Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Prestiżowy triathlon na dystansie połowy Ironmana nad mazurskim jeziorem ma być jednym z najważniejszych wydarzeń sportowych sezonu. Ponad tysiąc zawodników, transmisja na żywo, potężni sponsorzy oraz kontrakt, który może odmienić karierę zwycięzcy.
Wśród faworytów znajduje się trzydziestoczteroletni Kacper Radecki, były zawodnik kadry próbujący odbudować swoją reputację po aferze dopingowej. Kilka godzin przed startem zapowiada dziennikarce Lenie Wolskiej, że ujawni dowody dotyczące manipulowania wynikami badań i nielegalnego wspomagania sportowców. Do umówionego spotkania jednak nie dochodzi.
Kacper wchodzi do jeziora z numerem 117. System rejestruje go przy kolejnych bojach, a komentatorzy informują o jego znakomitej pozycji. Jest tylko jeden problem: Lena widzi, że człowiek w jego piance porusza się inaczej. Chwilę później numer 117 znika z trasy, lecz chip nadal przekracza kolejne punkty kontrolne.
Na wyjściu z wody nie pojawia się żaden zawodnik. Rower Kacpra pozostaje w strefie zmian. Mimo to jego nazwisko wciąż przesuwa się w górę klasyfikacji, a transmisja pokazuje go na trasie kolarskiej.
Kiedy Lena odnajduje ciało przy pomoście opuszczonego ośrodka treningowego, staje się jasne, że ktoś wykorzystał zawody do skonstruowania doskonałego alibi. Ktoś skopiował chip, przygotował zastępczych zawodników i przejął kontrolę nad obrazem oglądanym przez tysiące kibiców.
Im głębiej Lena wchodzi w sprawę, tym mniej przypomina ona zwykłą aferę dopingową. Za sportowymi kontraktami, rekordami i sponsorowanymi wynikami kryje się tajny projekt, którego twórcy traktują ludzkie ciało jak nośnik danych. Każdy kolejny trop prowadzi do ludzi gotowych poświęcić zawodników, świadków i całe zawody, aby prawda nigdy nie przekroczyła mety.
„Nie wyszedł z wody” to dynamiczny thriller kryminalny ze świata triathlonu, elektronicznego pomiaru czasu i sportu, w którym zwycięstwo jest warte miliony. Historia o wyścigu, którego wynik ustalono jeszcze przed startem, oraz o zbrodni ukrytej za liczbami, którym wszyscy bezgranicznie ufają.
Bo jeśli system potwierdza, że zawodnik nadal się ściga, kto uwierzy, że już nie żyje?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 670
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Thriller kryminalny ze świata triathlonu
Łukasz Nester
Nie wyszedł z wodyThriller kryminalny ze świata triathlonu
Autor: Łukasz Nester
© 2026 Łukasz Nester. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydanie elektroniczne, 2026
Prolog — Boja numer trzy
Część I — Start
Rozdział 1 — Numer 117
Rozdział 2 — Boja numer trzy
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Część II — Woda
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16 — To nie był przypadek
Część III — Ciało
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Część IV — Rower
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Część V — Bieg
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Epilog
Okładka
Strona tytułowa
Początek książki
Tył okładki
Jezioro nocą nie miało brzegu.
Czerń wody przechodziła w czerń nieba tak płynnie, że jedyną granicą pozostawał wąski pas świateł po drugiej stronie zatoki. Kilka lamp przy hotelu. Czerwony punkt na maszcie przekaźnika. Zielony neon nad wejściem do restauracji, w której jeszcze godzinę wcześniej zawodnicy jedli ostatnią kolację przed startem.
Teraz było tam cicho.
Większość z nich spała albo przynajmniej próbowała zasnąć. Budziki ustawiono na czwartą trzydzieści. Pianki wisiały na balkonach. Rowery czekały w zamkniętej strefie zmian, a na stolikach w domkach stały bidony opisane numerami startowymi. Każda rzecz znajdowała się na swoim miejscu.
Poza człowiekiem płynącym w stronę boi numer trzy.
Poruszał się wolno, niemal bezszelestnie. Nie płynął kraulem, choć tak pokonałby odległość szybciej. Co kilka ruchów odwracał się na plecy, łapał oddech i sprawdzał, czy ciężar przywiązany do pasa nadal podąża za nim.
Czarny pakunek unosił się tuż pod powierzchnią.
Linka napinała się przy każdym pociągnięciu. Woda stawiała większy opór, niż zakładał. Na brzegu wszystko wydawało się prostsze. Wystarczyło szczelnie owinąć ciało, przypiąć dwa pływaki wypornościowe i przeciągnąć je przez najciemniejszą część jeziora.
W praktyce ciężar obracał się, zanurzał i co chwilę ściągał pływaka z wyznaczonego kierunku.
Do boi numer trzy brakowało około stu metrów.
Pomarańczowy ostrosłup kołysał się na wodzie, ledwie widoczny w słabym świetle księżyca. Jeszcze kilka godzin wcześniej technicy ustawiali trasę pływacką. Rano tysiąc dwustu zawodników miało popłynąć wzdłuż linii wielkich dmuchanych boi, skręcić przy ostatniej i wrócić w stronę plaży.
Kamery pokażą start z powietrza.
Komentatorzy będą wymieniać nazwiska faworytów.
System pomiarowy zarejestruje każdy chip przekraczający matę przed wejściem do jeziora.
Wszystko miało wyglądać dokładnie tak, jak podczas setek innych zawodów.
Pływak uniósł głowę.
Na jeziorze nie było żadnej łodzi. Ostatni patrol ratowników przepłynął w stronę przystani prawie dwadzieścia minut temu. Następny miał sprawdzić trasę dopiero po pierwszej w nocy.
Pozostawało wystarczająco dużo czasu.
Tak przynajmniej zapewniał człowiek czekający przy starym pomoście.
Linka nagle szarpnęła.
Pływak zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Czarny pakunek zniknął pod powierzchnią. Przez moment widoczny był tylko jeden z pływaków, drgający na wodzie jak spławik, pod którym coś właśnie złapało przynętę.
Pociągnął mocniej.
Bez skutku.
Zaklął i zanurkował.
Zimna woda zamknęła się nad jego głową. W ciemności nie widział nawet własnych dłoni. Przesuwał palcami po napiętej lince, aż dotarł do miejsca, w którym zahaczyła o jedną z podwodnych lin mocujących trasę.
Spróbował ją uwolnić.
Pakunek obrócił się i uderzył go w ramię.
Przez czarną folię wyczuł coś twardego. Łokieć albo kolano. Natychmiast odsunął rękę.
Wiedział, co ciągnie za sobą. Sam zamykał suwak. Sam zaciskał pasy. Mimo to dotknięcie kształtu ukrytego pod folią sprawiło, że po raz pierwszy od opuszczenia brzegu pomyślał o zawróceniu.
Nie powinien był patrzeć mu w twarz.
To był błąd.
Gdy człowiek leżał już nieruchomo na podłodze, wystarczyło sprawdzić puls i wyjść. Zostawić wszystko tak, jak było. Powiedzieć, że nie wie, co wydarzyło się później.
Zamiast tego uklęknął obok niego.
Zobaczył lekko rozchylone usta, siniejącą skórę i otwarte oczy.
Najgorsze były właśnie oczy.
Nie oskarżały. Nie prosiły o pomoc. Patrzyły gdzieś dalej, jakby w ostatniej chwili dostrzegły coś, czego żywy człowiek nie był w stanie zobaczyć.
Pływak szarpnął linkę jeszcze raz. Węzeł zsunął się z mocowania. Czarny pakunek wypłynął na powierzchnię, a wraz z nim pojawiło się ciche syknięcie powietrza uciekającego spod folii.
Natychmiast rozejrzał się po jeziorze.
Nic.
Tylko boja numer trzy przechylała się na wietrze.
Ruszył dalej.
Na powierzchni zaczęły pojawiać się drobne fale. Wiatr zmieniał kierunek i spychał go w stronę trzcin. Każdy ruch wymagał coraz większego wysiłku. Ramiona piekły, oddech stał się krótki, a pianka uciskała klatkę piersiową.
Rano miał przepłynąć ten sam odcinek ponownie.
Tym razem bez dodatkowego ciężaru.
W tłumie.
W czarnym czepku.
Z cudzym numerem.
Minął boję z lewej strony. Tak samo, jak mieli zrobić zawodnicy podczas wyścigu. Odruchowo zerknął na zamocowane pod nią urządzenie pomiarowe.
Niewielka czarna skrzynka znajdowała się kilkadziesiąt centymetrów nad wodą. Antena była skierowana w stronę brzegu. Technik mówił podczas odprawy, że punkt przy pierwszej boi nie służy do oficjalnego pomiaru międzyczasu. Miał jedynie potwierdzić, że zawodnik rzeczywiście pokonał trasę.
Dodatkowe zabezpieczenie.
Ochrona przed oszustwem.
Pływak niemal się roześmiał.
W kieszeni pianki wyczuwał twardy kształt chipa.
Numer 117.
Nie wolno mu było go zgubić.
Bez chipa cała noc nie miałaby sensu.
Po drugiej stronie boi światła hotelu stały się słabsze. Stary ośrodek treningowy znajdował się w najciemniejszej części zatoki, oddzielony od głównego terenu zawodów pasem lasu i wysokim ogrodzeniem. Od prawie trzech lat nikt z niego nie korzystał. Budynki czekały na rozbiórkę, a drewniany pomost był oficjalnie zamknięty.
Nieoficjalnie organizatorzy nadal przechowywali tam część sprzętu.
Pływak widział już jego zarys.
Na końcu pomostu błysnęło światło.
Raz.
Przerwa.
Dwa razy.
Umówiony sygnał.
Odpowiedział krótkim uniesieniem ręki, choć nie miał pewności, czy osoba czekająca na brzegu mogła to dostrzec.
Przyspieszył.
Czarny pakunek ponownie zaczął obracać się na wodzie. Jeden z pasów poluzował się i fragment folii odchylił pod naporem fali.
Spod materiału wysunęła się dłoń.
Była biała i nienaturalnie sztywna. Na nadgarstku znajdował się sportowy zegarek. Ekran pozostawał wygaszony, ale gdy ręka uderzyła o powierzchnię wody, urządzenie nagle się podświetliło.
00:17.
Pływak zamarł.
Przez sekundę miał wrażenie, że zegarek rozpoczął pomiar. Że za chwilę na ekranie pojawi się czas, tempo i odległość, a gdzieś w chmurze zostanie zapisany ślad prowadzący przez całe jezioro.
Chwycił nadgarstek i przycisnął boczny przycisk.
Ekran zgasł.
Powinien zdjąć zegarek.
Taki był plan. Telefon, dokumenty, chip, zegarek — wszystko, co mogło wskazać godzinę lub trasę transportu.
Telefon znajdował się już w metalowej szafce w magazynie organizatorów. Dokumenty miały spłonąć. Chip był w kieszeni pianki.
Zegarek jednak został.
Wcześniej o nim nie pomyślał. Teraz nie chciał tracić czasu na rozpinanie paska. Na pomoście czekała druga osoba, a przerwa w monitoringu miała potrwać dokładnie siedemnaście minut.
Już się kończyła.
Wsunął dłoń pod pas zabezpieczający i ponownie ukrył rękę zmarłego pod folią. Zacisnął taśmę najmocniej, jak potrafił.
Do pomostu zostało nie więcej niż pięćdziesiąt metrów.
Postać czekająca na brzegu ponownie włączyła latarkę. Tym razem nie był to umówiony sygnał. Snop światła przesunął się nerwowo po wodzie.
— Szybciej — dobiegł szept.
Głos prawie całkowicie zagłuszył wiatr.
Pływak nie odpowiedział.
Ostatni odcinek pokonał na samych rękach. Nogi miał ciężkie, jakby do obu kostek przywiązano kamienie. Kiedy wreszcie dotknął palcami dna, spróbował wstać.
Stopa ześlizgnęła się z zatopionej deski.
Poczuł ostre ukłucie.
Szkło, kamień albo wystający gwóźdź przeciął skórę pod dużym palcem. Ból był nagły i tak silny, że omal nie krzyknął. Utrzymał równowagę, zacisnął zęby i pociągnął pakunek w stronę pomostu.
Na jednej z desek stanęła bosą stopą ciemna plama.
— Co się stało?
— Nic.
— Krwawisz.
— Powiedziałem, że nic.
Osoba na pomoście uklękła i złapała za uchwyt przymocowany do folii. Wspólnie wyciągnęli pakunek z wody.
Drewno zatrzeszczało pod jego ciężarem.
Przez moment oboje stali bez ruchu. Woda spływała z pianki pływaka, tworząc kałużę wokół stóp. Od strony lasu dobiegał jednostajny szum liści. Gdzieś daleko zaszczekał pies.
— Miał być nieprzytomny — powiedział pływak.
— Ciszej.
— Mówiłeś, że dawka go wyłączy. Tylko tyle.
— To nie środek go zabił.
— Nie musisz mi tego przypominać.
Latarka przesunęła się po czarnym pakunku. Zatrzymała na wystającym fragmencie taśmy.
— Sprawdzałeś puls?
Pływak nie odpowiedział.
— Pytam, czy sprawdzałeś.
— Dwa razy.
— I?
— Nic.
Postać na pomoście przez chwilę patrzyła w stronę hotelu.
— W takim razie nie możemy już niczego zmienić.
— Możemy zadzwonić po pomoc.
— Po jaką pomoc? Chcesz powiedzieć ratownikom, że przeciągnąłeś martwego człowieka przez pół jeziora? Czy może zaczniesz od tego, co robiłeś wcześniej w jego domku?
Pływak opuścił głowę.
Woda kapała z czepka na deski. Czerwona smuga wypływająca spod stopy mieszała się z wodą z jeziora i znikała w szczelinach pomostu.
— Kamera już działa? — zapytał.
Postać spojrzała na zegarek.
— Od kilku sekund.
— Ktoś mógł mnie zauważyć.
— Nikt nie ogląda obrazu na żywo. Zapis z siedemnastu minut nie istnieje.
— A pozostałe kamery?
— Przy jeziorze nie ma zasięgu. Dlatego wybraliśmy to miejsce.
Wybraliśmy.
To słowo zawisło między nimi.
Jeszcze kilka godzin wcześniej wszystko było cudzym planem. Cudzym problemem. Miał tylko przekonać go do milczenia. Odebrać dokumenty i dopilnować, żeby do rana nie opuścił domku.
Teraz nie było już odwrotu.
Chwycili pakunek za pasy i przeciągnęli go w stronę brzegu. Deski uginały się pod ciężarem. Przy końcu pomostu czekał niski wózek używany kiedyś do przewożenia sprzętu pływackiego. Jedno z kół było zardzewiałe i obracało się z głośnym piskiem.
— Nasmarowałeś je? — zapytał pływak.
— Nie było czasu.
— To obudzi pół ośrodka.
— Ośrodek jest pusty.
— A ochrona?
— Dzisiaj jej nie ma.
— Skąd wiesz?
Postać puściła uchwyt i odwróciła się w jego stronę.
— Bo to ja ustalam grafik.
Zapadła cisza.
Pływak popatrzył na czarny pakunek. Pod folią widoczny był zarys twarzy. Znajome czoło, nos i broda tworzyły profil człowieka, który jeszcze wieczorem siedział przy stoliku na odprawie technicznej.
Kłócił się.
Groził.
Powiedział, że po mecie ujawni wszystko.
Nie dotrze do mety.
Nie dotrze nawet do startu.
— Gdzie go zostawimy? — zapytał pływak.
— W dawnym gabinecie odnowy. Drzwi od strony basenu są otwarte. Znajdą go dopiero wtedy, kiedy będziemy tego chcieli.
— A jeśli znajdą wcześniej?
— Nikt nie będzie go tu szukał. Rano wszyscy uwierzą, że jest w jeziorze.
Pływak wyprostował się.
— Ratownicy przeszukają trasę.
— I niczego nie znajdą.
— Zatrzymają zawody.
— Nie od razu. System pokaże, że przepłynął pierwszą boję.
— Tylko pierwszą.
Postać wyjęła z kieszeni drugi chip. Był przyczepiony do cienkiego paska materiału.
— Ten zajmie się resztą.
Pływak patrzył na urządzenie.
— Komu go przypniesz?
— Nie musisz wiedzieć.
— Jeżeli tamten zawodnik go zauważy…
— Nie zauważy. Chip będzie w czepku zapasowym. Zanim zorientuje się, że coś jest nie tak, przekroczy matę przy wyjściu z wody.
— Czasy się nie zgodzą.
— Podczas masowego startu nic się nie zgadza. Wystarczy opóźnienie w transmisji, źle przypisany sygnał albo błąd serwera. Ludzie wierzą systemowi bardziej niż własnym oczom.
Pływak dotknął kieszeni pianki.
Pierwszy chip nadal tam był.
Numer 117.
Rano będzie musiał wejść z nim do wody. Przepłynąć wzdłuż czerwonych boi i znaleźć miejsce niewidoczne z brzegu. Później wydostać się przez techniczny pomost, zdjąć piankę i wrócić do hotelu, zanim ktokolwiek zauważy jego nieobecność.
Kilkaset metrów w ciemności.
Kilka minut w wodzie.
Całe życie u boku człowieka, którego twarz teraz ukrywała czarna folia.
— Nie dam rady — powiedział.
— Dasz.
— Pływał inaczej.
— W czepku i piance wszyscy wyglądają tak samo.
— Nie chodzi o wygląd. Miał inną pracę ramion.
— Kamery będą na brzegu. Dron pokaże tłum. Nikt nie będzie analizował techniki jednego zawodnika.
— A jeśli jednak?
Postać zrobiła krok bliżej.
— Wtedy przypomnisz sobie, co się stanie, jeżeli znajdą dokumenty, których nie zdążyliśmy zabrać. Jego śmierć nie ochroni cię przed tym, co wiedział.
— Powiedział, gdzie trzyma kopie?
— Nie.
— Więc nadal mogą istnieć.
— Dlatego jutro wszystko musi wyglądać jak wypadek.
Pływak spojrzał na ciało.
— Sekcja pokaże, kiedy zginął.
— Sekcja będzie dopiero później. Najpierw muszą go znaleźć.
— A kiedy to nastąpi?
— Po zakończeniu transmisji. Kiedy sponsorzy opuszczą teren, zawodnicy odbiorą medale, a organizatorzy zdążą przygotować własną wersję wydarzeń.
— Nie mówiłeś, że chodzi także o sponsorów.
— Nie chodzi o nich. Chodzi o miliony, które znikną, jeżeli zawody zostaną odwołane.
Wózek znów zapiszczał. Ruszyli w stronę opuszczonego budynku. Za wybitymi oknami panowała ciemność. Na elewacji wciąż widniał wyblakły napis: OŚRODEK PRZYGOTOWAŃ OLIMPIJSKICH.
Dwadzieścia lat wcześniej trenowali tu najlepsi pływacy w kraju.
Tej nocy miał stać się przechowalnią zwłok.
Przy wejściu pływak zatrzymał się i obejrzał na jezioro. Boje kołysały się na falach. Z tej odległości wyglądały jak nieruchome punkty prowadzące prosto do hotelu.
Do startu zostało mniej niż sześć godzin.
— Powiedz mi jedną rzecz — odezwał się.
Postać nie odpowiedziała.
— Dlaczego właśnie ja?
Po chwili usłyszał cichy śmiech.
Nie było w nim rozbawienia.
— Bo jesteś jedynym człowiekiem, którego można pomylić z Kacprem Radeckim.
W głębi ośrodka trzasnęły drzwi.
Wózek z czarnym pakunkiem zniknął w korytarzu. Na pomoście zostały tylko mokre ślady stóp, kilka kropli krwi i porzucony kawałek zerwanej taśmy.
Wiatr przesunął go w stronę krawędzi.
Taśma spadła do wody i odpłynęła w kierunku boi numer trzy.
Rano Kacper Radecki miał stanąć na starcie najważniejszego wyścigu w swojej karierze.
Nie żył od siedemnastu minut.
Lena Wolska obudziła się trzy sekundy przed alarmem.
Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując zrozumieć, co wyrwało ją ze snu. Za cienką ścianą hotelowego pokoju ktoś odkręcił prysznic. Na korytarzu przetoczyła się walizka. Kilka pięter niżej trzasnęły drzwi prowadzące na taras.
Telefon leżał na poduszce obok jej głowy.
Ekran świecił w ciemności.
04:11.
Jedna nowa wiadomość.
Kacper Radecki.
Lena usiadła i natychmiast poczuła ucisk w żołądku. Nie dlatego, że napisał o tej porze. W dniu zawodów sportowcy wstawali wcześniej niż obsługa hotelu, a Kacper od lat twierdził, że ostatnia godzina snu przed startem przynosi więcej szkody niż pożytku.
Niepokojąca była treść.
Nie czekaj na mnie. Porozmawiamy po mecie.
Tylko dwa zdania.
Przeczytała je ponownie.
Potem jeszcze raz.
Kacper nie przyszedł na umówione spotkanie. Miał zapukać do jej pokoju o dwudziestej trzeciej i przynieść pendrive z dokumentami. Przez telefon wyraźnie zaznaczył, że nie chce wysyłać plików przez internet. Nie ufał poczcie, komunikatorom ani hotelowej sieci. Twierdził, że ktoś sprawdza jego konta.
Czekała na niego prawie do pierwszej.
Dzwoniła sześć razy. Telefon był wyłączony.
Teraz nagle pojawiła się wiadomość, jakby nic się nie wydarzyło.
Lena dotknęła pola odpowiedzi.
Jesteś w pokoju?
Przez kilka sekund obserwowała pojedynczy znak potwierdzający wysłanie. Wiadomość nie została dostarczona.
Zadzwoniła.
W słuchawce odezwał się automatyczny głos informujący, że abonent jest niedostępny.
Zrzuciła kołdrę i podeszła do okna. Nad jeziorem wisiała mleczna mgła, ale przy głównej plaży świeciły już reflektory. Z wysokości piątego piętra strefa zawodów przypominała plan filmowy przygotowywany przed zdjęciami. Ludzie w kamizelkach technicznych ciągnęli przewody. Ratownicy spuszczali łodzie na wodę. Z głośników płynęła muzyka, na razie ściszona, jakby organizatorzy obawiali się obudzić zawodników.
Do startu elity pozostawała niecała godzina.
Lena wróciła do łóżka i otworzyła historię rozmowy z Kacprem.
Ostatnią wiadomość wysłał poprzedniego wieczoru o 21:36.
Jeżeli jutro numer 117 osiągnie najlepszy wynik w sezonie, będzie to najlepszy dowód, że wynik nie zawsze oznacza prawdę.
Wtedy uznała to za kolejny przykład jego skłonności do teatralnych zapowiedzi. Kacper lubił budować napięcie. Nawet kiedy mówił o poważnych sprawach, nie potrafił oprzeć się potrzebie odegrania głównej roli.
Tym razem miał jednak powód do ostrożności.
Od trzech tygodni przekazywał jej informacje dotyczące firmy obsługującej pomiar czasu podczas największych imprez wytrzymałościowych w kraju. Najpierw były to drobiazgi. Nazwiska zawodników, których międzyczasy poprawiano już po zakończeniu zawodów. Numery chipów przypisywane do kilku osób. Reklamacje rozpatrywane bez oficjalnego śladu.
