O mrówkach i dinozaurach - Liu Cixin - ebook + audiobook + książka

O mrówkach i dinozaurach ebook i audiobook

Liu Cixin

4,2
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Tajemnice pierwszej i najwspanialszej ziemskiej cywilizacji.

Ziemia. Okres kredy.

Mrówki i dinozaury – stworzenia zupełnie niepodobne do siebie nawzajem, ale świetnie się uzupełniające – z biegiem czasu nawiązały ścisłą współpracę. Podstawą ich sojuszu były zwykłe usługi dentystyczne. Ale z tych skromnych początków wzięły się pismo, matematyka, komputery, fuzja jądrowa, antymateria, a nawet podróże kosmiczne – prawdziwa epoka cudów! Tak wspaniałe przedsięwzięcia mają jednak swoją cenę. Mrówczo-jaszczurza cywilizacja w miarę rozwoju najpierw zaczęła niszczyć biosferę, a potem wszystko, co jest od niej zależne.

Mimo to dinozaury nie chciały słuchać ostrzeżeń mrówek o nadciągającej katastrofie ekologicznej. Owady stanęły przed wielkim dylematem: zniszczyć dinozaury czy zginąć wraz z nimi?

Żartobliwy ton i ogromny rozmach. - Gary K. Wolfe, „Locus”

Adrian Tchaikovsky w Dzieciach czasu przedstawił rozwój cywilizacji pająków współpracujących z mrówkami. (…) Cixin Liu zdecydował się na bardziej fantazyjne i satyryczne podejście w O mrówkach i dinozaurach. Symbiotyczna cywilizacja, którą opisuje, pod wieloma względami odzwierciedla ludzkie społeczeństwo. (...) Ta książka to baśń czy alegoria, z której wiele można się nauczyć. - Gareth D. Jones, SFcrowsnest

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 182

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 40 min

Lektor: Wojciech Stagenalski

Oceny
4,2 (322 oceny)
155
113
36
11
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
GutMad

Nie oderwiesz się od lektury

piękna baśń o współpracy, zdradach I komunizmie 10/10
20
dzust

Dobrze spędzony czas

Alernatywna historia? Przypowieść? Alegoria? Bardzo ciekawa opowieść dająca do myślenia.
10
Isenor_Tarpanito

Całkiem niezła

Ta książka to połączenie nauki, fantastyki i głębokich refleksji nad naturą ludzkości.
10
a9c2xx

Nie oderwiesz się od lektury

Nie czytałem poprzednich książek autora, jedyne porównanie, które przychodzi mi do głowy, to „Wyspa Jaszczurów”. Początkowa spokojna narracja opisująca uwarunkowania biologiczne obu gatunków przeradza się w reportaż z pola bitwy jakim jest cały świat.
10
viollaesz

Dobrze spędzony czas

cudowa alegoria na nasz świat
00



Polecamy

TEGO AUTORA W SPRZE­DAŻY

TRY­LO­GIA

„WSPO­MNIE­NIE O PRZE­SZŁO­ŚCI ZIEMI”:

PRO­BLEM T RZECH CIAŁ

CIEMNY LAS

KONIEC ŚMIERCI

ORAZ

PIO­RUN KULI­STY

ERA SUPER­NO­WEJ

WĘDRU­JĄCA ZIE­MIA

POLE­CAMY RÓW­NIEŻ

BAOSHU

ODZY­SKA­NIE CZASU

Prolog

ISKRY

Gdyby całe dzieje Ziemi zamknąć w jed­nym dniu, godzina rów­na­łaby się 200 milio­nom, minuta 3,3 miliona, a sekunda 55 tysiącom lat. Życie poja­wi­łoby się już o ósmej czy dzie­wią­tej rano, ale ludzka cywi­li­za­cja powsta­łaby dopiero w ostat­niej dzie­sią­tej ostat­niej sekundy tego dnia. Od owego ranka, kiedy na stop­niach świą­tyni w sta­ro­żyt­nej Gre­cji filo­zo­fo­wie roz­po­częli pierw­szą debatę… od dnia, w któ­rym nie­wol­nicy poło­żyli pierw­szy kamień pod fun­da­menty Wiel­kiej Pira­midy… od chwili, gdy Kon­fu­cjusz powi­tał w roz­świe­tlo­nym świecą pół­mroku swo­jej kry­tej strze­chą chaty pierw­szych uczniów… do momentu, w któ­rym odwró­ci­łeś pierw­szą stronę tej książki, minę­łaby zale­d­wie jedna dzie­siąta tyk­nię­cia zegara.

A co się działo z życiem na Ziemi w godzi­nach przed tą jedną dzie­siątą sekundy? Czy przez… hmm… miliardy lat wszyst­kie żywe istoty tylko pły­wały, wędro­wały, roz­mna­żały się i spały? Czy przez eony wszyst­kie orga­ni­zmy były bez­na­dziej­nie głu­pie? Czy naprawdę nasza mała gałązka była jedyną spo­śród nie­zli­czo­nych gałęzi drzewa życia, która została opro­mie­niona świa­tłem inte­li­gen­cji? Wydaje się to nie­praw­do­po­dobne.

Jed­nak roz­wi­nię­cie się wiel­kiej cywi­li­za­cji z zalążka inte­li­gen­cji jest nie lada czym. By się tak stało, musi zostać jed­no­cze­śnie speł­nio­nych wiele warun­ków, co jest zbie­giem oko­licz­no­ści, który zda­rza się raz na milion. Rodząca się inte­li­gen­cja jest jak wątły pło­myk na roz­le­głym ste­pie. Może go zdmuch­nąć naj­lżej­szy powiew wia­tru, a nawet jeśli będzie się na­dal tlił i zdoła pod­pa­lić ota­cza­jące go ziel­ska, na jego dro­dze znaj­dzie się zapewne jakiś stru­mień albo połać nagiej ziemi, które go powstrzy­mają i spo­wo­dują, że zga­śnie, nie wydaw­szy nawet jęku. Jeśli jakimś cudem zyska dość ener­gii i roz­prze­strzeni się jak pożar buszu, praw­do­po­dob­nie stłumi go potężna ulewa. Bio­rąc to wszystko pod uwagę, trzeba uznać, że szanse na to, iż wątły pło­myk roz­go­rzeje wiel­kim ogniem, są nie­zwy­kle małe. A zatem możemy zało­żyć, że pod­czas bez­kre­snej nocy pra­dzie­jów tu i ówdzie, wciąż na nowo, roz­bły­ski­wały niczym świe­tliki iskierki kieł­ku­ją­cej inte­li­gen­cji.

Mniej wię­cej dwa­dzie­ścia minut przed pół­nocą, to zna­czy mniej wię­cej dwa­dzie­ścia minut przed naszym nadej­ściem, poja­wiły się na Ziemi dwa pło­myki inte­li­gen­cji. Mogli­by­śmy nazwać je iskrami. Ten dwu­dzie­sto­mi­nu­towy okres nie był krót­kim odcin­kiem czasu, bo rów­nał się ponad sześć­dzie­się­ciu milio­nom lat. Była to era nie­wy­obra­żal­nie odle­gła od naszej. Nasi przod­ko­wie mieli się poja­wić dopiero za kil­ka­dzie­siąt milio­nów lat. Tak więc nie było jesz­cze ludzi i nawet kon­ty­nenty miały inne kształty niż dzi­siaj. W skali geo­chro­no­lo­gicz­nej był to okres póź­nej kredy.

W owym cza­sie Zie­mię zamiesz­ki­wały gigan­tyczne zwie­rzęta zwane dino­zau­rami. Było wiele róż­nych gatun­ków dino­zau­rów, a więk­szość z nich była absur­dal­nie wielka. Naj­cięż­sze ważyły ponad osiem­dzie­siąt ton, czyli tyle, ile ośmiu­set ludzi, a naj­wyż­sze dora­stały do trzy­dzie­stu metrów, czyli do wyso­ko­ści czte­ro­pię­tro­wego budynku. Żyły na Ziemi już od ponad sie­dem­dzie­się­ciu milio­nów lat, co zna­czy, że poja­wiły się ponad miliard lat temu.

W porów­na­niu z kil­ku­set tysią­cami lat ist­nie­nia ludz­ko­ści sie­dem­dzie­siąt milio­nów lat to naprawdę dużo. Dość czasu, by kro­ple pada­jące stale w to samo miej­sce wydrą­żyły w ziemi ogromne prze­pa­ście, dość czasu, by nie­ustan­nie pły­nące prądy powietrzne zrów­nały górę z zie­mią. Rodzaj, który przez tyle czasu cią­gle ewo­lu­uje, sta­nie się inte­li­gentny bez względu na to, jak głupi był na początku. I wła­śnie tak stało się z dino­zau­rami.

W ciągu tych milio­nów lat odkryły one, jak wyry­wać naj­więk­sze drzewa, usu­wać z nich gałę­zie i liście i przy­wią­zy­wać rata­nem do ich pni ogromne głazy. Jeśli głaz był okrą­gły lub kwa­dra­towy, drzewo sta­wało się mło­tem, tak potęż­nym, że jego jedno ude­rze­nie mogłoby zmiaż­dżyć samo­chód. Jeśli był pła­ski, dino­zaury uży­wały go jako mega­li­tycz­nej sie­kiery. Jeśli zaś był spi­cza­sty, zosta­wiały górne gałę­zie drzewa i prze­kształ­cały pień w mie­rzący dzie­siątki metrów oszczep. Gałę­zie sta­bi­li­zo­wały lot tego oszczepu, który pruł powie­trze niczym pocisk bali­styczny.

Dino­zaury two­rzyły pier­wotne ple­miona i miesz­kały w ogrom­nych jaski­niach, które same sobie wyko­py­wały. Ujarz­miły ogień, zacho­wu­jąc żarzące się szczątki drzew powa­lo­nych ude­rze­niami pio­ru­nów do oświe­tla­nia swych prze­past­nych sie­dzib i pie­cze­nia jedze­nia. Jako świec uży­wały całych świer­ków o tak gru­bych pniach, że aby je objąć, musia­łoby się wziąć za ręce kilku ludzi. Pisały nawet na ścia­nach swo­ich jaskiń zwę­glo­nymi pniami, notu­jąc pro­stymi pocią­gnię­ciami, ile jaj zło­żyły wczo­raj i ile mło­dych wykluło się dzi­siaj. Co jesz­cze waż­niej­sze, stwo­rzyły nawet pry­mi­tywny język. Dla nas ich roz­mowy brzmia­łyby jak gwizd loko­mo­tyw.

W tym samym cza­sie oznaki budzą­cej się inte­li­gen­cji wyka­zy­wała jesz­cze jedna grupa zwie­rząt żyją­cych na Ziemi. Mrówki. One też prze­szły długi pro­ces ewo­lu­cji; prawdę mówiąc, w tam­tym momen­cie sto­pień roz­woju spo­łecz­no­ści mró­wek znacz­nie prze­wyż­szał poziom, który osią­gnęły spo­łecz­no­ści dino­zau­rów. Mrówki wznio­sły mia­sta na wszyst­kich kon­ty­nen­tach – nie­które miały postać wiel­kich kop­ców, inne były pod­ziem­nymi labi­ryn­tami – a wiele ich kolo­nii zamiesz­ki­wało sto milio­nów osob­ni­ków. Te ogromne spo­łecz­no­ści roz­bu­do­wały pomy­słowe, ści­śle zor­ga­ni­zo­wane i bar­dzo wydajne struk­tury, w któ­rych tęt­niło w sta­łym ryt­mie życie. Owady te komu­ni­ko­wały się mię­dzy sobą za pomocą fero­mo­nów – nie­zwy­kle wyra­fi­no­wa­nych czą­stek zapa­cho­wych, któ­rymi mogły prze­ka­zy­wać naj­bar­dziej szcze­gó­łowe infor­ma­cje – skła­da­ją­cych się na język lepiej roz­wi­nięty od języka dino­zau­rów.

Jed­nak mimo że pierw­sze prze­bły­ski inte­li­gen­cji poja­wiły się u dwóch ziem­skich rodza­jów1, z któ­rych jed­nym były olbrzy­mie, a dru­gim malut­kie stwo­rze­nia, oba miały fatalne wady i droga każ­dego z nich do stwo­rze­nia cywi­li­za­cji naje­żona była prze­szko­dami nie do poko­na­nia.

Naj­więk­szą ułom­no­ścią dino­zau­rów był brak zręcz­nych rąk. Ich potężne, nie­zdarne dło­nie były nie­zrów­nane w walce (jeden z rodza­jów dino­zau­rów, deino­nych, miał zakrzy­wione i ostre jak sza­ble pazury, któ­rymi wypru­wał wnętrz­no­ści swoim rywa­lom) i mogły for­mo­wać toporne narzę­dzia, ale nie nada­wały się do wyko­ny­wa­nia skom­pli­ko­wa­nych zadań, wytwa­rza­nia wyso­kiej klasy przy­rzą­dów i pisa­nia jakich­kol­wiek skom­pli­ko­wa­nych zna­ków. Był to wielki kło­pot, ponie­waż zręcz­ność manu­alna jest warun­kiem wstęp­nym roz­woju cywi­li­za­cji. Mię­dzy ewo­lu­cją mózgu i czyn­no­ściami nie­zbęd­nymi dla prze­trwa­nia jakie­goś gatunku może powstać trwała więź tylko wtedy, gdy ów gatu­nek ma zwinne ręce.

Nato­miast mrówki potra­fiły wyko­ny­wać nie­zwy­kle zło­żone zada­nia i zarówno na ziemi, jak i pod nią two­rzyły skom­pli­ko­wane archi­tek­to­nicz­nie budowle. Ale im dla odmiany bra­ko­wało polotu i bogac­twa umy­słu. Gdy gro­mada mró­wek osią­gnęła masę kry­tyczną, zaczy­nały prze­ja­wiać bar­dzo podobną do pro­gramu kom­pu­te­ro­wego, lite­ralną i bez­błędną inte­li­gen­cję zbio­rową. Kie­ro­wane tymi pro­gra­mami kolo­nie mró­wek budo­wały jeden miej­ski labi­rynt za dru­gim. Ich spo­łecz­ność funk­cjo­no­wała jak wielka, pre­cy­zyj­nie skon­stru­owana maszyna, ale pro­cesy myślowe poje­dyn­czej mrówki, jed­nego z try­bi­ków tej maszyny, były roz­cza­ro­wu­jąco płyt­kie i powolne. Było to przy­czyną upadku mró­wek, gdyż myśle­nie twór­cze potrzebne dla postępu cywi­li­za­cji jest domeną jed­no­stek, takich jak na przy­kład nasi New­ton i Ein­stein. Inte­li­gen­cja zbio­rowa jest ze swej natury i przy­ro­dzo­nej jej zasady redun­dan­cji prze­ci­wień­stwem zaawan­so­wa­nego myśle­nia; sto milio­nów nas, ludzi, mogłoby wytę­żać umy­sły i mimo to nie odkryć trzech zasad dyna­miki ani nie sfor­mu­ło­wać teo­rii względ­no­ści.

A zatem natu­ral­nym bie­giem rze­czy ani spo­łecz­ność mró­wek, ani spo­łecz­ność dino­zau­rów nie mogłyby się roz­wi­jać. Jak świad­czą nie­zli­czone przy­kłady zarówno przed nimi, jak i po nich, pło­myki inte­li­gen­cji, które zapło­nęły u obu tych rodza­jów, powinny zostać zga­szone przez nurt czasu i pozo­stać tylko efe­me­rycz­nymi iskier­kami w dłu­giej nocy histo­rii Ziemi.

Ale wtedy zda­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego.

Zarówno dino­zaury, jak i mrówki okre­ślone są w będą­cym pod­stawą tego prze­kładu tłu­ma­cze­niu angiel­skim jako spe­cies, czyli rodzaje, pod­czas gdy w sys­te­ma­tyce bio­lo­gicz­nej te pierw­sze są nad­rzę­dem, a te dru­gie rodza­jami z rodziny mrów­ko­wa­tych (przyp. tłu­ma­cza). [wróć]

1

PIERWSZE SPOTKANIE

Był zwy­kły dzień okresu póź­nej kredy. Nie spo­sób usta­lić dokładną datę, ale był to naprawdę zwy­kły dzień, a na Ziemi pano­wał spo­kój.

Przyj­rzyjmy się kształ­towi świata tam­tego dnia. W owym cza­sie pro­file i miej­sca kon­ty­nen­tów rady­kal­nie się róż­niły od ich obec­nych form. Antark­tyda i Austra­lia two­rzyły jeden ląd, więk­szy od każ­dego z nich w dzi­siej­szej postaci, Indie były dużą wyspą na Morzu Tetydy, a Europa i Azja dwoma oddziel­nymi lądami. Dino­zaury można było zna­leźć głów­nie na dwóch super­kon­ty­nen­tach. Pierw­szy z nich, Gon­dwana, był kilka miliar­dów lat wcze­śniej jedy­nym cią­głym lądem na Ziemi. Potem roz­padł się na osobne czę­ści, a jego powierzch­nia znacz­nie się zmniej­szyła, ale wciąż był tak duży jak dzi­siej­sza Afryka i Ame­ryka Połu­dniowa razem wzięte. Drugi, Lau­ra­zja, ode­rwał się od Gon­dwany, a póź­niej stał się zie­mią, którą obec­nie nazy­wamy Ame­ryką Pół­nocną.

Tam­tego dnia wszyst­kie stwo­rze­nia na wszyst­kich kon­ty­nen­tach pochła­niała tylko jedna sprawa – prze­trwa­nie. W ówcze­snym, nie­cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie nie wie­działy, skąd się wzięły i dokąd zmie­rzają. Gdy kre­dowe słońce znaj­do­wało się wprost nad ich gło­wami i cie­nie rzu­cane przez liście sagow­ców były naj­mniej­sze, ich jedy­nym zmar­twie­niem było to, dokąd się udać na obiad.

Na ską­pa­nej w bla­sku słońca pola­nie w gaju palm sago­wych w Gon­dwa­nie środ­ko­wej pewien na razie jesz­cze niczym się nie­wy­róż­nia­jący Tyran­no­sau­rus rex wła­śnie schwy­tał pulch­nego, cał­kiem dużego jasz­czura na połu­dniowy posi­łek. Budzą­cymi grozę szpo­nami roze­rwał wciąż szar­piące się zwie­rzę na dwoje i wrzu­cił część ogo­nową do zie­ją­cej pasz­czy. Gdy ją ze sma­kiem schru­pał, poczuł się cał­ko­wi­cie zado­wo­lony ze świata i z miej­sca, jakie w nim zaj­mo­wał.

Jed­nak pod zie­mią daleko było do spo­koju. Pościg tyra­no­zaura za jasz­czu­rem spo­wo­do­wał potężne trzę­sie­nie ziemi w pod­ziem­nym mie­ście mró­wek poło­żo­nym zale­d­wie metr od lewej stopy dino­zaura. Na szczę­ście unik­nęło roz­dep­ta­nia, ale teraz na powierzch­nię wyle­gła horda jego mniej wię­cej tysiąca miesz­kań­ców, by spraw­dzić, co się stało.

Tyra­no­zaur prze­sła­niał im ponad pół nieba; był niczym wynio­sły szczyt prze­szy­wa­jący chmury. Dla mró­wek zgro­ma­dzo­nych w cie­niu tego masywu wyglą­dało to tak, jakby nagle dzień zaczął się chy­lić ku zacho­dowi. Zezu­jąc w górę, coraz wyżej i wyżej, patrzyły, jak ogon jasz­czura wyko­nuje w powie­trzu łuk i znika w prze­past­nej pasz­czy tyra­no­zaura. Słu­chały odgło­sów chru­pa­nia, trza­sków i łosko­tów, które brzmiały jak gromy bijące z nieba. Wcze­śniej przy podob­nych oka­zjach tym gro­mom towa­rzy­szyły obfite opady odłam­ków kości i kawał­ków mięsa. Nawet drobny desz­czyk pozo­sta­ło­ści z uczty dino­zaura zapew­niał obiad całemu mia­stu. Jed­nak tym razem tyra­no­zaur miał mocno zaci­śnięte szczęki i z nieba nic nie spa­dało. Po paru chwi­lach wrzu­cił do pasz­czy drugą połowę jasz­czura. Znowu roz­legł się grzmot, ale i teraz nie spadł deszcz szcząt­ków pokarmu.

Gdy tyra­no­zaur skoń­czył jeść, cof­nął się o kilka kro­ków i z lubo­ścią uło­żył się w cie­niu do poobied­niej drzemki. Zatrzę­sła się zie­mia, szczyt się osu­nął i prze­kształ­cił w daleki łań­cuch gór, a polanę ponow­nie zalało jasne świa­tło słońca. Mrówki potrzą­snęły z rezy­gna­cją gło­wami i wes­tchnęły. Tego­roczna pora sucha była długa i życie z dnia na dzień sta­wało się coraz cięż­sze. Były głodne już od dwóch dni.

W chwili gdy przy­gnę­bione stwo­rzonka odwra­cały się w stronę wej­ścia do ich mia­sta, polaną zachwiało kolejne trzę­sie­nie ziemi. Łań­cuch gór­ski prze­wra­cał się nie­spo­koj­nie z boku na bok! Mrówki patrzyły uważ­nie, jak tyra­no­zaur wkłada jeden ze swo­ich mon­stru­al­nych pazu­rów do pyska i zaczyna nim wście­kle dłu­bać w zębach. Natych­miast pojęły, dla­czego ów stwór nie może zasnąć – mię­dzy jego zębami utkwiło i draż­niło go mięso jasz­czura.

Bur­mi­strzowi mia­sta mró­wek przy­szedł nagle do głowy pewien pomysł. Wdra­pał się na źdźbło trawy i wysłał zgro­ma­dzo­nym w dole miesz­kań­com kolo­nii fero­mo­nowy sygnał. Gdy dotarł on do pozo­sta­łych mró­wek, zro­zu­miały, o co cho­dzi bur­mi­strzowi, i prze­ka­zały tę wia­do­mość dalej. W miarę poru­sza­nia się ich czu­łek tłum ogar­niało coraz więk­sze pod­nie­ce­nie.

Pod wodzą bur­mi­strza mrówki ruszyły w stronę tyra­no­zaura upo­rząd­ko­wa­nymi czar­nymi stru­my­kami. Począt­kowo łań­cuch gór­ski wyda­wał się im nie­sa­mo­wi­cie odle­gły, widoczny na hory­zon­cie, ale nie­do­stępny. Jed­nak potem nie­spo­kojny tyra­no­zaur prze­krę­cił się ku nim, skra­ca­jąc w jed­nej chwili dzie­lący je od niego dystans. Gdy się obra­cał, jedna z jego ogrom­nych dłoni spa­dła z nieba i legła z ogłu­sza­ją­cym łosko­tem tuż przed bur­mi­strzem. Wywo­łany tym wstrząs wyrzu­cił cały pochód mró­wek w powie­trze, a kurz, który się przy tym wzbił, uło­żył się w kształt grzyba podob­nego do chmury pyłu po wybu­chu bomby ato­mo­wej.

Nie cze­ka­jąc, aż kurz z powro­tem osią­dzie, mrówki weszły za swoim bur­mi­strzem na dłoń dino­zaura. Leżała ona pro­sto­pa­dle do ziemi, two­rząc urwi­stą skałę. Ale dla wpra­wio­nych we wspi­nacz­kach mró­wek nie była to żadna prze­szkoda. Szybko wdra­pały się po ścia­nie urwi­ska na przed­ra­mię dino­zaura. Wciąż w zwar­tym szyku, wybie­rały drogę na szorst­kiej skó­rze przed­ra­mie­nia, brnąc przez jego podobną do pła­sko­wyżu powierzch­nię, scho­dząc i wcho­dząc po stro­mych zbo­czach prze­ci­na­ją­cych ją nie­zli­czo­nych wąwo­zów i upar­cie zmie­rza­jąc do ramie­nia i pasz­czy tyra­no­zaura.

Aku­rat w tym momen­cie tyra­no­zaur pod­niósł ogromną rękę, by ponow­nie pogrze­bać sobie w zębach. Mrówki, które posu­wały się po jego przed­ra­mie­niu, poczuły, że usuwa się im grunt pod nogami i że alar­mu­jąco wzra­sta siła gra­wi­ta­cji. Wal­cząc o życie, przy­warły do skóry dino­zaura wszyst­kimi odnó­żami. Jego kolo­salna głowa zasła­niała im teraz pół nieba. Jego wolny oddech był jak wiatr wie­jący na nie­bie, a pod spoj­rze­niem jego roz­le­głych jak oce­any oczu zatrzę­sły się z trwogi.

Dostrze­gł­szy na swym ramie­niu mrówki, tyra­no­zaur uniósł drugą rękę, by je strzep­nąć. Jego dłoń zakryła połu­dniowe słońce jak chmura burzowa i rzu­ciła na armię mró­wek groźny cień. Patrzyły na nią z prze­ra­że­niem, gwał­tow­nie rusza­jąc czuł­kami. Bur­mistrz pod­niósł jedną ze swych przed­nich nóg i reszta oddziału natych­miast zro­biła to samo, wsku­tek czego cała kolo­nia stała się długą, drga­jącą strzałą, wymie­rzoną w pasz­czę dino­zaura.

Tyra­no­zaur na kilka sekund osłu­piał, ale w końcu pojął zamiar mró­wek i opu­ścił koń­czynę. Chmura burzowa znik­nęła i z powro­tem poka­zało się słońce. Potem dino­zaur otwo­rzył pasz­czę i poło­żył na ogrom­nym zębie palec, two­rząc w ten spo­sób most mię­dzy ramie­niem i szczęką. Na uła­mek sekundy mrówki się zawa­hały, ale bur­mistrz ponow­nie objął dowódz­two i reszta kolo­nii bez sprze­ciwu poma­sze­ro­wała za nim.

Pierw­sza grupa szybko dotarła do końca palca. Sta­nąw­szy na gład­kim, stoż­ko­wa­tym czubku pazura, patrzyły z lękiem i podzi­wem w głąb jego pasz­czy. Miały przed sobą pogrą­żoną w mroku cze­luść, w któ­rej zbie­rała się burza. Ich twa­rze owie­wał silny, wil­gotny wiatr, który cuch­nął posoką, a z ciem­nej otchłani docho­dziło grzmie­nie. Gdy oczy mró­wek przy­sto­so­wały się do mroku, udało im się doj­rzeć w oddali pas jesz­cze głęb­szej ciem­no­ści, który stale zmie­niał kształt. Dopiero po dłuż­szym cza­sie uświa­do­miły sobie, że jest to gar­dło dino­zaura. To ono było źró­dłem owych grzmo­tów, które wydo­by­wały się z żołądka dino­zaura. Mrówki instynk­tow­nie sku­liły się ze stra­chu, ale potem jedna za drugą wspięły się na jego olbrzy­mie zęby i ześli­znęły po zbo­czach z gład­kiego, bia­łego szkliwa.

Potęż­nymi żuwacz­kami zaczęły się wgry­zać w różowe mięso jasz­czura, które utkwiło w roz­pa­dli­nach mię­dzy zębami. Żując pokarm, gapiły się na wiel­kie białe kolumny wzno­szące się po obu stro­nach. Wysoko nad nimi, na pod­nie­bie­niu dino­zaura, lśnił zło­wrogo w pro­mie­niach słońca drugi rząd sie­ka­czy, który wyglą­dał tak, jakby lada chwila mógł je zmiaż­dżyć. Ale tyra­no­zaur prze­su­nął już palec na górną szczękę i nie­prze­rwany stru­mień mró­wek wspi­nał się teraz na osa­dzone w niej zęby i poże­rał zakli­no­wane mię­dzy nimi mięso, two­rząc lustrzany obraz sceny, która roz­gry­wała się na dol­nej szczęce.

W około tuzi­nie szcze­lin uwi­jało się teraz ponad tysiąc mró­wek, które szybko uprząt­nęły do czy­sta skrawki mięsa. Dole­gli­wość drę­cząca dino­zaura została usu­nięta! Nie roz­wi­nął się on jesz­cze w takim stop­niu, by podzię­ko­wać za tę przy­sługę, więc tylko wydał dłu­gie wes­tchnie­nie ulgi. Ten nagły hura­gan zdmuch­nął z jego pasz­czy wszyst­kie mrówki, które wznio­sły się w powie­trze jak czarny obłok kurzu, ale ponie­waż ich ciała były nie­wia­ry­god­nie lek­kie, wylą­do­wały bez szwanku metr od głowy tyra­no­zaura. Miały pełne brzu­chy i potup­tały syte z powro­tem do swo­jego mia­sta. Tym­cza­sem tyra­no­zaur prze­krę­cił się na drugi bok, w chłodny cień, i bez trudu zapadł w drzemkę.

I to było tyle.

Kiedy Zie­mia powoli się obra­cała, słońce prze­su­wało się w mil­cze­niu ku zacho­dowi, cie­nie sagow­ców się wydłu­żały, a mię­dzy drze­wami prze­my­kały motyle i chrząsz­cze. W oddali biły o brzegi Gon­dwany fale pier­wot­nego oce­anu.

Nikt nie wie­dział, że w tej naj­spo­koj­niej­szej chwili histo­ria Ziemi doko­nała ostrego zwrotu w nowym kie­runku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Title:

Author:

Copy­ri­ght © 2010 Liu Cixin

Polish trans­la­tion copy­ri­ght © 2021 FT Cul­ture (Beijing) Co., Ltd.

Co-publi­shed by Chon­gqing Media & Publi­shing Co., Ltd.

All rights rese­rved

Tytuł wyda­nia angiel­skiego: Of Ants and Dino­saurs

(prze­kład z chiń­skiego: Eli­za­beth Han­lon)

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020, 2026

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Krzysz­tof Tro­piło

Pro­jekt okładki: David War­dle

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Sła­wo­mir Folk­man

Foto­gra­fie na okładce: Shut­ter­stock

Wyda­nie II e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: O mrów­kach i dino­zau­rach, wyd. I, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-855-4

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer