Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Numer jeden na każdej scenie!
Wokalista, skrzypek i wirtuoz harmonijki ustnej.
Organizator słynnej Rawy Blues, jednego z największych festiwali bluesowych na świecie.
Człowiek spełniony, ale twórca wciąż otwarty na nowe doświadczenia życiowe i artystyczne.
Także te niespodziewane i jak projekt Shakin’ Dudi, który od lat porywa nieprzemijającymi przebojami takimi jak Ou, szalalala,
Zastanów się, co robisz czy Za dziesięć minut trzynasta. Twórca pierwszego w Polsce bluesowego big bandu i koncepcji symfonicznego bluesa.
Choć tę książkę można by nazwać wywiadem rzeką, Jacek Kurek – historyk, animator kultury i ceniony dziennikarz – proponuje, by traktować ją raczej jako zaproszenie do szczerej, obejmującej wiele wątków i inspirującej rozmowy z wyjątkowym artystą. Rozmowy o śląskich korzeniach, o rodzinie i o wierze, o życiowych zakrętach i dramatach, a przede wszystkim o obfitości szans, które dzięki talentowi, pasji i Opatrzności udało się wykorzystać.
O tym, że choć w życiu niełatwo zostać numerem jeden, zawsze warto mierzyć wysoko!
-----
Irek Dudek – buntownik, wizjoner i tytan pracy – po latach rewiduje swoją historię. To nie jest zbiór anegdot. To pogłębiona refleksja o niezłomności i odwadze w przekraczaniu granic. O tym, jak z perspektywy lat zmienia się spojrzenie na muzykę, która jest źródłem działania, ale nie musi być sensem istnienia.
Aya Al Azab, Radio Lublin, JazzPRESS
Irek Dudek jest postacią bardzo ważną i wyjątkową. Artystyczne wizje przekształcał w ambitne cele, z godnym podziwu uporem, nie bacząc na uwarunkowania polityczne i tragiczne zrządzenia losu. W szczerej i drobiazgowej rozmowie Jacka Kurka z artystą poznajemy meandry kariery Irka Dudka i jego alter ego Shakin’ Dudiego oraz twórcy cenionego na całym świecie Rawa Blues Festival. Ta książka to dynamiczny obraz aktywności wielkiej muzycznej osobowości, która od kilku dekad kształtuje świat polskiego bluesa.
Ryszard Gloger, dziennikarz muzyczny
Kto poniósłby większą stratę: Irek bez bluesa czy blues bez Irka? Irek Dudek swe życie wypełnił bluesem. Stał się wyrazistym, wielowymiarowym filarem jego polskiego oblicza. Zapisał wspaniałą kartę jego historii, a ta książka ją utrwala i wzbogaca.
Andrzej Matysik, Redaktor Naczelny „Kwartalnika TWÓJ BLUES”
Moja bluesowa przygoda z Irkiem Dudkiem rozpoczęła się całkiem przypadkowo w 1985 roku i trwa do dzisiaj. Irek to niezwykle wymagający lider – czasem kapryśny, czasem gwałtowny w ocenach, ale mocno stąpający po bluesowym gruncie, mający swoją
autonomiczną wizję muzyki. Wiele się od niego nauczyłem. Grając z Irkiem, odnalazłem w sobie miłość do bluesa, miłość mojego życia.
Grzegorz Kapołka, gitarzysta bluesowy i jazzowy
Wczesny Silesian Blues Band, trasa z Breakoutem, Apokalipsa, Irjan, potem Rawa Blues i potężne big-bandy. I nagle Shakin’ Dudi: zamiast bluesa – rock’n’rollowe harce. Trochę czasu minęło, zanim pojąłem, że wcale nie stoi to na przekór bluesowi, a cwanie go przemyca.
Mariusz Szalbierz, dziennikarz muzyczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o. Copyright © 2026 by Ireneusz Dudek Copyright © 2026 by Jacek Kurek
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska Korekta: Barbara Pawlikowska Redakcja techniczna i projekt okładki: Paweł Kremer Zdjęcie na okładce: Łukasz Rak
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN ebook: 978-83-8404-163-5
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków Dział sprzedaży: [email protected]
Plik przygotował Woblink
woblink.com
I’m ready... ready as anybody can beI’m ready... ready as anybody can beNow I’m ready for youI hope you’re ready for me
Muddy Waters, I’m Ready
Jesus hates the sinBut he loves the sinner
Buddy Guy, Jesus Loves The Sinner
Everybody wants to knowWhy I sing the bluesYes, I say everybody wanna knowWhy I sing the bluesWell, I’ve been around a long timeI really have paid my dues
B.B. King, Why I Sing The Blues
Fot. Łukasz Rak
G-l-o-r-i-a gloriaG-l-o-r-i-a gloriaI’m gonna shout it all night gloriaI’m gonna shout it every day, gloriaYeah yeah yeah yeah yeah yeah.
