Nie wiesz wszystkiego - Marcel Moss - ebook
BESTSELLER

Nie wiesz wszystkiego ebook

Marcel Moss

4,3

193 osoby interesują się tą książką

Opis

TEGO DNIA NIE IDĘ DO SZKOŁY. WRACAM DO DOMU I ZAMYKAM SIĘ W SYPIALNI. ODEBRANO MI WSZYSTKO, CO BYŁO DLA MNIE WAŻNE. NIE MAM JUŻ NIC.

Uczniami prestiżowego warszawskiego liceum wstrząsa wiadomość o śmierci dwojga uczniów. Otylia – szkolny wyrzutek i niedoszła samobójczyni. Alan – najpopularniejszy uczeń w liceum i kapitan drużyny siatkówki. Nie znali się, pochodzili z innych środowisk, ale z jakiegoś powodu oboje spotkali się w nocy na dachu opuszczonej hali i skoczyli, umierając na miejscu.

Opinia publiczna szybko wydaje wyrok i oskarża Otylię o nakłonienie Alana do samobójstwa. Jej najlepsza przyjaciółka Marta nie wierzy, że dziewczyna byłaby do tego zdolna. Pewnego dnia ktoś wysyła wiadomość, która staje się początkiem zabawy w kotka i myszkę z osobą, która zna prawdę i zamierza ją ujawnić na własnych warunkach.

LUDZIE W SZKOLE MYŚLĄ, ŻE NIE MIAŁ WAD, ALE JA ZNAM PRAWDĘ. WIEM, CO ZROBIŁ, I WCIĄŻ NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiejsza młodzież jest nierozumiana i wystawiana na wiele zagrożeń. Żyjemy w czasach, w których nastolatkowie muszą się zmagać z ogromną presją i wygórowanymi oczekiwaniami.

Rywalizacja jest teraz bardzo zacięta. Wszyscy marzą o tym, by wyróżnić się w ślepo podążającym za tym samym tłumie. Social media tworzą wizję idealnego świata, która tylko nasila kompleksy młodych, uzmysławia im, że nie mogą okazywać słabości, i sprawia, że pragną czegoś, co nie istnieje.

Kreowana w internecie iluzja sprawia, że młodzi są niezadowoleni ze swojego życia. Nastolatkowie tłumią w sobie emocje, z którymi ewidentnie sobie nie radzą.

Dorośli nie rozumieją swoich dzieci. Oczekują od nich coraz więcej i są przekonani, że dzisiejsza młodzież nie ma praktycznie żadnych zmartwień.

 

 

 

 

PROLOG

 

MARTA

 

W dniu śmierci moja najlepsza przyjaciółka Otylia Kumin ma na sobie swoją ulubioną czerwono-czarną spódniczkę w kratkę. Gdy po raz pierwszy przyszła w niej do szkoły, nie minęło pół godziny, a już dostała wezwanie do gabinetu dyrektora. To prawda, wygląda w niej wyzywająco, ale właśnie taka jest Otylia. Przez długi czas próbowałam zrozumieć, jak dziewczyna, która ma za sobą tyle traumatycznych przeżyć, może się zachowywać i ubierać w ten sposób. To trochę tak, jakby igrała z losem i próbowała za wszelką cenę ściągnąć na siebie kłopoty.

A może Otylia lubi kłopoty i nie zamierza wyciągać wniosków z przeszłości?

Idzie z podniesioną głową wzdłuż ciemnej ulicy na obrzeżach Warszawy w kierunku starej, nieużywanej hali produkcyjnej. Czasem zza któregoś płotu zaszczeka na nią pies, jakby wyczuwał zbliżającą się tragedię. Nie może jednak powstrzymać Otylii. Moja przyjaciółka wszystko sobie zaplanowała. Nie ma odwrotu. Miesiącami układała w głowie misterny plan odebrania sobie życia i tylko czekała na odpowiedni moment, by go zrealizować. Wybrała ostatnią środę września.

Okrąża halę i znajduje zewnętrzne metalowe schody prowadzące na dach. Przechodzi pod grubym, prowizorycznie obwiązanym wokół dwóch słupków łańcuchem i ostrożnie pokonuje każdy stopień, trzymając się mocno metalowej poręczy. W końcu dociera na dach. Staje na krawędzi i rozgląda się dookoła. Niebawem wybije północ. W większości domów, które od hali dzieli może sto metrów, nie pali się już światło. Nie ma szans, by o tej porze ktoś obcy kręcił się w pobliżu i ją zauważył. Nikt nie zadzwoni nagle po policję i nie udaremni jej planu. Otylia nie musi się więc spieszyć ze skokiem.

I tak nie zamierza robić tego od razu. Czeka na kogoś.

– Przepraszam za spóźnienie – mówi Alan Zajdel, najpopularniejszy uczeń w szkole, i dosiada się do Otylii. – Długo czekasz?

– Jakieś piętnaście minut – odpowiada dziewczyna. – Ładnie tu o tej porze, prawda?

Wpatrują się w spowite mrokiem przedmieścia Warszawy. Alan stara się zapamiętać każdy szczegół, jakby to miało jakieś znaczenie… Przecież za chwilę i tak zniknie.

– Zimno – zauważa chłopak. Cały drży.

– Nie przesadzaj. – Otylia ostentacyjnie rozpina skórzaną kurtkę. – Czuję, jakbym miała zaraz spłonąć.

– Może to z ekscytacji? – sugeruje Alan.

– Pewnie tak – kłamie Otylia.

Moja przyjaciółka dobrze wie, jakie uczucia towarzyszą człowiekowi w ostatnich chwilach przed samobójstwem. Zamyka oczy i cofa się do wspomnień sprzed niecałych pięciu lat. Ogarnia ją obezwładniający chłód, który z każdą sekundą pozbawia ją czucia w kolejnych kończynach. Zupełnie jakby jej ciało się buntowało i krzyczało: „Nie rób tego! Opamiętaj się! Daję ci ostatnią szansę!”.

Otylia przyzwyczaiła się do zimna. Z czasem nawet je polubiła.

– Boisz się? – pyta swojego towarzysza. – Tak… boisz się. Widzę to w twoich oczach.

Alan nie odpowiada. Patrzy przed siebie i unika spojrzenia Otylii. Zaciska zęby i napina mięśnie w całym ciele. Zaraz będzie po wszystkim.

– Jak to jest? – odzywa się po dłuższej chwili. – Jakie to uczucie?

– Chodzi ci o umieranie? – dopytuje Otylia. – Całkiem przyjemne. To trochę tak, jakbyś w środku zimy wziął gorącą kąpiel, a potem cały mokry wyszedł przed dom. Trzeba wytrzymać kilka sekund szoku, a później jest już z górki.

Po raz pierwszy targnęła się na swoje życie, kiedy rodziców nie było w domu. Wyszli tylko na godzinę. Pojechali do sklepu ogrodniczego po nowe sadzonki. Otylia nie mogła zmarnować takiej okazji. Nie wydziwiała. Zamknęła się w łazience, usiadła w pustej wannie i podcięła sobie żyły na nadgarstkach. Płakała, wpatrując się w sufit i czekając, aż obraz przed jej oczami zacznie się rozmywać. Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła. Ocknęła się dopiero w sali szpitalnej. Gdy zobaczyła siedzącą przy łóżku matkę, chciało jej się wyć z wściekłości.

Przecież miało być już po wszystkim.

Tym razem matka jej nie przeszkodzi. Pewnie nawet nie przeczuwa, co zamierza zrobić jej jedyna córka.

– Otylia… – szepcze Alan. – Zrobisz coś dla mnie?

– Co? – Dziewczyna przysuwa się do chłopaka.

– Pocałuj mnie. Proszę. Chcę to poczuć ostatni raz.

Całują się powoli i czule na tle nocnego nieba. Po wszystkim Alan się kuli i wybucha płaczem.

– Uspokój się. – Otylia poklepuje go po plecach. – Nie bądź mazgajem.

Gdy Alan miał sześć lat, jego ojciec porzucił rodzinę i odszedł do innej kobiety. Zajdel robił wszystko, by ten fakt nie odbił się na jego psychice. W jego życiu nie było miejsca na słabość. Szybko znalazł sobie zajęcie, którym wypełniał wolny czas. Widział w sobie przyszłego reprezentanta Polski w siatkówce. Rósł jak na drożdżach i każdą wolną chwilę spędzał na treningach. Nic dziwnego, że już po pierwszym półroczu w liceum pokonał starszych kolegów i został wybrany na kapitana szkolnej drużyny. Bliscy Alana pękali z dumy i jednocześnie pilnowali, by chłopak nie osiadł na laurach. Niewielu wiedziało, że poza sportem Zajdel miał też inne pasje.

Ja wiedziałam. I żałuję, że nie było mu dane lepiej ich rozwinąć.

Otylia wciąga powietrze ustami, a jej ramiona delikatnie się unoszą.

– Myślę, że to ten moment.

Podnosi się i czeka, aż Alan zrobi to samo. On jednak siedzi po turecku i ociera dłońmi mokrą od łez twarz.

– Chyba nie dam rady.

– Dasz – odpowiada stanowczo Otylia. – Przecież tego chcesz.

– Sam już nie wiem.

– Zawsze tak jest – wyjaśnia Kumin. – W ostatniej chwili oblatuje nas strach i chcemy się wycofać. Dlatego lepiej mieć to z głowy. No chodź, wstawaj.

Alan niepewnie się podnosi i staje obok dużo niższej dziewczyny. Przełyka ślinę, a jego ciało przeszywają dreszcze.

– Nie patrz w dół – poucza go Otylia.

– To gdzie mam patrzeć? – Alan czuje, że miękną mu nogi.

– Przed siebie. Patrz pewnie, jakbyś chciał powiedzieć całemu światu: „Widzicie? Odchodzę na własnych warunkach”. – Dziewczyna chwyta go za dłoń i przyciąga do siebie. – Na trzy?

– Zaczekaj! – Alan robi gwałtowny krok do tyłu. – Nie jestem jeszcze gotowy.

Otylia przewraca oczami.

– Wkurzasz mnie. Albo robisz to ze mną teraz, albo idź sobie, bo tylko niepotrzebnie mnie rozpraszasz.

– No dobrze – wzdycha chłopak i wraca na miejsce.

– Na trzy – szepcze Otylia.

– Zaczekaj. Skąd mam wiedzieć, że skoczysz ze mną?

– Przecież trzymam cię za rękę.

– Możesz puścić w ostatniej chwili.

Otylia wzrusza ramionami.

– W takim razie skoczę pierwsza i pociągnę cię za sobą. Co ty na to?

Serce zaraz wyskoczy Alanowi z piersi. Chłopak potrzebuje chwili do namysłu. Jeśli się zgodzi, nie będzie już odwrotu. Otylia nie rzuca słów na wiatr. Ściśnie go najmocniej, jak potrafi, a potem zrobi krok do przodu i spadnie razem z nim.

– Sam nie wiem… – Alan patrzy dziewczynie głęboko w oczy. Czy tego właśnie chce? Czy samobójstwo to naprawdę jedyny sposób na poradzenie sobie z problemami?

– Alan…

– Ja chyba jednak…

Nie kończy. Otylia bez ostrzeżenia rzuca się z dachu, a Alan nie ma szansy na reakcję. Już za późno na ratunek.

Świat wiruje mu przed oczami, a z głowy ulatują wszystkie myśli. To trwa ułamek sekundy. A potem nie ma już nic. Całe życie tych dwojga, ich wszystkie wybory, rozterki, wzloty i upadki przestają mieć znaczenie. Otylia i Alan leżą w kałuży krwi zwróceni twarzami do betonu. Upłynie kilka godzin, nim odnajdzie ich jakiś człowiek na spacerze z psem. Do tego czasu ich nieruchome ciała zdążą już utracić całe ciepło.

Moja najlepsza przyjaciółka i chłopak, z którym kiedyś byłam blisko, odebrali sobie życie w tej samej chwili. Zrobili to, bo tego chcieli. Odeszli na własnych warunkach, trzymając się za ręce.

To wszystko tylko moje przypuszczenia. Jak było naprawdę? Co Otylia i Alan robili tamtej nocy na dachu opuszczonej hali? Dlaczego poszli tam razem, skoro prawdopodobnie nigdy nie zamienili ze sobą w szkole choćby słowa? Co sprawiło, że postanowili targnąć się na swoje życie? I czy bardzo się bali?

Tego nie wiem. Ale wiem jedno. Nie spocznę, dopóki nie odkryję prawdy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ 1

 

 

MARTA

 

 

 

 

MARTA

 

TERAZ

 

Jak zwykle wstaję z łóżka o szóstej, choć tej nocy budziłam się kilka razy. Wszystko przez burzę, która rozpętała się przed piątą. Zanim zjem śniadanie i wyszykuję się do szkoły, minie co najmniej godzina. To mój ostatni dzień porannej swobody. Moja starsza siostra Karolina jutro zaczyna studia i znów zacznie okupować łazienkę. Dostała się na prawo na Uniwersytecie Warszawskim i rodzice pękają z dumy. Właśnie dlatego pozwalają jej na wszystko i zawsze przyznają jej rację w naszych siostrzanych sporach. Często kłócę się z Karoliną, ale i tak ją kocham. Wspierała mnie w najtrudniejszych momentach i poza Otylią jest jedyną osobą, która wie, przez co przechodzę. Latem wyznała mi nawet, że z mojego powodu nie zamierza się na razie wyprowadzać z domu.

– Potrzebujemy siebie nawzajem.

– Przecież mogłabym cię odwiedzać w twoim nowym mieszkaniu – zasugerowałam.

– Niby tak, ale to jednak nie to samo – odparła wymijająco.

Nie wiem, co tak naprawdę kieruje moją siostrą. Wydaje mi się, że zostaje, bo tak jest jej wygodniej. Mimo to w pewnym momencie wpadłam na pomysł wspólnej przeprowadzki. Rodzice mają cztery mieszkania w centrum. Kupili je na wynajem, ale od dawna się zarzekali, że gdy tylko dostaniemy się na dobre studia, każda z nas otrzyma po jednym na własność. Pomyślałam, że wykorzystam chwilę słabości rodziców rozpływających się w zachwytach nad Karoliną i ubłagam ich, by pozwolili mi zamieszkać z moją genialną dojrzałą siostrą.

Mama szybko pozbawiła mnie złudzeń.

– Do matury jesteś uziemiona – oświadczyła, a ja nie zamierzałam ciągnąć tematu. Z mamą się nie dyskutuje.

Biorę prysznic, a potem schodzę do jadalni. Na stole czeka na mnie talerz ze świeżymi kanapkami z wędliną i pomidorem. Mama ma dzisiaj wyjątkowo dobry humor. Przechadza się po salonie i śpiewa pod nosem.

– Masz ochotę na jajecznicę? Kupiłam świeżutkie jajka.

Mama od kilku lat nie pracuje. Nie musi, bo tata, makler giełdowy, zarabia tyle, że stać nas na wszystko. Złośliwi zarzucają jej, że pasożytuje na bogatym mężu, ale mama nic sobie z tego nie robi. Poznała tatę jeszcze na studiach, gdy oboje ledwo wiązali koniec z końcem. Dorabiała w biurze rachunkowym i po cichu planowała założenie w przyszłości własnego. Pobrali się krótko po obronach. Rok później na świat przyszła moja siostra. Wtedy też kariera mamy nieco zwolniła. Założyła własną działalność i pracowała z domu, przyjmując pojedyncze zlecenia. Z czasem było ich coraz mniej. W końcu postanowiła zająć się wyłącznie domem.

– Poproszę z boczkiem – odpowiadam.

– Się robi! – Mama ochoczo idzie do kuchni i wyjmuje z szafki patelnię.

Siadam przy stole i kładę przed sobą smartfon. Patrzę, co nowego na Facebooku, a potem sprawdzam Messengera. Otylia po raz ostatni była online wczoraj wieczorem. Nie odpisała mi na wiadomość z pytaniem o zadanie z historii. To dziwne. Zwykle przesiaduje na telefonie do późna. Potrafi do pierwszej w nocy oglądać seriale na Netfliksie. Wczoraj zachowywała się raczej normalnie. Być może sprawiała wrażenie nieco przygaszonej, ale zrzuciłam to na leki. Wiosną po krótkiej chorobie zmarł jej tata. Otylia bardzo to przeżyła i postanowiła wrócić do psychiatry. Próbowałam ją do tego zniechęcić, ale zarzekała się, że uzgodniła wszystko ze swoją lekarką.

– To będzie mała dawka. Ma mi tylko pomóc się wyciszyć i spokojnie spać.

– Spałabyś spokojnie, gdybyś nie gapiła się do późna w ekran – przekonywałam ją.

– Nic nie rozumiesz, Marta. Wcześniej i tak bym nie zasnęła – odbijała piłeczkę. – Nie wiesz, jak to jest myśleć o tylu rzeczach naraz.

Z zamyślenia wytrąca mnie mama. Podchodzi do stołu i wręcza mi talerz z jajecznicą i kilkoma grubymi plastrami przysmażonego boczku. Jedzenie to moja jedyna przyjemność. Odkąd pamiętam, zawsze miałam kilka kilogramów nadwagi, przez co rówieśnicy sobie na mnie używali. Mimo to nie potrafiłam przestać jeść. W podstawówce wyobrażałam sobie, że rodzice wstawiają do kuchni maszynę wyrzucającą z siebie cheeseburgery z McDonalda. Mogłabym je jeść w nieskończoność. Latami zajadałam stres. Na krótką chwilę moje ciało buzowało od endorfin, ale ten stan szybko przemijał, a ja na nowo tonęłam w kompleksach i ponurych myślach. Mogłam od nich uciec tylko w jeden sposób.

Jedząc jeszcze więcej.

Nazywam się Marta Najdowska, mam siedemnaście lat, sto sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu i ważę siedemdziesiąt cztery kilogramy. W szkole wołają na mnie „Marta kebsa warta”.

Rodzice nigdy nie rozumieli moich problemów. Żyli w bańce mydlanej i rozmyślali tylko o tym, jak wydać kolejne zarobione przez tatę pieniądze. Mama uważa, że większość życiowych problemów i konfliktów międzyludzkich wynika z problemów finansowych. Co jakiś czas przywołuje swój ulubiony przykład – małżeństwo koleżanki, które zawisło na włosku, gdy mąż stracił pracę i długo nie mógł znaleźć nowej. Ponoć popadł wtedy w alkoholizm i zaczął znęcać się nad żoną. Wszystko się zmieniło, gdy z nieba spadła mu idealna oferta. W krótkim czasie małżeństwu udało się spłacić wszystkie długi, w czerwcu ubiegłego roku odnowili przysięgę małżeńską na Teneryfie, a na początku września ogłosili radosną nowinę, że spodziewają się kolejnego dziecka.

– Jeśli chcesz mieć szczęśliwą rodzinę, zadbaj o to, by na koncie bankowym zawsze była pokaźna sumka – mówiła mama pół żartem, pół serio.

Czasem odnoszę jednak wrażenie, że nie da mi się już pomóc. Wytrzymuję tylko dzięki swojej wewnętrznej sile. Nie wiem, skąd ją czerpię. Gdyby nie ona, już dawno skończyłabym jak Otylia – z nieudaną próbą samobójczą i psychoterapiami na koncie. Różnica pomiędzy nami polega chyba na tym, że ja wbrew pozorom kocham życie. Otylia najchętniej zniknęłaby z tego świata. Trudno powiedzieć, skąd we mnie tak silny instynkt przetrwania. Nieustannie napotykam przeszkody, które z trudem – ale jednak – pokonuję.

Mama rozsiada się w fotelu z kubkiem kawy w dłoni i włącza telewizor. Dziękuję jej za śniadanie, a potem wkładam do zmywarki talerz i sztućce. Kwadrans później jestem gotowa do wyjścia.

Jadę zatłoczonym tramwajem i obserwuję zaspanych ludzi. Co jakiś czas spoglądam na ekran smartfona i zastanawiam się, dlaczego Otylia nie dała znaku życia. W końcu wysyłam jej wiadomości z pytaniem, czy wszystko w porządku. Jeśli nie przyjdzie dziś do szkoły, zacznę się niepokoić.

Uczę się w prestiżowym Liceum Ogólnokształcącym imienia Zygmunta Freuda w Śródmieściu. Tym samym, do którego przed laty chodzili moi rodzice i które kilka miesięcy temu ukończyła Karolina. Mama i tata tak dobrze wspominają swoje szkolne czasy, że postanowili wysłać nas do publicznej placówki. Byłam przekonana, że tak jak ich bogaci znajomi wybiorą dla nas prywatne liceum. Tak naprawdę nie robi mi to żadnej różnicy. Wszędzie spotykam się z bananowymi dziećmi.

Przed szkołą stoi duża, zwarta grupa uczniów z trzeciej klasy, pochłonięta żywą dyskusją. Niektórych znam z widzenia. W pewnym momencie jedna z dziewczyn wybucha płaczem, a druga przytula ją i głaszcze po głowie. Mijam ich i wchodzę do środka. Idę w stronę szatni, gdy zza zakrętu wychodzi poruszona profesor Wolska, wychowawczyni mojej klasy. Na mój widok przyspiesza.

– Marta. Dobrze, że jesteś. – Chwyta mnie mocno za rękę.

– Dzień dobry – odpowiadam. – Coś się stało?

– Nic nie wiesz, prawda? – pyta łamiącym się głosem drobna, szczupła szatynka.

– O czym, pani profesor?

Julia Wolska zatapia we mnie spojrzenie dużych piwnych oczu.

– Chodź. Musimy porozmawiać.

 

 

 

 

JULIA

 

TERAZ

 

Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że zostanę nauczycielką. Miałam dużo lalek, z którymi bawiłam się w szkołę. Sadzałam je w kilku rzędach na podłodze i wyobrażałam sobie, że jesteśmy w sali, a mnie przypada rola nauczycielki. Najczęściej uczyłam je przyrody i opowiadałam im o najróżniejszych kwiatach rosnących w ogrodzie babci. Uwielbiałam spędzać w nim czas, obserwować, jak rośliny kwitną, i przypatrywać się zapylającym je pszczołom. Czasem stawałam się nauczycielką plastyki. Wyciągałam z szuflady duży karton i malowałam na nim pastelami wiosenną łąkę. Potem wyjaśniałam swoim podopiecznym, że jeśli chcą uzyskać kolor zielony, to wystarczy, że połączą ze sobą niebieski i żółty. Czułam się wtedy taka mądra i potrzebna.

Dziś, w wieku trzydziestu trzech lat, myślę, że byłam wyjątkowo naiwną dziewczynką.

Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno wybrałabym inny zawód. Praca nauczycielki szybko uświadomiła mi, że pasja i pragnienie dzielenia się swoją wiedzą z innymi nie zawsze idą w parze z szacunkiem ze strony otoczenia i – przede wszystkim – uczciwym wynagrodzeniem. Swoje pierwsze kroki stawiałam w wiejskiej szkole pod Warszawą. Ledwo wiązałam koniec z końcem. Marnowałam pieniądze na benzynę i dojeżdżałam godzinę do pracy, w której codziennie musiałam się użerać z wyjątkowo agresywnymi uczniami i zawistnymi współpracownikami. W głowie mi się nie mieściło, że niepozorna wiejska szkoła może przypominać plac boju, na którym każdy tylko czeka na odpowiedni moment, by podłożyć drugiej osobie nogę. Zachowywaliśmy się jak wygłodniałe hieny, które walczą o każdy kawałek rzuconego im mięsa.

Zimna, zdystansowana dyrektorka w ogóle mnie nie wspierała. Nie kiwnęła palcem nawet wtedy, gdy jeden z łobuzów zamalował mi farbą boczne lusterka w samochodzie. Stwierdziła, że to moja wina, bo nie potrafię wzbudzać w uczniach respektu. W pewnym sensie miała rację. Może gdybym częściej podnosiła głos i waliła pięścią w stół, zaczęliby mnie szanować? Sęk w tym, że nie umiałam być twarda. Długo wierzyłam, że ludzi można sobie zjednać tylko dobrocią. Im bardziej jednak pobłażałam uczniom, tym chętniej sobie na mnie używali.

Wszystko się zmieniło, gdy wiosną dwa tysiące szesnastego roku poznałam na Tinderze Olka. Pracował jako szkolny psycholog w znanym warszawskim liceum i od początku nalegał na spotkanie. Bez wahania zgodziłam się na kolację na mieście. Był przystojny, męski, zawsze schludnie ubrany i doskonale wiedział, jak rozmawiać z kobietą, by jej zaimponować. Urzekła mnie jego pewność siebie, niski, gruby głos i starannie przystrzyżona broda. Mimo to nie sądziłam, że już po pierwszej randce wylądujemy w łóżku.

– Po co czekać? – pytał podpity, całując mnie w szyję na oczach taksówkarza i wsuwając mi dłoń pod sukienkę.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo mu się spieszyło.

Widywaliśmy się w każdy weekend i kochaliśmy dniami i nocami. W końcu Olek zasugerował, że powinnam zmienić pracę i poszukać czegoś w Warszawie.

– Nie możesz marnować tyle czasu na dojazdy. Musisz być wypoczęta. A poza tym chcę cię mieć codziennie, a nie tylko w weekendy.

Niedługo potem jeszcze bardziej wkupił się w moje łaski. Jedliśmy u niego romantyczną kolację, kiedy oznajmił, że rozmawiał z dyrektorem liceum, w którym pracował, i okazało się, że w szkole zwolnił się etat polonistki.

– Zgadnij, kogo mu poleciłem.

Nie zastanawiałam się długo. Pod koniec maja złożyłam wypowiedzenie i cieszyłam się, że rozpocznę nowy rozdział. Początki były obiecujące. Wyższe zarobki, ambitniejsi uczniowie i stołówka z prawdziwego zdarzenia. Jednak im dłużej tam pracowałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że każda szkoła ma swoje mroczne zakamarki. A uczniowie i nauczyciele nie zawsze są tacy, za jakich ich mieliśmy.

Weźmy na przykład Romana Kowala, obecnego dyrektora, a dawniej nauczyciela matematyki. Gdy w zeszłym roku poprzedni dyrektor Wiesław Cis poszedł na emeryturę, Romek – bo tak wszyscy się do niego zwracaliśmy – stał się oczywistym kandydatem na jego stanowisko. Wszyscy się cieszyliśmy, że będziemy mieli nad sobą dobrego kolegę i wieloletniego pracownika liceum. Romek bardzo szybko zasmakował we władzy. Nie minął miesiąc, a już zamienił przestronny pokój nauczycielski na swój gabinet. Nam kazał się kisić w dawnym pomieszczeniu gospodarczym.

Władza… Czasem odnoszę wrażenie, że jej pragnienie ludzie mają we krwi, a gdy już wreszcie ją zdobędą, pokazują swoją prawdziwą twarz. Obecnie pan dyrektor zdążył już swoim zadzieraniem nosa zrazić do siebie większość kadry. Po cichu liczę, że w końcu ktoś strąci go ze stołka.

Pracuję we Freudzie od czterech lat i prawdopodobnie będę tu jeszcze długo. W moim przypadku na życiową rewolucję jest już za późno. Czasem chciałabym to wszystko rzucić, przekwalifikować się i znaleźć pracę w zupełnie innej branży. Nie mogę jednak ryzykować. Mamy z Olkiem kredyt do spłacenia. Pobraliśmy się po roku znajomości i od razu kupiliśmy mieszkanie na Woli. Włożyliśmy w nie wszystkie oszczędności, które ledwo wystarczyły na wkład własny. Potrzebujemy pieniędzy, a praca w szkole zapewnia nam stałe pensje.

Żyję więc tak, jak zawsze chciałam. Niejedna młoda kobieta dałaby wiele za świadomość, że zrealizowała w pełni swoje dziecięce marzenia. Mnie się udało. Tylko co z tego, skoro dorosła Julia Wolska w niczym już nie przypomina kilkuletniej dziewczynki bawiącej się z lalkami w szkołę i mówiącej do swojego lustrzanego odbicia, że pewnego dnia zostanie najlepszą nauczycielką na świecie? Coraz częściej męczy mnie poczucie, że codziennie marnuję szansę na poprawę sytuacji.

Przez kolejne lata będę się więc zmagać ze swoją niesatysfakcjonującą codziennością. Jeżeli mogę mieć do kogoś pretensje, to tylko do siebie.

Parkuję na swoim miejscu i wysiadam z samochodu. Obserwuję dwupiętrowy, podłużny budynek zasłużonego liceum i myślę sobie, że w pewnym sensie powinnam podziękować algorytmowi Tindera za to, że przed laty sparował mnie z Olkiem. Gdyby nie on, pewnie wciąż gniłabym w szkole na prowincji i dusiła się w dwudziestometrowej kawalerce. Teraz przynajmniej mam względny spokój w pracy i grupkę uczniów zainteresowanych moimi lekcjami. Mówię o członkach kółka poetyckiego, które prowadzę, a zwłaszcza o Marcie Najdowskiej, nieśmiałej dziewczynie o niesamowicie lekkim piórze i ogromnej wyobraźni. Gdyby tylko bardziej uwierzyła w siebie, mogłaby wiele osiągnąć. Czasem myślę sobie, że polubiłam Martę właśnie dlatego, że jest wycofana. Pod wieloma względami jesteśmy do siebie bardzo podobne. Jako starsza i bardziej doświadczona osoba muszę zrobić wszystko, by ta utalentowana dziewczyna nie popełniła moich błędów.

