Nie śpij, tu są węże! Życie i język w amazońskiej dżungli - Daniel L. Everett - ebook

Nie śpij, tu są węże! Życie i język w amazońskiej dżungli ebook

Daniel L. Everett

0,0
49,90 zł

lub
Opis

Pasjonująca relacja ze zdumiewających doświadczeń i odkryć językoznawcy Daniela Everetta, w czasie gdy żył on wśród Piraha, niewielkiego plemienia Indian Amazońskich w centralnej Brazylii. Daniel Everett znalazł się wśród Piraha wraz żoną i trójką małych dzieci w nadziei, że nawróci ich na chrześcijaństwo, szybko jednak porzucił ten pomysł i wkrótce zaczął mieć obsesję na punkcie ich języka oraz jego kulturowych i językoznawczych konsekwencji. Książka jest swoistym apelem Everetta o zachowanie języków mniejszości. Uważa on język jako narzędzie kultury dlatego postrzega utratę języka jako coś więcej niż utratę abstrakcyjnego, arbitralnego zestawu symboli do komunikowania się, ale jako utratę zestawu rozwiązań uniwersalnych problemów życia: znaczenia, relacji i wartości.

Wspaniała książka dla „ludzi ciekawych wszystkiego” (nie tylko dla lingwistów czy antropologów, którzy będą nią zachwyceni!) Mistrzostwo w swoim gatunku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 459




© Copyright by Copernicus Center Press, 2020 Copyright © 2008 by Daniel L. Everett All rights reserved
Tytuł oryginalnyDon’t Sleep, There Are Snakes.Life and Language in the Amazonian Jungle
Adiustacja i korektaAndrzej Zawadzki
Opracowanie graficzne okładkiBartłomiej Drążkiewicz
Grafika na okładceMartin Schoeller/ AUGUST
SkładArtur Figarski
ISBN 978-83-7886-502-5
Wydanie I
Kraków 2020
Copernicus Center Press Sp. z o.o. pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków tel. (+48) 12 448 14 12, 500 839 467 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Ta książka traktuje o wydarzeniach z przeszłości. Ale życie dotyczy teraźniejszości i przyszłości. A zatem dedykują tę książkę mojej żonie Lindzie Ann Everett, nieustannie dodającej odwagi. Miłość to dobra rzecz.

W ten sposób otrzymałem swoją pierwszą wielką lekcję w dociekaniu tych niejasnych obszarów wiedzy – aby nigdy nie akceptować niedowierzania wielkich ludzi lub ich oskarżeń o oszustwo czy głupotę, niezależnie od ich wagi, gdy przeciwstawiona jest im powtarzająca się obserwacja faktów przez innych ludzi, bezsprzecznie zdrowych na umyśle i uczciwych. Cała historia nauki pokazuje nam, że zawsze tam, gdzie wykształceni ludzi nauki w każdym wieku z góry podważają fakty obserwowane przez innych badaczy z powodu ich absurdalności lub niemożliwości, podważający zawsze są w błędzie.

Alfred Wallace (1823–1913), Notes on the Growth of Opinion as to Obscure Psychical Phenomena During the Last Fifty Years (1893)

Nie mamy wcale obowiązku podzielać podyktowanego uprzedzeniem przekonania, że istota tego, co oznacza bycie człowiekiem, przejawia się najwyraźniej w tych cechach ludzkiej kultury, które są uniwersalne, a nie w tych, które stanowią cechy dystynktywne takiego czy innego, konkretnego ludu. (...) Może to właśnie w kulturowych osobliwościach ludzi – w ich dziwactwach – trzeba się doszukiwać najcenniejszych, najbardziej pouczających odkryć na temat tego, co to znaczy należeć do rodzaju ludzkiego.

Clifford Geertz (1926–2006)przeł. M.M. Piechaczek (Interpretacja kultur. Wybrane eseje, WUJ, Kraków 2005, s. 61–62)

KILKA UWAG NA TEMAT JĘZYKA PIRAHÃ,UŻYTEGO W TEJ KSIĄŻCE

Mimo że język pirahã ma jeden z najmniejszych znanych zestawów dźwięków mowy (fonemów), może być bardzo trudny do wymówienia bez odrobiny pomocy. Oto elementarny przewodnik po wymowie, wykorzystujący system zapisu, który Arlo Heinrichs, Steve Sheldon i ja opracowaliśmy dla potrzeb tego języka.

p

Wymawiane jak głoska p w języku angielskim, w słowach takich jak pot.

t

Wymawiane jak angielska głoska t w słowie tar.

k

Wymawiane jak angielska głoska k w słowie skirt.

x

Tutaj następuje zwarcie krtaniowe. Jest wymawiane jak przyśrodkowy dźwięk w angielskiej negacji wykrzyknikowej uh-uh: „Chcesz cukier?” „Uh-uh” (dźwięk wydawany tam, gdzie znajduje się „-”). W języku angielskim nie jest to pełna spółgłoska, i nie występuje w angielskim alfabecie. W Międzynarodowym Alfabecie Fonetycznym symbolem tego dźwięku jest /.

s

Wymawiane jak angielska głoska s w słowie sound, z wyjątkiem gdy występuje przed i, gdzie wymawiane jest jak angielska głoska sh w słowie sugar.

h

Wymawiane jak głoska w amerykańskim angielskim na początku słowa here.

i

Wymawiane zazwyczaj jak angielska samogłoska i w słowie hit, jednak czasami jak angielska samogłoska e w słowie bed. W niektórych przypadkach jest wymawiana jak sekwencja ae w słowie bead.

a

Wymawiane jak w brytyjskim angielskim samogłoska a w słowie father.

o

Wymawiane zazwyczaj jak angielska samogłoska o w słowie who, chociaż czasami jak samogłoska o w słowie abode.

Ostry akcent (´) wskazuje na wysoki ton i jest pisany nad samogłoską, kiedy wymagany jest podwyższony dźwięk. Kiedy nad samogłoską nie ma żadnego symbolu, to ma ona niską tonację. Pomyślmy o angielskim słowie PERmit (licencja lub rodzaj przyzwolenia) i słowie perMIT (pozwalać). Wyróżnione sylaby zazwyczaj mają wysoką tonację. W języku pirahã każda samogłoska ma związany z nią ton, który zależy od funkcji lub położenia słowa w zdaniu, w którym występuje.

W większości przypadków próbowałem tłumaczyć język pirahã na idiomatyczny angielski. W konsekwencji przedstawiłem język w sposób inny od tego, w którym ludzie rzeczywiście się nim porozumiewają. Na przykład wiele tłumaczeń, inaczej niż w oryginalnych zdaniach pirahã, zawiera rekurencję. Każdy, kto jest bardziej zainteresowany gramatyką, może badać historie ludu Pirahã zawarte w tej książce lub w wielu moich pismach językoznawczych na temat Pirahã, takich jak rozdział w pierwszym tomie Handbook on Amazonian Languages („Podręcznik języków amazońskich”, pod redakcją Desmonda Derbyshire’a i Geoffreya Pulluma, wydane przez wydawnictwo Mouton). Opowieści w książce Nie śpij, tu są węże będą odpowiednie dla większości czytelników, ponieważ zawierają dosłowne tłumaczenia (mimo że tłumaczenia te będą prawdopodobnie trudniejsze do prześledzenia przez osoby, które nie używają języka pirahã).

PRZEDMOWA

Nauka to nie tylko zespoły badawcze w fartuchach laboratoryjnych pod kierownictwem uznanego naukowca. Mogą ją prowadzić samotne jednostki walczące do upadłego w trudnych czasach i trudnych miejscach – w poczuciu zagubienia i pozbawione wiedzy, a mimo to stawiające czoła wyzwaniu, aby zdobyć nową wiedzę na przekór trudnościom. Ta książka traktuje o pracy naukowej drugiego typu i o rozwoju intelektualnym w tyglu amazońskiej kultury, podczas życia pośród Pirahã (pee-da-HAN), brazylijskich Indian. Książka ta jest o nich i o lekcjach, których mi udzielili, zarówno naukowych, jak i osobistych, i o tym, jak te nowe poglądy głęboko odmieniły moje życie i sprawiły, że zacząłem żyć inaczej. To są moje nauki. Ktoś inny bez wątpienia nauczyłby się czegoś innego. Przyszli badacze będą mieli swoje historie do opowiedzenia. W końcu robimy jedynie to, co w naszej mocy, aby mówić jasno i wprost.

PROLOG

„Spójrz! Oto on, duch Xigagaí”.

„Tak, widzę go. To on nam grozi!”

„Chodźcie wszyscy na plażę zobaczyć Xigagaí. Szybko! On tam jest!”

Przebudziłem się z głębokiego snu, nie będąc pewnym, czy śnię czy naprawdę słyszę tamtą rozmowę. Była 6:30, w sobotni, sierpniowy poranek, pory suchej 1980 roku. Słońce świeciło, lecz niezbyt jeszcze gorąco. Bryza znad rzeki Maici powiewała wprost na moją skromną chatę, która stała na niewielkiej skarpie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem nade mną palmową strzechę, jej oryginalną żółtą szarość wieloletniego osadu z kurzu i sadzy. Moje mieszkanie było wciśnięte pomiędzy dwie mniejsze chaty Pirahã o podobnej konstrukcji, w których mieszkali Xahoábisi, Kóhoibiíihíai i ich rodziny.

Spędziłem tak wiele poranków wśród Pirahã, że z łatwością wychwyciłem słaby zapach dymu wydobywającego się znad ognia, na którym gotowali. Na twarzy czułem ciepłe brazylijskie słońce, którego promienie łagodziła moskitiera.

Dzieci jak zwykle śmiały się, ganiały lub głośno płakały, by je nakarmić, a ich odgłosy wypełniały wioskę. Psy szczekały. Często, kiedy otwierałem oczy, niechętnie wybudzając się ze snu, dziecko z plemienia Pirahã, a czasem nawet dorośli, gapili się na mnie spomiędzy listew palmowych, które służyły mi za ścianę zewnętrzną mojej dużej chaty. Ten ranek był inny.

Byłem teraz całkiem przytomny, obudzony wrzawą i krzykami Pirahã. Usiadłem i rozejrzałem się. Tłum gromadził się około sześciu metrów od mojego łóżka, na wysokim brzegu Maici, energicznie gestykulując i krzycząc. Wszyscy patrzyli skoncentrowani na plażę, która znajdowała się po drugiej stronie rzeki, na wprost mojego domu. Wstałem z łóżka, żeby mieć lepszy widok na to, co się tam dzieje, oraz dlatego, że nie można było dłużej spać w tym hałasie.

Podniosłem z podłogi moje szorty i, zanim je założyłem, upewniłem się, że nie było na nich ptaszników, skorpionów, stonóg ani innych niepożądanych stworzeń, na stopy wsunąłem klapki i skierowałem się w stronę drzwi. Pirahã zbierali się na brzegu rzeki po prawej stronie mojego domu. Ich ekscytacja rosła. Widziałem matki biegające w dół ścieżki, z niemowlętami próbującymi utrzymać w ustach ich piersi.

Kobiety nosiły identyczne, średniej długości sukienki bez rękawów i bez kołnierza, w których pracowały i spały, zabarwione na ciemnobrązowo od brudu i dymu.

Mężczyźni nosili krótkie spodenki lub przepaski biodrowe. Żaden z nich nie miał przy sobie łuków i strzał. Co za ulga. Podrostki chodziły nago, a ich skóra była twarda i zniszczona od żywiołów. Pośladki niemowląt były zrogowaciałe z powodu suwania się po ziemi, który to sposób poruszania się, z jakiegoś powodu, wolały bardziej od czołgania.

Każdy był cały w smugach popiołów i kurzu, nagromadzonych podczas snu oraz siedzenia na ziemi przy ognisku.

Było wciąż około dwudziestu stopni, choć wilgotno, sporo brakowało do czterdziestostopniowego upału, który towarzyszył nam w południe. Próbowałem się wybudzić przecierając oczy.

Zwróciłem się do Kóhoi, mojego nauczyciela języka, i zapytałem:

„Co się dzieje?”. Stał po mojej prawej stronie, a jego silne, brązowe, szczupłe ciało zastygło w napięciu od tego, na co patrzył.

„Nie widzisz go tam?” – zapytał niecierpliwie. „Xigagaí, jedna z istot, które żyją ponad chmurami, stoi na plaży, krzyczy na nas, mówiąc, że nas zabije, jeśli pójdziemy do dżungli”.

„Gdzie?” – zapytałem. „Nie widzę go”.

„Właśnie tam!” – warknął Kóhoi, patrząc uważnie na środek, jak się wydaje, pustej plaży.

„W dżungli za plażą?”.

„Nie! Tam na plaży. Spójrz!” – odpowiedział z irytacją.

Przebywając w dżungli z Pirahã dosyć często nie dostrzegałem flory i fauny, które oni widzieli. Moje niedoświadczone oczy po prostu nie były w stanie widzieć tego, co ich. Ale teraz było inaczej. Nawet ja mogłem dostrzec, nawet z odległości większej niż sto jardów, że na białej, piaszczystej plaży nie było niczego nadzwyczajnego. Tak jak ja byłem pewien tego, co widzę, tak Pirahã byli równie pewni swego. Może było tam coś, zanim przyszedłem, ale oni upierali się, że to, co widzą – Xigagaí, wciąż tam jest.

Wszyscy nadal patrzyli na plażę. Usłyszałem Kristene, moją sześcioletnią córkę.

„Na co oni patrzą, tatusiu?”.

„Nie wiem. Ja nic nie widzę”.

Kris stanęła na palcach i spojrzała w dal. Potem na mnie. Następnie na Pirahã. Była tak samo zdziwiona jak ja.

Kristene i ja opuściliśmy Pirahã i wróciliśmy do naszego domu. Zastanawiałem się nad tym, co się właśnie wydarzyło i czego byłem świadkiem. Przez ponad dwie dekady od tego letniego poranka próbowałem zrozumieć znaczenie tego, jak dwie kultury – moja europejska i kultura Pirahã – mogą postrzegać rzeczywistość w tak różny sposób. Nigdy nie potrafiłem udowodnić Pirahã, że plaża jest pusta. A oni z kolei nie byli w stanie przekonać mnie do tego, że na plaży jest coś, a tym bardziej że jest to duch.

Dla mnie, naukowca, obiektywizm jest jedną z najbardziej fundamentalnych wartości. Myślałem kiedyś, że jeśli bardziej się postaramy, z pewnością każdy z nas będzie mógł spojrzeć na świat z perspektywy drugiej strony i nauczymy się łatwo szanować inne poglądy. Ale, jak dowiedziałem się od Pirahã, nasze oczekiwania, nasza kultura i nasze doświadczenia mogą uczynić nasze postrzeganie otoczenia niemal niewspółmiernym międzykulturowo.

Kiedy wychodzą z mojej chaty w nocy przed pójściem spać, Pirahã mówią różne rzeczy. Czasami mówią tylko: „Idę”. Ale często używają wyrażenia, które, choć na początku wydaje się zaskakujące, stało się jednym z moich ulubionych sposobów mówienia dobranoc: „Nie idź spać, węże grasują’’. Pirahã mówią to z dwóch powodów. Po pierwsze, uważają, że przez mniejszą ilość snu stają się „twardsi”. Po drugie, wiedzą, że wokół nich, z każdej strony dżungli czai się niebezpieczeństwo, a głęboki sen może sprawić, że staną się bezbronni i wystawieni na atak jednego z wielu niebezpiecznych drapieżników, grasujących wokół wioski.

Pirahã śmieją się i rozmawiają przez większość nocy. Nie śpią długo za jednym razem. Z rzadka w nocy słyszałem wioskę całkowicie cichą, nie zauważyłem też, żeby ktoś spał przez kilka godzin z rzędu. Wiele się nauczyłem od Pirahã przez te lata. Ale to była chyba moja ulubiona lekcja. Oczywiście, że życie jest trudne i otacza nas wiele niebezpieczeństw. I może to sprawić, że od czasu do czasu stracimy trochę snu. Ale bawmy się dobrze. Życie toczy się dalej.

Pojechałem do Pirahã, kiedy miałem dwadzieścia sześć lat. Teraz jestem tak stary, że mogę dostać zniżki dla seniorów. Oddałem im moją młodość. Wiele razy miałem do czynienia z malarią. Pamiętam kilka sytuacji, w których Pirahã lub ktoś inny zagrażał mojemu życiu. Przeniosłem na plecach przez dżunglę więcej ciężkich skrzynek, toreb i beczek, niż chciałbym pamiętać. Wszystkie moje wnuki znają pirahã. Moje dzieci są tym, kim są, po części z powodu Pirahã. Mogę patrzeć na starców, tak starych jak ja, którzy niegdyś grozili, że mnie zabiją, i rozpoznaję w niektórych z nich najdroższych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałem – ludzi, którzy ryzykują teraz dla mnie swoje życie.

Ta książka opowiada o naukach, jakie wyniosłem z trzech dekad studiowania i życia z Pirahã. Był to czas, w którym próbowałem zrozumieć, najlepiej jak tylko potrafiłem, w jaki sposób widzą oni świat, jak go rozumieją i jak o nim mówią, i przekazać tę wiedzę moim kolegom naukowcom. Ta podróż doprowadziła mnie do wielu zdumiewająco pięknych miejsc, ale postawiła mnie również w obliczu wielu sytuacji, w których wolałbym się nie znaleźć. Cieszę się jednak, że odbyłem tę podróż – dała mi ona wartościowy i cenny wgląd w naturę życia, języka i myśli, którego nie zdobyłbym w żaden inny sposób.

Pirahã pokazali mi, że istnieje godność i głębokie zadowolenie w obliczu życia i śmierci, pozbawione pociechy niebios albo lęku przed piekłem, w żeglowaniu z uśmiechem w kierunku wielkiej otchłani. Nauczyłem się tych rzeczy od Pirahã i będę im za to wdzięczny do końca życia.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ŻYCIE

1. ODKRYWAJĄC ŚWIAT PIRAHÃ

Było to jasnego, brazylijskiego poranka, 10 grudnia 1977 roku, gdy czekaliśmy na start sześcioosobowego samolotu, zapewnionego przez moją agencję misjonarską, the Summer Institute of Linguistics (SIL). Pilot, Dwayne Neal, przeprowadzał inspekcję maszyny przed wylotem. Krążył wokół niej, sprawdzając, czy ładunek był odpowiednio zbalansowany. Szukał zewnętrznych uszkodzeń. Pobrał zawartość niewielkiej fiolki z baku celem wykrycia śladów wody w paliwie. Testował działanie śmigła. Obecnie jest to dla mnie procedura tak normalna jak mycie zębów przed pójściem do pracy, lecz wtedy był to mój pierwszy raz.

Przygotowując się do wylotu, rozmyślałem intensywnie o Pirahã, plemieniu Indian amazońskich, wraz z którymi miałem żyć. Co miałem robić? Jak się zachowywać? Zastanawiałem się, jak ci ludzie zareagują na mnie i jak ja zareaguję na nich. Miałem wszak spotkać ludzi odmiennych ode mnie pod tak wieloma względami – część z tych różnic przewidywałem, reszty ani trochę. Prawdę mówiąc, leciałem tam w innym celu, aniżeli tylko by ich poznać. Do ludu Pirahã przybywałem jako misjonarz. Moje zarobki i wydatki zostały pokryte przez kościoły ewangeliczne w Stanach Zjednoczonych po to, bym mógł „odmienić ich serca” i przekonać tubylców do uznania boga, w którego ja wierzyłem, by zaakceptowali moralność i kulturę związane z wiarą w chrześcijańskiego Boga. Mimo że nawet nie znałem Pirahã, sądziłem, że mogę, a nawet powinienem ich nawrócić. To przekonanie jest punktem wspólnym pracy wszystkich misjonarzy.

Dwayne zasiadł w fotelu pilota, a my wszyscy pochyliliśmy głowy, gdy modlił się o bezpieczny lot. Później krzyknął „Livre!” („Z drogi!” po portugalsku) z otwartego okna pilota i uruchomił silnik. W czasie gdy silnik nagrzewał się, on rozmawiał z kontrolą lotów Pôrto Velho, po czym zaczęło się kołowanie. Pôrto Velho, stolica brazylijskiego stanu Rondônia, miała stać się moją bazą operacyjną w każdej z przyszłych wypraw do plemienia Pirahã. Na końcu ziemnego pasa startowego zawróciliśmy, a Dwayne dodał gazu. Wzbiliśmy się w powietrze, zostawiając rozmazujący się obraz rdzawoczerwonej powierzchni cascalho (żwirowego) pasa startowego pod nami. Obserwowałem, jak dżungla pochłania w końcu okołomiejskie, oczyszczone ziemie. Otwarte przestrzenie otaczające Pôrto Velho malały, a drzewa stawały się coraz liczniejsze. Przelecieliśmy przez potężną Madeirę, wówczas transformacja dobiegła końca – ukazało nam się morze zielonych, brokułowatych drzew, rozpościerających się we wszystkich kierunkach aż za horyzont. Myślałem o zwierzętach, które mogły znajdować się w tym momencie tuż pod nami. Zastanawiałem się, czy gdybyśmy spadli teraz na ziemię i przeżyli, zostałbym zjedzony przez jaguary – istniało przecież mnóstwo historii, opowiadających o ofiarach wypadków lotniczych zabitych nie przez samo uderzenie, a przez zwierzęta.

Miałem odwiedzić jeden z najmniej zbadanych ludów planety, mówiący jednym z najbardziej niezwykłych języków świata – sądząc przynajmniej po historii mających z nimi do czynienia zawiedzionych językoznawców, antropologów i misjonarzy. Język pirahã nie ma żadnego innego, pokrewnego mu języka wśród obecnie używanych. Prawdę mówiąc, wiedziałem zaledwie, jak brzmi on na nagraniach i o tym, że poprzedni językoznawcy oraz misjonarze, którzy się go uczyli oraz badali posługujący się nim lud, decydowali się ostatecznie pracować gdzie indziej. Brzmiał nieporównywalnie do wszystkiego, co wówczas słyszałem. Język ten, jak się zdawało, był nie do opanowania.

W miarę jak nabieraliśmy wysokości, malutka kratka szybu wentylacyjnego nad moją głową w cessnie zaczęła dmuchać coraz zimniejszym powietrzem. Próbowałem nieco się odprężyć. Oparłem się i zacząłem dalej rozmyślać o tym, co będę robił i jak wyprawa ta różni się dla mnie i dla pozostałych pasażerów samolotu. Pilot był dziś po prostu w pracy, o odpowiedniej porze wróci do domu na kolację. Jego ojciec znalazł się na pokładzie jako turysta. Don Patton, towarzyszący mi misjonarz-mechanik, odbywał w ten sposób swoje miniwakacje od ciężkiej roboty, jaką jest utrzymywanie przeznaczonych dla misjonarzy obiektów. A ja leciałem do pracy swego życia. Miałem po raz pierwszy ujrzeć ludzi, z którymi planowałem dzielić resztę swego bytu, ludzi, którzy mieli trafić do nieba razem ze mną. Musiałem nauczyć się płynnie porozumiewać w ich języku.

Gdy samolot miotany był przez poranne podmuchy, charakterystyczne dla Amazonii w porze deszczowej, moje myśli trapiła intensywnie poważniejsza sprawa. Cierpiałem na chorobę powietrzną. Przez kolejne 105 minut, gdy lecieliśmy ponad lasem w podmuchach powietrza, czułem mdłości. Ledwo uspokoiłem żołądek, wówczas Dwayne odwrócił się, trzymając w ręku kanapkę z tuńczykiem i cebulą. „Jesteście głodni?” – zapytał troskliwie. „Nie, dzięki” – odpowiedziałem, czując już gulę w gardle.

Kołowaliśmy później nad pasem w pobliżu wioski plemienia Pirahã – Posto Novo – aby pilot mógł się jej lepiej przyjrzeć. Manewr ten wzmógł nacisk siły odśrodkowej na mój żołądek, kiedy ja robiłem już wszystko co w mojej mocy, by powstrzymać nudności. Przez kilka mrocznych momentów przed lądowaniem sądziłem, że lepiej byłoby nawet rozbić się tu i teraz, niż nadal odczuwać te mdłości. Przyznaję, że myśl ta była dość krótkowzroczna, ale nie mogłem nic na to poradzić.

Pas startowy został oczyszczony z drzew dwa lata wcześniej przez Steve’a Sheldona, Dona Pattona oraz grupę nastolatków z amerykańskich kościołów. Aby stworzenie takiego pasa w dżungli było możliwe, trzeba najpierw powalić ponad tysiąc drzew. Należy następnie usunąć pnie, ponieważ mogłyby zgnić w glebie, powodując jej zapaść, a jakiś samolot ryzykowałby utratę podwozia oraz – prawdopodobnie – wszystkich pasażerów. Po wyciągnięciu tego tysiąca lub więcej pni, z których niektóre mają kilka stóp średnicy, należy wypełnić dziury pozostałe po ekstrakcji. Później trzeba upewnić się – bez używania ciężkiego sprzętu – że pas jest tak płaski, jak tylko możliwe. Jeżeli ci się powiedzie, proces ten zostaje zwieńczony powstaniem pasa szerokiego na prawie dziesięć metrów i długiego na około sześćset metrów. Takież były mniej więcej wymiary lądowiska Pirahã, na którym przyszło nam lądować już niebawem.

W dniu naszego przylotu trawa na pasie sięgała pasa. Nie mogliśmy nic wiedzieć o żadnych kłodach, psach, garnkach czy innych przedmiotach leżących pośród zarośli, a które uszkodziłyby samolot – z nami wewnątrz – podczas lądowania. Dwayne „przystrzygł” raz tę gęstwinę w nadziei, iż Pirahã zrozumieją, że powinni sprawdzić pas i oczyścić go z detrytusu (zdarzyło się bowiem, że Pirahã wznieśli na pasie startowym chatę, którą należało rozebrać, byśmy mieli jak lądować). Kilku członków plemienia wybiegło, po czym zobaczyliśmy ich zbiegających z pasa z małą kłodą – niewielką, choć wystarczającą, by obrócić samolot wkoło, gdybyśmy uderzyli o nią podczas lądowania. Dotarliśmy jednak szczęśliwie, bowiem Dwayne wylądował gładko i bezpiecznie.

Gdy maszyna wreszcie stanęła, w pełni odczułem ciepło bezwietrznej dżungli oraz jej wilgotność. Wyszedłem z samolotu z zawrotami głowy, a Pirahã otoczyli mnie, głośno rozmawiając, uśmiechając się i wskazując na rozpoznawanych przez nich Dwayne’a i Dona. Don usiłował powiedzieć Pirahã po portugalsku, że chciałem nauczyć się ich języka. Pomimo faktu, iż nie znali portugalskiego prawie wcale, paru mężczyzn pojęło, że pojawiłem się, by zamienić Steve’a Sheldona. Sheldon pomógł im wcześniej zrozumieć mój przyjazd, tłumacząc w ich języku podczas ostatniej wizyty, że niski, rudy mężczyzna przybędzie, by z nimi zamieszkać. Powiedział także, że chciałbym nauczyć się mówić tak jak oni.

W trakcie przechodzenia z pasa do wioski zaskoczyła mnie bagnista woda sięgająca kolan. Pierwsze, czego zaznałem na etapie powodzi rzeki Maici pod koniec sezonu deszczowego, było niesienie zasobów poprzez ciepłą, brudną wodę, bez pojęcia, co może zaraz pogryźć moją stopę lub nogi.

Gdy zobaczyłem Pirahã po raz pierwszy, najbardziej szokującą rzeczą, jaką pamiętam, było to, jak radośni się wydawali. Uśmiech gościł na każdej twarzy. Ani jedna osoba nie wydawała się smutna czy zapobiegawczo zdystansowana, co zdarzało się często w trakcie różnych spotkań. Ludzie wskazywali na rozmaite przedmioty i entuzjastycznie rozmawiali, próbując pomóc mi zwrócić uwagę na to, co mogłoby mnie zainteresować – ptaki nad głową, ścieżki do polowań, wioskowe chaty, szczeniaki. Niektórzy mężczyźni mieli na sobie czapki ze sloganami i nazwiskami brazylijskich polityków, jasne koszulki i spodenki sportowe otrzymane od rzecznych handlarzy. Każda z kobiet ubrana była w sukienkę podobnego typu, z krótkimi rękawami, obszytą tuż nad kolanem. Sukienki te miały pierwotnie rozmaite, jasne wzory, natomiast obecnie pokryte były brązowym pyłem z ziemnych podłóg ich chat. Dzieci młodsze niż mniej więcej dziesięć lat biegały nago. Każde się śmiało. Większość ostrożnie mnie dotykała, niczym nowe zwierzątko. Nie potrafiłem wyobrazić sobie milszych ludzi. Ludzie mówili mi, jak mają na imię, jednak większości nie zdołałem zapamiętać.

Pierwszy mężczyzna, którego imię zapamiętałem, nazywał się Kóxoí (KO-oE). Widziałem go, gdy przykucnął na jasnej polance, na prawo od ścieżki. Kroił coś w słońcu, na skraju ogniska. Kóxoí miał potargane spodenki, był bez koszulki, boso. Szczupły i niezbyt muskularny. Miał skórę pełną bruzd, niby wyprawioną. Szerokie, mocno zrogowaciałe stopy wydawały się potężne. Spojrzał na mnie i zawołał do siebie, na przeraźliwie gorący, piaszczysty płat, gdzie pozbywał się sierści jakiegoś dużego, szczuropodobnego zwierzęcia przez opalanie jej. Twarz Kóxoí wyglądała przyjaźnie, z szerokim uśmiechem od ucha do ucha i radosnymi ustami, kojącymi mnie podczas dnia pełnego nowych doświadczeń w nieznanym dotychczas miejscu.

Przyjemnie się go słuchało, chociaż nie rozumiałem ani słowa. Ponieważ nadal byłem w nie najlepszym stanie, ostry odór opalanego zwierzaka wywoływał we mnie odruchy wymiotne. Język stworzenia zwisał spomiędzy zębów, czubkiem do piachu, ze spływającą po nim strużką krwi. Dotknąłem swojej piersi i powiedziałem „Daniel”. Plemienny zrozumiał, że to imię, i natychmiast odpowiedział poprzez dotknięcie swej piersi oraz wypowiedzenie własnego imienia. Pokazałem więc na gryzonia w ognisku.

„Káixihí” (KYE-i-HEE), rzekł na wskazaną przeze mnie istotę.

Powtórzyłem to tuż po nim (myśląc „święty, dziesięciokilowy szczurzy burgerze!”). Sheldon tłumaczył mi, że ten język należy do języków tonalnych, tak jak chiński, wietnamski i setki innych. Oznacza to, iż poza zwracaniem uwagi na spółgłoski i samogłoski, musiałem także uważnie wyłapywać ton każdej z samogłosek. Udało mi się wypowiedzieć pierwsze słowo w języku pirahã.

Następnie, schyliłem się po patyk. Wskazałem na niego i powiedziałem „patyk”. Kóxoí uśmiechnął się i powiedział „xií” (iI).Powtórzyłem „xií”. Potem upuściłem go i rzekłem „Upuszczam xií”.

Kóxoí popatrzył, pomyślał, po czym szybko odpowiedział: „xií xi bigí káobíi” (iI ihbigI KAo BIi). (Jak dowiedziałem się później, oznacza to dosłownie „patyk ten ziemia spada”, dokładnie w tej kolejności).

Powtórzyłem po nim. Z tylnej kieszeni wyciągnąłem notatnik i długopis, zabrane z Pôrto Velho właśnie w celu zapisywania takich rzeczy przy użyciu Międzynarodowego Alfabetu Fonetycznego (International Phonetic Alphabet). Ostatnie zdanie przetłumaczyłem jako „patyk upada na ziemię” albo „ty upuszczasz patyk”. Podniosłem następnie dwa patyki i upuściłem oba naraz. Powiedział: „Xií hoíhio xi bigí káobíi”, „Dwa patyki spadają na ziemię”, a przynajmniej tak wówczas sądziłem. Dowiedziałem się później, iż oznacza to: „Nieco większa ilość (hoíhio) patyków upada na ziemię”.

Podniosłem liść i powtórzyłem cały proces. Przeszedłem następnie do innych czasowników, takich jak: skakać, siedzieć, uderzać i tak dalej, z Kóxoí w roli gotowego oraz niezwykle entuzjastycznego nauczyciela.

Słuchałem, ofiarowanych mi przez Steve’a Sheldona, nagrań tego języka oraz widziałem niektóre z krótkich list słówek, które stworzył. Nie był mi zatem zupełnie obcy, mimo że Sheldon poradził mi zignorować swoją pracę, ponieważ nie był pewien jej jakości, a mowa Pirahã brzmiała istotnie o wiele inaczej, niż gdy widziało się słowa zapisane na kartce papieru.

Aby sprawdzić swoją zdolność wychwytywania tonów języka w mowie, poprosiłem o kilka słów, różniących się jedynie wymową. Spytałem o nóż.

„Kaháíxíoi” (ka-HAI-I-oi) – odrzekł.

Następnie o ostrze strzały.

„Kahaixíoi” (ka-hai-I-oi) – odpowiedział, wskazując na trzon strzały z boku swojej chaty.

Terenowe zajęcia językoznawcze, w których brałem udział razem z SIL przed przyjazdem do Brazylii, były naprawdę skuteczne. Odkryłem podczas nich talent do lingwistyki, z którego nawet nie zdawałem sobie sprawy. Przez godzinę pracy z Kóxoí i innymi (jako że zainteresowani Pirahã zebrali się wokół), potwierdziłem wcześniejsze doniesienia Sheldona i jego poprzednika, Arlo Heinrichsa, że w języku pirahã było jedynie około jedenastu fonemów, a podstawowym szykiem ich zdań był SOV (subject, object, verb – podmiot, dopełnienie, czasownik) – najbardziej popularny z szyków wśród języków świata – oraz to, iż ich czasowniki przybierają niezwykle złożone formy (teraz wiem, że każda forma czasownika w języku pirahã może przybrać co najmniej 65 000 różnych postaci). Moje położenie niepokoiło mnie coraz mniej. Mogłem temu podołać!

Poza słuchaniem ich języka chciałem poznać także kulturę tych ludzi. Przyglądałem się najpierw rozmieszczeniu przestrzennemu ich domów. Początkowo ułożenie budynków w wiosce zdawało mi się pozbawione jakiejkolwiek reguły. Chaty stały w skupiskach, rozmieszczone w różnych miejscach wzdłuż ścieżki z pasa startowego do starego domu Steve’a Sheldona, teraz mojego. Ostatecznie zdałem sobie jednak sprawę, że każda chata stała po stronie ścieżki bliższej rzece. Od zakrętu do zakrętu, każda z nich miała widok na rzekę. Postawione były blisko brzegu rzeki, równolegle, nie więcej niż dwadzieścia kroków od niej. Dżungla i runo leśne otaczały każdy dom. W sumie było około dziesięciu chat. W tej społeczności bracia żyli w pobliżu braci (w innych wioskach, jak się później dowiedziałem, siostry żyły blisko sióstr, a gdzie indziej brak było widocznych reguł osiedlania się wedle pokrewieństwa). Po rozpakowaniu naszych zasobów, Don i ja wyczyściliśmy mały zakamarek w schowku Sheldona, by móc tam ułożyć nasze zapasy (olej do gotowania, zupę w proszku, puszki peklowanej wołowiny, kawę instant, solone krakersy, bochenek chleba, trochę ryżu i fasoli). Odprowadziliśmy Dwayne’a i jego ojca z powrotem do samolotu po tym, jak zrobili zdjęcia i rozejrzeli się po okolicy. Gdy wzbijali się w powietrze, razem z Donem machaliśmy im na pożegnanie. Gdy samolot się uniósł, Pirahã krzyczeli rozradowani, relacjonując to słowami „Gahióo xibipíío xisitoáopí” (Samolot właśnie wzbił się pionowo w górę!).

Była mniej więcej druga po południu. Odczułem po raz pierwszy ten przypływ energii i poczucie przygody, które przychodzą naturalnie na rzece Maici wraz z Pirahã. Don poszedł zwodować importowaną łódź Steve’a produkcji Sears & Roebuck (szeroką, stabilną, aluminiową łódź o pojemności prawie jednej tony) oraz przetestować jej silnik. Ja natomiast usiadłem pośrodku grupy mężczyzn z plemienia, w przednim pokoju Sheldona, który był zbudowany jak dom Pirahã, tylko większy. Stał podwyższony na palach, miał jedynie pół ściany, bez drzwi, bez prywatności, z wyjątkiem sypialni dla dzieci i magazynku. Wyjąłem notatnik wraz z ołówkiem, żeby dalej uczyć się języka. Każdy mężczyzna wyglądał na sprawnego, szczupłego, twardego – tylko mięśnie, kości i chrząstki. Wszyscy uśmiechali się szeroko, wręcz jakby próbowali się przelicytować, kto okaże przy mnie więcej entuzjazmu. Parę razy powtórzyłem swoje imię, „Daniel”. Jeden z mężczyzn, Kaaboogí, wstał pośród ścisku i odezwał się do mnie bardzo podstawowym portugalskim: „Pirahã chamar você Xoogiái” (Pirahã będą na ciebie mówić OO-gi-Ai). Otrzymałem zatem swoje imię wśród ludu Pirahã.

Wiedziałem, że nadadzą mi imię, bo Don uprzedził mnie, że nie lubią wymawiać obcych słów. Jak się potem dowiedziałem, każde imię oparte jest na podobieństwie, jakie Pirahã dostrzegają między obcym a jednym ze swoich. Pośród mężczyzn był wtedy młody Xoogiái, i muszę przyznać, że wyglądaliśmy nieco podobnie. Od tej pory przez kolejne dziesięć lat miałem być zwany Xoogiái, dopóty dopóki ten sam Kaaboogí, zwany teraz Xahóápati, nie powiedział mi, iż moje imię jest już zbyt stare i odtąd powinienem nazywać się Xaíbigaí. (Po około sześciu latach to imię zmieniono mi na obecne – Paóxaisi – imię bardzo starego człowieka). Dowiedziałem się, że Pirahã zmieniają imiona od czasu do czasu, zazwyczaj gdy jeden z nich wymieni swe imię z duchem napotkanym w dżungli.

Nauczyłem się imion innych mężczyzn zgromadzonych wokół mnie – Kaapási, Xahoábisi, Xoogiái, Baitigií, Xaíkáibaí, Xaaxái. Kobiety stały na zewnątrz, spoglądając jedynie, nie chcąc się odezwać, ale chichocząc, gdy odzywałem się bezpośrednio do nich. Zapisywałem zdania takie jak upuszczam ołówek, zapisuję słowa na papierze, wstaję, mam na imię Xoogiái i tak dalej.

Później Don odpalił silnik w łodzi i wszyscy mężczyźni natychmiast wybiegli na zewnątrz, by się z nim przepłynąć, gdy ten krążył po rzece przed domem. Znalazłszy się nagle samemu, wykorzystałem moment, żeby rozejrzeć się dokoła. Nie było centralnej, wioskowej polany – zaledwie dwie czy trzy chaty razem, niemal schowane w dżungli, połączone z innymi domami poprzez wąskie ścieżki. Mogłem wyczuć dym dochodzący z każdej chaty. Psy szczekały. Dzieci płakały. Popołudnia o tamtej porze były bardzo gorące. Było też niezwykle wilgotno.

Skoro już pracowałem z Pirahã, postawiłem sobie za cel zebrać dane tak szybko i dokładnie, jak tylko możliwe. Za każdym razem, gdy pytałem poszczególnych Pirahã, czy mógłbym z nimi „zostawić ślady na papierze” (uczyć się – kapiiga kaga-kai), to mimo że zgadzali się z radością, wspominali o innym Pirahã, którego powinienem poprosić, mówiąc „Kóhoibiíihíai hi obáaxáí. Kapiiga kaagakaáíbaaí”. Zaczynałem rozumieć. Był jakiś mężczyzna zwany Kóhoibiíihíai, który nauczyłby mnie mówić w języku pirahã. Zapytałem kolegę misjonarza, czy znał kogoś o tym imieniu.

„Tak, Brazylijczycy mówią na niego Bernardo”.

„Dlaczego Bernardo?” – spytałem.

„Brazylijczycy każdemu z plemienia Pirahã nadali portugalskie imiona, bo nie potrafią wymawiać imion Pirahã”. Kontynuował. „Zapewne z tego samego powodu Pirahã nadają obcym imiona w swoim języku”.

Czekałem zatem cały dzień na powrót Bernardo/Kóhoibiíihíai z polowania. W czasie gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, Pirahã zaczęli rozmawiać głośno i wskazywać na najdalsze zakręty rzeki. W niknącym zmierzchu ledwo dostrzegałem sylwetkę kanu i wioślarza zbliżającego się do wioski, trzymającego się blisko brzegu, aby uniknąć silnego prądu rzeki Maici. Pirahã krzyczeli do mężczyzny w kanu, i usłyszałem, że ten im odpowiadał. Ludzie śmiali się i byli podekscytowani, chociaż nie wiedziałem dlaczego. Gdy wiązał swoje kanu do brzegu, zobaczyłem powód ich radości: sterta ryb, dwie zabite małpy i duży czubacz na podłodze łódki.

Zszedłem w dół błotnistego brzegu do kanu i podjąłem rozmowę z przybyłym łowcą, ćwicząc zdanie, którego nauczyłem się po południu: „Tii kasaagá Xoogiái” (Nazywam się Xoogiái). Kóhoi (w języku pirahã imiona skracają się podobnie jak w angielskim) spojrzał na mnie, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, i odchrząknął bezemocjonalnie. Mężczyzna przejawiał więcej cech afrykańskich niż azjatyckich, tak licznych przecież u Pirahã, na przykład u Kaaboogí, który przypominał mi raczej mieszkańca Kambodży. Miał falowane włosy, jasnobrązową skórę i szczecinę na szczęce. Opierał się o kanu, lecz, poznając po napięciu mięśni, było jasne, że mógł zerwać się nagle do gotowości. Potwierdzał to jego subtelny, skupiony na mnie, badawczy wzrok. Zdawał się być silniejszym od innych Pirahã, chociaż nie był ani wyższy, ani cięższy od żadnego innego mężczyzny w wiosce. Jego zarysowana szczęka i mocny kontakt wzrokowy powodowały, że sprawiał wrażenie opanowanego oraz pewnego siebie. Gdy inni Pirahã przybywali po jedzenie, rozdawał im kawałki zwierząt z poradą, jak i komu je racjonować. Miał na sobie pomarańczowe spodenki, był boso i bez koszulki.

Drugiego dnia zacząłem pracować z Kóhoi rankami, przy stole w pokoju frontowym dużego domu Sheldona. Popołudniami spacerowałem po wiosce, pytając Pirahã o ich język. Kontynuowałem zbieranie informacji za pomocą standardowej językoznawczej metody jednojęzycznej, używanej, gdy brak jest wspólnego języka: wskazując, pytając o słowa w rdzennym języku, następnie zapisując cokolwiek usłyszę, licząc, że jest to prawidłowe wyrażenie. Następnie ćwiczyłem je natychmiast z kolejnym tubylczym rozmówcą.

Jednym z aspektów języka pirahã, który natychmiast wzbudził moją fascynację, był brak tego, co językoznawcy nazywają „funkcją fatyczną” wypowiedzi – komunikowaniem się w celu podtrzymania społecznych i międzyludzkich więzi, by zauważyć lub „musnąć”, jak niektórzy twierdzą, rozmówcę. Wyrażenia pokroju: cześć, do widzenia, jak się masz?, wybacz, nie ma za co oraz dziękuję, nie wyjawiają żadnych nowych informacji o świecie, raczej podtrzymują wzajemny szacunek i chęć kontaktu. Kultura Pirahã nie wymaga tego typu komunikacji. Zdania w języku pirahã to albo zapytania o informację (pytania), zapewnienia o nowej informacji (deklaracje) lub rozkazy – ogólnie mówiąc. Nie ma w ich języku słów „dziękuję”, „przepraszam” i tak dalej. Przez lata tak się do tego przyzwyczaiłem, że częstokroć zapominałem, jak zadziwiające jest to dla ludzi niewtajemniczonych. Gdy ktokolwiek odwiedzał ze mną Pirahã i pytał, jak wypowiedzieć takie zwroty, patrzył na mnie podejrzliwie, gdy tłumaczyłem, że Pirahã nie praktykują takich form komunikacji.

Gdy Pirahã dociera do wioski, on lub ona może powiedzieć: „Przybyłem”. Lecz, ogólnie mówiąc, nikt się z tym nie afiszuje. Gdy coś komuś dajesz, czasami rzekną „w porządku” lub „jest OK”, jednakże używają tych zwrotów raczej jako „transakcja przyjęta do wiadomości” niż „dziękuję”. Ekspresja wdzięczności może nastąpić później w postaci odwzajemnionego podarku lub niespodziewanej przysługi, takiej jak pomoc w niesieniu czegoś. To samo tyczy się ludzi, którzy uczynili coś nieprzyzwoitego albo bolesnego. Nie mają słów na „przepraszam”. Czasem powiedzą: „Jestem zły”, choć robią to rzadko. Okazywanie skruchy następuje nie słowami, lecz, tak jak w poprzednim przypadku, poprzez czyny. Nawet w przypadku społeczeństw Zachodu da się zauważyć znaczącą różnicę w intensywności komunikacji fatycznej. Brazylijczycy tłumaczyli mi, gdy uczyłem się portugalskiego, że „Amerykanie mówią »dziękuję« zdecydowanie zbyt często”.

Podczas drugiego popołudnia w wiosce Pirahã, po długim dniu nauki języka, zrobiłem sobie gorący kubek mocnej, czarnej nescafé i usiadłem na stromym brzegu, by móc chwilę wpatrywać się w Maici. Kilku plemiennych wybrało się z Donem łowić ryby, więc panowała cisza większa niż zazwyczaj. Było to około 5:45 po południu, najpiękniejsza pora dnia, gdy słońce świeci na pomarańczowo, a ciemny zarys rzeki mocno kontrastuje z rdzawym kolorem nieba i bujną zielenią dżungli. Gdy tak siedziałem, spokojnie popijając kawę i wpatrując się w rzekę, zaskoczył mnie widok dwóch małych morświnów wyskakujących nierówno ponad powierzchnię wody. Nie miałem pojęcia o istnieniu słodkowodnych morświnów. Niemal natychmiast zza zakola wyłoniły się dwa kanu Pirahã z wioślarzami machającymi co sił w pogoni za morświnami, które starali się dotknąć wiosłem. Była to gra w berka, morświniego berka.

Najwidoczniej zwierzętom tym także się to podobało, ponieważ nieustannie podpływały, pozostając nieosiągalne dla mężczyzn w łódkach. Zabawa ciągnęła się przez pół godziny, aż nastanie ciemności zakończyło pogoń. Pirahã w kanu i na brzegach rzeki (do tego czasu zebrał się spory ich tłum) śmiali się histerycznie. Gdy tylko przestali gonić morświny, te zniknęły. (Przez wszystkie lata, gdy oglądałem ten pojedynek ssaków, żaden morświn nigdy nie został „berkiem”).

Myślałem o tym, w jakim miejscu się znajduję, o przywileju obcowania z tym jakże wspaniałym światem Pirahã i natury. Już przez te dwa pierwsze dni zdążyłem doświadczyć całej miriady nowości, takich jak piskliwy, metaliczny dźwięk tukanów i chrapliwe popłakiwanie papug ara. Wdychałem wonie drzew i roślin, których nigdy dotąd nie widziałem.

W kolejnych dniach spędzonych wśród Pirahã, między okresami poświęconymi badaniu języka, przyglądałem się ich codziennym zajęciom. Pirahã zaczynają swój dzień wcześnie, zazwyczaj koło piątej, choć nie wiadomo, czy nie lepiej powiedzieć, że jak na ludzi śpiących bardzo mało w ogóle go zaczynają czy też po prostu nigdy nie kończą. W każdym razie najczęściej budziły mnie kobiece rozmowy dobiegające z licznych szałasów. Zaczynały one swoje głośne monologi, mówiąc właściwie do nikogo o planach na dziś. Jedna kobieta ogłaszała, że ten i ten będą szli polować i łowić, potem zaznaczała, jaki rodzaj mięsa chciałaby dostać. Inne wtórowały jej z reszty chat lub wykrzykiwały swoje własne kulinarne preferencje.

Wraz z początkiem dnia najbardziej popularnym zajęciem wśród mężczyzn stawało się rybołówstwo. Większość z nich wstaje przed brzaskiem, by zdążyć do ulubionych łowisk, odległych o kilka godzin drogi w dół lub górę rzeki. Jeśli wyprawa po ryby ma trwać cały dzień, mężczyźni zabierają ze sobą rodzinę, jednak zazwyczaj idą samotnie lub z jednym albo dwoma przyjaciółmi. Kiedy z wody wycofującej się rzeki uformuje się stawik, okupywać go będzie kilkoro ludzi, ponieważ w takich miejscach znajduje się mnóstwo ryb bez drogi ucieczki. Łowi się głównie za pomocą łuku i strzał, ale używane są także lina i haczyk, jeśli udało się je dostać w drodze wymiany. Mężczyźni odpływają w dal, śmiejąc się głośno i wyzywając innych na wyścigi kanu. Zawsze przynajmniej jeden z nich zostaje pilnować wioski.

Po odejściu mężczyzn kobiety i dzieci idą szukać i zbierać maniok – nazywany także cassavą, bulwą życia – w znanych im w dżungli miejscach. To ciężka praca na wiele godzin, wymagająca dużej dozy wytrzymałości, jednak kobiety (tak jak ich mężowie) kierują się do dżungli żartując i śmiejąc się. Zazwyczaj wracają późnym popołudniem. Jeśli mężczyźni jeszcze nie wrócili, kobiety zbierają drewno na opał w oczekiwaniu na gotowanie ryb, które ich mężowie powinni złapać.

Ta początkowa wizyta u Pirahã skończyła się zaledwie po paru dniach. W grudniu 1977 brazylijski rząd nakazał wszystkim misjonarzom opuścić rezerwaty Indian. Musieliśmy się zbierać. I tak nie miałem zamiaru zostawać za długo, tylko tyle, by poznać, jacy byli Pirahã i ich język. Pierwsze dziesięć dni co nieco mnie o nich nauczyło.

Przymus opuszczenia wioski w takich okolicznościach sprawił, że zacząłem zastanawiać się, czy będę mógł jeszcze do niej wrócić. Letni Instytut Lingwistyczny (SIL), agencja misjonarska, z którą pracowałem w Brazylii, również nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i chciał znaleźć drogę obejścia rządowych zakazów wobec misjonarzy. SIL poprosił mnie więc o zapisanie się do lingwistycznego programu dla absolwentów na Uniwersytecie Stanowym Campinas (UNICAMP) w stanie São Paulo, w Brazylii. Była nadzieja, że UNICAMP będzie w stanie zapewnić mi pozwolenie na wizytę u Pirahã na dłuższy okres, mimo ogólnego zakazu dla misjonarzy. I chociaż poszedłem tam głównie w celu zapewnienia sobie zgody na powrót do wioski Pirahã, UNICAMP zaoferował mi najlepsze akademickie i intelektualne otoczenie, z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia.

Moja praca w UNICAMP przyniosła owoce, na które SIL miał nadzieję. Prezydent Narodowej Brazylijskiej Fundacji ds. Indian (FUNAI), generał Ismarth de Araujo Oliveira, zezwolił mi na powrót do Pirahã z moją rodziną, na sześciomiesięczny pobyt w celu zebrania materiału na moją pracę magisterską w UNICAMP-ie. Moja żona Keren, nasza najstarsza córka Shannon, mająca wtedy siedem lat, córka Kris, czterolatka, nasz syn Caleb, mający rok, i ja opuściliśmy São Paulo autokarem do Pôrto Velho w grudniu, na naszą pierwszą rodzinną wizytę u Pirahã. Dotarcie do Pôrto Velho zajęło nam trzy dni. Stacjonowała tam grupa misjonarzy z SIL, którzy mieli nam pomóc dotrzeć do wioski. Spędziliśmy tam tydzień, szykując się nie tylko do pobytu w wiosce, ale też przygotowując się mentalnie na nadchodzącą przygodę.

Nie jest łatwo zachodniej rodzinie przygotować się do życia w amazońskiej dżungli. Planowanie naszej wycieczki zaczęliśmy tygodnie przed wyruszeniem. Zapasy kupowaliśmy w PV, jak misjonarze nazywali Pôrto Velho. Tam Keren i ja musieliśmy przewidzieć i zaopatrzyć się na sześć miesięcy rodzinnej izolacji w dżungli. Wszystko – od mydła do prania po gwiazdkowe i urodzinowe prezenty – musiało być zaplanowane miesiące przed właściwym użyciem. Przez większość czasu wśród Pirahã, od 1977 do 2006, byliśmy niemal całkowicie odpowiedzialni za wszystkie medyczne potrzeby nie tylko naszej rodziny, ale też Pirahã, wydawaliśmy więc setki dolarów na lekarstwa – od aspiryny po antytoksyny jadu węży – przed każdą podróżą. Leki na malarię wszelkiej maści – daraprim, chlorochina, chinina – były na szczycie naszej listy.

Musieliśmy wziąć podręczniki i przybory szkolne, żeby nasze dzieci mogły uczyć się w wiosce. Za każdym razem, gdy wracaliśmy do centrum Instytutu w Pôrto Velho, dzieci przechodziły testy w szkole SIL, akredytowanej przez stan Kalifornii. Książki (włączając w to encyklopedię i słownik) oraz inne materiały szkolne powiększały długą listę rzeczy potrzebnych do prowadzenia gospodarstwa – setki litrów benzyny, nafty i propanu, lodówka napędzana propanem, dziesiątki konserw, mleko w proszku, mąka, ryż, fasolki, papier toaletowy, rzeczy na wymianę z Pirahã i wiele, wiele więcej.

Po zakupach i innych przygotowaniach zdecydowałem się polecieć tydzień przed moją rodziną, razem z misjonarzem SIL Dickiem Needem, by przygotować dom na przyjazd dzieci. Dick i ja pracowaliśmy od szóstej rano do szóstej wieczorem każdego dnia, żywiąc się niemalże tylko orzechami brazylijskimi (mogliśmy próbować dostać ryby od Pirahã, ale ponieważ nie byłem jeszcze zaznajomiony z ich kulturą w wystarczającym stopniu, by stwierdzić, czy nie wzięliby tego za zdzierstwo, postanowiliśmy opierać się na orzechach, które oferowali nam bez oporów). Ponieważ nasze narzędzia ważyły za dużo, by wziąć coś jeszcze do samolotu, brakowało nam jedzenia. Naprawiliśmy dach i podłogę domu Sheldona oraz zbudowaliśmy nową kuchenkę. Spędziliśmy także kilka dni z maczetami w dłoniach, wspomagani przez parę Pirahã, karczując pas startowy w oczekiwaniu na przybycie cessny. Wiedziałem, że dla moich dzieci i ich chęci pozostania tutaj najważniejsze będzie pierwsze wrażenie po zobaczeniu domu. Prosiłem o wiele, o to, by zostawiły przyjaciół i życie w mieście na rzecz paru miesięcy życia w dżungli, z ludźmi, których nie znali, słysząc język, którym nie posługiwało się żadne z nas.

W dniu, w którym miała przybyć moja rodzina, obudziłem się przed świtem. Przy pierwszych promieniach słońca udałem się na lądowisko, szukając dziur w ziemi. Cały czas pojawiały się nowe. Sprawdziłem też ostrożnie, czy nie ma kawałków drewna, chociażby na opał, które Pirahã mogli zostawić na pasie. Byłem podekscytowany. To naprawdę był początek naszej misji wśród Pirahã, a wiedziałem, że bez mojej rodziny nie dałbym rady. Potrzebowałem ich wsparcia. To była także ich misja. Wchodzili do nowego świata bez zachodniej rozrywki, bez elektryczności, bez doktorów, dentystów albo telefonów – cofali się w czasie na wiele sposobów. Prosiłem o wiele, ale wierzyłem, że Shannon, Kristene i Caleb zniosą dobrze dżunglę. Wiedziałem, że Keren, najbardziej doświadczona z nas w takim stylu życia, poradzi sobie bardzo dobrze i że dzieci zainspirują się pewnością i siłą wyniesioną z jej doświadczeń. W końcu była wychowywana wśród Indian Sateré-Mawé i żyła w Amazonii, od kiedy skończyła osiem lat. Uwielbiała to. I nie było w tym nic, co byłoby dla niej za trudne. Ja także na wiele sposobów czerpałem siłę z jej pewności siebie. Była najbardziej poświęconą sprawie misjonarką, jaką znałem.

Kiedy samolot był około pięć minut od nas, Pirahã zaczęli krzyczeć i biec w stronę lądowiska. Usłyszałem to parę minut później i podekscytowany pobiegłem powitać moją rodzinę w dżungli. Dzieci i Keren machały do nas entuzjastycznie podczas lądowania. Po tym, jak samolot zakończył kołowanie i pilot otworzył swój właz, podszedłem bliżej i gorliwie podałem mu rękę. Keren zeszła, raźna, z uśmiechem, i od razu spróbowała porozmawiać z Pirahã. Shannon, z jej psem Glasses, Kris i Caleb wyszli przez drzwi pasażerskie. Wyglądali niepewnie, ale cieszyli się na mój widok. Uśmiechali się szeroko do Pirahã. W czasie gdy pilot przygotowywał się do powrotu do Pôrto Velho, Dick stwierdził, wchodząc na pokład samolotu: „Będę o tobie myśleć, Dan, kiedy zamówię dziś wieczorem soczysty stek w Pôrto Velho”.

Z pomocą Pirahã przenieśliśmy wszystkie nasze zapasy do mieszkania i zrobiliśmy parominutową przerwę. Keren i dzieci sprawdziły dom, do jakiego ich przyprowadziłem. Nadal potrzebował solidnego uporządkowania, ale w ciągu kilku dni udało nam się wejść w rutynę pracy i rodzinnego życia.

Po rozpakowaniu zapasów zajęliśmy się porządkami. Keren zrobiła moskitiery i szafki na naczynia, ubrania i resztę rzeczy. Dzieci zaczęły naukę domową, Keren zarządzała domem, a ja poświęciłem się pełnoetatowej lingwistyce. Spróbowaliśmy przenieść kulturę chrześcijańskiej, amerykańskiej rodziny w sam środek amazońskiej wioski. Dla każdego niosło to lekcję.

Nikt z nas, nawet Keren, nie przewidział wszystkiego, co to nowe życie miało za sobą pociągnąć. Podczas jednej z naszych pierwszych rodzinnych nocy w wiosce jedliśmy kolację przy lampie gazowej. W salonie zobaczyłem Glasses, szczeniaka Shannon, ścigającego coś, co podskakiwało w ciemnościach i czego nie mogłem dostrzec. Cokolwiek to było, zaczęło kicać w moim kierunku. Przestałem jeść i zacząłem obserwować. Nagle czarna istota wskoczyła na moje kolano. Skierowałem na nią promień światła z latarki. Była to szaro-czarna tarantula, o co najmniej dwudziestu centymetrach średnicy. Byłem jednak przygotowany. Niepokoiłem się wężami i robactwem, cały czas trzymałem więc ze sobą pałkę z twardego drewna. Bez poruszania rękami w kierunku tarantuli, wstałem szybko i poruszyłem gwałtownie biodrami, żeby zrzucić pająka na podłogę. Moja rodzina właśnie zobaczyła, co usiadło mi na kolanie i patrzyli się na mnie oraz włochatego skoczka z szeroko otwartymi oczyma. Chwyciłem za pałkę i rozkwasiłem go. Pirahã przyglądali się z przedniego pokoju. Po wszystkim zapytali, co to było.

„Xóooí” (tarantula) – odpowiedziałem.

„Nie zabijamy ich” – powiedzieli. „Zjadają karaluchy i nie wyrządzają krzywdy”.

W niedługim czasie przyzwyczailiśmy się do podobnych sytuacji. W takich momentach czuliśmy, że Bóg ma nas w opiece i że takie doświadczenia będą wstępem wielu ciekawych historii.

Chociaż byłem misjonarzem, moje pierwsze zadanie od SIL było natury językowej. Musiałem rozgryźć, jak działała gramatyka narzecza, i spisać moje wnioski, zanim SIL pozwoliło mi rozpocząć tłumaczenie Biblii.

Niedługo odkryłem, że językoznawcza praca w terenie angażuje całą osobę, nie tylko jej intelekt. Wymaga od badacza wejścia w obcą kulturę, we wrażliwe, często nieprzyjemne otoczenie, z dużym prawdopodobieństwem pozostania w oderwaniu od badań przez nieumiejętność poradzenia sobie z nimi. Ciało pracownika terenowego, umysł, emocje, a szczególnie poczucie samego siebie są wystawione na trudną próbę przez długie okresy w nowej kulturze, z trudnością proporcjonalną do różnicy między nową kulturą a jego własną.

Rozważmy problem pracownika: jesteś w miejscu, gdzie wszystko, co znałeś, jest ukryte i wytłumione, gdzie widoki, dźwięki i uczucia rzucają wyzwanie twojej koncepcji życia na ziemi. To coś jak odcinek Strefy mroku, gdzie nie potrafisz zrozumieć, co się z tobą dzieje, ponieważ jest to tak niespodziewane i dalekie od twojego punktu odniesienia.

Podszedłem do badań z dużą dozą pewności. Mój trening językowy przygotował mnie dobrze do podstawowych zadań zbierania danych, odpowiedniego ich przechowywania i analizowania. Wstawałem z łóżka o 5:30 każdego dnia. Po przeniesieniu przynajmniej stu dziewięćdziesięciu litrów wody w pięciogalowych kanistrach na picie i zmywanie, przygotowywałem śniadanie dla rodziny. O ósmej zazwyczaj siadałem przy biurku, rozpoczynając moją rutynę „badacza”. Polegałem na paru różnych lingwistycznych poradnikach i wyznaczałem sobie realistyczne cele nauki języka. W czasie moich pierwszych dni w wiosce zrobiłem proste, ale przydatne rysunki lokalizacji wszystkich chat z listą ich mieszkańców. Chciałem dowiedzieć się, jak spędzają swój czas, co jest dla nich ważne, w jaki sposób zajęcia dzieci różnią się od tych podejmowanych przez dorosłych, o czym rozmawiają, dlaczego spędzają swój czas w właśnie taki sposób, i wiele więcej. Byłem zdeterminowany nauczyć się mówić ich językiem.

Próbowałem zapamiętać przynajmniej dziesięć nowych słów lub zwrotów dziennie i nauczyć się różnych „pól znaczeniowych” (grup powiązanych ze sobą rzeczy, takich jak: części ciała, słowa związane ze zdrowiem, nazwy ptaków itp.) i konstrukcji syntaktycznych (strona bierna kontra czynna, czas teraźniejszy kontra czas przeszły, twierdzenia kontra pytania itd.). Wypisywałem wszystkie wyrazy na kartkach trzy na pięć cali. Oprócz zapisywania każdego nowego słowa fonetycznie na karcie, nagrywałem kontekst, w jakim je usłyszałem, i próbowałem odgadnąć najbardziej prawdopodobne znaczenie. Potem przebijałem lewy górny róg karty. Nawijałem dziesięć do dwudziestu kart na kółko z segregatora (trzykółkowego – żeby mógł się otwierać i zamykać) i przekładałem go przez szlufkę moich spodni. Regularnie sprawdzałem swoją wymowę i zrozumienie słów zapisanych na kartkach poprzez wtrącanie je do moich rozmów z Pirahã. Nie pozwalałem na to, żeby ciągły śmiech wynikający z błędnego użycia i wymowy ich języka spowalniał mnie w nauce. Wiedziałem, że moim pierwszym lingwistycznym celem było zorientowanie się, jakie dźwięki, które słyszałem w rozmowach Pirahã, były dla nich rzeczywiście ważne i rozpoznawalne. Były one tym, co lingwiści nazywają fonemami języka, i stanowiły podstawę dla wymyślenia systemu pisma.

Pierwszy duży przełom w rozumieniu, jak Pirahã widzą siebie w stosunku do innych, przyszedł podczas przechadzki w dżungli z paroma mężczyznami z plemienia. Wskazałem na gałąź drzewa. „Jak to się nazywa?” – zapytałem.

„Xií xáowí” – odpowiedzieli.

Wskazałem ponownie na gałąź, tym razem jej prostą część i powtórzyłem „Xií xáowí”.

„Nie” – odpowiedzieli ze śmiechem. „To jest xií xáowí”, wskazując na połączenie gałęzi z pniem drzewa i miejsce, w którym mniejsza gałąź łączyła się z większą. „To” (na co wskazałem ja, prostą część gałęzi) „jest xii kositii”.

Wiedziałem, że xii znaczyło „drewno”. Byłem w miarę pewny, że xáowí oznaczało „skrzywiony”, a kositii „prosty”. Nadal jednak musiałem sprawdzić te przypuszczenia.

Wracając ścieżką do domu pod koniec dnia, zauważyłem, że jeden z jej dłuższych odcinków był całkowicie prosty. „Xagí” znaczyło „ścieżkę”, spróbowałem więc „xagí kositii”, wskazując na drogę.

„Xaió!” – natychmiast usłyszałem odpowiedź (Dobrze!). „Xagí kositíi xaagá” (Ścieżka jest prosta).

Kiedy droga skręcała ostro w prawo, spróbowałem: „Xagí xáowí”.

„Xaió!” – odpowiedzieli zgodnie, szczerząc zęby. „Soxóá xapaitíisí xobáaxáí” (Już teraz dobrze rozumiesz język pirahã). Chwilę potem dodali: „Xagí xaagaia píaii”, o czym później zorientowałem się, że znaczyło „ścieżka jest także skrzywiona”.

To było wspaniałe. W paru krótkich krokach nauczyłem się określeń skrzywiony i prosty. W tamtym momencie znałem już słowa dla większości części ciała. Podczas marszu przypomniałem sobie przekazane mi określenia, jakimi Pirahã w swoim języku nazywali lud Pirahã (Híaitíihí), język pirahã (xapaitíisí), obcego (xaoói) i obcy język (xapai gáisi). Język pirahã był zdecydowanie połączeniem xapaí (głowy) i tii (prosty) oraz przyrostka – si, który wskazywał na to, że słowo, przy którym się znajdował, to imię lub nazwa własna: „prosta głowa”. Lud Pirahã składał się z hi (on), ai (jest) i tii (prosty), a także -hi, innego przyrostka podobnego do -si: „on jest prosty”. Obcy oznaczało „rozgałęzienie”, jak „rozgałęzienie w pniu drzewa”. Obcy język znaczyło „skrzywiona głowa”. Robiłem postępy! Nadal jednak było to tylko patrzenie na powierzchnię, nie w głąb.

Tym, co sprawia, że język pirahã jest tak trudny do nauki i analizy, są rzeczy, które nie wychodzą na jaw w pierwszych dniach pracy. Najtrudniejszym aspektem uczenia się pirahã nie jest język sam w sobie, ale fakt, że sytuacja, w jakiej nauka ma miejsce, jest „jednojęzyczna”. W takich okolicznościach, bardzo rzadkich wśród języków świata, badacz nie ma żadnego wspólnego języka z tymi, których bada. Taka była moja początkowa sytuacja wśród Pirahã, ponieważ nie znali portugalskiego, angielskiego lub jakiegokolwiek języka innego niż pirahã. Żeby więc się go nauczyć, musiałem się go nauczyć. Paragraf 22. Nie mogłem zapytać o tłumaczenia w innych językach albo poprosić Pirahã o wytłumaczenie mi czegoś w innym języku niż pirahã. Istnieją sposoby obejścia się w takich okolicznościach. Nic dziwnego, że pomogłem rozwinąć niektóre z nich w wyniku mojego pobytu. Jednak metody pracy w jednojęzycznym środowisku były w większości już ustanowione na długo przed moją misją.

Niemniej jednak było trudno. Typowa wymiana zdań, gdy byłem wśród Pirahã już na tyle długo, by nauczyć się zdania „Jak to powiedzieć – w pirahã?”, brzmiała tak:

„Jak to powiedzieć?” (Wskazuję na mężczyznę płynącego kanu w górę rzeki.)

„Xigihí hi piiboóxio xaaboópai” (Człowiek płynie w górę rzeki.)

„Czy to dobrze: ‘Xigihí hi piiboóxio xaaboópai’?”

„Xaió. Xigihí piiboó xaaboópaitahásibiga” (Dobrze. Człowiek płynie w górę rzeki).

„Jaka jest różnica między ‘Xigihí hi piiboóxio xaaboópai’ i ‘Xigihí piiboó xaaboópaitáhásibiga’?”.

„Żadna. Są takie same”.

Zdecydowanie, z perspektywy językoznawcy, musi być jakaś różnica pomiędzy tymi dwoma zdaniami. Ale dopóki samodzielnie nie nauczyłem się pirahã, nie mogłem wiedzieć, że pierwsze zdanie znaczyło „Mężczyzna płynie w górę rzeki”, a drugie „Jestem świadkiem zdarzenia, że mężczyzna płynie w górę rzeki”. Sprawiało to, że nauka języka była rzeczywiście bardzo toporna.

Inną rzeczą, która zwiększała trudności, było coś, o czym już wspomniałem: pirahã jest językiem tonalnym. Dla każdej samogłoski trzeba nauczyć się, czy wysokość jej dźwięku jest niska lub wysoka. Wiele języków na świecie posiada taką cechę, ale nie ma wśród nich prawie żadnego języka europejskiego. Angielski nie jest tonalny w tym znaczeniu. Zdążyłem już zadecydować, że samogłoski posiadające wysoki dźwięk i ostry akcent będę pisał z ´ nad nimi, a samogłoski z niskim tonem bez znaku. Można to pokazać przez prostą parę określeń na nóż i drzewiec strzały:

kahaixioí (niskie dźwięki na wszystkich samogłoskach aż do końcowego „i”, które wymawiane jest na tonie wysokim: obrazowo byłoby to „kahaixioI”),

kaháíxioí („kaHAIxioI”, z trzema samogłoskami mającymi ton wysoki i trzema o tonie niskim).

Jeszcze inna trudność wynika z tego, że w języku obecne są tylko trzy samogłoski (i, a, o) i osiem spółgłosek (p, t, h, s, b, g, krtaniowa przerwa i k). Ta mała liczba dźwięków oznacza, że słowa pirahã muszą być znacznie dłuższe niż w językach z większą ilością głosek. Aby język posiadał krótkie wyrazy, każde słowo musi być wystarczająco różne w wybrzmieniu od innych krótkich słów, żeby można je było rozróżnić. Jeśli jednak twój język ma mały zakres inaczej brzmiących dźwięków, jak pirahã, musisz poświęcić więcej miejsca w każdym wyrazie, to jest tworzyć dłuższe słowa, by móc je rozdzielić. Efektem tego było to, że większość wyrazów pirahã za pierwszym razem brzmiała dla mnie tak samo.

W końcu, język pirahã jest notorycznie trudny, ponieważ brakuje w nim rzeczy, które posiada większość innych języków, szczególnie przy składaniu zdań. Dla przykładu: nie ma stopniowania przymiotników, nie mogłem więc znaleźć wyrażeń na to jest duże/to jest większe. Nie mogłem znaleźć słów określających kolory – nie było prostych określeń na czerwony, zielony, niebieski i tak dalej, tylko zdania opisowe, jak „to jest jak krew” dla czerwonego lub „to nie jest jeszcze dojrzałe” dla zielonego. Nie mogłem też znaleźć historii o przeszłości. Kiedy nie możesz doszukać się pewnych rzeczy ale oczekujesz, że one gdzieś są, możesz zmarnować miesiące szukając czegoś, czego nie ma. Nie mogłem znaleźć wielu rzeczy, o których uczono mnie, by szukać w badaniach językowych. Sprawiało to, że nauka była nie tylko trudna, ale wręcz kompletnie zniechęcająca. Mimo wszystko sądziłem, że z wystarczającą ilością czasu i energii zdołam rozgryźć ten język.

Ale przyszłość nie należy do nas i nasze plany to tylko nasze życzenia. Głupotą było myśleć, że mogłem po prostu zignorować to, gdzie byłem, i skupić się jedynie na języku. Byliśmy w Amazonii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki