Nasz pierwszy rok - Marcel Moss - ebook + audiobook + książka

Nasz pierwszy rok ebook i audiobook

Marcel Moss

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

PORUSZAJĄCA, KAMERALNA POWIEŚĆ YA AUTORA KILKUNASTU BESTSELLERÓW.
Dziewiętnastoletni Kevin wierzy, że przeprowadzka do dużego miasta zapoczątkuje nowy, szczęśliwy etap w jego życiu. Rok później, ku zaskoczeniu bliskich, rzuca studia i wraca w rodzinne strony. Chłopak izoluje się od przyjaciół, pomagając rodzicom w prowadzeniu pensjonatu i opiece nad ukochanymi końmi. Jednocześnie nie chce wyjawić, co pchnęło go do porzucenia marzeń o zostaniu reżyserem filmowym. Wkrótce do pensjonatu przybywa jego przyjaciel z dzieciństwa. Sebastian, który kilka miesięcy wcześniej stracił bliską osobę, wierzy, że pobyt na wsi w otoczeniu przyrody pomoże mu przebrnąć przez żałobę i uporać się z depresją. Spotkanie po latach staje się dla Kevina i Sebastiana okazją do wspólnego stawienia czoła gnębiącym ich demonom. Chłopcy przekonują się, że bliskość odpowiedniej osoby pozwala doświadczyć szczęścia, nawet podczas największego smutku. Czy będą jednak w stanie przezwyciężyć traumę i otworzyć na nowo swoje serca?
KOCHAJ GO TAK, JAKBY BYŁ TWOJĄ PIERWSZĄ MIŁOŚCIĄ. DAJ SOBIE SZANSĘ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 44 min

Lektor: Marcel Moss

Oceny
3,8 (132 oceny)
59
26
21
14
12
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Iwkoz10

Nie polecam

Rozczarowanie. Ledwo przebrnęłam.
20
Oktawia_czyta

Całkiem niezła

Na początku książki nieźle się zawiesiłam, wróciłam do początku i nie potrafiłam zrozumieć co czytam. Pamiętałam dobrze jak kończy się pierwsza część, więc autor nas mocno zaskakuje. Okazuje się, że główny bohater prowadzi dziennik, w którym opisuje alternatywną rzeczywistość. Burzy nam to niejako obraz historii. W międzyczasie próbuje on poradzić sobie ze stratą. I wiecie co, ja kiedyś sama pisałam list do osoby, której już przy mnie nie było. Pomogło. Więc jestem w stanie uwierzyć, że ten dziennik pomógł naszemu bohaterowi. Niestety zatracał się zbyt mocno w tym, krzywdząc swój prawdziwy świat. Kto z nas nie popełnia błędów? No właśnie... Kevin również potyka się, próbuje, naprawia i idzie dalej. Są to młodzi chłopcy, którzy muszą odnaleźć się w tym brutalnym świecie. Trzymałam za nich kciuki. Mimo, że nastawiłam się na inny przebieg tej historii, dostajemy coś całkiem nowego, innego. Jednak możecie kręcić też nosem, bo nie tego się spodziewaliście. Dajcie szansę. Bo kto z nas, ...
20
Laluna1997

Dobrze spędzony czas

druga część nieco gorsza niż pierwsza. polecam przeczytać
20
Kamila1090

Nie oderwiesz się od lektury

Czy przeprowadzka do innego miasta jest w stanie zapoczątkować nowy etap w życiu? Kevin tak myślał wracając w rodzinne strony po roku studiowania. Chłopak jest mocno skryty, izoluje się od rodziny i przyjaciół. Nie chce powiedzieć co skłoniło go do porzucenia nauczania oraz powrotu na Mazury. Niedługo po jego powrocie przybywa jego przyjaciel z dzieciństwa. Sebastian, który przeżył traumę chce zmienić otoczenie i pobyć blisko natury. Wierzy, że pomogą mu przebrnąć przez żałobę. Chłopcy nawiązują nić porozumienia, starają się pomóc sobie nawzajem. Do szczęścia wystarczy nie wiele. Bliskość drugiej osoby potrafi przezwyciężyć największe demony. 🍂🍂🍂 "Nasz pierwszy rok" czyli kontynuacja powieści "Mój ostatni miesiąc", wywołała sporo szumu na bookstagramie. Oczywiście byłam zachwycona zapowiedzią książki, natomiast nie myślałam by podjąć się współpracy. Jak widzicie jednak to się stało ,gdyż przemyślałam ten temat i zmieniłam zdanie. I jak zawsze byłam zachwycona powieściami Marcel...
20
Artigiana

Nie oderwiesz się od lektury

Dalsze losy Sebastiana. Świetna bardzo wzruszająca książka
10

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

Witaj, Altair. Jak ci mija wieczór? Tak, wiem, to głupie, że mówię do gwiazdy, ale czuję, że tylko ty mnie dziś zrozumiesz. To jeden z tych dni. Od rana prześladują mnie ponure myśli i nieważne, jak bardzo się staram wyrzucić je z głowy, one wciąż się w niej kłębią. Nie pozostaje mi chyba nic innego, jak wytrzymać jeszcze parę godzin, a potem zasnąć i obudzić się z nową energią. Jutro na pewno będzie dobry dzień. Musi być, prawda?

Czasem żałuję, że nie umiesz mówić. Bardzo przydałyby mi się teraz rady. Świecisz wszak na niebie od niepamiętnych czasów i widziałaś już wszystko. Pewnie myślisz, że wyolbrzymiam swoje problemy i gdybym tylko wziął się w garść, mógłbym je łatwo rozwiązać. Prawdopodobnie masz rację, ale co mogę poradzić na to, że brakuje mi doświadczenia życiowego? Radzę sobie tak, jak umiem.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego chciałbym, byś przestała milczeć. Muszę wiedzieć, co słychać u niego… Na pewno wiesz, gdzie teraz przebywa i co robi. A może czytasz w jego w myślach? We wszechświecie wszystko jest możliwe. Spróbuj wniknąć mu do głowy. Jesteś taka wszechmocna, niewyobrażalnie wielka… Powiedz, proszę, czy o mnie myśli, czy mnie jeszcze pamięta… Muszę to wiedzieć. To nie daje mi spokoju.

Wciąż milczysz… Sam już nie wiem, czy robisz to, bo nie potrafisz inaczej, czy może nie chcesz mi sprawiać przykrości. Czy o mnie zapomniał? No, powiedz wreszcie! Wolę najgorszą prawdę od życia w ciągłej niepewności. Bądź dobrą przyjaciółką, Altair. Nie kryj go. I przede wszystkim: nie chroń mnie. Dam sobie radę. Jestem dużym chłopcem. Po prostu bądź ze mną szczera.

Cisza… Ta okropna cisza. Nawet na ciebie nie mogę już liczyć. Zawiodłaś mnie, Altair. Byłaś moją ostatnią nadzieją. Zostałem sam.

Zupełnie sam.

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ 1

 

 

 

Sebastian

 

Dziennik Alternatywnej Rzeczywistości

 

 

 

1

 

Od kilku godzin siedzę przy łóżku Matiego, trzymając jego zwiotczałą dłoń. W pewnym momencie zasypiam i śni mi się, że ścigamy się gokartami. Od początku pewnie prowadzę, ale na ostatnim zakręcie Mati robi odważny manewr, wjeżdżając tuż przede mnie. Po przekroczeniu linii mety unosi triumfalnie zaciśniętą pięść. Już mam wysiąść i pogratulować mu zwycięstwa, gdy nagle przeszywają mnie silne dreszcze i natychmiast się budzę.

– Mati. – Wstaję, ściskając jego dłoń mocniej. Potrzebuję chwili, by oprzytomnieć i oddzielić jawę od snu. Przecieram zmęczone oczy, a gdy dreszcze ustępują, sprawdzam godzinę w smartfonie. Dochodzi druga. To znaczy, że odpłynąłem raptem na kwadrans. Dziwne. Przecież tor wynajęliśmy na półtorej godziny…

Wypuszczam powietrze ustami i zatapiam wzrok w spokojnej twarzy Matiego, na którą pada słabe światło lampki nocnej. Nie otworzył oczu, odkąd niecałe dwa dni temu zasnął w objęciach mamy. Lekarze prosili nas, żebyśmy przygotowali się na najgorsze, ale ja nie dopuszczam do siebie myśli, że to już koniec. Znamy się raptem parę tygodni… To zdecydowanie za krótko.

Mam Matiemu jeszcze tak wiele do powiedzenia. Właściwie to nie zdążyłem go nawet dobrze poznać. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gdy rozpocząłem wolontariat w hospicjum Eden, nie spodziewałem się, że to miejsce tak szybko zmieni mój światopogląd. Spotkałem wiele wyjątkowych osób, które uświadomiły mi, że nie ma cenniejszego daru niż życie. Jednak to znajomość z Matim wywarła na mnie najsilniejszy wpływ. Urzekły mnie jego poczucie humoru, wewnętrzna siła i godność, z jaką stawiał czoła chorobie. Niemal od razu nawiązaliśmy nić porozumienia, która przerodziła się w coś, czego obaj nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Czy właśnie tak smakuje miłość?

Zapewne w innych okolicznościach nie zbliżylibyśmy się do siebie tak szybko. Stopniowo odkrywalibyśmy karty, badając grunt i upewniając się, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Nie mam w tych sprawach dużego doświadczenia, ale domyślam się, że rzadko kiedy miłość spada na ludzi jak grom z jasnego nieba. A jeśli już tak się dzieje, to zwykle uczucie nie trwa długo. Mama powiedziała mi kiedyś, że przepisem na szczęśliwy związek jest przetrwanie momentu, gdy do głosu dochodzi proza życia. Jej zdaniem najwięcej par rozstaje się, kiedy płomienne uczucie przygasa, a w jego miejsce wdziera się szara codzienność.

– Prawdziwa miłość jest jak fundamenty, na których można budować silną relację. Chwilowe zauroczenie to za mało, by stworzyć coś trwałego.

Tak bardzo chciałbym się przekonać, czy to, co zrodziło się między mną i Matim, zapewni nam w przyszłości szczęśliwy związek. Czy będziemy razem nawet wtedy, gdy wyzdrowieje i zapragnie cieszyć się życiem? A może dojdziemy do wniosku, że to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, było tylko szalonym impulsem wynikającym z desperackiej walki Matiego? On pragnął choć przez chwilę doświadczyć miłości, a ja po raz pierwszy mogłem dać upust emocjom, które przez lata w sobie tłumiłem. Nawet jeżeli nasza relacja jest z góry skazana na porażkę, to pragnę się nią nacieszyć trochę dłużej. Spodobały mi się te motylki w brzuchu.

Chcę, by Mati wyzdrowiał. Nie może mnie zostawić. Niestety, teraz wszystko zależy od niego. Mnie pozostaje wspierać go w tym krytycznym momencie i uświadamiać mu, że nie jest sam. Ma mnie, swoją mamę, wuja Stefana i przyjaciół z hospicjum. Choć nie reaguje na moje słowa, regularnie z nim rozmawiam. Gdy spytałem doktora Kowalczyka, czy Mati może mnie słyszeć, nie zaprzeczył. Stwierdził, że mimo postępów w medycynie ludzkie ciało wciąż pozostaje dla nas wielką zagadką. Wierzę zatem, że moje słowa do niego docierają.

Jestem bliski ponownego zaśnięcia, kiedy słyszę ciche skrzypienie drzwi. Gdy obracam się przez ramię, spostrzegam pielęgniarkę Natalię.

– Sebastian… To ty nie śpisz? – pyta zaskoczona. – I co w ogóle tu jeszcze robisz? Przecież mówiłam, że w strefie odpoczynku czeka na ciebie łóżko.

– Dzięki, ale chciałem pobyć tej nocy przy Matim.

– Rozumiem, ale mimo wszystko powinieneś się przespać, by mieć siły za dnia. Nie martw się, Mati nie będzie sam. Będę do niego regularnie zaglądać.

– A jeśli mu się nagle pogorszy?

– Przecież wiesz, że doktor Kowalczyk ma dziś dyżur.

– Tak, ale…

– Posłuchaj mnie – przerywa mi Natalia. – Wiem, co mówię. Brak snu jeszcze nikomu nie wyszedł na dobre. Idź, Sebastian. Nawet mama Matiego już zrezygnowała. Żal było patrzeć, jak się męczy na krześle.

Domyślam się, że nie odpuści, dlatego niechętnie wstaję i kieruję się do wyjścia.

– Ale gdyby coś się działo, to mnie obudzisz…?

– Jasne. O nic się nie martw. Odpocznij.

 

 

2

 

Z płytkiego snu wytrąca mnie pani sprzątająca, która niechcący przewraca mopem stojący przy ścianie kosz na śmieci.

– Która jest godzina? – pytam zdezorientowany, rozglądając się niepewnie po pomieszczeniu. Na sąsiednim łóżku nie widzę mamy Matiego.

– Dopiero po siódmej. Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. – Pani Ela zagarnia mopem do kosza puste opakowanie po chipsach i ogryzek jabłka. – Właśnie zaczynam pracę i przyszłam zabrać mopa. Zachodzę w głowę, dlaczego któraś z dziewczyn go tu wczoraj zostawiła… – Lekko kręci głową.

Często ucinam sobie pogawędkę z panią Elą, gdy przychodzi do sali Matiego, by umyć podłogę lub zetrzeć kurze z parapetu i ze stolika przy jego łóżku. Wczoraj przez dobre dziesięć minut rozmawialiśmy o pogodzie. Pani Ela narzekała, że akurat na przyszły tydzień, kiedy ma zaplanowany urlop nad morzem, zapowiadają burze z piorunami. Wcześniej streściła mi fabułę jakiejś głupiej polskiej komedii, którą obecnie grają w kinach. Odnoszę wrażenie, że celowo zawraca mi głowę błahostkami, żebym choć przez chwilę nie skupiał wszystkich myśli na Matim i jego pogarszającym się stanie. Jestem jej za to wdzięczny, nawet jeżeli jej starania nie przynoszą skutku.

– Czy była już pani u Matiego? – pytam tuż po tym, jak zrzucam z siebie koc i siadam na skraju łóżka.

– Jeszcze nie – odpowiada, po czym życzy mi miłego dnia i wychodzi.

Kilka minut później zaspany maszeruję pustym korytarzem w kierunku sali numer dziewięć. Jak dobrze, że nikt nie słyszy burczenia w moim brzuchu. Po chwili, ku mojemu zaskoczeniu, natykam się na siedzącą na krześle Magdę. Ma spuszczoną głowę i zamknięte oczy. Chyba śpi. Dlaczego przyszła tak wcześnie? Czyżby to sprawka Natalii, która postanowiła wezwać posiłki? Nie wiem, czy powinienem budzić przyjaciółkę, dlatego mijam ją i podchodzę do drzwi.

– Już wstałeś? – Słyszę za plecami jej cichy głos.

– Cześć… – Obracam się na pięcie. – Myślałem, że śpisz.

– Nie… Medytowałam.

– Medytowałaś? – pytam zdziwiony.

– Ano. Ostatnio często to robię, by się wyciszyć. Znalazłam fajny podcast na Spotify. Powinieneś spróbować. Parę minut medytacji z rana poprawia ci nastrój na resztę dnia.

– Zastanowię się… – Wzruszam ramionami, po czym zmieniam temat: – Właściwie, co tu robisz z samego rana?

– Okłamałeś mnie – burczy, na co unoszę brwi. – Powiedziałeś wczoraj, że wrócisz do domu najpóźniej o dziesiątej. Tymczasem spędziłeś tu noc…

– Natalia ci doniosła – mruczę, co Magda potwierdza skinieniem głowy.

– Po prostu się o ciebie martwimy.

– Niepotrzebnie – rzucam opryskliwie i natychmiast się reflektuję: – Wybacz. Chodzi o to, że nic mi nie jest. Za to Mati… – urywam, a Magda otwiera plecak i wyjmuje z niego papierową torebkę.

– To dla ciebie. Kanapka z salami, pomidorem i ogórkiem. Nie chciałam, żebyś głodował do otwarcia stołówki. Mam też snickersa, gdybyś miał ochotę…

– Dzięki. Naprawdę nie musiałaś. – Staram się nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem głodny. – Przyjechałaś taksówką? Może chociaż oddam ci pieniądze…

– Nie trzeba. Twój tata mnie przywiózł.

– Co? Tata? On też tu jest?

– Nie, pojechał już do pracy. Prosił, bym ci podrzuciła ubrania na zmianę.

– Grzebał w moich rzeczach?

Magda przewraca oczami.

– Odpuść mu. Chciał dobrze.

– Wypytywał cię o coś? – Nie odpuszczam.

– Nie… Milczeliśmy przez prawie całą podróż. – Widzę po jej minie, że nie mówi mi wszystkiego. Znając tatę, pewnie chciał z ciekawości zajrzeć i wybadać sytuację. Rzadko rozmawiam z nim na temat wolontariatu, ale nie mogłem nie wspomnieć mu o stanie Matiego. Musiałem jakoś wyjaśnić, dlaczego zostaję w klinice po godzinach, a ostatnio też w niej nocuję. Tata nie zna jednak całej prawdy. Skłamałem, że Mati to tylko kolega, który potrzebuje teraz mojego wsparcia, bo poza mną nie ma nikogo. Nie jestem jeszcze gotowy na całkowitą szczerość. Nie wiem, czy z tatą będzie to kiedykolwiek możliwe.

– Zajrzę do niego. – Przykładam dłoń do klamki, a Magda podrywa się z krzesła i prosi, żebym nie wchodził do sali.

– Są z nim mama i wujek. Daj im trochę prywatności.

– Ale on…

– Nie jest sam. – Magda kładzie mi dłoń na ramieniu. – I z tego, co mi wiadomo, ma za sobą spokojną noc. Tak przynajmniej twierdzi doktor. Chodź, przespacerujemy się po ogrodzie. Musisz trochę odetchnąć świeżym powietrzem.

 

 

3

 

Od dziesięciu minut chodzimy wokół budynku, nasłuchując śpiewu ptaków i podziwiając kwitnące lilie. W tym czasie zjadam pyszną kanapkę od Magdy i od razu nabieram energii.

– Natura jest taka dziwna… – mruczę w pewnym momencie.

– Co masz na myśli? – Magda obrzuca mnie pytającym spojrzeniem.

– Spójrz tylko na te kwiaty. Żyją pełnią życia, podczas gdy parę metrów dalej Mati i inni chorzy z każdym dniem coraz bardziej więdną.

Magda rozkłada bezradnie ręce.

– Nie mam pojęcia, co ci powiedzieć, oprócz tego, że życie już takie jest… Wszystko ma swój koniec.

– Tylko dlaczego tak szybko? – pytam z nutą żalu w głosie. – To takie niesprawiedliwe. Mogliśmy z Matim jeszcze tyle razem… – urywam. – Nie chciałem…

– W porządku. Nie musisz unikać tematu waszej relacji.

– Ja… naprawdę nie chciałem ci sprawić przykrości – mówię ze spuszczoną głową, wpatrując się w trawę. – Żałuję, że nie otworzyłem się przed tobą wcześniej. Gdybym tylko był gotowy…

– Spokojnie. – Magda poklepuje mnie po ramieniu. Wciąż jednak odnoszę wrażenie, że robi dobrą minę do złej gry. – Mam świadomość tego, na czym stoję. Wszystko sobie wyjaśniliśmy.

– No właśnie czuję, że nie do końca…

Magda podbiega do pobliskiej ławki i siada na jej skraju. Odzywa się dopiero wtedy, gdy do niej dołączam:

– Niektórzy potrzebują więcej czasu, by uświadomić sobie, kim tak naprawdę są. Inni wiedzą to od zawsze.

– Sęk w tym, że ja zawsze podświadomie czułem, że jestem gejem – wyjawiam. – Nawet jeśli nie do końca to rozumiałem, wiedziałem, że różnię się od innych chłopców. Nie masz pojęcia, ile razy zadawałem sobie pytanie, czy to kiedyś przeminie. Musiało przeminąć, bo przecież tata nigdy nie zaakceptowałby syna homo. – Wzdycham głośno. – Z czasem po prostu zdusiłem w sobie wszystkie związane z tym myśli…

– A potem ja wymusiłam na tobie związek – prycha Magda.

– Że co? – Robię wielkie oczy. – Niczego na mnie nie wymusiłaś… Dlaczego tak uważasz?

– Sama już nie wiem, czy zainicjowałam związek, bo wierzyłam, że po wypadku twojej mamy potrzebujesz bliskości, czy zwyczajnie wykorzystałam okazję… No co tak patrzysz? To chyba żadna tajemnica, że nigdy nie byłeś mi obojętny. Jestem hetero. Co poradzę na to, że pokochałam chłopaka, z którym spędzałam tyle czasu?

Spontanicznie chwytam ją za dłoń. Ku mojemu zaskoczeniu Magda nie protestuje.

– Nie wiem, co powiedzieć… Chyba jedynie to, że nie miałem doświadczenia w tych sprawach i nie wiedziałem, jak się zachować. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie jestem biseksualny. A może tylko to sobie wmawiałem, bo bardzo nie chciałem cię zawieść? Dziś już mam pewność, że tak.

Magda zabiera rękę, po czym nieznacznie się ode mnie odsuwa i pochyla głowę.

– To ja cię zawiodłam, próbując za wszelką cenę sprawić, że mnie pokochasz… że dostrzeżesz we mnie kobietę… Tak mi głupio, Sebastianie… Nie chciałam, byś poczuł się przeze mnie niekomfortowo.

Powracam pamięcią do dnia, w którym wylądowaliśmy w łóżku. Do niczego tak naprawdę nie doszło. Po wszystkim zasmucona Magda uznała, że powinniśmy na jakiś czas ograniczyć kontakt. Przysuwam się do niej i ponownie chwytam ją za dłoń.

– Będę ci to powtarzał do skutku: nie mam do ciebie o nic żalu – mówię stanowczo.

– Na pewno? – Magda po raz pierwszy od dłuższego czasu zwraca się twarzą do mnie. W jej oczach widzę łzy.

– Chodzi ci o tamto popołudnie w twoim domu? Gdybym nie chciał spróbować, to nie szedłbym z tobą do twojego pokoju. Po prostu w trakcie dotarło do mnie, że choć bardzo pragnąłem cię uszczęśliwić, nie dam rady.

Magda pociąga nosem. Przyciągam ją do siebie i obejmuję.

– Przepraszam – szepcze mi do ucha. – Prędzej zrobiłabym coś sobie, niż skrzywdziła ciebie.

– Mogę powiedzieć to samo. Co ja bym bez ciebie zrobił? Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką mam – wyznaję, po czym wracam do poprzedniej pozycji.

– I jedyną – stwierdza Magda, a jej twarz wreszcie się odrobinę rozpromienia.

– To fakt… – Chichoczę, a następnie dodaję: – W innych okolicznościach na pewno bylibyśmy szczęśliwą parą.

– Serio tak myślisz?

– Jestem pewny… Żałuję, że tak wyszło. Naprawdę…

– Nie żałuj tego, kim jesteś. To do niczego nie prowadzi. I skup się na tym, co tu i teraz.

– Masz rację. Niepotrzebnie to mówiłem.

Przez dłuższą chwilę siedzimy w milczeniu z twarzami zwróconymi ku niemal bezchmurnemu niebu. Postanawiam nawiązać do dnia, w którym zginęła mama:

– Pamiętam naszą rozmowę, wyznałem jej wtedy całą prawdę. Powiedziała tyle pięknych słów… Wciąż je pamiętam i wątpię, bym kiedykolwiek zapomniał. To miał być początek nowego rozdziału w moim życiu. Naprawdę w to wierzyłem. A później znów otoczyłem się grubym murem. Dopiero Matiemu udało się go rozbić.

– Pani Anna na pewno by go polubiła – stwierdza Magda.

– Też tak myślę.

Siedzimy na ławce jeszcze parę minut. Magda wyjmuje z plecaka batona.

– Dzięki, ale najadłem się kanapką.

– To dla mnie – odpowiada przyjaciółka, wymownie się uśmiechając. – Sorry, ale miałeś swoją szansę.

– A więc teraz będziesz mi na każdym kroku dogryzać? – pytam żartobliwie. – Myślałem, że wszystko sobie wyjaśniliśmy.

Magda prycha.

– Kobiety nigdy nie zapominają o urażonej dumie. Nigdy, rozumiesz? – Grozi mi palcem, po czym parska śmiechem.

– Kocham cię, wiesz? – pytam, a potem po raz kolejny ją przytulam.

– Ja ciebie też. Tylko nie myśl sobie za wiele.

– Nie będę.

 

 

4

 

Nie mogę się już doczekać, aż usiądę przy łóżku Matiego i chwycę go za dłoń. Domyślam się jednak, że pani Bartczakowa pragnie spędzić trochę czasu z synem, dlatego od godziny krzątam się po klinice, próbując zająć czymś myśli. Oprowadzam Magdę po hospicjum, zaglądam do pacjentów, ucinam sobie pogawędkę z pielęgniarzem Igorem i wypijam strasznie mocną kawę, od której kręci mi się w głowie. Przebieram się też w ubrania, które przywiozła mi Magda. A później żegnam się z przyjaciółką, która wraca taksówką do Warszawy, i wracam pod salę. Przez parę minut przeglądam TikToka, a gdy mama Matiego wychodzi na korytarz, tak się wzdrygam, że omal nie upuszczam smartfona.

– Dzień dobry. Jak on się czuje? – pytam drżącym głosem.

– Cześć, Sebastian. Z Mateuszem bez zmian… Nadal śpi. – Na jej twarzy maluje się rozczarowanie. – Dlaczego nie wszedłeś do środka?

– Nie chciałem pani przeszkadzać.

– Przecież byś nie przeszkadzał. Mateusz na pewno by chciał, żebyś spędzał z nim jak najwięcej czasu. Uwielbia cię.

– Sam nie wiem… – Przenoszę wzrok na podłogę i drapię się z tyłu głowy. – Tak naprawdę wcale się nie znamy.

– Czy mi się zdaje, czy coś cię trapi? Chcesz o tym porozmawiać?

– A czy mogę najpierw do niego zajrzeć? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

– Oczywiście. Ja się w tym czasie odświeżę i coś zjem. Będę na stołówce.

Gdy patrzę na spokojnie drzemiącego Matiego, przypominam sobie bajkę o śpiącej królewnie. Ostrożnie się nad nim pochylam i całuję w usta, licząc, że uda mi się go przebudzić. Niestety, nic takiego się nie dzieje. Mati ani drgnie, a dobiegający z kardiomonitora dźwięk nie zmienia częstotliwości. Czy to znaczy, że Mati nie jest świadomy tego, że przy nim jestem? Przecież gdyby był, jego serce na pewno zabiłoby szybciej. A może nie ma już siły?

Niedługo potem do sali wchodzi jedna z pielęgniarek, by umyć i przebrać Matiego. Wychodzę więc i dołączam do pani Doroty na stołówce.

– Nie smakuje pani? – pytam, widząc, jak z ponurą miną przeżuwa kawałek omleta.

– Jest smaczny, ale chyba nie mam apetytu… – Odkłada widelec i prostuje się na krześle. – Nie mogę przestać myśleć o Mateuszu.

– Ja też… Najgorsza jest ta bezsilność. Możemy tylko patrzeć i wierzyć, że jego organizm podejmie walkę.

– A jeśli walka nie ma już sensu? Może najlepszym wyjściem jest zakończenie jego cierpienia? – Pociąga nosem i ociera oczy.

– Sugeruje pani, że Mati powinien odpuścić?

– Wybacz. To nie czas na okazywanie słabości.

– Wierzy pani w cuda? – pytam chwilę później, kiedy nadziewa na widelec pomidorek koktajlowy.

– Dotychczas myślałam, że nie. A potem spotkałam ciebie. Wprawdzie już ci to mówiłam, ale dziękuję, że tak wspierasz Mateusza. To wiele dla mnie znaczy. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie twoje zaangażowanie. Nie miałabym szansy… – urywa pod wpływem wzruszenia.

Kilka lat temu starszy brat Matiego Adrian popełnił samobójstwo. Po tej tragedii pani Dorota wpadła w depresję i alkoholizm. Gdy sytuacja w domu Bartczaków stała się nie do zniesienia, zainteresowała się nimi opieka społeczna. Niedługo później Mati przeniósł się do babci na Mazurach. W ostatnich latach w ogóle nie utrzymywał kontaktu z rodzicami, którzy zamieszkali w starym, zaniedbanym domu pod Legionowem i coraz bardziej pogrążali się w nałogu. Sporo ryzykowałem, jadąc tam i namawiając panią Dorotę do odwiedzenia syna. Miałem wątpliwości, czy powinienem do tego stopnia ingerować w ich prywatne sprawy. Mati mógł mi tego nie wybaczyć. Wiem jednak, jak bolesne jest życie bez mamy. Moja, po tym, jak została potrącona przez rozpędzone auto, przez trzy miesiące przebywała w śpiączce. Lekarze nie wiedzieli, czy kiedykolwiek się obudzi. Dawali jej zaledwie parę procent szans i prosili, żebyśmy przygotowali się z tatą na najgorsze. Wtedy czułem paraliżującą bezradność. To było straszne.

Właśnie dlatego postanowiłem wybadać sytuację rodzinną Matiego. Kiedy dotarło do mnie, że mąż ukrywał przed panią Dorotą prawdę na temat stanu zdrowia ich syna, a ona bardzo chce go zobaczyć, zrozumiałem, że jeszcze nie wszystko stracone. Cieszę się, że ostatecznie Mati pogodził się z mamą.

– Dobrze, że pani tu jest. – Posyłam jej serdeczny uśmiech w nadziei, że poprawi jej to humor.

– Nie byłam dobrą matką. Pozwalałam, by mąż znęcał się nad chłopcami. Nie umiałam mu się przeciwstawić. – Drży jej głos. – Bałam się go. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, postąpiłabym odważniej. Zabrałabym chłopców ze sobą i wyjechała jak najdalej. Moglibyśmy nawet spać na ulicy, byleby razem.

– Nie ma sensu wracać do bolesnej przeszłości. Sam nieustannie to robię i szczerze nie polecam.

– W takim razie zapewne wiesz, jak trudno jest żyć wyłącznie teraźniejszością – zwraca mi uwagę pani Bartczak, kręcąc z rezygnacją głową. – A tym bardziej w sytuacji, gdy przyszłość maluje się w ciemnych barwach. Znasz prognozy lekarzy.

Wypieram ze świadomości negatywne myśli. Mati przetrwa tę nawałnicę i wróci do zdrowia. Kto jak nie on? Już mam jej powiedzieć coś dodającego otuchy, kiedy słyszę znajomy głos:

– Tutaj jesteście. – Unoszę wzrok i spostrzegam stojącą nad nami Natalię. – Chodźcie ze mną.

– Pogorszyło mu się? – Mama Matiego natychmiast się usztywnia.

– Po prostu chodźcie.

 

 

5

 

Natalia maszeruje trzy kroki przed nami. Przez całą drogę do sali numer dziewięć nie zamienia z nami ani słowa, choć próbuję ją wypytać o stan Matiego. Wreszcie otwiera drzwi i przepuszcza nas w progu.

– Synku! – Pani Bartczak podbiega do łóżka i wtula się w uśmiechniętego Matiego. – Obudziłeś się! Och, co za szczęście!

– Cześć, mamo – mówi cicho, ale wyraźnie, i dodaje: – Nie tak mocno… Dusisz mnie.

– Wybacz. Och, tak się bałam, że…

– Że już po mnie? – Mati prycha. – Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie.

Stoję przy ścianie i czuję, jak oczy zachodzą mi łzami. Przyglądam się jego łysej głowie, sinym oczom, zapadniętym policzkom i spierzchniętym ustom. Tak wiele przeszedł, a mimo to wciąż biją od niego piękno i niewinność. Gdy wzruszenie jest tak silne, że po policzkach spływają mi pierwsze łzy, w pośpiechu opuszczam salę i osuwam się na najbliższe krzesło. Natalia dołącza do mnie kilka minut później i pyta, czy czegoś potrzebuję.

– Nie, dzięki. Ja tylko… Dobrze, że do nas wrócił.

– Wierzyłeś, że tak się stanie – zauważa pielęgniarka i kładzie mi dłoń na ramieniu. – Idę po lekarza, a ty w tym czasie zajrzyj do Matiego. Czeka na ciebie.

– Tak powiedział?

– Nie musiał. Widziałam, jak po twoim wyjściu co rusz zerkał na drzwi.

Przecieram dłonią oczy i zwilżone policzki i niepewnie wchodzę do sali. Czuję tremę, jak w podstawówce, gdy na lekcji polskiego musiałem stanąć przed klasą i wyrecytować z pamięci wiersz. Miękną mi nogi, a ucisk w klatce piersiowej utrudnia mi oddychanie.

Mama Matiego siedzi przy nim na łóżku i głaszcze go po głowie. Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem się w niego wtulić jak teraz.

– Jak się czujesz? – pytam drżącym głosem.

– Lepiej niż wyglądam. – Słyszę.

– Zostawię was, chłopcy – mówi na mój widok pani Dorota. – Pewnie chcecie sobie porozmawiać.

Czekam, aż wyjdzie, po czym rzucam się na łóżko i zasypuję Matiego pocałunkami.

– Nigdy więcej! Zrozumiałeś? Nigdy! – warczę, na co on reaguje cichym chichotem.

– Uważaj, przystojniaku. Chcesz mi uszkodzić wenflon?

– Sorry. – Odsuwam się od niego, a on ściska mi przedramię i przyciąga ku sobie.

– Tylko żartowałem. Zostań, proszę.

Leżymy zwróceni twarzami do siebie i w milczeniu patrzymy sobie w oczy. W pewnym momencie Mati szepcze:

– Bałem się, że już cię nie zobaczę.

– Przestań. Obaj wiedzieliśmy, że niebawem ci się polepszy.

– W ogóle się o mnie nie martwiłeś? – dopytuje Mati.

– Nie było takiej potrzeby.

– Ehe… To w takim razie jak wytłumaczysz spuchnięte oczy?

Zawstydzony teatralnie obracam się na plecy i zwracam twarz w przeciwną stronę.

– To tylko alergia.

– Czyżby? A te długaśne monologi, podczas których prosiłeś mnie zapłakany, żebym do ciebie wrócił?

Przeszywają mnie dreszcze. Wracam do poprzedniej pozycji i wpatruję się w niego pytająco.

– Wszystko słyszałeś?

Mati przez chwilę unika odpowiedzi, po czym wydaje z siebie zduszony śmiech.

– Coś ty… Spałem jak zabity.

– Ale… – Marszczę brwi. – Nic już z tego nie rozumiem.

– Wymyśliłem to, by sprawdzić, czy rzeczywiście aż tak się o mnie martwiłeś. Wygląda na to, że tak… – Szczypie mnie lekko w nos.

– Weź… – Odpycham jego rękę i znów obracam się na plecy. – Nie musisz mnie jeszcze bardziej zawstydzać.

– Nie chcę cię zawstydzać, tylko ci podziękować. – Całuje mnie znienacka w policzek. – Dobrze, że jesteś.

– A niby gdzie miałbym być? – burczę.

– Gdziekolwiek… Mało jest na tym świecie przystojnych mięśniaków z modnymi fryzurkami i wystylizowanym zarostem?

– A skąd wiesz, że takich lubię?

– Wszyscy takich lubią – prycha Mati.

– Może i mają włosy i sześciopak na brzuchu, ale nie są tobą. – Silę się na ckliwość, by go rozbawić. – Wolę twoją łysinę i kościste ramiona.

– Ehe… Zaim się obejrzysz, będą trzy razy szersze.

– Czy to wyzwanie? – podpuszczam go.

– A chcesz się założyć? – Mati łapie przynętę.

Przerywa nam doktor Kowalczyk, który nie kryje zadowolenia na widok rozbudzonego Matiego.

– Jak się czuje mój ulubiony pacjent?

– Świetnie, doktorze. Wyspałem się jak nigdy.

Schodzę z łóżka, by Kowalczyk mógł w spokoju zbadać Matiego.

– Zrobimy ci wszystkie badania. Wygląda na to, że twój organizm podjął walkę.

– Pan też myślał, że już się nie obudzę, co? – Mati uśmiecha się złowieszczo.

– Powiem tak: wszystko wskazuje na to, że udało ci się oszukać system.

– I takie wiadomości chcę słyszeć jak najczęściej.

Doktor jeszcze przez chwilę bada Matiego i wypytuje go o samopoczucie.

– Odpoczywaj. Zajrzę do ciebie za jakiś czas.

Gdy opuszcza salę, podążam za nim.

– Doktorze, możemy porozmawiać? – pytam po zamknięciu drzwi. – Co oznacza przebudzenie Matiego? Czy rzeczywiście wraca do zdrowia? A może to tylko chwilowa poprawa?

– Wyniki badań wszystko nam powiedzą – odpowiada lakonicznie Kowalczyk. – Musimy się uzbroić w cierpliwość. Nie zapominaj, że jego stan był krytyczny. Właściwie to pozostawało liczyć na cud.

– A jeśli on właśnie się wydarzył? Jakie są szanse na cofnięcie się choroby?

– W takim stadium? Praktycznie żadne. Czasem jednak dzieją się rzeczy, których nie da się przewidzieć. Muszę już iść. Tylko nie siedź zbyt długo z Mateuszem, dobrze? Powinien jak najwięcej odpoczywać.

Mati wpatruje się we mnie podejrzliwie, kiedy wracam do sali.

– Co ci powiedział? Pewnie myśli, że to chwilowe?

Kładę się obok niego i głaszczę go po policzku.

– Prosił, żebyś odpoczywał. Spróbujesz zasnąć?

– Nie chcę. A jeśli tym razem się nie obudzę?

– A gdzie twoja pewność siebie? Dopiero co mówiłeś, że wracasz do gry. – Całuję go w usta i czuję przyjemne mrowienie w kroczu. – Zdrzemnij się. Im szybciej wrócisz do zdrowia, tym więcej czasu będziemy mieli na zabawę.

– Ktoś tu chyba ma ochotę na psoty… – Mati zmysłowo przygryza wargę. – Podoba mi się to.

 

 

 

 

 

 

Sebastian

 

 

 

1

 

– Cholera – syczy tata, zatrzymując auto przed rzędem wysokich świerków. – Kolejna ślepa uliczka.

– Od dziesięciu minut powtarzam ci, że powinieneś był skręcić w prawo, ale ty jak zawsze wiesz wszystko najlepiej – rzucam, nie oczekując, że przyzna mi rację. Ku mojemu zaskoczeniu jednak to robi.

– W porządku. Niech będzie po twojemu. Czyli co, wracamy do rozwidlenia?

– Jedź tak, jak kierowało nas Google Maps.

Gdy wreszcie udaje nam się dotrzeć do celu, tata przekręca kluczyk w stacyjce i z ulgą wypuszcza ustami powietrze.

– Myślałem, że ugrzęźniemy w tamtym błocku. Przepraszam, że od razu cię nie posłuchałem.

– Już się do tego przyzwyczaiłem. – Wzruszam ramionami.

– Nie chcę, żebyś myślał, że nie liczę się z twoim zdaniem. To nie tak… Ja tylko się o ciebie boję. Wiem, że jesteś już dorosły, ale mimo to czuję się za ciebie odpowiedzialny. Chyba mnie rozumiesz?

– Musimy znowu o tym rozmawiać?

– Tak, bo widzisz… Wczoraj usłyszałem od psychologa, że najwięcej problemów bierze się właśnie z braku rozmowy. Poza tym obiecałem sobie, że drugi raz nie dopuszczę do takiej sytuacji jak ta przed paroma miesiącami.

Tata uwielbia wracać do tamtej przeklętej nocy w domu Piotrka Boruckiego, gdy pod wpływem używek omal nie poderżnąłem sobie gardła. Wydawało mi się wtedy, że widzę mamę. Obarczała mnie winą za swoją śmierć. To było jak cios prosto w serce. Odetchnąłem z ulgą, kiedy nazajutrz uświadomiłem sobie, że była to tylko iluzja.

Nie ma dnia, żebym nie tęsknił za mamą. Gdy ponad rok temu zginęła, mój świat się zawalił. Wpadłem w ciężką depresję, z którą nie mogłem sobie poradzić. Odciąłem się od bliskich i uciekłem w imprezy. Zagłuszałem rozpacz i wyrzuty sumienia, otaczając się niewłaściwymi ludźmi. Na szczęście mogłem liczyć na pomoc taty i Magdy. Zawalczyli o mnie wtedy, gdy straciłem już nadzieję, że kiedykolwiek odzyskam spokój ducha.

Po imprezie u Piotrka tata zaproponował mi wolontariat w hospicjum. Wierzył, że pobyt w klinice i rozmowy z ludźmi, którzy inaczej patrzą na pewne sprawy, pomogą mi nabrać pokory i szacunku do życia. Nie podobała mi się wizja spędzenia całego lata w tak przygnębiającym miejscu. Wydawało mi się, że obcowanie z nieuleczalnie chorymi ludźmi tylko pogorszy mój stan, zwłaszcza że i tak nie panowałem nad emocjami. Ale trafiłem do Edenu pod Warszawą i wszystko się zmieniło. Przekonałem się, że czasem prawdziwe szczęście znajdujemy tam, gdzie powinien nas zastać wyłącznie smutek. Pacjenci hospicjum okazali się ciepłymi, pogodnymi ludźmi, którzy nawet najgorszą sytuację potrafili obrócić w żart. Zaprzyjaźniłem się z Aggie, panem Leonem i Mateuszem. Ten ostatni obudził we mnie uczucia, których dotychczas nie znałem. Nagle świat wokół mnie odzyskał dawne barwy, a ja przypomniałem sobie, czym jest szczęście.

Mati do końca wierzył, że oszuka śmierć i wróci do zdrowia. Podziwiałem jego niezłomność i robiłem co w mojej mocy, by ulżyć mu w cierpieniu. Przez pierwszy miesiąc po jego odejściu starałem się myśleć pozytywnie i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Tłumaczyłem sobie, że Mati na pewno by nie chciał, żebym znów znienawidził siebie i swoje życie. Musiałem się trzymać na powierzchni i pielęgnować pamięć o nim. Naiwnie wierzyłem, że mi się to uda.

Już po miesiącu przyszło pierwsze poważne załamanie. A potem kolejne i następne. Nim się obejrzałem, wylądowałem na kanapie w domu Piotrka z paroma kolorowymi tabletkami w dłoni. Nie wiem, jaki miały skład, ale Piotrek zapewniał, że poprawi mi się po nich nastrój. Dawniej pewnie bym je połknął i dobrze się bawił. Tym razem wysypałem je na stół i wyszedłem z salonu.

– Seba, a ty dokąd? – Kumpel podążał za mną jak cień aż do wyjścia.

– Nie dam rady. Muszę wracać. Sorry.

– Zostań. Nie ma nawet jeszcze wszystkich gości. Będzie fajnie.

Nie zostałem. Wróciłem do domu i zamartwiającego się taty. Widok malującej się na jego twarzy bezradności zupełnie mnie złamał.

– Spokojnie… Jestem czysty. – Uspokoił się dopiero po tych słowach.

Tamtego wieczoru długo rozmawialiśmy. Wyjawiłem tacie, że zupełnie nie radzę sobie ze śmiercią przyjaciela i potrzebuję pomocy. Po raz pierwszy przyznałem się przed nim do słabości i ani trochę tego nie żałowałem. Wręcz odetchnąłem z ulgą, że wreszcie nie będę musiał się z tym wszystkim mierzyć w pojedynkę.

– Poradzimy sobie, synu. Obiecuję. – Nieśmiało mnie przytulił. – Znalazłem dla ciebie dobrą psycholożkę. Potrzebujesz opieki specjalisty. Żałuję, że dopiero teraz to zrozumiałem. – Głos mu zadrżał. – Przepraszam, że wcześniej nie zaproponowałem ci terapii. Powinienem był to zrobić po śmierci twojej mamy. Rzecz w tym, że nie myślałem wtedy racjonalnie. Nadal zresztą mam poczucie oderwania od rzeczywistości. Codziennie rano patrzę na puste łóżko i zastanawiam się, czy to na pewno jawa, a nie jakiś koszmar. A może jedno i drugie? – Odsunął się ode mnie i przejechał dłonią po zmęczonych oczach. – Gdyby nie ty, pewnie już dawno bym odpuścił.

– Nie mów tak.

– Kiedy to prawda. Staram się jakoś trzymać dla ciebie i wynagrodzić ci swoje błędy. Wystarczająco już się przeze mnie nacierpiałeś.

– Nie zadręczaj się tym. Przecież nie zrobiłeś nic złego – zauważyłem.

– Czyżby? Obaj widzimy, że mój pomysł z wolontariatem w hospicjum zamiast ci pomóc nabrać dystansu, wpędził cię w jeszcze silniejszą depresję.

W tamtej chwili byłem bliski ujawnienia się przed tatą i powiedzenia mu prawdy o mojej relacji z Matim. Chciałem, by wiedział, że dla mnie pobyt w klinice zmienił wszystko na lepsze. To prawda, cierpiałem, głównie z żalu, że nie będę mógł spędzić więcej czasu z Matim. Mimo to nawet przeszywający ból po jego stracie nie sprawiał, że żałowałem ostatnich tygodni. Gdybym mógł się cofnąć w czasie, bez wahania zapisałbym się na wolontariat i ponownie doświadczył tych wszystkich skrajnych, ale pięknych emocji.

– Tato, ja… Ja…

– Tak?

Naprawdę byłem blisko. Myślałem, że dam radę, ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi. Potrzebowałem wsparcia taty. Nie mogłem ryzykować, że się ode mnie odwróci.

– Zgadzam się na terapię – odpowiedziałem.

– Naprawdę? – Na jego twarzy pojawił się skromny uśmiech.

– Chcę, żeby znów było normalnie… Na tyle, na ile to możliwe.

Tata podszedł do mnie i przytulił. A potem wyszeptał słowa, od których zaszkliły mi się oczy:

– Tak bardzo cię kocham, synu. Przejdziemy przez to razem. Jeszcze wszystko się ułoży.

Po tamtej rozmowie obaj zapisaliśmy się na terapię. Tata słusznie zauważył, że sam też potrzebuje pomocy. Przed nami jeszcze długa droga, zanim pogodzimy się z pewnymi kwestiami, ale obaj wierzymy, że wyjdziemy z tego silniejsi. Mama na pewno byłaby z nas dumna.

– Synu? – Z zamyślenia wytrąca mnie głos taty. – Słyszymy się?

– Tak… Co mówiłeś?

– Czyli jednak odleciałeś na inną planetę. Ostatnio często ci się to zdarza. Rozmawiałeś o tym z panią doktor? Może będzie wiedziała, jak temu zaradzić…

– To tylko zwykłe zamyślenie. Nie szukaj problemów tam, gdzie ich nie ma – rzucam. – Rozumiem, że się martwisz, ale to już podchodzi pod przewrażliwienie.

– W porządku, nie chciałem cię rozzłościć. To co, gotowy?

 

 

2

 

Tata ma rację, ostatnio coraz częściej wpadam w pewnego rodzaju trans, przez który tracę kontakt z rzeczywistością. To przez Dziennik Alternatywnej Rzeczywistości, który prowadzę od ponad tygodnia. Traktuję go jako formę terapii i sposób na złagodzenie bólu po utracie Matiego, mamy i Aggie. Opisuję w nim życie, którego nigdy nie zaznam. Świat, w którym moi bliscy wciąż są przy mnie. Zapisywanie kartek w dzienniku sprawia mi radość i pozwala choć na chwilę oderwać się od smutnej codzienności. Psycholożka radzi mi jednak ostrożność.

– Czasem do tego stopnia zatapiamy się w świecie naszych fantazji, że przestajemy odróżniać rzeczywistość od fikcji. Traktuj ten dziennik jako formę uczczenia pamięci o przyjacielu, a nie próbę przywrócenia go do życia.

Nie mówiłem jej tego, ale opisywane w dzienniku historie coraz bardziej mnie pochłaniają. Do tego stopnia, że kilka dni temu zamyślony wszedłem na ulicę na czerwonym świetle i omal nie wylądowałem pod kołami rozpędzonego audi. Kierowca w ostatniej chwili zahamował z piskiem opon i obrzucił mnie stekiem wyzwisk. Zasłużyłem na nie. Tak intensywnie rozmyślałem o Matim, że zupełnie odpłynąłem. Powinienem podziękować tamtemu mężczyźnie za refleks. Inny kierowca mógłby nie zareagować w porę.

Wysiadam z auta i staję przed wysokim drewnianym płotem, do którego przymocowana jest duża tabliczka z napisem „SCHRONISKO FIRLEJ”. To gospodarstwo agroturystyczne prowadzone przez kolegę taty i jego bliskich. Tata zaproponował mi przyjazd tu, gdy wyznałem mu, że nie radzę sobie w Warszawie i potrzebuję zmiany otoczenia.

– Jeśli chcesz, porozmawiam z Borysem jeszcze dziś. Na pewno się zgodzi.

Przed laty, kiedy Firlejowie mieszkali w Warszawie, często się z nimi spotykaliśmy. Do dziś pamiętam zapach ciasta cynamonowego, które za każdym razem czekało na nas w ich kuchni. Mama nazywała panią Katarzynę „królową cukru”. Z tego, co pamiętam, pani Kasia prowadziła nawet przez pewien czas cukiernię na Bemowie. Lubiłem bywać w ich domu. Wprawdzie był dużo mniejszy od naszego, ale za to bardziej przytulny. Poza tym Firlejowie sprawiali wrażenie normalnej, szczęśliwej rodziny. Miło się na nich patrzyło. Polubiłem też ich syna Kevina. Przypominam sobie stojącą w kącie pokoju górę pudełek z najróżniejszymi puzzlami. Kevin uwielbiał je układać. Większość przedstawiała sceny z bajek Disneya, ale nie brakowało też górskich krajobrazów i panoram największych światowych miast. No i te klocki Lego… Cały pokój zagracony był budowlami i porozrzucanymi po podłodze ludzikami. Po pewnym czasie nauczyłem się już, by zawsze wchodzić do środka w kapciach.

Kevin różnił się od innych dzieciaków. Nie miał komputera, a jedyne gry, jakie go interesowały, to planszówki. Poza tym zawsze umiał wymyślić ciekawą zabawę bez użycia elektroniki. W wakacje często zabierałem go na wieś do dziadków. Potrafiliśmy przebywać poza domem od rana do wieczora. To były cudowne czasy. Szkoda, że kontakt się nam urwał. Stało się to, gdy jego rodzice sprzedali dom w Warszawie i przenieśli się na Mazury. Parę lat temu Kevin zaprosił mnie do znajomych na Facebooku, ale nie odpowiedziałem. Postąpiłem z nim tak, jak z dawnymi znajomymi z podstawówki, z którymi na co dzień nie miałem żadnego kontaktu. Swoją drogą, jestem ciekawy, jak dziś wygląda. Dawniej wyróżniał się szeroką przerwą między zębami, bladą cerą i jasnymi, niemalże białymi włosami, jak u albinosa. Nie przypominam sobie jednak, by ktokolwiek wspominał o tym schorzeniu. Ostatnio bezskutecznie próbowałem znaleźć jego profil. Na Instagramie również nie ma po nim ani śladu. Może mnie zablokował albo postanowił się odciąć od wirtualnego świata? W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o to drugie…

– Gotowy? – Tata powtarza pytanie, przyglądając mi się niepewnie, jakby w obawie, że wycofam się w ostatniej chwili. Nie czekając na moją odpowiedź, podchodzi do bramy i naciska guzik na domofonie.

– Krzysiek? – Z głośnika rozbrzmiewa niski męski głos.

– Cześć, Borysie. Dotarliśmy.

– Świetnie. Zapraszam. Już do was wychodzę.

Czekamy na rozsunięcie się bramy, po czym wjeżdżamy na teren schroniska. Moim oczom ukazują się rozległa zielona przestrzeń i wzgórze, na którym stoi piętrowy drewniany dom w góralskim stylu. Prowadzi do niego wyłożona kostką brukową droga. Zanim docieramy na znajdujący się przed domem parking, w głównych drzwiach pojawia się nieco zaokrąglony mężczyzna w niebieskiej koszuli wciśniętej w czarne spodnie. Nie tak zapamiętałem pana Borysa. Od naszego ostatniego spotkania wyłysiał i znacznie przybrał na wadze.

– Witam w moich skromnych progach! – Mężczyzna z podkrążonymi oczami i gęstą, nienaturalnie czarną brodą zmierza ku nam z wyciągniętymi rękami.

– Borys. Kopę lat! – Tata okrąża zaparkowane między dwoma osobówkami auto i ściska się z dawnym przyjacielem.

– Oj tak… Trochę o sobie zapomnieliśmy, co, Krzysiek?

– Jak zawsze szczery do bólu – zauważa tata. – Co mam ci powiedzieć? Tak mi się życie potoczyło, że z roku na rok przybywało pracy i…

– Nie tłumacz się. Tylko żartowałem. Wiem, jak jest. Sam ledwo wyrabiam z obowiązkami, co chyba po mnie widać.

– Rzeczywiście trochę się postarzałeś – odpowiada z uśmiechem tata.

– I kto jest szczery? – Pan Borys żartobliwie szturcha go w ramię. – Ale tak całkiem poważnie, myślałem, że przeprowadzając się na Mazury, wreszcie zaznam upragnionego spokoju. Tymczasem schronisko przeżywa oblężenie. Nawet jesienią i zimą nie brakuje gości.

– To chyba dobrze? Odniosłeś sukces, o którym tak marzyłeś…

– Kiedyś może i tak, ale z czasem dotarło do mnie, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Chociaż tyle dobrego, że pracuję z Kasią, a i Kevin bardzo nam pomaga. Jesteśmy razem i tylko to się liczy.

– Kto by pomyślał, że tamten bawidamek wyrośnie na takiego rodzinnego faceta.

Słysząc to, pan Borys poważniejsze.

– Wybacz… Nie chciałem, żebyś poczuł się niekomfortowo. Bardzo mi przykro z powodu…

– Nic się nie stało. Dzięki, że wtedy zadzwoniłeś.

– Chciałem przyjechać na pogrzeb, ale byliśmy na długich wczasach na Dominikanie. Sam rozumiesz…

– Nie musisz się tłumaczyć.

Zapada niezręczna cisza. Dopiero teraz pan Borys przenosi wzrok na mnie.

– Ty musisz być Sebastian… Rany, jak ten czas leci… Strasznie wydoroślałeś. – Ściska mi pewnie dłoń. – Dobrze pamiętam, że jesteś rok młodszy od mojego Kevina? Chyba go przerosłeś… Dużo ćwiczysz?

– Trochę, głównie w domu – odpowiadam. – Chociaż ostatnio prawie wcale.

– Pytam, bo Kevin korzystał we Wrocławiu z usług trenera personalnego, a w zeszłym roku przerobił garaż za domem na siłownię. Muszę przyznać, że zmienił się nie do poznania. Porządnie przypakował. Będziecie mogli razem ćwiczyć.

– Kochanie, zaprosisz wreszcie naszych gości do środka? – Słyszę kobiecy głos. Gdy zerkam w stronę drzwi, dostrzegam drobną brunetkę ubraną w biały t-shirt i obcisłe getry.

– Cześć, Kasiu. Nic się nie zmieniłaś.

– Za to ty tak, ale na lepsze. – Kobieta podchodzi do nas i wita się z tatą szybkim uściskiem. – Sebastian, jak ty urosłeś… Gdy cię ostatnio widziałam, byłeś mniej więcej mojego wzrostu.

– Nietrudno cię przerosnąć, kotku – żartuje pan Borys.

– Odezwał się Guliwer – odcina się pani Katarzyna, na co mężczyzna przytula ją i całuje w policzek.

– Nie obrażaj się. Wiele razy udowodniłem, że uwielbiam moją kruszynkę…

– Jeszcze jedno słowo… – Pani Kasia teatralnie grozi mężowi palcem.

– Sam widzisz, Krzysiek… – Firlej rozkłada ręce. – Czasem łatwiej zapanować nad firmą i pracownikami niż nad własną żoną.

– Gdybym skakała wokół ciebie jak służka, nie mielibyśmy schroniska.

– Co racja, to racja. – Pan Borys ponownie całuje żonę w policzek. – Co ja bym bez ciebie zrobił? Dobrze, chłopcy, zapraszam do środka. Jedliście już śniadanie?

– Przekąsiliśmy coś po drodze – odpowiada tata. – Jesteś głodny, synu?

– Na razie nie.

– Ale ciasta cynamonowego to mi nie odmówicie – mówi pani Katarzyna. – Zawsze je lubiłeś, Sebastian. Mam nadzieję, że to się nie zmieniło.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Marcel Moss, 2022

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: © Andrzej Komendziński

 

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała/Słowne Babki

Korekta: Karol Godlewski/Słowne Babki

Skład i łamanie: pagegraph.pl

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-421-8

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

SERIA: HYPE

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.