Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tysiące zawodników. Setki wolontariuszy. Dziesiątki kamer. Jedna kobieta, która znika na oczach całego miasta.
Alicja Maj startuje w maratonie z numerem 2147. Kamery rejestrują ją na kolejnych punktach trasy. Biegnie równo, nie zgłasza problemów i zmierza w stronę mety. Kilkaset metrów przed końcem pojawia się przy niej mężczyzna w kamizelce medycznej. Chwilę później Alicja znika z obrazu.
Nie dociera do punktu medycznego. Nie zostaje przewieziona do szpitala. Nikt z obsługi biegu nie pamięta, aby jej pomagał.
Kiedy rozpoczyna się śledztwo, wychodzą na jaw pierwsze nieprawidłowości. Brakuje jednej kamizelki ratownika. Nagrania z monitoringu zostały częściowo usunięte. Dokumenty zawierają sprzeczne dane, a ludzie najbliżsi Alicji ukrywają więcej, niż są gotowi przyznać.
Wkrótce sprawa przestaje dotyczyć zwykłego zaginięcia.
Kim naprawdę była kobieta z numerem 2147? Dlaczego ktoś przez lata rejestrował jej reakcje, wspomnienia i emocje? Czy człowieka można odtworzyć na podstawie głosu, zapisanych rozmów i podejmowanych decyzji? A jeśli tak, to gdzie kończy się podobieństwo, a zaczyna nowa tożsamość?
Każdy kolejny trop prowadzi do tajemniczego ośrodka, eksperymentalnych procedur i systemu oznaczonego symbolem M-17. Systemu, który potrafi wydawać polecenia w imieniu żywych i przemawiać głosem zmarłych. Ktoś zrobi wszystko, aby prawda o wydarzeniach sprzed czterech lat nigdy nie wyszła na jaw.
„Nie było jej na mecie” to wielowarstwowy thriller psychologiczny łączący zagadkę kryminalną z niepokojącą opowieścią o pamięci, manipulacji i utracie własnego „ja”. Dynamiczne śledztwo, fałszywe tropy i kolejne odkrycia prowadzą do pytania, na które nie istnieje prosta odpowiedź:
Jeżeli wspomnienia można zmienić, dokumenty sfałszować, a głos skopiować — co jeszcze świadczy o tym, kim naprawdę jesteśmy?
Meta miała zakończyć bieg. Stała się początkiem koszmaru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 407
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Thriller psychologiczny
Łukasz Nester
© Łukasz Nester, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydanie pierwsze, 2026
Autor: Łukasz Nester
Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w tej powieści są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest przypadkowe.
Na czterdziestym pierwszym kilometrze ciało nie boli już w jednym miejscu. Staje się bólem.
Alicja czuła go w łydkach, biodrach i pod paznokciem prawego palca. Czuła pulsowanie w karku, pieczenie skóry pod mokrym stanikiem sportowym i każdy wstrząs przenoszący się od asfaltu aż do szczęki. Organizm od kilku kilometrów próbował ją przekonać, że dalszy bieg nie ma sensu.
Nie słuchała.
Zegarek zawibrował na jej nadgarstku.
41,00 km.
Spojrzała na czas: 3:02:14.
Jeśli nie zwolni, za niespełna sześć minut będzie po wszystkim. Skręci w szeroką aleję, zobaczy bramę z czerwonym zegarem, przebiegnie po niebieskiej macie pomiarowej i usłyszy swoje nazwisko. Potem dostanie medal, butelkę wody i srebrny koc, którego pewnie nie będzie chciała założyć.
A trzydzieści metrów za metą podejdzie do mężczyzny w granatowej kurtce z przewieszoną przez szyję legitymacją prasową.
Nigdy wcześniej go nie spotkała. Przez ostatnie trzy tygodnie rozmawiali wyłącznie przez szyfrowany komunikator. Nie znała nawet jego prawdziwego numeru telefonu. Wiedziała tylko, że zajmuje się sprawami, których inni dziennikarze nie chcieli dotykać, i że po zapoznaniu się z kilkoma przesłanymi przez nią dokumentami napisał jedno zdanie:
Jeżeli to jest prawdziwe, ktoś powinien za to trafić do więzienia.
Było prawdziwe.
Pod czerwoną opaską na prawym nadgarstku Alicja wyczuwała twardą krawędź karty pamięci. Nie większej od paznokcia. Ważyła mniej niż gram, a mimo to od początku biegu miała wrażenie, jakby ciągnęła jej rękę ku ziemi.
Znajdowały się na niej wyniki badań, nagrania rozmów, kopie zgód podpisanych przez ludzi, którzy nigdy ich nie widzieli, i lista nazwisk. Był tam również plik oznaczony datą śmierci Weroniki.
Najważniejsze miało wydarzyć się dopiero po maratonie.
Najpierw Alicja musiała dotrzeć do mety.
Obecność tysięcy kibiców, kamer i ochrony miała zapewnić jej bezpieczeństwo. Tak przynajmniej sądziła, kiedy ustalała miejsce spotkania. Nikt nie odważy się zrobić jej krzywdy w samym centrum miasta, podczas największej imprezy biegowej w roku. Nie w tłumie. Nie na oczach ludzi.
Przed poprzednim zakrętem wydawało jej się, że ktoś biegnie za nią odrobinę zbyt długo. Nie zawodnik. Mężczyzna w jaskrawej kamizelce medycznej pojawiał się po lewej stronie trasy, znikał za grupami kibiców, a potem znów przesuwał się między barierkami.
Teraz już go nie widziała.
Alicja wyrównała oddech.
Dwa krótkie wdechy. Długi wydech.
Nie oglądaj się. Nie przyspieszaj. Nie pokazuj, że się boisz.
Po prawej stronie trasy stała kamera. Czarny obiektyw obracał się powoli, śledząc kolejne grupki zawodników. Gdy Alicja znalazła się w jego polu widzenia, uniosła głowę.
Przez ułamek sekundy spojrzała prosto w obiektyw.
Chciała, żeby jej twarz została zarejestrowana wyraźnie.
Miała numer 2147 przypięty czterema agrafkami do granatowej koszulki. Nad numerem widniało jej imię, wydrukowane dużymi literami. Kibice odczytywali je i krzyczeli, choć żadne z nich jej nie znało.
— Dawaj, Alicja!
— Już tylko kilometr!
— Nie odpuszczaj, dwa tysiące sto czterdzieści siedem!
Uśmiechnęła się odruchowo, a ktoś po drugiej stronie barierek zadzwonił wielkim mosiężnym dzwonkiem. Hałas odbił się między fasadami budynków. Powietrze pachniało mokrym asfaltem, rozlanym izotonikiem i jesiennymi liśćmi rozdeptanymi przez tysiące butów.
Mogła już niemal usłyszeć muzykę ze strefy mety.
Jeszcze kilka minut.
Dotknęła czerwonej opaski.
Karta była na swoim miejscu.
— Pani Alicjo!
Głos dobiegł zza jej pleców.
Nie zareagowała.
Na trasie co chwilę ktoś wołał cudze imię. Wolontariusze nawoływali zawodników, kibice próbowali odnaleźć znajomych, a ratownicy przeciskali się wzdłuż barierek. Mogła się przesłyszeć.
— Pani Alicjo, proszę zaczekać!
Tym razem głos był bliżej.
Odwróciła głowę.
Mężczyzna w kamizelce medycznej biegł kilka metrów za nią. Nie miał numeru startowego. Poruszał się niezgrabnie, jak ktoś przyzwyczajony do krótkich odcinków, nie do biegu. Jego kamizelka była zapięta pod samą szyję, a na piersi podskakiwał plastikowy identyfikator.
— Co się stało? — zapytała Alicja, nie zatrzymując się.
— Zawodniczka zasłabła. Młoda dziewczyna. Mówi, że panią zna.
— Gdzie jest zespół medyczny?
— Już przy niej są, ale nie pozwala się dotknąć. Powtarza pani nazwisko. Proszę tylko na nią spojrzeć.
Alicja zwolniła.
Od mety dzieliło ją niewiele ponad kilometr. Po lewej stronie widziała już wieżowce otaczające końcową aleję. Tłum gęstniał. Każdy krok prowadził ją w stronę kamer, policji i człowieka, który miał przejąć kartę.
— Nie mogę zejść z trasy — powiedziała. — Niech zabiorą ją do namiotu. Przyjdę po biegu.
— Ona ma problemy z sercem.
Te słowa trafiły w nią mocniej niż ból nóg.
Mężczyzna zrównał się z Alicją i uniósł identyfikator, jakby chciał udowodnić, że ma prawo znajdować się na trasie. Zdjęcie było niewyraźne. Nazwisko zasłaniał kciuk. W prawym dolnym rogu widniał niewielki znak: dwa białe łuki przypominające rozchylone płuca.
Alicja zapomniała na moment o oddechu.
Znała ten symbol.
Widziała go siedem lat wcześniej na metalowej chłodziarce stojącej w sali testów wydolnościowych. Tej samej, z której wyjęto ampułkę przed ostatnim biegiem Weroniki.
To nie był znak maratonu.
Nie powinno go być na identyfikatorze wolontariusza.
— Skąd to masz? — zapytała.
Mężczyzna nawet nie spojrzał na plakietkę.
— Dziewczyna jest tam.
Wskazał przejście pomiędzy dwiema barierkami. Za wysoką ścianą reklamową zaczynał się wąski korytarz prowadzący w stronę hotelowego podjazdu. Na asfalcie siedziała postać okryta srebrnym kocem. Obok klęczał ktoś w czerwonej kurtce ratownika.
Spod folii wystawał tylko fragment nogi i różowy but biegowy.
Alicja rozejrzała się. Kilka metrów dalej stał policjant, ale patrzył w stronę kibiców. Wolontariusze podawali kubki z wodą. Kamera przy oznaczeniu czterdziestego pierwszego kilometra obróciła się już w stronę kolejnej grupy biegaczy.
— Jak ma na imię? — zapytała.
— Proszę podejść. Ona słabnie.
— Jak ma na imię?
Mężczyzna zawahał się zaledwie na sekundę.
Wystarczająco długo.
Alicja cofnęła się o krok, ale za jej plecami przebiegło dwóch zawodników. Jeden zahaczył ją ramieniem. Straciła równowagę i odruchowo chwyciła barierkę.
— Zawołam oficjalny patrol — powiedziała.
— Nie zdążą.
W tej samej chwili osoba pod srebrnym kocem poruszyła się gwałtownie. Alicja usłyszała zduszony jęk.
Mogła pobiec dalej.
Powinna pobiec dalej.
Wystarczyło niecałe sześć minut, żeby znaleźć się po drugiej stronie mety. Tam czekał dziennikarz. Tam była Lena. Tam nikt nie mógłby wyciągnąć jej z tłumu bez świadków.
Ale jeżeli pod kocem naprawdę leżała dziewczyna z zaburzeniami rytmu serca, sześć minut mogło być zbyt długie.
Alicja przecisnęła się przez przejście.
— Tylko sprawdzę, czy jest przytomna.
Mężczyzna podniósł taśmę zabezpieczającą. Gdy ją mijała, zauważyła, że nie ma radiotelefonu, rękawiczek ani torby medycznej.
Nie miał niczego, co powinien mieć ratownik.
Zrobiła trzy kroki za ścianę reklamową.
Przy czwartym okrzyki kibiców nagle ucichły. Nie całkowicie, lecz wystarczająco, by zabrzmieć jak hałas dobiegający z zamkniętego pomieszczenia. Wąski korytarz zasłaniały betonowa ściana hotelu i rząd wysokich banerów.
Alicja zatrzymała się.
— Proszę odsunąć koc — powiedziała.
Osoba w czerwonej kurtce uniosła głowę. Twarz miała zasłoniętą maseczką, a na włosy naciągnięty kaptur.
— Słyszysz mnie? — Alicja zwróciła się do leżącej postaci. — Jak masz na imię?
Nie otrzymała odpowiedzi.
Pochyliła się ostrożnie.
Spod koca nie wystawała już noga. Różowy but leżał pusty na asfalcie.
Alicja poderwała się, ale mężczyzna w kamizelce stał już za nią. Zastawiał przejście prowadzące na trasę.
— Odsuń się — powiedziała.
Postać w czerwonej kurtce ruszyła w jej stronę.
Alicja obróciła się i uderzyła ją łokciem. Trafiła w ramię. Usłyszała przekleństwo, a potem poczuła szarpnięcie za koszulkę. Jedna z agrafek puściła. Materiał numeru startowego rozdarł się z suchym trzaskiem.
Krzyknęła.
Jej głos zginął w ryku kibiców po drugiej stronie baneru.
Spróbowała wyrwać się w stronę trasy. Mężczyzna chwycił ją za lewy nadgarstek. Alicja kopnęła go w kolano i przez moment była wolna. Zdołała przebiec dwa kroki.
Wtedy ktoś złapał ją od tyłu.
Poczuła zapach środka odkażającego. Zimne palce zacisnęły się na jej ramieniu, a chwilę później skórę przebiła igła.
— Nie — wyszeptała.
Szarpnęła się jeszcze raz. Świat zakołysał się jak obraz z kamery niesionej przez biegnącego człowieka. Ściana hotelu odsunęła się, potem gwałtownie przybliżyła. Nogi, które pokonały czterdzieści jeden kilometrów, nagle przestały ją podtrzymywać.
Upadłaby, gdyby nie trzymali jej z obu stron.
— Ostrożnie — powiedział kobiecy głos. — Nie uszkodźcie jej ręki.
Alicja zacisnęła dłoń. Kciukiem wyczuła krawędź czerwonej opaski.
Jeszcze tam była.
Karta nadal znajdowała się przy jej nadgarstku.
Ktoś narzucił jej na głowę srebrny koc. Przed oczami zatańczyły odbite od folii fragmenty światła. Próbowała policzyć oddechy, tak jak podczas najtrudniejszych kilometrów.
Jeden.
Dwa.
Na trzecim nie mogła już nabrać powietrza.
Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, był spiker zapowiadający finisz kolejnych zawodników.
Meta znajdowała się kilometr dalej.
Przy końcowej prostej zegar przesuwał się nieubłaganie.
3:07:48.
3:07:49.
3:07:50.
Lena stała przy barierce z telefonem w dłoni. Aplikacja pokazywała, że Alicja minęła punkt pomiarowy na czterdziestym pierwszym kilometrze. Obok jej nazwiska pojawił się przewidywany czas ukończenia biegu.
Za kilkanaście sekund powinna wybiec zza zakrętu.
Spiker spojrzał na monitor i uniósł mikrofon.
— Czekamy jeszcze na Alicję Sawicką, numer dwa tysiące sto czterdzieści siedem! Jest bardzo blisko, pomóżmy jej na ostatnich metrach!
Tłum zaczął klaskać.
Lena wychyliła się przez barierkę.
Na prostą wbiegła kobieta w białej koszulce. Za nią dwóch mężczyzn. Potem kolejna grupa zawodników.
Żaden z nich nie miał numeru 2147.
Zegar przekroczył trzy godziny i osiem minut. Potem dziewięć. Przewidywany czas w aplikacji zniknął, ale zapis z czterdziestego pierwszego kilometra pozostał.
Spiker wywołał następne nazwiska.
Kamery rejestrowały kolejne twarze, uniesione ręce i ludzi płaczących po przekroczeniu linii. Wolontariusze zawieszali medale na szyjach. Kibice krzyczeli, muzyka grała, a czerwony zegar nie przestawał odmierzać czasu.
Tylko numer 2147 nie pojawił się na mecie.
Część I
Po dziewięciu minutach Lena przestała patrzeć na zegar nad metą.
Najpierw obserwowała każdą zmieniającą się cyfrę. Liczyła sekundy, poprawiała pozycję przy barierce i unosiła telefon za każdym razem, gdy zza zakrętu wybiegała kobieta w granatowej koszulce. Kilka razy zaczynała już nagrywać, pewna, że widzi Alicję, lecz zawsze okazywało się, że to ktoś inny.
Aplikacja nadal pokazywała ten sam komunikat:
41,0 km — 3:02:14.
Poniżej widniało przewidywane ukończenie biegu: 3:08:37.
Prognozowany czas minął. Potem minęły kolejne trzy minuty. Następnie pięć.
Przez końcową prostą przepływał nieprzerwany strumień biegaczy. Jedni przyspieszali, jakby dopiero rozpoczęli wyścig. Inni zwalniali do truchtu, chwiali się albo zaciskali zęby przy każdym kroku. Ktoś zatrzymał się kilkanaście metrów przed metą, oparł dłonie na kolanach i zwymiotował na asfalt. Wolontariusz ruszył w jego stronę, ale zawodnik wyprostował się, odepchnął pomoc i pokonał ostatnie metry.
Lena patrzyła ponad ich głowami.
Alicji nie było.
— Przepraszam — zwróciła się do stojącej po drugiej stronie barierki wolontariuszki. — Gdzie trafiają zawodnicy, którzy zasłabną przed metą?
Dziewczyna miała może dziewiętnaście lat. Na policzku namalowała sobie czerwony znak organizatora, teraz rozmazany od deszczu.
— Zależy gdzie — odpowiedziała. — Jeśli ktoś potrzebuje tylko chwili, idzie do namiotu za metą. Poważniejsze przypadki zabierają do punktu medycznego.
— A jeśli zasłabł przed ostatnim zakrętem?
Wolontariuszka wskazała ręką w stronę wysokich banerów otaczających końcowy odcinek.
— Tam też są patrole. Proszę się nie martwić. Pewnie idzie wolniej albo chip nie złapał odczytu na mecie.
— Odczyt z czterdziestego pierwszego kilometra jest.
— To dobry znak. Znaczy, że jest blisko.
Lena spojrzała na nią bez słowa.
Dziewczyna najwyraźniej zrozumiała, jak bezsensownie to zabrzmiało, bo szybko dodała:
— Niektóre wyniki pojawiają się z opóźnieniem. Naprawdę często się zdarza.
Lena podziękowała i ponownie wychyliła się nad barierką.
Alicja nie należała do osób, które na ostatnim kilometrze nagle zaczynały iść. Mogła zwolnić, stracić minutę, może dwie, ale nie jedenaście. Biegała maratony od dziewięciu lat. Wiedziała, jak reaguje jej organizm, jak odróżnić zwykły kryzys od sygnału alarmowego. Nawet gdyby złapał ją skurcz, nawet gdyby musiała dojść do mety, już dawno powinna pojawić się na prostej.
Lena wybrała jej numer.
Po sześciu sygnałach włączyła się poczta głosowa.
— Ala, gdzie jesteś? — zapytała. — Czekam przy prawej barierce, mniej więcej pięćdziesiąt metrów za metą. Zadzwoń.
Rozłączyła się i natychmiast zadzwoniła ponownie.
Ten sam rezultat.
Dookoła niej ludzie krzyczeli, śmiali się i wymachiwali transparentami. Mężczyzna stojący kilka miejsc dalej uniósł nad głowę karton z napisem: „Biegnij szybciej, piwo się grzeje!”. Obok mała dziewczynka piszczała na widok ojca, który właśnie pojawił się na końcowej prostej.
Lena poczuła, że tłum napiera jej na plecy.
Muszę stąd wyjść.
Przecisnęła się między kibicami i ruszyła w stronę wyjścia ze strefy mety. Telefon trzymała w dłoni. Co kilka kroków odświeżała aplikację.
Nic się nie zmieniało.
Numer 2147 pozostawał gdzieś pomiędzy czterdziestym pierwszym kilometrem a metą.
Kamil odebrał dopiero za trzecim razem.
— Widziałeś ją? — zapytała Lena, zanim zdążył się odezwać.
— Kogo?
— Alicję.
— Jeszcze nie. Jestem przy wyjściu ze strefy zawodników. Powinna zaraz dotrzeć.
— Powinna dotrzeć piętnaście minut temu.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jaki ma ostatni odczyt?
— Czterdziesty pierwszy kilometr. Trzy zero dwa.
— Może padł jej chip na mecie.
— Nie ma jej również za metą.
— Skąd wiesz? Tam jest kilka tysięcy ludzi.
— Bo patrzyłam na końcową prostą. Nie przebiegła.
Lena usłyszała w tle szybkie kroki i czyjś gwizdek.
— Gdzie jesteś? — zapytał Kamil.
— Przy wejściu do strefy medycznej.
— Nie wchodź tam sama. Zaraz będę.
Nie zdążyła zapytać, dlaczego miałaby nie wchodzić sama. Rozłączył się.
Kamil pojawił się po niespełna dwóch minutach. Wysoki, szczupły, ubrany w czarną kurtkę z logo swojego klubu, poruszał się tak, jakby tłum powinien sam rozstępować się przed nim. Na szyi miał akredytację trenera. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej złożony parasol.
— Pokaż — powiedział.
Lena podała mu ekran.
Kamil przybliżył aplikację, sprawdził międzyczasy i przesunął palcem po tabeli.
— Do trzydziestego piątego kilometra biegła zgodnie z planem. Później trochę przyspieszyła.
— Wiem.
— Może zegarek źle ją poprowadził i zabrakło jej sił.
— Minęło siedemnaście minut. Nawet gdyby czołgała się od punktu pomiarowego, zobaczylibyśmy ją na trasie.
Kamil podniósł wzrok.
— Nie panikujmy.
Lena zacisnęła usta. Zawsze mówił w ten sposób. Nie „nie panikuj”, lecz „nie panikujmy”, jakby włączał siebie do grupy rozsądnych ludzi i dawał jej ostatnią szansę, żeby również do niej dołączyła.
— Chcę sprawdzić namioty medyczne — powiedziała.
— Oczywiście. Najpierw ten główny.
Przy wejściu zatrzymał ich ochroniarz. Kamil pokazał akredytację i wyjaśnił, że szukają zawodniczki, która nie ukończyła biegu. Ochroniarz skontaktował się z kimś przez radiotelefon, potem pozwolił im wejść.
W środku pachniało potem, mokrymi ubraniami i środkiem dezynfekującym. Na ustawionych w dwóch rzędach łóżkach leżeli zawodnicy owinięci kocami termicznymi. Folia szeleściła przy każdym ruchu. Ratownicy mierzyli ciśnienie, podłączali kroplówki i zadawali te same pytania: jak się nazywasz, który dziś dzień, czy wiesz, gdzie jesteś.
Lena szła między łóżkami i zaglądała w twarze.
Ani jedna nie należała do Alicji.
Przy końcu namiotu młoda kobieta w zielonej kamizelce zapisywała coś na tablecie. Kamil podał jej numer startowy.
— Dwa tysiące sto czterdzieści siedem. Alicja Sawicka — powiedział. — Powinna ukończyć mniej więcej dwadzieścia minut temu.
Ratowniczka wpisała dane.
— Nie mamy takiej osoby.
— Proszę sprawdzić jeszcze raz — zażądała Lena.
Kobieta przesunęła palcem po ekranie.
— Nie została zarejestrowana ani tutaj, ani w drugim punkcie za metą.
— A na trasie?
— Patrole zgłaszają interwencje do centrali. Jeśli zawodnik trafia do ambulansu, też powinien być w systemie.
— Powinien?
Ratowniczka spojrzała na Lenę.
— Przy większej liczbie interwencji może wystąpić opóźnienie. Czasami numer startowy jest zasłonięty albo ktoś nie ma dokumentów. Proszę opisać siostrę.
Lena podała wzrost, kolor włosów, strój i numer. Dodała czerwone buty, po czym natychmiast się poprawiła.
— Nie. Dzisiaj miała białe z granatowym paskiem. Czerwone były na poprzednim maratonie.
Kamil spojrzał na nią, ale nic nie powiedział.
Ratowniczka rozesłała opis przez radio. Przez kilka kolejnych minut stali obok jej stanowiska i słuchali trzasków dobiegających z głośnika.
Punkt północny — brak.
Ambulans numer dwa — brak.
Namiot przy trzydziestym ósmym kilometrze — brak.
Patrol rowerowy — brak.
Zespół przy końcowej prostej przez chwilę nie odpowiadał. Lena wpatrywała się w radiotelefon tak intensywnie, jakby mogła zmusić urządzenie do wydania właściwego komunikatu.
Wreszcie rozległ się męski głos:
— Nie mamy zawodniczki dwa-jeden-cztery-siedem. Brak interwencji pod tym numerem.
— Może zgłosili ją bez numeru — powiedziała Lena.
Ratowniczka ponownie przeczytała opis.
— Nie — odpowiedział głos po krótkiej przerwie. — Nikogo takiego.
Kamil dotknął łokcia Leny.
— Sprawdzimy depozyt.
Odsunęła rękę.
— Najpierw karetki.
— Przecież słyszałaś.
— Powiedziała, że może być opóźnienie.
Wyszli z namiotu i przeszli do punktu koordynacyjnego. Tam skierowano ich do kolejnej osoby, potem do następnej. Każda zadawała te same pytania. Numer startowy. Nazwisko. Wiek. Ubiór. Choroby. Leki. Kontakt alarmowy.
— Czy siostra cierpi na jakąś chorobę serca? — zapytał lekarz w pomarańczowej kurtce.
— Nie.
— Padaczkę? Cukrzycę?
— Nie.
— Zdarzały jej się omdlenia po wysiłku?
— Nigdy.
Kamil chrząknął.
— Dwa lata temu miała jeden epizod po treningu interwałowym.
Lena odwróciła się do niego.
— Jaki epizod?
— Zawroty głowy. Nic poważnego.
— Nigdy mi o tym nie mówiła.
— Bo nie było o czym mówić.
Lekarz zapisał informację.
— Wszystkie ambulanse muszą raportować transporty — wyjaśnił. — Do tej chwili przewieziono do szpitali siedem osób. Czterech mężczyzn i trzy kobiety. Żadna nie odpowiada opisowi pani siostry, ale jeszcze to potwierdzę.
— Ile to potrwa?
— Kilka minut.
Trwało dwanaście.
Żadną z przewiezionych kobiet nie była Alicja.
W depozycie wciąż znajdowała się jej torba.
Pracownik nie chciał jej wydać bez odpowiedniego oznaczenia, ale zgodził się sprawdzić, czy została odebrana. Po dziesięciu minutach wrócił z granatowym workiem oznaczonym numerem 2147.
— Zawodniczka musi odebrać go osobiście — powiedział. — Ewentualnie policja.
— Proszę tylko sprawdzić, czy w środku jest jej telefon — poprosiła Lena.
— Nie mogę otwierać cudzych rzeczy.
Kamil wyjął swój telefon i pokazał mężczyźnie wspólne zdjęcie z Alicją.
— Jestem jej partnerem. Zostałem podany jako kontakt alarmowy w formularzu zgłoszeniowym. Proszę to sprawdzić.
Po kolejnej rozmowie z przełożonym pozwolono Kamilowi rozsunąć worek.
Na wierzchu leżała szara bluza, spodnie dresowe i mała kosmetyczka. Pod nimi znajdował się telefon Alicji.
Wyłączony.
Lena poczuła chłód, choć w hali depozytowej było duszno.
— Zawsze zostawia telefon na start — powiedział Kamil.
— Wiem.
— Więc to niczego nie dowodzi.
Nie odpowiedziała.
W bocznej kieszeni znajdował się portfel. Dokumenty, karta płatnicza i kilkadziesiąt złotych. Były tam również klucze do mieszkania.
Wszystko, czego Alicja potrzebowałaby po ukończeniu biegu.
— Nie wyszła stąd dobrowolnie — powiedziała Lena.
Kamil ponownie zaciągnął worek.
— Jeszcze tego nie wiemy.
— Jej torba jest w depozycie. Telefon, portfel i klucze są w środku. Nie ma jej w namiocie, karetce ani szpitalu. Co jeszcze chcesz wiedzieć?
— Na przykład to, czy naprawdę zamierzała wrócić po te rzeczy.
Lena popatrzyła na niego.
Wokół nich zawodnicy odbierali torby, przebierali się i porównywali wyniki. Ktoś głośno narzekał na źle zmierzony dystans. Ktoś inny dzwonił do żony, żeby powiedzieć, że poprawił rekord życiowy.
— Co to ma znaczyć? — zapytała.
Kamil odwrócił wzrok.
— Przed startem zachowywała się dziwnie.
— To znaczy?
— Była zdenerwowana.
— Miała biec po rekord. Zawsze się denerwuje.
— Nie tak. Dzisiaj prawie się ze mną nie odzywała. Nie chciała, żebym odprowadził ją do strefy startowej. Kiedy zapytałem, co się dzieje, powiedziała, że po tym maratonie wszystko się zmieni.
— Może miała na myśli was.
Twarz Kamila stężała.
— Być może.
— Pokłóciliście się?
— Nie bardziej niż zwykle.
— O co?
— To nie ma teraz znaczenia.
— Skoro sugerujesz, że moja siostra zaplanowała zniknięcie, ma znaczenie wszystko.
Kamil wziął głęboki oddech.
— Od kilku tygodni czegoś przede mną nie mówiła. Wychodziła z domu, odbierała telefony w drugim pokoju, zmieniała hasła. Myślałem, że chodzi o nas. Może chodziło o coś innego.
— O co?
— Nie wiem.
— Ale właśnie próbujesz mnie przekonać, że zeszła z trasy, zostawiła swoje rzeczy i uciekła.
— Niczego cię nie próbuję przekonać. Mówię tylko, że to możliwe.
— Nie jest możliwe.
— Dlaczego?
Lena spojrzała w stronę wyjścia z hali. Przez otwarte drzwi widziała fragment strefy mety. Tłum powoli się przerzedzał. Wolontariusze składali pierwsze stoły. Wiatr poruszał taśmami przy barierkach.
— Bo poprosiła mnie, żebym tu dzisiaj była — odpowiedziała. — Dzwoniła wczoraj trzy razy. Wiedziała, że nie lubię przychodzić na zawody, ale powiedziała, że tym razem to ważne.
— Powiedziała dlaczego?
— Nie.
— Może chciała, żebyś zobaczyła, że nie dobiegnie.
Lena patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Co ty właściwie o niej wiesz, Kamil?
Nie odpowiedział.
Dwie godziny po przewidywanym finiszu Alicja nadal nie figurowała w żadnym raporcie medycznym.
Organizatorzy skontaktowali się ze wszystkimi patrolami na ostatnich pięciu kilometrach. Nikt nie pamiętał zawodniczki z numerem 2147. Nikt jej nie opatrywał, nie sadzał na krześle ani nie pomagał przejść za barierki. Nie została również zatrzymana przez sędziego ani zdyskwalifikowana.
Policjant pełniący służbę przy mecie spisał dane Alicji i poprosił o aktualne zdjęcie. Zastrzegł, że dorosła osoba ma prawo samodzielnie opuścić trasę, nawet bez informowania rodziny.
— Bez telefonu, portfela i kluczy? — zapytała Lena.
— Dlatego to sprawdzamy — odparł. — Proszę nie wyciągać wniosków, dopóki nie ustalimy faktów.
Powiedział, że zgłoszenie zostanie przekazane dyżurnemu. Poprosił Lenę i Kamila, żeby nie opuszczali terenu imprezy.
Lena wróciła w okolice mety.
Głośniki już nie grały. Czerwony zegar został wyłączony, a nadmuchiwany łuk powoli zapadał się pod własnym ciężarem. Po trasie przejechał samochód techniczny. Dwóch pracowników zaczęło rozmontowywać barierki, przy których jeszcze niedawno stał tłum.
Lena zatrzymała się w miejscu, z którego czekała na Alicję.
Odświeżyła aplikację po raz kolejny.
Przewidywany czas zniknął. Obok nazwiska siostry pojawiło się oznaczenie:
DNF — nie ukończyła.
Ostatni zarejestrowany punkt:
41,0 km.
Nie było żadnego kolejnego odczytu. Żadnego śladu po tym, co wydarzyło się później.
Kamil stanął kilka kroków za nią.
— Lena — powiedział cicho. — Musisz dopuścić możliwość, że ona nie chciała dotrzeć do mety.
Lena spojrzała na pustą końcową prostą.
Od czterdziestego pierwszego kilometra dzieliło ją dokładnie tysiąc sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. Niewiele ponad pięć minut biegu dla Alicji. Odcinek zamknięty dla ruchu, obstawiony wolontariuszami, kibicami i kamerami.
Człowiek nie mógł zniknąć na takim dystansie.
A jednak Alicji nie było.
Pracownik uniósł pierwszy fragment barierki. Metal zgrzytnął po asfalcie, pozostawiając puste miejsce tam, gdzie jeszcze dwie godziny wcześniej Lena wypatrywała granatowej koszulki i numeru 2147.
Po raz pierwszy pomyślała nie o tym, gdzie Alicja mogła pójść.
Pomyślała o tym, kto nie pozwolił jej dobiec.
Słowa Kamila zawisły między nimi.
— Może nie chciała dobiec do mety.
Lena patrzyła na niego, próbując zrozumieć, co właściwie powiedział.
— Alicja trenowała sześć miesięcy — odpowiedziała. — Wstawała przed piątą, biegała w deszczu, odwoływała spotkania, bo następnego dnia miała długi trening. Dlaczego miałaby zejść z trasy kilometr przed końcem?
Kamil zacisnął usta.
— Nie wiem.
— Przed chwilą sugerowałeś, że zrobiła to celowo.
— Powiedziałem tylko, że mogła mieć powód.
— Jaki?
— Gdybym wiedział, już bym ci powiedział.
Komisarz Dębska obserwowała ich bez słowa. Stała kilka kroków dalej, z telefonem przy uchu, i czekała na potwierdzenie z kolejnego punktu medycznego.
Po chwili zakończyła rozmowę.
— Alicji Sawickiej nie przyjęto do żadnego z ambulansów zabezpieczających maraton — powiedziała. — Nie figuruje też wśród osób, którym udzielono pomocy na trasie.
— A szpitale? — zapytała Lena.
— Sprawdzamy.
— Ile to potrwa?
— Tyle, ile będzie musiało.
Lena odwróciła się w stronę mety.
Ostatni zawodnicy pojawiali się pojedynczo. Spiker próbował zachować entuzjazm, lecz jego głos brzmiał coraz bardziej mechanicznie. Wolontariusze podawali wodę ludziom, którzy przestali już walczyć o wynik i chcieli tylko dotrzeć do końca.
Alicji wśród nich nie było.
— Monitoring — powiedziała Lena.
Dębska spojrzała na nią.
— Co z nim?
— Na trasie są kamery. Transmisja internetowa, wozy realizacyjne, monitoring miejski. Jeżeli minęła punkt pomiarowy na czterdziestym kilometrze, musiała znaleźć się na którymś nagraniu.
— Organizator już zabezpiecza materiał.
— Chcę go zobaczyć.
— To nie jest kino.
— To moja siostra.
— Właśnie dlatego nie powinna pani analizować nagrań.
Lena zrobiła krok w jej stronę.
— Rozpoznam ją szybciej niż ktoś, kto ma przed sobą tysiące biegaczy.