Them, Gloria
Ireneusz Dudek urodził się 7 maja 1951 roku, w dniu wspomnienia bł. Gizeli, królowej Węgier, żony św. Stefana. W Polsce siódmemu dniowi maja przypisane jest związane z nią przysłowie „Gizela święta zimy nie pamięta”, co oznacza, że od tej pory nastają ciepłe, wiosenne, niepozbawione słońca i stosownej miary deszczu dni, a zima ani silne przymrozki już nie wrócą, co zwiastuje życiodajny urodzaj. Dnia, w którym rodził się bohater naszej książki, pogoda była piękna. Pod dobrą zatem wróżbą – obietnicą obfitości – przyszedł na świat człowiek, który im bardziej dorastał, tym bardziej poza bluesem świata nie widział.
Gdy otrzymałem propozycję napisania książki będącej owocem spotkań i rozmów z Ireneuszem Dudkiem, jeszcze tego samego dnia napisałem do Irka. Odpowiedział jak zawsze lakonicznie: „Wrócimy do tego…”. Zatem zgodnie z prawdą piszącej do mnie pani redaktor Magdalenie Kędzierskiej-Zaporowskiej wysłałem wiadomość o treści: „Irek nie odmówił”. Minęło niemało tygodni. Zbliżała się 43. edycja Festiwalu Rawa Blues i redaktor naczelny „Kwartalnika TWÓJ BLUES” Andrzej Matysik zwrócił się do mnie, bym przeprowadził z Irkiem wywiad do promującego Rawę artykułu. To już tradycja, że co roku, w letnim numerze magazynu, Irek zapowiada kolejną odsłonę festiwalu, zapraszając do udziału jak najszersze grono publiczności. Zdradza przy tym zawsze, czego nowego można wypatrywać, bo właśnie obietnica nowości nierozłącznie wiąże się z tym artystą i animatorem życia muzycznego w jednej osobie. Znany jest z tego, że wciąż pragnie iść do przodu i rozwijać oraz wzbogacać to, czego dokonał wcześniej. Nie odwraca się za siebie, choć nie zapomina i o tym, co dobrego się zdarzyło.
Tym razem był to przedostatni dzień kwietnia 2025 roku. Spotkaliśmy się w jednej z katowickich cukierni na kawę (mój rozmówca przedkłada ją nad herbatę) i specjalność zakładu wyborny tort Ekwador. Zapytałem, czy wie, że w kamienicy przylegającej do tej, w której się znajdujemy, pierwszych sześć lat życia spędziła u babci Martyna Jakubowicz. Rodzice dziewczynki mieszkali wtedy w Krakowie. Był zaskoczony… Vis-à-vis obu budynków, w modernistycznym gmachu od 1937 roku siedzibę ma powstałe dziesięć lat wcześniej Radio Katowice. Twórca Rawy dopiero co nagrał tam anons promujący najnowszą jej edycję. Gdy na niego czekałem, przemknęło mi przez myśl, że to właśnie w tej cukierni zobaczyłem Irka na żywo po raz pierwszy poza sceną i telewizyjnym ekranem. Po jakiejś godzinie, w pewnym momencie naszej rozmowy ni stąd ni zowąd zagadnął: „Mówiłeś coś o jakiejś książce…”. I tak się zaczęło…
***
W 1984 roku, pisząc w miesięczniku „Non Stop” o IV edycji Festiwalu Rawa Blues, Jan Chojnacki tak scharakteryzował Ireneusza Dudka: „To jegomość lekko po trzydziestce, średniego wzrostu i takiejż tuszy, poruszający się żwawo z pewną nerwowością. Spojrzenie ma bystre i nieco świdrujące, uśmiech jakby trochę nieśmiały. I byłby to najnormalniejszy człowiek na świecie, gdyby nie to, że ma zupełną szajbę na punkcie bluesa i do tego gdzieś ukryty atomowy motorek, dzięki któremu jest w stanie robić różne dziwne rzeczy. Wpadł na fantastyczny pomysł, by stworzyć festiwal, który z góry był skazany na niepowodzenie. Tyle, że dzięki wspomnianemu motorkowi Dudek przekonał Górę, że tak ma być, i tak zostało. W ten sposób powstał festiwal Rawa Blues”1.
Od powstania tej charakterystyki do chwili, w której piszę niniejsze słowa, minęło ponad czterdzieści lat. Festiwal nie tylko trwa, ale nieco ponad dekadę od powstania stał się, jak powiadają, największym na świecie spośród wszystkich bluesowych imprez organizowanych pod dachem. W końcu – zdawałoby się zupełnie naturalnie – wkroczył do cieszącego się światową renomą gmachu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. „Blues jest klasyką” – niejednokrotnie powie mi podczas naszych spotkań Ireneusz Dudek – człowiek, którego muzyczna biografia nie zaczęła się przecież od festiwalu i na nim się nie kończy, choć to dzieło jego życia, na skalę światową unikatowe, czego jego twórca jest świadom. Zresztą nie tylko on, skoro w 2011 roku amerykańska The Blues Foundation przyznała mu za organizację Rawy wyróżnienie Keeping The Blues Alive, nazywane „bluesowym Oscarem”. Ireneusz Dudek tę najważniejszą w świecie bluesa nagrodę odebrał w siedzibie fundacji, w Memphis w lutym roku 2012.
