Niegrzeczne dzieci - Marcel Moss - ebook + audiobook + książka

Niegrzeczne dzieci ebook i audiobook

Marcel Moss

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.



Dowiedz się więcej.
Opis

JEDYNA OCALAŁA ZNA PRAWDĘ. ALE CZY ODWAŻY SIĘ JĄ UJAWNIĆ?
Rok 2008. Brzozowem, niewielkim miastem u podnóża Bieszczad, wstrząsa makabryczna zbrodnia. W domu Ryszarda i Doroty Górskich giną małżonkowie oraz troje dzieci, które wychowywali jako rodzina zastępcza. Sprawcą okazuje się ich syn, Fryderyk. Oszczędza tylko swoją biologiczną córkę, Natalię. Kiedy ratownicy odnajdują dziewczynkę, ta powtarza w kółko jedno słowo: „mama”.
Rok 2026. Reportażysta Kornel Malicki bada sprawę śmierci Patryka Konopskiego – nastolatka z Wołkowyi, brutalnie skatowanego przez rówieśników i porzuconego w lesie. Wkrótce zgłasza się do niego dorosła Natalia. Chce, by Kornel pomógł jej odkryć prawdę o tragedii sprzed osiemnastu lat. W zamian oferuje mu historię, z której może powstać kolejna powieść. Naciskany przez wydawcę Malicki zgadza się przyjrzeć sprawie. Nie wie jeszcze, że im głębiej zanurzy się w przeszłość rodziny Górskich, tym trudniej będzie mu się z niej wydostać. Bo niektóre tragedie wcale nie kończą się wraz ze śmiercią ostatniej ofiary. CO TAK NAPRAWDĘ WYDARZYŁO SIĘ W DOMU GÓRSKICH? JAKI ZWIĄZEK ZE ZBRODNIĄ SPRZED LAT MA ŚMIERĆ PATRYKA? I CZY KORNEL WRESZCIE UPORA SIĘ Z DEMONAMI PRZESZŁOŚCI? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 34 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Marcel Moss, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Elementy okładki powstały z użyciem AI

Redakcja: Anna Jeziorska

Korekta: Marta Akuszewska, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-803-1

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

ROZDZIAŁ 1

KORNEL

OBECNIE

Po korytarzu kliniki weterynaryjnej niesie się skomlenie zestresowanych psów i wzdychanie właścicieli, którzy próbują nad nimi zapanować. W porównaniu do nich Tammy jest wyjątkowo grzeczna. Siedzi sztywno przy mojej prawej nodze, bez przerwy się we mnie wpatrując. Wiem, że się boi. Widzę to w jej wytrzeszczonych oczach. Gdyby umiała mówić, pewnie spytałaby mnie, czy na pewno nie zamierzam jej skrzywdzić.

Nigdy jej nie skrzywdzę. Dość już się nacierpiała.

– Spokojnie, mała. Jestem tu. – Pochylam się i kładę dłoń na jej łbie.

Czuję pod palcami, jak drży, ale gdy tylko zaczynam ją gładzić za uszami, Tammy rozluźnia się i opiera pysk o mój but. Uwielbiam, gdy to robi, a jeszcze bardziej, gdy dołącza do mnie na kanapie i zasypia z tułowiem przyciśniętym do mojego uda. W takich chwilach wiem, że traktuje mnie jak bezpieczną przystań. Ufa mi bezgranicznie, choć jeszcze niedawno byłem dla niej zupełnie obcym facetem, który napatoczył się w najgorszym momencie jej życia.

Pamiętam ten moment, jakby wydarzył się wczoraj: wracałem brzegiem jezdni, z głową pełną ponurych myśli, i nagle usłyszałem to ciche pojękiwanie. Gdybym się nie zatrzymał, Tammy i jej troje dzieci pewnie dokonałyby żywota w tamtych krzakach. Znalazłem ją przy kartonie, w którym leżały trzy ślepe, wiercące się kluski. Wyglądała wtedy jak obraz nędzy i rozpaczy. Gdy mnie zobaczyła, ruszyła w moją stronę i otarła mi się o nogę jak kot. Była zdesperowana, gotowa zrobić wszystko, byle tylko ratować swoje małe.

Nie mogłem ich tam zostawić. Zbyt dobrze wiedziałem, co to znaczy zostać wyrzuconym na margines. Sam byłem takim szczeniakiem porzuconym na poboczu przez matkę, która nie widziała dla mnie innego wyjścia.

Z zamyślenia wyrywa mnie głos weterynarza.

– Pan Malicki? Zapraszam.

Podnoszę pudełko, które waży już znacznie więcej niż w dniu znalezienia. Szczeniaki podrosły, stały się cięższe i zdecydowanie bardziej ruchliwe. Tammy natychmiast staje na równe nogi i podąża za mną, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z kartonu.

W gabinecie unosi się dziwny zapach przypominający karmę. Zastanawiam się, czy weterynarz specjalnie go rozpylił, by uspokoić psy. Chętnie bym go o to spytał, ale mam zaciśnięte z nerwów gardło. Niby wiem, że to tylko rutynowe badanie, lecz widok medycznego sprzętu przypomina mi koszmar, przez jaki przechodziła moja żona Gabrysia. Agresywny nowotwór stopniowo wyniszczał jej ciało i odbierał chęć do dalszej walki. Widziałem, jak straszliwie cierpi, i nie mogłem zrobić nic, by jej ulżyć.

Nie chcę, by Tammy cierpiała. Ani ona, ani jej dzieci.

Przez kolejne minuty weterynarz sprawnie bada suczkę. Sprawdza zęby i uszy, a także osłuchuje serce. Tammy stoi na stole nieruchomo, wpatrzona we mnie jak w obrazek.

– Wszystko w porządku, panie Kornelu. Jest zdrowa i bardzo zadbana – mówi lekarz, odsuwając stetoskop od jej ciała.

Biorę Tammy pod boki i ostrożnie zdejmuję ją na podłogę. Potem kolej na szczeniaki. Na pierwszy ogień idzie Jeden. Wciąż nie dałem im imion, więc nazywam je Jeden, Dwa i Trzy.

– Są zdrowe jak ryba – podsumowuje weterynarz, po czym informuje mnie o terminach kolejnych szczepień.

Kiwam głową, czując trudną do opisania ulgę. Najważniejsze, że nic im nie jest. Mogą cieszyć się życiem.

Idę do auta, ostrożnie niosąc przed sobą pudełko pełne wiercących się maluchów. Tammy kroczy dumnie u mojego boku, co chwilę unosząc głowę, żeby się upewnić, że jej dzieci są bezpieczne. Wkrótce otwieram tylne drzwi samochodu i stawiam pudełko na siedzeniu. Tammy wskakuje obok. Natychmiast wkłada pysk do środka, wylizując łebki swoich młodych, jakby przeprowadzała własną, psią inspekcję.

Siadam za kierownicą. Patrzę w lusterko wsteczne na tę nietypową rodzinę.

– Słuchaj, Tammy – mówię spokojnie, odpalając silnik. – Nic im nie będzie. Obiecuję ci to.

Wiem, że mnie nie rozumie, ale na dźwięk mojego głosu unosi uszy i przechyla łeb. W jej spojrzeniu jest spokój, którego ja sam często nie potrafię odnaleźć.

Orawscy – właściciele pensjonatu, u których w ostatnich tygodniach pomieszkiwałem – obiecali, że się nimi zaopiekują. Pan Bożydar ma krewnych pod Krosnem, którzy po zobaczeniu zdjęć szczeniąt od razu zainteresowali się adopcją jednego z nich. Chętna jest też znajoma jego żony – pani Ireny. Niedawno wprowadziła się z rodziną do nowego domu i pies stanowiłby idealne dopełnienie. Była już u Orawskich na spotkaniu zapoznawczym. Najbardziej przypadł jej do gustu Dwa. Nie dziwię się jej – jest największym pieszczochem, który uwielbia, gdy bierze się go na ręce.

Orawscy obiecali mi, że znajdą im domy, w których nikt nigdy ich nie skrzywdzi.

– Będą miały pełne miski i ludzi, którzy nie zostawią ich w lesie – powiedział Bożydar.

Obserwuję w lusterku psią rodzinkę i przełykam ślinę. Myśl o oddaniu szczeniąt sprawia mi fizyczny ból, ale wiem, że to jedyne rozsądne wyjście. Nie mogę zabrać do Krakowa czterech psów. Za to Tammy jedzie ze mną. Pati już nie może się doczekać. Bez przerwy o nią wypytuje. Kupiła jej nawet legowisko i gumowe zabawki. Dawno nie widziałem córki tak szczęśliwej. Potrzebuje tej suczki tak samo jak ja. Potrzebuje kogoś, kto pokocha nas bezwarunkowo i nie będzie nam zadawać trudnych pytań o to, dlaczego tata jest taki przygnębiony albo dlaczego po śmierci mamy wszystko się rozpadło.

Tammy będzie naszą nową przyjaciółką. Kotwicą, która nie pozwoli nam odpłynąć zbyt daleko w mrok.

Wrzucam bieg i ruszam w stronę pensjonatu Orawskich. Droga jest kręta, a w aucie słychać tylko ciche popiskiwanie z kartonu. Przez głowę przelatują mi słowa, które powiedziałem Bożydarowi, gdy je znalazłem: „One przypominają mi mnie. Wyrzucone na margines. Niechciane przez świat, który powinien się nimi zaopiekować”.

Wtedy byłem wściekły i zrozpaczony. Dziś, patrząc na Tammy, czuję coś innego. Może to nadzieja? Jeśli to małe, skrzywdzone stworzenie potrafiło znów zaufać człowiekowi, to może i dla mnie jest jeszcze jakaś szansa. Może nie wszystko w moim życiu musi kończyć się tragedią.

Ale zanim wrócę do Krakowa, muszę załatwić jeszcze jedną sprawę. Sprawę, przez którą pewien człowiek leży teraz w kostnicy, a inny pewnie drży ze strachu o swoje bezpieczeństwo.

Gładzę kierownicę i dociskam pedał gazu. Tammy zwija się w kłębek niczym kot i zasypia, kołysana jazdą. Dobrze, że chociaż ona jest w stanie zasnąć. Ja od tygodnia nie mogę zmrużyć oka. Nie po tym, co się stało.

Nie po śmierci jedynego człowieka, który mógł mnie doprowadzić do mamy.

ROZDZIAŁ 2

Mijając znak drogowy z napisem „WOŁKOWYJA”, zerkam w lusterko i uśmiecham się pod nosem na widok zwiniętej Tammy. Chyba nigdy nie przestanie mnie to rozczulać. Kochana psina… Wojowniczka, która zrobi wszystko dla swoich dzieci. Zupełnie jak osoba, na której cześć ją nazwałem.

Tamara – Tammy. Obie trafiły na bardzo złych ludzi. Tej pierwszej nie mogłem pomóc. Ale Tammy wciąż ma szansę na szczęśliwe życie. Zatroszczę się, by już nigdy nie zaznała smutku i cierpienia.

Zwalniam i zjeżdżam na pobocze, gdy przed moimi oczami roztacza się mgła, z której następnie wyłaniają się znajome obrazy. Przeklęty rok dziewięćdziesiąty pierwszy… To wtedy straciłem mamę, która była dla mnie całym światem. Widzę ojca, Roberta Krzewińskiego, który wlewa w siebie wódkę, a potem gwałci ją na stole w kuchni. Mama była dla niego workiem treningowym. Uzależnił ją od narkotyków, żeby była mu posłuszna, a nawet namawiał ją, by mnie zabiła. Nienawidził mnie, bo chciał ją mieć tylko dla siebie. Nie docenił jednak jej miłości do mnie. Miłości, która okazała się silniejsza od gróźb i narkotyków. Mama postawiła się ojcu i zawalczyła o moją przyszłość.

Gdyby tylko nie zostawiła mnie wtedy w lesie z kocykiem i kilkoma słowami, które wryły mi się w pamięć… Odjechała, zostawiwszy czterolatka na pastwę losu.

Przez trzydzieści cztery lata ta scena była paliwem dla mojej nienawiści. Każdego dnia karmiłem w sobie pragnienie zemsty. Wyobrażałem sobie, jak staję przed Krzewińskim i patrzę, jak uchodzi z niego życie. W zeszłym roku w Cisowicach byłem tego bliski. Odnalazłem go. Mój ojciec – szanowany wójt, potwór w eleganckim ubraniu. Stałem przed nim, patrząc mu w oczy i przygotowując się do ostatecznego rozliczenia. Fantazjowałem na temat tego, co mu zrobię, by poczuł choć namiastkę mojego bólu. A gdy byłem już o krok od realizacji diabelskiego planu… postanowiłem mu odpuścić. Ale tylko na razie. Nie zabiłem go, bo wiedziałem, że on nie jest jedynym winnym w tej układance. Najpierw chciałem odnaleźć człowieka, o którym matka wspomniała w swoim ostatnim pożegnaniu.

Hubert Grabiec.

To nazwisko brzmiało w mojej głowie jak wyrok. Okazało się, że jest dyrektorem szkoły w Wołkowyi i autorytetem dla młodzieży. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że ten sam człowiek w przeszłości był gwałcicielem i dilerem, który wgniótł moją matkę w ziemię, gdy najbardziej go potrzebowała. To do niego udała się z prośbą o pomoc w uwolnieniu jej od agresywnego męża. Tymczasem Grabiec, zamiast zakończyć ten koszmar, dołożył swoje trzy grosze.

Potwór musiał zapłacić za to, co zrobił. I zapłacił. Pod wpływem tortur, krztusząc się własną krwią, wyznał mi wszystko. Powiedział o tym, jak dziesięć lat temu moja mama wróciła. Pojawiła się nagle i zażądała od niego pieniędzy. Szantażowała go, grożąc ujawnieniem jego najgorszych sekretów. Tchórz nie chciał brudzić sobie rąk. Posłużył się swoim pomagierem, Przemysławem Kosteckim. Draniem, który w dwa tysiące siódmym pomógł mu zatuszować morderstwo uczennicy, Klaudii Brzezinek, podczas obozu nad Jeziorem Solińskim. Dostał proste zadanie: miał „zająć się” Tamarą. Raz na zawsze uciszyć problem, który wrócił po latach.

Tylko Kostecki wiedział, co się z nią stało tamtego dnia w dwa tysiące szesnastym roku. Tylko on znał prawdę o jej losie. A teraz nie żyje. Widziałem go. Siedział w tym fotelu z dziurą w głowie, martwy i zimny. Razem z nim umarła moja szansa na szybkie odnalezienie matki. Ktoś pociągnął za spust dokładnie w momencie, gdy prawda była na wyciągnięcie ręki.

Chyba wiem kto.

Zaciskam dłonie na kierownicy najmocniej, jak potrafię, i próbuję zdusić wściekłość w zarodku. Grabiec twierdzi, że nie ma z tym nic wspólnego, ale mu nie wierzę. Sprzątnął Kosteckiego, by ten przypadkiem nie ujawnił wszystkich jego grzechów. Wie, że ja nie pisnę słówkiem, bo wtedy on ujawniłby policji, co mu zrobiłem. Mam więc dwa wyjścia – albo mu odpuszczę i obaj zachowamy swoje tajemnice, albo będę drążył dalej. Ale wtedy muszę liczyć się z tym, że Grabiec może skontaktować się z moim ojcem.

Jeśli Krzewiński pozna moją tożsamość, wszystko się skomplikuje. Już nie będę przyczajonym drapieżnikiem, który tylko czeka na odpowiedni moment, by zaatakować. Stanę się zwierzyną zdaną na łaskę psychopaty, który nieraz pokazał, do jakich potworności jest gotów się posunąć.

Gdy obrazy z przeszłości wreszcie znikają, ruszam w dalszą drogę. Nie mogę się już doczekać powrotu do Krakowa. Potrzebuję czasu, by ochłonąć po ostatnich tygodniach i przygotować się do dalszych działań. Bo ja nie odpuszczam. Będę szukał mamy tak długo, dopóki pozostanie choć cień nadziei na to, że żyje i chce, abym ją odnalazł.

*

Późnym wieczorem parkuję auto kilkadziesiąt metrów od domu Grabca. Wyłączam światła i czekam. Od śmierci Kosteckiego minął tydzień, a ja spędzam tu każdą noc. Siedzę w ciemnościach i gapię się w okna, licząc na to, że w którymś pojawi się sylwetka Huberta. Muszę mieć pewność, że nie przyjdzie mu do głowy nic głupiego. Na przykład telefon na policję. Jeden ruch palca i wszystko się posypie.

Wiem, że ryzykuje tyle samo co ja, ale strach bywa nieprzewidywalny. Jeśli Grabiec pęknie i opowie o tym, co zrobiliśmy mu ja i Rafał Świtalski, obaj mamy przerąbane. Rafał nie miał litości. Był uczniem, który przeżył tamtą rzeź na obozie, i chłopakiem Klaudii Brzezinek. Kochał ją i wpadł w szał, gdy podzieliłem się z nim swoim odkryciem na temat romansu dziewczyny z Grabcem. To Rafał wziął na siebie torturowanie go. Ja tylko stałem obok i przesłuchiwałem skatowanego dyrektora. W końcu przyznał się do morderstwa Klaudii. Okazał się jeszcze większym zwyrodnialcem, niż myślałem.

To, że wciąż żyje, jest wyłącznie moją zasługą. Gdybym nie powstrzymał rozwścieczonego Rafała, ten pewnie rozszarpałby go na strzępy.

Niby wiem, że Grabiec mi nie odpuści. Tacy ludzie jak on nie zapominają upokorzenia. Prędzej czy później spróbuje mnie zniszczyć, ale mam nadzieję, że ten okres względnego spokoju potrwa jak najdłużej. Muszę zyskać na czasie.

Zastanawiam się, czy przed wyjazdem do Krakowa nie powinienem jeszcze raz się z nim skonfrontować. Stanąć z nim twarzą w twarz i spytać wprost o śmierć Kosteckiego. A może znów powinienem go uprowadzić? Na przykład wywieźć do lasu i złamać go bólem, aż wszystko wyśpiewa? Może tylko ból jest w stanie wydobyć z niego prawdę o mojej matce?

Moje rozważania przerywa nagły ruch. Furtka otwiera się i na ulicę wychodzi Grabiec. Ma na sobie ciemną bluzę z kapturem naciągniętym głęboko na oczy. Jest przygarbiony, jakby każdy krok sprawiał mu fizyczny ból. Wciąż nie doszedł do siebie i pewnie jeszcze długo nie dojdzie. Ale skoro policja nadal się ze mną nie skontaktowała, to znaczy, że sukinsyn trzyma gębę na kłódkę. Dobrze.

Grabiec rusza przed siebie, z rękoma głęboko w kieszeniach bluzy. Idzie wolno, jakby ledwo trzymał się na nogach. Czekam, aż oddali się na tyle, bym mógł bezpiecznie wysiąść z auta. Następnie podążam za nim w pewnym oddaleniu. Zachowuję dystans, pilnując, by nie usłyszał moich kroków.

Wkrótce Grabiec skręca w wąską, nieoświetloną ścieżkę prowadzącą w stronę zarośniętej łąki. Znam to miejsce. Kilka razy chodziłem tu na spacer, żeby przewietrzyć głowę. Niedaleko, w krzakach przy drodze, znalazłem Tammy.

Po około dziesięciu minutach marszu Hubert zatrzymuje się przy starej opuszczonej szopie. Chowam się za najbliższym drzewem i obserwuję go z bezpiecznej odległości. Przestępuje z nogi na nogę. Co chwilę zerka na zegarek, a potem w mrok za sobą. Ewidentnie na kogoś czeka.

Czuję, jak napięcie ściska mi żołądek.

Nagle z drugiej strony ścieżki wyłania się sylwetka mężczyzny. Idzie szybko, pewnym krokiem. Serce podchodzi mi do gardła. Odruchowo kucam i wpadam w pobliskie krzaki. Wydaje mi się, że mnie nie zauważył, ale ostrożności nigdy za wiele.

Po chwili obaj stają naprzeciwko siebie. Nie słyszę słów. Są za daleko, a jakby tego było mało, wiatr niesie dźwięki w inną stronę. Nie gestykulują przesadnie, co pozwala mi założyć, że rozmowa przebiega spokojnie. Nagle nieznajomy podaje coś Grabcowi. Ten bierze to do ręki i chowa do kieszeni bluzy. Całość trwa zaledwie kilkanaście sekund. Potem mężczyzna obraca się na pięcie i odchodzi tą samą drogą, którą przyszedł.

Zostaję w krzakach, wstrzymując oddech.

Hubert jeszcze chwilę stoi w miejscu, jakby zbierał myśli. Potem odwraca się i rusza z powrotem w stronę domu. Patrzę za nim i próbuję zrozumieć, co właśnie zobaczyłem. Kim był ten facet? Dilerem? Starym kontaktem z dawnych lat, który załatwił mu coś mocniejszego na ból?

Po co gdybać, skoro mogę spytać Grabca? Mam teraz idealną okazję. Mogę wyjść z ukrycia i do niego podejść. A przy okazji zmusić go do przyznania się, czy to on załatwił Kosteckiego.

Mam mało czasu na decyzję. Wkrótce Grabiec wróci do domu i zniknie za drzwiami, jakby nic się nie stało.

W końcu ruszam za Hubertem, utrzymując stałą odległość kilkudziesięciu metrów. Nie przyspieszam od razu, idę spokojnie i pilnuję, by nie skrócić dystansu zbyt szybko. Jeśli obejrzy się za siebie i mnie zobaczy, pewnie spanikuje. A ja wolę, żeby jeszcze przez chwilę myślał, że jest sam.

Kilka razy zwalnia, jakby nasłuchiwał. Chowam się wtedy za drzewami rosnącymi wzdłuż drogi i czekam, aż ruszy dalej. Widzę, że z każdym krokiem idzie coraz ciężej. Ramiona ma opuszczone, a chód nierówny. To nie jest już ten pewny siebie dyrektor szkoły, któremu się wydaje, że trzęsie okolicą. To człowiek, którego dopiero co ktoś przeciągnął przez piekło.

Zatrzymuje się tuż przed zakrętem. Przez moment tkwi nieruchomo, jakby wyrównywał oddech. Nagle powoli się odwraca i niemal od razu przystępuje do ucieczki. Cholera.

– Stój! – krzyczę, ruszając za nim.

Nie reaguje. Biegnie najszybciej, jak potrafi, ale wyraźnie zaczyna brakować mu sił. Po kilku metrach zwalnia, zaczyna kuleć, a jego oddech staje się urywany. Słyszę, jak charczy, próbując złapać powietrze. W końcu przystaje, pochylając się mocno do przodu i chwytając się za udo.

Gdy po około stu pięćdziesięciu metrach udaje mi się go dogonić, chwytam go za rękaw bluzy i z całej siły szarpię.

– Puszczaj! – syczy z bólem i zatacza się, niemal przewracając się na asfalt.

Zanim światła nadjeżdżającego samochodu omiatają nas snopem, odciągam Huberta gwałtownie na pobocze i popycham w stronę rowu.

– Kim był ten facet? – pytam, pochylając się nad nim. – I co ci wręczył?

– Spierdalaj – warczy Grabiec, próbując się wyswobodzić.

Jego łokieć trafia mnie w bok. Ból jest ostry, ale trwa tylko chwilę. Nie odpuszczę Hubertowi. Chwytam go mocniej, przyciągając do siebie.

– Zabiłeś go, prawda? – cedzę mu prosto w twarz przez zaciśnięte zęby. – Przyznaj się!

– Nie wiem, o czym mówisz – odpowiada wyraźnie zdenerwowany Grabiec.

– Dobrze wiesz.

Szarpie się jeszcze raz, tym razem trafiając mnie w ramię. Tracimy równowagę i przez moment obaj chwiejemy się na nogach. Wtedy z kieszeni jego bluzy wypada na ziemię skórzany pokrowiec. Od razu domyślam się, co jest w środku.

Zamieram.

Odruch każe mi po niego sięgnąć, ale w ostatniej chwili cofam dłoń. Nie będę dotykał broni. Nie chcę zostawiać śladów, które mogłyby mnie pogrążyć. Kopnięciem odrzucam pokrowiec w trawę, aż znika w mroku. Następnie popycham Grabca na najbliższe drzewo i przyciskam go plecami do pnia. Czuję pod palcami, jak Hubert drży. Oddycha ciężko, jakby każdy wdech sprawiał mu ból.

– Po co ci broń? – pytam cicho. – Chciałeś się zemścić na mnie i Świtalskim? Myślałem, że się zrozumieliśmy. Morda na kłódkę i nic ci się nie stanie.

Parska krótkim, nerwowym śmiechem, który bardziej przypomina suchy kaszel.

– Ja dotrzymałem słowa – odpowiada. – To wy bez przerwy mnie nękacie.

Unoszę brwi i zduszam nerwowy śmiech.

– O czym ty mówisz?

– Nocami ktoś kręci się za moim płotem. Codziennie o tej samej porze. Stoi i patrzy. Nie rusza się. Jakby chciał, żebym wiedział, że tam jest.

– Może masz halucynacje – rzucam chłodno.

– Nie pierdol. – Grabiec prycha nerwowo. – Nie jestem wariatem. Wiem, co widzę. To nie jest jednorazowa akcja. To się powtarza. Raz nawet wyszedłem za tym śmieciem, ale zdążył się oddalić, zanim wybiegłem na ulicę.

– To nie ja – odpowiadam zgodnie z prawdą.

Nigdy nie wysiadam z auta. Nie widziałem też nikogo kręcącego się przy płocie. Może zjawia się już po tym, jak odjeżdżam?

– Ktoś chodzi też za mną po wsi – ciągnie Grabiec. – Teraz już wiem, że to ty.

Patrzę na niego bez słowa, próbując odgadnąć, czy naprawdę wierzy w to, co mówi.

– Chciałeś mnie zabić czy nie? – pytam w końcu. – Po to sprawiłeś sobie pistolet, prawda?

Grabiec uśmiecha się lekceważąco.

– To miało być tylko zabezpieczenie. Na wszelki wypadek. Nie jestem taki jak wy.

„Nie jestem taki jak wy” – jak on w ogóle śmie tak mówić? Mam ochotę przypomnieć mu, co dziewiętnaście lat temu zrobił tej biednej nastolatce w lesie na półwyspie Horodek. A potem dać mu w pysk za to, jak skrzywdził moją mamę. „Nie jestem taki jak wy” – te słowa brzęczą mi teraz w uszach. To prawda – nie jest. Bo jest o wiele gorszy. My przynajmniej go oszczędziliśmy. Okazaliśmy mu litość, czyli coś, co jest mu kompletnie obce.

Przez moment mierzymy się groźnymi spojrzeniami. Grabiec próbuje zademonstrować mi siłę, ale mnie nie oszuka. Widzę, jak drżą mu kąciki ust i co rusz przełyka ślinę. Boi się mnie. I bardzo dobrze.

– Posłuchaj – zaczynam po chwili ciszy. – Nie śledzę cię. Jestem pewien, że Rafał też nie.

– Jesteś pewien? A pytałeś go o to?

Nie pytałem. Po raz ostatni rozmawiałem z nim krótko po tym, jak znalazłem Kosteckiego martwego. Rafał był pierwszą osobą, do której zadzwoniłem. Zdenerwowany spytałem go, czy miał z tym coś wspólnego. Zaprzeczył, a ja mu uwierzyłem. Podał przekonujące alibi: tamtego dnia był w odwiedzinach u znajomych, co potwierdzały zdjęcia zamieszczone przez nich na Facebooku. Zresztą po co miałby to robić? Fakt – Kostecki pomógł Grabcowi pozbyć się zwłok Klaudii, ale jej nie zabił. To robota Huberta, którego Rafał – za moją namową – oszczędził. Trudno mi więc zatem uwierzyć, że nie oszczędziłby Przemka.

Chryste, tak wiele bym dał, żeby ta saga wreszcie dobiegła końca…

Znów zapada męcząca cisza, ale tym razem Grabiec już nie chojrakuje. Zwiesza głowę, a jego ciało jeszcze silniej drży.

– Zabiłeś Kosteckiego czy nie? – pytam, chwytając go za podbródek i zmuszając do ponownego spojrzenia mi w oczy.

– Przecież już mnie o to pytałeś. Nie zabiłem, kurwa! – warczy z wściekłością.

– Nie wierzę ci. Miałeś powód, żeby się go pozbyć.

– Ty też.

– Mylisz się. Kostecki posiadał informacje na temat mojej matki. Potrzebowałem go żywego.

Grabiec wydaje z siebie ciche prychnięcie.

– Nie zrzucisz tego na mnie. Nie pozwolę ci, słyszysz? – Po tych słowach przysuwa się do mnie na tyle blisko, że czubki naszych nosów niemal się stykają. – Poszedłeś do niego, wyciągnąłeś z niego prawdę, a potem sprzedałeś mu kulkę w łeb. Tak właśnie robią tacy jak ty. Najpierw udają, że szukają prawdy, a potem usuwają świadków.

– Bzdura. To prawda: pojechałem do niego po odpowiedzi, ale ktoś w porę go uciszył. Ktoś, kto wiedział, że jestem blisko rozwiązania zagadki.

– Rafał – upiera się.

– To nie on. To nie ma sensu.

Hubert wzrusza ramionami.

– Jeśli to nie my, to… ktoś nas wszystkich wyprzedził.

W odpowiedzi ściskam go za rękę tak mocno, że usta wykrzywiają mu się w grymasie bólu.

– Mam cię na oku, Grabiec.

– Czyli przyznajesz, że ciągle za mną łazisz?

Nie odpowiadam. Zamiast tego popycham go ponownie na drzewo i chwytam za twarz.

– Dobrze ci radzę: nie pogrywaj ze mną, bo jeśli się dowiem, że coś knujesz za moimi plecami, to nie będę już dla ciebie tak litościwy. – Robię krótką pauzę i dodaję: – Za moment odejdę, a gdy zniknę ci z oczu, zapomnisz o moim istnieniu. Rozumiesz?

Grabiec odpowiada dopiero, gdy cofam rękę.

– Rozumiem – mówi niechętnie, błądząc wzrokiem po moim torsie.

– Wymaż z tego swojego zakutego łba ostatnie parę tygodni. Inaczej nie ręczę za siebie. Nie żartuję. – Staram się brzmieć maksymalnie groźnie. A gdy Grabiec nieco się rozluźnia, puszczam go i podchodzę do leżącego nieco dalej pokrowca, ściskając go przez rękaw swetra. – Wezmę go na wszelki wypadek.

Oddalam się pewnym krokiem, co jakiś czas zerkając przez ramię na Huberta. Nadal stoi przy drzewie i obserwuje mnie, jakby w obawie, że nagle wyciągnę pistolet i sprzedam mu kulkę w łeb. Nie zabiję go. To byłoby zbyt proste. Grabiec nie zasługuje na szybki koniec. Tacy jak on muszą cierpieć. Latami, miesiącami… całą wieczność.

W końcu znika mi z oczu. To jednak nie sprawia, że odczuwam ulgę. Wręcz przeciwnie: z każdym krokiem głowę wypełnia mi coraz więcej mrocznych myśli. A naprzód wysuwa się jedna, wyjątkowo niepokojąca… Tydzień temu zginął ten, który wiedział za dużo. A co, jeśli następny będzie ten, kto pyta?

ROZDZIAŁ 3

Budzi mnie ciepły, mokry język na policzku. Otwieram jedno oko i widzę nad sobą pysk Tammy. Wskoczyła na łóżko i liże mnie po twarzy, merdając ogonem tak energicznie, że jeszcze trochę, a go sobie urwie.

– Dobra, już, przestań – mruczę, odwracając głowę w bok.

Jestem wkurzony. Zasnąłem nad ranem, a organizm domaga się jeszcze kilku godzin odpoczynku. Przez moment mam ochotę zrzucić ją z łóżka, ale nie potrafię. Tammy kładzie łapy na mojej klatce piersiowej i patrzy na mnie tym swoim kochanym spojrzeniem. Dla niej jestem teraz całym światem.

Wzdycham i przeciągam się na materacu.

Przez większą część nocy nie spałem. Leżałem ze smartfonem w dłoni, przewijając kolejne artykuły i komentarze pod nimi. Wiadomość o śmierci Kosteckiego zdążyła już obiec lokalne media. Pojawiły się pierwsze spekulacje i półprawdy ludzi, którzy nigdy go nie znali, ale teraz nagle wiedzą o nim wszystko. Jedna z dziennikarek wyjawia, że przesłuchano już członków rodziny Kosteckiego i inne osoby z jego bliskiego otoczenia. Nie udało się ustalić niczego konkretnego. Mam nadzieję, że to prawda, bo to by oznaczało, że policja nie łączy mnie z tą sprawą.

Zmroził mnie za to jeden z komentarzy na Facebooku. Ktoś napisał, że odkąd w Wołkowyi pojawił się „ten sławny reporter”, zaczęły się tu dziać dziwne rzeczy. A teraz, jak na ironię, ten sam reporter milczy, choć przecież pogoń za sensacją to jego praca.

Miałem ochotę odpisać tej osobie, że się myli. Że nie jestem dziennikarzem tabloidu, który żeruje na ludzkich tragediach, tylko autorem reportaży, często oddającym głos tym, których nikt wcześniej nie chciał słuchać. Że nie biegam za sensacją, tylko za prawdą. A to, że przy okazji pracy nad książką prowadzę prywatne śledztwo, to moja sprawa i nikomu nic do tego.

Tego ostatniego akurat nie zamierzałem pisać.

Ostatecznie postanowiłem spuścić na ten komentarz zasłonę milczenia. Odpisywanie takiej osobie tylko zachęciłoby ją do dalszej szarży. Zamiast tego kliknąłem profil autorki komentarza. Kornelia Jurasz. Mieszkanka Wołkowyi.

Patrzyłem na zdjęcie profilowe i po chwili ją skojarzyłem. Widziałem ją raz w sklepie spożywczym. Stała przy ladzie i zawzięcie plotkowała ze sklepikarką, jakby świat poza nimi nie istniał. Trzymałem koszyk z zakupami i czekałem kilka minut, aż ekspedientka w końcu raczy mnie obsłużyć. Gdy wychodziłem, Juraszowa posłała mi spojrzenie pełne pretensji, jakbym bezczelnie przerwał im ważną naradę.

– Ludzie mają za dużo czasu i za mało rozumu – skomentowałem szeptem, po czym odłożyłem smartfon.

Jeszcze długo leżałem bez ruchu, wpatrując się w sufit. Czułem, jak w głowie znów zaczynają kłębić mi się myśli o Grabcu, o Kosteckim i o tym, że ktoś już zaczyna łączyć moją obecność w Wołkowyi z kolejną tragedią. To ostatnie, czego teraz potrzebuję.

– Dobra, chodź. Trzeba się ruszyć – mówię do Tammy po tym, jak siadam na skraju łóżka. Suczka zeskakuje na podłogę i biegnie w stronę drzwi, jakby tylko czekała na ten sygnał.

*

Przy śniadaniu Orawski wyjawia, że wczoraj rozmawiał ze znajomym policjantem. Gdy to słyszę, serce na moment przestaje mi bić. Na szczęście szybko dopowiada, że komisarz wspominał tylko o tym, że dla dobra mieszkańców powinni wzmocnić patrole nocne, a niektórzy mówią nawet o jakiejś formie godziny policyjnej.

– Godzina policyjna? Czy to nie przesada? – dziwię się.

– W sumie to nie byłby taki zły pomysł – wtrąca się Irena. – Nie mieliśmy tu takiej tragedii od… – Urywa, posyłając mi wymowne spojrzenie.

– Proszę się nie martwić na zapas, pani Irenko – odzywam się. – Nie chce mi się wierzyć, że za śmiercią Kosteckiego stoi jakiś seryjny morderca i to dopiero początek lawiny zbrodni. Zresztą nawet jeśli to sprawka jakiegoś szaleńca, dlaczego miałby przyjeżdżać tutaj? Kostecki mieszkał pod Krosnem. To kawał drogi stąd.

Orawscy wymieniają zdziwione spojrzenia.

– Panie Kornelu… ale o kim pan mówi? Kim jest Kostecki?

Unoszę brwi i zatapiam pytający wzrok w Bożydarze.

– Myślałem, że to o nim rozmawiał pan z policjantem.

Mężczyzna marszczy czoło i wyjaśnia:

– Mówiliśmy o tych chuliganach, którzy skatowali w lesie nastoletniego Patryka Konopskiego i porzucili go. Biedak wykrwawił się na śmierć.

– Taki dobry chłopiec… Od kilku lat służył do mszy – dopowiada jego żona.

– Nie słyszałem o tej sprawie.

Irena kręci głową z niedowierzaniem.

– Dobrze się pan czuje? Od dwóch dni cała wieś o tym trąbi.

Może i trąbi, ale ja od tygodnia jestem głuchy na sprawy, które nie dotyczą mnie bezpośrednio.

– Przepraszam… Myślałem o czymś zupełnie innym.

– A co to za Kostecki? Coś mi mówi to nazwisko – interesuje się Orawski.

Nie mam ochoty go wtajemniczać, dlatego odpowiadam wymijająco, że wczoraj czytałem o nim w sieci i założyłem, że to o nim Bożydar rozmawiał z policjantem.

– Zamiast wprowadzać godzinę policyjną, na miejscu policji od razu przesłuchałbym kolegów z klasy tego chłopca. Tyle się słyszy o przemocy rówieśniczej… – rzucam, licząc, że Orawscy podłapią temat i zapomną o Kosteckim. Tak też się dzieje, dzięki czemu mam spokój do końca śniadania.

*

Po prysznicu wychodzę z Tammy na pobliską łąkę. Spuszczam ją ze smyczy, licząc, że w końcu da upust energii i pobiegnie w trawę. Nic z tego. Zamiast tego trzyma się mnie jak cień. Idzie krok w krok i sprawdza, czy na pewno wciąż tu jestem. Uśmiecham się pod nosem. Jeszcze niedawno to ona była tą zagubioną. Teraz pilnuje mnie jak swojego.

Wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię do córki. Patrycja odbiera po kilku sygnałach.

– Hej, tato.

– Cześć, kochanie. Co słychać?

– Wszystko okej. Kiedy w końcu wracasz?

Nie muszę się zastanawiać nad odpowiedzią. Wiem, że powtarza to pytanie nie dlatego, że jest ciekawa mojego grafiku, tylko dlatego, że chce mnie mieć z powrotem obok siebie.

– Wkrótce – mówię. – Muszę tu jeszcze pozamykać parę spraw i pakuję się do Krakowa.

Nie precyzuję, że chodzi o pogrzeb Kosteckiego, który ma się odbyć pojutrze. Zamierzam się na niego udać i poobserwować ludzi. Może zauważę jakieś podejrzane zachowanie któregoś z żałobników.

– Codziennie to mówisz, a mimo to wciąż tam siedzisz.

– Wkrótce się zobaczymy, przysięgam.

Po drugiej stronie zapada krótka cisza.

– Wyślesz mi jakieś zdjęcia Tammy? – pyta po chwili. – Chcę ją zobaczyć.

– Jasne. Akurat jesteśmy na spacerze.

– Nie mogę się doczekać, aż zobaczy posłanie, które dla niej przygotowałam. – W jej głosie słyszę uśmiech.

– Na pewno będzie zachwycona. – Robię pauzę, po czym szepczę: – Kocham cię, Pati.

Na moment zatyka mnie to bardziej, niż powinno.

– Ja ciebie też – odpowiada.

Dobrze, że mnie teraz nie widzi, bo pewnie wytknęłaby mi łzy w oczach.

Po zakończonej rozmowie chowam smartfon do kieszeni i przez chwilę stoję bez ruchu, patrząc na Tammy, która znów ociera się o moją nogę. Ogarnia mnie dziwny spokój. Ostatnio rzadko mi się to zdarza. Po śmierci żony tak bardzo zamknąłem się w sobie i skupiłem na własnym bólu, że niemal rozpieprzyłem relację z Pati. O mały włos jej nie straciłem. Teraz widzę wyraźnie, jak cienka jest granica między byciem ojcem a byciem tylko facetem, który mieszka pod jednym dachem z dzieckiem.

To już koniec takich błędów. Nie zamierzam popełniać ich po raz kolejny.

Już mam ruszać w drogę powrotną, gdy postanawiam wykonać jeszcze jeden telefon.

– Czego? – odzywa się Rafał po kilku sygnałach.

– Co za miłe powitanie… – odpowiadam, nie kryjąc zaskoczenia jego opryskliwym tonem.

– Daruj sobie. Do rzeczy.

– Jest coś, co powinienem jeszcze wiedzieć? – pytam bez wstępów.

Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza.

– Niby co? – odpowiada w końcu. – Chodzi o Kosteckiego? Przecież już ci mówiłem, że go nie zabiłem.

– Na pewno? – dopytuję. – Muszę znać prawdę.

– Kurwa, ile razy mam to powtarzać?! – wybucha. – Nie mam z tym nic wspólnego. A może to twoja robota?

– Nie odwracaj kota ogonem.

– Może pozbyłeś się problemu, a teraz próbujesz zrobić ze mnie kozła ofiarnego? – cedzi, dodając: – Mam nadzieję, że nic nie kombinujesz za moimi plecami, Malicki…

W jego głosie wyczuwam napięcie. Jakby z trudem panował nad emocjami.

– Co się z tobą dzieje? – pytam ciszej, licząc, że mój ton trochę go uspokoi.

Świtalski milczy.

– Wszystko okej? Mogę ci jakoś pomóc?

– Nie, kurwa. Nikt nie może – odpowiada wreszcie i wyznaje: – Od tamtej nocy nie śpię. Ciągle to widzę. Jego mordę. Jak się krztusi krwią i błaga, żeby przestać. I wkurwia mnie to, że żyje. Wkurwia mnie, że go oszczędziliśmy.

– Grabiec dostał już nauczkę – mówię. – Po tym łomocie jeszcze długo nie dojdzie do siebie.

– To za mało – syczy Rafał. – Ten skurwiel zabił Klaudię i uniknął kary. Powinien zdechnąć jak pies.

– Dość już rozlewu krwi.

– Wręcz przeciwnie. Każdy sukinsyn zasługuje na taki sam koniec jak Kostecki.

– Odnoszę wrażenie, że cieszy cię jego śmierć…

– A ciebie nie? O jednego potwora mniej. Grabiec zasługuje na to samo.

Milknę na moment, dając nam obu czas na ostudzenie emocji.

– Słuchaj, rozmawiałem z nim wczoraj – wyjawiam. – Twierdzi, że ktoś kręci się nocami przed jego domem.

Znowu zapada cisza. Zbyt długa.

– Rafał? – naciskam. – Musimy grać w otwarte karty. Inaczej wszystko się posypie i obaj będziemy mieli przejebane.

Przez chwilę słyszę tylko jego ciężki oddech.

– Okej, byłem tam parę razy – przyznaje w końcu. – Nie mogłem sobie odpuścić. Chciałem zobaczyć, jak żyje po tym wszystkim. Czy się boi. Ale nie planowałem go zabić. Jeszcze nie.

