Nasz kawałek świata - Tomasz Kieres - ebook
NOWOŚĆ

Nasz kawałek świata ebook

Tomasz Kieres

3,6

166 osób interesuje się tą książką

Opis

Dla mnie odwrotu już nie było. Obiecałem, że będę czekał i czekałem. Tylko tam gdzie była ona, był Nasz kawałek świata.

Kuba uważa, że wszystko w życiu jest transakcją. Niezależnie czy w życiu prywatnym, czy zawodowym, każdy czegoś chce i jest za to gotowy zapłacić. Lubi jasne sytuacje, pozbawione pozorów i ukrytych zamiarów. Takimi zasadami kieruje się zarówno w pracy, jak i w życiu osobistym, które ogranicza do bardzo krótkich znajomości. Kiedy pewnego dnia na jego drodze staje tajemnicza kobieta, Kuba wbrew swoim zasadom podąża za nią, nie wiedząc ani kim ona jest, ani dokąd go prowadzi. Czy potwierdzi się prawda, w którą zawsze wierzył, że wszystko jest transakcją? Czy jedyne, co przyniesie ze sobą nieznajoma to kłopoty? Czy może pozwoli poznać Kubie uczucia, których istnienie negował? Droga do prawdy z pewnością nie będzie łatwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 472

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (9 ocen)
3
3
1
0
2

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

– Gdy zbliżysz się jeszcze o krok, odbierzesz mi całe powietrze.

– To źle? – spytała z delikatnym uśmiechem.

Z tym samym, który ściął mnie z nóg, kiedy obdarzyła mnie nim po raz pierwszy, i który robi to za każdym kolejnym razem. Z uśmiechem, który momentalnie zmieniał mnie w bezmyślnego idiotę. Jakby właśnie w nim i w jej oczach kumulowała się cała moc Jedi. Jadłem jej z ręki i nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Mało tego, wydawało mi się, że cały czas miałem wszystko pod kontrolą. Nic dziwnego, że Al Pacino w „Adwokacie diabła” wielokrotnie powtarza: „Próżność to zdecydowanie mój ulubiony grzech”. To niewiarygodne, jak szybko można uwierzyć w swoje zalety, jeśli usłyszymy o nich z ust osoby, od której chcemy je usłyszeć. Jesteśmy gotowi kupić je od razu, bez zaglądania do środka, liczy się tylko opakowanie. Wierzymy we wszystko: przecież tacy właśnie jesteśmy, to sama prawda. Nikt by nas nie oszukał. Zwłaszcza ona.

– Może w sumie nie – odpowiedziałem. – Teraz nie ma już odwrotu?

– Ty mnie pytasz? – Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

Wiedziałem, że to jest tylko gra. Chociaż nawet teraz chciałem wierzyć, że było inaczej. Negacja podniesiona do rangi sztuki.

Dotknęła delikatnie mojego policzka.

Mógłbym zabić za ten dotyk.

– Dla ciebie to tylko gra – powiedziałem z trudem.

Prawdziwy twardziel ze mnie.

Zabrała dłoń, a ja poczułem, jakby ktoś założył mi plastikową torbę na głowę.

– To nigdy nie była gra – usłyszałem.

Jak bardzo chciałem w to wierzyć. Nawet teraz, po wszystkim, co się wydarzyło.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

Doskonale pamiętam, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem. Każdy następny zresztą też. Taka przypadłość – pamięć jak słoń. Do tej pory nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Czasami pewnie lepiej byłoby niektóre rzeczy zapomnieć. To brzmi zbyt melodramatycznie. Człowiek powinien pamiętać, wyciągać wnioski, uczyć się na błędach. O tak, tak jest lepiej, optymistyczniej, bardziej coachingowo, alleluja i do przodu. Nie oglądamy się, tylko idziemy do przodu.

Co za stek bzdur. Ludzie autentycznie to kupują. A co, jeśli po przejściu tornada nic nie zostaje? Co wtedy? Jaka doskonała rada w takiej sytuacji? Nie wątpię, że takowa by się znalazła, ale znowu odchodzę od tematu.

Pierwszy raz. Nawet nie wiedziałem, że to był pierwszy raz. Miałem przekonanie, że już ją wcześniej widziałem, chociaż to nie mogło być prawdą. Może to było to wrażenie, że kogoś znamy już od dawna, mimo że jest to naprawdę pierwszy raz. A może po prostu chcemy tak myśleć, bo czekaliśmy na ten moment od dawna.

Dziwnie brzmią te wszystkie dywagacje w moich ustach. W jakiś sposób sugerują romantyczny sznyt na moim charakterze, coś, co przez całe życie było mi raczej obce. Nie żebym nie próbował. Moja eksżona mogłaby o tym śmiało zaświadczyć.

Nie, może jednak branie jej na świadka nie byłoby najlepszym pomysłem. Może kiedyś, dawno temu? Nie jestem jednak do końca przekonany. Już nie. Ale odbiegam, nie na tym miałem się skupić.

Chodziło przecież o pierwszy raz. Pierwszy raz, kiedy stanęła na mojej drodze i kiedy pojawiło się pierwsze pęknięcie, o którym nawet w tamtej chwili nie miałem pojęcia. Jakbym chciał sparafrazować Johna Malkovicha z „Niebezpiecznych związków”, wszystko działo się poza moją kontrolą. Tylko jak poza kontrolą, skoro ja zawsze wszystko miałem pod nią. Wszystko zawsze odbywało się zgodnie z planem. Nawet rozpad mojego małżeństwa i rozwód, można było powiedzieć, poszły dokładnie tak, jak miały. Jakkolwiek by to nie brzmiało, moja jeszcze wtedy żona powiedziała mi, że dokładnie do tego momentu zmierzałem przez cały nasz czas bycia razem. Dodała jeszcze, że powinienem się cieszyć, bo wygrałem. Takie były jej właściwie ostatnie słowa, zanim sprawy przeszły w ręce prawników. Dodam, że wygrany się wcale nie czułem, ale doskonale rozumiałem, o co jej chodziło.

Znowu odbiegłem. Do tematu mojego małżeństwa z pewnością jeszcze nie raz wrócę, w końcu tamten czas mówi bardzo wiele o tym, jakim człowiekiem jestem, albo raczej chciałbym myśleć, że byłem. Chociaż nie wiem, czy zmiana, jaka we mnie nastąpiła, była na pewno na lepsze.

Ale może po raz kolejny zacznę od początku.

To był sobotni wieczór i tak się składało, że nie miałem na niego większych planów. Kiedyś mogła to być zapowiedź jakiejś większej spontanicznej imprezy, ale prawdę mówiąc, nie była to już tak kusząca perspektywa jak jeszcze przynajmniej dziesięć lat wcześniej, kiedy w metryce dwójka była cały czas z przodu, a o ślubie nawet nie myślałem. Teraz, w wieku trzydziestu ośmiu lat, coraz częściej mi się po prostu nie chciało, zwłaszcza po tygodniu intensywnej pracy. Wiązało się to również z postępującym docenianiem własnego towarzystwa.

Trochę bałem się stwierdzenia, że może się po prostu starzeję. Choć tak naprawdę uważałem, że w końcu trzydziestka, nawet taka podbiegająca pod czterdziestkę, to nowa dwudziestka, nawet jeśli przyjmiemy, że zbliżająca się do trzydziestki. Nowej oczywiście. Świadomość tego faktu nie zmieniała poczucia, że moje coraz rzadsze weekendowe wypady na miasto zalatywały w jakiś sposób desperacją. Może wynikało to z faktu, że kiedy zaraz po rozwodzie postanowiłem rzucić się w wir nocnego życia, jakbym chciał sobie zrekompensować minione lata, w głowie kołatało mi przez cały czas słowo „wygrałeś”, które oczywiście miało wręcz przeciwny wydźwięk. Oczywiście zagłuszałem to, jak tylko umiałem.

W końcu byłem znowu wolny. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

W ten mój wolny wieczór nie planowałem się nigdzie wybierać, chciałem odpocząć po ciężkim tygodniu pracy. Trafili mi się wyjątkowo upierdliwi klienci, którym żaden mój pomysł nie pasował, a miałem ich naprawdę sporo – jak na mnie i jak na jeden produkt, który chcieli zareklamować. Zazwyczaj nie potrzebowałem więcej niż trzech koncepcji, żeby zamknąć temat. Teraz zatrzymaliśmy się przy sześciu, połączonych z całymi prezentacjami kampanii, a oni wciąż kręcili nosami. Zrobiliśmy sobie weekend przerwy i miałem szczerą nadzieję, że jednak na coś się zdecydują, bo z niektórych przedstawionych pomysłów byłem naprawdę dumny, a skoro doceniałem sam siebie, to coś w tym musiało być.

Także szykował mi się w miarę spokojny weekend. Tak planowałem.

Około piętnastej, kiedy znad talerza unosił się zapach jednej z moich ulubionych potraw, a dłonie miałem zaciśnięte na butelce wina i otwieraczu, zadzwonił telefon. Dosyć niechętnie uwolniłem ręce i podszedłem do aparatu, który leżał nieopodal na kuchennym blacie. Na wyświetlaczu przeczytałem imię Ewa. Westchnąłem i przesunąłem zieloną wskazówkę na ekranie.

W pierwszej chwili pomyślałem, że to coś związane z pracą, gdyż Ewa pracowała w podległym mi zespole. Szybko jednak tę myśl odrzuciłem. Doskonale wiedziała przecież, że nie ma takiej rzeczy na gruncie zawodowym, która usprawiedliwiałaby telefon w sobotnie popołudnie.

Co prawda jakiś czas temu łączyła nas krótka, przelotna relacja, którą oboje traktowaliśmy właśnie tak. Przelotnie i niezobowiązująco. Gwoli wyjaśnienia dodam, że nie byłem wtedy Ewy przełożonym, a praktycznie cała inicjatywa stała po jej stronie. Nie żebym się specjalnie opierał, ale od początku postawiłem sprawę jasno co do możliwości rozwoju czegokolwiek. Takie po prostu nie istniały. Moje małżeństwo skończyło się stosunkowo niedawno i z pewnością nie chciałem się wikłać w coś poważnego tak szybko, jeśli w ogóle. Przy czym wydawało mi się, że wersja „tak szybko” była taka bardziej oficjalna, żeby z miejsca nie zniechęcać do siebie, a jednocześnie w miarę jasno stawiać granice.

Jak się szybko okazało, jeśli chodziło o Ewę, taka dyplomacja wcale nie była potrzebna. Jej też nie chodziło o jakiś długi związek, i z pewnością nasz do takich nie należał. Oboje wiedzieliśmy, czego chcemy, i dokładnie to otrzymaliśmy. Bez niedomówień, bez ukrytych nadziei na coś więcej. Tak jak się zaczęło, tak również się skończyło. Zgodnie i bez żalu. Można powiedzieć, że idealnie. Na tyle, że kiedy w moim zespole zwolniło się miejsce, Ewa nie widziała żadnego problemu, aby dla mnie pracować.

Tym bardziej jej telefon mnie zaskoczył. Sprawy zawodowe nie wchodziły w grę, a prywatne wydawało mi się, że tym bardziej.

– Słucham? – spytałem od razu.

– Cześć, Kuba – usłyszałem przejęty głos Ewy. – Zajęty jesteś? – spytała i nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: – Widzisz, bo dzwonię w takiej sprawie…

Od razu konkretnie i bez owijania w bawełnę. Taki przekaz lubiłem, prosto i bez tracenia zbędnego czasu.

– …impreza jest, znajomy robi, w Piątej Alei, to taki nowy klub w Centrum.

Nie wiedziałem, czy powinienem się teraz obrazić, że tłumaczy mi, czym jest ten nowy klub. Może byłem od Ewy o dekadę starszy i o kilka lat małżeństwa bardziej doświadczony, ale nie żyłem na jakiejś obcej planecie i fakt, że Piąta Aleja istniała od niedawna, nie znaczył, że o niej nie słyszałem. Może nie był to do końca mój styl, chociaż to akurat trudno stwierdzić, skoro nie postawiłem tam jeszcze nogi, ale z tego, co czytałem, przychodziła tu klientela bardziej w wieku Ewy. Do tego motyw przewodni to muzyka klubowa. Ja sam byłem najchętniej gościem w pubach z szeroko pojętym rockiem w tle, chociaż jazzem również bym nie pogardził, co oczywiście natychmiast stawiało mnie raczej na poziomie dobrze powyżej czterdziestki. Choć to akurat miałem w poważaniu.

– Chyba na Piątej Alei – zażartowałem.

– Brzmi lepiej – potwierdziła – ale wszyscy mówią w „Piątce”, więc tak chyba zostanie. W każdym razie znajomy robi zamkniętą imprezę…

– I ja ci jestem potrzebny, bo…? – wszedłem jej w słowo.

Mogłem się domyślić, że wszystko zmierza do wyciągnięcia mnie z domu, a na tamtą chwilę była to raczej ostatnia rzecz, której potrzebowałem. A może raczej ostatnia, której chciałem.

– Jak powiedziałam, to jest impreza zamknięta – Ewa nawet przez sekundę nie wydawała się zbita z tropu – i jest taki wymóg, aby przyjść w parach.

– Serio? – spytałem wyraźnie zaskoczony. – To jakaś konserwatywna ustawka?

– Nie, nie sądzę w każdym razie. Ten znajomy jest normalny – zaśmiała się – ale dopina jakiś interes i ten jego partner czy partnerzy mają chyba takie sztywne wymagania.

– Jasne – odparłem – a potem będą wciągać koks w toaletach, obłapując obce dziewczyny. Znam takich.

Jedną z rzeczy, której się nauczyłem przez lata kontaktów z wszelkiego rodzaju klientelą, była prosta zależność. Im większa konserwa, tym większa hipokryzja. Jedyne, co różniło tych ludzi, to na ile tę swoją dwulicowość ukrywali.

– Oczywiście, że będą – usłyszałem w odpowiedzi.

Ewa, jak widać, też nie miała podobnych złudzeń.

– Ale na ten moment potrzebuję pary.

– Nie masz jakiejś koleżanki? – roześmiałem się.

– Żeby znosić ich obleśnie zaślinione spojrzenia? Dziękuję bardzo, nie będę robiła za czyjś „mokry sen”, zwłaszcza że na ulicy to by nas opluli i wyzwali od zboczonych.

– Miejmy nadzieję, że kontrahenci twojego znajomego nie są tacy.

– Gdyby byli, to nie robiłby z nimi interesów – dodała z pewnością w głosie. – Mam nadzieję – dorzuciła po chwili. – Niezależnie od tego, czy masz ochotę się wybrać?

– Szczerze?

– Jeśli masz odmówić, to wolę nieszczerze. Nie daj się prosić. Jest sobota i poza tymi biznesowymi partnerami będzie raczej spoko towarzystwo, a ich też tak od razu nie skreślam.

Popatrzyłem na jedzenie, które już zdążyło lekko ostygnąć. Na jeszcze zamkniętą butelkę wina. Od rozwodu, a co za tym idzie mojego „odbijającego sobie lata małżeństwa” rendez-vous po lokalnych pubach, minął ponad rok, przez który moja uwaga skupiona była przede wszystkim na odnajdywaniu więzi z samym sobą i z moją znalezioną w lesie piesą. Odkąd jedenaście miesięcy temu Luna stała się częścią mojego życia, nagle weekendy w jej towarzystwie stały się dla mnie zdecydowanie bardziej kuszącą alternatywą dla wieczornych wypadów. A już przyprowadzanie gości żeńskiej płci w ogóle przestało wchodzić w grę, odnośnie do czego Luna była bardzo stanowcza i w głośny sposób to oznajmiała.

Także to całe wyjście jakoś mi się nie widziało. Z drugiej jednak strony, mogła to być ciekawa odmiana.

– Zobaczysz, będzie fajnie, a jak ci się nie spodoba, to wsiądziesz w taksówkę i dziesięć minut później będziesz w domu. No i oczywiście po przekroczeniu progu jesteś zupełnie wolny i bez jakichś zobowiązań wobec mnie.

– A ja myślałem, że idziemy razem – powiedziałem szybko ze smutkiem w głosie.

– Oczywiście, że myślałeś – roześmiała się.

– Te słowa ranią.

– Zastanów się, czy na pewno chcesz, abym zaczęła sobie coś wyobrażać. Chociaż jak się tak zastanowić, to nie mam tak wybujałej wyobraźni.

– Naprawdę? – spytałem wyraźnie zaintrygowany.

– Żeby wyobrazić sobie nas razem? Na dłuższy czas? Nie, nie mam. My nie jesteśmy skonstruowani na dłuższe związki, żadne z nas – odpowiedziała poważnie.

Chciałem spytać dlaczego, ale Ewa szybko odpowiedziała również na to niezadane pytanie.

– Wiesz – usłyszałem – my nie mamy złudzeń, nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Dlatego te nasze kilka dni były tak udane i dlatego to były tylko kilka dni. Będę u ciebie o dziewiętnastej – dodała i momentalnie się rozłączyła.

Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, czy jestem zainteresowany tym całym wyjściem. Jak było widać, decyzja już została podjęta.

Ja natomiast stałem przez dłuższą chwilę, myśląc o tym, co usłyszałem. Moje małżeństwo rzeczywiście mogłoby być dowodem, że do długich dystansów się nie nadaję. To by jednak świadczyło o tym, że coś jest poza moją kontrolą i nie biorę za to odpowiedzialności. A w odpowiedzialność za to, co robimy, wierzyłem jak w mało co. W końcu żyłem w kraju, gdzie najchętniej nikt nie odpowiadałby za swoje czyny. Chyba nie było drugiego takiego miejsca, gdzie w takiej skali siły wyższe kierowałyby losami „poddanych”, a „wyznanie” tak zwanych grzechów oczyszczałoby z win. Niestety na przyjęcie odpowiedzialności za swoje czyny już miejsca na tym obrazku nie było.

Może i Ewa miała rację. Może nie byłem tak skonstruowany, ale to nie było usprawiedliwienie. Pewnie oboje popełniliśmy błędy. Ja natomiast wolałem skupić się na moich, bo właśnie za nie odpowiadałem.

Szybkim ruchem otworzyłem wino i nalałem sobie lampkę. Kieliszek do zimnego obiadu nie powinien zaszkodzić. Miałem w końcu jeszcze parę godzin, aby się wyszykować.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Dokładnie o dziewiętnastej byłem gotowy. Punktualność to moja zaleta. Co prawda niektórzy widzieli to jako wadę, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy nie czekałem na nikogo dłużej niż dziesięć minut. Oczywiście sytuacje wyjątkowe się zdarzały, ale było ich naprawdę niewiele. Uważałem zawsze, że jest to kwestia szacunku, zwłaszcza w sytuacjach biznesowych. Jeśli chcesz, żeby cię poważnie traktowano, tak się zachowuj. Dosyć proste i łatwe do zrozumienia. Tak się przynajmniej mogło wydawać, a i tak znajdowali się tacy, którym trudno było to przyswoić. Ale z takimi długo nie pracowałem. Do drugiego razu.

Ewa o tym wiedziała, ale i tak przyjechała taksówką dobre dwadzieścia minut po siódmej. Wieczór był ciepły. Wiosna trwała w najlepsze, mimo sporadycznych chłodnych dni, przypominających, że do lata jeszcze trochę czasu zostało.

Jak się okazywało, nie byłem taki zasadniczy z tą punktualnością. Na swoje usprawiedliwienie mogłem dodać, że po pierwsze nie byłem w pracy, a po drugie już zdążyłem się nastawić na tę imprezę. Minęło trochę czasu, odkąd praktycznie każdy weekend spędzałem na mieście. Może chciałem wrócić chociaż na chwilę do tamtych czasów, kiedy zdobywałem klienta za klientem, a moje pomysły na reklamy to strzały w dziesiątkę.

To były bezwzględnie czasy, kiedy jeszcze mi się chciało, a może po prostu dążyłem do wyznaczonych celów. W końcu wszystko w życiu traktowałem jak transakcję. Tej zasady nauczyłem się jeszcze w podstawówce. Najlepsze oceny równały się najlepszym prezentom. Być może kiedyś wolałbym od nich okazanie mi zainteresowania.

Dopiero po latach przeczytałem jakiś artykuł o tym zabieganiu o uwagę, że dzieci albo się buntują, albo przeginają w drugą stronę i uczą się jak najlepiej. Nigdy nie byłem kujonem, po prostu nauka przychodziła mi bez trudu. Czytałem i zapamiętywałem. Zresztą nie była to jedyna nauka, którą szybko przyjąłem. Może właśnie dlatego nie pamiętam, abym szukał uwagi kogokolwiek. Autor artykułu uważał, że musiało mieć to miejsce gdzieś na początku, którego nie pamiętałem.

Wszystko było transakcją. To pamiętałem. Pamiętałem również, że nie potrzebowałem zainteresowania. Miałem prezenty, zabawki. Skoro i tak byłem cały czas sam, to chyba rezultat transakcji liczył się najbardziej. Później dostawałem najlepszy sprzęt i płyty. Do tego wszystko się sprowadzało.

Aby mieć najlepsze, musiałem być najlepszy. I byłem. A jak jesteś najlepszy, to każdy czegoś od ciebie chce. Nawet jak twierdzi, że jest inaczej, to i tak chce. Patrzy, co może dostać, jaka może wyniknąć z tego korzyść.

Transakcje. Wymiany. Ja tobie, ty mnie.

W jednym Ewa miała rację, czego jak czego, ale złudzeń nigdy nie miałem. A czy udawałem kogoś, kim nie byłem? Pewnie najpierw należało zastanowić się, kim byłem.

Edyta, moja eks, już pod koniec małżeństwa powiedziała, że jestem jak moje reklamy, piękny na zewnątrz, ale pod spodem już pustka. Potem dodała, że nie wie, kim naprawdę jestem. Mówiła jeszcze wiele zdań na mój temat. Często sprzecznych ze sobą. Jednak zawsze miały wspólny mianownik i z pewnością nie był on dla mnie korzystny.

– Wiesz, że to jest klub? – Pierwsze słowa, które padły z ust Ewy, oczywiście dotyczyły mojego stroju.

Taksówka ruszyła w drogę.

– No co? Założyłem coś niezobowiązującego – odparłem z uśmiechem.

– Oczywiście – odpowiedziała, patrząc na jeden z moich droższych garniturów. – A ty idziesz do pracy?

– Ten jest za dobry do pracy – odpowiedziałem.

– Może powinnam ci była powiedzieć, że to jednak nie aż taka oficjalna impreza.

– Nie musiałaś, jestem właśnie ubrany nieoficjalnie.

Ewa zaczęła się śmiać.

– Z pewnością zmieszasz się z tłumem.

– Kto ci powiedział, że chcę się z kimś zmieszać? – spytałem, uśmiechając się ironicznie.

– Mój błąd, jak mogłabym pomyśleć, że chcesz się wtapiać między byle kogo. – Po wypowiedzeniu ostatnich słów, które specjalnie zaakcentowała, popatrzyła na mnie uważnie.

– No właśnie, jak? – roześmiałem się.

– Nie myśl, że twój śmiech zamaskuje fakt…

– …że jestem zapatrzonym w siebie dupkiem – dokończyłem za nią.

– Tej części z zapatrzonym w siebie nie jestem wcale taka pewna, ale co do dupka nie mam wątpliwości. Chyba nikt nie ma – dodała, a w kącikach jej ust pojawił się lekki uśmiech.

Zrobiłem urażono-smutną minę.

– Wszyscy? – Żal, jaki bił z mojego tonu, nie mógł być wyraźniejszy.

– No może nie wszyscy – odpowiedziała Ewa z udawaną troską. – Może cię to zdziwić, ale są ludzie, którzy o tobie nie słyszeli. U nich jeszcze masz szansę. Chociaż znając ciebie, to raczej jej nie wykorzystasz.

Popatrzyłem przez chwilę za okno na mijane ulice.

– Tak jak powiedziałaś wcześniej, nie udaję kogoś, kim nie jestem, więc chyba tak jest dobrze.

Wzięło mnie na refleksję.

– Szukasz kogoś, kto cię weźmie takim, jakim jesteś.

Te słowa mnie zaskoczyły, ale nie dałem tego po sobie poznać. Patrząc cały czas gdzieś w przestrzeń, odpowiedziałem:

– Dlaczego miałbym szukać?

– Bo pewnie każdy szuka – usłyszałem w odpowiedzi.

To było coś nowego. Do tej pory Ewa sprawiała na mnie wrażenie kogoś, kto raczej czerpie z życia, ile się da, nie biorąc po drodze żadnych jeńców. Nasz krótki związek był bardzo intensywny. I pewnie dlatego również krótki. Jednocześnie oboje nie mieliśmy wątpliwości, że wspólna przyszłość to nie koncepcja dla nas. Prędzej byśmy się pozabijali, a tak to nawet mogliśmy razem pracować. Odnosiłem wrażenie, że żadne z nas nie było zainteresowane związkami. Ja miałem za sobą nieudane małżeństwo, to sprawa była jasna, ale Ewa również często o tym wspominała.

Widać nie wszystko było takie, jakie się wydawało. Nawet wobec deklaracji, że nikogo nie udajemy. Postanowiłem zostawić ten temat. Ewa najwyraźniej nie chciała, aby ten temat zawisł gdzieś między nami, w związku z czym zaczęła opowiadać o tym, co prawdopodobnie miało nas czekać.

Jej znajomy był projektantem czy kimś takim, miał swoją linię ubrań, głównie męskich jak na razie, ale liczył na to, że się rozwinie biznes również w żeńską stronę. Miał pomysł, miał dobry odbiór, to, czego potrzebował, to inwestorzy, aby mógł wejść na wyższy poziom tak produkcji, jak i sprzedaży. I to też już chyba właściwie zdobył. Ta część nie do końca była dla mnie jasna, czy ta impreza to było świętowanie kontraktu, czy bardziej ostatni etap starania się o niego. Najwyraźniej Ewa też tego nie wiedziała. Jak na mój gust, dosyć kosztowny zabieg, jeśli nic finalnie nie zostało podpisane. Ale to nie była moja sprawa. On ma taki styl, powiedziała Ewa, i mnie to wystarczyło.

Zacząłem nawet podejrzewać, że akurat nasza obecność, jako pracowników jednej z trzech największym firm reklamowych, nie była do końca przypadkowa. Niezależnie od wszystkiego Ewa z pewnością miała zamiar się dobrze bawić, a ja, skoro się już zdecydowałem, nie miałem zamiaru siedzieć w kącie.

Nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się pod klubem. Po okazaniu zaproszenia znaleźliśmy się w środku. Wnętrze znajdujące się w starym budynku było zdecydowanie odnowione, ale w taki sposób, aby zostawić jak najwięcej starego klimatu. Musiałem przyznać, że przy lekko przyciemnionym świetle wszystko świetnie ze sobą grało. Ktoś za tę aranżację wziął kupę kasy. Cóż, dobre kosztowało. Myślę, że właścicielom ten wydatek się opłacał.

Piąta Aleja szybko stała się jednym z najpopularniejszych miejsc w stolicy, a wszelkiej maści celebryci zaczęli odwiedzać je prawdziwymi falami i oczywiście dokumentując te wiekopomne wydarzenia na swoich profilach w mediach społecznościowych. W końcu jakoś musieli mierzyć swoją wartość. Przecież nie tym, co sobą w rzeczywistości reprezentowali. Tego akurat specjalnie dużo nie było.

Klub na tym korzystał, więc nie sądzę, aby ktoś narzekał, zwłaszcza że czwartoligowi aktorzy czy inni influencerzy również nie unikali tego miejsca. Przepis na sukces gotowy.

Dlatego ja raczej unikałem takich przybytków. Przy reklamach miałem wystarczająco do czynienia z ludźmi, którzy akurat byli na topie i w których podobno warto było zainwestować i przedstawić jako tych, którzy bez naszego produktu po prostu nie mogą żyć. Wyniki finansowe zazwyczaj pokazywały, że to się opłacało, z czego w sumie powinienem się cieszyć, gdyż w innym przypadku byłbym bez pracy.

Z drugiej strony mimo tylu lat w tym biznesie nie mogłem zrozumieć, jak można kupić jakiś produkt tylko dlatego, że konkretna „znana” osoba go reklamuje. To było i jest do tej pory dla mnie niepojęte. Abstrahując naturalnie od dosyć oczywistego faktu, że robi to wyłącznie dla pieniędzy, a nie dlatego, że jakiś telefon, bank czy inna usługa są takie świetne.

Być może byłem skrzywiony, tyle lat w tej pracy może pozbawić człowieka wszelkich złudzeń. A jeśli ktoś zaczynał już bez nich, to wynik mógł być tylko jeden. Prezentowałem go ja.

Zaraz po wejściu do środka Ewa dosłownie zniknęła mi z oczu. Dokładnie tak, jak zapowiadała. Razem weszliśmy, a później już każdy sobie. Jeśli o mnie chodziło, to taki układ był idealny. Podszedłem do baru i zamówiłem piwo. Barman przez sekundę popatrzył na mnie dziwnie. Dostrzegłem, że bez problemu ocenił mój garnitur, i pewnie się spodziewał, że kupię kilkunastoletnią whisky. Musiałem go zawieść, ale niespecjalnie byłem fanem tego napoju. Gdybym jeszcze przynajmniej zamówił martini, wstrząśnięte, niezmieszane, to może moja reputacja w oczach barmana byłaby uratowana, ale piwo? Cóż, miałem nadzieję, że jakoś to dźwigniemy.

Kiedy tylko wziąłem do ręki szklankę, usłyszałem męski głos.

– Don Draper z piwem? To się nie godzi.

Przede mną stał dość przystojny mężczyzna z modnie przyciętymi włosami w garniturze zdecydowanie z najwyższej półki. Szybko domyśliłem się, że mam przed sobą gospodarza tej imprezy, a fakt, że przywołał mnie imieniem i nazwiskiem chyba najpopularniejszej postaci z reklamy w całej popkulturze, świadczył o tym, że tak jak myślałem, moja obecność tutaj tylko pozornie była przypadkowa.

– Widocznie nie taki ze mnie znowu Draper – odpowiedziałem.

– Ja słyszałem co innego.

Na twarzy mężczyzny gościł szeroki uśmiech, ale oczy miał skupione i czujne. Można było odnieść wrażenie, że mimo pozornie luźnej atmosfery całej imprezy losy mojego rozmówcy nie były jeszcze w pełni przesądzone.

– Ludzie lubią gadać – odparłem, upijając trochę piwa.

– Nie da się ukryć, ale dzięki temu można się dowiedzieć, kto jest w czymś najlepszy – powiedział, cały czas uważnie na mnie patrząc.

– Temu to akurat nie zaprzeczę.

Mężczyzna roześmiał się i jakby na moment zeszło z niego napięcie.

– Szymon. – Wyciągnął do mnie dłoń.

– Kuba – odparłem, odwzajemniając uścisk.

– Dzisiaj jest co prawda czas na zabawę, ale chciałbym z tobą zamienić kilka słów na temat mojego małego przedsięwzięcia.

Przytaknąłem głową. Transakcja to transakcja.

– Na razie muszę cię zostawić. Obowiązki wzywają. Baw się dobrze. – Wskazał ręką na wnętrze, w którym przy muzyce bawiło się parę osób. Bądź co bądź było jeszcze wcześnie.

– Taki mam zamiar – odparłem.

Zanim zdążyłem przyłożyć szklankę ponownie do ust, już go nie było. Bardzo konkretne parę minut. Musiałem powiedzieć, że już mi się spodobał. Powiedział, co miał do powiedzenia, i zniknął. Obaj wiedzieliśmy, o co chodzi.

Ludzie mieli tendencje do gadania, do opowiadania, do wprowadzania, zanim naprawdę powiedzieli, o co im chodzi, a im pewniej się czuli, tym więcej gadali. Tak jakby ta cała historia, którą chcieli opowiedzieć, była choć trochę ważna dla słuchającego. Prawda była taka, że to oni sami chcieli ją wyrzucić z siebie, aby pokazać, jacy są, aby można było ich poznać i zobaczyć w nich ludzi. Problem w tym, że słuchający też by musiał tego chcieć. Ja z pewnością nie chciałem. Często musiałem to wytrzymywać, w końcu klient nasz pan, ale żebym to lubił?

Tym bardziej doceniłem te parę chwil z Szymonem. Oczywiście później mogło się okazać, że gęba mu się nie zamknie, ale jakoś w to wątpiłem.

Krótko i konkretnie. Byłem zwolennikiem załatwiania spraw od razu. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby później sobie porozmawiać już na luzie. Najpierw transakcja, a później, jeśli obie strony mają ochotę, możemy się „poznawać”. Wtedy taka rozmowa mogła nawet nosić znamiona bezinteresownej. Natomiast sztywne wymienianie uwag, uważając na każde słowo, gdyż cel znajdował się dopiero przed nami, było dla mnie, delikatnie mówiąc, bezcelowe i jeśli rozmówca nie przechodził szybko do meritum, ja to robiłem.

– Poznałeś gospodarza? – usłyszałem nagle.

Ewa trzymała jakiegoś kolorowego drinka w rękach, a na twarzy miała szeroki uśmiech.

– Mogłaś mi powiedzieć – stwierdziłem spokojnie.

– Przecież wszystko jest transakcją – odparła wesoło. – Wiedziałam, że się domyślisz. A zresztą muszę myśleć o mojej, znaczy naszej, pracy. On wie, gdzie pracuję, no i z kim, więc siłą rzeczy jakoś tak wyszło, a jeśli wszystko wypali, to szykuje się duża kampania.

– I pewnie chciałabyś się tym zająć? Już pewnie masz jakieś pomysły – stwierdziłem coś, co było raczej oczywiste.

– Pewnie mam – odparła, po czym roześmiała się i tak jak się nagle pojawiła, tak zniknęła.

Zdążyła jeszcze życzyć mi dobrej zabawy i tyle ją widziałem.

Teraz powinienem się wtopić w tłum, pomyślałem. Rozejrzałem się po sali. Co niektórzy kiwali w moim kierunku głową z odległości. Część z nich rozpoznawałem, część pewnie rozpoznawała mnie. Tym drugim byłem zaskoczony, ponieważ trudno było mnie znaleźć w internecie, nie miałem Facebooka ani Instagrama, również nie tweetowałem i nie prowadziłem żadnego swojego kanału. Jedyna aplikacja, z której korzystałem, to był Spotify – muzykę musiałem mieć przy sobie.

Może ci ludzie, patrząc na mnie, uznawali, że jestem kimś, komu warto się ukłonić. Z tym nie miałem zamiaru dyskutować, to w końcu był ich wybór.

Dopiłem piwo i odstawiłem szklankę. Czas ruszyć do przodu. Czy jeszcze potrafiłem się bawić?

Po kilku godzinach, kilku piwach więcej i rozmowach ze znajomymi i z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałem, uznałem, że chyba jednak kiedyś potrafiłem się lepiej bawić. Kiedy jeszcze przed ślubem zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, a moje nazwisko zaczęło się liczyć w świecie reklamy i powoli wychodzić poza niego, ludzie też wciąż coś ode mnie chcieli, a krąg tak zwanych przyjaciół ciągle się powiększał. Owszem, wiedziałem wtedy, że wszystko sprowadza się do transakcji. Jeśli nie mamy się czym wymienić, to kolekcjonujemy zobowiązania. Nie masz teraz nic dla mnie, to będziesz mi winny. Transakcja z odroczonym terminem spłaty. Szybko też się nauczyłem, że niektórzy nie mają nic do zaoferowania i raczej nigdy nie będą mieli. W takich sytuacjach nie mieliśmy o czym rozmawiać.

W tamtym czasie podchodziłem do wszystkiego z większym zrozumieniem. Tak działa świat, to zawsze było oczywiste. Teraz jednak mnie to mierziło. Będąc tego częścią, kiedyś potrafiłem się przy tym bawić. Obecnie już chyba nie. Zaczynałem mieć powoli dość. To był jednak mój wolny czas.

Oddałem przysługę Ewie, że się tutaj znalazłem. Porozmawiałem również dłużej z Szymonem. Na szczęście przy drugiej konwersacji był tak samo konkretny jak przy poznaniu i dosyć szybko położyliśmy podwaliny pod ewentualną współpracę. Ewa miała rację, to mógł być bardzo dobry klient, zwłaszcza że z tego, co zdążyłem się zorientować przez ostatnie godziny, był zdecydowanie na fali wznoszącej.

Co prawda nie tego oczekiwałem od sobotniego wieczoru, ale biznes to biznes, w myśl zasady, że jesteś tak dobry, jak twoja ostatnia praca. A od ostatniej mojej nagrody Effie minęło parę lat. Zawsze byłem gdzieś w czołówce, ale liczyła się przecież tylko główna nagroda. Bajanie o tym, jak ważne jest samo wzięcie udziału, było dobre dla przegranych, o nich nikt nie pamiętał.

Zresztą z tego powinniśmy wycisnąć więcej niż z naszych ostatnich zleceń. Jeśli tylko to, co usłyszałem – że eko, że najlepsza jakość, żadne chińskie fabryki z dziećmi, wszystko lokalnie z najlepszych materiałów – okaże się prawdą, można było naprawdę zrobić kampanię trafiającą w nasze czasy. Nie wiem, jak to się miało opłacać, ale przynajmniej mogłem się w to zaangażować z czystym sumieniem. A to już było coś.

Już miałem zacząć się zbierać. Nawet wyciągnąłem telefon, aby zadzwonić po taksówkę, kiedy coś mnie powstrzymało. Stałem tyłem do tego czegoś i nie sądzę, abym wcześniej z jakiegoś powodu chciał się odwrócić. Po prostu w pewnym momencie poczułem, że muszę. A może to teraz, patrząc z dystansu, wydaje mi się, że coś poczułem. To było takie bardziej automatyczne, jakbym musiał się odwrócić, jakby mnie coś przyciągało. To jest tak, jak czasem instynktownie czujemy, że ktoś nam się przygląda, i podążamy wzrokiem w kierunku tej osoby.

Wtedy tak właśnie podążyłem. Mój wzrok nie napotkał niczyjego spojrzenia i jeśli ktoś mnie obserwował, to zdążył się odwrócić. Ja natomiast zobaczyłem ją, siedzącą na końcu baru ze wzrokiem wbitym gdzieś w przestrzeń. Przed nią do połowy pełny kieliszek. Na oko z martini. Barman mógł być dumny. Podszedł do niej jakiś mężczyzna. Nie wiem, co mu powiedziała, ale nawet nie odwróciła głowy w jego kierunku, a on i tak po chwili odszedł. Mijał mnie, więc mogłem mu się wyraźnie przyjrzeć i z pewnością to, co malowało się na jego twarzy, nie można było nazwać zadowoleniem.

Przez chwilę stałem wpatrzony w profil kobiety. Miała nieduży nos i wyraźnie zarysowane usta. Blond włosy były spięte z tyłu, tak jakby nie miała czasu przygotować lepszej fryzury (w przeciwieństwie do dziewięćdziesięciu procent obecnych tu kobiet) albo jej po prostu nie zależało. Miała na sobie czerwoną sukienkę z odkrytymi plecami. Pierwsze skojarzenie miałem takie, że to jest po prostu koszula nocna. Niesamowicie seksowna koszula nocna, muszę dodać.

Było to dosyć absurdalne przypuszczenie, ale w tej sylwetce siedzącej nieruchomo z tym pojedynczym drinkiem przed sobą było coś nonszalanckiego. Jakby całą swoją osobą oznajmiała światu, że ma go gdzieś. Nawet nie wiem, skąd mi się ten opis pojawił w głowie i jakim cudem to wszystko wyczytałem.

Odruch, ułamek sekundy i wydaje ci się, że wiesz wszystko. A tak naprawdę nie wiesz nic. Nie znasz tej osoby. Ale w tamtej chwili wiedziałem, że chcę ją poznać, mimo że jej postawa wydawała mi się deprymująca i z jakiegoś powodu pewność siebie, która zazwyczaj towarzyszyła mi w kontaktach z innymi, gdzieś w tajemniczy sposób się ulotniła.

Inna sprawa, że ta moja niby pewność siebie wynikała głównie z faktu, że to o mnie zawsze zabiegano, o moje towarzystwo, o moją opinię. A że specjalnych problemów z wyrażaniem myśli nie miałem, to jedno nakręcało drugie. I tak zostało do dziś. To nie ja podchodziłem do innych, to oni podchodzili do mnie. Trudno było mnie zdeprymować.

Do dzisiaj.

Ruszyłem powoli w jej kierunku. Wydawało mi się, że stałem i wpatrywałem się w nią całą wieczność. To mogło rzucić się w oczy. Nie żebym się tym przejmował, ale to była kolejna postawa nie w moim stylu.

Po drodze uścisnąłem jeszcze jakieś dłonie. Nie wiem czyje, bo nie mogłem oderwać oczu od niej. Ona z kolei była jak zatrzymana w czasie. Nawet nie drgnęła. Już widziałem jej smukłą szyję. Nie miała na niej nic, żadnego wisiorka czy naszyjnika. Po co ozdabiać coś, co jest samo w sobie jest piękne?

Szybko spojrzałem na dłonie. Na lewym nadgarstku miała coś, co wyglądało jak czerwona nitka. Nawet nie wiem, dlaczego gdzieś z mojego wnętrza wydobył się oddech ulgi, gdy nie dostrzegłem obrączki na jej palcu. Nie zauważyłem zresztą żadnego pierścionka. Jedyną biżuterię stanowiła ta nitka.

Byłem już dosłownie o krok od niej. Już wyraźnie czułem zapach jej perfum i widziałem lekkie napięcie na plecach. Może jednak nie była tak bardzo zrelaksowana, na jaką chciała wyglądać? I teraz powinienem coś powiedzieć. Jak na człowieka żyjącego z „nawijania makaronu na uszy”, wyjątkowo czułem pustkę w głowie. Nie zdarzyło mi się, żeby kobieta tak na mnie podziałała.

A przecież nawet tak naprawdę się jej nie przyjrzałem, nie mówiąc o tym, że nie usłyszałem jej głosu. Coś ze mną z pewnością było nie tak, ale szedłem dalej. Musiałem iść.

– Czy to miejsce jest wolne? – Nie najlepszy tekst otwarcia, ale też nie najgorszy, a dawał mi trochę czasu.

Inna sprawa, że nie pomyślałem, co będzie, gdy odpowie przecząco. Na szczęście, nawet na mnie nie spoglądając, kiwnęła nieznacznie głową. Było to tak delikatne skinięcie, że gdyby nie moje dobre chęci, mógłbym je przegapić.

Usiadłem obok. W tym momencie, jak na zawołanie, pojawił się mój znajomy barman i nie czekając na to, co powiem, spytał:

– Piwo?

Potwierdziłem kiwnięciem głową. Przez moment zastanawiałem się, czy nie powinienem zamówić czegoś bardziej wyszukanego, ale nigdy nie robiłem nic wbrew sobie, aby tylko zaimponować innym. Fakt, że o tym pomyślałem, potwierdzał tylko moje przypuszczenia, że coś się ze mną działo.

– Don Draper i piwo? Kto by pomyślał?

Drugi raz dzisiaj usłyszałem takie pytanie. Kobieta jednak wciąż patrzyła przed siebie. Czyżby widziała wcześniej moje „podchody”, jak się na nią patrzyłem i jak zbierałem się w sobie, aby do niej podejść? Najwyraźniej tak, na dodatek ewidentnie wiedziała, kim jestem.

– Może nie taki ze mnie Don Draper – użyłem mojej wcześniejszej odpowiedzi.

– Bez spieprzonego dzieciństwa i bez nadużywania alkoholu, że wymienię tylko dwie rzeczy.

Mówiła powoli, głos miała ciepły, ale była w nim pewna magnetyzująca szorstkość.

– Co do pierwszego, to musiałbym pomyśleć. Choć uważam, że są tacy, co mają gorzej. Natomiast nie mam doświadczeń wojennych i z pewnością jestem tym, kim jestem.

Szybko odniosłem się do życiorysu bohatera kultowego już serialu „Mad Men” o świecie reklamy w Nowym Jorku na przestrzeni kilku dekad, poczynając od lat pięćdziesiątych poprzedniego wieku. Dzieło bezwzględnie kultowe, a w mojej profesji wręcz obowiązkowe. Jego główną postacią, o której zdążyli wspomnieć moi rozmówcy, był właśnie Don Draper. Człowiek, który sam doszedł na szczyt świata reklamy, mimo że zaliczył nie tylko ciężkie dzieciństwo, ale również wojnę w Korei, co nie pozostało bez wpływu na jego dalsze życie.

– I to jest coś dobrego? Bycie tym, kim się jest?

Kończąc pytanie, spojrzała w moją stronę. Jej oczy w wyraźny sposób mnie zlustrowały. Z pewnością chodziło jej o to, abym wiedział, że to robi. W kącikach ust, które miały kolor sukienki, błąkał się lekko ironiczny uśmiech, który tylko dodawał jej uroku. Nie mogłem oderwać wzroku od jej oczu. Jakbym tonął, jakbym się w nich zapadał, i ona na pewno zdawała sobie z tego sprawę.

Nie chciałem odkryć od razu swoich kart. Abstrahując, że nie miałem pojęcia, co się w nich znajduje, choć już zdążyłem je wszystkie wyłożyć.

– W świecie, gdzie praktycznie wszystko jest jakąś sztuczną kreacją, myślę, że tak – odpowiedziałem na zadane pytanie.

– I ty jesteś prawdziwy? – Jej kpiący uśmiech jeszcze bardziej się rozszerzył.

– Gdy ostatnim razem sprawdzałem, wszystko się zgadzało.

– Ponowię moje pytanie: tak jest dobrze? W końcu na co dzień zajmujesz się reklamą, czyli w sumie takim uprawomocnionym kłamstwem.

Ale jak ja je sprzedaję! – pomyślałem.

– Wiesz, nie jestem prawnikiem ani księdzem, u mnie kłamstwo nie udaje prawdy. Wszyscy wiedzą, czym reklama jest. Raczej nikogo nie oszukuję.

Przez moment wydawało mi się, że mój komentarz ją rozbawił, mimo że cały czas to ukrywała pod zasłoną ironicznego uśmiechu.

– A jednak tylu ludzi to łyka – stwierdziła.

Wzruszyłem ramionami. Gdyby tak zwani ludzie, albo jak to się mówiło ładnie – target, mieli chociaż gram rozumu, pewnie zostałbym bez pracy, ale świat był, jaki był. Ja tylko rozumiałem zasady gry.

– Nie twoja wina, to tylko praca, tak? – dodała.

– Owszem. I nie udaje tego, czym nie jest.

– Tak jak ty. Ale w nią nie wierzysz?

– To jest praca – roześmiałem się.

– Dzięki niej jesteś tym, kim jesteś.

– Nie – odparłem. – Dzięki sobie jestem tym, kim jestem. Praca to tylko środek.

– A nie spełnienie marzeń?

Zadawała poważne pytania, ale czułem, że gdzieś czai się pułapka.

Tym razem jednak musiałem się powstrzymać od wybuchu śmiechu. Marzeń? Cóż to w ogóle było?

– Ja nie mam marzeń – odparłem. – Jeśli już, to cele.

– Wiesz, jak to brzmi?

– Jak najgorszy korpobełkot. Wiem o tym, ale nie ma to ze mną nic wspólnego.

– Bo ty jesteś ponad to.

– Jestem – potwierdziłem.

Może nie było to najbardziej dyplomatyczne stwierdzenie, ale miałem przeczucie, że lepiej wyjść na zadufanego niż na nieszczerego dupka. Dupek oczywiście zostawał, ale wiedziałem, że i tak większość ludzi, których znałem, za takowego mnie uważała. Nie przeszkadzało im to łasić się do mnie przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Odniosłem wrażenie, jakbym trochę bardziej przykuł jej uwagę. Może rzeczywiście ceniła sobie szczerość. Na pewno nie był to towar, który występował w nadmiarze, tak tutaj, jak i na zewnątrz.

Nasza krótka wymiana zdań z pewnością nie przypominała innych, prowadzonych w podobnych okolicznościach. Zdecydowanie zasady rozmów przy barze nie obejmowały takiej formy.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, jakby temat się wyczerpał. Gdy patrzyłem w jej oczy, czułem, że ważyły się moje losy, że właśnie zapadały decyzje dla mojego być albo nie być.

– Cynicznie – stwierdziła, ale nie doszukałem się w jej tonie niczego negatywnego. – Wierzysz w cokolwiek?

W transakcje, w coś za coś i że nigdy nie ma nic za darmo, że każdy czegoś chce, a jak tego nie ma, to chce jeszcze bardziej, a kiedy to zdobędzie, to najczęściej nie wie, co z tym zrobić, bo już chce następnej rzeczy, która w danym momencie jest poza jego zasięgiem.

Wiedziałem, że tak wygląda świat, ale żebym w to wierzył, jak w jakąś mantrę?

A może chodziło jej o Boga? Z tym było jeszcze trudniej, bo jeśli stworzył człowieka na własne podobieństwo, to naprawdę nie była najlepsza rekomendacja Jego mocy. Prędzej działało to w drugą stronę, to człowiek stworzył Boga na swój wzór, a to było jeszcze gorsze. Ponadto żyłem pod szerokością geograficzną, gdzie samozwańczy przedstawiciele Najwyższego stanowili encyklopedyczną wręcz definicję siedmiu grzechów głównych, a sianie nienawiści przez fanatycznych wyznawców stanowiło ich najmniejszą przewinę.

Niezależnie jednak od tego, o co jej chodziło, odpowiedź na takie pytanie mogła być tylko jedna.

– W nic nie wierzę – odparłem zdecydowanie.

Smutny uśmiech na jej twarzy powiedział mi, że dokładnie takiej odpowiedzi oczekiwała.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Tomasz Kieres, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiekformie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to takżefotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwemnośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Sylwia Turlejska (studio-kreacji.pl)

Zdjęcie na okładce: © Marta Syrko / Trevillion Images

 

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-582-9

 

 

Wydawnictwo Filia

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.