Nie patrz - Marcel Moss - ebook + książka

Nie patrz ebook

Marcel Moss

4,0

43 osoby interesują się tą książką

Opis

„Próbuję powstrzymać się od krzyku. Leżę pod kołdrą i udaję, że rozmowa sprzed chwili nie miała miejsca. To moje ostatnie sekundy wolności. Czy ten koszmar kiedyś się skończy?”

Ewa na co dzień jest szanowanym psychoterapeutą. Skrywa jednak mroczną tajemnicę, którą poza nią zna tylko jedna osoba.

Pewnego dnia kobieta dostaje na Instagramie wiadomość video od swojej byłej pacjentki, Martyny, która przebywa na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym. Gdy odtwarza filmik, widzi sceny, o których wolałaby zapomnieć.

Tylko Martyna wie, co Ewa zrobiła przed laty. Teraz grozi, że upubliczni nagranie, jeżeli lekarka nie pomoże jej w rozwiązaniu sprawy głośnego morderstwa sprzed kilku miesięcy. Ewa wie, że musi się zgodzić. W miarę zgłębiania się w kryminalną sprawę, odkrywa coraz więcej powiązań między śmiercią 40-letniego mężczyzny a swoją mroczną i bolesną przeszłością.

Nigdy nie uciekniesz od przeszłości...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

ADAM

 

KIEDYŚ

 

Nie dość, że zboczeniec, to jeszcze lamus. Dałeś się sponiewierać babie! Jesteś z siebie dumny?

– przypadkowy komentarz przypadkowego internauty

 

Dziś jestem psem.

Klęczę na czworaka w ciemnym chłodnym pomieszczeniu i nasłuchuję jej kroków. Każdy szelest drzew na zewnątrz sprawia, że się wzdrygam i jęczę jak wygłodniałe zwierzę wyczekujące z utęsknieniem powrotu pana, który napełni mu miskę. Podoba jej się to, że jestem bezbronny. Gnębienie mnie sprawia jej frajdę.

Wiem, że nie zdołam uciec. Skuła mi ręce i nogi kajdankami, a potem powiedziała, że wychodzi, po powrocie zaś chce mnie zastać wpatrzonego w nią z wywalonym jęzorem. Ma nade mną całkowitą kontrolę i to ją podnieca. Dobrze wie, że przemoc w związku sprawiała mi olbrzymią przyjemność.

No właśnie, sprawiała. Do czasu, aż miarka się przebrała.

Dziś dałbym wiele, żeby obudzić się z tego sadystycznego koszmaru. Dlaczego ona mi to robi?

Słyszę głośny szum wiatru, a potem huk zamykających się drzwi. Pani wróciła i za chwilę nakarmi swojego pieska.

– Brrr… ciesz się, że nie musisz wychodzić na zewnątrz. – Wchodzi do pomieszczenia z siatką z zakupami. Na razie na mnie nie patrzy. – Strasznie wieje. Nie jest za fajnie. – Pociera zmarznięte dłonie. – Najpierw odprawimy rytuał posłuszeństwa. Potem zrobię mojemu pysiulkowi jedzonko i się ogrzejemy. Co pysiulek na to?

Uwaga, odwraca się!

Wystawiam język tuż przed spotkaniem naszych spojrzeń. Pani się uśmiecha, widząc moją radość z jej powrotu.

– Jesteś taki grzeczny. – Klęczy przede mną i głaszcze mnie po głowie. – Podoba ci się to, prawda?

– Tak, pani – mówię, dysząc szybko jak pies.

– Właśnie tego pragniesz, pysiulku. – Głaszcze mnie po uchu. – Bycia posłusznym. Tylko ja będę umiała o ciebie zadbać.

– O tak, pani.

Każe mi się położyć bokiem na podłodze i skulić jak płód w łonie matki. Rozpoczynamy rytuał posłuszeństwa. Wymyśliła go, by uświadomić mi jeszcze dobitniej, że to ona rozdaje karty.

– Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jestem całym twoim wszechświatem. Istniejesz tylko dla mnie.

– Tak jest.

– Pamiętasz słowa przysięgi?

– Tak – odpowiadam szeptem.

– No to zamieniam się w słuch.

Krąży dookoła mnie, gdy recytuję z pamięci słowa ułożonej przez nią przysięgi.

– Mój ból jest miłością. Cierpienie – radością. Me krzyki – wdzięcznością. Ty, pani– całością. Oddaję ci siebie. Oddaję ci ciało. Pozwalam na wszystko. I wiecznie mi mało.

– Pięknie.

Przykuca i głaszcze mnie po głowie, a potem się prostuje i podchodzi do stołu, na którym leżą zakupy. Wyjmuje z siatki ciastka z rodzynkami i pyta, czy nie mam ochoty na coś słodkiego.

– Ostatnio schudłeś, więc nic się nie stanie, jeśli dziś zafundujesz sobie odrobinę przyjemności.

A potem nasypuje herbatniki do miski i uderza dłonią w udo, przywołując mnie do siebie. Próbuję się do niej doczłapać, ale kajdanki mi tego nie ułatwiają. Są niewygodne i chciałbym, żeby już mi je zdjęła. Wiem jednak, że jeśli ją o to poproszę, wpadnie w szał i nazwie mnie niewdzięcznikiem. „Przecież tak bardzo się dla ciebie poświęcam i robię wszystko, żeby sprawić ci przyjemność!” A potem poda mi środek uspokajający, po którym nie będę mógł nawet przez chwilę ustać w pionie. Z dwojga złego wolę już chyba kajdanki.

Pochylam się nad miską i wyciągam język. Zgarniam nim kilka kawałków, po czym unoszę głowę i spoglądam na zadowoloną panią.

– Jak ci smakują? Mogą być? – Głaszcze mnie.

– Pyszne. Dziękuję.

– Widzisz, jaka jestem dla ciebie dobra? – Poklepuje mnie po ramieniu. – Jedz spokojnie. Zaraz do ciebie wrócę.

Zamyka za sobą drzwi. Siadam na złączonych nogach i się przeciągam. Wszystko mnie boli i chyba mam gorączkę od siedzenia na zimnej podłodze. Pani od rana nie pali w piecu. Jeśli myślała, że niewygoda sprawi mi przyjemność, to bardzo się pomyliła.

Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie mnie zmuszała do uczestniczenia w tej chorej zabawie. A może z jej strony to wcale nie jest zabawa? Może ta już dawno się skończyła i przeszliśmy do kolejnej rundy, w której żarty dobiegły kresu?

Chcę jej powiedzieć, że mam już dosyć. Poddaję się, nie chcę dłużej brać w tym udziału. Niech mnie uwolni i wypuści. Jedyne, czego teraz pragnę, to powrót do tego, co było. Może nie miałem idealnego życia i często czułem się zagrożony, ale to nic w porównaniu do tego, co teraz funduje mi ta kobieta.

W tej chwili czuję prawdziwy strach, który z każdym dniem narasta.

Wraca ubrana w skórzaną bieliznę, obrożę z kolcami, bransoletkę w tym samym stylu i czarne buty na obcasach. To chyba jakiś, kurwa, żart. Na głowie ma coś przypominającego czapkę policyjną. W ręku trzyma długi pejcz. Dostaję gęsiej skórki i zapiera mi dech w piersiach.