Zanim jednak pomogę Marcie wyjść na ludzi, muszę jej powiedzieć o samobójczej śmierci dwóch bliskich jej osób.

Prowadzę ją za rękę pod salę, w której punktualnie o ósmej poprowadzę swojej klasie lekcję polskiego.

– Musimy porozmawiać na osobności.

Przekręcam klucz w zamku i zapraszam Martę do środka.

– Pani profesor, o co chodzi? – pyta dziewczyna.

Wzdycham i proszę ją, by usiadła przy moim biurku.

– Spytam dla pewności. Czy z kimkolwiek dziś rozmawiałaś? – pytam drżącym głosem. – Kontaktowałaś się z koleżankami lub kolegami na Facebooku?

– Nie – mówi, wyraźnie spięta.

– To dobrze. – Odwracam się do niej plecami i wycieram spocone dłonie o dżinsy. – Posłuchaj, chodzi o twoją przyjaciółkę.

– Otylię? – Marta poprawia się na krześle. – Co z nią, pani profesor?

Przełykam ślinę.

– Nie wiem, jak mam ci to powiedzieć…

– Pani profesor! – Najdowska podnosi głos i świdruje mnie spojrzeniem.

– Ona… to znaczy Otylia… – Podchodzę bliżej i kładę jej dłoń na ramieniu. – Twoja przyjaciółka nie żyje. Popełniła samobójstwo.

Marta mruży oczy, jakby nie dosłyszała. Dopiero po chwili wydaje z siebie ciche:

– Ale…

Ponownie przełykam ślinę.

– To jeszcze nie wszystko. Chodzi o Alana.

 

 

 

 

MARTA

 

ROK PRZED TRAGEDIĄ

 

Wraz z nadejściem września zaczynam nowe życie. Poprzednie zostawiam za sobą i wierzę, że kiedyś o nim zapomnę. Tylko Karolina wie, z czym musiałam się mierzyć w podstawówce. Nawet ona nie była jednak w stanie przemówić do rodziców, którzy żyją w swoim świecie i nie dostrzegają problemów własnych córek. Kiedyś Karolina zasugerowała przy obiedzie, że rodzice powinni rozważyć przeniesienie mnie od innej szkoły.

– Nie rozumiecie, że oni ją tam gnębią?

Mama tylko pokręciła głową i stwierdziła, że dopóki będę im na to pozwalała, dopóty będę poniżana. W końcu nawet Karolina odpuściła.

– Wytrzymaj jeszcze trochę. We Freudzie nie jest tak źle. Wiadomo, są mniej i bardziej popularni uczniowie, ale to zupełnie inny poziom. Będzie dobrze.

Nie mogłam się więc doczekać wakacji. Skreślałam kolejne dni w kalendarzu i żyłam według sprawdzonego schematu: przychodziłam do szkoły ostatnia, kilka minut przed ósmą. Wiedziałam, że moi oprawcy przed zajęciami przesiadują w szatni, dlatego zawsze czekałam przy wejściu na dźwięk dzwonka, a kiedy w środku było już pusto, spokojnie się przebierałam. Najgorsze były przerwy między lekcjami. Chowanie się po kątach lub za siedzącymi na ławkach koleżankami działało tylko do pewnego momentu. Grupka uczniów z równoległej klasy, którzy obrali mnie sobie za cel, szybko zapamiętała wszystkie moje kryjówki. Musiałam wymyślić coś innego. Przez jakiś czas spędzałam przerwy w sąsiednim budynku, w którym uczyły się klasy od pierwszej do szóstej. Starszym uczniom nie wolno było tam wchodzić, ale się tym nie przejmowałam. Chowałam się w toalecie albo spacerowałam po piętrach. W końcu nauczyciele dyżurni zaczęli mnie przepędzać. Nie miałam planu C.

Trzy lata gimnazjum uzmysłowiły mi, że jestem skończonym zerem. Bezlitośni rówieśnicy pozbawili mnie poczucia własnej wartości, wiary w siebie i nadziei na to, że mogę coś w życiu osiągnąć. Codziennie doświadczałam przemocy psychicznej i fizycznej. Byłam bita, wyśmiewana i upokarzana na oczach innych. Nazywano mnie tłuściochem, pulpetem, tłustym świniakiem i cuchnącą kupą mięcha. Chłopcy i dziewczęta, by popisać się przed innymi, popychali mnie, uderzali w twarz i opluwali. Czasem kradli mi piórnik, innym razem wynosili moje buty z szatni i zostawiali w innej, przez co długo nie mogłam ich znaleźć. Kiedyś prawie mnie zabili. Siedziałam wtedy na podłodze przy sali i rozmawiałam z koleżanką z klasy. Nagle uderzyłam głową o ścianę i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdy się ocknęłam, zrozumiałam, że jeden ze szkolnych chuliganów rzucił we mnie ciężkim plecakiem. Śmiechom nie było końca. Wszyscy czekali, aż „świnia” się rozpłacze. Nie zamierzałam dawać im tej satysfakcji. Zacisnęłam zęby i jak gdyby nigdy nic rozmawiałam dalej z osłupiałą koleżanką.

Wolałam cierpieć w samotności. Wiedziałam, że i tak nikt by mnie nie zrozumiał. Przyjaciółka, z którą trzymałam się od najmłodszych lat, w pewnym momencie zaczęła się ode mnie odsuwać. Nie wytrzymała presji innych uczniów, którzy grozili, że jeśli nie przestanie się ze mną zadawać, skończy jak ja. Ludzie, którzy nic o mnie nie wiedzieli, zrobili ze mnie szkolne pośmiewisko. Ofiarę, od której wszyscy się odsuwali. Wyrzutka siedzącego samotnie w ławce, który po lekcjach chował się w toalecie i czekał, aż wszyscy uczniowie wyjdą z szatni.

Robili to wszystko tylko dlatego, że miałam nadwagę. Często zastanawiałam się, jak można kogoś tak nienawidzić z powodu jego wyglądu. Nigdy nikogo nie obraziłam. Dobrze się uczyłam, byłam godna zaufania i chętnie pomagałam innym. Miałam wiele zalet, ale moi oprawcy skupiali się wyłącznie na mojej wadzie. Choćbym nie wiem jak bardzo się starała, w ich oczach i tak byłam wstrętnym spaśluchem. A tego nie mogłam zmienić. Próbowałam wiele razy. Chudłam, a potem znowu tyłam. Jadłam coraz więcej, by ukoić zszargane nerwy.

Codziennie śni mi się uroczystość zakończenia roku szkolnego. Budzę się w nocy, słysząc śmiechy i gwizdy, które rozległy się w sali gimnastycznej, kiedy dyrektor zaprosił mnie na scenę jako jedną z niewielu osób, które napisały egzamin gimnazjalisty z wynikiem przekraczającym osiemdziesiąt procent. Szłam środkiem sali i mijałam kolejne rzędy uczniów. Inni na moim miejscu pękaliby z dumy. Ja miałam wrażenie, że idę na ścięcie. Wreszcie weszłam na scenę i roztrzęsiona odebrałam od dyrektora dyplom z gratulacjami. Zwróciłam się twarzą do wpatrzonego we mnie tłumu. Rozległy się brawa, ale nie zagłuszyły śmiechu moich oprawców. Cała szkoła słyszała dobiegające z końca sali okrzyki: „Brawo, grubasie!” i „Zjedz dyplom!”. Któryś z nauczycieli próbował ich uciszyć, ale bezskutecznie.

Teraz stoję przed prestiżowym liceum Freuda jeszcze bardziej puszysta niż przed wakacjami. Przytyłam pięć kilogramów, a moja twarz pokryła się mnóstwem bolesnych pryszczy. Spędziłam całe lato zamknięta w swoim pokoju, czytając książki i zajadając się słodyczami. Odreagowywałam w ten sposób stres ostatniego roku i przygotowywałam się na zmiany. Wiem, że jestem łatwym celem. Wierzę jednak, że w nowej szkole nie może mnie spotkać aż tyle upokorzeń. Los nie jest aż tak okrutny. Od teraz może być tylko lepiej. Co nie znaczy, że będzie dobrze.

Większość dziewczyn ma na sobie czarne spódniczki i białe koszule, a chłopcy paradują w marynarkach i różnokolorowych krawatach. Czuję, że odstaję od nich w swoich szerokich czarnych dżinsach. Podczas inauguracji roku szkolnego siedzę w ostatnim rzędzie i nieśmiało rozglądam się po sali gimnastycznej w poszukiwaniu znajomych twarzy. Na razie nie widzę nikogo ze swojej szkoły. To dobrze. Nie chcę, by i tu przywlekła się za mną łatka tłustej świni.

– Posuniesz się? – słyszę za plecami czyjś głos. Stoi za mną szczupła brunetka w czarnej lateksowej spódniczce i koszulce na ramiączka w tym samym kolorze. Na rękach ma sporo tatuaży. Żuje gumę. – No co się tak patrzysz? Zrobisz mi miejsce?

Przesuwam się w prawo. Nieznajoma siada na krańcu długiej ławki. Siedzące obok mnie uczennice pochylają się do przodu i mierzą ją surowym spojrzeniem.

– Jakiś problem? – pyta dziewczyna, skutecznie je płosząc. – Jak masz na imię? – zwraca się do mnie.

– Marta. A ty?

– Otylia. Tak jak ta znana pływaczka.

– Miło mi.

Zbyt długo wpatruję się w jej tatuaże, co nie umyka jej uwadze.

– Myślisz, że jestem wariatką? – pyta szeptem.

– Dlaczego?

– Na pewno tak pomyślałaś.

– Przysięgam, że nie – zapewniam.

– Wszyscy tak myślą. Ludzie uwielbiają oceniać innych.

Coś o tym wiem.

– Skoro ci to przeszkadza, to dlaczego je dziś odsłoniłaś? – pytam po chwili, gdy dyrektor kończy przemówienie.

Otylia uśmiecha się pod nosem.

– A kto powiedział, że mi to przeszkadza?

Nie rozumiem jej, ale podoba mi się jej styl bycia. Pod względem zachowania jest moim całkowitym przeciwieństwem, ale obie musimy mierzyć się z tym samym. Brakiem zrozumienia.

Otylia co jakiś czas prześmiewczo komentuje przemawiających nauczycieli. Żałuję, że nie będziemy chodziły do tej samej klasy.

– Szkoda, że nie jesteś w B – mówi. – Dobrze by się z tobą siedziało w ławce.

– Naprawdę chciałabyś się do mnie dosiąść? – pytam z niedowierzaniem.

– No raczej – odpowiada dziewczyna. – Nie wyglądasz na kogoś, kto musi wybierać między koleżankami.

– Niby skąd wiesz? – dopytuję. – To dlatego, że jestem… – nie kończę, ale Otylia domyśla się, że nawiązuję do mojej tuszy.

– Nawet o tym nie pomyślałam – zaprzecza. – Za to ty najwyraźniej nieustannie się tym dręczysz. Pewnie dlatego schowałaś się w ostatnim rzędzie przy ścianie.

– Nie rozumiem.

– Znam się na ludziach. Każdego dnia uważnie ich obserwuję. To mi pomaga przygotować się na ewentualny atak.

Skąd ja to znam?

– Nie ukrywam się – odbijam piłeczkę. – Po prostu to miejsce było wolne. Po co miałam się pchać na sam przód?

– Nieważne. – Otylia wzrusza ramionami. – Nie chciałam cię obrazić. Próbowałam ci raczej powiedzieć, że nie ma sensu uciekać przed krytyką. Jeśli komuś bardzo zależy na tym, by cię zgnoić, to i tak to zrobi. Musisz mieć wyjebane. Inaczej oszalejesz.

– Boję się, że już oszalałam – mruczę.

– Jeszcze nie – stwierdza Otylia. – Ale jesteś blisko. – Poklepuje mnie po ramieniu i dodaje: – Nie martw się. Jak coś, to wal do mnie śmiało. Mam zapas psychotropów na pół roku.

Uroczystość na sali gimnastycznej trwa godzinę. Po tym czasie już wiem, że Otylia musi zostać moją przyjaciółką. Nie zna mnie, a mimo to bezbłędnie podsumowała mój obecny stan.

Rozchodzimy się w przeciwne strony, żegnając się zdawkowym „do jutra”. Podczas spotkania klasowego z wychowawczynią siadam w jedynej wolnej ławce. Spoglądam na puste krzesło obok mnie i żałuję, że nie siedzi na nim Otylia.

Moją klasą opiekuje się Julia Wolska, nauczycielka polskiego. Sprawia wrażenie sympatycznej. Pokrótce opowiada nam o sobie i o szkolnych realiach. Z jej twarzy nie schodzi uśmiech, co rozluźnia atmosferę. Potem każdy ma chwilę, by się przedstawić. Mam mówić pierwsza, ale się cieszę. Przynajmniej będę miała to z głowy.

Obserwuję pozostałych uczniów i oddycham z ulgą, gdy widzę wśród nich same obce twarze. Moi oprawcy pewnie nie mieli szans dostać się do Freuda. Przyglądam się wymalowanym, zgrabnym dziewczynom i dyskretnie zerkającym na nie chłopakom. Czy zaprzyjaźnię się z kimś z klasy? Na razie jest za wcześnie, bym mogła to stwierdzić. Wiem jedno. Będę szczęśliwa, jeśli inni po prostu dadzą mi spokój.

Potem pani Julia wyjaśnia nam, jak korzystać z platformy dla uczniów, i zachęca, byśmy zapisali się do kółka poetyckiego.

– Startujemy już w czwartek po lekcjach. Liczę na dużą frekwencję. Jesteście w końcu klasą humanistyczną.

Wychodzę z sali ostatnia, choć moja ławka stoi najbliżej drzwi. Nie wiem, czy kiedykolwiek wyjdę pierwsza. Może kiedyś… Potrzebuję czasu. Stres, z którym się zmagałam przez ostatnie trzy lata, nie zniknie od razu. Wciąż chodzę zgarbiona i wyobrażam sobie, że dzięki temu staję się niewidzialna. Mimo to mam nadzieję, że pewnego dnia się wyprostuję.

Gdybym w to nie wierzyła, już by mnie tu nie było.

Zmierzam szybkim krokiem w stronę przystanku, gdy spostrzegam siedzącą na murku Otylię.

– Czekałam na ciebie – mówi, dmuchając we mnie dymem papierosowym. – Trochę się tu nasiedziałam.

– Nie wiedziałam – odpowiadam. – Jak nowa klasa?

– Nie wiem. Nie miałam okazji się z nimi zapoznać.

– Jak to?

Otylia parska śmiechem.

– Ten szmaciarz, to znaczy nasz wychowawca, wyprosił mnie z sali. Powiedział, że jestem ubrana niezgodnie ze szkolnymi zasadami. Jakimi, kurwa, zasadami? Teraz każą mi nosić kiecki za kolana i zapięte pod szyję koszule?

– Myślę, że wystarczyłyby zwykłe spodnie i coś, co… – urywam, nie chcąc jej urazić.

– Nie będę ich zakrywała – stwierdza Otylia. – Jeśli komuś nie podobają się moje tatuaże, to jego problem. – Rzuca papierosa na chodnik i rozdeptuje go. – To co, Marta? Idziemy się poszwendać po mieście?

– Teraz? – pytam zaskoczona.

– No a co? Nie ma nawet jeszcze południa. To ostatni dzień wolności.

Nie lubię być poza domem. Odkąd kilka razy natknęłam się w centrum na swoich prześmiewców, wolę spędzać wolny czas w swoim pokoju. Jednak gdy czasem rozmyślam o ostatnich latach, próbuję dla odmiany znaleźć jakieś pozytywy. Przez paniczny strach przed poniżeniem miałam dużo czasu na rozwijanie swoich pasji. Pochłaniałam książkę za książką i próbowałam swoich sił w poezji. Założyłam bloga, na którym publikowałam osobiste wiersze. Nie doczekałam się dużej publiczności, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Liczył się fakt, że dawałam upust emocjom, które zżerały mnie od środka. W trudnych chwilach zanurzałam się w świecie liter i tworzyłam własną rzeczywistość. Taką, w której czułam się bezpiecznie.

Taką, w której to ja miałam głos.

Cieszę się, że pani Julia poprowadzi kółko poetyckie. Już nie mogę się doczekać pierwszych zajęć.

– To dokąd idziemy? – pyta Otylia. – Znasz jakieś fajne miejsce?

– Szczerze? Trochę zgłodniałam…

– No dobra. Niedaleko jest fajna wegańska knajpa.

Patrzę na nią błagalnie.

– Wiesz co… Myślałam raczej o burgerze – mówię z zażenowaniem.

Otylia delikatnie się uśmiecha.

– Miałam nadzieję, że to powiesz. Sama wpieprzyłabym takiego z podwójnym bekonem.

– Brzmi idealnie – odpowiadam z niekrytą radością.

 

 

 

 

JULIA

 

TERAZ

 

Marta potrzebuje chwili, by przetrawić moje słowa. Dopiero gdy dociera do niej powaga sytuacji, zalewa się łzami.

– Otylia była ostatnio trochę przygaszona, ale kto by nie był po śmierci rodzica? – Ociera mokre oczy. – Dużo rozmawiałyśmy i wiedziałam, że Otylia z tego wyjdzie. To niemożliwe.

– Bardzo mi przykro, Martusiu. – Kucam przed nią i ściskam jej dłoń. – Też bym chciała, by to nie była prawda.

– Nie jest! – Marta zrywa się z krzesła i podchodzi do okna. – Ona by tego nie… – Łapie się za głowę. – A Alan? Co on w ogóle z nią tam robił? Nawet ze sobą nie… nie wierzę w to. Muszę zadzwonić do Otylii.

Wyciąga z kieszeni telefon. Widzę na ekranie kilka powiadomień, pewnie wiadomości od znajomych. Marta je ignoruje i wybiera numer swojej przyjaciółki.

– Za chwilę zacznie się lekcja – mówię możliwie spokojnie. – Jeżeli chcesz, mogę cię zwolnić do domu. Czy rodzice mogliby cię odebrać? Nie chciałabym, żebyś wracała sama.

– Nie wiem… – Marta wciąż próbuje się dodzwonić do Otylii. – Dlaczego ma wyłączony telefon? – pyta spanikowana.

– Jeżeli chcesz, porozmawiaj z moim mężem. Przyjedzie tu za godzinę. Możesz poczekać na niego w pokoju nauczycielskim.

– Muszę porozmawiać z Otylią – mówi jak w transie. Zupełnie nie dopuszcza do siebie wiadomości, że jej przyjaciółka nie żyje.

Rozlega się dzwonek. Za chwilę koledzy i koleżanki z klasy Marty wejdą do sali. Muszę ją stąd jak najszybciej wyprowadzić. Nie chcę, by czuła na sobie dwadzieścia sześć spojrzeń zmieszanych uczniów. Jest już jednak za późno. Ktoś otwiera drzwi i sala momentalnie się zapełnia. Marta w pośpiechu ociera łzy z twarzy, a ja próbuję ją zasłonić. Miny uczniów świadczą o tym, że tragiczne wieści dotarły już do wszystkich. Mimo to będę im to musiała oficjalnie ogłosić.

– Chcesz wyjść? – pytam Martę, ale nie odpowiada. Zatapia wzrok w telefonie i chyba pisze wiadomość do Otylii. – Dobrze. Usiądź zatem na swoim miejscu.

Zapada kompletna cisza. Jeszcze nigdy w swojej karierze nie doświadczyłam czegoś podobnego. Część osób wpatruje się we mnie i czeka, aż zabiorę głos. Inni siedzą ze spuszczonymi głowami i grzebią w telefonach. Trzecia grupa nie spuszcza wzroku z siedzącej w pierwszym rzędzie Marty. Patrząc na ich miny, domyślam się, że tylko czekają, aż Najdowska na oczach wszystkich wybuchnie płaczem. Młodzi potrafią być tacy okrutni…

– Zapewne słyszeliście już o wydarzeniach ostatniej nocy – zaczynam. – Na pewno dla wielu z was jest to bolesne przeżycie. Chciałabym wam tylko przypomnieć, że w każdej chwili możecie skorzystać z pomocy szkolnego psychologa.

– Niech to pani powie Marcie – odzywa się siedzący z tyłu Kamil Cichoń. Wokół niego rozlega się chichot.

– Spróbujcie choć raz zachować się stosownie do sytuacji – zwracam im uwagę. – Szczególnie teraz szkoła oczekuje, że uczniowie będą się nawzajem wspierali.

– Czy to prawda, że Otylia zabiła Alana? – pyta nagle Daria Siudym, zdolna uczennica, która na początku roku wpadła w złe towarzystwo. Jej oceny bardzo się przez to pogorszyły.

– Skąd masz takie informacje? – pytam zaskoczona.

– Od Sary.

– Której Sary?

– Sary Haman z drugiej C. Dziewczyny Alana – precyzuje. Kojarzę ją tylko z widzenia, bo nie uczę tej klasy.

– A niby skąd ona to wie? – dopytuję.

Daria wzrusza ramionami.

– Nie zdążyłam jej wypytać, bo zadzwonił dzwonek. A teraz nie odpisuje.

– Pewnie rzyga w kiblu po wczorajszej imprezie – mówi Radek Jasiniak. – Podobno było grubo.

Kilka osób głośno się śmieje i muszę ich uciszać.

– Jakiej imprezie? O co chodzi?

– Pani chyba naprawdę nic nie wie… – mówi Daria. – Sara obchodziła wczoraj urodziny. Z tej okazji Nina, koleżanka z klasy, zorganizowała dla niej imprezę w swoim domu.

– Impreza w środku tygodnia? – Marszczę brwi i kręcę głową.

– Dla Niny dzień nie ma znaczenia – stwierdza Radek, ponownie rozbawiając kolegów.

– Nic nie wiem, bo dowiedziałam się o wszystkim z samego rana. Nie miałam nawet czasu porozmawiać z innymi nauczycielami. Zrobię to zaraz po tej lekcji.

– Niech pani najpierw porozmawia z nią – wyrywa się Daria.

– Z kim?

Dziewczyna unosi podbródek i wskazuje siedzącą w milczeniu Martę.

– Ona najlepiej znała tę wariatkę.

– Dość tego! – uciszam ją. – Nie możesz tak o niej mówić.

– Kiedy to prawda. – Daria wzrusza ramionami. – Wszyscy wiedzą, że miała nierówno pod sufitem.

Spoglądam kątem oka na Martę. Widzę, że jest na granicy wytrzymałości.

– Wyjdź – mówię do Darii – i przemyśl na korytarzu swoje zachowanie.

Dziewczyna ochoczo podnosi się z krzesła i idzie w kierunku drzwi.

– Telefon – mówię, kiedy sięga do klamki.

– Słucham? – Siudym obraca się na pięcie.

– Daj mi swój telefon. Masz pomyśleć o swoim zachowaniu, a nie przeglądać Instagram.

Dziewczyna powoli idzie w moją stronę z wyciągniętą ręką.

– Nie może pani.

– Czyżby? – Zabieram jej smartfon i chowam go do szuflady. – W takim razie idź na skargę do dyrektora.

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni byłam wobec uczniów tak stanowcza. Muszę jednak chronić Martę. Widzę, że ledwo daje sobie radę. Powinnam czym prędzej zaprowadzić ją do Olka. Albo nie. Lepiej niech od razu jedzie do domu.

Przez resztę zajęć próbuję prowadzić normalnie lekcję. Nie mogę się jednak skupić na temacie i co chwilę gubię wątek. Widzę zresztą, że i tak nikt mnie nie słucha. Uczniowie szepczą między sobą i patrzą w smartfony. Upominam ich kilka razy, ale w pewnym momencie odpuszczam. Ten dzień dopiero się zaczął, a ja już chcę, by dobiegł końca…

Oddycham z ulgą, słysząc dzwonek na przerwę. Uczniowie wybiegają z sali, a ja zostaję z Martą. Dziewczyna szlocha, a potem pyta, czy mogłaby zadzwonić po mamę.

– Chcę iść do domu.

– Oczywiście. Zadzwoń, a ja poczekam z tobą.

Mam teraz godzinne okienko, które zamierzam wykorzystać na zorientowanie się w temacie. Muszę się dowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się zeszłej nocy.

Dwadzieścia minut później jak zwykle wystrojona i starannie umalowana pani Najdowska odbiera zapłakaną córkę ze szkoły.

– Zaczekaj na mnie w samochodzie. – Wręcza Marcie kluczyki. Gdy dziewczyna się oddala, kobieta zwraca się do mnie: – Czy to prawda, pani Julio? Doszły mnie słuchy, że Otylia i jeszcze jakiś chłopiec popełnili samobójstwo…

– Nie znam jeszcze okoliczności tragedii, ale wiem, że nie żyją – potwierdzam.

– To straszne. – Pani Lilia zakrywa usta dłonią. – Wiem, że Marta lubiła się z tą dziewczyną. Kilka razu przyprowadziła ją do domu. Nie przypadła mi do gustu. Te tatuaże, bransoletki z kolcami, czarny strój i makijaż… Sama nie wiem, może zbyt pochopnie ją oceniłam?

– Nie uczyłam Otylii, ale słyszałam, że wbrew pozorom była bardzo dobrą uczennicą.

– A ten chłopak?

– Alan. Uczeń trzeciej klasy. Przez jakiś czas przychodził na kółko poetyckie. Bardzo wrażliwy chłopiec, choć szybko wpadł w złe towarzystwo. Ogromna strata. Zawsze wierzyłam w to, że zajdzie daleko, jeśli tylko przestanie zadawać się z mniej ambitnymi rówieśnikami.

– Myśli pani, że naprawdę odebrali sobie życie? – dopytuje Najdowska. – Bo widzi pani, martwię się o Martę. Ta Otylia miała na nią duży wpływ. Moja córka i tak ma słabą psychikę. Boję się, że jeszcze wpadnie jej do głowy jakieś głupstwo…

– Niech zostanie w domu na kilka dni i ochłonie. Kiedy wróci, postaram się z nią porozmawiać.

– Tak zrobię. Dziękuję.

W pokoju nauczycielskim jest kilka osób, w tym Artur Zawada, nauczyciel matematyki i wychowawca Otylii.

– Policja bada miejsce tragedii. – Siedzi przy stole i masuje się po wilgotnym czole. – Wstępnie uznali, że to było samobójstwo. Przesłuchują też rodziny.

– Podobno wczoraj była jakaś impreza urodzinowa zorganizowana przez jedną z uczennic – wtrącam. – Wiesz coś o tym? – Przerzucam wzrok na pijącą kawę Olgę Bień-Kraszewską, opiekunkę klasy drugiej C.

– Coś słyszałam – odpowiada nauczycielka biologii. – Rozmawiałam z paroma osobami i wszyscy potwierdzają, że Nina Rosicka wyprawiła wczoraj imprezę dla Sary.

– Sara to dziewczyna Alana, tak? – dopytuję.

– Wiem, że spotykali się przez pewien czas. Sara miała na niego fatalny wpływ – potwierdza moje przypuszczenia.

– Nic nie mogłaś – odzywa się Artur Zawada. – To nie nasza wina. Nauczyciele nie powinni odpowiadać za wszystkie durnoty, które przychodzą młodym do głowy. A poza tym to stało się poza szkołą i godzinami lekcyjnymi.

– Powiesz mi o niej coś więcej? – wypytuję Olgę o Sarę.

– To córka Zuzy Haman, aktorki z tego tasiemca na Dwójce. Nie pamiętam tytułu… – Bień-Kraszewska drapie się po podbródku. – Nie przypomnę sobie. W każdym razie dziewczyna nieustannie mi podpada. Otacza się gromadą wpatrzonych w nią koleżanek, które robią wszystko, co im każe. Na początku roku namówiła połowę klasy na wagary w dniu ważnego sprawdzianu. Gdy zagroziłam, że poproszę dyrektora o wyciągnięcie konsekwencji, zaśmiała mi się w twarz i życzyła powodzenia. Zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd…

– Nie mogę tego słuchać. – Zawada odchodzi od stołu. – Właśnie takim zachowaniem sprawiacie, że wizerunek nauczyciela w Polsce jest taki, a nie inny.

– Daj już spokój, Artur. – Olga kręci głową z dezaprobatą.

– A co, nie mam racji? Tylko czekać, aż wszystkie media podchwycą temat śmierci tej dwójki. Zacznie się prasowe dochodzenie i nieskończona liczba artykułów z każdą możliwą wersją wydarzeń. Na koniec dokopią się do naszego życia prywatnego i zaczną pisać o tym, jaki jest nasz ulubiony kolor bielizny.

– Oszalałeś do reszty. – Bień-Kraszewska przewraca oczami.

– Zrobią z nas kozła ofiarnego – ciągnie Zawada. – Oskarżą o to, że zamiast interesować się swoimi uczniami, marnowaliśmy czas na strajki i użalanie się nad sobą. Zobaczysz, tak będzie. Jeszcze wspomnisz moje słowa. Wszyscy wspomnicie.

Grozi palcem każdej osobie obecnej w pomieszczeniu, a potem wychodzi nadąsany.