— Mamy numer startowy.
— Numer może być zasłonięty. Ja rozpoznam sposób, w jaki biegnie, jej ubranie, opaskę na ręce. Wszystko.
Dębska przez chwilę nic nie mówiła.
Potem spojrzała na Kamila.
— Pan również?
— Trenowałem ją od dwóch lat.
— W takim razie chodźmy.
Kontener organizacyjny stał za strefą mety, pomiędzy samochodami technicznymi a rzędami przenośnych toalet.
W środku było duszno. Pachniało kawą, mokrymi ubraniami i plastikiem rozgrzanym przez sprzęt elektroniczny. Przy ścianach ustawiono monitory. Na jednych wyświetlały się tabele z wynikami, na innych obrazy z kamer rozmieszczonych na trasie.
Technik w granatowej bluzie odsunął puste kubki i zrobił miejsce przy głównym stanowisku.
— Numer zawodniczki? — zapytał.
— Dwa tysiące sto czterdzieści siedem — odpowiedziała Lena.
Wpisał numer do systemu.
Na ekranie pojawiły się dane Alicji.
Alicja Sawicka.
Kategoria K35.
Punkt dziesięć kilometrów: zaliczony.
Półmaraton: zaliczony.
Trzydzieści kilometrów: zaliczony.
Czterdzieści kilometrów: zaliczony.
Meta: brak.
— O której minęła czterdziesty kilometr? — zapytała Dębska.
— Ósma trzydzieści jeden i dwanaście sekund.
— Przewidywany czas na mecie?
Technik przejrzał międzyczasy.
— Około ósmej czterdzieści jeden. Może dwie minuty później, jeżeli zwolniła.
— A punkt na czterdziestym pierwszym kilometrze?
— Nie ma tam maty pomiarowej. Tylko kamera transmisyjna.
Dębska wskazała monitor.
— Proszę znaleźć nagranie.
Technik otworzył katalog z zapisem transmisji.
— Materiał z kamer nie jest opisany numerami zawodników. Musimy przewinąć do odpowiedniego czasu.
Obraz przyspieszył.
Kolorowy strumień biegaczy poruszał się wzdłuż barierek. Niektórzy jeszcze próbowali wyprzedzać, inni szli z rękami opartymi na biodrach. Ludzie stojący przy trasie krzyczeli, uderzali w dmuchane pałki i wyciągali telefony.
Lena patrzyła na ekran tak uważnie, że po kilku sekundach zaczęły boleć ją oczy.
— Wolniej — powiedziała.
Technik zmniejszył prędkość.
— Jeszcze.
Nagranie wróciło do normalnego tempa.
Kamil pochylił się nad monitorem.
— Tam.
Technik zatrzymał obraz.
W lewym rogu znajdowała się kobieta w czarnych spodenkach i jasnej koszulce. Numer startowy był częściowo zasłonięty przez pas biegowy, ale dwie ostatnie cyfry pozostawały widoczne.
Czterdzieści siedem.
— To Alicja — powiedziała Lena.
Nie miała wątpliwości.
Rozpoznała włosy związane wysoko z tyłu głowy. Opaskę na lewym nadgarstku. Sposób, w jaki Alicja lekko przechylała głowę w prawo, kiedy była zmęczona.
Technik uruchomił nagranie.
Alicja biegła.
Nie szła. Nie chwiała się. Nie wyglądała jak osoba, która za chwilę miała zrezygnować.
Jej krok był krótszy niż zwykle, ale równy.
— Jak wygląda? — zapytała Dębska.
— Jest zmęczona — odpowiedział Kamil. — Jednak na tym etapie każdy jest zmęczony.
— Mogła ukończyć bieg?
— Bez problemu.
Lena spojrzała na niego.
— Więc nie planowała zejść.
— Tego nie powiedziałem.
— W takim razie co powiedziałeś?
Kamil nie odpowiedział.
Na ekranie Alicja minęła kamerę.
Przez sekundę jej twarz znalazła się dokładnie naprzeciwko obiektywu. Nie patrzyła jednak w jego stronę.
Patrzyła w lewo.
— Cofnij — powiedziała Lena.
Technik cofnął nagranie o kilka sekund.
— Jeszcze raz.
Obraz ruszył.
Alicja biegła wzdłuż barierek. Kilka metrów przed kamerą odwróciła głowę. Jej wzrok zatrzymał się na czymś po drugiej stronie ulicy.
Potem przyspieszyła.
Nieznacznie, ale Lena to zauważyła.
— Kogoś zobaczyła — powiedziała.
— Albo usłyszała, że ktoś ją woła — odparła Dębska.
— Możemy zobaczyć drugą stronę?
Technik pokręcił głową.
— Kamera obejmuje wyłącznie trasę. Po lewej stronie stoi wóz transmisyjny. Zasłania chodnik.
— Jest inne ujęcie?
— Sprawdzę.
Otworzył kolejne okno. Tym razem obraz pochodził z kamery ustawionej kilkaset metrów dalej, przy ostatnim zakręcie przed prostą prowadzącą do mety.
Zawodnicy pojawiali się w górnej części kadru, skręcali w prawo, a potem biegli w stronę centrum.
Technik przesunął nagranie do ósmej trzydzieści sześć.
— Jeżeli utrzymała tempo, powinna być tutaj po około minucie.
Minęła minuta.
Potem druga.
Na ekranie pojawiali się biegacze, którzy wcześniej znajdowali się za Alicją. Lena rozpoznawała ich ubrania. Mężczyzna w zielonej koszulce. Kobieta z różową czapką. Starszy zawodnik biegnący z polską flagą.
Alicji nie było.
— Może kamera jej nie uchwyciła — powiedział Kamil.
— Obejmuje całą szerokość ulicy — zauważyła Dębska.
Technik przewinął jeszcze kilka minut.
Numer 2147 nie pojawił się w kadrze.
Sprawdzili trzecią kamerę, ustawioną bliżej mety.
Potem czwartą.
Alicja zniknęła pomiędzy czterdziestym pierwszym kilometrem a ostatnim zakrętem.
Na odcinku krótszym niż pięćset metrów.
— Co tam się znajduje? — zapytała Dębska.
Technik otworzył mapę trasy.
— Hotel. Dwa budynki biurowe. Wjazd do garażu podziemnego i przejście techniczne używane przez obsługę maratonu.
— Czy zawodnik może zejść z trasy?
— Teoretycznie nie. Są barierki.
— Teoretycznie?
— Przy hotelu pozostawiliśmy przejazd dla karetek. Pilnują go wolontariusze.
Lena ponownie spojrzała na zatrzymany obraz Alicji.
Była kilometr od mety.
Biegła.
A później po prostu przestała istnieć.
— Pokaż wcześniejszy fragment — powiedziała. — Ten, na którym mija kamerę.
Technik wrócił do pierwszego nagrania.
— Od którego momentu?
— Trzydzieści sekund wcześniej.
Obraz ruszył.
Alicja pojawiła się między innymi zawodnikami. Za nią biegł mężczyzna w zielonej koszulce. Dalej kobieta z różową czapką i dwóch zawodników w identycznych strojach klubowych.
Lena patrzyła na każdy szczegół.
Na twarze kibiców.
Na ręce wyciągające kubki.
Na wolontariusza przesuwającego barierkę.
— Stop.
Technik zatrzymał obraz.
— Co pani widzi? — zapytała Dębska.
Lena wskazała prawy brzeg ekranu.
Pomiędzy flagą sponsora a grupą kibiców stał mężczyzna w jaskrawej kamizelce.
Nie znajdował się na trasie. Stał po zewnętrznej stronie barierek, częściowo zasłonięty przez reklamowy baner.
— Obsługa medyczna — powiedział technik.
— Cofnij o dziesięć sekund.
Mężczyzny nie było.
— Teraz do przodu.
Pojawił się nagle, jakby wyszedł zza samochodu transmisyjnego.
Nie patrzył na biegaczy.
Patrzył na Alicję.
— Możesz powiększyć? — zapytała Lena.
Technik zaznaczył fragment obrazu. Sylwetka stała się większa, lecz twarz pozostała rozmazana.
Mężczyzna miał ciemną czapkę z daszkiem. Jaskrawą kamizelkę z odblaskowymi pasami i czarne spodnie. Nie było widać żadnego logo ani identyfikatora.
— Ratownicy wyglądają tak samo? — zapytała Dębska.
— Mniej więcej. Zależy od zespołu.
— Mniej więcej nie wystarczy.
Technik przyjrzał się obrazowi.
— Kamizelka jest właściwa. Takich używa obsługa medyczna.
Kamil stanął bliżej monitora.
— Nie ma plecaka.
— Co?
— Ratownicy rozstawieni na trasie mają plecaki albo torby. Widziałem ich rano. Każdy miał wyposażenie.
Technik wzruszył ramionami.
— Może zostawił je w punkcie.