– Nie… nie… – dukam.

– Ależ tak – odpowiada, robiąc dwa kroki do przodu. – Przecież tego właśnie chcesz.

– Coś ci się pomyliło. – Głos mi drży. – Nie chcę tego. Rozkuj mnie. Proszę.

Robi kolejne dwa kroki.

– Na kolana.

Posłusznie wykonuję jej polecenie. Klęczę, a ona staje przede mną i chwyta mnie za głowę. Przyciska ją sobie do majtek i stęka, gdy ja zaczynam się dusić.

– To mnie boli – mówię.

– Ból daje ci rozkosz – odpowiada. – Na łóżko.

Pomaga mi wstać, a potem powoli prowadzi pod rękę. Potem popycha mnie na łóżko i każe leżeć z twarzą w poduszce. Trzęsę się, gdy wodzi końcówką pejcza wzdłuż mojej nogi.

Jestem całkowicie nagi. Od kilkunastu godzin nie pozwala mi się ubrać.

Wzdycham, gdy dociera do pośladków. Zaciskam zęby i spinam mięśnie w całym ciele, bo wiem, co za chwilę zrobi. Milczy przez kilka sekund, a potem uderza mnie tak mocno, że aż stękam.

– Boli – syczę.

Uderza ponownie.

– Musi boleć. Ból sprawia, że jesteś szczęśliwy i posłuszny.

– Przecież cię słucham – jęczę. – Nawet bez bólu.

Uderza trzeci raz.

– To za mało. Potrzebujemy siebie. Ty i ja. Musimy być sobie oddani w stu procentach. – Siada na mnie i masuje moje pośladki. – No już, spokojnie.

Wciąż jestem spięty, ale masaż odrobinę mnie wycisza. Nie na długo. Podpuściła mnie, a potem gwałtownie wbiła we mnie kolce swojej bransoletki.

– Auaaa! – Podrywam się i próbuję ją z siebie zrzucić. Nie daje się, jest za silna. A może to ja zaczynam słabnąć?

– No i po co się tak wiercisz? – pyta rozbawiona. – Nie udawaj, że ci się to nie podoba.

– Ile razy mam ci, kurwa, powtarzać, że to już za wiele?!

Zeskakuje ze mnie i podchodzi do komody.

– Nie podoba mi się ten ton, pysiulku. – Wpycha mi do ust skarpetkę, a potem grozi, że jeśli ją wypluję, zaszyje mi usta. Boże Święty, naprawdę wierzę, że mogłaby to zrobić.

Każe mi się obrócić na plecy. Uśmiecha się szeroko, gdy dostrzega mój wzwód. Nie miałem na to wpływu. Trudno było się powstrzymać.

– Doskonale. – Nie odrywa od niego wzroku. Nie wiem, co chodzi jej teraz po głowie, i to najbardziej mnie przeraża.

Wypluwam skarpetkę.

– Tak, podnieciłem się. Udało ci się. Czy możesz mnie w końcu rozkuć? – W moim głosie słychać irytację. Dłużej nie dam rady udawać posłusznego pieska.

– Pysiulku – dotyka pejczem mojej twarzy – przecież jesteś teraz szczęśliwy. – Pochyla się nade mną. Z ust cuchnie jej alkoholem. Wstrzymuję oddech. Mam wrażenie, że wlała w siebie na raz butelkę wódki. W myślach błagam ją, by się ode mnie odsunęła. Pierdolona pijaczka.

– To nie jest zabawne – syczę. – Sprawiasz mi ból, a nie przyjemność.

Chwyta dłonią mojego penisa i mocno go ściska.

– Czyżby? – mruczy. – Odnoszę inne wrażenie.

– To się mylisz. To, co robisz, jest chore. Uwolnij mnie, a może zapomnę o tym wszystkim.

Krąży dookoła łóżka, przekładając pejcz z ręki do ręki. W jej spojrzeniu jest coś niepokojącego… coś innego. Nie znam jej od tej strony. Dziś przekracza wszelkie granice wyuzdania i okrucieństwa. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wyłącznie moja wina. To ja pozwoliłem jej się tak zachowywać. Z początku była inna. Kto wie, być może taka by została, gdyby nie moje skrzywienie psychiczne, moja obsesja na punkcie bycia poniewieranym. Zawsze czułem się nikim. Matka każdego dnia dbała o to, by moje poczucie wartości pozostawało na poziomie dna, na które je strąciła. Wwiercała mi w głowę przeświadczenie, że jestem bezwartościowy i to się już nigdy nie zmieni. Nauczyła mnie akceptować własną niedolę i cieszyć się jej szczęściem. A kiedy matka była najszczęśliwsza? Gdy mogła mnie poniżyć.

– Naprawdę chcesz to zakończyć? – Przestępuje z nogi na nogę, jakby nie mogła utrzymać równowagi. Alkohol coraz bardziej uderza jej do głowy. To może być moja szansa. – Wiesz, jaką sprawisz mi przykrość?

– Przepraszam, pani – mówię. – Po prostu nie dam już rady.

– Myślałam, że jesteś silniejszy. – Krzywi się jak małe dziecko, któremu mama zabiera zabawkę. – Robiłam to wszystko dla ciebie.

– Nie musisz się aż tak starać – tłumaczę. – Było nam przecież razem tak dobrze bez tych wszystkich udziwnień. – Podrywam się, gdy stoi odwrócona do mnie plecami. Siedzę na skutych nogach, a złączonymi dłońmi zakrywam przyrodzenie.

– Co ty robisz? – Popycha mnie na plecy. – Nie pozwoliłam ci się podnieść.

– Przepraszam. Ja…

– Masz mnie słuchać – pochyla się nade mną – albo znowu zatkam ci tę psią mordę – syczy przez zaciśnięte zęby.

– Już dobrze. Będę posłuszny.

Podchodzi do zasłoniętego okna. Mogę swobodnie oddychać.

– Czyli chcesz mnie zostawić…

– Nie chcę. To znaczy…

– Nie doceniłeś mnie – mówi, rozchylając żaluzję i wyglądając na zewnątrz. – Nikt mnie nie docenia…

– Doceniam. Przecież wiesz…

Obraca się w moją stronę.

– Naprawdę?

– Tak. Jesteś wspaniała i tak wiele dla mnie zrobiłaś…

Podchodzi do mnie, już bez pejcza.

– Dziękuję za te słowa. Tak bardzo ich potrzebowałam. – Zagryzam zęby, gdy masuje moją szyję. Boję się, że za chwilę zaciśnie na niej dłonie. – Przecież robię to wszystko dla ciebie…

– Wiem. Ale wydaje mi się, że najwyższa pora z tym skończyć – mówię drżącym głosem. – Nie z nami – precyzuję – ale z tym. – Obejmuję wzrokiem przyciemnione pomieszczenie, a potem przenoszę spojrzenie na kajdanki, które skuwają moje ręce.

– Mogę cię rozpiąć, jeśli chcesz. Ale będę musiała wtedy…

– Nie chcę zastrzyku – przerywam jej. – Po prostu mnie rozkuj, obiecuję, że nie zrobię niczego głupiego.

Siedzi na brzegu łóżka i głaszcze mnie po brzuchu. Alkohol jej się odbija i mam wrażenie, że lada moment na mnie zwymiotuje.

– To taka gra, prawda? Podpuszczasz mnie, bym cię rozpięła, chociaż wiesz, że tego nie zrobię. – Zamyka oczy. Lada chwila zemdleje mi w ramionach. Muszę to wykorzystać.

– Właśnie. Wiem, że tego nie zrobisz, dlatego musisz to zrobić, żeby udowodnić, że się co do ciebie pomyliłem.

– Ty nie chcesz, żebym cię rozpięła. – Pochyla się coraz bardziej do przodu. Podtrzymuję ją, by nie spadła z łóżka. – Od początku ze mną pogrywasz…

– Rozkuj mnie – szepczę. – Proszę…

– Nie mogę – mruczy. – Nie mam przy sobie klucza.

– A gdzie go masz?

Znowu jej się odbija.

– Muszę… do łazienki.

– Nie odchodź! Proszę…

Ciągnę ją za rękę, ale mi się wyrywa. Upada na podłogę i próbuje wstać. Gdy w końcu jej się to udaje, chwiejnym krokiem idzie w kierunku wyjścia.

– Zaraz… przyjdę. Muszę tylko… do łazienki.

Zamyka za sobą drzwi. To moja szansa.

Staczam się z łóżka i upadam na podłogę. Mija pół minuty, a ona jeszcze nie wparowała do pokoju zwabiona hukiem. To znaczy, że mnie nie słyszała. Pewnie klęczy teraz nad sedesem i rzyga, obrzydliwa pijaczka. Co mi strzeliło do głowy, żeby wprowadzać ją w świat moich chorych fantazji? To wszystko moja wina. Wiem o tym doskonale.

Ale nie odpowiadam za to, że ta wariatka upija się prawie do nieprzytomności i się na mnie wyżywa. Niech śpi jak najdłużej. Poczekam jeszcze chwilę, a potem poczołgam się do drugiego pokoju, znajdę klucz, rozkuję się i wyjdę.

Wrócę, gdy będzie trzeźwa, i sobie z nią porozmawiam. Nie jak pies ze swoją panią. Ona już nie jest moją panią.

Od teraz jest przepitą psychopatką, od której muszę się jak najprędzej uwolnić.

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ 1

 

 

OBSERWUJ

 

 

 

 

 

 

MATYLDA

 

LISTOPAD 2019 ROKU

 

Wystarczy spojrzeć na twój ryj, by wiedzieć, że jesteś niezłą kłamczuchą. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.

 

Gdy go znalazłam, był jeszcze ciepły.

Siedział nieruchomo za kierownicą z otwartymi oczami. Obie dłonie przykładał do zakrwawionego brzucha. Pewnie próbował zatamować krwotok. W radiu akurat puszczali piosenkę Heaven is a Place on Earth z mojego ulubionego odcinka serialu Black Mirror. Pomyślałam, że to przedziwny zbieg okoliczności.

Musiał umrzeć kilka minut wcześniej. Może gdybym jechała szybciej…

– Słyszałaś coś, zanim dotarłaś w to miejsce? – dopytuje policjantka.

– Nie… to znaczy, nie wiem. Byłam pijana. – Drapię się po głowie.

– To dziwne… byłaś pijana, ale dokładnie opisałaś wygląd denata i podałaś tytuł piosenki w radiu. – Piorunuje mnie spojrzeniem. Wiem, że nie jest po mojej stronie.

– To chyba normalne, że w takiej chwili człowiek dostaje zastrzyk adrenaliny i wyostrzają mu się zmysły – sugeruję.

– Czyżby? – Policjantka opiera łokcie na stole i spogląda na mnie z góry. – Miałaś już podobne doświadczenia?

Nie lubię jej. Chcę wrócić do domu.

Na komisariacie śmierdzi potem i marihuaną. Przesłuchiwali nas wszystkich, łącznie osiem osób. Mnie, mojego chłopaka Kryspina, jego pięciu kolegów i ojca jednego z nich. To ja znalazłam ciało, oni nie mają z tym nic wspólnego. Mimo to mogą mieć teraz przeze mnie kłopoty.

– Dobrze. – Policjantka odchodzi od stołu i staje przy oknie. Wypuszczam powietrze przez usta. – Zacznijmy od początku. Co robiłaś kilka godzin wcześniej?

– Już powiedziałam. Byliśmy wszyscy u Szwaba, to znaczy u Łukasza Szwabowskiego.

– Jakaś konkretna okazja?

– Nic szczególnego. Po prostu spotkaliśmy się naszą paczką i siedzieliśmy…

– Co robiliście poza piciem?

– Rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki…

– Czy był z wami ktoś dorosły? – dopytuje policjantka.

– Ojciec Szwaba, to znaczy…

– On też pił?

– Nie, chyba nie. Przez cały czas siedział na górze. My bawiliśmy się w piwnicy. Szwab z pomocą ojca urządził tam miejscówkę.

– To bardzo szlachetne z jego strony. Woli wiedzieć, gdzie się zalewacie w trupa.

Wzruszam ramionami.

– No dobrze, zostawmy to. Problemem rozpijania i prawdopodobnie zezwalania na narkotyzowanie się nieletnich zajmiemy się później. Teraz opowiedz mi ze szczegółami, co robiłaś w godzinach poprzedzających incydent.

Puszysta brunetka z głęboką zmarszczką na czole i mocnym makijażem, który ma pewnie ukryć blizny po trądziku, siada naprzeciwko mnie i otwiera zeszyt.

– To był fajny wieczór. Ojciec Szwaba postawił w piwnicy stół do bilarda, więc chłopaki praktycznie cały czas przy nim stały. Sama raz z nimi zagrałam, ale nie przepadam za tego typu rozrywkami. Wolałam relaksować się na kanapie i pić zimne piwo. Wypiłam trochę tamtej nocy, no i co z tego? Zamkniecie mnie w poprawczaku na miesiąc?

– O której wyszłaś na zewnątrz?

– Nie wiem, w pewnym momencie alkohol uderzył mi do głowy i straciłam poczucie czasu. Wszyscy byli już mocno wstawieni, dochodziła pierwsza.

– Dlaczego w ogóle opuściłaś dom kolegi?

– Powiedziałam przecież, że gorzej się poczułam…

– Nie, moja droga. Wspomniałaś, że alkohol uderzył ci do głowy, a to co innego. Pod wpływem alkoholu często czujemy euforię, wręcz rozpiera nas energia. Nierzadko chcemy robić różne szalone rzeczy…

– Takie jak mordowanie ludzi?

– Tego nie powiedziałam. – Kąciki ust policjantki delikatnie się unoszą.

– Nie zabiłam tego człowieka – mówię stanowczo. – Był już martwy, gdy go znalazłam.

– Co w ogóle tam robiłaś? – dopytuje kobieta.

– Próbowałam wrócić do domu rowerem, ale byłam trochę pijana i zgubiłam drogę.

– Jechałaś pijana rowerem – stwierdza policjantka. – Mało tego, jechałaś wzdłuż parku w Powsinie, choć mieszkasz w Klarysewie. Obrałaś przeciwny kierunek. Nie wierzę, że nie znasz tej okolicy.

Poprawiam się na krześle.

– To nie do końca tak…

– A jak? – przyciska mnie policjantka.

– Nie wyszłam sama. Był ze mną Kryspin.

– Twój chłopak? – Kobieta gryzie zatyczkę długopisu. – Odprowadzał cię do domu?

– Nie. Chciał, żebym jeszcze została. Mówił, że chłopaki są już pijane i nie kontaktują, więc będziemy mieli chwilę dla siebie. Ostatnio rzadko się widywaliśmy, Kryspin miał problemy z ojcem.

– Twój chłopak nabroił?

– Raczej jego ojciec. Wie pani, kim on był… Po tamtej aferze jego firma zaczęła mieć problemy finansowe, a on rozstał się z żoną i zaczął pić na umór. Kryspin ciąg­le jeździł do mamy, która mieszka w Warszawie. Mówił, że nie chce przebywać w jednym domu z tym pijakiem. Myślał nawet o przeprowadzce na stałe i zmianie szkoły. Chciał poczekać do końca semestru.

– Jaki był twój stosunek do jego pomysłu?

– Tęskniłabym za nim, ale przecież to tylko Warszawa. Z Konstancina-Jeziornej miałabym rzut beretem.

– A zatem wyszliście razem… – Policjantka zmienia temat. – Co było dalej? Dokąd razem dotarliście?

– Kryspin zaproponował, że odprowadzi mnie do domu.

– Nie zrobił tego.

– Odmówiłam. Zdaje mi się, że zasugerowałam mu spacer.

Policjantka drapie się za uchem.

– Dopiero co wspomniałaś, że gorzej się poczułaś i chciałaś wracać do domu. Teraz próbujesz mi wmówić, że poszłaś na spacer, chociaż ledwo byłaś w stanie chodzić?

– Zmieniłam zdanie i uznałam, że spędzę jeszcze trochę czasu ze swoim chłopakiem. Co w tym dziwnego?

– Dokąd poszliście?

– Kryspin pomógł mi prowadzić rower. Nie zaszliśmy daleko. Usiedliśmy pod drzewem, całowaliśmy się. Kryspin wyznał, że rozmawiał z mamą i być może uda mu się wynająć kawalerkę na Kabatach w rozsądnej cenie. Powiedział, że jeślibym chciała, to mogłabym z nim w niej zamieszkać. Tym bardziej że lada moment oboje będziemy pełnoletni. Mieliśmy zacząć nowe życie.

Policjantka notuje coś w zeszycie i zadaje kolejne pytanie:

– O której godzinie się rozdzieliliście?

– Nie pamiętam.

– Spróbuj podać czas chociaż w przybliżeniu.

– Chyba koło pierwszej. Spędziliśmy na osobności godzinę, może dłużej. Trochę się posprzeczaliśmy. Nie pamiętam nawet o co. Oboje sporo wypiliśmy, a wiadomo, że rozmowy po pijaku nigdy nie mają większego sensu. Musiałam mu pewnie robić wyrzuty o nic. Podobno po alkoholu staję się rozemocjonowana… Ktoś kiedyś powiedział o mnie drama queen. Faktycznie, coś w tym jest. W końcu Kryspin się wkurzył i stwierdził, że albo wracamy do Szwaba, albo odprowadzi mnie do domu.

– A jednak koło pierwszej się rozdzieliliście. Wiesz, gdzie poszedł twój chłopak?

– Kazałam mu wrócić do kumpli. Upierał się, że jest ciemno i zimno i nie powinnam zostawać sama. Proponował, że zamówi mi taksówkę, ale kazałam mu się wypchać tą jego życzliwością. Gdy teraz o tym myślę, czuję straszny wstyd. Nie miałam nawet okazji go przeprosić. Może gdybym tej nocy tyle nie wypiła, nie mielibyśmy teraz problemów.

– Co było potem?

– Wsiadłam na rower i pojechałam przed siebie. Było mi już wszystko jedno.

– Masz jakieś problemy osobiste?

– Nie… niby dlaczego? – Rzucam w jej stronę pytające spojrzenie. – Upiłam się i tyle. Rzadko to robię, dlatego tamtej nocy tak uderzyło mi do głowy. Nie ma w tym żadnej filozofii.

Policjantka bierze głęboki wdech, a potem prosi, żebym przypomniała sobie moment odnalezienia ciała.

– W normalnych okolicznościach pewnie pojechałabym dalej, ale tym razem coś kazało mi się zatrzymać. Samochód stał zaparkowany na polu, nieopodal dróżki, którą jechałam. W środku świeciła się lampka, dzięki czemu mogłam dostrzec człowieka. Nie ruszał się, był sam. Drzwi od jego strony były otwarte. Jego lewa noga wystawała z auta. Zostawiłam rower i poszłam sprawdzić, czy biedak nie potrzebuje pomocy. Wtedy go rozpoznałam. Wpadłam w panikę. Zaczęłam go cucić, choć było oczywiste, że nie żył. Mówiłam do niego, próbowałam objąć i wydostać z samochodu, ale nie miałam tyle siły.

– Co dalej?

– Zobaczyłam na polu światło latarki. W pewnym momencie padło na moją twarz. Usłyszałam wtedy głoś­ne „o kurwa!”.

– Ktoś tam był… Widziałaś ich twarze?

– Mieli na sobie bluzy z kapturami. Wiem, że jeden z nich niósł kanister z benzyną. Nie miałam szansy lepiej się im przyjrzeć, bo cały czas oślepiali mnie latarką. Kiedy mnie dopadli, odciągnęli mnie od samochodu i przewrócili na ziemię. Jeden z nich kopał mnie w brzuch i twarz, a drugi w tym czasie polewał auto benzyną.

– Mówili coś? Potrzebujemy jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

– Kilka razy przeklęli. Chyba im się spieszyło. Na pewno nie spodziewali się widowni. Znalazłam się w złym miejscu w złym czasie.

– Pamiętasz moment podpalenia samochodu?

Zamykam oczy i zmuszam mózg do odtworzenia w myślach tamtych chwil.

– Wydaje mi się, że straciłam już wtedy przytomność. Ocknęłam się, gdy stał w płomieniach. Uciekłam, bo bałam się, że auto zaraz wybuchnie.

– Czyli nie widziałaś, w którą stronę oddalili się napastnicy?

Kręcę głową, a policjantka notuje coś w zeszycie.

– Co zrobiłaś potem?

– Cofnęłam się do miejsca, w którym zostawiłam rower. Wciąż miałam ze sobą telefon, dlatego od razu zadzwoniłam do Kryspina.

– Odebrał?

– Tak.

– Powiedziałaś mu natychmiast, co się stało?

– Nie. Kazałam mu przyjechać, bo wydarzyło się coś strasznego. Prosił, żebym wysłała mu lokalizację na WhatsAppie, więc to zrobiłam. Potem zadzwoniłam po policję.

– Nagrałaś też wideo na instastory.

– Tak. Zrobiłam to, bo wpadłam w panikę. Ci ludzie mogli być wszędzie. Musiałam ostrzec znajomych.

– Mogę zobaczyć nagranie?

Klikam ikonę Instagrama i przechodzę do archiwum nagrań. Następnie podaję jej smartfon. Policjantka puszcza krótki filmik, na którym widać jedynie ciemne tło i płonące auto pośrodku ekranu. Po kilku sekundach rozbrzmiewa mój roztrzęsiony, zdyszany głos: „Jestem nieopodal parku powsińskiego. Napadło mnie dwóch zbirów, którzy wcześniej zabili człowieka. Nie wiem, gdzie uciekli, ale uważajcie. Ci ludzie są niebezpieczni. Jeśli tylko zobaczycie dwóch wysokich mężczyzn w czarnych bluzach z kapturami, dzwońcie natychmiast po policję”.

– Wszystko w porządku? – pyta policjantka.

– Rozbolała mnie głowa.

– Zaraz będziesz mogła iść do domu. Wiem, że lekarze kazali ci się oszczędzać, ale naprawdę muszę zadać ci jeszcze kilka pytań.

Przeszłam dokładne badania, które na szczęście wykazały, że napastnicy nie uszkodzili mi żadnych narządów. Miałam za to wstrząs mózgu, dlatego zatrzymano mnie w szpitalu na kilka dni. Przynajmniej tyle powiedzieli mi rodzice. Lekarze zachowywali się jak ochroniarze i skutecznie odpędzali ode mnie policjantów.

– Twój chłopak dotarł na miejsce przed policją? – dopytuje kobieta.

– Przyjechał chwilę wcześniej.

– Czym przyjechał?

– Samochodem. Przywiózł go ojciec Szwaba. Z początku Kryspin był oszołomiony. Przytulił mnie i spytał, czy jestem cała. Wyjaśniłam mu pokrótce, co się stało.

– Powiedziałaś mu?

– Pyta pani o…

– Tak.

– Nie, nie powiedziałam mu. Bałam się, że zrobi coś szalonego.

– Zatem kiedy się dowiedział?

– Godzinę później. Ojciec Szwaba zadzwonił po karetkę, bo zaczęłam tracić przytomność. W szpitalu szybko zjawili się policjanci, którzy chcieli ze mną porozmawiać. Lekarze się sprzeciwiali, ale ubłagałam ich, żeby pozwolili mi chociaż zamienić kilka słów z Kryspinem. Wtedy mu powiedziałam. Przyglądał mi się beznamiętnie, jakby wcale to do niego nie docierało. Dopiero po chwili wpadł w panikę. – Ocieram dłonią mokre oczy. – Przepraszam, ale głowa coraz bardziej mnie boli.

– No dobrze. – Policjantka pozwala mi odejść od stołu i odprowadza do drzwi. – Odpoczywaj i postaraj się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów z tamtej nocy.

– Dobrze. Spróbuję.

– Gdy już poczujesz się lepiej, będę chciała ponownie cię przesłuchać.

– Okej.

Wychodzę na korytarz, gdzie czeka na mnie mama. Choć minął już tydzień, dosłownie nie odstępuje mnie na krok. Bez przerwy panikuje, że ci przestępcy mogą mnie odszukać i skutecznie uciszyć. Wściekła się, gdy zobaczyła filmik na instastory. Choć tłumaczyłam jej, że nagranie znika po dwudziestu czterech godzinach, ona upierała się, że w internecie nic nie ginie, a poza tym przez ten czas filmik mógł już dawno wpaść w niepowołane ręce.

– Mogą podglądać twój profil. A co, jeśli już dawno wiedzą, kim jesteś?

Mama przesadza. Nic mi nie grozi.

– Zabierz mnie do domu. Chce mi się spać.

Oddycham z ulgą, gdy opuszczamy komisariat. Miałam już dość tej aroganckiej policjantki. Gdyby tylko wiedziała, ile nerwów kosztowało mnie opowiadanie jej tych wszystkich kłamstw…

Jedno wiadomo na pewno – nie żyje człowiek.

Ktoś zadźgał nożem ojca Kryspina, a potem podpalił jego auto.

I tak się składa, że wiem, kto to zrobił.

 

 

 

 

 

 

EWA

 

TERAZ

 

Przestań ciągle rozpamiętywać przeszłość! Weź się za siebie, niedorajdo!

 

Gdy się dowiedziałam, że mam spędzić sylwestra na imprezie z Darkiem i Stażystką, poczułam się jak w nakręconym na siłę kolejnym sezonie opery mydlanej, która kiedyś była interesująca. Anita, moja wieloletnia przyjaciółka, nawet się z tym specjalnie nie kryła – utworzyła na Facebooku wydarzenie pod nazwą „Sylwester jak za dawnych lat” i zaprosiła na nie wszystkich naszych wspólnych znajomych z liceum, którzy wciąż mieszkali w Warszawie i z którymi mamy jako taki kontakt. Darek również zalicza się do tej grupy, dlatego nie powinnam się dziwić, że znalazł się na liście gości. Niemniej zaczynam nerwowo drapać się w rękę, gdy mój umysł torpedują najrozmaitsze teorie spiskowe.

Anita zawsze miała słabość do Darka. Już w liceum trzymaliśmy się razem. Tworzyliśmy nierozłączne trio. Wiedziałam, że coś do niego czuje. Każdy by się domyślił. Problem polegał na tym, że dla mnie też Darek przestał być w pewnym momencie tylko przyjacielem. Anita była wyzwolona, pierwszego chłopaka zaliczyła już w wieku szesnastu lat. Ja nie umiałam się przełamać. Moja najlepsza przyjaciółka kradła cały mój blask, a ja jej na to pozwalałam. Czułam się przy niej bezpiecznie. Nikt mnie nie zauważał. Chowałam oczy za wielkimi okrągłymi okularami i nosiłam szerokie swetry, które zakrywały ślady po drapaniu. Trzymałam się z boku. Myślę, że ludzie postrzegali mnie jako dziwną, zakompleksioną koleżankę Anity, której lepiej nie pytać o to, co słychać, bo w odpowiedzi dostanie się niemający końca elaborat na temat aksjomatycznej teorii mnogości.

Tak naprawdę nigdy nie byłam mocna z matematyki.

Pierwszy zgrzyt w naszej świętej trójcy nastąpił po maturze. Wybraliśmy z Darkiem studia psychologiczne. Anita marzyła o weterynarii. Byliśmy ze sobą do tego stopnia zżyci, że omal nie zrezygnowała dla nas ze swoich planów. Dziś, kiedy mam już doświadczenie z rozmów z setkami pacjentów, sądzę, że nasza przyjaźń wykroczyła poza akceptowalne normy.

Anita obawiała się opuszczenia. Dręczyło ją przeświadczenie, że jeśli nasze drogi się rozejdą, nasza przyjaźń będzie zagrożona. Bała się, że pozostanie bez wsparcia. Potrzebowała nas. Być może nawet zaprzyjaźniła się ze mną, bo wiedziała, że jestem skazana na samotność. Doskonale pamiętam wewnętrzny konflikt, który mi towarzyszył, gdy ta śliczna szczupła blondynka o pyzatej twarzy usiadła obok mnie w stołówce kilka dni po rozpoczęciu roku szkolnego. Miała przecież do wyboru wiele ciekawszych osób. Nikt by jej nie odmówił. Nie jej.

Mimo to wybrała mnie. Wiedziała, że jej nie opuszczę, bo poza nią nie będę miała nikogo. A potem pojawił się Darek, który trzy lata później miał mnie jej odebrać. Anita była gotowa porzucić marzenia o studiach we Wrocławiu, byle tylko wciąż być blisko nas. To Darek przekonał ją, że nasza przyjaźń przetrwa rozłąkę. Zaufała nam. Kazała wypowiedzieć na głos słowa żałosnej przysięgi przyjaciół, którą sama wymyśliła. Stawaliśmy zwróceni twarzami do siebie, kładliśmy sobie nawzajem dłonie na ramionach i mówiliśmy: „Choć dystans za duży, choć czas nam nie służy, nie damy się burzy, bo przyjaźń to moc!”. A potem jednocześnie podskakiwaliśmy i wydawaliśmy dziwny okrzyk, jak ktoś, kto po trzech dniach zatwardzenia wreszcie postawił klocka.

Anita wierzyła w moc tej przysięgi jeszcze przez dwa lata.

Potem się dowiedziała, że pieprzę się z Darkiem, kiedy tylko nadarzy się okazja.

Sama nie wiem, po co rozpamiętuję dawne czasy. Minęło siedemnaście lat, z czego dwanaście spędziłam w małżeństwie z moim pierwszym przyjacielem, kochankiem i partnerem. Anita nigdy nie przeszła nad tym do porządku dziennego. Odsunęła się od nas, chociaż nie robiła nam wyrzutów. Po studiach została we Wrocławiu i nie przyjechała na nasz ślub, mimo że poprosiłam ją, by została moją druhną. Dwa lata później sama wyszła za mąż. Nie zaprosiła nas. Wszystko zmieniło się trzy lata temu, gdy po długim okresie milczenia skontaktowała się ze mną na Facebooku. Napisała, że wraca na stałe do Warszawy i bardzo chce się ze mną spotkać. Zgodziłam się, choć nie wiedziałam, czy odnawianie starej znajomości to dobry pomysł.

Był fatalny.

Anita, podobnie jak ja, nigdy nie powiększyła swojego drzewa genealogicznego. Po bolesnym rozwodzie pragnęła towarzystwa i atencji, które niegdyś otrzymywała ode mnie. Narzucała mi się, grzebała w moich prywatnych sprawach i w pewnym momencie wiedziała już wszystko. Nie miałam szans na ukrycie przed nią mojego małżeńskiego kryzysu.

Czy wiedziałam, że w moim małżeństwie źle się dzieje? Tak. Czy wiedziałam, że Darek szuka wrażeń u innych kobiet? Domyślałam się tego. Czy byłam gotowa postawić mu ultimatum i zagrozić rozwodem? Ani trochę.

Nie tylko Anita zmagała się ze lękiem przed opuszczeniem.

Nie powiedziałabym, że Anita doprowadziła do mojego rozwodu z Darkiem. Zarazem wiem jednak, że gdyby nie jej inicjatywa, być może wciąż tkwiłabym w patologicznej, opartej na kłamstwach i zdradach relacji, która wyniszczałaby mnie od środka, a w końcu złamała jak przesuszone źdźbło trawy. Anita chciała znów mieć mnie tylko dla siebie. Żeby to osiągnąć, musiała pozbyć się głównej przeszkody. Czasem odnoszę wrażenie, że czekała na ten moment kilkanaście lat.

W końcu stałam się taka jak ona. Samotna, opuszczona i sfrustrowana. I za każdym razem, gdy byłam załamana i potrzebowałam rękawa, w który mogłabym się wypłakać, Anita była w pogotowiu. Historia zatoczyła krąg, a ona znów była pyzatą blondynką, która usiadła w stołówce obok zakompleksionej okularnicy.

Po co więc zaprasza na imprezę sylwestrową mojego byłego męża i jego młodziutką lafiryndę?

Ostatnio pracuję bez przerwy. Tylko w ten sposób nie zadręczam się myślami i nie spędzam dnia na przygotowywaniu sobie kolejnych szklanek ulubionego drinka – rumu z colą i dwoma kostkami lodu. Wychodzę z domu po szóstej rano i wracam przed jedenastą wieczorem. Przyjmuję każdego, kto zgłosi się do mnie przez formularz kontaktowy ze strony z polecanymi psychiatrami i psychoterapeutami w Warszawie. Wypełniam grafik aż po brzegi, jem drobne posiłki między wizytami. Czasem moja sprzątaczka Ołena przynosi mi coś z chińskiej restauracji znajdującej się przy pobliskim skrzyżowaniu. Współpracuje ze mną już siedem lat i wiem, że mogę na niej polegać. Milczała nawet wtedy, gdy przyłapała mnie na piciu w gabinecie. Niedługo później przeszłyśmy na ty.

Za trzy godziny zacznie się impreza. Anita wynajęła dla nas całą restaurację – oczywiście wszyscy przelaliśmy wcześniej na jej konto odpowiednią sumę. Anita po rozwodzie nie spadła na cztery łapy. Jej były mąż popadł w długi, z których część przeszła na nią. W efekcie stać ją jedynie na ciasną kawalerkę na Ursusie, która pożera znaczną część jej pensji asystentki w gabinecie weterynaryjnym.

– Musiałam sprzedać firmę, na którą tak długo pracowałam. Ten łajdak odebrał mi wszystko.

Ostatnia pacjentka w tym roku życzy mi szczęśliwego dwa tysiące dwudziestego. Zostaję sama. Otwieram na oścież okno i odpalam papierosa. Czy powinnam tam iść i skonfrontować się z Darkiem? Nie kontaktowaliśmy się ze sobą od przeszło roku, choć mieszkamy w tym samym mieście. Raz staliśmy obok siebie na światłach na skrzyżowaniu Gagarina i Czerniakowskiej. Innym razem spotkaliśmy się na kongresie zdrowia psychicznego. Nie chcę być jego wrogiem. Po rozwodzie podaliśmy sobie rękę i rozeszliśmy się do swoich samochodów. Darek wiedział o mnie wszystko. Znał mnie na wylot, bo zanim pogrzebaliśmy „nierozłączne trio”, widzieliśmy w sobie przyjaciół, a nie obiekty seksualne.

Mój były mąż nie wie jednak, jak bardzo przeżyłam jego zdradę ze smarkulą młodszą ode mnie o prawie szesnaście lat.

Zdradę, która zapoczątkowała ciąg tragicznych wydarzeń.

Gdybym tylko mogła cofnąć czas…

Postanawiam złamać dane sobie przyrzeczenie i wyjmuję butelkę rumu z szafki zamykanej na klucz. Brakuje mi coli, a sklep na dole pewnie jest zamknięty, dlatego tym razem obędzie się bez niej. Muszę się rozluźnić przed imprezą z byłym mężem, jego kochanką i tuzinem ludzi, z którymi nigdy nie miałam nic wspólnego, a których muszę traktować prawie jak rodzinę, bo dawno temu los przydzielił nas do jednej klasy. Anita zawsze była przesadnie sentymentalna, co z pewnością podsycało jej lęk przed opuszczeniem. Wiem coś o tym, dlatego sama staram się nie rozmyślać o dawnych czasach, choć towarzystwo tej przylepy zdecydowanie mi tego nie ułatwia.

Przed dwudziestą jestem już tak wstawiona, że decyduję się zamówić ubera. Nie chcę się spóźnić i zwrócić na sobie uwagi reszty. Nigdy mnie nie dostrzegali i zawsze traktowali jak bezbarwne dopełnienie przebojowej Anity. Jestem dobra we wtapianiu się w tło, tym razem będzie podobnie. Usiądę z brzegu i pozwolę przyjaciółce grać pierwsze skrzypce. Niech żyje w przeświadczeniu, że ostatecznie nikt jej nie opuścił i znowu jesteśmy wszyscy razem. Zupełnie jak za dawnych, dobrych czasów.

Aplikacja kasuje mnie podwójnie – ma to niby związek z dużą liczbą zamówień o tej porze. Sympatyczny Ukrainiec częstuje mnie cukierkami, a przed wyjściem życzy szczęśliwego Nowego Roku. Odpowiadam, że teraz może być już tylko lepiej, ale chyba nie rozumie.

– Jesteś wreszcie! – Anita wręcza mi na powitanie szklankę bacardi z colą. Nie wie, że zdążyłam wypić już pięć. – Wydzwaniam do ciebie od trzech godzin. Myślałam, że pomożesz mi w przygotowaniach.

– Wybacz, nie miałam przy sobie telefonu – kłamię. – Przyjmowałam do późna pacjentów. Musiałam schować telefon do szuflady.

Martyna robi skwaszoną minę.

– No dobra. Ważne, że już jesteś. Chodź, przywitasz się z pierwszymi gośćmi.

Kaśka Grabowska, dawniej zawodniczka w licealnej drużynie siatkówki, a dziś otyła matka czwórki dzieci, przyszła z mężem. Marnuję kwadrans na oglądanie zdjęć jej dzieci i wymuszanie uśmiechu. Jednocześnie co chwilę dyskretnie zerkam w kierunku wejścia i czekam na ich przybycie.

Czy mój pozorny rozejm z Darkiem i uszanowanie jego nowego życia to oznaka dojrzałości? A może stałam się tak słaba i zakompleksiona, że nie miałam nawet odwagi powiedzieć mu wprost, co myślę o tym, że bzyka stażystkę? Jedna głupia, motywowana prymitywnym pożądaniem decyzja mojego byłego męża pchnęła mnie ku potwornościom, o które w życiu by mnie nie podejrzewał.

Żałuję, że go oszczędziłam.

To on powinien był cierpieć.

Mija godzina. Sprawdzam listę tych, którzy przyjęli zaproszenie na Facebooku, i porównuję ją z liczbą gości obecnych w lokalu. Brakuje jeszcze czterech osób, w tym Darka i Stażystki.

– Możesz na słówko? – zaczepiam Anitę, która jest w swoim żywiole i jak zwykle skupia na sobie największą uwagę. Idziemy na bok, a wtedy ją pytam: – Rozmawiałaś z nim?

– Z Darkiem? – domyśla się. – Wysłałam mu po południu SMS-a. Mówił, że przyjdzie.

Stajemy za barem. Anita proponuje, że zrobi mi kolejnego drinka. Nie wie, że kręci mi się już w głowie i boję się, że nie dotrwam do północy.

– Dlaczego go zaprosiłaś? – Już dawno chciałam jej zadać to pytanie. Nie umiałam zrobić tego na trzeźwo. – Nie uważasz, że to dziwne?

– Czemu dziwne? To sylwester z dawną klasą. Darek też do niej chodził.

– Darek mnie zdradził i wpędził w depresję – syczę. – Zapomniałaś już o tym?

Anita podaje mi drinka.

– Wyluzuj się. Darek to już przeszłość. – Poklepuje mnie po ramieniu. – Zaprosiłam go z myślą o tobie. Wiem, że to dziwnie wygląda, ale uznałam, że tak będzie lepiej. Nie możesz dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.

– Aż tak to po mnie widać?

– Pamiętasz, jak długą drogę przeszłaś, by wreszcie się od tego uwolnić? Nie pozwól, żeby te demony wróciły. Zluzuj poślady i baw się dobrze.

Biorę łyk drinka i przyznaję Anicie rację.

A potem patrzę, jak Darek z ciężarną Stażystką wchodzą do środka i demonstrują wszystkim swoje szerokie śnieżnobiałe uśmiechy.

Zaczynamy drugi akt przedstawienia.

 

 

 

 

 

 

NINA

 

SIERPIEŃ 2019

 

Współczuję twoim starym. Rozpieszczona, patologiczna smarkula…

 

– Chciałabym kiedyś uprawiać seks z Murzynem. Robilibyśmy to w najgorętszy dzień lata, w zamkniętym od zewnątrz samochodzie stojącym na rozgrzanym parkingu przed supermarketem. Wyobrażacie sobie tę zażartą walkę dwóch instynktów? Z jednej strony chciałabym przeżyć i robiłabym wszystko, by się wydostać i nie umrzeć z przegrzania. Ale z drugiej… która umiałaby się oprzeć długiemu czarnemu kutasowi?

Wybucham śmiechem i uzmysławiam sobie, że chyba za bardzo się spaliłam.

– Jesteś jebnięta, Nina – odzywa się Juras. – Dawno nie słyszałem tak chorej rozkminy.

– Wal się, Juras – odpowiadam. – Rozkminy są dla ludzi, którzy swoje już widzieli i teraz tylko dobudowują fantazje do własnych doświadczeń. Ty nigdy nie zamoczyłeś, więc nawet nie wiesz, od czego zacząć rozkminę.

– Wyluzujcie – wtrąca się Szwab, który jako jedyny nie pali. Mimo to nadrabia liczbą opróżnionych puszek kasztelana. – Niuki, puść coś ze Spotify.

Wychodzę na zewnątrz, gdy mam już dość polskich hiphopowych brzmień. Zdecydowanie wolę relaksować się przy czymś z pogranicza rocka i muzyki alternatywnej. Chłopaków jest jednak pięciu, a ja – jedna. Nie będę się sprzeczać z tymi przygłupami.

Siadam na huśtawce i delikatnie się kołyszę. Ojciec Szwaba wybudował ją dla jego młodszej o dwa lata siostry, która w dzieciństwie zmarła na białaczkę. Szwab nigdy o niej nie mówi, a my nie pytamy. Tylko on wychowywał się w Konstancinie. Cała reszta, łącznie ze mną, to zepsute dzieciaki warszawskich biznesmenów, którzy po napakowaniu portfeli zapragnęli snobistycznego życia w bogatym miasteczku pod stolicą. Wszyscy zamieszkaliśmy tutaj w ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat. Zachowujemy się więc tak, jakby siostra Szwaba nigdy nie istniała. Wiemy tylko, że małżeństwo jego starych nie przetrwało okresu żałoby. Matka wyjechała za granicę, a ojciec rozprzedał połowę majątku, by zatrzymać ten dom po rozwodzie.

Dzięki temu mamy teraz gdzie pić i jarać w każdy weekend.

– Można dołączyć? – słyszę jego głos.

Odkąd przyszedł, zachowuje się dziwnie. Nie czeka na moją odpowiedź i siada na trawie obok huśtawki. W dłoni trzyma dwie puszki piwa.

– Skombinowałem dla ciebie jedną od Szwaba.

– Dzięki, ale wystarczy mi na dziś.

– No dobra, w takim razie wypiję dwie.

Milczymy przez chwilę, po czym pyta, czy nie chcę poleżeć z nim na trawie i pooglądać gwiazd.

– Zawsze chciałam pieprzyć się na łące pod nocnym bezchmurnym niebem. Tylko ja, penis, gwiazdy i multum kleszczy.

Prycha.

– Te twoje dziwne fantazje… czy to tylko tak po trawie?

Spoglądam na niego zażenowana.

– Chcesz wiedzieć, czy na trzeźwo zachowuję się jak cnotka niewydymka?

– Sam nie wiem… Czasem wydaje mi się, że przez cały czas nosisz maskę, która przysłania twoje prawdziwe oblicze.

– Nieźle… Aż tak widać, że lubię kłaść kilogram tapety?

Schodzę z huśtawki i kładę się obok niego. Ziemia jest chłodna, ale przyjemna, a niebo prawie bezchmurne, dzięki czemu dostrzegam mój ulubiony gwiazdozbiór Łabędzia. Kiedy byłam dzieckiem, tata uwielbiał zabierać mnie wieczorami na długie letnie spacery. Siadaliśmy na ławce, patrzyliśmy w niebo, a tata opowiadał mi przeróżne historie o wszechświecie, księżycu, naszej galaktyce i gwiazdach, których blask dociera do nas, chociaż znajdują się tak daleko, że nie potrafimy sobie tego nawet wyobrazić. Podczas jednego z takich spacerów poprosił, bym wskazała jedną gwiazdę, a gwiazdozbiór, do którego należy, już zawsze będzie symbolizował naszą więź.

Tyle pierdolenia. Czas zapalić.

– Mogę cię o coś spytać? – odzywam się po wzięciu trzech buchów.

– Zależy o co. – Bierze ode mnie skręta.

– Czy wszystko z tobą w porządku? Jesteś ostatnio jakiś dziwny… Mało mówisz, mało palisz… Generalnie mało cię.

Kryspin kręci głową i śmieje się pod nosem.

– Od kiedy się tak o mnie troszczysz? Jakoś nigdy specjalnie nie zwracałaś na mnie uwagi. – Bierze bucha. – W szkole wcale się do mnie nie odzywałaś. Właś­ciwie to nie odzywałaś się do żadnego z nas. – Drugi buch. – Czułem, że uważasz nas za gorszych, zepsutych. Dopiero od roku jesteś taka.

– Jaka?

– Taka jak my. – Bierze trzeciego bucha i przekazuje mi skręta.

– Czyli jaka? – drążę.

– Nie wiem… fajna?

Podnoszę się i uderzam go lekko w udo.

– Gratuluję wysokiej samooceny!

Kryspin siada obok mnie i wyciąga z kieszeni bluzy drugie piwo.

– Może jednak?

– Ty naprawdę chcesz, żebym była dziś łatwiejsza – sugeruję.

– To możesz być jeszcze bardziej?

Jego banalny żart sprawia, że wybucham śmiechem.

Nie, to nie przez żart. To przez zioło.

– Ostatnio nie mogę się dogadać z Matyldą.

– To dziwne. – Otwieram puszkę. – Odkąd pamiętam, nie odstępowałeś jej na krok.

– Jest chyba zazdrosna o to, że spędzam z wami tyle czasu.

– A co za problem, żeby też się z nami spotykała? – Biorę łyk.

– Wiesz, jaka ona jest. Starzy mocno ją cisną z nauką. Chcą, żeby na maturze zdawała dwa języki i rozszerzoną matmę. Celują w SGH, ale jeśli powinie jej się noga, stary opłaci jej prywatną uczelnię.

Bogaci rodzice, którzy przelewają swoje ambicje na dzieci. Skąd ja to znam?

– Mogłaby od czasu do czasu wychillować. To nic złego.

– Jest coś jeszcze. – Kryspin rzuca na bok pustą puszkę. – Jej starzy nie do końca za mną przepadają. Jestem w końcu synem… no wiesz. Generalnie to nie tolerują całej naszej paczki. Uważają, że Matylda nie powinna się zadawać z wyrzutkami.

Jestem dogłębnie poruszona tym, że ktoś tak o mnie powiedział.

– Ich opinia nie powinna mieć dla ciebie znaczenia. Liczy się to, co myśli Matylda.

Kryspin wzrusza ramionami.

– Zastanawiam się, czy ona nie zgadza się ze starymi. Jeszcze jointa?

– Nie, dzięki. Wypaliłam dziś wystarczająco dużo. Muszę przystopować.

– Ja zapalę. Sama powiedziałaś, że ostatnio mało jaram, więc muszę nadrobić.

– Nie wiem, czy to działa w ten sposób. – Śmieję się, gdy on odpala skręta. – Czyli sądzisz, że Matylda ma coś do nas?

– Już się w tym wszystkim pogubiłem… Jakiś czas temu spytała mnie, czy myślę o studiach w Warszawie. Powiedziałem jej, że nie. Zacznę się nad tym zastanawiać w trzeciej klasie. Po co ten pośpiech? Zasugerowała, że może to zioło wypacza mi myślenie i byłoby lepiej, gdybym je odstawił.

– Bullshit! – podnoszę głos. – Sama nie jest święta.

– Uważam, że to wina jej starych. Sama przyznała, że zawsze mieli fioła na jej punkcie, a odkąd wynieśli się z Warszawy, praktycznie nie pozwalają jej wychodzić z domu. Strasznie ją gonią do nauki. Niedługo wbiją jej do głowy własne poglądy i będzie myśleć zupełnie tak jak oni.

Przez moment siedzimy w milczeniu i przyglądamy się gwiazdom.

– Czego tak naprawdę oczekujesz od życia? – pytam.

– A bo ja wiem… chcę się dobrze bawić i niczym nie przejmować.

– Tylko tyle?

– W sumie to nie. Jest coś jeszcze. Pomyślałem o tym całkiem niedawno.

– O czym?

– Na razie nie mogę ci powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Niedługo wszystkiego się dowiesz.

 

 

 

 

 

 

EWA

 

TERAZ

 

Dziwisz się, że wybrał inną? Żaden normalny facet nie wytrzymałby z taką wstrętną pijaczką.

 

Nie mogę mieć dzieci.

Bardzo długo staraliśmy się z Darkiem o potomstwo, ale nasze plany spełzły na niczym. W końcu lekarze nie pozostawili mi złudzeń – nigdy nie zajdę w ciążę. Musiałam się z tym pogodzić, choć nie było łatwo. To był dla nas pierwszy poważny życiowy egzamin. Darek zdał go celująco. Opiekował się mną, pocieszał i zapewniał, że ludzi spotykają większe nieszczęścia. Wtedy byłam jeszcze młoda. Kształciłam się i zdobywałam pierwsze doświadczenia.

Dziś wiem, że w tych banałach, które do mnie mówił, tkwiło sporo prawdy.

Ludzie naprawdę babrają się w gównie.