Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W londyńskim cieniu codzienności rodzeństwo Frances i Bill próbuje zaplanować wspólny urlop, który ma scalić ich po latach milczącej samotności. Z pozoru banalna rozmowa o wakacjach przeradza się w dramat emocjonalny – pełen nieporozumień, dumy i żalu. Blackwood z mistrzowską subtelnością pokazuje, jak drobne słowa potrafią rozdzielić ludzi na zawsze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 10
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Algernon Blackwood
Niech nie zachodzi słońce...
Tytuł oryginalny: LET NOT THE SUN——
Przekład: Maciej Niewiadomski
Projekt okładki: Maciej Niewiadomski
Copyright © Algernon Blackwood– utwór w domenie publicznej
Copyright © 2026 Maciej Niewiadomski – prawa do tłumaczenia zastrzeżone
Lusina 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-983786-1-1
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Niech nie zachodzi słońce
Zaczęło się niewinnie:
— Gdzie ty właściwie spędzasz urlop, Bill? — zapytała mimochodem któregoś dnia przy herbacie jego siostra, kiedy ktoś w rozmowie wspomniał o wycieczce do Włoch. — Pewnie w górach, jak co roku?
On odparł równie lekko:
— W górach, tak, jak co roku.
Oboje żyli w rytmie pracy: ona była sekretarką zamożnej kobiety, on grzał krzesło w biurze. Ona mogła liczyć na miesiąc wolnego, on na zaledwie trzy tygodnie, a tego lata ich plany nieszczęśliwie się na siebie nałożyły. Dla każdego z nich urlop stanowił kwestię kluczową – czekało się na niego z gorączkową tęsknotą przez jedenaście miesięcy rutyny, by potem wspominać go przez kolejnych jedenaście długich miesięcy. Frances wyjeżdżała do Szkocji albo do kameralnego pensjonatu w Szwajcarii, bez przerwy malując w towarzystwie przyjaciółki o podobnych pasjach. On jeździł niezmiennie w Alpy. Nigdy wcześniej nie podróżowali razem, bo... cóż, bo ona malowała, a on się wspinał. Lecz w tym roku w głowach obojga zakiełkowała mglista myśl, że mogliby wreszcie połączyć siły i wybrać miejsce, które zaspokoi obie te potrzeby. Minionego lata w rodzinie doszło do strat; boleśnie uświadomili sobie własną samotność i poczuli się przyciągnięci do siebie niczym rozbitkowie z tej samej katastrofy. On często wpadał do niej na herbatę do jej małego mieszkania, ona czasem towarzyszyła mu podczas kolacji w knajpkach w Soho. Zasadniczo jednak pozostawali osobno, bo ich upodobania zupełnie się nie zazębiały, a temperamentom brakowało owej subtelnej nici porozumienia, która stapia myśli i uczucia w spójną całość. Ich więź była prawdziwa i głęboka, ale najsilniej dawała o sobie znać wtedy, gdy dzieliła ich odległość.
Teraz, przemierzając mroczne ulice Londynu w drodze do swojej stancji po drugiej stronie Tamizy, czuł, że tym razem naprawdę mogłoby się udać. Jej luźne pytanie było tylko sondowaniem gruntu. Kilka dni później powtórzyła ten pomysł w posłowiu do listu: „Czemu by nie wyjechać w tym roku razem? Wybierzmy coś, gdzie ty znajdziesz swoje szczyty, a Sybil i ja będziemy mogły malować. Ja ruszam pierwszego, ty dołączasz piętnastego. Moglibyśmy spędzić dwa tygodnie w tym samym hotelu. Byłoby niesamowicie przyjemnie. Daj znać, co o tym myślisz, i pamiętaj, żeby być całkowicie szczerym”.
