i stylistycznym.

W jednym i drugim wypadku ostateczny efekt był dość groteskowy, ale nie w tym rzecz. Liczy się to, że nikt nigdy nie uczył mnie, jak używać atrybucji, jak konstruować dialogi i tworzyć opisy. Proces nastąpił zupełnie naturalnie, w miarę czytania kolejnych książek.

Największe znaczenie miała oczywiście ta, która stanowiła bezpośredni impuls. W moim koślawym tekście przewijają się słowa i określenia, które upodobał sobie polski tłumacz J.K. Rowling. Wydźwięk i ogólny klimat książki też w dość pokraczny sposób przypominają Harry’ego Pottera.

I nie jest to zjawisko, które dotyczy tylko pisarzy-szóstoklasistów. Występuje u każdego początkującego autora. Zanim wykształcimy swoje własne pióro, będzie ono w dużej mierze zlepkiem stylów pisarzy, którzy zrobili na nas największe wrażenie.

W swoich pierwszych ukończonych powieściach odnajduję elementy, które pozwalają mi zidentyfikować, w czym zaczytywałem się w danym czasie. To samo może powiedzieć każdy inny autor (jeśli ma na tyle odwagi, by sięgnąć po swoje stare powieści – zapewniam, że to ostatnia rzecz, na którą mamy ochotę).

Dopiero po jakimś czasie ta mieszanka cudzych stylów staje się czymś odrębnym, a obce elementy zaczynają stopniowo obumierać i odpadać. Tworzy się nasz własny, niepowtarzalny styl – literacki podpis, kwiecisty lub prosty, wysublimowany lub brutalny, ale nasz. Trudny do podrobienia i wyjątkowy, który kiedyś złoży się na czyjś zlepek i pomoże w wykształceniu nowego. I w ten sposób koło się domknie.

Nikt z nas nie rodzi się z gotowym warsztatem. Wypracowujemy go latami, choć przez większość czasu nie jesteśmy tego świadomi. Jeśli jednak mamy go już pod ręką, grzechem byłoby z niego nie skorzystać, prawda?

4

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyprawiłem się na spotkanie z rasą Prolathów (tak nazywali się obcy, którzy ostatecznie okazali się dość poważnym zagrożeniem dla ludzkości), złamałem nogę. Próbowałem nauczyć się przewrotki, a że nasze boisko było betonowe…

W efekcie przez dziewięć dni chodziłem w gipsie, a raczej trwałem w pozycji siedzącej. Skąd wiem, że dokładnie tyle? Otóż niezbyt udana próba powtórzenia wyczynów Rivaldo pod bramką przeciwnika sprawiła, że zacząłem pisać pamiętnik.

Dzięki temu przed rozpoczęciem pracy na tą książką mogłem przypomnieć sobie o kilku rzeczach, które zapewne wyleciałyby mi z pamięci, ale to nie wszystkie zasługi moich pierwszych autobiograficznych prób. Za ich sprawą wiem, że 19 maja 1999 roku TVN równo o dwudziestej emitował Obcego: Decydujące starcie (a ja następnego dnia rano poszedłem do wypożyczalni VHS po trzecią część w reżyserii Finchera), znam wszystkie wyniki podwórkowych meczów (oraz ich przebieg, dzięki potoczystemu komentarzowi) i mogę prześledzić, jak poszerzała się moja wiedza, jeśli chodzi o komendy w MS-DOS-ie (tudzież o pisanie prostych programów w Turbo Pascalu). Owszem, nie jest to zbyt porywająca lektura – pisałem codziennie, jakbym miał nad sobą szefa, rozwodząc się nad wszystkim, co przyszło mi do głowy. Pomijając inne walory tego przedsięwzięcia, nauczyłem się szybko stukać na klawiaturze, co z oczywistych względów przydaje mi się do dziś.

Korzystałem z tego obficie także przy kolejnym projekcie, którego podjąłem się niedługo po porzuceniu Szkoły hakerów. Projekcie istotnym, być może kluczowym dla tego, jak potem potoczyło się moje życie. Poświęciłem mu dwa lata i w pewien sposób zmienił moje pojmowanie tego, co rozumiałem przez pisanie.

Projektem tym był e-zin – jeden z internetowych magazynów, które na początku lat dwutysięcznych wyrastały w sieci jak grzyby po deszczu. Wchodziło się na stronę danego zinu, zapisywało się na listę subskrybentów, po czym raz w miesiącu otrzymywało się na maila plik .rar lub .zip z nowym numerem na dysk. Potem można było z czystym sumieniem (nie martwiąc się o kolejne nabijane przez modem impulsy) zagłębić się w lekturze.

Mój nazywał się „Vice Versa” i stworzyłem go razem z SiNKiem[1] – moim sąsiadem i przyjacielem, z którym lata wcześniej założyliśmy Klub Trzech Detektywów. Tamta inicjatywa była zabawą, „VoteBall” falstartem, ale do VV zabraliśmy się całkiem na poważnie.

Długo snuliśmy plany, ustalaliśmy szczegóły i głowiliśmy się nad tym, jaki kształt ostatecznie powinno przyjąć „Vice Versa”. Jako redaktor naczelny miałem najwięcej do gadania, ale kiedy przeglądam naszą korespondencję z tamtego czasu, widzę, że tak naprawdę pomysłodawcą większości rzeczy był SiNK.

Mimo że od jego tragicznej śmierci w 2018 roku minęło szesnaście lat, dalej mi go brakuje, ilekroć zabieram się do czegoś nowego. Rozwijaliśmy niezliczone idee, mniej lub bardziej udane, ale zawsze wywołujące w nas twórczą euforię. Godzinami potrafiliśmy planować, jaki projekt zaczniemy rozwijać, i towarzyszyło nam optymistyczne, dziecięce poczucie, że mamy nieograniczone możliwości.

Kumulacja tej determinacji nastąpiła właśnie przy „Vice Versa”. Pierwszy, a właściwie zerowy (testowy) numer wydaliśmy w 2001 roku. Tekstów nie było wiele, pisaliśmy głównie o IRC-u, rockowych albumach i grach komputerowych, ale na łamach VV znalazło się także miejsce dla poważniejszych tekstów. Poezja pojawiała się w każdym numerze, podobnie jak stale rozrastający się dział Przemyślenia, w którym pisaliśmy o współczesnych zjawiskach kulturowych, religii i innych rzeczach, które z jakiegoś powodu nas wtedy ciekawiły.

Moje teksty z tamtego czasu cechuje jedna rzecz: na pierwszy rzut oka widać, że są pisane przez nastolatka. Brakuje w nich konsekwencji, pojawiają się liczne dygresje, stylistycznie przywodzą na myśl fragmentację plechy grzybów, a meritum nierzadko jest tak głęboko schowane, że nie sposób go dojrzeć. Mówiąc delikatnie.

Inaczej jest w przypadku tekstów SiNKa. Wynika to z prostego faktu, że mój przyjaciel był – ni mniej, ni więcej – geniuszem.

Nasze pasje właściwie były zbieżne i nawet jeśli danym projektem nie zajmowaliśmy się wspólnie, de facto równocześnie pracowaliśmy nad tym samym. Tworzyliśmy proste grafiki w PaintShop Pro, pisaliśmy w HTML-u kolejne witryny (używając tylko Notatnika, rzecz jasna – dopiero potem odkryliśmy Pajączka), tworzyliśmy muzykę w prostych programach (a później we Fruity Loops), a w końcu pisaliśmy też proste aplikacje i gry, w czym tylko się dało. Najwięcej czasu spędzaliśmy jednak na tworzeniu tekstów do VV (i może na kopaniu piłki na betonowym boisku).

We wszystkich tych przedsięwzięciach SiNK wykazywał talent, jakby był stworzony właśnie do nich. I wprawdzie wówczas nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę, ale wciąż równałem w górę – i to dzięki temu mogłem się rozwijać. Gdybym dziś redagował swoje ówczesne teksty, musiałbym zacząć od zaznaczenia wszystkiego i usunięcia. Gdybym jednak chciał poprawić jego artykuły, miałbym naprawdę niewiele roboty. A mowa przecież o trzynastolatku.

Był niesamowitą osobą, prawdziwym człowiekiem orkiestrą – i nie mam wątpliwości, że gdyby dzisiaj żył, w jakiś sposób odcisnąłby piętno na otaczającym nas świecie. Może pisałby książki, może zostałby przy dziennikarstwie – bo właśnie takie plany przez lata snuliśmy, niesieni radością z tworzenia VV.

Magazyn doczekał się osiemnastu numerów – bez SiNKa wydałem tylko trzy, po czym na dobre zrezygnowałem, mimo że „Vice Versa” przez cały czas rozwijało się w coraz szybszym tempie.

Kiedy zaczynaliśmy, naszym marzeniem było, by magazyn czytało choćby kilka osób. Wypuściliśmy zerowy numer, bo byliśmy ostrożni i nie wiedzieliśmy, czy ten wesoły, powołany do życia przez dwóch gimnazjalistów twór znajdzie jakiegokolwiek odbiorcę.

O dziwo, znalazł. Po pierwszym wydaniu nie tylko zaczęła tworzyć się baza subskrybentów, ale także osób, które chciały pisać teksty dla VV. Zaczęliśmy dostawać mnóstwo maili i wiadomości na IRC-u, a odzew był tak niespodziewanie pozytywny, że natychmiast zabraliśmy się do tworzenia już pełnoprawnego pierwszego numeru.

Skąd taka reakcja? Wydaje mi się, że była odpowiedzią na naszą pasję. Byliśmy mocno zmotywowani i przez jakiś czas właściwie nie robiliśmy nic poza dyskutowaniem, co i jak powinniśmy zrobić. Nasze teksty nie były specjalnie przełomowe, ale uczciwe – pisaliśmy o tym, co nas zajmowało, i o tym, o czym sami chcielibyśmy przeczytać. Nie trzymaliśmy się utartych reguł innych magazynów, tworzonych przez bardziej doświadczonych ludzi, szliśmy nieco pod prąd. Wszystkie te elementy złożyły się na to, że osiągnęliśmy sukces – i być może w pewien sposób można odnieść je także do pisania powieści.

Zapał, z jakim popełniałem wtedy pokraczne artykuły, jest tym samym, który towarzyszy mi przy jakiejkolwiek innej inicjatywie twórczej. Radość tworzenia jest ta sama i sprawia, że przez cały dzień nie myślę o niczym innym, jak tylko o tym, by kontynuować ten proces. Zazwyczaj dzięki temu pisarze wiedzą, że jest dobrze. Że jakkolwiek by było, skończą swoją powieść, bo przynajmniej na jakiś czas stała się ich narkotykiem.

Owszem, po tak intensywnych przejściach przyjdzie pora na odwyk i każde spojrzenie na stworzony przez nas materiał będzie wywoływało potrzebę nagłego wyrzutu treści pokarmowej, ale to nie ma znaczenia. Liczy się ta niesamowita euforia kreatywności, która towarzyszy nam, ilekroć tworzymy coś prawdziwego. Wydaje mi się, że tylko dzięki niej można odnieść sukces.

Jeśli jest więc coś, co budzi ją w Tobie – nie zastanawiaj się ani przez chwilę. Bierz się do roboty i nie oglądaj na nic, podobnie jak dwóch trzynastolatków, którzy ubzdurali sobie, że mogą założyć magazyn internetowy i go rozkręcić.

Moment kluczowy nastąpił niedługo po pierwszym numerze. Spacerowałem z moją ówczesną dziewczyną po Krakowskiej w Opolu (swoją drogą pisała teksty znacznie lepsze niż moje i SiNKa razem wzięte), chwilę wcześniej kupiliśmy lody w „Karmelku” i kierowaliśmy się w stronę rynku. Powiedziałem jej wtedy, że liczba subskrybentów VV przekroczyła setkę.

Nie wiem, czy zatrzymałem się wtedy jak rażony piorunem, ale pamiętam, że myśl ta nagle mnie uderzyła. Uświadomiłem sobie, że to, co piszę, czyta sto osób.

Sto osób! Sto obcych osób! Nie znajomych, którzy z uprzejmości zerkną okiem na mój tekst, ale niemal anonimowych – prawdziwych ludzi znanych mi jedynie dzięki ich adresom mailowym (całe szczęście, że nie istniało wtedy RODO).

Było to dla mnie absolutnie niepojęte. A kiedy czytelnicy zaczęli przysyłać coraz więcej maili, poczucie surrealizmu się zwiększyło. Za wyjątkowy powód do dumy uznawałem to, że największym zainteresowaniem z jakiegoś powodu cieszyły się moje wstępniaki. W założeniu były właściwie humorystycznymi minifelietonami związanymi z tym, co w danym miesiącu się działo. Nie miały wielkiej wartości artystycznej, w każdej ankiecie wychodziło jednak, że czytelnikom przypadają do gustu.

Po pierwszym numerze nabraliśmy wiatru w żagle, a drugi i trzeci rozrosły się tak, że musieliśmy zrezygnować ze zdjęć – paczka przekroczyła magiczne pięćset kilobajtów, co wiązało się już z poważnym wysiłkiem dla każdego modemowca.

Pisaliśmy właściwie o wszystkim. O książkach, komputerach, muzyce, filmach i aktualnych wydarzeniach. Na łamach VV pojawiał się cały przekrój tekstów – od poezji Leśmiana, Stachury, przez przemyślenia o życiu i śmierci, aż po niezbyt wyrafinowany gimnazjalny humor, recenzje najnowszych gier i… ciekawych stron w sieci. Znalazło się też miejsce do oceny społecznej nowego zjawiska, jakim był Big Brother – oczywiście spod pióra SiNKa. Ja w tym czasie recenzowałem metalowe albumy, pisałem o nowo powstałej, ciekawej akcji „Pajacyk”, próbowałem swoich sił w humorystycznych opowiadaniach i snułem różnej maści rozważania… powiedzmy, że właściwe rozwijającemu się umysłowi młodego człowieka.

W pewnym momencie okazało się, że uzbieraliśmy niemały zespół redakcyjny, składający się ze znacznie starszych od nas osób. Przewijali się tam i licealiści, i studenci, a my z całego grona byliśmy najmłodsi. Nastręczałoby to pewnie przynajmniej kilku problemów, gdyby nie cudowna anonimowość w internecie – pamiętam, że raz na swojej stronie domowej (tak, wszyscy je mieliśmy, zamiast profili na Facebooku) SiNK chlapnął, ile ma lat. Pobiegłem do telefonu, zadzwoniłem do niego i czym prędzej kazałem mu informację usunąć.

Wszyscy pisali o swoich fascynacjach. Ktoś był pasjonatem Powrotu do przyszłości? Nadsyłał tekst o trylogii Zemeckisa. Ktoś chałupniczo składał komputery? Chętnie rozpisywał się o tym, co i jak należy zrobić. Tekstów było coraz więcej, a ja powoli zaczynałem mieć kłopot z trzymaniem wszystkiego w ryzach.

Jako redaktor naczelny czuwałem nad zawartością każdego numeru VV, ale też nad poskładaniem go. SiNK przygotowywał grafikę, ja zajmowałem się resztą. Cały kod pisałem w Notatniku, bo wychodziliśmy z założenia, że po pierwsze dzięki temu strony mniej ważą, a po drugie w jakiś sposób nas to nobilituje.

Efekt był taki, że roboty miałem mnóstwo. Do tego dochodziła korekta tekstów (która przybrała zupełnie nowy wymiar, od kiedy na pecetach Polaków na dobre zagościł Word) i pisanie własnych.

W tamtym czasie nauczyłem się tego, że dobra historia tkwi właściwie we wszystkim. Stałem się wyczulony na to, co może okazać się zalążkiem artykułu, i nieustannie polowałem na dobre tematy.

Towarzyszyła mi przy tym obawa, że pewnego dnia po prostu zabraknie mi pomysłu na kolejny tekst – i przez to nie będę chciał dłużej prowadzić VV, bo cała przyjemność wynikała właściwie z pisania. Reszta była obowiązkiem.

Obawa okazała się całkowicie nieuzasadniona, bo aż do osiemnastego numeru cierpiałem raczej na nadmiar niż deficyt pomysłów. Nie chciałem cały czas pisać o tym samym i przypuszczam, że dzięki temu przez ponad dwa lata wciąż było to dla mnie niesamowitym przeżyciem.

Jednego miesiąca recenzowałem nową rockową płytę, pisałem o piłce nożnej czy rozwodziłem się nad premierami kinowymi, w kolejnym brałem się do tematu korupcji w Polsce, poezji czy meandrów IRC-a, a w następnym pisałem o zjawiskach nadprzyrodzonych i publikowałem kolejne opowiadania. Przygoda z „Vice Versa” uświadomiła mi, że pomysły naprawdę są wszędzie. Jeden z moich najcieplej przyjętych tekstów powstał po… udanym polowaniu na muchę. Rozkwasiłem ją na szybie zwiniętą w rulon „Wyborczą” – i jakimś cudem stało się to zaczynem dla opowiadania pt. Pogromca much.