Później pojawiły się przelewy.
Kwoty były zbyt wysokie, żeby można je było uznać za zwykłe premie sponsorskie. Pieniądze trafiały do trenerów, lekarzy i osób związanych z federacją. Kacper twierdził, że nie chodzi wyłącznie o ustawianie wyników.
Najważniejsze dokumenty miał przekazać właśnie tej nocy.
„Jeżeli zobaczysz, co jest w środku, zrozumiesz, dlaczego od dwóch lat wygrywają ci sami ludzie” powiedział podczas ich ostatniej rozmowy.
„Ty również wygrywasz.”
„Dlatego wiem, ile kosztuje zwycięstwo.”
Nie chciał powiedzieć nic więcej.
Lena weszła do łazienki, odkręciła zimną wodę i przemyła twarz. W lustrze zobaczyła niewyspaną kobietę z włosami związanymi byle jak nad karkiem. Pod oczami miała ciemne cienie. Wczoraj przez jedenaście godzin pracowała na terenie zawodów, przeprowadzała wywiady, nagrywała odprawę techniczną i przygotowywała materiał dla portalu, który od miesięcy zalegał jej z wypłatą.
Powinna myśleć o relacji ze startu.
Zamiast tego zastanawiała się, dlaczego Kacper nie przyszedł.
Włożyła czarne spodnie, koszulę z logo redakcji i kurtkę przeciwdeszczową. Do kieszeni schowała telefon, akredytację oraz mały rejestrator. Aparat przewiesiła przez ramię.
Zatrzymała się przy drzwiach.
Na stoliku stały dwa papierowe kubki. Jeden pusty, drugi nietknięty. Wczoraj zamówiła kawę również dla Kacpra.
Przez noc zdążyła całkowicie wystygnąć.
Hotelowy korytarz pachniał maścią rozgrzewającą, kawą i wilgotnym neoprenem. Zawodnicy wychodzili z pokojów w luźnych ubraniach, niosąc worki z rzeczami na zmianę. Niektórzy byli bladzi. Inni przesadnie rozmowni. Śmiali się zbyt głośno, klepali po ramionach i powtarzali, że przyjechali tu przede wszystkim dobrze się bawić.
Lena wiedziała, że kłamią.
Nikt nie wstawał o czwartej rano, nie wchodził do zimnego jeziora i nie spędzał kolejnych kilku godzin na granicy wyczerpania wyłącznie dla zabawy. Każdy czegoś potrzebował. Wyniku. Uznania. Zdjęcia na mecie. Dowodu, że potrafi zapanować nad własnym ciałem, skoro nie potrafił zapanować nad resztą życia.
Kacper potrzebował zwycięstwa bardziej niż większość z nich.
Kiedy Lena poznała go sześć lat wcześniej, był obiecującym zawodnikiem bez pieniędzy i sponsora. Trenował na pożyczonym rowerze, spał w samochodzie i żywił się tym, co zostało na stołach po konferencjach prasowych. Potrafił opowiadać o porażkach tak, że ludzie zaczynali uważać je za część większego planu.
W ciągu kilku sezonów stał się twarzą polskiego triathlonu.
Reklamował zegarki, odzież, samochody i suplementy. Jego twarz znajdowała się na plakatach rozwieszonych w całym hotelu. Na jednym z nich unosił ręce na mecie. Nad jego głową widniało hasło: GRANICE ISTNIEJĄ TYLKO W GŁOWIE.
Lena minęła plakat, nie zwalniając.
Przed windą czekało kilkanaście osób. Wybrała schody.
Na parterze panował chaos. Recepcjonistki wydawały dodatkowe karty do pokojów. Wolontariusze przynosili z kuchni skrzynki z bananami i wodą. Pracownicy ochrony sprawdzali opaski osób próbujących dostać się do zamkniętej części restauracji.
Lena podeszła do recepcji.
„Dzień dobry. Czy mogłaby pani zadzwonić do pokoju Kacpra Radeckiego?”
Recepcjonistka spojrzała na akredytację.
„Nie możemy podawać informacji o gościach.”
„Nie pytam o numer pokoju. Proszę tylko zadzwonić.”
„Jeżeli pan Radecki nie życzy sobie kontaktu, nie mogę go niepokoić.”
„Za czterdzieści minut ma wystartować. Próbuję potwierdzić wywiad.”
Kobieta zawahała się. Kacper był najważniejszym zawodnikiem imprezy. Jego zdjęcie wisiało również za jej plecami.
„Proszę zaczekać.”
Podniosła słuchawkę, wybrała numer i odczekała kilkanaście sekund.
„Nikt nie odpowiada.”
„Czy odebrał klucz?”
„W pokojach są karty.”
„Czy wychodził z hotelu?”
„Nie mogę udzielić takiej informacji.”
Lena pochyliła się nad ladą.
„W takim razie proszę tylko powiedzieć, czy ktoś widział go dziś rano.”
Recepcjonistka otworzyła usta, ale zanim odpowiedziała, obok pojawił się mężczyzna w granatowej kurtce organizatora.
„Jakiś problem?”
Lena rozpoznała Dariusza Wernickiego, dyrektora zawodów. Miał około pięćdziesięciu lat, krótko ostrzyżone siwe włosy i twarz człowieka, który od dawna nie pozwalał sobie na okazywanie zaskoczenia. Nawet o tej porze wyglądał nienagannie. Na jego szyi wisiało radio, a na nadgarstku błyszczał stalowy zegarek.
„Szukam Kacpra” powiedziała.
„Jest w strefie zmian.”
„Widziałeś go?”
„Pół godziny temu.”
Odpowiedział zbyt szybko.
„Rozmawiałeś z nim?”
„Przywitaliśmy się.”
„Jak się zachowywał?”
Wernicki uśmiechnął się lekko.
„Jak człowiek, który za chwilę ma przepłynąć prawie dwa kilometry, przejechać dziewięćdziesiąt i przebiec półmaraton.”
„Nie przyszedł wczoraj na spotkanie.”
„Może zmienił zdanie.”
„Nie odbiera telefonu.”
„Zawodnicy zostawiają telefony w depozycie.”
„Wysłał mi wiadomość czternaście minut temu.”
Na twarzy Wernickiego nie pojawiła się żadna reakcja. Jedynie jego prawa dłoń przesunęła się po pasku radia.
„W takim razie nie rozumiem, czym się martwisz.”
„Chcę go zobaczyć.”
„Za kilka minut zobaczysz go na starcie.”
„Chcę z nim porozmawiać.”
„Teraz nie jest najlepszy moment na wywiad.”
„To nie ma być wywiad.”
Wernicki spojrzał na nią uważniej.
„Lena, dzisiaj mamy tysiąc dwustu zawodników, transmisję na żywo, kilkudziesięciu sponsorów i prognozę pogody, która zmienia się co godzinę. Jeżeli Kacper nie chce z tobą rozmawiać, uszanuj to. Po mecie będziecie mieli mnóstwo czasu.”
Użył dokładnie tych samych słów, które pojawiły się w wiadomości.
Po mecie.
Lena poczuła, że chłód w hotelowym holu nie ma nic wspólnego z otwartymi drzwiami.
„Powiedział ci, że nie chce ze mną rozmawiać?”
„Nic mi nie powiedział.”
„Więc skąd wiesz?”
„Nie wiem. Wyciągam wnioski.”
Ktoś zawołał Wernickiego przez radio. Mężczyzna nacisnął przycisk przy kołnierzu.
„Słucham.”
Z głośnika popłynął niewyraźny głos. Lena zrozumiała tylko słowa „kamera”, „przystań” i „brak zapisu”.
Wernicki odwrócił się do niej plecami.
„Zaraz tam będę.”
Ruszył w stronę wyjścia. Lena patrzyła za nim, dopóki nie zniknął w tłumie.
Recepcjonistka przestawiała dokumenty na ladzie, unikając jej wzroku.
„Powiedział, że widział Kacpra pół godziny temu” odezwała się Lena. „To prawda?”
Kobieta poprawiła identyfikator.
„Nie wiem.”
„Ale coś pani wie.”
„Nie powinnam rozmawiać o gościach.”
„Nie proszę o dane. Pytam tylko, czy Kacper wyszedł z hotelu.”
Recepcjonistka zerknęła w stronę drzwi, przez które przed chwilą wyszedł Wernicki.
„Nocna zmiana kończy pracę o szóstej.”
„To nie jest odpowiedź.”
„Proszę zapytać pana Adama. To on obsługiwał monitoring.”
„Gdzie go znajdę?”
„Powinien być na zapleczu. Chyba że już poszedł.”
„Dlaczego miałby wyjść przed końcem zmiany?”
Kobieta ściszyła głos.
„Bo dziś rano źle się poczuł.”
Lena chciała zapytać o coś jeszcze, lecz recepcjonistka odsunęła się od lady i zajęła kolejnym gościem.
Na zewnątrz powietrze było wilgotne i zimne. Mgła przesuwała się nisko nad wodą, przecinana światłami łodzi ratowniczych. Z głośników płynął głos prowadzącego, który z przesadnym entuzjazmem przypominał zawodnikom o zamknięciu strefy zmian.
Do startu pozostawały trzydzieści dwie minuty.
Lena ruszyła w stronę plaży.
Po obu stronach alejki ustawiono stoiska sponsorów. Pod białymi namiotami leżały rzędy bidonów, żeli i ręczników. Pracownicy kończyli układać produkty, poprawiali banery i sprawdzali terminale płatnicze. Kilka osób robiło zdjęcia pustej jeszcze strefy mety.
Na końcu alejki znajdowało się ogrodzenie. Za nim ustawiono setki rowerów. Koła i kierownice tworzyły ciasny, metalowy las, w którym poruszali się zawodnicy sprawdzający ciśnienie w oponach i mocowanie butów.
Lena pokazała akredytację ochroniarzowi.
„Media wchodzą od drugiej strony.”
„Muszę porozmawiać z numerem 117.”
„Wywiady po starcie.”
„Mam zgodę dyrektora.”
Ochroniarz spojrzał na radio, jakby rozważał sprawdzenie tej informacji.
Lena uśmiechnęła się z pewnością, której nie czuła.
„Zostało pół godziny. Zajmę mu minutę.”
Mężczyzna otworzył bramkę.
„Jedną minutę.”
W strefie zmian muzyka wydawała się cichsza. Zagłuszało ją syczenie pompek, trzask zamykanych pojemników i uderzenia bloków butów o beton. Lena szła wzdłuż numerów, próbując odnaleźć stanowisko Kacpra.
117 znajdowało się w pierwszym rzędzie, tuż przy wyjściu na trasę rowerową.
Rower stał na miejscu.
Była to czarna maszyna przygotowana specjalnie na te zawody. Kacper pokazywał ją w mediach przez cały poprzedni tydzień. Opowiadał o każdym elemencie, jakby sam go zaprojektował. Na ramie umieszczono jego nazwisko. Przy kierownicy znajdowały się dwa bidony i mały pojemnik z żelami. Buty rowerowe przypięto do pedałów za pomocą cienkich gumek.
Wszystko wyglądało idealnie.
Poza siodełkiem.
Lena przez kilka sekund nie potrafiła powiedzieć, co jej nie pasuje. Dopiero kiedy przypomniała sobie zdjęcia z wczorajszego treningu, zauważyła różnicę.
Siodełko było opuszczone.
Nieznacznie. Może o centymetr.
Dla większości ludzi taka zmiana nie miałaby znaczenia. Dla zawodnika spędzającego na rowerze kilkanaście godzin tygodniowo oznaczała zupełnie inną pozycję.
„Szukasz Kacpra?”
Lena odwróciła się.
Obok stał Filip Nosal, jeden z głównych rywali Radeckiego. Miał już na sobie piankę opuszczoną do pasa. Na twarzy widniały ślady kremu chroniącego przed otarciami.
„Widziałeś go?” zapytała.
„Przed chwilą poszedł w stronę startu.”
„Rozmawialiście?”
Filip skrzywił się.
„Próbowałem.”
„Co się stało?”
„Nic. Zachowuje się dziwnie.”
„To znaczy?”
„Nie odpowiedział, kiedy go zawołałem. Musiałem dotknąć jego ramienia. Wtedy prawie mnie uderzył.”
„Może się koncentruje.”
„Może.”
Filip spojrzał na rower.
„Albo wie, że dzisiaj nie powinien startować.”
„Dlaczego?”
„Kuleje.”
Lena poczuła przyspieszenie pulsu.
„Na którą nogę?”
„Lewą. Miał zabandażowaną stopę.”
„Wczoraj nic mu nie było.”
„Dzisiaj najwyraźniej jest.”
Filip poprawił czepek wystający spod paska okularów.
„Zapytałem go, czy zmienił wysokość siodełka. Popatrzył na mnie, jakbym mówił w obcym języku.”
„Dlaczego miałby je zmieniać?”
„Nie wiem. Kacper od trzech lat jeździ na tym samym ustawieniu. Zawsze żartował, że prędzej zmieni trenera niż pozycję na rowerze.”
„Ktoś mógł dotykać sprzętu?”
„Teoretycznie nie. Praktycznie od wczoraj przewinęło się tutaj pół obsługi.”
Lena zrobiła zdjęcie siodełka.
„Masz może zdjęcie roweru z wczoraj?”
„Pewnie mam nagranie ze strefy.”
„Nie usuwaj go.”
Filip spojrzał na nią z zainteresowaniem.
„Co się dzieje?”
„Jeszcze nie wiem.”
Z głośników dobiegł komunikat, że zawodnicy elity powinni ustawić się w korytarzu prowadzącym na plażę.
Filip zapiął piankę.
„Jeżeli szukasz Kacpra, widziałem go przy depozycie. Miał czarną czapkę i kaptur. Jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go rozpoznał.”
„Przed startem transmitowanym w całym kraju?”
„Mówiłem, że zachowuje się dziwnie.”
Odszedł w stronę wyjścia.
Lena została przy stanowisku 117.
Pochyliła się nad rowerem. Na ramie nie było śladów uszkodzenia. Bidony pozostawały zamknięte. Na kierownicy leżał komputer rowerowy, ale ekran był wygaszony.
Pod siodełkiem dostrzegła coś jeszcze.
Małą plamę na czarnej taśmie.
Dotknęła jej opuszkiem palca.
Taśma była wilgotna.
Przybliżyła dłoń do twarzy. Poczuła słaby, metaliczny zapach.
Krew.
„Proszę odejść od roweru.”
Za jej plecami stał sędzia w czerwonej kamizelce.
„Nic nie dotykałam.”
„Właśnie pani dotykała.”
„Na sprzęcie jest krew.”
„Zawodnicy często się kaleczą.”
„Przed startem?”
„Proszę opuścić strefę. Za pięć minut ją zamykamy.”
Lena chciała zrobić kolejne zdjęcie, lecz sędzia zasłonił rower.
„Natychmiast.”
Wyszła przez boczną bramkę i ruszyła w stronę plaży. Tłum gęstniał z każdą minutą. Kibice stali za barierkami, unosząc telefony. Prowadzący przedstawiał faworytów. Przy każdym nazwisku rozlegały się brawa.
Mgła nad jeziorem zaczynała się podnosić.
Lena przecisnęła się do sektora dla mediów. Zawodnicy elity czekali już przy wejściu do wody. Wszyscy mieli czarne pianki, kolorowe czepki i okulary zasłaniające połowę twarzy. Z większej odległości rzeczywiście wyglądali niemal identycznie.
Odszukała numer 117.
Kacper stał z boku grupy. Miał pochyloną głowę. Na czarny czepek założył kaptur pianki, chociaż większość zawodników pozostawiała go opuszczonego. Okulary były już na jego twarzy.
Lena zawołała go po imieniu.
Nie zareagował.
Zrobiła kilka kroków wzdłuż barierki.
„Kacper!”
Tym razem odwrócił głowę.
Przez ciemne szkła nie widziała jego oczu. Dolną część twarzy zasłaniał wysoki kołnierz pianki.
Podeszła bliżej.
„Musimy porozmawiać.”
Radecki przez moment się nie poruszał.
„Po zawodach” odpowiedział.
Głos był cichy i ochrypły.
„Miałeś przyjść wczoraj.”
„Nie mogłem.”
„Dlaczego?”
„Nie tutaj.”
„Co się stało z twoim telefonem?”
„Zostawiłem go.”
„Wysłałeś mi wiadomość.”
Zawahał się.
Trwało to tylko ułamek sekundy, lecz Lena to zauważyła.
„Przed chwilą” dodała.
„Tak.”
„Co tak?”
„Wysłałem wiadomość.”
„Skąd?”
„Z telefonu.”
„Który zostawiłeś?”
Mężczyzna napiął szczękę.
Ktoś z obsługi polecił zawodnikom podejść do linii startowej. Grupa przesunęła się w stronę wody, ale numer 117 pozostał na miejscu.
Lena popatrzyła na jego lewą stopę. Filip miał rację. Pod kostką wystawał fragment białego bandaża. Materiał był mokry i zabarwiony na różowo.
„Skaleczyłeś się?”
„To nic.”
„Kiedy?”
„Rano.”
„Gdzie?”
„W łazience.”
„Na czym?”
„Lena, przestań.”
Po raz pierwszy spojrzał prosto na nią.
Przez przyciemnione szkła nadal nie widziała oczu. Widziała jednak linię nosa, brodę i kilkudniowy zarost. To była twarz Kacpra. Tyle razy oglądała ją z bliska, że nie powinna mieć żadnych wątpliwości.
A jednak coś się nie zgadzało.
Nie chodziło tylko o głos. Kacper przed startem zawsze był pobudzony. Mówił szybko, poruszał ramionami, poprawiał okulary, rozciągał kark. Nawet kiedy próbował wyglądać na spokojnego, jego ciało zdradzało napięcie.
Mężczyzna stojący przed Leną był niemal nieruchomy.
Jakby nie czekał na wyścig.
Jakby czekał na wykonanie polecenia.
„Masz dla mnie dokumenty?” zapytała.
„Tak.”
„Gdzie?”
„W bezpiecznym miejscu.”
„Jakie było hasło?”
„Do czego?”
Lena poczuła ukłucie strachu.
„Sam powiedziałeś, że będę wiedziała, o co zapytać.”
Twarz mężczyzny pozostała nieruchoma.
„Nie teraz.”
„Powiedz tylko jedno słowo.”
„Po mecie.”
Znów to samo.
Po mecie.
Z głośników popłynęło odliczanie do prezentacji zawodników. Ktoś z obsługi podszedł do Radeckiego.
„Kacper, musisz już iść.”
Mężczyzna odwrócił się od Leny.
„Poczekaj.”
Nie zatrzymał się.
„Kacper, co znajduje się przy boi numer trzy?”
Jego prawa stopa na moment zawisła nad piaskiem.
Odwrócił głowę.
„Co?”
„Słyszałeś.”
Patrzył na nią przez sekundę. Może dwie.
„Nic.”
Odszedł w stronę wody.
Lena została przy barierce. Serce uderzało jej tak mocno, że prawie nie słyszała głosu prowadzącego.
Poprzedniego wieczoru Kacper powiedział jej, że po starcie spotkają się przy boi numer trzy ustawionej przed hotelem. Był to ich stary żart. Sześć lat temu podczas pierwszego wywiadu pomylił trasę, ominął trzecią boję i został zdyskwalifikowany. Od tamtej pory przed każdym ważnym startem Lena pytała go, co znajduje się przy boi numer trzy.
Kacper zawsze odpowiadał tak samo.
Moja największa porażka.
Mężczyzna z numerem 117 powiedział, że nie ma tam nic.
Zawodnicy wbiegli do płytkiej wody. Niektórzy zanurzali twarze, inni poprawiali okulary. Łodzie ratowników ustawiały się po obu stronach pierwszej prostej.
Lena wyjęła telefon i ponownie zadzwoniła do Kacpra.
Tym razem nie usłyszała komunikatu o niedostępnym numerze.
Sygnał.
Jeden.
Drugi.
Trzeci.
Gdzieś za jej plecami rozległ się dźwięk telefonu.
Odwróciła się gwałtownie.
Za sektorem mediów stały białe namioty, skrzynie ze sprzętem oraz rząd metalowych szafek depozytowych. Dźwięk dochodził właśnie stamtąd.
Lena ruszyła w jego stronę.
Sygnał urwał się, gdy połączenie przeszło na pocztę głosową. Zadzwoniła ponownie.
Telefon odezwał się w jednej z szafek.
Numer 117.
Drzwi były zamknięte na elektroniczny zamek. Na ekranie widniała informacja, że depozyt można otworzyć wyłącznie za pomocą chipa zawodnika.
Lena przyłożyła dłoń do metalu.
Telefon Kacpra znajdował się w środku.
Ktoś rzeczywiście zostawił go przed startem.
Nie tłumaczyło to jednak wiadomości wysłanej o 04:11.
„Wszyscy za linię!” krzyknął sędzia.
Lena wróciła w stronę wody.
Zawodnicy ustawili się w szerokim szeregu. Nad jeziorem uniósł się dron. Prowadzący podniósł głos, przedstawiając głównego sponsora i przypominając rekord trasy.
Numer 117 stał po lewej stronie.
Kacper zawsze wybierał prawą. Twierdził, że prąd przy brzegu daje tam kilka sekund przewagi. Powtarzał to w niemal każdym wywiadzie dotyczącym tej trasy.
Mężczyzna z jego numerem wszedł w środek grupy.
Lena włączyła aparat i przybliżyła obraz.
Pod kapturem widziała fragment policzka. Kształt ucha. Linię szczęki. Każdy szczegół pasował.
Tylko zachowanie było obce.
Rozległ się pierwszy sygnał.
Zawodnicy pochylili się do przodu.
Drugi oznaczał trzydzieści sekund.
Lena obserwowała numer 117 przez wizjer aparatu.
Mężczyzna poruszył lewym ramieniem. Potem prawym. Sprawdził pasek chipa przy kostce i dotknął kieszeni pianki.
Jakby upewniał się, że nadal coś w niej ma.
Trzeci sygnał przeciął powietrze.
Zawodnicy rzucili się do wody.
Przez pierwsze metry biegli, unosząc wysoko kolana. Potem zaczęli skakać nad falami. Wreszcie całe jezioro eksplodowało pianą, uderzeniami rąk i kolorowymi czepkami.
Numer 117 zniknął w środku grupy.
Lena opuściła aparat.
Na wielkim ekranie ustawionym obok plaży pojawił się obraz z drona. Ciemna masa zawodników przesuwała się w stronę pierwszej boi. Komentator opowiadał o pięknie rywalizacji, sile charakteru i miesiącach przygotowań.
Lena wiedziała, jak pływa Kacper.
Oddychał na obie strony. Miał długi ruch ramienia i wyjątkowo spokojną pracę nóg. Nawet w tłumie można go było rozpoznać po rytmie.
Zawodnik oznaczony numerem 117 oddychał tylko na prawą stronę.
Jego ruchy były krótkie i nerwowe.
Wpadł na osobę płynącą obok, uniósł głowę i stracił kilka metrów.
„Problemy Kacpra Radeckiego na początku” zauważył komentator. „Nasz faworyt nie może znaleźć odpowiedniego miejsca.”
Lena patrzyła na ekran.
To nie był styl Kacpra.
Telefon zawibrował w jej dłoni.
Pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości pocztowej.
Nadawca: Kacper Radecki.
Temat: BOJA NUMER TRZY.
Lena rozejrzała się odruchowo. Wokół niej stali dziennikarze, technicy i kibice. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
Otworzyła wiadomość.
Lena,
jeżeli czytasz tę wiadomość, nie przekazałem ci dokumentów przed startem. To oznacza, że ktoś mnie zatrzymał albo że popełniłem błąd, którego nie będę już w stanie naprawić.
Nie dzwoń na policję, dopóki nie otworzysz archiwum.
Nie ufaj Dariuszowi Wernickiemu.
Nie ufaj zapisom z kamer.
Przede wszystkim nie ufaj systemowi pomiarowemu.
Chip nie identyfikuje człowieka. Rejestruje tylko numer. Można go skopiować, przenieść albo przypisać do kogoś innego. Jeżeli system pokazuje, że zawodnik znajduje się na trasie, oznacza to wyłącznie, że na trasie znajduje się jego chip.
Pliki są zabezpieczone. Hasło znasz.
Jeżeli numer 117 pojawi się dziś w wynikach, a mnie nie będzie przy tobie, nie szukaj mnie wśród zawodników.
Szukaj mnie tam, gdzie po raz pierwszy przegrałem.
Kacper
Lena przeczytała wiadomość dwukrotnie.
Spojrzała na jezioro.
Pierwsza grupa zbliżała się do boi. Ratownicy płynęli po zewnętrznej stronie trasy. Dron przesunął się wyżej, obejmując obrazem całą zatokę.
Boja numer trzy była ledwie widoczna w oddali.
Na ekranie z wynikami pojawiły się pierwsze odczyty.
Numer 008.
Numer 031.
Numer 064.
Kolejne nazwiska przesuwały się w dół tabeli.
Po chwili system wyświetlił numer 117.
KACPER RADECKI.
PUNKT KONTROLNY ZALICZONY.
Komentator podniósł głos.
„Kacper wraca do gry. Polak przesunął się właśnie na piątą pozycję.”
Kibice przy barierkach zaczęli klaskać.
Lena spojrzała na czarne punkty poruszające się po powierzchni jeziora. Nie potrafiła już rozpoznać żadnego z zawodników.
Telefon Kacpra znajdował się w zamkniętej szafce.
Jego chip płynął w stronę trzeciej boi.
A wiadomość, którą przygotował przed startem, mówiła jej, że nie powinna wierzyć żadnej z tych rzeczy.
Lena otworzyła szczegóły wiadomości.
Została zaplanowana do wysłania poprzedniego wieczoru o 22:48.
Dwanaście minut przed spotkaniem, na które Kacper nigdy nie przyszedł.
Na dole znajdował się załącznik.
ARCHIWUM 117.
Plik był zaszyfrowany.
Lena wpisała pierwsze hasło, które przyszło jej do głowy.
MOJA NAJWIĘKSZA PORAŻKA.
Ekran przez chwilę pozostawał nieruchomy.
Potem pojawił się komunikat.
NIEPRAWIDŁOWE HASŁO.
Spróbowała ponownie, tym razem bez spacji.
Ten sam wynik.
Na jeziorze rozległ się dźwięk syreny.
Jedna z łodzi ratowniczych gwałtownie zmieniła kierunek. Druga ruszyła za nią. Komentator przerwał zdanie, a operator transmisji natychmiast przełączył obraz na kamerę stojącą przy strefie zmian.
Lena podniosła wzrok.
Daleko od głównej grupy na powierzchni wody unosił się pojedynczy czarny czepek.
Przez chwilę widziała również rękę.
Ktoś próbował utrzymać się nad powierzchnią.
Ratownicy przyspieszyli.
Kibice przestali klaskać.
Lena spojrzała na ekran wyników.
Numer 117 nadal przesuwał się po trasie.
Kacper Radecki znajdował się na czwartej pozycji.
A potem z okolic trzeciej boi dobiegł krzyk.
Krzyk trwał zaledwie kilka sekund.
Najpierw był wysoki i urwany, jakby ktoś zaczerpnął powietrza razem z wodą. Potem zmienił się w chrapliwy odgłos, który niemal natychmiast zagłuszył warkot silników.
Dwie łodzie ratownicze ruszyły w stronę trzeciej boi. Jedna przecięła tor płynących zawodników, zmuszając ich do gwałtownej zmiany kierunku. Druga zbliżyła się od strony brzegu. Stojący na dziobie ratownik wychylił się nad wodę i wyciągnął ręce.
Lena widziała tylko czarny czepek unoszący się między falami.
Potem pojawiła się dłoń.
Palce zacisnęły się na burcie, ześlizgnęły i zniknęły pod powierzchnią.
„Mamy zawodnika w wodzie!” krzyknął ktoś przez radio.
„Wyciągaj go!”
Na brzegu zapadła cisza. Setki osób patrzyły w stronę łodzi. Prowadzący przestał komentować. Muzyka nadal grała, lecz jej rytm brzmiał teraz absurdalnie, jak ścieżka dźwiękowa puszczona do niewłaściwej sceny.
Ratownik skoczył do jeziora.
Lena uniosła aparat i ustawiła największe przybliżenie. Obraz drżał. Mgła, fale i odległość zamieniały sylwetki w niewyraźne plamy. Widziała pomarańczową kamizelkę ratownika, fragment czarnej pianki i rękę drugiego człowieka pomagającego wciągnąć zawodnika na pokład.
Na ekranie aparatu mignęła kostka.
Był na niej chip.
Lena nacisnęła spust kilka razy.
„Proszę nie robić zdjęć.”
Obok niej pojawiła się młoda kobieta w kurtce z logo organizatora. Miała słuchawki na uszach i identyfikator koordynatora mediów.
„To wydarzenie publiczne” odpowiedziała Lena.
„Trwa akcja ratunkowa.”
„Właśnie dlatego robię zdjęcia.”
„Rodzina zawodnika może oglądać transmisję.”
„Transmisja przed chwilą pokazywała go z drona.”
Kobieta stanęła przed obiektywem.
„Realizator dostał polecenie zmiany ujęcia.”
Na wielkim ekranie rzeczywiście nie było już jeziora. Kamera pokazywała pustą jeszcze strefę rowerową oraz rzędy maszyn czekających na zawodników. Komentator odzyskał głos i zaczął opowiadać o warunkach pogodowych.
Nie powiedział ani słowa o łodziach.
Lena przesunęła się w bok.
„Kto wydał polecenie?”
„Jakie polecenie?”
„Żeby nie pokazywać akcji ratunkowej.”
„To standardowa procedura.”
„Jak nazywa się zawodnik?”
„Jeszcze tego nie wiemy.”
„Miał numer na czepku.”
Kobieta spojrzała w stronę wody.
„Proszę wrócić do sektora dla mediów.”
„Jestem w sektorze dla mediów.”
„W takim razie proszę w nim pozostać.”
Przez radio koordynatorki popłynął głos. Mówił szybko i niewyraźnie. Lena wychwyciła jedynie słowa „przytomny”, „przystań techniczna” oraz „bez karetki”.
Kobieta przycisnęła słuchawkę do ucha.
„Rozumiem. Zaraz będę.”
Odeszła bez pożegnania.
Lena wróciła do zdjęć. Łódź ratownicza skręcała już w stronę głównego pomostu. Na jej pokładzie leżał zawodnik. Dwóch mężczyzn pochylało się nad nim, a trzeci trzymał maskę tlenową.
Nie widziała numeru.
Spojrzała na ekran wyników.
Kacper Radecki zajmował trzecią pozycję.
Jeszcze przed chwilą był czwarty. Według systemu wyprzedził jednego z rywali dokładnie w chwili, w której ratownicy wyciągali kogoś z wody.
Lena sprawdziła zdjęcia. Na większości widniały jedynie rozmazane sylwetki. Jedno było ostrzejsze. Powiększyła fragment przedstawiający nogi zawodnika.
Chip miał niebieski pasek.
Kacper otrzymał czerwony.
Widziała go przed startem. Czerwony pasek wystawał spod białego bandaża na lewej kostce.
Osoba wyciągnięta z jeziora nie była mężczyzną oznaczonym numerem 117.
Lena poczuła ulgę, która natychmiast ustąpiła miejsca jeszcze większemu niepokojowi.
Skoro ratownicy nie wyciągnęli Kacpra, gdzie znajdował się człowiek, z którym rozmawiała kilka minut wcześniej?
Wróciła do obrazu z drona zapisanego na aparacie. Przewijała nagranie klatka po klatce. Przed trzecią boją grupa zawodników rozciągnęła się na kilkadziesiąt metrów. Kolorowe czepki tworzyły dwa nierówne rzędy. Numerów nie dało się odczytać.
Znalazła pływaka oddychającego wyłącznie na prawą stronę.
Krótki ruch ramion. Nerwowa praca nóg.
Mężczyzna oznaczony numerem 117 znajdował się na końcu pierwszej grupy. Kilka sekund później inny zawodnik zaczął tonąć. Pływacy rozsunęli się, a łódź przecięła trasę.
Wtedy numer 117 skręcił.
Nie płynął już w stronę boi.
Ruszył ku brzegowi.
Lena powiększyła obraz. Sylwetka szybko oddalała się od grupy. W normalnych warunkach ratownicy natychmiast zauważyliby zawodnika opuszczającego trasę. Wszyscy patrzyli jednak na człowieka walczącego o utrzymanie się na powierzchni.
Numer 117 przepłynął kilkadziesiąt metrów w przeciwnym kierunku.
Potem zniknął poza kadrem.
Lena uniosła głowę.
Na lewo od głównej plaży znajdowała się zamknięta część brzegu. Zaczynał się tam pas trzcin, a dalej stary betonowy pomost prowadzący do opuszczonego ośrodka. Jeszcze poprzedniego dnia organizatorzy rozwiesili na ogrodzeniu tablice informujące o zakazie wstępu.
Pomost techniczny.
To właśnie te słowa usłyszała przez radio koordynatorki.
Schowała telefon do kieszeni i ruszyła wzdłuż barierek. Po kilkunastu metrach drogę zagrodził jej pracownik ochrony.
„Przejścia nie ma.”
„Muszę dostać się do przystani technicznej.”
„Teren zamknięty.”
Pokazała akredytację.
„Jestem z mediów.”
„Media mają wyznaczoną strefę.”
„Ratownicy przywożą tam poszkodowanego zawodnika.”
Mężczyzna popatrzył na główny pomost.
„Łódź płynie tam.”
„Słyszałam komunikat.”
„W takim razie źle pani usłyszała.”
Lena spojrzała w stronę opuszczonego ośrodka. Budynek znajdował się około trzystu metrów dalej. Za wysokimi trzcinami widziała jedynie część elewacji i rząd ciemnych okien.
„Kto korzysta z tamtego pomostu?”
„Obsługa techniczna.”
„Jaka obsługa?”
„Proszę wrócić za barierkę.”
„Czy przed chwilą wyszedł tam z wody zawodnik?”
Ochroniarz nie odpowiedział.
Jego wzrok na moment przesunął się ku staremu ośrodkowi.
To wystarczyło.
Lena cofnęła się o kilka kroków. Udawała, że sprawdza coś w telefonie. Ochroniarz obserwował ją jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się do kibiców próbujących przejść w stronę plaży.
Na ekranie pojawiło się nowe powiadomienie.
KACPER RADECKI.
PUNKT KONTROLNY ZALICZONY.
POZYCJA DRUGA.
Lena odświeżyła wyniki. System wskazywał, że numer 117 minął trzecią boję i płynął w stronę wyjścia z wody.
Było to niemożliwe.
Widziała, jak skręcał ku brzegowi.
Sprawdziła czasy. Kacper miał przewagę pięciu sekund nad Filipem Nosalem. Pierwszy zawodnik znajdował się zaledwie dwanaście sekund przed nim.
Do końca etapu pływackiego pozostawało kilkaset metrów.
Jeżeli chciała zobaczyć, kto wyjdzie z wody jako numer 117, musiała natychmiast wrócić na plażę.
Pobiegła.
Tłum przy wyjściu z jeziora był znacznie większy niż wcześniej. Kibice stali w trzech rzędach. Wolontariusze rozwinęli niebieski dywan prowadzący do strefy zmian. Nad matą pomiarową zawieszono bramę z logo głównego sponsora.
Pierwsza łódź ratownicza przybiła do pomostu. Ratownicy wynieśli zawodnika na noszach. Miał otwarte oczy. Kaszlał i próbował zdjąć maskę tlenową. Gdy przekładano go na wózek, Lena zobaczyła numer zapisany na jego dłoni.
Nie znała nazwiska, ale mężczyzna na pewno nie był Kacprem.
„Stan stabilny!” zawołał ratownik. „Prawdopodobnie zachłyśnięcie i atak paniki.”
Ktoś z obsługi rozsunął czarny parawan, zasłaniając poszkodowanego przed publicznością.
Kilka osób zaczęło bić brawo.
Prowadzący natychmiast wykorzystał ten moment.
„Wielkie brawa dla naszych ratowników! Wszystko jest pod kontrolą, a tymczasem czołówka zbliża się już do wyjścia z wody!”
Muzyka stała się głośniejsza.
Lena przepchnęła się do barierki. Na wodzie pojawił się pierwszy czepek. Zawodnik wstał, gdy tylko jego dłonie dotknęły dna, i zaczął biec. Wolontariusz pomógł mu złapać równowagę.
Mata zapiszczała.
Na ekranie wyświetliło się nazwisko reprezentanta Czech.
Drugi zawodnik wyszedł z jeziora kilka sekund później.
Filip Nosal.
Zerwał okulary z twarzy i rozpiął piankę. Kiedy przebiegł przez matę, urządzenie wydało dwa szybkie sygnały.
Pierwszy niski.
Drugi wyraźnie wyższy.
Na tablicy pojawiły się dwa nazwiska.
FILIP NOSAL.
KACPER RADECKI.
Czasy były identyczne.
Lena patrzyła na ekran, nie rozumiejąc tego, co widzi.
Filip biegł sam.
Za nim nie było nikogo.
Kolejny zawodnik znajdował się jeszcze kilkanaście metrów od brzegu.
„Mamy polski duet na prowadzeniu!” krzyknął komentator. „Nosal i Radecki wychodzą z wody ramię w ramię!”
Kibice wiwatowali.
Lena uniosła aparat i zrobiła zdjęcie pustej przestrzeni za Filipem. Na niebieskim dywanie nie znajdował się żaden drugi zawodnik.
Mata zarejestrowała jednak dwa numery.
Filip wbiegł do strefy zmian. Kilkanaście sekund później z wody wyszedł następny pływak. Potem kolejni.
Żaden z nich nie miał numeru 117.
Lena patrzyła na zegar.
Minuta.
Dwie.
Trzy.
Gdy pierwszy zawodnik ruszał już na trasę rowerową, Kacper nadal nie pojawił się na plaży.
Na tablicy wyników widniał jednak jako drugi po etapie pływackim.
Lena ruszyła w stronę strefy zmian.
Przy wejściu stało dwóch ochroniarzy. Tym razem nie próbowali sprawdzać akredytacji. Ich uwagę przyciągał tłum kibiców napierających na ogrodzenie.
Przemknęła obok nich.
Filip właśnie zdejmował piankę. Rzucił ją pod stojak, założył kask i chwycił rower. Jego ruchy były szybkie i precyzyjne. Nie wyglądał na człowieka, który zauważył coś niezwykłego.
Stanowisko numer 117 znajdowało się kilka metrów dalej.
Rower nadal wisiał na belce.
Nikt przy nim nie stał.
Lena wyjęła aparat. Zrobiła zdjęcie pustego stanowiska, potem ekranu wyświetlającego czas Kacpra.
Filip przebiegł obok niej z rowerem.
„Gdzie jest Kacper?” zawołała.
Nie odpowiedział. Prawdopodobnie jej nie usłyszał.
Spojrzała na jego czepek leżący na ziemi obok pianki.
Był czerwony, zgodny z kolorem przypisanym elicie mężczyzn. Pod krawędzią materiału widniało niewielkie rozcięcie. Ze środka wystawał fragment czarnego tworzywa.
Lena przykucnęła.
Nie dotknęła czepka. Przybliżyła obiektyw.
W rozcięciu znajdował się cienki pasek materiału z małym, prostokątnym urządzeniem.
Chip.
„Co pani robi?”
Sędzia, który wcześniej wyrzucił ją ze strefy, szedł w jej stronę.
Lena zrobiła jeszcze jedno zdjęcie.
„W czepku Filipa znajduje się drugi chip.”
„Proszę natychmiast odejść od stanowiska.”
„Mata odczytała dwa numery, kiedy przez nią przebiegł.”
Sędzia pochylił się nad pianką i podniósł czepek. Wystający element zniknął w jego dłoni.
„To mocowanie okularów.”
„Mam zdjęcie.”
„Proszę opuścić strefę.”
„Gdzie jest Kacper Radecki?”
„Właśnie wyszedł z wody.”
„Nie wyszedł.”
„System zarejestrował jego chip.”
„System zarejestrował chip ukryty w czepku Filipa Nosala.”
Na twarzy sędziego pojawiło się napięcie.
„Nie ma pani pojęcia, o czym mówi.”
„Widziałam dwa odczyty. Na dywanie był tylko jeden zawodnik.”
„Czujniki czasem rejestrują sygnał z większej odległości.”
„Z jak dużej?”
„Kilku metrów.”
„Kacper znajdował się kilkaset metrów dalej albo w ogóle nie było go już w wodzie.”
Sędzia ścisnął czepek.
„Proszę odejść.”
„Chcę zobaczyć urządzenie, które pan trzyma.”
Mężczyzna wsunął dłoń do kieszeni kamizelki.
„Jakie urządzenie?”
Lena uniosła aparat.
„To, które właśnie pan schował.”
Sędzia zrobił krok w jej stronę.
„Jeżeli nie opuści pani strefy, straci pani akredytację.”
„A jeżeli Kacper zaginął, wy stracicie coś więcej.”
Z głównej alejki dobiegł warkot motocykla transmisyjnego. Pierwsi zawodnicy opuszczali teren hotelu.
Rower Kacpra nadal stał na miejscu.
Lena rozejrzała się po strefie. Wśród wolontariuszy i obsługi nie widziała Dariusza Wernickiego. Zauważyła natomiast młodego mężczyznę siedzącego przy składanym stoliku obok szafy z urządzeniami pomiarowymi. Miał na sobie szarą bluzę z napisem CHRONOSYSTEM i identyfikator techniczny.
Na ekranie jego komputera przesuwały się kolejne numery.
Podeszła do niego.
„Ktoś skopiował chip numer 117.”
Mężczyzna podniósł głowę.
„Słucham?”
„Mata zarejestrowała Kacpra Radeckiego razem z Filipem Nosalem. W tej samej chwili.”
„Zawodnicy często wbiegają grupami.”
„Filip był sam.”
Technik spojrzał na monitor.
„Musiał być ktoś za nim.”
„Nie było nikogo.”
„Czego pani ode mnie oczekuje?”
„Sprawdzenia surowego zapisu.”
„Nie mogę udostępniać danych.”
„Nie proszę o ich udostępnienie. Proszę sprawdzić, czy sygnały pochodziły z tego samego miejsca.”
„Mata ma kilkanaście anten. Wszystkie obejmują jedną strefę.”
„Czy ten sam chip może zostać odczytany w dwóch miejscach jednocześnie?”
Mężczyzna zmrużył oczy.
„Dlaczego pani pyta?”
„Bo widziałam numer 117 płynący w stronę technicznego pomostu, a chwilę później system pokazał go przy wyjściu z wody.”
„To niemożliwe.”
„Właśnie próbuję to panu powiedzieć.”
Technik wpisał coś na klawiaturze. Otworzył okno z listą odczytów. Przesuwał dane szybko, lecz Lena zdążyła zobaczyć kolumny zawierające numery, czas oraz oznaczenia anten.
Zatrzymał się przy numerze 117.
Na ekranie widniały dwa wpisy.
Pierwszy pochodził z maty przy wyjściu z wody.
Drugi pojawił się jedenaście sekund później.
Źródło sygnału opisano jako T3.
„Co oznacza T3?” zapytała.
Mężczyzna nie odpowiedział.
„Trzecia boja?”
Zamknął okno.
„Muszę zresetować odbiornik.”
„Chip Kacpra był w dwóch miejscach.”
„Powiedziałem, że nie mogę udzielać informacji.”
„Ale pan to zobaczył.”
„Proszę odejść.”
„Jak ma pan na imię?”
Technik zasłonił identyfikator dłonią.
Lena zdążyła przeczytać.
Paweł Krysiak.
„Panie Pawle, jeżeli zawodnik zaginął, a pan zignoruje nieprawidłowe odczyty, będzie pan musiał później wyjaśnić, dlaczego to zrobił.”
„Nikt nie zaginął.”
„Gdzie jest Kacper?”
„W strefie zmian.”
Oboje spojrzeli na stanowisko 117.
Rower nadal tam stał.
Paweł przełknął ślinę.
„Może zrezygnował.”
„W takim razie powinien zgłosić zejście z trasy.”
„Powinien.”
„Zgłosił?”
Technik sięgnął po radio.
„Mamy problem z numerem 117.”
Z głośnika odpowiedział męski głos.
„Jaki problem?”
„Dwa sygnały z różnych odbiorników. W odstępie jedenastu sekund.”
Przez chwilę słychać było jedynie szum.
„Usuń T3.”
Paweł spojrzał na Lenę.
„Powtórz” powiedział do radia.
„Odczyt T3 jest testowy. Usuń go z panelu.”
„Ale numer 117 nie pojawił się fizycznie w strefie.”
„Pojawił się. Potwierdzono wizualnie.”
Lena nachyliła się ku radiu.
„Kto potwierdził?”
Paweł odsunął urządzenie.
„Proszę się nie wtrącać.”
„Kto jest po drugiej stronie?”
Męski głos odezwał się ponownie.
„Paweł, wykonaj polecenie. Natychmiast.”
Lena znała ten głos.
Dariusz Wernicki.
Paweł odłożył radio i wpisał komendę. Jeden z wierszy zniknął z ekranu.
„Właśnie usunął pan zapis” powiedziała Lena.
„Odfiltrowałem sygnał testowy.”
„Z chipa zawodnika.”
„To nie jest pani sprawa.”
„Zawodnik może nie żyć.”
Palce Pawła znieruchomiały nad klawiaturą.
Spojrzał na nią. Po raz pierwszy w jego oczach pojawił się strach.
„Skąd pani to wie?”
„Nie wiem. Dlatego próbuję go znaleźć.”
„Przecież z nim pani rozmawiała.”
Lena poczuła chłód na karku.
„Skąd pan wie?”
Paweł natychmiast odwrócił wzrok.
„Wszyscy widzieli go przed startem.”
„Nie pytałam, czy widział go pan przed startem. Zapytałam, skąd pan wie, że z nim rozmawiałam.”
Mężczyzna wstał tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się na ziemię.
„Muszę sprawdzić odbiornik.”
Ruszył w stronę namiotu technicznego.
Lena złapała go za rękaw.
„Kto obserwował nasze spotkanie?”
Wyrwał się.
„Nie wiem, o czym pani mówi.”
„Kto powiedział panu, że rozmawiałam z Kacprem?”
„Proszę mnie zostawić.”
Zniknął za czarną zasłoną namiotu.
Lena została przy komputerze. Ekran był zablokowany. Na środku widniało logo firmy obsługującej pomiar czasu.
CHRONOSYSTEM.
Pod nim pojawił się komunikat.
SYNCHRONIZACJA DANYCH ZAKOŃCZONA.
Na liście wyników Kacper zajmował drugie miejsce po pływaniu. Obok jego nazwiska widniał status informujący, że przebywa w strefie zmian.
Minęło już ponad pięć minut.
Każdy zawodnik elity dawno ruszył na rower.
Lena wyjęła telefon i zadzwoniła do Kacpra. Sygnał ponownie rozległ się w depozycie.
Jego aparat nadal znajdował się w zamkniętej szafce.
Wtedy przy stanowisku 117 pojawiło się dwóch mężczyzn z obsługi. Jeden zdjął rower z belki. Drugi zebrał buty, kask i worek ze sprzętem.
Lena ruszyła w ich stronę.
„Co robicie?”
Mężczyzna trzymający rower odwrócił się.
„Zawodnik wycofał się z wyścigu.”
„Gdzie jest?”
„W punkcie medycznym.”
„Co mu się stało?”
„Problemy żołądkowe.”
„W wodzie?”
„Nie znam szczegółów.”
„Który punkt medyczny?”
„Główny.”
„Przed chwilą przywieźli tam zawodnika z numerem 084. Nikogo więcej nie było.”
Mężczyzna zacisnął dłonie na kierownicy.
„Proszę zapytać organizatora.”
„Kto polecił wam zabrać rower?”
Nie odpowiedział.
Razem z drugim pracownikiem ruszyli ku bocznej bramie.
Lena zrobiła im zdjęcie.
„Nie wolno fotografować zaplecza” powiedział drugi mężczyzna.
„To nie jest zaplecze. To miejsce, z którego właśnie usuwacie dowód.”
Zatrzymali się.
Pierwszy pracownik spojrzał na jej aparat. Przez moment Lena była pewna, że spróbuje go odebrać.
„Niech pani uważa na słowa.”
„A wy uważajcie, czego dotykacie.”
Odeszli szybciej.
Kiedy zniknęli za namiotami, Lena otworzyła wiadomość od Kacpra. Zdanie o archiwum brzmiało teraz inaczej.
Nie dzwoń na policję, dopóki nie otworzysz archiwum.
Najwyraźniej wiedział, że dane systemu można zmienić. Być może obawiał się, że ktoś w policji także jest zaangażowany. Mógł jednak równie dobrze kierować się paranoją.
Jeżeli naprawdę został zaatakowany, każda minuta miała znaczenie.
Lena ponownie otworzyła załącznik. Na ekranie pojawiło się pole do wpisania hasła.
Hasło znasz.
Spróbowała wpisać BOJA NUMER TRZY.
Nieprawidłowe hasło.
Wpisała datę zawodów sprzed sześciu lat, podczas których Kacper został zdyskwalifikowany.
Nieprawidłowe hasło.
Wpisała nazwę jeziora.
Ten sam komunikat.
Po trzeciej próbie aplikacja ostrzegła ją, że kolejne błędne hasło zablokuje plik na godzinę.
Zamknęła załącznik.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Odebrała.
„Lena Wolska?”
Głos należał do mężczyzny. Był spokojny i niski.
„Kto mówi?”
„Proszę przestać szukać Kacpra.”
Rozejrzała się. Wokół niej poruszali się zawodnicy, wolontariusze i pracownicy obsługi. Każdy mógł trzymać telefon przy uchu.
„Gdzie on jest?”
„Wycofał się.”
„Dlaczego dzwonisz z nieznanego numeru?”
„Bo pani nie słucha ludzi, którzy próbują pani pomóc.”
„Wernicki?”
Rozmówca milczał.
„Panie Wernicki, jeżeli Kacper jest w punkcie medycznym, proszę pozwolić mi go zobaczyć.”
„To nie jest Dariusz Wernicki.”
„W takim razie przedstaw się.”
„Nie ma pani pojęcia, w co próbuje się wmieszać.”
„Kacper wysłał mi dokumenty.”
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Lena natychmiast pożałowała tych słów. Nie wiedziała, kim był rozmówca ani co wiedział.
„Jakie dokumenty?” zapytał.
„Skoro nie wiesz, nie powinny cię interesować.”
„Proszę ich nie otwierać.”
„Dlaczego?”
„Ponieważ Kacper nie mówił pani prawdy.”
„W czym kłamał?”
„We wszystkim.”
„Gdzie jest?”
„Proszę wrócić do hotelu. Zamknąć drzwi i poczekać na zakończenie zawodów.”
„Co wtedy się stanie?”
Mężczyzna rozłączył się.
Lena natychmiast wybrała numer ponownie. Połączenie zostało odrzucone. Przy drugiej próbie usłyszała komunikat, że numer nie istnieje.
Zrobiła zrzut ekranu i zapisała godzinę.
05:24.
W chwili, gdy chowała telefon, na jej ramię opadła czyjaś dłoń.
Odwróciła się gwałtownie.
Dariusz Wernicki stał tuż za nią.
„Musimy porozmawiać.”
Nie czekając na odpowiedź, wskazał namiot organizacyjny.
Lena nie ruszyła się z miejsca.
„Gdzie jest Kacper?”
„Właśnie tego dotyczy rozmowa.”
„Jest w punkcie medycznym?”
Wernicki zerknął na ludzi stojących w pobliżu.
„Nie tutaj.”
„Jeżeli powiesz mi, gdzie jest, nie będziemy musieli nigdzie iść.”
„Kacper zrezygnował z udziału.”
„To już słyszałam.”
„Miał atak paniki w wodzie.”
„Z jeziora wyciągnięto zawodnika numer 084.”
„Nie powiedziałem, że ratownicy wyciągnęli Kacpra.”
„W takim razie jak opuścił trasę?”
„Samodzielnie.”
„Przez techniczny pomost?”
Twarz Wernickiego pozostała nieruchoma, ale jego dłoń zacisnęła się na pasku radia.
„Kto ci o nim powiedział?”
„Widziałam nagranie.”
„Jakie nagranie?”
„Zawodnik z numerem 117 skręcił przed trzecią boją i popłynął do brzegu.”
„W takiej mgle mogłaś pomylić czepki.”
„System pokazał później jego chip przy wyjściu z wody.”
„Doszło do błędnego odczytu.”
„Identyczny czas zapisano Filipowi Nosalowi.”
Wernicki patrzył na nią przez kilka sekund.
„Takie rzeczy się zdarzają.”
„Chip Kacpra był ukryty w czepku Filipa.”
„To poważne oskarżenie.”
„Mam zdjęcie.”
„Pokaż.”
„Najpierw powiedz mi, gdzie jest Kacper.”
„Wrócił do hotelu.”
„Telefon zostawił w depozycie.”
„Nie potrzebuje telefonu, żeby wrócić do pokoju.”
„Klucz także znajduje się w depozycie.”
„Recepcja wyda mu drugi.”
„Rozmawiałam z recepcjonistką. Nikt go nie widział.”
Wernicki westchnął.
„Lena, bardzo chcę ci pomóc, ale zachowujesz się, jakbyś szukała sensacji.”
„Kacper miał przekazać mi dokumenty dotyczące ustawiania wyników.”
„Kacper od miesięcy szukał wymówki dla spadku formy.”
„Dzisiaj był faworytem.”
„Według sponsorów. Nie według danych.”
„Jakich danych?”
„Testów wydolnościowych. Wyników treningowych. Raportów medycznych.”
„Skąd masz dostęp do jego raportów medycznych?”
„Jestem dyrektorem zawodów.”
„To nie daje ci dostępu do dokumentacji medycznej zawodników.”
„Daje mi dostęp do informacji, które mogą mieć wpływ na ich bezpieczeństwo.”
„Czy Kacper miał problemy zdrowotne?”
„Powinnaś zapytać jego lekarza.”
„Jakiego lekarza?”
Wernicki poprawił kołnierz kurtki.
„Nie będę omawiał prywatnych spraw zawodnika.”
„Przed chwilą sam zacząłeś je omawiać.”
„Próbuję ci wyjaśnić, że Kacper nie jest wiarygodnym źródłem.”
„Wczoraj kłócił się z kimś podczas odprawy.”
„Z Filipem. Wszyscy to widzieli.”
„Nie z Filipem.”
„Więc z kim?”
Lena przypomniała sobie nagranie. Kacper stał przy bocznym wyjściu z sali. Rozmawiał z kimś ukrytym za reklamową ścianką. Nie widziała twarzy drugiej osoby, ale zarejestrowała fragment głosu.
Powiedział, że po mecie ujawni wszystko.
„Z tobą?” zapytała.
Wernicki uśmiechnął się.
„Gdybym się z nim kłócił, powiedziałbym ci.”
„Tak jak powiedziałeś, że widziałeś go rano?”
„Widziałem.”
„Co miał na sobie?”
„Piankę.”
„Jaki czepek?”
„Czerwony.”
„Miał kaptur.”
„Co to zmienia?”
„Pianka Kacpra nie miała kaptura.”
Wernicki znieruchomiał.
Lena nie była tego pewna. Zaryzykowała. Na zdjęciach z poprzedniego sezonu Kacper rzeczywiście używał modelu bez kaptura, ale sponsor mógł dostarczyć mu nowy.
Reakcja Wernickiego powiedziała jej więcej niż odpowiedź.
„Rozmawiałeś z kimś, kto wyglądał jak Kacper” powiedziała. „Nie widziałeś Kacpra.”
„Nie wiem, co próbujesz udowodnić.”
„Że od początku wiedziałeś, iż coś jest nie tak.”
„Wystarczy.”
W jego głosie zniknęła uprzejmość.
„Oddaj akredytację.”
„Na jakiej podstawie?”
„Zakłócasz pracę obsługi, wchodzisz do zamkniętych stref i oskarżasz ludzi bez dowodów.”
„Właśnie dlatego potrzebuję akredytacji.”
„Już jej nie masz.”
Wyciągnął rękę.
Lena cofnęła się.
„Jeżeli spróbujesz mnie dotknąć, zacznę krzyczeć.”
„Nie rób przedstawienia.”
„Wokół stoją kamery. Chyba nie chcesz kolejnego problemu z transmisją.”
Wernicki opuścił dłoń.
„Wyjdź z terenu zawodów.”
„Najpierw sprawdzę hotel.”
„Kacper nie chce z tobą rozmawiać.”
„Skąd wiesz?”
„Powiedział mi.”
„Kiedy?”
„Kilka minut temu.”
Lena wyjęła telefon.
„W takim razie zadzwoń do niego.”
„Nie muszę ci niczego udowadniać.”
„Wiesz, że jego telefon jest w depozycie.”
Wernicki spojrzał na ekran jej aparatu.
„Masz pół godziny na opuszczenie terenu. Jeżeli nadal będziesz tu po szóstej, ochrona cię wyprowadzi.”
„A co stanie się po zakończeniu transmisji?”
Po raz pierwszy na jego twarzy pojawiło się prawdziwe zaskoczenie.
Lena natychmiast zrozumiała, że trafiła w czuły punkt.
„Dlaczego pytasz?”
„Bo ktoś bardzo chce, żebym do tego czasu siedziała zamknięta w pokoju.”
Wernicki odwrócił się.
„Nie wiem, kto do ciebie dzwonił.”
„Nie powiedziałam, że ktoś dzwonił.”
Zatrzymał się na sekundę.
Nie obejrzał się.
„Trzymaj się z dala od technicznego pomostu.”
Odszedł w stronę namiotu organizacyjnego.
Lena patrzyła za nim, dopóki nie zniknął.
Potem sprawdziła godzinę.
05:31.
Do szóstej pozostawało dwadzieścia dziewięć minut.
Ruszyła w stronę hotelu, ale po przejściu kilkudziesięciu metrów skręciła między dwa namioty sponsorów. Za nimi znajdował się parking dla obsługi. Samochody dostawcze ustawiono tak ciasno, że między zderzakami pozostawały wąskie przejścia.
Przeszła wzdłuż ogrodzenia.
Na końcu parkingu siatka łączyła się z murem dawnego ośrodka. Ktoś przeciął jedno z metalowych przęseł. Otwór zasłonięto czarnym banerem reklamowym.
Lena odsunęła materiał.
Po drugiej stronie zaczynała się zarośnięta ścieżka.
Przecisnęła się przez rozcięcie.
Głosy komentatorów ucichły po kilkunastu krokach. Zastąpił je szelest trzcin i jednostajny odgłos wody uderzającej o beton. Ścieżka biegła wzdłuż brzegu. Od strony zawodów nie było jej widać, ponieważ zasłaniał ją pas krzewów.
Lena wyjęła aparat.
Na ziemi dostrzegła ślady bosych stóp.
Były świeże. W zagłębieniach nadal stała woda.
Prowadziły w stronę opuszczonego ośrodka.
Co kilka metrów obok nich pojawiały się ciemniejsze plamy. Lena przykucnęła przy jednej z nich. Dotknęła ziemi końcówką długopisu.
Czerwona ciecz.
Krew.
Ślady lewej stopy były wyraźniejsze. Ich zewnętrzna krawędź rozmazywała się, jakby idący człowiek kulał.
Mężczyzna z numerem 117 miał zabandażowaną lewą stopę.
Lena zrobiła zdjęcie.
Po chwili zauważyła drugi zestaw śladów. Ciężkie buty o głębokim bieżniku prowadziły w przeciwnym kierunku, od ośrodka do pomostu. Miejscami nakładały się na bose stopy.
Ktoś czekał na pływaka.
Ruszyła dalej.
Techniczny pomost znajdował się za zakrętem. Przy jego końcu kołysała się mała łódź z czarnym silnikiem. Nie miała żadnych oznaczeń ratowniczych ani numeru startowego. Na dnie leżała mokra lina i zwinięta srebrna folia termiczna.
Lena weszła na beton.
Przy brzegu znalazła czerwony pasek chipa.
Był przecięty.
Podniosła go za pomocą chusteczki i zrobiła zdjęcie numeru seryjnego.
Urządzenia nie było.
Został tylko pasek.
Lena schowała go do bocznej kieszeni torby.
Nagle z ośrodka dobiegł trzask.
Odwróciła się.
W jednym z okien poruszyła się zasłona.
Budynek wyglądał na opuszczony od wielu lat. Tynk odpadł w kilku miejscach, odsłaniając cegły. Nad głównym wejściem wisiał wyblakły napis informujący, że kiedyś mieścił się tu ośrodek przygotowań olimpijskich.
Lena znała to miejsce.
Sześć lat wcześniej właśnie tutaj przeprowadziła pierwszy wywiad z Kacprem. Zawody zakończyły się jego dyskwalifikacją po pominięciu trzeciej boi. Siedział wtedy na schodach prowadzących do starego basenu i próbował ukryć, że płacze.
Zapytała go, czy to największa porażka w jego życiu.
Odpowiedział, że największa do tej pory.
Później zaczął żartować z boi numer trzy.
Wiadomość nabrała nowego znaczenia.
Szukaj mnie tam, gdzie po raz pierwszy przegrałem.
Nie chodziło o miejsce w jeziorze.
Chodziło o ten budynek.
Lena wyjęła telefon i ponownie otworzyła zaszyfrowany plik. W polu hasła wpisała słowa, które Kacper powiedział podczas ich pierwszego wywiadu.
NAJWIĘKSZA DO TEJ PORY.
Nacisnęła przycisk.
Przez sekundę nic się nie działo.
Potem ekran pociemniał.
ARCHIWUM ODBLOKOWANE.
Pojawiła się lista folderów.
WYNIKI.
PRZELEWY.
BADANIA.
ZGONY.
Lena wpatrywała się w ostatnią nazwę.
Folder zawierał siedem plików. Każdy opisano imieniem, nazwiskiem i datą zawodów. Dwie osoby znała. Jeden zawodnik zmarł podczas biegu ulicznego. Druga była triathlonistką, której ciało znaleziono w hotelowej wannie. W obu przypadkach oficjalną przyczyną śmierci była niewydolność serca.
Na samym dole znajdował się ósmy plik.
Nie miał nazwiska.
JUTRO, NUMER 117.
Data utworzenia wskazywała poprzedni wieczór.
Lena dotknęła ekranu.
Pojawił się dokument zawierający wyniki badań krwi, raport toksykologiczny oraz tabelę z dawkami kilku substancji. Nie rozpoznawała większości nazw. Na ostatniej stronie znajdowała się notatka.
W przypadku ujawnienia danych zastosować procedurę zaniku sygnału.
Symulowane wejście do wody.
Przeniesienie identyfikatora.
Opóźnienie poszukiwań.
Odzyskanie materiału biologicznego przed sekcją.
Pod tekstem widniały trzy inicjały.
D.W.
P.K.
M.S.
Lena zrobiła zrzuty ekranu. Próbowała wysłać archiwum na własną skrzynkę, ale telefon nie miał zasięgu.
Z wnętrza ośrodka dobiegło uderzenie.
Tym razem wyraźnie bliżej.
Ktoś zatrzasnął drzwi.
Lena spojrzała na ścieżkę. Mogła wrócić na teren zawodów i natychmiast zadzwonić na policję. Miała zdjęcia, chip oraz dokumenty. Wystarczająco dużo, żeby rozpocząć oficjalne poszukiwania.
Ale nie miała Kacpra.
Na schodach prowadzących do budynku leżała kropla krwi.
Potem następna.
Ślad biegł przez uchylone drzwi.
Lena włączyła nagrywanie w telefonie i wsunęła aparat pod kurtkę. Z placu podniosła kawałek metalowej rurki. Była zardzewiała i ciężka.
Weszła do środka.
Powietrze pachniało wilgocią, kurzem i chlorem. Ściany korytarza pokrywały popękane kafelki. Na podłodze leżały kawałki szkła, puste opakowania po środkach dezynfekcyjnych oraz mokre ręczniki.
Niektóre wyglądały na nowe.
„Kacper?”
Jej głos odbił się echem.
Nikt nie odpowiedział.
Po lewej stronie znajdowała się dawna szatnia. Metalowe szafki stały otwarte. Na jednej z ławek leżała czarna pianka. Obok niej ktoś zostawił ręcznik, bluzę i parę sportowych butów.
Lena podeszła bliżej.
Na piance nie było żadnych oznaczeń sponsora. Kaptur stanowił jej integralną część.
W kieszeni znajdował się niewielki ciężarek oraz resztki taśmy klejącej. Na materiale widniały krople krwi.
Buty były mokre. Jeden sznurowadło zawiązano mocniej, jakby właściciel próbował usztywnić zranioną stopę.
Ktoś wyszedł z jeziora, zdjął piankę i przebrał się w tym pomieszczeniu.
Na ławce stała otwarta butelka wody. Lena dotknęła jej dłonią.
Plastik był jeszcze chłodny.
Mężczyzna, który udawał Kacpra, znajdował się tutaj najwyżej kilkanaście minut wcześniej.
Na końcu szatni były drugie drzwi. Prowadziły do wąskiego korytarza. Ślady krwi ciągnęły się dalej, lecz nie pochodziły już z bosych stóp. Tworzyły długie smugi, jakby po podłodze przeciągano ciężki przedmiot.
Lena poczuła ucisk w gardle.
Ścisnęła rurkę.
Korytarz kończył się przy dawnym basenie. Niecka była pusta. Na jej dnie leżały połamane krzesła, fragmenty sufitu i kilka zwiniętych przewodów. Przez wybite okna wpadało szare światło poranka.
Po przeciwnej stronie pomieszczenia poruszyły się drzwi.
Lena zatrzymała się.
Usłyszała kroki.
Powolne.
Ciężkie.
Ktoś szedł równolegle do niej za ścianą.
Wyłączyła dźwięki telefonu i cofnęła się do wnęki po dawnym automacie z napojami. Metalowa rurka drżała w jej dłoniach.
Kroki zbliżyły się.
Przez szczelinę między ścianą a oderwanym fragmentem płyty zobaczyła mężczyznę w granatowej kurtce. Na głowie miał czapkę. Twarz zasłaniała mu maseczka.
W jednej ręce trzymał plastikowy pojemnik. W drugiej czarną torbę.
Zatrzymał się kilka metrów od niej.
Lena wstrzymała oddech.
Mężczyzna spojrzał w stronę szatni. Potem wyjął telefon i wybrał numer.
„Ona tu jest” powiedział cicho.
Lena poczuła, że serce przestaje jej bić.
„Nie wiem, jak weszła.”
Przez chwilę słuchał odpowiedzi.
„Nie. Jeszcze go nie znalazła.”
Kolejna pauza.
„Tak, drzwi od gabinetu są zamknięte.”
Mężczyzna schował telefon i ruszył w stronę bocznego korytarza.
Lena czekała, aż jego kroki ucichną.
Potem wyszła z wnęki.
Powinna uciekać.
Ktoś wiedział, że znajduje się w budynku. Wiedział również, czego szuka. Każda sekunda zmniejszała szansę na bezpieczny powrót.
Spojrzała jednak na drzwi, za którymi zniknął mężczyzna.
Gabinet.
W prologu tego budynku, który znała jedynie z własnych wspomnień, znajdował się dawny dział odnowy biologicznej. Kacper pokazywał jej kiedyś pomieszczenia z wannami do kąpieli lodowych, gabinety masażu i komory służące do regeneracji.
Ruszyła bocznym korytarzem.
Na ścianach nadal wisiały tabliczki.
MASAŻ.
FIZJOTERAPIA.
KRIOTERAPIA.
Na końcu znajdowały się białe drzwi z napisem GABINET ODNOWY.
Klamka była ubrudzona krwią.
Lena nacisnęła ją.
Drzwi nie ustąpiły.
Zamek wyglądał na stary. Uderzyła w niego metalową rurką. Raz. Drugi. Za trzecim razem drewno pękło przy framudze.
Weszła do środka.
Pomieszczenie nie miało okien. Telefon automatycznie włączył latarkę.
Najpierw zobaczyła przewrócony wózek.
Potem czarną folię.
Leżała pod ścianą, częściowo przykryta zakurzonym prześcieradłem. Kształt pakunku nie pozostawiał wątpliwości, co znajduje się w środku.
Lena nie potrafiła zrobić kolejnego kroku.
Wiedziała, że powinna wyjść. Zadzwonić na policję. Nie dotykać niczego.
Mimo to podeszła.
Przykucnęła i chwyciła krawędź folii.
Jej palce przestały słuchać poleceń. Musiała spróbować dwukrotnie, zanim odsunęła materiał.
Najpierw zobaczyła włosy.
Potem czoło.
Nos.
Zamknięte oczy.
Twarz Kacpra była blada. Na szyi widniał ciemny ślad. Przy skroni zaschła krew.
Lena dotknęła jego policzka.
Skóra była zimna.
„Kacper?”
Głos uwiązł jej w gardle.
Przyłożyła palce do tętnicy, chociaż wiedziała, że niczego nie poczuje.
Człowiek leżący pod czarną folią nie żył od kilku godzin.
Telefon w dłoni Leny zawibrował.
Na ekranie pojawiła się nowa wiadomość.
Nadawca: Kacper Radecki.
Otworzyła ją.
W środku znajdowało się zdjęcie.
Przedstawiało Lenę klęczącą przy ciele.
Zostało zrobione kilka sekund wcześniej.
Pod fotografią widniało jedno zdanie.
Teraz wszyscy uwierzą, że to ty go zabiłaś.