Lena patrzyła na dłonie mężczyzny.
Obie miał puste.
Nie trzymał radiotelefonu. Nie miał słuchawek. Przy pasku nie było apteczki ani butelki z wodą.
— On nie obserwuje trasy — powiedziała. — Obserwuje ją.
Dębska zmrużyła oczy.
— Na podstawie jednego nieruchomego kadru?
— Puść dalej.
Nagranie ruszyło.
Alicja zbliżyła się do kamery.
Mężczyzna w kamizelce odsunął się od barierek i zaczął iść w tym samym kierunku. Nie wszedł na trasę. Poruszał się chodnikiem, równolegle do biegaczy.
Kiedy Alicja odwróciła głowę w lewo, on przyspieszył.
Chwilę później wóz transmisyjny zasłonił go całkowicie.
— Następna kamera powinna go uchwycić — powiedziała Dębska.
Technik otworzył drugie nagranie.
Przesunął je do tego samego czasu.
Mężczyzny nie było.
— Ani jego, ani Alicji — zauważyła Lena.
— Mógł zostać przy pierwszym punkcie.
— Nie został.
— Skąd pani wie?
Lena wskazała na ekran.
— Bo odchodził.
Dębska poprosiła o ponowne odtworzenie materiału.
Oglądali go bez słowa.
Alicja pojawiała się w kadrze.
Mężczyzna wychodził zza samochodu.
Patrzył.
Czekał.
Ruszał dopiero wtedy, kiedy się zbliżała.
Za trzecim razem Lena zauważyła coś jeszcze.
— Jego kamizelka.
— Co z nią? — zapytał Kamil.
— Jest za duża.
— I?
— Nie ma jej zapiętej. Trzyma ją jedną ręką, żeby nie zsunęła się z ramienia.
Technik powiększył obraz.
Odblaskowy materiał rzeczywiście wisiał na mężczyźnie luźno. Dolna krawędź sięgała niemal do połowy uda.
— Mógł dostać zły rozmiar — powiedział.
— Albo nie była jego — odparła Lena.
Dębska spojrzała na technika.
— Czy można sprawdzić, kto pracował na tym odcinku?
— Powinna być lista wolontariuszy i zespołów medycznych.
— Powinna?
— Rejestry są w drugim kontenerze. Obsługuje je koordynator zabezpieczenia.
— Proszę je przynieść.
Technik zawahał się.
— Teraz większość ludzi się rozchodzi. Część zespołów już wyjechała.
— Tym bardziej proszę się pospieszyć.
Mężczyzna wstał od stanowiska, ale Lena go zatrzymała.
— Kamizelki mają numery?
— Nie wszystkie.
— Ta ma.
Technik pochylił się nad monitorem.
Na materiale odblaskowym, tuż przy dolnej krawędzi, znajdował się ciemny prostokąt. Powiększył obraz jeszcze bardziej i poprawił kontrast.
Pojawiły się dwie cyfry.
Jedynka i czwórka.
— Czternaście — powiedziała Lena.
Dębska zapisała numer w telefonie.
— Potrzebuję nazwiska osoby, której ją wydano.
— Jeżeli kamizelka pochodzi z naszego depozytu, będzie w rejestrze.
— A jeżeli nie pochodzi?
Technik nie odpowiedział.
Dębska wskazała ekran.
— Proszę również przygotować listę wszystkich osób pracujących pomiędzy czterdziestym pierwszym kilometrem a hotelem. Wolontariuszy, ratowników, ochronę i obsługę techniczną. Chcę wiedzieć, czy ktokolwiek widział zawodniczkę z numerem 2147.
— To może potrwać.
— Ma pan dziesięć minut.
— Samo zebranie danych zajmie dłużej.
— W takim razie niech pan zacznie teraz.
Technik skopiował nagrania na pendrive i wyszedł.
Drzwi kontenera zamknęły się za nim.
Kamil usiadł przy stole.
Jeden z wolontariuszy postawił przed nim kubek kawy, lecz trener nawet na niego nie spojrzał.
Na monitorze pozostawała zatrzymana twarz Alicji.
Kilometr przed metą.
Żywa.
Biegnąca.
Pozornie bezpieczna.
— Kamery nie kłamią — powiedziała Dębska.
Lena patrzyła na mężczyznę w kamizelce, którego niemal nie było widać na brzegu kadru.
— Kamery nie — odpowiedziała. — Ale obraz potrafi.
Technik wrócił po czterdziestu minutach.
Nie zapukał. Wszedł do kontenera jak ktoś, kto nie ma już pewności, czy w ogóle powinien tu wracać. W ręku trzymał wydrukowaną listę i pendrive.
— Mam dane — powiedział krótko.
Dębska od razu wstała.
— Wszystkie osoby z odcinka?
— Wolontariusze, ratownicy, obsługa techniczna. I rejestr wydanych kamizelek.
Lena podeszła bliżej stołu.
Kamil nadal siedział w tym samym miejscu. Nie dotknął kawy, która zdążyła wystygnąć do końca.
Technik rozłożył kartki.
— Na tym fragmencie trasy pracowało dwudziestu siedmiu wolontariuszy. Sześciu ratowników medycznych. Dwa patrole ochrony. I jeden zespół techniczny od barierek.
— I? — zapytała Dębska.
— I nikt nie zgłaszał interwencji przy zawodniczce z numerem 2147.
W kontenerze zapadła cisza.
Lena poczuła, jak napięcie w jej karku zmienia się w coś cięższego. Nie było już tylko niepokoju. Była struktura. Luka, która zaczynała mieć kształt.
— A kamizelki? — zapytała.
Technik podał jej drugi wydruk.
— Wydano dwadzieścia osiem. Zwrócono dwadzieścia siedem.
Dębska uniosła wzrok.
— Jedna brakuje.
— Tak.
Kamil wstał gwałtownie.
— To nic nie znaczy. Mogła się zgubić. Ktoś mógł jej nie oddać.
— Kamizelki są numerowane — powiedział technik. — Każda ma przypisany identyfikator i osobę.
Lena przejęła kartkę.
Przesuwała palcem po nazwiskach, aż zatrzymała się na końcu listy.
— Numer 14 — powiedziała cicho.
Dębska spojrzała jej przez ramię.
— „Kamizelka medyczna 14. Wydana: brak przypisania. Status: rezerwowa.”
— Rezerwowa? — powtórzyła Lena.
— Mieliśmy jedną zapasową — wyjaśnił technik. — Na wypadek uszkodzenia albo zagubienia. Była w depozycie sprzętu.
— Kto miał do niej dostęp?
— Koordynator medyczny i ja. I… — zawahał się — i ochrona przy punkcie technicznym.
Dębska od razu sięgnęła po telefon.
— Imię koordynatora.
— Doktor Marek Wolski.
Lena poczuła, jak coś w jej głowie układa się w niepokojący wzór.
— A ochrona?
— Firma zewnętrzna. „Secura Event”.
— Sprawdźcie ich wszystkich — powiedziała Dębska do słuchawki. — Każdego, kto miał dostęp do zapasowej kamizelki.
Odłożyła telefon i spojrzała na Lenę.
— To jeszcze nie dowód.
— Nie — przyznała Lena. — Ale to pierwszy element, który nie jest przypadkiem.
Kamil zrobił krok w stronę stołu.
— To absurd. Mówicie o kimś, kto przebrał się za ratownika na maratonie. W środku miasta. Przy tysiącach ludzi.
— Właśnie dlatego to działa — odpowiedziała Lena.
Nie patrzyła na niego. Patrzyła na wydruk.
Na numer 14.
Na brak przypisania.
Na lukę, która nie powinna istnieć.
Dębska zebrała dokumenty.
— Musimy wrócić na trasę.
— Teraz? — zapytał technik.
— Natychmiast.
Na zewnątrz powietrze było cięższe niż wcześniej.
Maraton już się skończył, ale miasto nadal wyglądało jak po wydarzeniu, które nie zdążyło się jeszcze rozpaść. Barierki stały krzywo, taśmy odgradzające trzepotały na wietrze. Na asfalcie wciąż było widać ślady kredy i rozlane izotoniki.
Lena szła obok Dębskiej.
Kamil został w kontenerze. Nie protestował. Nie próbował ich zatrzymać. Tylko patrzył, jak wychodzą.
— Jeśli to był ktoś z zewnątrz — powiedziała Dębska — to musiał znać trasę.
— Albo ją obserwował — dodała Lena.
— Albo miał dostęp do organizacji.
Zatrzymały się przy przejściu technicznym, o którym wcześniej mówił technik.
Metalowa brama była uchylona. Ktoś zostawił ją niedomkniętą.
— To tutaj — powiedziała Lena.
Dębska spojrzała na podjazd hotelowy.
— Sto pięćdziesiąt metrów martwej strefy.
— I kamera, która nie widzi wszystkiego.
Ruszyły dalej.
Podjazd był pusty. Tylko wiatr przesuwał papierowe kubki i fragmenty folii po ziemi. Hotel wyglądał na zamknięty, choć w kilku oknach paliło się światło.
Lena zatrzymała się w połowie drogi.
— Tu.
— Co?
— To tutaj zniknęła z obrazu.
Dębska rozejrzała się.
— Nie ma śladów.
— Bo minęło kilka godzin.
— Albo nic się tu nie wydarzyło.
Lena nie odpowiedziała.
Patrzyła na miejsce, które kamera przestała widzieć dokładnie w tym samym momencie, w którym Alicja zniknęła z nagrania.
W hotelowym lobby panował półmrok.
Recepcjonistka podniosła wzrok znad telefonu dopiero, gdy Dębska pokazała legitymację.
— Policja. Potrzebujemy nagrań z monitoringu.
— Z maratonu? — kobieta zmarszczyła brwi. — My nie mamy nic wspólnego z organizacją.
— Wasz podjazd był częścią trasy.
Recepcjonistka zawahała się.
— Muszę zadzwonić do kierownika.
— Proszę.
Czekali pięć minut.
Lena stała nieruchomo, obserwując ekran za recepcją. Przewijały się na nim obrazy z kamer: parking, wejście boczne, podjazd.
Dębska nie spuszczała wzroku z kobiety.
Kiedy kierownik w końcu się pojawił, był zdenerwowany.
— Co dokładnie państwo potrzebują?
— Nagrania z ostatnich trzech godzin.
— To niemożliwe. System nadpisuje obraz co dwie godziny.
Lena poczuła, jak coś w niej opada.
— Czyli nie ma nic?
— Został tylko fragment z recepcji i parkingu.
Dębska zacisnęła szczękę.
— Pokażcie.
Obraz był słabej jakości.
Parking, kilka samochodów, ludzie wychodzący z hotelu. Nic, co mogłoby przyciągnąć uwagę.
Lena patrzyła uważnie, aż w końcu zobaczyła ruch.
— Stop.
Na ekranie pojawiła się sylwetka.
Mężczyzna w jaskrawej kamizelce.
Dębska natychmiast kazała powiększyć obraz.
Twarz była częściowo zasłonięta, ale kamizelka była wyraźna.
Numer 14.
Lena poczuła, jak jej oddech się zmienia.
— To on.
Mężczyzna przeszedł przez parking spokojnym krokiem. Nie biegł. Nie oglądał się za siebie. Niósł coś w ręce — małą torbę, której wcześniej nie było widać.
— Kiedy to było? — zapytała Dębska.
Kierownik spojrzał na zegar systemowy.
— Około dwudziestu minut po tym, jak ostatni zawodnicy minęli hotel.
Lena nie odrywała wzroku od ekranu.
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę przy bocznym wyjściu.
I zniknął za rogiem budynku.
— I co jest za tym wyjściem? — zapytała cicho.
Kierownik zawahał się.
— Stara droga serwisowa. Prowadzi do zaplecza technicznego i dalej do lasu.
Dębska spojrzała na Lenę.
— Jeśli tam poszedł…
— To nie wrócił główną trasą — dokończyła Lena.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Tym razem nikt jej nie przerywał.
Bo wszyscy widzieli to samo.
Człowieka, który nie powinien istnieć w systemie.
I miejsce, w którym kamera przestała patrzeć dokładnie wtedy, kiedy było to najbardziej potrzebne.
Podkomisarz Jan Krawiec przyjechał do hotelu, kiedy Dębska po raz trzeci oglądała mężczyznę w kamizelce numer 14.
Nie wszedł od strony lobby. Obszedł budynek, przeszedł przez parking i zatrzymał się przy bocznym wyjściu, za którym zaczynała się stara droga serwisowa. Dopiero później pojawił się w pomieszczeniu ochrony.
Miał czterdzieści dwa lata, pogniecioną koszulę i twarz człowieka, którego obudzono po zbyt krótkim śnie. Zamiast się przedstawić, położył na biurku telefon z włączonym stoperem.
— Od miejsca, w którym zawodniczka zniknęła z pierwszej kamery, do tego wejścia szedłem dwie minuty i jedenaście sekund — powiedział. — Nie biegłem. Nie znałem drogi. Dwa razy się zatrzymałem.
Dębska wskazała Lenę.
— Siostra zaginionej. Lena Sawicka.
Jan skinął głową, ale nie wyciągnął ręki.
— Ostatni potwierdzony odczyt?
— Czterdziesty pierwszy kilometr. Trzy godziny, dwie minuty, czternaście sekund — odpowiedziała Lena.
— Tempo na ostatnich pięciu kilometrach?
— Około czterech minut dwudziestu sekund na kilometr.
Jan spojrzał na plan trasy przypięty do ściany.
— Czyli od maty pomiarowej do przejścia technicznego potrzebowała mniej niż minutę.
Nie pytał, skąd Lena zna tempo siostry. Sam liczył bez kalkulatora.
Dopiero wtedy zauważyła jego buty. Czarne, niepasujące do reszty stroju buty biegowe, mocno starte po zewnętrznych krawędziach. Kiedy pochylił się nad monitorem, na jego nadgarstku mignął sportowy zegarek. Ekran był wygaszony.
— Jan przez kilkanaście lat biegał maratony — wyjaśniła Dębska. — Zna organizację takich imprez.
— Biegałem — poprawił ją.
Powiedział to tak, jak mówi się o kimś zmarłym.
Trzy lata wcześniej kardiolog zabronił mu startów po wykryciu zaburzeń rytmu serca. Jan nadal kupował buty do biegania, nadal sprawdzał wyniki dużych maratonów i nadal potrafił bez zastanowienia przeliczyć tempo na przewidywany czas. Nie biegał jednak ani kilometra. Jakby bał się, że jeden krok automatycznie uruchomi wszystkie następne.
Usiadł przed monitorem.
— Od początku.
Kierownik hotelu uruchomił nagranie.
Na ekranie mężczyzna w kamizelce numer 14 przechodził przez parking, niosąc małą torbę. Zatrzymywał się przy bocznym wyjściu i znikał za rogiem budynku.
Jan obejrzał fragment raz. Potem drugi, bez powiększenia.
— Skąd pewność, że to ten sam człowiek, który szedł za Alicją?
— Kamizelka — powiedziała Lena. — Numer 14.
— Kamizelkę można przekazać.
— Sylwetka też się zgadza — dodała Dębska.
— Sylwetka mężczyzny średniego wzrostu w luźnej bluzie zgadza się z połową miasta.
Lena poczuła pierwsze uderzenie złości.
— Przyszedł pan tu po to, żeby podważyć wszystko, co znaleźliśmy?
Jan spojrzał na nią spokojnie.
— Przyszedłem ustalić, czego naprawdę dowodzi nagranie. Jeśli uznamy za pewnik coś, co pewnikiem nie jest, zaczniemy szukać niewłaściwego człowieka.
— A jeśli stracimy czas na podważanie, możemy nie znaleźć żadnego.
— Dlatego nie będziemy tracić czasu.
Odwrócił się do kierownika.
— Chcę plany przeciwpożarowe, wykaz wszystkich wejść do garażu i informację, które zamki były dziś wyłączone. Potrzebuję też nazwiska administratora monitoringu.
— Przecież mówiłem, że nagrania się nadpisały.
— Powiedział pan, że nadpisuje się system hotelowy. Nie pytałem o system garażu.
Kierownik milczał.
Jan przesunął wzrok na małe okna podglądu widoczne w rogu ekranu.
— Parking ma szlaban, automat biletowy i osobną kamerę rozpoznającą tablice. Kto nim zarządza?
— Firma zewnętrzna.
— Właśnie.
Plany budynku przyniesiono po dziesięciu minutach.
Jan rozłożył je na biurku i przycisnął rogami kubkami po kawie. Hotel powstał w dwóch etapach. Starsza część kończyła się przy podjeździe, nowsza obejmowała salę konferencyjną oraz dwupoziomowy garaż. Pomiędzy nimi biegł wąski korytarz techniczny, którego nie było na uproszczonym planie trasy.
— Tutaj — powiedział Jan.
Jego palec zatrzymał się na drzwiach oznaczonych symbolem E-3.
— Wyjście ewakuacyjne — wyjaśnił kierownik.
— Dokąd prowadzi?
— Do korytarza dostaw. Potem można zejść schodami do garażu albo wyjść na drogę serwisową.
— Czy od zewnątrz da się je otworzyć?
— Normalnie tylko kartą.
— A dzisiaj?
Kierownik poprawił okulary.
— Organizator poprosił o odblokowanie przejścia na czas biegu. Ratownicy musieli mieć dostęp do podjazdu.
— Kto wydał zgodę?
— Ja.
— Kto wiedział, że drzwi będą otwarte?
— Obsługa hotelu, koordynator maratonu, ochrona. To nie była tajemnica.
Jan popatrzył na Dębską.
— Czyli z trasy można było wejść do garażu bez karty, bez alarmu i bez przechodzenia przez lobby.
— Ale przy przejściu stali wolontariusze — przypomniała.
— Stali po stronie trasy. Mężczyzna miał kamizelkę medyczną.
Lena wyobraziła sobie Alicję zwalniającą przy barierce. Mężczyznę, który mówi, że zauważył coś niepokojącego. Może prosi ją, żeby zeszła na chwilę. Może twierdzi, że ktoś czeka w punkcie medycznym.
Po czterdziestu jeden kilometrach człowiek nie myśli tak samo jak rano. Zawęża świat do kilku kolejnych kroków, oddechu, bólu i głosu, który mówi mu, co ma zrobić. Alicja była doświadczona, ale również zmęczona. Kamizelka mogła wystarczyć.
— Pokażcie mi te drzwi — powiedział Jan.
Najpierw jednak kazał im wrócić na trasę.
Noc zdążyła przykryć ostatni kilometr. Zniknęła większość barierek, lecz na mokrym asfalcie pozostały jaśniejsze prostokąty po ich podstawach. Pracownicy zwijali przewody i odklejali ze słupów oznaczenia trasy. Nikt już nie dopingował. Nie było muzyki ani głosu spikera. Bez tłumu odcinek wydawał się krótszy i bardziej zwyczajny.
Jan stanął w miejscu, w którym kończył się obraz z kamery numer siedemnaście.
— Pani zostanie przy przejściu — powiedział do Leny.
— Po co?
— Chcę sprawdzić, kiedy mnie pani zobaczy.
Ruszył wzdłuż śladów po barierkach. Nie biegł, ale przyjął rytm zmęczonego zawodnika: krótkie kroki, lekko pochylona sylwetka, ramiona blisko ciała. Lena dostrzegła go dopiero wtedy, gdy znalazł się kilkanaście metrów od niej. Wcześniej zasłaniał go łuk podjazdu oraz wysoka ściana reklamowa.
Jan zatrzymał stoper.
— Pięćdziesiąt osiem sekund.
Dębska podeszła do niego.
— Alicja mogła pokonać ten odcinek szybciej.
— Mogła. Ale wystarczyło, że ten człowiek odezwał się do niej dwa razy. Pierwszy raz przy kamerze, drugi tutaj.
Wskazał miejsce, w którym barierka była tego dnia przerwana. Lena spróbowała wyobrazić sobie scenę bez wiedzy o tym, co wydarzyło się później. Ratownik podchodzi do zawodniczki. Pyta, czy wszystko w porządku. Dotyka jej ramienia albo każe zatrzymać się na kontrolę. Prowadzi ją do przejścia, za którym podobno czeka lekarz.
Żaden kibic nie krzyczy. Żaden wolontariusz nie reaguje.
Wszyscy widzą pomoc.
— Martwe pole nie miało dwustu metrów — powiedział Jan. — Tyle jest między kamerami. Ale obie patrzą pod kątem, a ten baner zasłania wyjście. Rzeczywisty odcinek, na którym człowiek znika całkowicie, ma trzydzieści siedem metrów.
— To jeszcze mniej — zauważyła Dębska.
— Wystarczająco. W tłumie trzydzieści siedem metrów może nie istnieć.
Podszedł do przejścia i spojrzał w stronę punktu pomiarowego. Stąd pierwszej kamery prawie nie było widać. Jej wysięgnik zlewał się z latarnią.
— Ktoś, kto wybrał to miejsce, nie zrobił tego na podstawie mapy — powiedział. — Musiał tu stanąć. Sprawdzić kąty. Zobaczyć trasę dokładnie tak, jak my teraz.
Potem odwrócił się w stronę hotelu.
— A następnie musiał sprawdzić, co znajduje się za drzwiami.
Korytarz dostaw pachniał detergentem i wilgotnym betonem. Światło zapalało się odcinkami, reagując na ich ruch. Po lewej znajdowały się drzwi do hotelowej pralni, po prawej metalowe schody prowadzące na poziom minus jeden.
Jan zatrzymał się pod sufitem.
— Kamera.
Niewielka czarna kopułka była skierowana na bramę oddzielającą korytarz od garażu.
Kierownik spojrzał w górę.
— Należy do operatora parkingu.
— Obejmuje schody?
— Powinna.
— Powinna czy obejmuje?
Nikt nie odpowiedział.
Jan stanął w miejscu, w którym zaczynały się stopnie. Kamera była skierowana dokładnie na niego.
— Gdyby Alicja weszła tutaj z trasy, musiałaby znaleźć się w kadrze.
— Chyba że poszła drogą serwisową — powiedziała Dębska.
— Wtedy zobaczyłaby ją kamera parkingowa, którą już oglądaliście. Na nagraniu był tylko mężczyzna.
Lena zeszła kilka stopni. Za metalową bramą widziała rzędy samochodów i zimne światło jarzeniówek. Z tego miejsca nie docierał żaden dźwięk ulicy. Maraton mógł odbywać się kilkadziesiąt metrów dalej, a pod ziemią nikt nie usłyszałby krzyku.
Na ścianie obok schodów stała wysoka plansza reklamowa na kółkach. Przedstawiała filiżankę kawy i napis zachęcający do skorzystania z hotelowego bufetu.
Jan przyjrzał się jej, lecz nic nie powiedział.
Administrator parkingu połączył się z nimi zdalnie. Twierdził, że system zapisuje wyłącznie zdarzenia wykryte przez czujnik ruchu, ale przechowuje je przez dwadzieścia cztery godziny. Po otrzymaniu zgody policji wysłał pliki z trzech kamer.
Pierwsza pokazywała wjazd do garażu.
Druga szlaban.
Trzecia korytarz przy schodach.
Na liście widniało siedemnaście klipów z czasu trwania maratonu. Większość miała po kilka lub kilkanaście sekund. Jan polecił skopiować wszystkie, razem z metadanymi, zanim ktokolwiek je otworzy.
— Musimy zachować oryginały — powiedział. — Jeśli ktoś ingerował w system, ślad może znajdować się nie na obrazie, tylko w pliku.
Kiedy kopia była gotowa, uruchomił nagranie z korytarza.
Pierwszy klip pokazywał pracownika hotelu ciągnącego kosz z brudną pościelą.
Drugi — kobietę w uniformie, która zeszła do garażu i po chwili wróciła z kartonem.
Trzeci zaczynał się od pustych schodów.
Po dwóch sekundach cały obraz zasłoniła filiżanka kawy.
Plansza reklamowa znalazła się tak blisko obiektywu, że litery straciły ostrość. Kamera nadal działała. W prawym dolnym rogu zmieniał się czas. Na powierzchni planszy przesuwał się słaby refleks jarzeniówki.
— Ktoś ją przestawił — powiedziała Dębska.
Jan nie odpowiedział.
Patrzył na licznik.
Po kilkunastu sekundach plansza lekko zadrżała, jakby ktoś trzymał ją po drugiej stronie. Potem znów znieruchomiała.
Minęła minuta.
Lena słyszała własny oddech.
Po minucie i trzydziestu czterech sekundach plansza odjechała. Najpierw pojawiła się wąska smuga światła, potem fragment schodów, a w końcu cały pusty korytarz.
Klip zakończył się niemal natychmiast.
— Puść jeszcze raz — powiedział Jan.
Za drugim razem włączył stoper.
Zatrzymał go, gdy kamera odzyskała widok.
01:34.
— Dziewięćdziesiąt cztery sekundy — powiedział.
Lena spojrzała na schody widoczne na ekranie.
— Czy w tym czasie przeszła tamtędy Alicja?
— Tego nagranie nie pokaże.
— Więc po co ktoś zasłaniał kamerę?
Jan przewinął materiał klatka po klatce. W chwili, gdy plansza zbliżała się do obiektywu, przy dolnej krawędzi obrazu pojawiła się dłoń w czarnej rękawiczce. Przy odsuwaniu nie było widać nikogo.
— Bo nie chciał, żebyśmy zobaczyli, kto korzysta ze schodów — odpowiedział.
— Mężczyzna z kamizelki?
— Nie mógł jednocześnie iść za pani siostrą i stać tutaj.
Zdanie zawisło między nimi.
Dębska pierwsza zrozumiała jego znaczenie.
— Było ich co najmniej dwóch.
Jan skinął głową.
— Jeden prowadził Alicję z trasy. Drugi czekał w środku.
Lena oparła dłoń o biurko. Przez kilka godzin próbowała wyobrazić sobie jednego człowieka, jedną decyzję, jeden moment, w którym Alicja zeszła z trasy. Dwóch ludzi oznaczało plan. Przygotowanie. Podział ról.
Nie przypadkowego napastnika, który zobaczył okazję.
Kogoś, kto wiedział, że właśnie tego dnia Alicja będzie na tym odcinku.
— Sprawdź czas — powiedział Jan.