Skrzypce zakupione dla kilkuletniego chłopca i pierwsze lekcje, potem pierwsza harmonijka, gdy już na wiele godzin znikał gnany głodem muzyki. Wkrótce też pierwsze zespoły – najpierw te z czasów szkolnych i pierwsze profesjonalne w nich chwile, najpierw krótko u boku powstałego w styczniu 1971 roku Silesian Blues Band i nieco później krakowskiego Hall. Stąd był już tylko krok do zakładania własnych formacji, a w związku z wciąż opóźniającym się sukcesem grania także czasem nie „na swoim” i nie do końca swojego. Młodzieńcze radości i rozczarowania, sukcesy i porażki, pełne ekscytacji wzloty i bolesne upadki, koncerty w niezliczonych klubach, wreszcie upragnione nagrania, choć zrazu nie takie, co to świat podbijają, raczej z tych, które latami oczekują w archiwach wydania na oficjalnych płytach, by stać się kolekcjonerskimi rarytasami. Całe lata niekończących się wędrówek po splątanych ścieżkach muzycznego świata w warunkach peerelowskiej siermięgi, z wizją przyszłości, w której pewna i nienaruszalna była tylko muzyka.
W końcu przyszedł czas na pierwszą prawdziwie własną płytę, z przez siebie wymyślonym i zebranym zespołem, nagraną wedle własnego pomysłu, choć ostatecznie nieprezentującą tego artystycznego kanonu, który był dla Ireneusza Dudka najistotniejszy i najbardziej charakterystyczny. Spełnieniem miał się okazać drugi album zatytułowany Irek Dudek. No 1. Książka, którą trzymają Państwo w ręku, ukazuje się w czterdziestą rocznicę opublikowania tamtej wyjątkowej płyty. Wskazywała na to, co w tworzeniu muzyki dla mojego rozmówcy jawiło się jako kluczowe. Był to pierwszy polski anglojęzyczny longplay bluesowy, w dodatku z autorskim programem. Irek dowodził na nim blisko dwudziestką muzyków. Winylowy krążek stanowił fonograficzną realizację tego, czym rzeczywiście artysta żył od wczesnych lat młodości, od chwili, gdy podsłuchiwał muzyków nieco tylko starszych od siebie (niedługo już kolegów ze sceny) pod oknami albo drzwiami katowickiego klubu Ciapek, bo do środka nie miał wstępu – był to klub studencki, a Dudek studentem wtedy nie był. Uznaliśmy, że ów „numer jeden” powinien być tytułem naszych opowieści, bo z różnych powodów towarzyszyć będzie Państwu podczas lektury w najrozmaitszych odsłonach i znaczeniach…
No. 1 – to przede wszystkim Bóg (Tak! Nie blues, jak mógłby ktoś przypuszczać, lecz Bóg), który – jak deklaruje artysta – prowadził go przez odmęty srogich niebezpieczeństw wagabundzkiego, bluesowego życia i przez życiowe dramaty, darzył miłością osób bliskich i sukcesami.
No. 1 – to rodzina i jej wartości (a więc wciąż jeszcze nie blues), wyniesione ze śląskiego domu, a kultywowane w małżeństwie i ojcostwie.
No. 1 – to wreszcie blues oczywiście, któremu poświęcił tak wiele, którym oddycha i żyje.
No. 1 – to, rzecz jasna, także od początku nam tu towarzyszący Festiwal Rawa Blues.
No. 1 – to wszystkie te muzyczne inicjatywy, które Irek Dudek realizował jako pierwszy. Czy to będzie akcent rockabilly w szalonym projekcie Shakin’ Dudi, czy pierwsza anglojęzyczna płyta bluesowa nagrana z pierwszym w Polsce bluesowym big-bandem, (wspomniana już Irek Dudek. No. 1), czy w końcu intrygująca i zdumiewająca idea symphonic blues.
No. 1 – bo Ireneusz Dudek, bohater tej książki, jest w niej oczywiście najważniejszy.
I last but not least „No. 1”– bo rozmawialiśmy o sprawach pierwszorzędnych, ważnych, najważniejszych; bo myślami inspirowanymi przez Irka chcemy się z Państwem podzielić; bo być może nie są to tylko nasze myśli i dlatego nie chcemy ich dla siebie jedynie zatrzymywać; bo o muzyce i dobru z niej płynącym dobrze jest rozmawiać. Rozmawialiśmy także o ciężkiej pracy, która przynosi owoce, i o tym w końcu, żeby szukać wartości, by się ich trzymać, z pełną świadomością, że nie zawsze jest w życiu tak, jak byśmy chcieli.
Książka, którą trzymają Państwo w dłoniach, jest z gatunku tych, o których potocznie i zwyczajowo mówi się „wywiad rzeka”, tymczasem jednak to nie tylko wywiad. Ufamy, że coś więcej – że to rozmowa dwóch dojrzałych mężczyzn, choć moją rolą było jedynie tak ją poprowadzić, by stała się okazją do wyrażenia przez mojego rozmówcę tego, na czym najbardziej mu zależy, gdy spogląda na swoją historię i twórczość z punktu widzenia siedemdziesięciu pięciu lat życia. Życia, które mimo wszelkich zawiłości przede wszystkim było piękne, owocne i dobre.
Wiele już przy najrozmaitszych okazjach Irek Dudek powiedział i wiele powiedziano o Irku, więc nie musieliśmy się skupiać ani na tym, co najbardziej oczywiste, ani na tym, co mogłoby się wydać sensacyjne. Nie będziemy epatować pikanterią. Nie mieliśmy ambicji prostować rozmaitych krążących w rozlicznych chmurach „pamięci i niepamięci” anegdotycznych historii czy najpewniej niemożliwych już nigdy do zweryfikowania detali. Wiadomo – ilu ludzi, tyle wersji wydarzeń, a im głębiej w las, tym ciemniej. W dodatku z biegiem lat zmieniają się i pamięć, i okoliczności, w perspektywie których patrzymy na przeszłość. Oczywiście tam, gdzie było to możliwe, dopowiadaliśmy, wyjaśniali, uzupełniali i korygowali to, co napisano i powiedziano w różnych miejscach wcześniej. Szczęśliwie w 2008 roku ukazała się wydana przez oficynę In Rock książka zmarłego tragicznie w 2016 roku Marcina Babki Irek Dudek.Ziuta Blues. To wartka, błyskotliwie napisana historia artystycznej drogi Irka Dudka, bogata w wypowiedzi tych, którzy mniej lub bardziej mu towarzyszyli lub po prostu których spotykał. Paradoksalnie Marcin Babko mówi w niej stosunkowo niewiele, za to pozwala mówić innym, a przede wszystkim Irkowi, własnym słowem jedynie łączy tę mozaikę w porywającą całość. W książce Irek Dudek.Ziuta Blues wypowiada się blisko siedemdziesięcioro rozmówców autora. Wielu z nich – jak np. Dariusz Dusza, Ryszard Gloger, Zbigniew Hołdys, Grzegorz Kapołka czy Andrzej Matysik – rzuca na postać i twórczość Ireneusza Dudka oraz polską muzykę rockową tego czasu wiele światła, wydobywając to, co najcenniejsze.
Dobrze jednak pamiętać, że w chwili, gdy zapisywaliśmy przedłożone Państwu w tym tomie rozmowy, minęły blisko dwie dekady od opublikowania Ziuty…. Zdarzyło się wiele nowego, na wiele też spojrzeć dziś można z dystansem, z perspektywy nowych wydarzeń. Na niektóre sprawy trzeba patrzeć inaczej. Ukazują się kolejne wydawnictwa, przychodzą nowe „wizje bluesa”, następują po sobie kolejne Rawy… Irek Dudek wciąż zaskakuje pomysłami i nie zatrzymuje się na swej artystycznej drodze – tak, jak było od początku, mimo szalejących żywiołów, a nieraz i życiowych ciężarów. Owszem, często psy szczekały, ale karawana szła dalej… A po burzach wody w rzekach wracały do koryt, a wiatry – choć zmienne – na nowo sprzyjały zarówno artystycznej pracowitości i kreatywności, jak i organizatorskim zapędom niezmordowanego twórcy. I cokolwiek by powiedzieć, rzeczywiście jest w tym – jak ujął to Jan Chojnacki – jakaś „szajba” i jakiś „atomowy motorek”, które wciąż ujawniają zdumiewający entuzjazm artysty. W gruncie rzeczy ta książka o tym właśnie jest – o entuzjazmie, o radości płynącej z bluesa, z tej mistrzowskiej formy wyrażania wszelakich uczuć, a przede wszystkim o niegasnącym pragnieniu wykonywania muzyki.
Choć zegar tyka i wybija godziny nieubłaganie, czas bywa również łaskawy, bo prostuje drogi, łagodzi namiętności, wycisza spory, temperuje języki. A gdy z biegiem lat oczy ciała widzą coraz słabiej, wyostrza się widzenie wewnętrzne. Dlatego dobrze jest rozmawiać o tych samych sprawach na różnych etapach życia, by sprawdzić, co się ostaje, co zmienia, do czego wracamy chętniej, co dopiero po latach doceniamy i odkrywamy i co jeszcze można zrobić. Drogocenny jest dar dystansu, z którego można spoglądać na życie.
Książka, która powstała z nadzieją i myślą o Państwa życzliwej lekturze, nie jest biografią Ireneusza Dudka, nie jest też – jak wspomniałem – typowym wywiadem. Jest raczej zapisem chwil namysłu, a przede wszystkim zatrzymaniem spotkań i przywołaniem tego, co na przywołanie zasługuje, co wręcz przywołań nieraz się domaga. Obaj wierzymy, że dla tego, kto kiedyś znajdzie siłę i odwagę, by biografię twórcy New Vision Of Blues napisać, tom ten będzie wsparciem, a dla wszystkich pozostałych stanie się okazją nie tylko do afirmacji muzyki, lecz także do chwili refleksji nad własnym życiem.
Na Śląsku w 75. rocznicę urodzin Ireneusza Dudka; 60 lat od chwili, gdy zachwycił się harmonijką ustną, w 45. rocznicę od zainaugurowania Rawa Blues Festival i 40 lat od ukazania się albumu Irek Dudek. No. 1
Jacek Kurek
1Cyt. za: M. Babko, Irek Dudek. Ziuta Blues, Poznań 2008, s. 89.
Irek w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Archiwum Ireneusza Dudka
Oh, baby don’t you want to go?
Oh, baby don’t you want to go?
Back to the land of California
To my sweet home Chicago.
Robert Johnson, Sweet Home Chicago
Słowo blues kojarzy się z korzeniami. Z jakich ty wyrastasz?
Jak wiesz, urodziłem się na Śląsku, w Katowicach, w rodzinie katolickiej, co podkreślam, bo ukształtowała mnie hierarchia wartości przekazana przez rodziców, także wiara. Dziś byłem na roratach. To taki mój powrót do lat dziecięcych, do korzeni właśnie. Mieszkaliśmy w kamienicy na rogu ulic Podchorążych i Powstańców, konkretnie Powstańców 7a/2. To dwa kroki od katowickiej katedry Chrystusa Króla, dziś już archikatedry, wtedy naszego kościoła parafialnego2. Na roraty zawsze chodziłem z lampionem, bardzo podekscytowany. Zdarzyło się po latach, gdy leżałem w szpitalu, że robiłem takie lampiony dla dzieci mojej koleżanki. Teraz już z lampionem nie chodzę, ale dla mnie to ważna świadomość, że jest adwent i zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Nie jakaś tam Gwiazdka albo „WinterHolidays”, lecz Święta z rozpoczynającą je Wigilią, na które czekamy z radością i nadzieją.
Pamiętam, jak dziadek Jan, tata mamy, sadzał mnie na kolanach i czytał Żywoty świętych. Babcia Rozalia nosiła się po śląsku. Dziś takie stroje można oglądać głównie w zespołach folklorystycznych albo na uroczystościach kościelnych czy w skansenach lub najrozmaitszych muzeach. Pamiętam ją jako bardzo czułą kobietę. Kołocz piekła najpyszniejszy. Obiad niedzielny – wiadomo: rolada, kluski, modro kapusta. Wszyscy w domu godali, a nie mówili. Moje dzieciństwo to życie w dobrej, śląskiej rodzinie o powstańczych tradycjach. Nie wyróżniała się na tle innych. Priorytetem były w niej: porządne wychowanie dzieci, podtrzymywanie więzi, tradycji, no i oczywiście praca.
Moja mama Anna przed wojną należała do Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Choć drobna, imponowała kondycją i sprawnością fizyczną. Świetnie jeździła na łyżwach. Tata Stefan za młodu był napastnikiem drużyny piłkarskiej 06 Mysłowice. Męscy Dudkowie pracowali w Hucie Baildon na katowickim Dębie, a Cywisowie (to nazwisko rodowe mamy) związani byli z Kopalnią Wujek, której tereny przylegały do Załęskiej Hałdy. Imponowała mi postawa ojca. Pamiętać tego nie mogłem, bo miałem pięć lat, ale opowiadali mi, że jak nie poszedł na jakiś żałobny marsz po śmierci Bieruta, wyleciał z pracy. Szybko okazało się, że nie ma kto za niego przyjść, bo był za dobrym fachowcem, więc po paru dniach znów pracował w hucie, tyle że jako bezpartyjny nie miał szans na awans. W mojej rodzinie nikt do partii nie należał. Ojciec troszczył się o nas, a żeby nam było lepiej to jeszcze dorabiał jako złota rączka. Miał świadomość lichości czasów, w których żyliśmy. Mawiał, że przed wojną zarobił na krowę a po wojnie – na kopyto3.
A rodzice taty?
Ich nie pamiętam. We wspomnieniach mam jedynie pogrzeb dziadka i jego widok w trumnie. Wtedy było normą polecenie: „Idź, pożegnaj się z dziadkiem”. Byłem tak przerażony, że potem bałem się zmarłych, najgorzej gdy zostawałem sam w domu. Dziś jednak wraca do mnie przede wszystkim tamta rodzinna atmosfera. Rodzice naprawdę starali się mnie i siostrę wychować jak najlepiej. I ja to wiedziałem. Bywało u mnie różnie, ale trzymałem się tego wychowania. Nawet w pogmatwanych sytuacjach i życiowych zawiłościach zawsze mi to pomagało. Nawet gdy potem na dłużej zdecydowanie za bardzo związałem się z alkoholem, do kościoła chodziłem zawsze, każdej niedzieli. W domu najpierw msza święta, a potem dopiero obiad. Temperament odziedziczyłem po rodzicach. Było u nas głośno. Wiadomo, tata trochę przygłuchy, jak wielu pracujących w hucie. Wszyscy u nas mówili podniesionym głosem. Mówię ci… larmo. Moja żona Iwona, gdy do nas pierwszy raz przyszła – w narzeczeńskich czasach – była w niemałym szoku. Musiała chyba wziąć coś na uspokojenie.
Wspomniałeś o zawiłościach. Gdy byłeś dzieckiem, katedrę mieliście niemal za rogiem, a tu, w Jaworzu, do świątyni masz dosłownie „z górki”. Teraz chodzisz do kościoła pw. Opatrzności Bożej. Często ostatnio powtarzasz, patrząc z perspektywy siedemdziesięciu pięciu lat, jakie dotąd przeżyłeś, że Opatrzność nad tobą czuwała, przeprowadzając cię przez niejedną traumę.
No tak. Widok obu dziadków w trumnie i zachęty rodziców, bym podszedł i się pożegnał, to nie wszystko. Kiedy się urodziłem, oboje moi rodzice przekroczyli już trzydziestkę. Miałem starszego brata Mirosława, którego nigdy nie poznałem, bo umarł na zapalenie opon mózgowych w czwartym miesiącu życia. Możesz sobie wyobrazić, co ojciec i matka przeżyli. Siostra taty Helena wyszła za boksera, który nie był do końca zrównoważony. Miał obsesję, że żona go zdradza. To była bzdura. W końcu, w przypływie jakiegoś szaleństwa, na oczach córki ją zabił. Skończył w szpitalu psychiatrycznym. Starsza siostra Heleny Gertruda zaopiekowała się jej dziećmi. To były jednak pojedyncze doświadczenia. Zresztą każdy ma jakieś traumy w życiu. Moje mijały. Gdy zacząłem dorastać, pojawił się – niestety – wspomniany alkohol. Zdarzało się, że koledzy ku zgrozie mamy odstawiali mnie pod drzwi mieszkania. No i się wtedy wkurzała, co teraz jeszcze lepiej rozumiem. Potem były młodzieńcze lata z Apokalipsą i Irjanem, aż wreszcie po mocnych ostrzegawczych szpitalnych incydentach zaczęło mi się w głowie prostować, jeszcze ze zmiennym rezultatem. W końcu spotkałem Iwonę i stanąłem z nią na ślubnym kobiercu. Wtedy już wiedziałem, że jeśli chcę z nią być, to nie mogę jej zawieść. To mnie przygotowało na przetrwanie trudnego czasu po wypadku samochodowym, w którym niemal nie straciłem obu nóg, a przede wszystkim dało siłę, by unieść śmierć Dorotki, jednej z dwóch moich córek.
A narkotyki?
Tego nigdy! Nawet marihuany. Nigdy też nie paliłem. W Apokalipsie miałem technicznych Mąkę i Budynia – heroinistów. Już od dawna nie żyją. To u Budynia Rysiek Riedel zaczynał z herą. Wcześniej też, bo w 1983 roku, przedawkował Ryszard „Skiba” Skibiński. Nie był ze Śląska. Grał w Kasie Chorych, ale z nami Ślązakami też wiele koncertował i jamował. Najdłużej, bo do 2020 roku, żył Michał „Gier” Giercuszkiewicz. Paru jeszcze kolegom, wspaniałym i ważnym muzykom, o których z pewnością będziemy w tej rozmowie wspominać, nieostrożność niestety mocno skróciła życie. Ja się narkotyków po prostu bałem, a jak się napatrzyłem na to nieszczęście, to na zawsze nabrałem dystansu. Alkoholu kosztowałem już pod koniec podstawówki, a potem z dwadzieścia lat aż do przesady i poważnych przemyśleń. W szkole ani mnie, ani najbliższych mi kumpli rówieśników narkotyki nie rajcowały, nawet w fazie hippisowskiej.
Młodemu, którego nie ma kto poskromić, a ja byłem zwariowany, bez trudu do łba trafiają głupoty. Poza tym gdy zaczynałem grać, to głównie ze starszymi. Jeździliśmy do Sosnowca, na Niwkę-Modrzejów, gdzie Roman „Pazur” Wojciechowski występował ze swoimi Twarzami. Trochę z nimi śpiewałem. Był tam taki klub Żak, oficjalnie działał pod egidą Związku Młodzieży Socjalistycznej, a tak naprawdę funkcjonował jako speluna, gdzie dużo się piło, a to przecież nie było wtedy jedyne takie miejsce, które sprzyjało imprezowaniu.
Marcin Babko cytuje twoje wspomnienia o wrażeniach, jakie zrobiła na tobie huta, do której tata cię zabrał. Mówiłeś mu: „Zastanawiałem się, jak on może tam pracować. Zimą z przodu miał plus 50, a z tyłu minus 20 stopni Celsjusza. To była praca na otwartym powietrzu”4.
Do dziś to pamiętam. Mama na mnie chuchała i dmuchała, nawet do przedszkola nie pozwoliła mnie oddać, choć była to wtedy powszechna praktyka, no i mogłaby mieć więcej czasu dla siebie. Dorastałem jak pączek w maśle – nie w sensie majętności rodziców, ale ich starań o dom, opiekę nad dziećmi, czyli mną i moją młodszą o sześć lat siostrą Hanią. Choć się w domu nie przelewało, mama karmiła mnie mondaminem, dziś znanym głównie jako zagęszczacz do sosów, a wtedy była to sprowadzana z Niemiec odżywka dla dzieci. W tym czasie bardzo mnie rozpieszczano, co miało różne skutki. Na przykład taki, że jak mnie w końcu rodzice wysłali na kolonie gdzieś w Góry Stołowe, to po tygodniu musieli mnie osobiście odebrać, bo nie umiałem się przystosować. Po latach jednak widzę, że rodzina wygrała z moimi słabościami. Rodzina i atmosfera Katowic. We mnie to wszystko pozostało, nawet te listopadowe odpusty w katedrze Chrystusa Króla, kiedy kupowałem korkowce i bawiłem się z kolegami w kowbojów. Cała tamta śląska rzeczywistość, w której miejscowi mieszali się z przyjezdnymi i w której spotykało się ludzi o pogmatwanych biografiach.
Wszyscy wiemy, że twoja świetnie szyjąca mama sprawiła ci strój kowboja.
Widać od dziecka lubiłem się przebierać.
Dziki Zachód fascynuje bluesmanów. Leszek Winder kolekcjonował wszystkie polskie wydania Karola Maya, Rysiek Riedel starał się nie przegapić żadnego westernu… W końcu Ameryka to w wyobrażeniach śląskich chłopców tamtych czasów wolność i marzenia… A ty? Lubiłeś westerny? Czy Dziki Zachód, świat Indian i kowbojów były twoją fascynacją?
Pewnie, że tak! Wtedy w telewizji to były rarytasy. Czekało się na każdy.
Teraz też oglądasz?
Nie… No może czasem…
Na tradycyjnym Śląsku wszystko, co ważne, zaczyna się w rodzinie i w niej pozostaje, ale bez używania wielkich słów.
Tak, raczej się robiło, niż mówiło, choć dobrze wiedziałem, czego oczekują rodzice, bo to wyraźnie artykułowali, a chcieli mnie – jak mówiłem – dobrze wychować. Marzyli, żebym zdobył jakiś dobry zawód, no i w ogóle chcieli, bym się zdrowo chował.
No właśnie, jak to się mówiło „chowali cię” na świeżym powietrzu.
Tak! Moją pierwszą miłością, jeszcze przed muzyką, był sport. Zamiłowanie do ruchu wynieśliśmy z moją siostrą Hanią z domu. Mówiłem ci już o sprawności mojej mamy, jej energii i ruchliwości, taty też. Rodzice dbali o nasz rozwój fizyczny – mój i siostry. To też była na Śląsku tradycja. Hanka ćwiczyła gimnastykę na przyrządach, zresztą potem studiowała na Akademii Wychowania Fizycznego. Chodziliśmy do Szkoły Podstawowej nr 37, otwartej przy ul. Wita Stwosza, gdy miałem sześć lat. Potem przenieśli ją na ul. Józefa Lompy już jako tzw. tysiąclatkę.
Wyjaśnijmy młodszym czytelnikom, że to była jedna z tysiąca szkół powstałych, by uczcić tysiąc lat państwa polskiego…
Zgoda! Z tym że wtedy to ja już byłem w szkole średniej. Tak jak tata lubiłem grać w piłkę, ale też dobrze biegałem, jeździłem na rowerze, no i pływałem, nawet chyba nieźle, zwłaszcza stylem dowolnym, skoro stawałem na podium mistrzostw Śląska i mistrzostw Polski szkół średnich. Dobrze pływał także Janek Janowski, z którym tworzyłem potem grupę Irjan. A niedaleko mieszkał też starszy ode mnie, niestety już nieżyjący Krystian Langner.
Wielokrotny mistrz i rekordzista Polski w pływaniu, ale też piłkarz wodny. Dostał się do finału mistrzostw Europy w 1966 roku w Utrechcie.
Pływaliśmy na małym basenie w Łaźni Miejskiej, znajdującej się przy ul. Mickiewicza, koło rynku, bo wtedy nie było jeszcze basenu w Pałacu Młodzieży. Musiało nam wystarczyć dwanaście i pół metra długości, ale wszyscy się mieścili. Czasem chodziliśmy na nieistniejący już letni basen, nazywany przez Katowiczan „Rybką”, który znajdował się przy ul. Lompy, tam, gdzie teraz siedzibę ma Komenda Policji. Potrafiłem wtedy długo wstrzymywać oddech pod wodą, nawet przez półtorej minuty, co zawdzięczam chyba temu, że nigdy nie paliłem. Trenowałem też narciarstwo. W ogóle sport uwielbiałem. Dziś im jestem starszy, tym bardziej cenię sobie to młodzieńcze zamiłowanie do kultury fizycznej, do ruchu, aktywnego trybu życia. To procentuje.
Skoro uprawiałeś sport, to pewnie też kibicowałeś?
Tak, chodziliśmy z ojcem na mecze Ruchu Chorzów.
No tak, wielu Katowiczan kibicowało Ruchowi, bo to w okolicy była wtedy najlepsza drużyna. GKS Katowice powstał dopiero, gdy miałeś dwanaście lat. A teraz też kibicujesz?
Teraz już kibicem nie jestem.
Pewnie dlatego, że szybko sportowi urosła w twoim życiu konkurencja w postaci innej pasji i – jak wszystko na to wskazuje – dożywotniej. Ale wciąż o siebie dbasz. Gdy już miałeś sześćdziesiąt lat, w wywiadzie, którego udzieliłeś Lesławowi Dutkowskiemu, powiedziałeś, że na urodziny sprawiłeś sobie prezent w postaci ćwiczeń na siłowni, zresztą pod opieką kogoś, kto wie nie tylko, jak utrzymać kondycję, ale i jak nabrać mięśni i stracić brzuch.
To prawda. Do tego każdego dnia o siódmej chodziłem basen. Ja wtedy byłem nawet gotowy, by odsłonić tors i pokazać na scenie, jak dobrze mi robi siłownia, ale na szczęście odpuściłem. Teraz minęło piętnaście kolejnych lat. Dziś na Błatnią, na którą mam niecałe dwie godziny szlakiem górskim, raczej już nie wejdę. Muszę przecież pamiętać o czterech bajpasach w środku. Codziennie ćwiczę na rowerku stacjonarnym przez mniej więcej pół godziny – tyle, ile zajmuje mi odmówienie różańca. Wiek to jedno. Na moją sprawność zasadniczo wpłynął przecież wypadek z 1989 roku.
Do którego wrócimy, bo niezależnie od tego, jak by to w tym nomen omen „wypadku” zabrzmiało, nie po raz pierwszy okazało się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tymczasem przenieśmy się jeszcze na chwilę do twojej bardzo wczesnej młodości. Kiedy zainteresowałeś się płytami brytyjskich wykonawców z ery rodzącego się rocka, głównie rhythm’n’bluesowych?
Pod koniec podstawówki. Płyty posiadali głównie ci, którzy mieli rodzinę w Rajchu5. Były to dla mnie mocne rzeczy: The Rolling Stones, The Spencer Davis Group, The Artwoods, Alexis Korner, The Paul Butterfield Blues Band, John Mayall, Jimi Hendrix czy soulowy Wilson Pickett… Sporo płyt miał mieszkający naprzeciw klubu Ciapek Maciek Zabłocki.
To, zdaje się, brat Wojciecha, wielokrotnego olimpijczyka w szermierce i architekta, twórcy Pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach – słynnych Trzech Skrzydeł?
Tak i wielokrotnego mistrza Polski, już wtedy bardzo utytułowanego. Maciek miał najciekawsze płyty i cały czas dostawał najnowsze. Gdy tylko ktoś czegoś szukał, to szedł do niego. Andrzej Skalmarski z bratem założyli w piwnicy taki nieformalny klub Bambino. Tam słuchaliśmy muzyki, ja już trochę grałem na harmonijce. W końcu milicja kazała zamknąć to miejsce. Musiało być dla nich jakieś „niepewne”.
Ale takich miejsc – kształtujących wasze muzyczne środowisko – było więcej. Chociażby mieszkanie twojego rówieśnika Romana Kalarusa w samym centrum Katowic, przy ulicy Moniuszki, na północ od torów kolejowych. Nazywa ją „kuźnią bluesa”. Przychodzili tam głównie uczniowie z „Plastyka”, gdzie Romek się uczył. Tam chyba lepiej poznałeś Janka „Junou” Janowskiego, jego kolegę z klasy, chociaż był to twój sąsiad z ul. Podchorążych.
Janowskiego znałem wcześniej. Chodziliśmy do tej samej podstawówki. Jak mówiłem, świetnie pływał, ale też grał w piłkę i biegał szybko, dał się poznać jako chłopak bardzo serdeczny i opiekuńczy. U Romka poznałem za to Andrzeja Matysika, którego dziewczyna, późniejsza żona Danka, też chodziła do katowickiego liceum plastycznego.
Właściwie to czasem można odnieść wrażenie, że wszędzie wtedy w Katowicach młodzi grali i słuchali bluesa. W klasie z Kalarusem, który był wtedy basistą, poza Janowskim uczył się też na przykład ceniony potem malarz, a w szkole pianista Janusz Haka. Kalarus miał własnoręcznie wymalowanego na ścianie Johna Mayalla z okładki płyty The Blues Alone z 1967 roku, a Janowski dostał ksywkę „Junou” od słów „You know, You know” Mayallowego utworu My Time After Awhile, bo ciągle te słowa powtarzał. To byli „wariaci”– rajdy mayallowskie, sylwester mayallowski…
Wpadłem tam do nich parę razy. My wszyscy słuchaliśmy wtedy Mayalla. Od niego i od Paula Butterfielda wzięła się zresztą moja fascynacja harmonijką ustną.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
2 Wcześniej, gdy Irek przyszedł na świat, rodzice mieszkali jeszcze w Załęskiej Hałdzie, dzielnicy Katowic.
3 M. Babko, dz. cyt., s. 13.
4 M. Babko, dz. cyt., s. 12.
5 Na Śląsku w ten sposób nazywano Niemiecką Republikę Federalną.
Okładka
Karta tytułowa
Wrócimy do tego…
Korzenie
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