Nagle ściska mnie w żołądku.

– Masz o tym zapomnieć – mówię twardo. – Słyszysz? Odpuść, zanim sprawy się skomplikują.

– Już chyba nie mogą być bardziej skomplikowane – stwierdza Rafał.

– Mylisz się. Jesteśmy bezpieczni, gliny o niczym nie wiedzą… Nie było tematu.

– Na razie. Ale co będzie, jeśli Grabiec pewnego dnia zmieni zdanie i nas wsypie?

– Nie zrobi tego.

– A skąd wiesz?

– Powiedzmy, że… wyperswadowałem mu to wczoraj.

Rafał reaguje lekceważącym rechotem.

– Na pewno teraz drży ze strachu przed tobą.

– Nie zrobi żadnej głupoty – zapewniam go. – Już raz się przekonał, do czego jestem zdolny.

– Właśnie nie. Kazałeś mi go oszczędzić, a to już samo w sobie jest oznaką słabości. Grabiec ma cię za słabego. I właśnie dlatego nie możemy tak po prostu przejść nad tym wszystkim do porządku. Takim zachowaniem tylko dajemy mu przewagę.

– On też ma sporo do stracenia.

– Niby co? Jak mu udowodnisz, że to on zabił Klaudię? Masz tylko jego słowa wypowiedziane pod wpływem tortur. A jedyny człowiek, który mógłby je potwierdzić, leży teraz w kostnicy.

– W tym świecie nie potrzeba twardych dowodów, by zszargać komuś reputację. Wystarczy zwykła plotka, która zasieje w ludziach wątpliwość. A wierz mi: Grabiec nie chce znosić krzywych spojrzeń i ryzykować utraty pracy. Szacunek i stołek są dla niego najważniejsze.

Moje słowa chyba nie przekonują Rafała, bo wzdycha ponuro.

– Skazujesz nas na życie na tykającej bombie pod dupą. Mam pozwolić, żeby moja przyszłość zależała od tego ścierwa?! – podnosi głos. – Trzeba go sprzątnąć, póki jeszcze nie narobił nam problemów.

Przez chwilę nie potrafię znaleźć słów. Czuję, że to wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli.

– Nie tkniesz go bez mojej zgody – mówię, zaciskając mocno zęby. – Zrozumiałeś?

Po drugiej stronie znów cisza.

– Zrozumiałeś?! – pytam głośniej.

– Zrozumiałem, kurwa – odpowiada w końcu, ale w jego głosie nie słyszę przekonania.

Rozłączam się i przez moment stoję bez ruchu, wpatrując się w wygaszony ekran telefonu. Wiem jedno: jeśli Rafał się nie opanuje, rozpęta się chaos. A wtedy nie będzie już odwrotu.

ROZDZIAŁ 4

Późną nocą zrzucam z siebie koc i powoli wstaję z kanapy w salonie. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Nie planowałem snu. Tej nocy zamierzałem pojechać do Sanoka i poobserwować dom Rafała Świtalskiego. Po naszej rozmowie nie mam do niego zaufania. Słyszałem przez telefon, jak bardzo był nabuzowany. Dosłownie kipiał z wściekłości. Jeśli planuje zrobić jakieś głupstwo, muszę mieć go na oku i zdusić to w zarodku.

Przeciągam się i zerkam na zegarek. Dochodzi pierwsza. Wyprawa do Sanoka o tej porze to kiepski pomysł. Z drugiej strony nie mogę też siedzieć bezczynnie i udawać, że nic się nie dzieje.

Przez moment myślę, czy zamiast tego nie pojechać przed dom Grabca i zobaczyć, czy rzeczywiście ktoś się tam kręci. A może nawet obudzić go i spytać, czy od czasu naszego spotkania zauważył coś podejrzanego. Po dzisiejszej rozmowie z Rafałem mam coraz większą pewność, że to właśnie on szpieguje Grabca. I martwię się, że pewnego dnia nie wystarczy mu obserwowanie go z dystansu.

Podchodzę do okna i odsuwam firankę. Wychylam się tylko na moment, ale to wystarcza, żebym dostrzegł za płotem jakąś postać.

Co jest, do cholery…?

Stoi bokiem do domu, lekko pochylona, z kapturem naciągniętym na głowę. Nie patrzy w moją stronę. Mam wrażenie, że wpatruje się w ziemię albo w coś, co trzyma w dłoniach. Przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy to tylko cień albo ktoś, kto przypadkiem zatrzymał się przy płocie. Szybko do mnie dociera, jak bardzo się oszukuję.

Zasłaniam firankę i wstrzymuję oddech. Serce wali mi w piersi tak głośno, że boję się, iż zaraz zdradzi moją obecność. Przez chwilę stoję bez ruchu, nasłuchując, czy ktoś nie zmierza w moją stronę.

Cholera.

Idę do swojego pokoju i w pośpiechu zmieniam spodnie oraz bluzę. Budzę Tammy, która podnosi łeb i wydaje z siebie ciche, zaniepokojone jęknięcie. Gładzę ją po pysku, próbując ją uspokoić.

– Zostań – szepczę, choć wiem, że nie rozumie.

Po dotarciu do głównych drzwi zakładam buty, nawet nie zawracając sobie głowy wiązaniem sznurówek, i naciskam klamkę.

Postać wciąż jest za płotem, skierowana przodem do mnie.

Przez krótką chwilę tylko stoimy, jakbyśmy obaj czekali na reakcję drugiego. Nagle intruz zrywa się do biegu. Ruszam sprintem w stronę furtki, ale nadeptuję na rozwiązaną sznurówkę i omal nie zaliczam gleby. Przeklinam pod nosem, tracąc cenne sekundy. Kiedy wreszcie opuszczam teren posesji Orawskich, nieznajomy jest już kilkadziesiąt metrów dalej. W biegu wciskam sznurówki do butów i pędzę za nim, czując palący ból w płucach.

W pewnym momencie postać dobiega do zaparkowanego na jezdni auta i wskakuje do środka. Nie dostrzegam rejestracji ani marki. Wygląda na jakiegoś sedana.

– Stój! – krzyczę, ale jest za późno. Światła rozbłyskują, a opony piszczą, gdy pojazd rusza z miejsca, zostawiając mnie na środku drogi z głową pełną pytań.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji