Niezrozumiany - Allen Iverson - ebook

Niezrozumiany ebook

Allen Iverson

0,0

Opis

Poznaj The Answera na nowo!

Każdy fan NBA zna jego tatuaże, szerokie spodnie oraz legendarne warkoczyki, a przede wszystkim pamięta genialny crossover na Jordanie. Czy ktokolwiek zdołał jednak naprawdę zrozumieć Allena Iversona? Mówili, że jest za niski na NBA. Mówili, że jest trudny i samolubny. Odpowiadał w jedyny znany sobie sposób: każdy mecz grał tak, jakby był jego ostatnim.

Niezrozumiany to opowieść człowieka, który nie miał prawa wygrać. Od biedy w Wirginii przez wyrok więzienia aż po Finały NBA w 2001 roku. Iverson opowiada tu o mroku, z którego wyrwał go trener Thompson, i wyjaśnia, co naprawdę czuł podczas słynnej konferencji, gdy nikt nie chciał słuchać o jego żałobie po stracie najlepszego przyjaciela. Pisze też o lojalności, która była dla niego ważniejsza niż wielomilionowe kontrakty.

To lektura dla każdego, kto choć raz czuł się skreślony przez innych. Wspomnienia z celi mieszają się w tej książce z dumą po zdobyciu tytułu MVP. Przeczytaj o odwadze, jakiej wymaga pozostanie sobą przed kamerami. Poznaj historię chłopaka, dla którego serce znaczyło więcej niż wzrost. Odkryj prawdę ukrytą pod tatuażami.

Ta historia zostanie z tobą na długo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 446

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TRENING

Głównym powodem zorganizowania tamtej konferencji prasowej – pewnie wiecie której – było to, że po raz pierwszy od jakiegoś czasu czułem się dobrze. Był 7 maja 2002 roku. Mój szósty sezon w NBA zakończył się rozczarowaniem. Choć miałem już na koncie dwa występy w Meczu Gwiazd oraz tytuł MVP i niemal zostałem mistrzem NBA, krążyły plotki, że nie układa mi się współpraca z trenerem Larrym Brownem i że 76ers wkrótce zdecydują się mnie pozbyć. Że będę musiał pożegnać się z miastem, które kochałem, które od początku mnie zaakceptowało i stało się moim domem. Teraz wszyscy chcieli wiedzieć, co dalej. Czy trener Brown zostanie na kolejny sezon? Czy ja zostanę?

Słyszałem te wszystkie pogłoski przez cały rok. Komu oddadzą Allena Iversona? 76ers już nie chcą go u siebie. Nie dogaduję się z trenerem Larrym Brownem. Nawet moje dzieci musiały się z tym zmagać w szkole. Nauczyciele prosili: Powiedzcie tacie, żeby nie odchodził. Nie inaczej uczniowie: Możecie ubłagać tatę, żeby został? To samo słyszałem od rodziny: Chuck, nie odchodź.

To wszystko strasznie mnie wkurzało. W końcu postanowiliśmy – ja, trener Brown i nasz generalny menedżer Billy King – spotkać się i oczyścić atmosferę. Jak ktoś ma coś do powiedzenia, to niech to zrobi właśnie teraz.

Przekaz był prosty: Nigdzie nie odchodzisz. Trener Brown też nigdzie nie odchodzi. Zostajesz. Trener Brown też zostaje. Następnie zaczęliśmy rozmawiać i znów poczuliśmy się jak prawdziwa, zżyta rodzina. Wyluzowaliśmy i wszystko wróciło do normy. Przyznaję, wcześniej atmosfera była kiepska. Sądziłem, że już mnie tam nie chcą. To był długi, wyczerpujący sezon. Spodziewałem się najgorszego. Dla mnie jednak lojalność zawsze była najważniejsza. Gdy więc powiedzieli jasno, że nigdzie nie odchodzę, że rodzina zostaje razem, byłem szczęśliwy. Reszta spotkania przypominała godzenie się z dziewczyną, z którą się poprztykałeś. Jak już sobie wypominacie różne rzeczy, to równie dobrze możecie zwrócić uwagę, że to i tamto nie może się powtórzyć. Wróciliśmy do dawnych relacji. Ja pogadałem o różnych sprawach po swojemu, a trener Brown po swojemu – jak to weteran. Na koniec wszyscy się uściskaliśmy. Tak jak już powiedziałem, było w porządku.

Gdy zapadła decyzja, postanowiliśmy zwołać konferencję prasową, w trakcie której przekażę miastu i całemu światu dobre wieści: zostaję, wszyscy zostajemy.

Wszedłem do sali konferencyjnej. Siedziałem sam za tym długim stołem, przede mną mikrofony, skierowane na mnie obiektywy oraz gapiący się dziennikarze. Zebrała się tam cała prasa z Philly. Szczerze mówiąc, nigdy nie miałem z dziennikarzami łatwych relacji – tak było od zawsze. Odkąd byłem dzieciakiem, te sukinsyny opowiadały całemu światu, jaki ze mnie drań. A teraz czekali na to, co mam do powiedzenia. Byli niezadowoleni, bo przegraliśmy. Niezadowoleni, bo nie spełniłem ich oczekiwań. Niezadowoleni, bo… cholera, w sumie to sam do końca nie wiem, czemu jeszcze byli tacy wkurzeni.

W każdym razie czułem się w porządku. W końcu miałem dla nich dobre wiadomości. Przynajmniej dla mnie były one pozytywne. Zostaję. Przyszedłem, by powiedzieć wam, że w dalszym ciągu tu będę – i tyle. Miasto nie musi się o nic martwić, podobnie jak koledzy z drużyny czy rodzina. Ja też jestem spokojny.

W sali czaił się jednak diabeł z mikrofonem: „A co z tą sytuacją z treningami?”. To jedno z pierwszych pytań. W odpowiedzi użyłem słowa „treningi” wielokrotnie, o czym wie chyba każdy na tym cholernym świecie, ale oczywiście w kółko cytowano tylko jeden fragment mojej wypowiedzi:

Mam być największą gwiazdą drużyny, a gadamy tu o treningach. Słuchajcie, mówimy o treningach. Nie o meczach! Nie o meczach! Nie o meczach! Rozmawiamy o treningach. Nie o meczach. Nie o tym, że wychodzę na parkiet i w każdym meczu gram tak, jakby miał być moim ostatnim. Nie o meczach. Gadamy o treningach. Rany, jakie to głupie!

Nigdy nie przypuszczałem, że ta konferencja prasowa aż tak wpłynie na to, jak będę postrzegany. Wcześniej to moje zagrania na parkiecie stawały się viralami – choć wtedy to słowo nie było jeszcze tak powszechne. Jednak po tamtym spotkaniu z mediami „treningi” zaczęły być kojarzone ze mną równie mocno, jak moje najlepsze crossovery, rzuty z wyskoku, trofea czy porażki.

Kiedy dziś wracam myślami do tamtej konferencji, widzę, jak wiele się wtedy działo. Niepotrzebnie w ogóle skupiałem się na kwestii treningów. Zaliczyliśmy kiepską końcówkę sezonu, a ja usiłowałem wyjaśnić światu, jak widzę swoją przyszłość. Ale to nie wszystko. Jeśli posłuchacie całego nagrania z tamtego wydarzenia, a nie tylko tych powtarzanych w kółko fragmentów, to usłyszycie, że mówię tam także o innych sprawach. „Straciłem najlepszego przyjaciela”, wspomniałem wtedy. A pomijając to oraz rozczarowujący sezon, mówiłem też, że czuję, jakby wszystko w moim życiu szlag trafiał. „Jestem tylko człowiekiem. Jestem taki jak wy. Krwawię tak jak wy, płaczę tak jak wy, cierpię tak jak wy”. Starałem się to wytłumaczyć, ale reporterzy ciągle wracali do tematu treningów.

„Straciłem najlepszego przyjaciela”. W tym samym czasie w Wirginii toczył się proces przeciwko zabójcy Rahsaana Langforda – dla nas po prostu „Ra” albo „Ra Boogie”. Byliśmy z Ra jak bracia. Zginął jakieś siedem miesięcy przedtem, wczesnym rankiem 14 października 2001 roku, akurat gdy trwał obóz treningowy Sixers.

Wówczas tego nie wiedziałem, ale z perspektywy czasu wiem, że prokurator – z biura tego samego prokuratora, który dziewięć lat wcześniej wsadził mnie za kratki – nieustannie podkreślał, zwracając się do przysięgłych, że nie polubią ani Ra, ani jego przyjaciół. Moich przyjaciół. Mnie. „Morderstwo to morderstwo – mówił – nawet jeśli nie podoba nam się ofiara ani jej otoczenie”. I nie powinno mnie to dziwić. Prawda jest taka, że wielu ludzi nie znosiło mnie i moich kumpli – mojej „ekipy” czy mojego „entourage’u”, jak to nazywali. Nie chodziło tylko o reporterów obecnych na wspomnianej konferencji czy o prokuratora. Wiele osób nienawidziło kolesi, z którymi dorastałem, środowiska, z którego się wywodziłem, okolicy, w której musiałem jakoś przetrwać.

Przez całe życie balansowałem między dwoma światami: z jednej strony był mój dom, dorastanie, moi ludzie – z drugiej koszykówka i wszystko, co się z nią wiązało. To była nieustanna próba utrzymania równowagi. Jednego jednak nigdy nie zrobiłem i nie zamierzałem zrobić – odciąć się od domu. Wszyscy mi to radzili. Milion razy słyszałem, że nie powinienem wracać do tych miejsc, do tych ludzi. Ale jak miałbym zostawić tych, którzy byli przy mnie od początku? Jak mógłbym porzucić miejsca i osoby, które są fundamentem tego, kim jestem?

Przez cały tamten sezon 2001/02 sprawy związane z domem mocno mi ciążyły. Straciłem najlepszego przyjaciela. Powiedziałem to wyraźnie w trakcie konferencji. To naprawdę mnie przygniotło. A do tego jeszcze przegrywaliśmy te cholerne mecze – mimo że wychodziłem na parkiet i grałem tak, jakby miały być moimi ostatnimi. Przegrałem te mecze. To też mi dowaliło. Odpadliśmy już w pierwszej rundzie play-offów, choć rok wcześniej dotarliśmy do finałów, a ja zdobyłem wtedy tytuł MVP. To był kurewsko wielki ból, bo strasznie mi na tym zależało.

Tymczasem na konferencji prasowej po zakończeniu sezonu, po tym, jak przegraliśmy, nie padło ani jedno pytanie o mecze.

Mamy rozmawiać o treningach?

Powiem wam coś o śmierci Ra, bo jeśli naprawdę chcecie się dowiedzieć, co się ze mną działo podczas tamtej konferencji, jak było z tymi treningami i całą tą sytuacją, musicie poznać tę historię.

Nie było mnie na miejscu, gdy zginął, choć miałem być. Zamierzaliśmy wybrać się do przyjemnego klubu w Hampton, w Wirginii, i obejrzeć walkę Mike’a Tysona z Brianem Nielsenem. Tego samego wieczora Yankees rozgrywali mecz play-offów z Oakland A’s. Ra pochodził z Bronxu i był fanem Jankesów. Chcieliśmy spędzić czas jak goście z filmu Życie. Tak o sobie mówiliśmy – że jesteśmy braćmi niczym Martin i Eddie. Tyle że nie zdążyłem na samolot z Philly do Wirginii. Nawet nie pamiętam dlaczego.

Tamtego wieczora poszedł beze mnie do jednego z najgorszych miejsc w Hampton. To było miejsce, którego sam zawsze unikałem. Jasne, bywałem tam w młodości, ale wtedy jeszcze niczego się nie bałem. Później to się zmieniło.

Znalazł się tam z kilkoma osobami, w tym z gościem, którego nazywaliśmy Fiend. O tym wszystkim dowiedziałem się oczywiście później, z różnych relacji – sam byłem wtedy w Philly, na obozie treningowym, dochodziłem do siebie po kontuzji łokcia, więc jeszcze nie grałem. Z tego, co wiem, morderca pojawił się w pewnym momencie w klubie, w którym przebywali. Miał coś z jednym okiem. Ra zawsze lubił pożartować, więc rzucił: „Fiend, zadajesz się teraz ze ślepymi?”. I tamtemu odbiło. „Nie wiesz, skurwielu, kim jestem. Nie wiesz, co mogę”. Ra próbował rozładować napięcie: „Uspokój się, wyluzuj”. I wrócił do oglądania walki Tysona. Ale tamten cały wieczór nie spuszczał go z oka i nie chciał odpuścić.

Mecz Jankesów dobiegł końca (wygrali – to ten mecz, w którym Derek Jeter posłał piłkę backhandem, dzięki czemu jego drużyna obroniła prowadzenie przeciwko A’s), podobnie jak walka (Tyson wciąż jeszcze potrafił się bić, więc nie miał problemów z wygraniem). Ra i Fiend wsiedli do auta. Okazało się, że tamten koleś wyszedł za nimi. Mówili, że Ra się odwrócił i uśmiechnął w jego kierunku. Fiend wrócił po coś, a Ra został w aucie i tam na niego czekał. Tamten podszedł do samochodu, otworzył drzwi. Ra wysiadł, a tamtego poniosło. Zastrzelił go na miejscu, a potem zniknął.

Usłyszawszy strzały, Fiend wybiegł na zewnątrz, zobaczył leżącego Ra, wsiadł w auto i odjechał z piskiem opon. Zostawił Ra na śmierć. Tylko o tym potrafiłem myśleć – miałem przed oczami ten obraz: leży sam na ziemi i się wykrwawia.

Serce mi pękło, gdy dowiedziałem się o jego śmierci. Powinienem tam z nim być. Jego za to nie powinno być w tamtym miejscu. W takich chwilach w głowie masz różne myśli. Co by było, gdyby… Wiecie, to był najtwardszy skurwiel ze wszystkich moich przyjaciół. Gdy byliśmy dzieciakami, pilnował, żebym się w nic poważnego nie wpakował. Naprawdę robił wiele, żeby trzymać mnie z dala od życia na ulicy. Powtarzał: „Nie wracaj tu. Skup się na sporcie”. A potem, gdy siedziałem, jeszcze zanim zacząłem zarabiać grubą forsę w NBA, on i inni moi przyjaciele z domu pomagali mojej rodzinie przetrwać.

Gdy już odniosłem sukces, sprowadziłem go do siebie. Od tamtej pory zawsze był przy mnie. Był na moim ślubie, a ja na jego. Poświęcał się swojej pasji – muzyce. Starałem się mu w tym pomóc.

Taki właśnie był gość, którego zastrzelono.

Całą tamtą jesień – od 14 października do końca roku 2001 – usiłowałem jakoś poradzić sobie z tym, co się stało. Z pogrzebem. Z cierpieniem. Miałem nową rodzinę, którą musiałem się zająć. Ra zostawił troje dzieci i żonę. Nie miałem wątpliwości, że muszę o nich zadbać. Zapłaciłem za ich dom, za samochód, za szkołę. Jak mógłbym tego nie zrobić? Jeśli to ma być dowód na to, że szastam kasą – trudno.

W klubie też nie działo się najlepiej. Drużyna zaczęła sezon beze mnie i szło jej kiepsko. Gdy wróciłem, poprawiliśmy grę, ale to nie wystarczyło.

W styczniu w końcu aresztowano mordercę. Sezon trwał dalej, ale zbliżał się też proces.

W play-offach trafiliśmy na Celtics. Mieli przewagę parkietu. Przegraliśmy 2-3. Zdobywałem w tej serii średnio 30 punktów na mecz, ale nie rzucałem dobrze. Grałem dynamicznie (jak to ja) i oddawałem średnio ponad 12 rzutów wolnych. Dawałem z siebie wszystko. Nikt nie mógłby mi zarzucić braku zaangażowania. Po prostu to nie wystarczyło.

I wtedy po raz pierwszy od czasu tamtej serii, po całym tym sezonie, po tych wszystkich plotkach o wymianie, po stracie przyjaciela, spotykam się z dziennikarzami. A oni chcą rozmawiać wyłącznie o treningach. O tych, na których mnie nie było. O tych, na które się spóźniłem. O tych, do których – jak sam przyznałem – nie zawsze się przykładałem. Nie o meczach. Chcą gadać tylko o treningach. Muszę im przyznać, że wkurzanie mnie wychodziło im znakomicie.

Powiedziałem, co powiedziałem, i się zaczęło. Tak już jest ze wszystkim w moim życiu. Ludzie czegoś ode mnie chcą, a ja nie rozumiem, o co im chodzi. Oni z kolei nie rozumieją mnie – że to, skąd pochodzę i co przeszedłem, sprawia, że jestem inny. Dla mnie treningi nie były aż tak ważne. Nie w porównaniu z meczami, przyjaciółmi czy rodziną.

*

Skurwiel, który pisze tę książkę, ledwo przeżył szkołę średnią. Mogłem równie dobrze zginąć na ulicy, nim zdołałem rozegrać choćby jeden mecz. Mogłem przesiedzieć całe 15 lat, na które mnie skazano, i w ostatniej klasie liceum rzucać wyłącznie na więziennym boisku. Mogłem stracić siostrę, gdy zachorowała. Mogłem zupełnie się poddać, gdy żadna uczelnia mnie nie chciała. Mogłem dać się stłamsić tym wszystkim negatywnym reakcjom, z którymi musiałem się mierzyć, gdy pojawiłem się w NBA.

Zamiast tego zostałem mistrzem stanowym, wybrano mnie do drużyny najlepszych młodych graczy w kraju, zdobyłem też tytuł MVP ligi. Poprowadziłem 76ers do pierwszych finałów od czasów Juliusa Ervinga – wielkiego Doktora J. I właśnie wtedy, podczas tamtej konferencji prasowej, ogłosiłem, że razem z trenerem i generalnym menedżerem dalej będziemy pracować na rzecz Sixers i Filadelfii.

A mimo to media chciały pytać wyłącznie o treningi. Nawet dzisiaj brzmi to dla mnie kompletnie absurdalnie.

Ważniejsze od tego, co kto powiedział, oraz od jakichś opuszczonych treningów jest to, skąd się wywodzę. To, przez co przeszedłem. Co musiałem przezwyciężyć, a czego być może przezwyciężyć nie byłem w stanie. Wszyscy wiedzą, że spierdoliłem niejedno. Jestem człowiekiem, jak podkreśliłem w trakcie tamtej konferencji. Żaden ze mnie ideał. Chcę wam opowiedzieć o swoich początkach. O domu. O więzieniu. O Georgetown i o moim mentorze, przewodniku i człowieku, który uratował mi życie – trenerze Johnie Thompsonie. I o moich początkach w NBA. Może to wam pomoże zrozumieć.

By zrozumieć, kim jestem – ja, Allen Iverson, Bubbachuck, AI, The Answer – musicie poznać moje początki. Dowiedzieć się o mojej rodzinie, przyjaciołach, o Newport News i Hampton. O siedmiu miastach Wirginii. O Półwyspie.

I

DORASTANIE I PRZETRWANIE

Jeden

Nana i mama

Urodziłem się 7 czerwca 1975 roku w Hampton, w stanie Wirginia. Moja mama, Ann Iverson, miała wtedy zaledwie 15 lat. Mój biologiczny ojciec mieszkał w Hartford, w Connecticut. Od samego początku w naszej rodzinie się nie przelewało.

Dorastałem na „Półwyspie” – po jednej stronie zatoka Chesapeake, po drugiej rzeka James. Hampton i Newport News są jakby siostrzanymi miastami. W różnych okresach życia mieszkałem raz w jednym, raz w drugim. Tak naprawdę mogę śmiało powiedzieć, że dorastałem w obu tych miejscach. Byłem gościem z Newport News, ale z Hampton też wiele mnie łączyło.

Nim jednak do tego przejdę, muszę cofnąć się do samych początków – do Hartford w 1971 roku. To tam dorastała moja mama. Miała wówczas raptem 12 lat i troje młodszego rodzeństwa – Jessie, Steve’a oraz Grega. Jej matka – moja babka – miała 30 lat i sama wychowywała całą czwórkę. Nie chciała mieć więcej dzieci, więc przeszła zabieg podwiązania jajowodów. Po powrocie do domu nie czuła się dobrze, a po jakimś czasie nie mogła nawet prosto stanąć. Moja 12-letnia mama rozmawiała z kimś przez telefon schowana pod prześcieradłem, żeby choć trochę wytłumić harmider panujący w małym domu pełnym dzieci, gdy ciocia Jessie przerwała jej, by powiedzieć, że ich mama nie wygląda za dobrze. Wezwali pogotowie. Mama chciała jechać z nią do szpitala, ale ostatnie słowa, jakie usłyszała od swojej matki, brzmiały: „Nie, zajmij się Jessie, Steviem i Greggym”. Babcia już nigdy nie wróciła do domu. Okazało się, że po zabiegu wdała się infekcja. Mama potrafiła z pamięci co do centa wyrecytować sumę, jaką otrzymali w ramach odszkodowania od szpitala: 3818 dolarów i 18 centów.

„Nie zapominaj o tych 18 centach”, mawiała moja mama, wspominając tamte czasy.

Ona i jej rodzeństwo zostali bez matki, ale mieli olbrzymie szczęście w postaci cudownej babci (mojej prababci), Ethel Mitchell – wszyscy mówiliśmy na nią Nana. Zgodziła się wychować czworo wnucząt. Podobno jej mąż miał dość niańczenia dzieciaków, więc została sama.

Po paru latach Nana zaczęła myśleć o zmianie. Moja mama, wtedy już nastolatka, grała w koszykówkę. (Mówiła, że trener kazał jej „grać wolniej i częściej podawać” – brzmi znajomo, prawda?) Pakowała się też w różne tarapaty – naliczyła 38 bójek z własnym udziałem. Po ostatniej z nich Nana miała dość. Wiele lat wcześniej rodzina przeniosła się do Connecticut, ale Nana pochodziła z Wirginii i wciąż miała tam krewnych. Gdy pomyślała o kolejnych latach wychowywania czworga wnucząt i wyjrzała przez okno domu w Hartford w okolicy, którą nieszczególnie lubiła, postanowiła wrócić w rodzinne strony. Może miało to także coś wspólnego ze mną.

Nadszedł rok 1974. Nana już od jakiegoś czasu zajmowała się moją mamą i jej rodzeństwem. Mama miała wówczas 15 lat. Od kilku lat spotykała się z Allenem Broughtonem. Był gwiazdą koszykówki – starszy od mojej mamy zaledwie o rok. (Miał tylko 165 centymetrów wzrostu, ale podobno na boisku zupełnie nie było tego widać. To też brzmi znajomo). Wiem tylko tyle, że gdy rodzina przeprowadzała się do Wirginii, mama była już w ciąży. Dotarli tam akurat na czas, by mogła rozpocząć naukę w liceum Bethel – wygrałem tam później kilka meczów. W styczniu, będąc w piątym miesiącu ciąży, grała jeszcze jako rozgrywająca. Tego oczywiście nie mogę pamiętać!

*

Jak już wspomniałem, przyszedłem na świat 7 czerwca 1975 roku. Mama mówiła, że gdy mnie zobaczyła i dostrzegła moje długie ręce, od razu stwierdziła, że będę koszykarzem. Po prostu to wiedziała. I bez względu na to, co ktokolwiek chciałby o niej powiedzieć, wierzyła we mnie tamtego dnia i każdego kolejnego. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam właśnie mamie. To dzięki jej wierze sięgnąłem po swoje marzenia.

Niedługo po narodzinach otrzymałem imię, którym wszyscy mnie nazywali. Wy mówicie na mnie AI albo The Answer, ale to przyszło dużo później. W mojej rodzinie od zawsze było tak, że niekoniecznie używaliśmy swoich prawdziwych imion – każdy miał jakieś przezwisko. Na moją mamę mówili „Juicy”, na jej siostrę „Lil Bit”. Kiedy pojawiłem się na świecie, wszyscy zastanawiali się, jak będą do mnie mówić. Spierać o to zaczęli się podobno dwaj moi wujkowie z Connecticut – jeden chciał, żebym nosił jego ksywkę „Bubba”, drugi upierał się przy „Chucku”. Każdy z nich chciał, bym to właśnie po nim dostał przezwisko. W końcu moja mama rozstrzygnęła ten rodzinny spór: „Wiecie co? Możecie obaj postawić na swoim. Bubbachuck”. I tak już zostało. Od tamtej pory wszyscy mówili na mnie Bubbachuck, czasem po prostu „Bubba”, a jeszcze częściej „Chuck”. Jeśli obejrzycie moje mecze z dzieciństwa, usłyszycie, że nawet spikerzy tak mnie zapowiadali. Do dziś dla rodziny, przyjaciół i wszystkich bliskich jestem po prostu Bubbachuck.

Pierwsze wspomnienia mam z dzielnicy Aberdeen w Hampton. Mieszkaliśmy z Naną przy Jordan Drive. Miała niewielki, parterowy domek obity winylowym sidingiem, stojący niedaleko strumyka. Oczywiście niewiele pamiętam z tych najmłodszych lat, ale jedno utkwiło mi w głowie – w domu zawsze było tłoczno. Trudno nawet powiedzieć, ile mieszkało tam osób. Mieliśmy tylko dwie sypialnie. Gnieździliśmy się tam w 10, czasem 12 osób – to się zmieniało: Nana, moja mama, jej młodsza siostra Jessie, jej dwaj bracia, Stevie i Greg, no i oczywiście ja. Inni pojawiali się i znikali. Nie mieliśmy za dużo pieniędzy. To żadna wymówka – po prostu tak to wyglądało. Mama wciąż była dzieciakiem, co z perspektywy czasu dostrzegam jeszcze wyraźniej. Wychowywała mnie zatem cała rodzina.

Mama przez kilka lat po moich narodzinach wciąż grała w koszykówkę. W trzeciej i czwartej klasie liceum była rozgrywającą szkolnej drużyny. Potem ukończyła liceum Bethel – coś, czego ja nie miałem szansy zrobić przez moją odsiadkę.

Ze względu na młody wiek mamy to Nana prowadziła dom. Matkowała nam wszystkim – nie tylko mojej mamie i jej rodzeństwu, ale także mnie. Była opoką rodziny, choć trudno być kimś, kto chce i musi zajmować się wszystkim, a jednocześnie nie ma pieniędzy, by to wszystko ogarnąć. Starała się, jak tylko mogła. Wszyscy w rodzinie szanowali ją i podziwiali. Jako praktykująca, bogobojna kobieta wprowadzała surowe zasady: nie puszczaliśmy w domu muzyki, musieliśmy trzymać porządek, a do domu należało wracać o określonej porze. I wszyscy przychodzili do niej, gdy zmagali się z różnymi problemami, bo miała niezwykły dar analizowania sytuacji i znajdowania odpowiedniego rozwiązania. Urodziła troje dzieci. O tym, że babcia zmarła w szpitalu, już wam pisałem. Ale w przypadku Nany każda z jej pociech zmarła przed nią, więc to moja mama, ciocia Jessie oraz wujkowie Steve i Greg byli niczym jej własne dzieci. No i jeszcze ja. Byłem najmłodszy, więc poświęcała mi sporo czasu. Upewniała się, że mam co na siebie włożyć i co jeść. Zajmowała się wszystkimi, ale ze względu na mój wiek łączyła nas szczególna więź. Byłem „jej małym”.

W tamtym czasie jeździła wielkim, starym, bordowym samochodem z lat 70. Szkoda, że nie pamiętam marki. Pamiętam za to, że miał olbrzymią klamkę, która wystawała tak mocno, że gdy byłem jeszcze naprawdę mały, mogłem na niej przysiąść bokiem, opierając nogi o siedzenie. Sam nie wiem, dlaczego tak bardzo to lubiłem, ale właśnie w ten sposób najchętniej podróżowałem. Nana mówiła: „Złaź z tych drzwi, bo wypadniesz”. Słuchałem jej, ale po chwili znowu na nie wchodziłem. No cóż, pewnego dnia właśnie tak siedziałem. Jechałem z nią i moim kuzynem międzystanówką. Utknęliśmy w sporym korku, więc ledwo się poruszaliśmy. No i oczywiście te cholerne drzwi w którymś momencie się otworzyły. Wypadłem prosto na jezdnię. Na szczęście kuzyn zareagował błyskawicznie – złapał mnie i wciągnął z powrotem do auta. Bogu dzięki, że prędkość była wtedy tak mała. Rozbeczałem się jak małe dziecko. Nana martwiła się, czy nic mi się nie stało, ale kuzyn tylko uspokajał: „Nie, płacze, bo się wystraszył”. Nigdy więcej nie usiadłem już na tamtej klamce.

Nana bardzo się mną opiekowała i świetnie się dogadywaliśmy. Trudno to wytłumaczyć, ale łączył nas ten rodzaj więzi, że gdy byłem z dala od niej, nie mogłem się doczekać, aż znów będziemy razem. Znacie to uczucie, jak po raz pierwszy zaczynacie spotykać się z jakąś dziewczyną i chcecie z nią spędzać cały dzień? Tak się właśnie czułem. Gdy wracałem do domu autobusem, nie mogłem się doczekać, aż ją zobaczę. Chciałem po prostu być blisko niej, posiedzieć obok. Zabierała mnie swoim bordowym autem wszędzie tam, gdzie musiała być – do sklepu, do rodziny, do kościoła. Po prostu byłem z nią, gdziekolwiek się wybierała.

Moje życie rodzinne wyglądało zupełnie inaczej niż życie moich dzieci. Gdy były mniejsze, zabierałem je na przykład do parku wodnego Great Wolf Lodge, a w drodze powrotnej do domu pytały: „Kiedy tu znowu przyjedziemy?”. To chyba fajne. Chcę, by miały to, czego mnie brakowało – stabilność, prezenty pod choinką, no wiecie, te wszystkie miłe rzeczy. U mnie było inaczej. To wcale nie znaczy, że nie bawiłem się dobrze i nie byłem kochany. Po prostu żeby być z moją rodziną, musiałem się dostosowywać do ich planu dnia. Gdy więc spędzałem czas z Naną, towarzyszyłem jej tam, dokąd ona się udawała – w sklepie, kościele i innych takich miejscach.

(Najzabawniejsze jest to, że Nana też potrafiła świetnie się bawić, tyle że ja nie miałem wtedy o tym pojęcia. Dopiero po latach dowiedziałem się, że w czasach mojego dzieciństwa często w weekendy jeździła tym swoim autem z Hampton do Atlantic City. Grała tam w to, co lubiła, a potem wracała, nim spostrzegłem, że jej nie ma. A to przecież sześć godzin drogi!)

W tamtych czasach rozpierała mnie energia. Jak jesteś dzieciakiem, chcesz spędzać jak najwięcej czasu na dworze. No bo w sumie co miałem robić w domu? Dzieci nie miały wtedy gier wideo, wielkich telewizorów ani dostępu do dowolnego programu, jaki przyjdzie im do głowy. Moje dzieciństwo wyglądało inaczej. Jedynym zajęciem, które trzymało mnie pod dachem, było rysowanie. Gdy padało albo musiałem siedzieć w klasie, rysowałem. Różne bzdury. Starałem się odtwarzać to, co widziałem, albo o czym się uczyłem. Nauczyciele i inni dorośli przyglądali się moim rysunkom i mówili: „Synu, masz przed sobą przyszłość”. Uwielbiałem to robić. Cieszyło mnie, że ktoś to docenia. Ale prawda jest taka, że siedzenie w domu szybko mnie nudziło.

Wychodziłem więc na zewnątrz. Dom Nany w Aberdeen stał tuż przy małym strumyku. Chodziłem tam, by łapać raki i taplać się w wodzie. To była dla mnie czysta radość, choć Nana trochę się denerwowała, zwłaszcza gdy nie miała mnie na oku. Łączyła nas więź przepełniona miłością, dlatego doskonale pamiętam ten jedyny raz, gdy dostałem od niej w skórę. Miałem z cztery, góra pięć lat. Wybierała się do kościoła i powiedziała: „Chuck, nie idź do strumyka, jak mnie nie będzie. Masz zostać w domu”.

Kiwnąłem głową, jakby wszystko było jasne. Nie miałem jednak zamiaru siedzieć cały ten czas w czterech ścianach. Obserwowałem, jak jej samochód odjeżdża w dal. Gdy zniknęła mi z pola widzenia, nie czekałem ani sekundy. Wybiegłem przez tylne drzwi prosto nad wodę. Chyba miała przeczucie, bo kilka minut później spojrzałem w stronę domu i dostrzegłem, że groźnie się na mnie patrzy. Aż mi się słabo zrobiło. Nie chciałem jej zawieść. Solidnie mnie wtedy złoiła.

Nigdy więcej nie chciałem czuć, że ją zawiodłem. I jak już wspomniałem, to był jedyny raz, gdy spuściła mi lanie. Nana była kimś, przy kim chciałem zachowywać się jak trzeba. Tą osobą, na której najbardziej mi zależało, by była ze mnie dumna. To dlatego tak dobrze pamiętam tamten dzień. Już nigdy więcej nie byłem wobec niej nieposłuszny. Często o tym myślę, bo żyła wystarczająco długo, by widzieć, jak idę do więzienia, ale nie doczekała moich występów w NBA.

Zazwyczaj jako dzieciak mogłem wychodzić, kiedy chciałem, i zajmować się sobą. Gdy tylko Bóg otwierał mi rano oczy, wyskakiwałem z łóżka i od razu biegłem na dwór. Kręciłem się przy Steviem i Gregu, moich dwóch wujkach. Podziwiałem ich. Robili wszystko to, co i ja chciałem w przyszłości robić – grali w futbol, to po pierwsze. Stevie był młodszy i też mocno zżyty z Naną. Z całego rodzeństwa to on był jej najbliższy. Nana go kochała. To on się nią opiekował, gdy umierała. Nawet nie chcę myśleć o tych chwilach. To było dużo później.

Stevie i Greg grali w futbol w drużynie liceum Bethel. Dobrze im szło, ale nie zbliżyli się nawet do zawodowstwa. Lubiłem ich obserwować. Gdy tylko nauczyłem się biegać, zażądałem, by pozwolili mi z nimi grać. Widzieli, że jestem szybki. „Po prostu dajcie mi piłkę” – mówiłem. Chwytałem ją i ruszałem przed siebie. Czułem wolność, biegając pomiędzy tymi wszystkimi starszymi gośćmi. Zobaczymy, czy któryś zdoła mnie powalić. Oczywiście, dawali radę. Raz po raz lądowałem na ziemi, ale to nie miało znaczenia. „Gramy dalej!”, powtarzałem, bo chciałem to ćwiczyć tak długo, aż będą mi mogli skoczyć. Tak było ze mną zawsze: próbowałem aż do skutku.

Graliśmy też w coś, co nazywało się hotball. Podrzucasz piłkę, jedna osoba ją łapie, a reszta próbuje ją powalić, nim dotrze do linii końcowej. Grałem w to setki razy – zarówno w czasach mieszkania u Nany, jak i później, gdy przenieśliśmy się do Newport News. Byłem w tym tak cholernie dobry, że zacząłem marzyć o zawodowym uprawianiu sportu.

Ostatecznie udało mi się zrealizować to marzenie, ale niemal zaprzepaściłem swoją szansę, gdy byłem jeszcze mały. Chodziłem wówczas do czwartej klasy. Czekałem na autobus. Padało. I wiecie, jak to jest – jak jesteś łebkiem, to chcesz siadać z tyłu, jak najdalej od kierowcy, by móc sobie pozwolić na więcej. Sposób był prosty: trzeba było ustawić się na początku kolejki na przystanku, żeby nikt nie zajął mi miejsca na samym końcu tego cholernego szkolnego autobusu.

Stałem tam więc, gdy podjeżdżał na przystanek. Ktoś z tyłu pchnął mnie lekko, po prostu mnie szturchnął, i się potknąłem. Postawiłem stopę na ulicy, tuż przed nadjeżdżającym pojazdem. Przejechał centralnie po niej. A mówiąc dokładniej, zatrzymał się na niej jednym z kół. Pozostałe czekające dzieciaki zaczęły krzyczeć do kierowczyni: „Pani Barrett, przejechała mu pani po stopie!”. A ona na to: „Że co?”. Nie zrozumiała jednak i z jakiegoś powodu nie otwierała drzwi. W końcu jakoś ogarnęła, że autobus stoi na mojej jebanej kostce. Wrzuciła bieg i zjechała z niej.

Wstałem jak gdyby nigdy nic, gotów wejść do środka. W dalszym ciągu zamierzałem dostać się tam jako pierwszy. Nic nie mogło mnie powstrzymać. Pani Barrett zaprotestowała. „Nie, nie wsiądziesz”. Wyglądała na solidnie przestraszoną. Po chwili, gdy usiadłem na ziemi, zdałem sobie sprawę z tego, co się stało. Moja kostka była mocno wykrzywiona. Chyba po prostu byłem w szoku, bo nie pamiętam już ani karetki, ani tego, co działo się potem. Pamiętam dopiero, jak leżałem w łóżku.

Diagnoza była jednoznaczna: fatalne złamanie. Płakałem i powiedziałem Nanie, że chyba już nigdy nie będę mógł uprawiać sportu. A ona na to: „To nic. Gorzej, gdyby chodziło o klatkę albo głowę. Mógłbyś tego nie przeżyć”. Nie zamierzała się nade mną użalać i miała rację. Postanowiłem więc, że to mnie nie powstrzyma. Dojdę do siebie. Jakiś czas później, gdy jeszcze nosiłem gips, poszedłem do innego lekarza na kontrolę. Kostka już się goiła, czułem się w porządku. Posadził mnie w gabinecie, poczęstował Snickersem i mówi: „Powiedz mi prawdę. To niemożliwe, żeby autobus przejechał ci po kostce. Byłaby całkowicie zmiażdżona. Chodzisz do czwartej klasy. Masz jeszcze liche te kostki”. Opowiedziałem mu, jak to było. Kręcił tylko głową. Nie wiem, czy mi uwierzył, ale przynajmniej uspokoiłem się nieco, że z nogą coraz lepiej.

Nie było źle. Kiedy wróciłem do szkoły, w pełni wykorzystywałem współczucie wszystkich dookoła. W kolejce do stołówki zawsze byłem pierwszy, a koledzy podpisywali mi się na gipsie. Z kostką szybko było na tyle dobrze, że już miesiąc później mogłem wrócić do sportu. Grałem w futbol lepiej niż kiedykolwiek wcześniej i byłem dumny, że przetrwałem czwartą klasę.

Mama czasami obserwowała mnie w trakcie gry i uśmiechała się. Pewnie już wtedy wiedziała, że ostatecznie postawię na koszykówkę – sama to powiedziała, gdy się urodziłem. Patrzyła, jak biegam między jej braćmi i innymi starszymi dzieciakami, i dostrzegała, że mam talent.

Nasza relacja od początku była nietypowa – czasem czułem się, jakbyśmy byli przyjaciółmi albo rodzeństwem, a nie matką i synem. Nie mam nic złego na myśli. Po prostu mama była bardzo młoda, więc często świetnie się razem bawiliśmy, słuchając muzyki czy zachwycając się błyskotkami – kręciło nas złoto, diamenty, wszystko, co się świeci. W pewnym sensie wspólnie dorastaliśmy.

Miała jednak kłopoty z tym, z czym mierzy się większość rodziców, choćby z płaceniem rachunków. Wielu z nich po prostu nie uiszczała. Imała się różnych zajęć. Pracowała jako operator wózka widłowego w magazynie Avonu, była kasjerką w supermarkecie, maszynistką w Bazie Sił Powietrznych Langley, a nawet próbowała swoich sił w stoczni – wielkim zakładzie na Półwyspie, gdzie wiele osób szukało stabilnej, dobrze płatnej roboty. Nigdzie jednak nie zagrzała miejsca na dłużej i w domu wciąż się nie przelewało. Kiedyś ujęła to tak: „Usiłuję zapewnić im i sobie samej dach nad głową. Słowo »skromnie« nie opisuje naszego poziomu życia. Jeśli jest jakieś mocniejsze określenie, będzie pasowało lepiej”. Gdy w młodości potrzebowałem nowych butów, zabierała mnie do sklepu. Wchodziliśmy w alejki, gdzie piętrzyły się pudełka z butami, i mówiła: „Przymierz te”. Jeśli pasowały, kazała mi wyjść w nich ze sklepu. Nie znosiłem tego. Chciałem kupować buty jak wszyscy inni!

Jeszcze zanim byłem na tyle duży, by cokolwiek z tamtych czasów pamiętać, mama poznała Michaela Freemana. To on został moim ojcem. Nie wychowywałem się bez taty – to nie moja historia. Wspominałem już Allena Broughtona – no cóż, najwyraźniej był moim biologicznym ojcem, ale nigdy go nie spotkałem.

Michael Freeman radził sobie nieźle w życiu, gdy poznał mamę. Miał poważną pracę w stoczni. Był niewielkiego wzrostu, mówili na niego „Domowa Mysz”. Też nieźle grał w kosza. Kibicował Sixersom, a jego ulubionym graczem był Mo Cheeks. Może tak dokładnie miało być, że ostatecznie trafiłem właśnie do tego klubu.

W przeciwieństwie do mamy tata nigdy nie podniósł na mnie ręki. Do egzekwowania tego, czego wymagał, wystarczyło mu samo spojrzenie. Spojrzenie, które mówiło mi: „Źle zrobiłeś”, o cokolwiek mogło akurat chodzić. Gdy się ze sobą związali, to on zaczął dbać o rodzinę, kiedy tylko mógł.

Miałem cztery lata, gdy mama zaszła w ciążę i urodziła moją siostrę, Brandy. Była już wówczas chyba gotowa, by wynieść się na swoje. Wszyscy bardzo kochaliśmy Nanę, ale mama pragnęła większej wolności. Nana miała pewne zasady – należało być w domu o określonej godzinie, nie można było słuchać muzyki zbyt późno ani zbyt głośno, do tego nie każdy nasz znajomy miał tam wstęp. Mama chciała żyć po swojemu. Można pewnie powiedzieć, że mam to po niej. Nigdy też nie lubiła słuchać krytyki, nawet tej konstruktywnej. Teraz, gdy spodziewała się drugiego dziecka, tym razem z moim tatą, naturalnym krokiem było wprowadzenie się do niego.

Przenieśliśmy się do mieszkania z dwiema sypialniami na osiedlu Pine Chapel. To wciąż w Hampton, ale bliżej Newport News. Niewiele z tamtego okresu pamiętam poza białymi prześcieradłami i zielonymi zasłonami. Kompletnie nie utkwiły mi w głowie takie wspomnienia jak pierwszy dzień Brandy w domu, ale kojarzę kolor zasłon czy prześcieradeł. To dziwne, że człowiek zapamiętuje takie nieistotne drobiazgi.

Mama chyba cieszyła się ze swojej wolności. Mogła teraz palić papierosy i słuchać muzyki. Miała takie brązowe radio z budzikiem i każdego dnia włączała je na maksa. Nie mieliśmy odtwarzacza płyt czy czegoś takiego. Słuchaliśmy wtedy soulu, R&B i takich tam. To było dla nas coś nowego. Ta muzyka przez cały czas wypełniała nasz dom.

Miałem z dziesięć lat, gdy zaczęliśmy słuchać Michaela Jacksona. O rany, uwielbiałem jego muzykę. Oboje ją uwielbialiśmy. Gdy dorastałem, każdy jego nowy numer był dla mnie czymś niesamowicie ekscytującym. Wszyscy wiedzieli, że miałem obsesję na jego punkcie. W późniejszych latach często śpiewałem Man in the Mirror po meczach, jadąc autokarem z drużyną. Koledzy z zespołu mieli tego dość, a ja jeszcze podgłaśniałem.

Pamiętam, że wiele lat później, gdy grałem w Denver, leżałem na stole u masażysty ze słuchawkami na uszach. W pewnym momencie wszedł Carmelo Anthony. Spojrzał tylko na mnie i rzucił w kierunku pozostałych chłopaków: „Nawet nie trzeba go pytać, kogo słucha. Ciągle tylko Michael Jackson. On naprawdę go kocha!”. Wszyscy się śmiali, bo dobrze wiedzieli, że ma rację. A wszystko zaczęło się od wspólnej pasji – mojej i mamy. Jak wiele innych rzeczy w moim życiu.

Gdy mieszkaliśmy w Pine Chapel, zdarzało mi się płakać za Naną. Mama mówiła wtedy: „Nany tu nie ma. Teraz mieszkasz ze mną i nie chcę tego wysłuchiwać”. Wciąż ją odwiedzałem, ale to już nie było to samo. Mama bardziej skupiała się na młodszym dziecku. Był z nami tata, ale tam też nie wszystko się układało. Zawsze się o coś sprzeczali. Niby więc mieszkaliśmy razem, ale on czasem był, a czasem znikał.

Pewnego wieczora wydarzyła się jakaś pojebana akcja. Rodzice akurat chyba od siebie odpoczywali, więc mama zaprosiła do domu kolesia mieszkającego po drugiej stronie ulicy. Gadali sobie i takie tam, gdy nagle pojawił się tata. Wybuchła kłótnia. Ja i Brandy siedzieliśmy cicho w naszym pokoju – ona była jeszcze malutka, ale ja wszystko słyszałem.

Było coraz gorzej, więc w pewnym momencie zajrzałem do kuchni, w której tata i ten sąsiad stali twarzą w twarz. Chwilę potem pięści poszły w ruch, więc wróciłem do siebie. Kilka sekund później usłyszałem wystrzał. Wróciłem do nich. Tata uderzył tamtego bronią, która najwyraźniej przy okazji wystrzeliła. Gość leżał na podłodze. Wyglądał, jakby stracił pół głowy. Wszędzie była krew. To właśnie pamiętam. Krew na deskach podłogowych. Ta czerwień utkwiła mi w pamięci tak samo jak biel prześcieradeł i zieleń zasłon. Strasznie to pojebane. Musiałem się szybko nauczyć, że tak to już jest w życiu i nie ma co drążyć. Jako dzieciak płakałem za każdym razem, gdy moja drużyna przegrywała mecz, ale w takich sytuacjach jak ta musiałem się nauczyć, by o tym nie myśleć, nie mówić, a już na pewno nie płakać z tego powodu. Bogu dzięki, że moje dzieci nie musiały nigdy doświadczać takiego syfu.

Pojawiła się policja i zgarnęła tatusia. Tamten był ranny, ale się wylizał. To była samoobrona, więc nie zamknęli taty na zbyt długo.

Po tamtym zdarzeniu nasza rodzina znowu się przeprowadziła. Mama znalazła mieszkanie w Newport News, na osiedlu o nazwie Stuart Gardens.

Może nie była to najstabilniejsza sytuacja rodzinna, ale mama o mnie dbała. Pamiętam, że kiedyś, będąc jeszcze małym chłopcem, spytałem ją: „Mamusiu, sądzisz, że mógłbym kiedyś zagrać w NBA albo NFL?”. Byłem wtedy zwykłym dzieciakiem, bez żadnych sukcesów.

Spojrzała na mnie i odparła: „Tak, ja to wiem. Uda ci się”.

A ja jej naprawdę wierzyłem. Podzieliłem się więc swoimi marzeniami z innymi dzieciakami. Gdy wszyscy śmiali się ze mnie i moich zamiarów, odpowiadałem im: „A śmiejcie się do woli, ale mama powiedziała mi, że dam radę”. Jakby to była prawda objawiona. Mama mi tak powiedziała, więc możecie się śmiać, ile chcecie.

Nigdy jej tego nie zapomnę. Wierzyła we mnie bezgranicznie. To miało dla mnie ogromne znaczenie, nawet jeśli nie wszystko w domu się układało.

Misunderstood

Copyright © by Allen Iverson 2025

Copyright © for the Polish translation by Jakub Michalski 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Maciej Cierniewski

Korekta – Marcin Dymalski, Bartosz Szpojda

Korekta – Piotr Królak, Joanna Mika

Opracowanie typograficzne i skład – Paulina Soból-Hara

Projekt okładki – Emma Van Deun

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Gary Land

Fotografia na IV stronie okładki – Ann Iverson

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384064771

ISBN mobi: 9788384064788

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

TRENING

I. DORASTANIE I PRZETRWANIE

Jeden. Nana i mama

Reklamy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover