Nie krzycz - Marcel Moss - ebook + audiobook

Nie krzycz ebook i audiobook

Marcel Moss

4,3

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do hejtu, że nikt się nie przejmuje ofiarami agresji. Tymczasem one istnieją. Z zagryzionymi do krwi wargami i przekrwionymi od płaczu oczami godzinami wpatrują się w przepełnione jadem komentarze. (…) i pragną tylko jednego. Zemsty na tych, którzy próbowali wgnieść ich w ziemię.

Pogrążona w długach Anita zarabia na życie jako anonimowa hejterka. Kobieta za pieniądze wypisuje obraźliwe komentarze pod adresem znanych osób. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie zhejtowania jednego z polityków. Krótko potem na jej prywatną skrzynkę zaczynają przychodzić agresywne maile. To jednak początek koszmaru. Kto i dlaczego się na nią uwziął? Gnębiony przez żonę Michał zaczyna wierzyć, że już nigdy się od niej nie uwolni. Wkrótce mężczyzna otrzymuje nieoczekiwaną pomoc i staje przed szansą wyrównania rachunków z demoniczną Agatą. Nie wie jednak, że godząc się na walkę z żoną, staje się częścią perfidnej gry, która ostatecznie prowadzi do tragedii.

W dzisiejszym świecie nie liczy się prawda.
Liczy się to, kto najgłośniej krzyczy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 9 min

Lektor: Mirella Rogoza-Biel

Oceny
4,3 (559 ocen)
321
139
70
24
5

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Największymi zwycięzcami są ci, którzy triumfują w milczeniu.

 

 

 

 

Kurwa! Jak można być takim spierdolonym diabliskiem?! – anonimowy komentarz przypadkowego internauty

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

– Pobudka, śmieciu!

Stawiam stopę na zimnej posadzce i patrzę z góry na ukrytą w mroku postać. W pomieszczeniu pali się tylko jedna żarówka. Nawet śmieć nie zasłużył na to, by przesiadywać godzinami w egipskich ciemnościach. Teraz siedzi skulony w kącie i drapie się po wychudzonym udzie, które wczoraj przyjęło kilkadziesiąt uderzeń pasem. Nie patrzy w moją stronę. Myśli, że kontakt wzrokowy może mnie sprowokować, jak psa. Nie rozumie, że na ostrożność jest już za późno. Miarka dawno się przebrała.

Powoli schodzę po schodach. W dłoni ściskam wąski stalowy pręt. Śmieć wzdryga się i wierzga nogami.

– Rozwiąż mnie – syczy, wywołując na mojej twarzy szeroki uśmiech.

– Wierz mi, że to zrobię. – Naciskam włącznik. W piwnicy palą się teraz trzy żarówki, w ich świetle widać wszystko wyraźnie. – Twoja kara minęła.

Śmieć mruży oczy i krzywi się, oślepiony blaskiem żarówek. Jęczy, gdy szarpię go mocniej za rękę i ciągnę na środek pomieszczenia.

– To boli!

– Ma boleć.

Zegarek na moim lewym nadgarstku wskazuje siódmą rano. To znaczy, że od dziesięciu godzin śmieć nic nie jadł. Musiała mu wystarczyć jedynie półlitrowa butelka wody mineralnej. W kuchni czeka na niego sycące śniadanie, ale on o tym nie wie. Niech jeszcze trochę pocierpi. Wczoraj sobie na to zapracował. Naprawdę sądził, że się go zlęknę, gdy po powrocie do domu zastanę zdemolowane mieszkanie? Myślał, że coś wskóra, podnosząc na mnie rękę? Nie może mi w żaden sposób zagrozić. Dziwne, że jeszcze tego nie pojął.

Kładę pręt na podłodze i wyciągam z kieszeni kluczyk. Otwieram kajdanki – najpierw na jego ręce, a później na biegnącej wzdłuż ściany rurze. Śmieć masuje się po przedramieniu, po czym unosi głowę i rzuca mi nienawistne spojrzenie.

– Zapierdolę cię – mówi cicho, ale stanowczo.

– Zamknij się! – Policzkuję go. Śmieć upada na podłogę, ale szybko wraca do poprzedniej pozycji. Na jego twarzy pojawia się szyderczy uśmiech. Zrobił to celowo. Chciał mnie sprowokować do okazania słabości. Myśli, że jeszcze nie wszystko stracone, że uda mu się mnie przechytrzyć. Nie czuje do mnie respektu. Wiem to. Dlatego muszę zrobić wszystko, by zmienił podejście, i to jak najszybciej. W przeciwnym razie może się poczuć zbyt pewnie i zacząć kombinować. Stać go na to, więc muszę uważać. Śmieć wykorzysta każde moje potknięcie czy zawahanie. Jest niebezpieczny nawet w kajdankach. Zastanawiam się, czy nie zakneblować mu ust. Im rzadziej słyszę jego głos, tym lepiej.

– Wstawaj – mówię, a śmieć posłusznie wykonuje moje polecenie. – Plecami do mnie.

– Proszę, nie – jęczy, odwracając się do mnie tyłem.

– Morda – warczę. – Pod ścianę.

– Nie…

– Słucham?

– Wystarczy. – Cały lekko drży.

– Kwestionujesz moje metody?

– Nie zniosę kolejnej kary.

Robi z siebie ofiarę. Pogrywa sobie ze mną, chcąc sprawdzić moją reakcję. Nie dam mu się podejść. Znosił już nie taki ból, nic mu nie będzie.

– Wyciągnij ręce i oprzyj dłonie o ścianę – rozkazuję mu.

– Błagam – jęczy.

– Rób, co mówię, albo pożałujesz.

Śmieć wykonuje polecenie i czeka na pierwszy cios. Podnoszę z podłogi pręt, biorę zamach i uderzam go w uda. Robię to stosunkowo lekko, bo wcześniej śmieć obrywał głównie skórzanym pasem. Muszę się najpierw przekonać, czy wytrzyma stalowy pręt.

Nie wytrzyma. Nogi uginają mu się w kolanach i klęka na podłogę, głośno sycząc. A to przecież dopiero rozgrzewka.

– Wstań – mówię.

– To boli, kurwa!

– Nie obchodzi mnie to. Wstawaj.

Śmieć masuje się po udzie, po czym podnosi się i staje tak jak wcześniej. Tym razem uderzam go już mocniej. Reakcja jest ta sama.

– Proszę!

– Trzeba było wczoraj tak nie broić.

– Już tego… nie zrobię – mówi drżącym głosem, oddychając szybko.

– Oczywiście, że nie. W przeciwnym razie kara będzie jeszcze surowsza. Wstawaj.

Na udach śmiecia odbił się poziomy czerwony pas. Tak bardzo pragnę się na nim wyżyć, ale muszę uważać, by nie przesadzić. W końcu w tym wszystkim nie chodzi o to, by cierpiał fizycznie. Pręt ma go tylko przestraszyć, uświadomić mu, że jeżeli będzie próbował działać wbrew mnie, to gorzko tego pożałuje. Wystarczy kilka uderzeń. Cholera, to musi być naprawdę bolesne…

– Boli. – Śmieć pociąga nosem. Biedactwo błaga o łaskę.

– Ostatni raz.

– Błagam, nie rób tego. – Upada na podłogę i zwija się w kłębek.

– Wstawaj – szepczę. – Nie każ mi się z tobą szarpać.

– Miej litość, do kurwy nędzy…

– Ależ mam – stwierdzam. – Wierz mi, że w przeciwnym razie nie byłoby już czego zbierać.

Śmieć niechętnie wstaje i czeka na kolejne uderzenie. Trzymam go w niepewności i uważnie obserwuję. Jest taki słaby, taki żałosny… Tak bardzo go nienawidzę. Nie zasługuje na to, by oddychać tym samym powietrzem co ja. Nie zasługuje na nic. Jest małą, wstrętną kreaturą, którą powinno się rozgnieść jak pijącego krew komara.

Zamykam oczy i uśmiecham się najszerzej, jak potrafię. Wyobrażam sobie, że znajduję się w przyjemnym miejscu, z dala od toksycznych ludzi i negatywnych emocji. Tylko ja, rajska plaża na wyspie pośrodku oceanu, kieliszek najdroższego wina i święty spokój.

A potem dociera do mnie, że nawet na końcu świata nie zaznam szczęścia, jeżeli nie będzie przy mnie śmiecia. Osoby, która w chory, patologiczny sposób stanowi sens mojego życia. Jesteśmy ze sobą złączeni. Gardzimy i brzydzimy się sobą, marzymy o tym, by się nawzajem pozabijać, ale gdy przychodzi co do czego, uświadamiamy sobie, że nienawiść napędza nas do działania. Śmieć to moje życie, a moim rajem jest zadawanie mu cierpienia. I vice versa, nie mam co do tego wątpliwości.

Otwieram oczy i z całej siły uderzam go prętem w uda. Śmieć wyje i pada na podłogę jak kłoda. Przez kilkanaście sekund leży nieruchomo. Czyżby stracił przytomność?

– Wstawaj. – Szturcham go lekko w ramię. – No już!

Śmieć nie reaguje. Zaczynam się niecierpliwić. A co, jeśli się nie obudzi? Przecież nie mogę wezwać karetki. Ratownicy od razu by się domyślili, o co chodzi.

Pochylam się nad nim i nasłuchuję jego oddechu. Nagle śmieć się podrywa i chwyta mnie za szyję. Przyciąga mnie do siebie i mocno zaciska palce. Walczę o oddech, nie odrywając od niego wzroku. Zaciska zęby, a furia w jego oczach, mówi jedno: chce mnie zabić.

Chwytam go za ręce i próbuję oderwać je od swojej szyi. Śmieć jest wyczerpany z głodu i zmęczenia, ale wciąż ma dużo siły i korzysta z niej, próbując wyeliminować swojego największego wroga.

– Odpuść – mówię z trudem.

– Nie – syczy przez zaciśnięte zęby. W jego oczach dostrzegam wściekłość.

– Wiesz, że jeśli tego nie zrobisz, będzie jeszcze gorzej – tłumaczę.

Śmieć odpuszcza dopiero po kilkunastu sekundach. Uderza głową o podłogę i bierze głęboki wdech. Leży na wznak z otwartymi oczami. Wpatruje się w sufit i próbuje uspokoić oddech. Poddał się.

Siedzę obok niego i wciągam powietrze haustami. Przez moment było naprawdę groźnie. Na szczęście wszystko poszło po mojej myśli. Śmieć nie przekroczy granicy. Mam go w garści. Zabawa trwa.

– Czas na śniadanie – oznajmiam kilka minut później, gdy oboje jesteśmy już spokojni. Śmieć masuje się po czerwonych udach i cicho pojękuje. – Później przyłożę ci do nich lód. Zgoda?

Nie odpowiada. Nie musi, to było pytanie retoryczne.

Kwadrans później siedzimy przy stole w kuchni. Śmieć z początku podejrzliwie przygląda się talerzowi z kanapkami i odmawia jedzenia.

– To tylko pieczywo i wędlina – mówię, nie kryjąc rozbawienia. – Zwykłe kanapki. Nie ma w nich trutki na szczury.

– Kto cię tam wie… – mruczy pod nosem śmieć. W końcu się przełamuje i zaczyna jeść, po czym opróżnia szklankę koktajlu witaminowego.

– Bardzo ładnie – odpowiadam z satysfakcją, popijając wodę z lodem i cytryną. – Muszę wyjść na cały dzień. Mam bardzo ważne spotkanie.

Śmieć nie reaguje. Zatapia wzrok w talerzu i powoli przeżuwa kęs kanapki.

– Słyszysz? – pytam. Wtedy śmieć podnosi głowę i patrzy mi w oczy.

– Tak. Co mam odpowiedzieć?

– Że nie zrobisz w tym czasie niczego głupiego.

Śmieć wzrusza ramionami, a kąciki jego ust delikatnie się unoszą. Bawi go to! Ani trochę nie żałuje wczorajszego rozpierdolu.

– Nie zrobię – odpowiada po chwili, bez przekonania w głosie.

– Wiem, że nie – stwierdzam.

Mija kolejny kwadrans. Śmieć opiera się łokciami o stół i ukrywa twarz w dłoniach.

– Kręci mi się w głowie – mówi.

– To dobrze – odpowiadam. – Wkrótce zaśniesz.

– Że co, kurwa? – Śmieć walczy z opadającymi powiekami.

– Do późnego wieczora nie kiwniesz palcem. W koktajlu był silny środek nasenny.

Na dźwięk tych słów śmieć gwałtownie podrywa się z krzesła.

– Ty pier…

– Siadaj – mówię stanowczo. – Nie marnuj sił. Musisz jeszcze dotrzeć do łóżka, nie będę cię wlec.

Śmieć zgrzyta zębami, a do jego oczu napływają łzy.

– Dlaczego? – pyta.

– Nie domyślasz się? Jak mam ci zaufać po wczorajszej akcji?

Nagle śmieć okrąża stół i podbiega do zlewu. Pochyla się i wpycha sobie dwa palce do gardła.

– Przestań! – Szarpię się z nim.

Śmieć odpycha mnie i wymiotuje.

– Myślisz, że to coś da? – Zachodzę go od tyłu i odciągam od zlewu. – Substancja zdążyła się już wchłonąć.

– Zajebię cię – warczy, po czym chwieje się i omal nie upada na podłogę.

– Musisz się położyć – stwierdzam. – Zaprowadzę cię.

Śmieć opiera się o blat i ciężko oddycha.

– Nie mam siły.

– Dasz radę. To tylko kilka kroków.

Powoli wychodzi z kuchni na korytarz i kieruje się do sypialni.

– A dokąd to? – pytam. – Coś ci się chyba pomyliło.

Śmieć obrzuca mnie pytającym spojrzeniem, po czym zaciska dłonie w pięści.

– Nie.

– A właśnie że tak. Wypad do piwnicy.

– Nie – odpowiada stanowczo, a potem zamyka oczy i przykłada dłoń do czoła. – Kurwa.

– Podaj mi rękę – mówię. Śmieć nie protestuje, bo wie, że sam nie ustoi na nogach.

Otwieram drzwi do piwnicy i pomagam mu zejść po schodach. Prowadzę go do kąta i podnoszę leżące na podłodze kajdanki.

– Zabiję… cię. Przysięgam.

– Właśnie dlatego muszę na ciebie uważać – wyjaśniam, przykuwając śmiecia do rury. – Słodkich snów, Agatko.

– Zabiję – słyszę za plecami. Zostawiam tylko jedną zapaloną żarówkę i wychodzę z piwnicy.

Biorę prysznic i prasuję eleganckie spodnie oraz koszulę. Przede mną bardzo ważny dzień. Spotkanie, od którego może zależeć moja przyszłość zawodowa, a później rozmowa z osobą, dzięki której moje życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Dzięki niej nie jestem już popychadłem, zabawką, workiem do bicia. Nie jestem już śmieciem.

Teraz jest nim moja żona. Kobieta, która zafundowała mi tyle upokorzeń, że straciłem już rachubę, leży teraz w piwnicy otumaniona środkami nasennymi. Całkowicie bezradna, przerażona i sfrustrowana do granic możliwości. Wścieka się, bo musi być mi posłuszna. Wie, że mam na nią haka i nie zawaham się go użyć, jeśli zrobi coś głupiego. Wczoraj puściły jej nerwy i postanowiła się zbuntować. Chciała mi zademonstrować swoją siłę. Przypomnieć, że wciąż jest tym samym potworem, który latami pozbawiał mnie godności i człowieczeństwa.

Tamtego potwora już nie ma. Pozostał tylko śmieć. Małe cuchnące ścierwo, które właśnie płaci za wszystkie swoje winy. Role się odwróciły, kochanie.

Wkrótce zaśniesz i może będziesz miała przyjemne sny. Ale kiedy się obudzisz, przekonasz się, że twój koszmar trwa nadal. I tylko ode mnie będzie zależało, czy się skończy.

 

 

 

 

 

 

 

 

WCZEŚNIEJ

 

 

CZĘŚĆ 1

 

 

 

 

Zrób coś wreszcie ze swoim życiem, sieroto!

 

 

 

ANITA

 

TERAZ

 

 

– Niech się pan zlituje! – Wpatruję się błagalnie we właściciela skromnej kawalerki, którą wynajmuję od dwóch lat. Dotychczas nie miałam z nim żadnych problemów. Józef Piotrowski na co dzień mieszka w Gdańsku. Widzieliśmy się nie więcej niż dwa razy. Mieszkanie odziedziczył po zmarłym wuju. Nie chciał go sprzedawać, bo kiedyś ma w nim zamieszkać jego dorastający syn, więc postanowił je wynająć. Zadzwoniłam do niego, gdy tylko zobaczyłam ofertę w internecie. Kawalerka za półtora tysiąca w samym centrum Warszawy? Taka szansa rzadko się zdarza.

Piotrowski dobiega do sześćdziesiątki i słabo się zna na realiach stolicy. Ostatnio chyba jednak odrobił lekcję, bo tydzień temu zadzwonił do mnie z informacją, że planuje podwyższyć mi czynsz o pięćset złotych. Pomyślałam, że to żart.

– Takie mamy czasy, pani Anito – odpowiedział ze spokojem w głosie. – Koronawirus szaleje, a jesienią ma nadejść kolejna fala. Moja firma ma problemy, a żonie obcięli pensję. Musimy jakoś utrzymać się na powierzchni. – Przerwał na moment, po czym dodał: – I tak jak na Warszawę płaciła pani mały czynsz. Mógłbym wziąć od pani jeszcze więcej, to w końcu samo centrum.

– Proszę tego nie robić – odpowiedziałam zaskoczona. – Skąd ja wezmę takie pieniądze? Sama właśnie straciłam pracę.

– Przykro mi – odparł. – Nie mam wyjścia.

Pod koniec rozmowy zaznaczył, że niebawem przyjedzie do Warszawy i może się ze mną spotkać. Miałam nadzieję, że uda mi się jakoś wybić mu z głowy pomysł podwyżki czynszu.

Teraz widzę, że nic z tego.

– Przecież może pani sobie znaleźć inne lokum. – Piotrowski drapie się po nosie. – W Warszawie jest tyle ofert… Na pewno któraś będzie odpowiednia.

– Problem w tym, że nie mogę – wyznaję. – Ceny mimo pandemii są wysokie, a większość właścicieli wymaga wpłacenia kaucji w wysokości miesięcznego czynszu. Nie stać mnie, by tak po prostu wyłożyć tyle pieniędzy.

– A mnie nie stać, by dalej wynajmować pani mieszkanie tak tanio – wyjaśnia z malującym się na twarzy zakłopotaniem. – Proszę nie mieć mi tego za złe, ale jeśli nie może pani przyjąć nowych warunków, będę zmuszony wypowiedzieć umowę i poszukać kogoś, kto zgodzi się płacić więcej.

– Panie Józefie…

– Mamy końcówkę czerwca, więc do sierpnia może pani tu spokojnie mieszkać – tłumaczy. – Tak w końcu wynika z naszej umowy.

– Marne pocieszenie – mruczę.

Mężczyzna rozgląda się po raz ostatni po pokoju i kładzie dłoń na klamce.

– Do widzenia.

– Tysiąc dziewięćset – rzucam, zanim wychodzi z mieszkania. – Zapożyczę się u przyjaciółki – zapewniam.

Piotrowski mierzy mnie surowym spojrzeniem i kręci głową.

– Dwa tysiące, pani Anito. Zdania nie zmienię. Jeśli uda się pani załatwić pieniądze, przygotuję nową umowę. Żegnam.

Siadam na kanapie i głośno wzdycham. Dlaczego zawsze mam w życiu pod górkę? Odkąd pamiętam, nigdy nie byłam w pełni usatysfakcjonowana swoją sytuacją. Mało tego, nie zdarzył mi się nawet jeden moment względnego zadowolenia. Zawsze czułam, że nie jest tak, jak bym chciała. Gdy sypało mi się życie prywatne, rozkwitałam zawodowo, a gdy w końcu mogłam powiedzieć, że odniosłam sukces, najbliższa mi osoba pociągnęła mnie ze sobą na samo dno.

Po przeprowadzce do Wrocławia i skończeniu studiów pięłam się po szczeblach kariery, aż wkrótce otworzyłam własną klinikę weterynaryjną. W tym czasie poświęcałam się wyłącznie pracy. Moje życie prywatne nie istniało, a Ewa i Darek, moi najlepsi przyjaciele z liceum, stali się tylko mglistym wspomnieniem. Kiedyś byliśmy nierozłączni. Powtarzaliśmy sobie, że „choć dystans za duży, choć czas nam nie służy, nie damy się burzy, bo przyjaźń to moc”. Dla nich byłam gotowa zostać w stolicy. Pragnęłam ich bliskości, nie wyobrażałam sobie, że nagle mogłoby ich zabraknąć w moim życiu. Zwłaszcza Darka. Bardzo go kochałam, ale nigdy nie miałam odwagi mu tego powiedzieć. Wierzyłam, że na mnie poczeka, że po studiach wrócę do Warszawy i zaczniemy nowy etap naszej znajomości.

A później odkryłam, że Ewa od dawna się z nim pieprzy.

Czułam się niepotrzebna, zbędna. W głębi duszy cieszyłam się, że wyjechałam z Warszawy. Nie mogłabym patrzeć na rozkwit ich związku. Stopniowo się od nich odcinałam, aż w końcu poszłam własną drogą. Nigdy jednak nie zapomniałam tego, jak mnie potraktowali. Czułam żal nawet wtedy, gdy poznałam Huberta, swojego przyszłego męża. Spędziłam u jego boku wiele szczęśliwych lat. Oboje pracowaliśmy w pocie czoła i nie myśleliśmy o powiększeniu rodziny. Nie miałam czasu na wychowywanie dzieci, a gdy wreszcie tego zapragnęłam, los po raz kolejny okrutnie ze mnie zadrwił. Przez błędy wspólnika Huberta firma wpadła w ogromne długi, które oznaczały właściwie jej koniec. W międzyczasie rozpadło się nasze małżeństwo, a jako że nie postaraliśmy się o rozdzielność majątkową, musiałam pomóc Hubertowi spłacać jego długi. Harowałam za trzech, ale i to nie wystarczało. Wreszcie postanowiłam sprzedać swój gabinet. Niemal wszystkie pieniądze poszły na uregulowanie długu. Po wszystkim Hubert nawet mi nie podziękował.

Po powrocie do Warszawy rozpoczęłam pracę jako asystentka w całodobowej klinice weterynaryjnej. Zatrudniła mnie ta sama firma, która wykupiła mój gabinet. Musiałam pogodzić się z klęską i zacząć wszystko od nowa. Żyłam z dnia na dzień i jakoś sobie radziłam. Nie narzekałam, zaakceptowałam swoją sytuację. W międzyczasie zbliżyłam się do Ewy, która też miała problemy małżeńskie. Wkrótce rozstała się z Darkiem. Stałam się jej najbliższą osobą. Nareszcie poczułam się chciana i wyjątkowa.

A gdy na początku roku Ewa poprosiła mnie o pomoc przy zakopaniu ciała tamtej kobiety, zrozumiałam, że jestem dla niej kimś więcej.

Członkiem rodziny.

Ewa Babel zrobiła rzeczy, o jakie nie podejrzewałabym jej w najśmielszych snach. Ona sama pewnie nie sądziła, że byłaby do tego zdolna. Psychoterapeutka nawiązała romans ze swoim pacjentem, który czerpał przyjemność z tego, że żona go poniżała. Następnie sama, by mu się przypodobać, dała się wciągnąć w perwersyjny układ, który zakończył się przypadkową śmiercią mężczyzny. Ewa przez długi czas zmagała się w pojedynkę z olbrzymim ciężarem i tajemnicą, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Wydawało jej się, że milczenie zapewni jej bezpieczeństwo. Myliła się. Ktoś znał jej sekret. Martyna, była pacjentka, wciągnęła moją przyjaciółkę w niebezpieczną grę. Ostatecznie sama zapłaciła za nią najwyższą cenę. Ewa pozbyła się swojego największego wroga, a potem wyjawiła mi całą prawdę. Czy może być piękniejszy dowód przyjaźni?

Choć od tamtych wydarzeń minęło już jakieś pół roku, obie wciąż nimi żyjemy. Nie ma dnia, by Ewa nie przeglądała dokładnie wszystkich lokalnych portali informacyjnych. Cały czas powtarza, że męczy ją niepokój.

– Pewnie to tylko mózg płata mi figle, ale mam wrażenie, że lada moment wydarzy się coś złego.

– Nie martw się – pocieszałam ją na początku. – Nikt nie powiąże cię z tą sprawą, bo niby dlaczego?

– Byłam jej terapeutką – stwierdziła. – Policja na pewno się ze mną skontaktuje, gdy tylko ktoś zgłosi zaginięcie Martyny.

– Niby kto miałby to zrobić? Sama mówiłaś, że nikogo nie miała.

– To prawda. – Ewa nerwowo podrapała się po ręce. – Ale muszę być przygotowana na każdą ewentualność.

– Musimy – poprawiłam ją. – Jesteśmy w tym razem.

Ewa uśmiechnęła się, po czym chwyciła moją dłoń.

– Wiem. I jestem ci za to bardzo wdzięczna.

Mijały kolejne miesiące i nikt nie interesował się losem Martyny. Nabrałam pewności, że tak już pozostanie. Jednak Ewa cały czas oglądała się za siebie.

– Nie możemy stracić czujności. Wystarczy chwila nieuwagi, by wszystko szlag trafił.

Patrzyłam, jak moja jedyna przyjaciółka popada w coraz większą paranoję, i bałam się, że w końcu sama podłoży się policji. Gdyby wzięli ją na przesłuchanie, od razu by się domyślili, że coś wie. Ewa nie była sobą. Nieustannie czułam od niej alkohol. Zawsze lubiła rum z colą, ale przez pewien czas piła go jak wodę. A do tego te blizny na rękach… Dwa miesiące temu odwiedziła mnie z obandażowanymi rękami. Kłamała mi w żywe oczy, że rozlała na siebie gorące mleko. Coś często jej się to ostatnio przytrafiało…

Przebieram się w dres i urządzam sobie kilkukilometrową przebieżkę ulubioną trasą. Muszę oczyścić umysł i zastanowić się, co zrobić ze swoim życiem. Z powodu pandemii straciłam i tak słabo płatną pracę. Od dwóch miesięcy żyję z oszczędności i nie mogę sobie niczego znaleźć. Ewa oferowała mi pożyczkę, ale odmówiłam. Uniosłam się honorem i teraz tego żałuję. Poprosiłam jednak przyjaciółkę, by w miarę możliwości popytała znajomych weterynarzy, czy nie szukają kogoś do pracy. Ewa obiecała pomóc, ale na obietnicach się skończyło. Jest teraz zbyt zajęta prowadzeniem konsultacji online, a na dodatek zbliżyła się do prezesa dużej sieci aptek. Od kilku tygodni słyszę tylko, że Jacek to, Jacek tamto. Ostatnio opublikował na Instagramie zdjęcie dwóch kieliszków wina w restauracji z hashtagiem #lovelydinner. Nie rozumiem, co facetowi po czterdziestce strzeliło do głowy, by zachowywać się jak nastolatek. Co prawda, nie oznaczył Ewy, której zależy na dyskrecji, ale i tak musiał się pochwalić nowym związkiem. Choć uważam, że to żenujące, postanowiłam przypodobać się zarówno jemu, jak i Ewie. Zacisnęłam zęby i napisałam najsłodszy komentarz, jaki udało mi się wymyślić:

 

wrzosowaa.panienkaa romantycznie!!! Dużo szczęścia i miłości :* :* :* :*

 

40 min.

 

Polubienia: 2

 

Odpowiedz

 

Nie podoba mi się to, że jakiś frajer odbiera mi przyjaciółkę. Myślałam, że tamte wydarzenia nas do siebie zbliżyły, że dzięki nim staniemy się nierozłączne. Potrzebuję Ewy. Już raz straciłam ją przez mężczyznę i nie pozwolę, by znowu mnie to spotkało.

– Cześć – słyszę jej głos w smartfonie. – Co słychać?

– Możemy się spotkać? – pytam.

– Dzisiaj?

– Tak. Jak najszybciej.

– Coś się stało?

– Wytłumaczę ci, kiedy się spotkamy.

Zapada krótka cisza, po której Ewa pyta, czy nie możemy zobaczyć się jutro.

– Jacek zaprosił mnie na kolację. Już potwierdziłam.

Znowu on.

– Mam problem – wyznaję. – Potrzebuję twojej pomocy.

– Kontaktowali się z tobą? – Ewa zmienia ton głosu na bardziej poważny.

– Kto? – Potrzebuję chwili, by zrozumieć, o czym mówi. – Zwariowałaś? Że niby policja?

– Sama wiesz…

– Nie wiem, Ewa – podnoszę głos. – Nie sądzisz, że przesadzasz?

– Wybacz. – Wzdycha. – Musiałam się upewnić.

– Już do końca życia będziesz widziała we wszystkim zagrożenie? Nie możesz po prostu udawać, że nic się nie stało?

– Chciałabym, Anita. Nawet nie wiesz jak bardzo. – Słyszę, że wypuszcza powietrze ustami. – No dobrze, podjadę za pół godziny. Ale nie będę miała wiele czasu.

– Dzięki.

Ewa przyjeżdża niemal punktualnie.

– Wyprowadzasz się? Jakoś tu czysto…

– Niewykluczone. – Moja odpowiedź ją zaskakuję. – Mam problem.

– To już mówiłaś przez telefon. Słucham.

– Właściciel mieszkania podwyższył mi czynsz i grozi, że jeśli nie zaakceptuję nowych warunków, będę się musiała wynieść. – Wzdycham głośno. – Jednak potrzebuję tej pożyczki, Ewa – wyznaję, kuląc się ze wstydu.

– To wszystko? – pyta moja przyjaciółka beznamiętnie. – Przecież wiesz, że ci pomogę. Nie musiałaś mnie tu ściągać.

– Dziękuję. – Przytulam ją mocno. – Przyjaźń to moc.

– Przyjaźń to moc – odpowiada Ewa.

Jeszcze tego samego dnia na moje konto wpływa przelew, dzięki któremu przynajmniej przez pół roku będę miała spokój. To jednak nie rozwiązuje mojego problemu. Praktycznie nie mam już oszczędności i jeśli zaraz czegoś nie znajdę, będę musiała poprosić Ewę o kolejną zapomogę. Wolałabym tego nie robić.

Znalazłam się pod ścianą, ale z większymi dramatami sobie radziłam. Jestem przecież Anitą Wrzos – dziewczyną, którą wie, co to znaczy upadać, a tym bardziej jak się podnosić. Na pewno coś wymyślę.

Tylko jeszcze nie wiem co.

 

 

 

 

Ty się już nie zmienisz. Zawsze będziesz cipą, która daje się łoić babie…

 

 

 

MICHAŁ

 

TERAZ

 

 

Przez całą podróż do domu moich rodziców z twarzy Agaty nie schodzi uśmiech. Zawsze dobrze dogadywała się z teściami, ale ostatnio ich stosunki są wręcz idealne. Mama stwierdziła nawet, że nie mogła sobie wymarzyć lepszej córki. Tak, córki, bo synowa to jej zdaniem niewłaściwe słowo, by opisać łączącą ich więź. Agata stała się jej oczkiem w głowie, prawdziwym skarbem i najlepszą przyjaciółką. Czasem wieczorami przez dwie godziny rozmawiają przez telefon. Moja żona całkowicie owinęła sobie teściową wokół palca i czerpie z tego niekrytą satysfakcję. Z początku nie rozumiałem, jak taką łatwością manipuluje ludźmi, których zawsze uważałem za inteligentnych i trzeźwo myślących. Dopiero po kilku miesiącach poznałem prawdę.

Całkiem przypadkowo dowiedziałem się, że Agata już jesienią ubiegłego roku opowiedziała teściom o moim rzekomym romansie z Martyną. To miała być nasza tajemnica. Nie chciałem mieszać w to rodziców, bo z powodu gierek Agaty i tak już wystarczająco straciłem w ich oczach. Moja żona w ramach wdzięczności za opowiedzenie się po jej stronie obiecała trzymać język za zębami. A ja naiwnie jej uwierzyłem. Jestem naiwnym i słabym człowieczkiem, który pozwolił, by kobieta zamieniła jego życie w piekło. Czy w ogóle mam prawo nazywać się mężczyzną?

Podczas jednej z wizyt u rodziców mama zabrała mnie na spacer po okolicy. Denerwowała się z powodu ojca, u którego lekarze wykryli raka prostaty we wczesnym stadium. Zbadał się tylko dlatego, że moja wielkoduszna żona zafundowała mu kompleksowy przegląd w najlepszej warszawskiej klinice. Dzięki niej rok później ma się całkiem dobrze – akurat to jej się udało.

– Co my byśmy zrobili bez Agatki? – Mama otarła palcem zwilżone oczy. – To prawdziwy anioł. Dobrze, że w porę się opamiętałeś i… – urwała.

– I co? – Zatrzymałem się i zmrużyłem oczy. – Dokończ.

– No wiesz… – Mama podrapała się po głowie. Nigdy nie umiała ukryć zakłopotania.

– Co ci powiedziała? – Podszedłem do niej i chwyciłem ją delikatnie za ramię.

– Nieważne. To nie moja sprawa.

– Coś takiego – parsknąłem śmiechem. – Nagle głupio ci się wtrącać w nasze małżeństwo?

– Nie mów tak. Przecież wiesz, że nigdy tego nie robiłam.

– Czyżby?

Wiedziałem, że moją żonę konflikt z mamą by ucieszył, więc się uspokoiłem i poprosiłem ją, by sprecyzowała, co ma na myśli. Wtedy wszystko mi wyjawiła.

– Twoja żona to prawdziwy skarb. Mało która kobieta wybaczyłaby ukochanemu mężczyźnie zdradę. Tymczasem Agatka powtarza, że zrobiła to, bo kocha cię najbardziej na świecie. – Mama lekko mną potrząsnęła. – Obudź się wreszcie, synu. Jesteś dla niej najważniejszy i musisz to w końcu docenić.

Nie miałem wątpliwości, że jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji było przytaknięcie mamie i próba zmiany tematu. Mogłem się bronić, ale mama i tak by mi nie uwierzyła. Historia mojej znajomości z Martyną brzmiała jak gotowy scenariusz do tragikomedii. Oto ja, mężczyzna gnębiony przez żonę, którą wszyscy mają za chodzący ideał, skontaktowałem się w tajemnicy na Instagramie z autorką profilu „Chcę się zwierzyć”, na którym internauci anonimowo publikowali swoje prywatne historie. Byłem w tak ogromnym dołku, że postanowiłem poradzić się kompletnie obcej osoby. Gdy dziś o tym myślę, dochodzę do wniosku, że w moim zachowaniu nie było nic nietypowego. Obecnie ludzie bardzo często wolą szukać pomocy w internecie bez strachu o to, że ktokolwiek pozna ich tożsamość. Po co ujawniać swoje sekrety najbliższym, którzy często w ogóle nas nie rozumieją, a wręcz nie chcą zrozumieć? Zamiast nas wspierać, nieustannie krytykują i wywierają coraz większą presję. Oczekują nie wiadomo czego i nigdy nie są zadowoleni z naszych poczynań. W wielu przypadkach rodzina funkcjonuje tylko oficjalnie. W rzeczywistości to zbiór zupełnie obcych sobie ludzi, którzy udają, że łączy ich wyjątkowa więź. Zawsze myślałem, że moi bliscy są inni. Agata uświadomiła mi, że tak naprawdę nie znam ludzi, których tak bardzo kocham, a oni nie znają mnie.

Gdyby znali, nie wierzyliby tak naiwnie we wszystko, co wmawia im moja żona.

Podczas wspólnej Wigilii, którą organizowaliśmy u nas w domu, Agata postanowiła publicznie ogłosić, że od kilku miesięcy żyję na jej utrzymaniu. Zrobiła to w najgorszym możliwym momencie – tuż po przywitaniu się z moimi rodzicami, Mariolą, siostrą, jej mężem Grzegorzem i dwójką dzieci. Zanim zasiedliśmy do stołu, Agata teatralnie pociągnęła nosem, po czym rozpłakała się i zakryła twarz dłońmi.

– Myślałam, że wytrzymam, ale nie dam rady. Jest nam tak ciężko.

Przez następne minuty siedziałem w osłupieniu przy stole i pociłem się jak w tropikalnym upale. Agata wyśpiewała moim bliskim wszystko. Powiedziała, że straciłem pracę, i skłamała, że nie palę się do znalezienia kolejnej. Prawda była zupełnie inna. Przez krótki czas od incydentu z Martyną między mną i Agatą panowała dobra atmosfera. Moja żona zapisała się na lekcje kick-boxingu, które wyraźnie poprawiały jej humor. Od tamtej pory chodzi na zajęcia przynajmniej raz w tygodniu. Choć pandemia przerwała jej na jakiś czas treningi, widzę, jak bardzo zmieniło się jej ciało. Agata jest jeszcze zgrabniejsza, a do tego ładnie umięśniona i – niestety – silniejsza. Nie wiem, czybym sobie z nią poradził…

Po pewnym czasie Agata pozwoliła mi wrócić do sypialni. Zdemontowała też kamery w domu, a nawet wręczyła mi w prezencie nowego iPhone’a. Nie poznawałem jej. Bardzo chciałem wierzyć, że Agata znów jest sobą z początków naszej znajomości. Przekonywałem samego siebie, że podjąłem słuszną decyzję, wybierając ją. Zrobiłem to, bo myślałem, że ją znam i wiem, czego się po niej spodziewać. Martyna była nieprzewidywalna. Szybko wprowadziła do mojego życia jeszcze większy chaos i omal nie zamordowała Agaty. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego wtargnęła do naszego domu i napadła na moją żonę. Dotarło do mnie, że kobieta, od której oczekiwałem pomocy i wsparcia, okazała się jeszcze większą psychopatką od Agaty. Myślałem, że to niemożliwe. Myliłem się.

Agata przekonywała mnie, że nie muszę na gwałt szukać nowej pracy.

– Przecież wiesz, że możemy spokojnie żyć za moją pensję.

– Wiem, ale też chciałbym się dokładać do domowego budżetu.

– I będziesz – zapewniła mnie żona. – W swoim czasie.

– Jestem młody, muszę działać. Każdy zastój w moim CV będzie źle widziany przez potencjalnego pracodawcę.

Agata nie była do końca przekonana, jednak nie powiedziała też „nie”.

– Zastanowię się. – Już wtedy dawała mi wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza rezygnować ze sprawowania nade mną kontroli i decydowania o moim życiu. – Daj mi kilka dni. Mam teraz na głowie strasznie dużo projektów. Może uda mi się coś dla ciebie znaleźć.

Minął tydzień, a Agata unikała tematu mojego powrotu do pracy jak ognia. Czułem, że ma problemy w firmie, bo codziennie wracała do domu podminowana. Szła prosto do łazienki, brała długi prysznic, a potem zamykała się na resztę wieczoru w sypialni. Nie chciałem jej denerwować, więc trzymałem się od niej na dystans. Zakradałem się do sypialni, gdy już spała. Któregoś dnia przyszedłem krótko po północy. Gdy tylko dotknąłem łóżka, Agata poderwała się i uderzyła mnie w twarz.

– Nie widzisz, że próbuję zasnąć?! Po cholerę włazisz do sypialni?!

– Chciałem się położyć – wyjaśniłem, sycząc z bólu.

– Trzeba było zostać w salonie. Albo najlepiej wywalać na górę. No już!

Gdy to powiedziała, zrozumiałem, że wracamy do dawnego układu. Tamtą noc spędziłem na kanapie w salonie. Nie zmrużyłem oka nawet na sekundę.

Przez następne dni starałem się jej nie narażać. Łudziłem się, że to tylko gorszy moment, dołek emocjonalny z powodu komplikacji w pracy. Agata to największa perfekcjonistka, jaką znam. Nie znosi porażek. Nie ma tego słowa w swoim słowniku. W jej życiu wszystko musi być na tip-top.

Wtedy naiwnie usprawiedliwiałem jej agresję. Jakbym nie wiedział, z jakim potworem miałem do czynienia…

Minął tydzień, a sytuacja między mną a Agatą coraz bardziej się pogarszała. Żona przestała mnie wypuszczać do sypialni, a wieczorami szczegółowo wypytywała o to, jak często wychodziłem z domu i z kim się spotykałem. Rano wchodziła do salonu i budziła mnie krzykiem. Odsłaniała żaluzje, bo – jak twierdziła – rujnowałem jej aurę.

– W domu ma być jasno – powtarzała. – Śpij na górze, jeśli ci to nie odpowiada.

Czułem, że prędzej czy później wyląduję w miejscu,jak nazywam ciasny pokoik na poddaszu, który miał być kącikiem sukcesu Agaty. Chciała w nim gromadzić wszystkie swoje trofea za wybitne osiągnięcia zawodowe. Po historii z Martyną miałem nadzieję, że już nigdy nie będę musiał w nim przesiadywać. Co prawda, Agata wstawiła do niego większe łóżko, ale myślałem, że urządza pokój dla gości. Tymczasem ona od samego początku wiedziała, jak potoczą się nasze losy. Nowe łóżko miało być prezentem dla mnie. To szczyt dobroci, na jaką stać moja żonę. Dlaczego tego nie przewidziałem?

A może przewidziałem, tylko okłamywałem samego siebie, że tym razem będzie inaczej? Co innego miałem robić? Podjąłem decyzję, z której nie mogłem się wycofać. Skreśliłem Martynę i zostałem z Agatą. Ciężko jest przyznać przed samym sobą, że wpadło się z deszczu pod rynnę.

Po kilku nerwowych dniach sprawdziłem profile Agaty w mediach społecznościowych. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wcale nie miała problemów w pracy. W dniu, w którym urządziła mi ogromną awanturę o zalegające w zmywarce naczynia, odebrała prestiżową nagrodę CoachMaster za cykl spotkań biznesowych „Kawka z Agatą”, które organizowała. Spotkania zyskały tak dużą popularność, że wkrótce moja żona wystartowała z internetową sprzedażą szkoleń wideo. Subskrypcję w ciągu miesiąca wykupiło kilka tysięcy osób. Agata wzbogaciła się o ogromną sumę, której ja nie zarobiłbym nawet w kilka lat.

Skąd w takim razie wziął się jej coraz silniejszy gniew? Tego musiałem się dowiedzieć od niej samej.

Pewnego wieczora bez pytania przysiadłem się do niej w salonie. Oglądała telewizję i popijała białe wino. Nawet na mnie nie spojrzała, choć zauważyłem, że gdy tylko zająłem miejsce obok na kanapie, jej ciało zaczęło drżeć.

– Co zrobiłem nie tak? – spytałem w przerwie na reklamę. – Dlaczego traktujesz mnie w ten sposób? Przecież było już dobrze…

– Dobrze? – Agata odwróciła się w moją stronę. Miała surowe spojrzenie i kamienny wyraz twarzy. – Czy ty kiedykolwiek zrobiłeś coś dobrze?

– Słucham?

Moja żona westchnęła i sięgnęła po stojącą na stoliku butelkę wina.

– Przyznaj, że jesteś nic niewartą namiastką mężczyzny.

Znowu ta absurdalna gadka.

– O co ci chodzi?

– Sam dobrze wiesz, że masz niebywałe szczęście, że taka kobieta jak ja pozwala w ogóle dopuszcza do siebie tak żałosnego kastrata.

– Mieliśmy z tym skończyć.

– Skończylibyśmy – odpowiada – gdybyś zachowywał się jak na prawdziwego faceta przystało. Ale ty nigdy nim nie będziesz.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Zastanów się… – Wzięła łyk wina. – Jaki mam z ciebie pożytek? Żyjesz za moje ciężko zarobione pieniądze, pasożytujesz na mnie i nawet nie pozwalasz mi się poczuć komfortowo we własnym domu.

– Nie wierzę, że to mówisz. – Kręcę głową i nerwowo chichoczę. – Przecież sama nie chciałaś, bym znalazł pracę.

– Sprawdzałam, czy masz jaja – odparła. – No i nie masz.

– Słucham, kurwa?! – Poprawiłem się na kanapie.

– Gdybyś miał w sobie choć trochę męskości, postawiłbyś mi się i oznajmił, że znajdziesz pracę, czy mi się to podoba, czy nie.

– A ty byś tak po prostu się zgodziła. Jasne…

– Oczywiście, że bym zaprotestowała – stwierdziła. – Ale czy to znaczy, że musiałbyś mnie posłuchać?

– A nie? – Zaśmiałem się. – Miałem ryzykować, że znowu ci odbije?

– Mnie odbije? – Agata zamyka oczy i w spokoju delektuje się winem. – Czuję się świetnie. Tak jak zawsze.

Wiedziałem, że jeszcze chwila, a puszczą mi nerwy. Zacisnąłem szczękę, a moje ciało przeszyły dreszcze. Nigdy nie radziłem sobie psychicznie z potyczkami z Agatą. Jej arogancja i pogarda regularnie zaprowadzały mnie na skraj wytrzymałości.

– Niech ci będzie. Od jutra zacznę rozsyłać CV. Chcę wrócić do pracy i zarabiać na siebie i dom. Zadowolona?

Agata otworzyła oczy, a potem zastygła w bezruchu i przez kilka długich sekund wpatrywała się w milczeniu w telewizor.

– Nie – odpowiedziała spokojnym głosem.

– Nie? – Otworzyłem szeroko usta. – Tak po prostu?

– Tak po prostu. – Nie spuszczała wzroku z ekranu. – A co myślałeś?

Miałem wrażenie, że jeszcze chwila, a od tych jej chorych zagrywek eksploduje mi mózg. Podniosłem się z kanapy i podszedłem do okna.

– Najpierw mi mówisz, że oczekiwałaś ode mnie męskości i przejęcia inicjatywy, a teraz, gdy to robię, ty tak po prostu się sprzeciwiasz?

– Właśnie tak – odparła, po czym wzięła do ręki pilot i zwiększyła głośność w telewizorze. – A teraz zamknij się, bo chciałabym dokończyć serial.

W tamtej chwili miarka się przebrała.

– To ty się zamknij! – Szybkim krokiem podszedłem do telewizora i go wyłączyłem. – I posłuchaj. – Stanąłem z nią twarzą w twarz, spinając wszystkie mięśnie. – Koniec z tym. Będę robił to, co mi się podoba. Dość twoich manipulacji, nie będziesz budzić we mnie kompleksów i podważać mojej męskości.

– Ale ty nie jesteś mężczyzną. – Zmierzyła mnie surowym spojrzeniem. – Nigdy nim nie byłeś i nigdy nie będziesz. Naprawdę tego nie rozumiesz?

Widok Agaty sączącej wino z lekkim uśmiechem był ponad moje siły. Rzuciłem się na nią i wytrąciłem jej kieliszek z dłoni. Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Moja żona głośno westchnęła, gdy szarpnąłem ją za ramię.

– Co ty pierdolisz? – spytałem przez zaciśnięte zęby. – Gdzie tu logika?

– Tu nie ma logiki, kochanie – zaśmiała się, po czym jej twarz błyskawicznie wykrzywiła agresja. – Tylko skinęłam palcem, a zrobiłeś to, co ci kazałam. Nie chciałam, byś pracował, to nie pracowałeś. Mogłabym stwierdzić, że wykastrowałam cię w sekundę, ale minęłabym się z prawdą. Ty urodziłeś się bez jaj. Twoja matka wydała na świat taką samą cipę jak ona.

– Zamknij się! – Uderzyłem ją w twarz. Agata chyba się tego nie spodziewała. Jęknęła, po czym przyłożyła dłoń do policzka i spojrzała na mnie ze zdumieniem.

– Brawo – odparła. – To ma być ten dowód męskości? Bicie kobiety?

– W ogóle się nie zmieniłaś – warknąłem. – Nawet tego nie planowałaś.

Wróciłem pod okno i wziąłem głęboki wdech. Tymczasem Agata podniosła się z kanapy i ruszyła w stronę kuchni.

– Wiesz, że po takim ciosie będę miała spuchniętą twarz? Jak myślisz, co powiedzą moi współpracownicy?

– Spierdalaj – odpowiedziałem, machając ręką.

– Co powiedzą nasi sąsiedzi?

– Gówno mnie to obchodzi. – W głowie tak mi szumiało, że ledwo trzymałem się na nogach.

– A co powie twoja mamusia? – Agata nie odpuszczała.

– Zejdź mi z oczu! – wrzasnąłem. – Powiedziałem coś chyba!

Słysząc to, Agata momentalnie spoważniała, po czym pobiegła do kuchni. Wróciła z nożem w dłoni.

– Mogłabym teraz rozkazać ci uklęknąć i błagać o litość. – Zrobiła dwa kroki w moją stronę, mierząc we mnie ostrzem. – A ty byś to zrobił, bo jesteś psem. – Przełknęła ślinę, nie odrywając ode mnie pełnego furii i obłędu spojrzenia. – Rozumiesz? Pierdolonym psem.

– Ty chora kobieto… – Złapałem się za głowę. – Dlaczego nie pozwolisz mi po prostu odejść, skoro tak bardzo mną gardzisz?

– Nie możesz odejść właśnie dlatego, że jesteś tylko żałosnym, zapchlonym kundlem – oznajmiła Agata, robiąc kolejne dwa kroki w moją stronę. – Jestem dla ciebie początkiem, środkiem i końcem świata. Beze mnie nie istniejesz. – Podeszła tak blisko, że ostrze noża omal nie stykało się z moją koszulą. – Czy to jasne?

Nie odpowiedziałem. Nie potrafiłem. Stałem jak słup soli i próbowałem sobie wytłumaczyć, jak ta piękna, podziwiana przez wszystkich i spełniona zawodowo kobieta może być jednocześnie takim potworem.

– Idę spać – szepnąłem. – Za dużo wrażeń jak na jeden wieczór.

Agata odsunęła się, pozwalając mi przejść.

– Od teraz śpisz na górze. – Zatrzymałem się w pół kroku, gdy usłyszałem te słowa. – Tylko tam. Musisz mi oddać swój telefon. Kamery wrócą na swoje miejsce. O pracy zapomnij. Należysz do mnie. To ja decyduję o twoim istnieniu.

– Nie możesz – jęknąłem.

– Mogę – odparła. – A ty w żaden sposób mi się nie sprzeciwisz, bo wiesz, że właśnie to jest ci pisane. A teraz wywalaj na poddasze i ani mi się waż schodzić na dół. Chcę się w końcu zrelaksować przed kolejnym ciężkim dniem.

Mijały kolejne tygodnie, a ja powoli akceptowałem swój los. Tłumaczyłem sobie, że taką podjąłem decyzję. Wybrałem Agatę i poświęciłem Martynę. Myślałem, że postępuję słusznie. Sam nawarzyłem sobie piwa i teraz musiałem je wypić.