Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 110 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nowelki zbójeckie - Mirosław Sznajder

Nowelki zbójeckie można czytać bez obaw - na czytelnika nie czają się tu wnyki eksperymentów, happeningów i prowokacji. Jedyny zabieg formalny, na jaki pozwolił sobie autor to quasi-wierszowany zapis niektórych tekstów. Istotnie bowiem, kilka z nich ma posmak balladowo-baśniowy, wszystkie natomiast oddają szacunek rzetelnemu realizmowi, czy może nawet naturalizmowi. Jakże jednak pisać o życiu bez Chagallowskiego humoru, jakże - pisząc - nie roześmiać się niekiedy czując zarazem grozę?
Miasto, wieś, ziemski padół i Niebo - tutaj ograniczeń dla wyobraźni nie ma; czytelnik przekona się, że nie ma tu również żadnych barier czasowych - można zatem czytać, w jakiś też sposób bawić się czytając.

Mirosław Sznajder (ur. 1946 r.) - zabłąkany w dziedzinę pisarstwa wywoływacz duchów i cieniów, również cieniów przeszłości, usadowiony jako tako w siodle czasu teraźniejszego. Związany niemal od urodzenia z Warszawą, co rusz rozstawał się z nią niecierpliwie wyruszając tu i tam w świat, także i po to, aby dowiedzieć się, jak to jest gdzie indziej. Założył poetycką grupę ("Stajnia?), zdobył ostrogi polonistyczne na UW. Publikował swe utwory w prasie warszawskiej, almanachu "Iskier", recenzje w "Nowych Książkach" oraz "Przez Grójecką" zbiór wspomnieniowych tekstów w wydawnictwie Spectrumpress.


Aż nadto miał czasu, by - zaglądając światu w oczy - przekonać się, że nie należy uznawać za stracony czas, ten czas, który poświęca się ludziom, miejscom dawnym, innym. Prezentowany w Wydawnictwie e-bookowo zbiorek to utwory najnowsze, pisane trochę na przekór sobie. Próbują powiedzieć to i owo o czasie obecnym; o ludziach, sprawach i obyczajach znanych nam z codziennego obcowania - z rzeczywistością i jej cieniami.



Jest współzałożycielem, no i członkiem grup literackich: Kalmar i Stajnia. Stajnia swego czasu wspierała Forum Poetów w Hybrydach oraz współtworzyła Konfederację Nowego Romantyzmu. Jego opowiadania ukazywały się w "Nowym Wyrazie", w "Sztandarze Młodych", "Głosie Pojezierza" oraz w antologii "Iskier".

Pisywał również recenzje do "Nowych Książek". I unikał za wszelką cenę wiernopoddańczego zachwytu nad pisaniem własnym, ale też nie padał przed ołtarzem literatury w ogóle - nie dlatego, by ją lekceważył, ale jako polonista miał, i ma wciąż jeszcze nieco rozeznania, że na tym gruncie obok rzeczy wielkich pleni się mnóstwo tandety. Nieobce były mu podejrzenia także i do własnego pisarstwa - skoro pisze się ani dobrze ani źle, to po co pisać?

Obecnie wydaje z przyjaciółmi nieregularnik Rękopis, który w jakiś sposób bywa miejscem "spotkań" tekstów środowiska. A tak w ogóle, to więcej chyba pisze teraz wierszy, niż opowiadanek.

Opinie o ebooku Nowelki zbójeckie - Mirosław Sznajder

Fragment ebooka Nowelki zbójeckie - Mirosław Sznajder

© Copyright by Mirosław Sznajder & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-62480-43-2

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2011

Mirosław Sznajder(ur. 1946 r.)

– zabłąkany w dziedzinę pisarstwa wywoływacz duchów i cieniów, również cieniów przeszłości, usadowiony jako tako w siodle czasu teraźniejszego. Związany niemal od urodzenia z Warszawą, co rusz rozstawał się z nią niecierpliwie wyruszając tu i tam w świat, także i po to, aby dowiedzieć się, jak to jest gdzie indziej. Założył poetycką grupę („Stajnia”), zdobył ostrogi polonistyczne na UW. Publikował swe utwory w prasie warszawskiej, almanachu „Iskier”, recenzje w „Nowych Książkach” oraz „Przez Grójecką” zbiór wspomnieniowych tekstów w wydawnictwie Spectrumpress.

Aż nadto miał czasu, by – zaglądając światu w oczy – przekonać się, że nie należy uznawać za stracony czas, ten czas, który poświęca się ludziom, miejscom dawnym, innym. Prezentowany w Wydawnictwie e-bookowo zbiorek to utwory najnowsze, pisane trochę na przekór sobie. Próbują powiedzieć to i owo o czasie obecnym; o ludziach, sprawach i obyczajach znanych nam z codziennego obcowania – z rzeczywistością i jej cieniami.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

KĘSIM

I

Minęło południe, dochodzi trzecia, może i piąta, kto to wie? Wie ten, kto ma zegarek. Ale który z trzech siedzących na pniach przy drodze w pobliżu pierwszych chałup Stan isławowki ma choć marną kopiejkę? A co dopiero zegarek… Jedyny w miasteczku zegarek nosi na ręku popadia, Nikołajewna, – ona? jaki zegarek, blaszkę z odpusty, joj, ta u nich bida, aż skrzypi.

Drugi zegar, wielki jak wyprostowany chłop, stoi na wystawie Siemiona Potapycza, tego, co proste urządzenie naprawia, starzyznę za marny pieniądz od ludzi skupuje od wiki wikiw, a sprzedaje gdzie indziej po szerokim Bożym świecie za ciężki rubel, oraz innymi rzeczami się trudzi, o których lepiej za głośno nie mówić. Jest pewnie i trzeci, u tych, tych.

Ale reszta narodu ledwie co zje, byle czym się okryje. Od zachodu coraz to zawieje wczesnojesienny wiatr i zakręci piachem na drodze. Poszłoby się do domu. ale w domu ziąb taki sam, albo gorszy, bo do tego jeszcze wilgoć i grzyb.

A rodzina tylko się gapi, czy czegoś do żarcia nie przyniosłeś. I czy czegoś cichcem nie wynosisz.

– Ech ty, Fyłyp, smatri, Poliaki jedut!

– A ty sionyk, szto? Nos u tebia jak sobaka? oczy jak sokoł, a?

– Co u mni, to moje, tobi niczewo. Tak i Poljaki jedut, jebu ich mat’.

Prawda jest! Od linii lasu zbliża się obłok, szpa rko toczy się bryczka, widać zza kurzawy końskie łby, a potem i lud z-kie sylwety. Ci zawsze mieli czym jeździć, co wozić, myśli spode łba Fyłyp, myśli tak niejeden w Stanisławowce, myślą tak samo i gdzie indziej ci, co ssą mleko szerokiej piersi ziemi – wołyńskiej ziemi-matki.

– At, panienka-krasawica Poliaczka, a nie dlia tiebia!

– Małczy, durak, iszczo bude moja…

II

Rozległa ta ziemia, zdrowa i obfita, od prawieków karmiąca każdego; a mimo tego jej szerokiego gestu, ludziom zawsze tu ciasno bywało; swój przeciw swemu, człek przeciw człekowi, nacja wraża wobec innej nacji, z czego wieczne niepokoje i wściekłość.

Twarde wyhodowywały się tu i ostawały charaktery, kamienne obyczaje i prawo. Człowiek gołębiego serca ginął lub musiał iść i pod łagodniejszym niebem szukać miejsca.

– Widziałaś, córcia, jakie to mordy, jak-ci spode łba Fyłyp

gapił się i tych jego dwóch psubratów?

– Widziałam, gapią się, bo i my podobnie patrzymy na nich.

– Nie gadaj, nie! Wszystkiego nam zazdroszczą, a sam j eden z drugim za robotę nie weźmie się, ino knuje, jakby cię tu zaciukać i zagarnąć nieswoje. Ty zaś mi się, dzieciaku, ani waż na nich patrzeć i z nimi zadawać, bo robaczywe ich zamysły.

– Ech, tato, tato…

III

Ciemnieje, od wschodu martwo sinieje woskries, tylko zachodnie niebo zapala się na czerwono. Podnoszą się, jeden po drugim otrzepując portki z kory. Po niwach, z dalekich łąk niesie się porykiwanie krów, skrzypi studzienny kołowrót, sygnaturka zabrzęczała z cerkiewnej bani, tak trzeba i im do chałup, do swoich. A im bliżej chałup, tym gorsza droga, bajorowata od zarania, zdradziecka, niedobra. W oknach ciemno jeszcze, tylko u popadii i tych, tych, jebu ich mat’ Poliakiw w okienkach jasno. Przechodzą mimo tych okien i trącają się w żebro… przyjdzie się po ciemku, zaśpiewa na pohybel:

Pomyłeńku, Fed’ku hraj

bom kapustu jiła!

Pomyłeńku obertaj,

bo budu perdyła

IV

– Co to, kto to, ojcze wrzeszczy pod okiennicami? Boże, jaki wstyd!

– Kto? Dobrze wiecie kto – ile to wam mówiłem, byście z daleka chodziły od hołoty, żeby żadnego gadania, pożyczania im i pomagania, bo za to jeszcze gorzej nie cierpią nas. A przyjdzie i taki dzień, że nie daj Bóg…

Bo za lasami, lasami i za wodami, wodami toczą się czarne wozy wojenne, a po niebie, po ogromnym, suną skrzydła śmiercionośne, pali się i wali świat cały! Ku Wołyniowi idą zbrojni; ale i na Wołyniu podnoszą się pięści, pobłyskują zbójeckie narzędzia, milknie w płomieniu cerkiewny śpiew.

W Stanisławowce okna ciemne, w jednych tylko jasno jak w dzień. Tam jęzory ognia liżą ściany i skaczą po tapetach, trzeszczą skry z gorejącego sprzętu, takoż i z mebli; tam oszalałe z trwogi oczy Poliakiw żenszczyn; a Fyłyp wodząc dzikim nożem po wrażej, ojcowskiej grdyce, z czego rzężenie da się słyszeć i chlupot juchy, śpiewa:

– Ech, panienka-serdeńka, budiesz ty moja!

STANCJA

Dochodziła piąta rano, gdy Mir i Jur dotarli do swojej siedziby. Niemało czasu zeszło im przy odwalaniu desek i gruzu sprzed drzwi, a potem drugie tyle przy odrywaniu sztab i skobli. Wreszcie weszli w ciemność zastygłą, w stę-chłą wilgoć z zapachem charakterystycznym dla długo zamkniętych pomieszczeń. Z początku szli po omacku, ale gdy tylko oswoili się z mrokiem, Mir wyciągnął rękę do kontaktu. Jur błyskawicznie, jakby wyczuwając jego zamiar, zł apał go za przegub.

– Nie waż się!

– Dlaczego? – aż się wzdrygnął wystraszony Mir.

– A to ty nie pamiętasz, że mamy licznik od elektryki na zewnątrz i od razu będzie wiadomo, że byliśmy znowu? L epiej weź się za sprzątanie.

W korytarzu zrzucili plecaki i wierzchnie okrycia. Mir znalazł szczotkę na kiju. Jur tymczasem kręcił się po pomieszczeniach, wreszcie z jakimś podłużnym, metalowym przedmiotem podszedł do okien. Niczego tak w życiu nie znosił, jak zaduchu i widoku zamkniętych okien. Rozległ się przeraźliwy jęk wyciąganych gwoździ i chrupot odrywanych desek, którymi zabite były ich okna. Mir str uchlały i oblany potem to zamiatał, to – wsparty na szczotce – nieruchomiał co chwila.

– Wiesz, przeraża mnie to – odezwał się wreszcie.

– Co cię tam znów przeraża – rzucił Jur przez ramię podwijając rękawy.

– A, cała ta nasza sytuacja

NI MA

Była uliczka, jest jeszcze do dziś dnia i jakiś czas pobę-dzie, ta uliczka, którą łazili wymiętoleni ludziska, w którą od strony świata wjeżdżał tramwaj.

Tramwaj bujał się okropnie na krzywiznach i załomach, po czym wykręcał jakby z niecierpliwej złości na podmiejską bide i puszczał się w lepszą dalszą drogę. Zaś uliczka szła se prosto brukiem, krzakiem, niechodnikiem między parszywe kamieniczki dwie i waliła nosem w cmentarny mur, gdzie od lat był jej kres.

I dobrze.

A kamieniczki stały se naprzeciwko jak zawistne siostry.

Jedna krzywsza od drugiej, lecz w krzywości sobie podobne jak te ich bramy zdobne w rynsztoki środkiem bram płynące.

– To domy dla elementów – gadali tramwajowe widze odwracając zgorszony łeb.

I dobrze.

… bo w bramie nad rynsztokiem kobite mąż łaje: – w domu kropli wódki ni ma, a tej się butów zachciało.

KAROLCIA I PREZES

Dopiero we wtorek po południu kuzynka pracująca w Warszawie przywiozła Karolinie gazetę z poniedziałkowym, grubym dodatkiem w całości poświęconym pracy.

– Trochę pognieciona, co?

– E, to nic – odparła Karolina. – Schowam do reklamówki, zobacz jak tu u nas od rana leje. Cały kwiecień był taki.

– Wiem, wiem, mogliby przynajmniej jakiś chodnik zrobić. Patrz, jakie bajoro. Jak tu teraz przejść? Cholera wie, na co te gminne pieniądze idą. Daj buziaka, lecę.

Rozstały się i ruszyły spod daszku przystanku PKS-u każda w swoją stronę. Karolina narzuciła płaszcz na głowę i nawet nie bardzo patrząc pod nogi pobiegła przed siebie. Żeby nie wiadomo jak uważała, to drogi tej i tak nikt nie umiał przejść suchą nogą. Na pobliskich polach i łąkach prawie niewidoczne wśród traw i młodych zbóż połyskiwały rozległe płachty podmokłego gruntu.

Następnego dnia odjechała pierwszym rannym autobusem z rodzinnej wioski – do Warszawy. Wieczorem udało się jej znaleźć ogłoszenie, że międzynarodowa korporacja promująca młodych, ambitnych i dynamicznych poszukuje kandydatek na stanowisko asystentki area managerów, czy jakoś tak, dla sieci tworzonej właśnie w Polsce. Nie miała jak zadzwonić, bo przecież w domu nigdy nie było telefonu, więc trzeba było jechać samej, osobiście.

– Karola, a co ty tak latasz jak ta głupia po kątach? – matka wyjadająca kaszę z dna garnka obserwowała córkę od jakiegoś czasu.

– Nic nie latam, mamo, tylko się denerwuję – odparła Karolina chodząc po maleńkiej, niskiej izbie pod żółtawą, słabującą żarówką.

– Bo gdzie tobie dzieciaku do Warszawy? Tamuj ludzie nie takie jak u nasz. Zobacz, ile to świństwa tera na świecie, jeszcze ci jaką krzywdę zrobią – odezwał się ojciec, który akurat wszedł z mokrymi gałęziami z lasu.

– No nie wiem, może nie zrobią. – Karolina zapatrzyła się w okno, za którym szarzył się wilgotny zmierzch. – Ale przecież zdałam maturę, sami wiecie, jak mnie chwalili za naukę, za języki. To, co – mam nie próbować?

– Ano, próbuj córciu, ale zawsze szkoda cię tam.

Za Tarczynem pogoda nawet poprawiła się. Karolina z większą otuchą pomyślała, że może jednak ma jakieś szanse – chociaż, z drugiej strony, gazeta była z poniedziałku, a ona jedzie dopiero w środę. Na pewno przed nią wybrali już kogoś innego i na marne może pójść te parę groszy, które uzbierali w domu na jej podróż. Czy nie była jednak najlepszą uczennicą w liceum w G…? Angielski, francuski – perfekt; włoski, którego uczyła się samodzielnie – na zupełnie przyzwoitym, konwersacyjnym poziomie, do tego szóstki od dołu do góry. Jedynie może z tym polskim zdarzały się maleńkie wpadki, bo nie zawsze umiała przezwyciężyć mowę, którą wyniosła z domu, po rodzicach… a może nie chciała, bo przecież to był zawsze taki kochany dom. Ale jeśli Pan Bóg pomoże mi teraz? I Karolina odmówiła „Ojcze nasz” oraz jedną tajemnicę różańca.

W Warszawie kierowca poradził jej, gdzie ma wysiąść, żeby nie musiała błądzić i tracić czasu na szukanie. Przeraziła się, kiedy stanęła wreszcie pod budynkiem, w którym jej korporacja miała siedzibę. Potwornie wysoka wieża z latającymi szklanymi windami na wierzchu. Obok niej garniturowcy z neseserami, drętwo i służbowo uśmiechające się lalunie w eleganckich kostiumach i w pantoflach z ostrymi, długimi na pół metra czubami. Dopiero teraz popatrzyła na swój sweterek pożyczony od kuzynki, na torebkę kupioną na odpuście rok temu – i zawahała się.

Ale