Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 546 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach - Opracowanie zbiorowe

Zabawny zbiór krótkich historyjek z życia znanych ludzi. Autor zestawił je w grupy związane z zawodem czy rolą, jaką dana osoba odegrała w historii świata. Są wśród nich władcy i politycy, wodzowie i wojskowi, duchowni i święci, uczeni i wynalazcy, filozofowie, pisarze, poeci i dziennikarze, malarze, rzeźbiarze, muzycy, aktorzy i piosenkarze, gwiazdy telewizji i sportu. Książka wzbogaca naszą wiedzę o życiu prywatnym znanych osób, jest też miłą i pełną humoru lekturą relaksującą.
Antologia zawiera około 1500 anegdot, podzielonych na 14 rozdziałów. Na końcu książki znajduje się indeks z krótkim opisem występujących w niej osób.

Opinie o ebooku Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach - Opracowanie zbiorowe

Cytaty z ebooka Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach - Opracowanie zbiorowe

Cesarz austriacki Franciszek Józef I zwiedzał kiedyś więzienie. Kiedy tylko wszedł, natychmiast rzuciło mu się do nóg kilku skazańców, prosząc o łaskę i zapewniając, że są całkowicie niewinni. Sytuacja powtarzała się przy każdej niemalże celi. Wreszcie jeden więzień nie poruszył się na jego widok. – Za co tu jesteś? – zapytał zdziwiony władca. – Za kradzież, rozbój, gwałt, oszustwo i morderstwo. – Popełniłeś to wszystko? – Tak. Cesarz zawołał dyrektora więzienia: – Proszę natychmiast wypuścić tego łotra, żeby nie psuł tych wszystkich zacnych ludzi, którzy tu siedzą.
Polityk i ambasador rosyjski w Paryżu Aleksander Izwolski nie odznaczał się – delikatnie mówiąc – urodą. Pochodził z biednej rodziny, a wybił się tylko dzięki swoim zdolnościom. Jako początkujący dyplomata oświadczył się pewnej bardzo zamożnej damie, lecz spotkała go odmowa. Gdy po latach zapytano ową damę, czy nie żałuje kosza, jakiego dała ambasadorowi, odpowiedziała: – Nie ma dnia, żebym tego nie żałowała. I nie ma nocy, żebym z tego nie była zadowolona.
Mam jedną wadę – powiedział kiedyś Abraham Lincoln – Nie potrafię powiedzieć „nie”. Na szczęście Bóg nie uczynił mnie kobietą. Gdyby stworzył mnie kobietą, musiałby stworzyć mnie tak brzydkim, jakim mnie właśnie stworzył, aby nikt nie dybał na moją cnotę.
W roku 1948, w czasie kampanii wyborczej, Harry Truman odbył spotkanie na terenie rezerwatu indiańskiego. Zapewniał Indian o tym, że jeśli będą głosować na niego, poprawią się warunki ich życia. Za każdym razem, kiedy Truman składał jakąś obietnicę, tłum Indian krzyczał: – Umpa! Umpa! Zachęcony tymi okrzykami Truman z tym większą emfazą zgłaszał kolejne obietnice. – Umpa! Umpa! – odpowiadali zgromadzeni. Po wiecu Truman wracał do swojego pociągu. Drogę przecięło im duże stado bydła. Towarzyszący prezydentowi Indianin ostrzegł: – Panie prezydencie, niech pan uważa, by nie wdepnąć w umpa.
Kiedy późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson był gubernatorem New Jersey, otrzymał telefon z Waszyngtonu z informacją, że nagle zmarł jeden z senatorów, jego bliski przyjaciel. Wilson zasmucił się i natychmiast odwołał zaplanowane na ten dzień różne imprezy. Chwilę potem zadzwonił jeden z polityków z New Jersey, oświadczając, że chciałby zająć miejsce zmarłego senatora. Zszokowany tak pospiesznym działaniem Wilson odpowiedział: – Jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciwko temu, ale nie wiem, czy zgodzi się na to grabarz.
Pewnego razu Woodrow Wilson, rozeźlony przez jednego ze swych politycznych przeciwników, napisał do niego list: „Szanowny Panie. Będąc dżentelmenem nie mogę napisać, co sądzę o panu. Moja sekretarka, jako dobrze wychowana osoba, także nie mogłaby go napisać. Ponieważ pan nie jest ani dżentelmenem, ani dobrze wychowaną osobą, zapewne zrozumie, co mam na myśli”.
Jaką kobietę najbezpieczniej pojąć za żonę? – zapytano kiedyś Arystotelesa. – Doprawdy nie wiem – odpowiedział mędrzec. – Gdy poślubisz piękną, będzie cię zdradzać; brzydka z kolei nie będzie ci się podobać. Z ubogą czeka cię nędza, bogata zapanuje nad tobą, głupia cię nie zrozumie, a mądra zlekceważy. Najlepiej więc w ogóle się nie żenić…
Pewien gaduła zanudzał Arystotelesa jałowymi opowiastkami i po każdej zapytywał filozofa: – Prawda, mistrzu, jakie to interesujące? – Moim zdaniem – odpowiedział po pewnym czasie Arystoteles – interesujące jest to, że człowiek posiadający dwie zdrowe nogi, jak na przykład ja, nie odchodzi, a traci czas, słuchając tych opowiadań, młody człowieku.
Gdy rzymski wódz i mąż stanu Juliusz Cezar wylądował w Hadzumetum (dzisiejsza Suza we wschodniej Tunezji), wywrócił się i upadł na twarz. Wypadek ten mógł zostać uznany przez żołnierzy jako zły znak. Cezar nie stracił jednakże przytomności umysłu i nie podnosząc się z ziemi, zawołał: – Afryko, biorę cię w posiadanie!
Niezadowolony z pracy swego ministra skarbu, Napoleon Bonaparte kazał mu się podać do dymisji. – Mam nadzieję, że Wasza Cesarska Mość nie oskarża mnie o nadużycia finansowe – powiedział ów minister, pragnąc ratować swą reputację. – Wolałbym mieć do pana właśnie takie pretensje – odparł cesarz. – Złodziejstwo ma bowiem swe granice, głupota natomiast nie!
Kiedy generał znalazł się już w wymienionym lokalu przy ulicy Floriańskiej, otoczył go falujący bełkot dogasającej już o tej porze balangi, pokrzykiwania pijaczków, nawoływania alfonsów, grypsera złodziei i piski przedstawicielek najstarszego zawodu świata.
Robert Wilhelm Bunsen, wybitny chemik niemiecki, profesor uniwersytetów w Marburgu i Heidelbergu, zasiedział się pewnego razu do późna w nocy u znajomych. Z uwagi na to, że mieszkał dość daleko, a także na padający coraz mocniej deszcz, gospodarze zaproponowali, aby przenocował u nich. Po jakimś czasie, po wyjściu wszystkich gości okazało się, że profesora także nie ma. Gospodarze uznali więc, że widocznie się rozmyślił i mimo fatalnej aury postanowił jednak wrócić do domu. Jakież było ich zdziwienie, gdy po kilku kwadransach, gdy wszyscy gotowali się do snu, rozległo się pukanie do drzwi i stanął w nich przemoczony do suchej nitki Bunsen z dużym pakunkiem pod pachą. – Co się z panem działo? – wykrzyknął gospodarz. – Przecież miał pan u nas zostać na noc! – Oczywiście – odparł profesor z kamiennym spokojem – z radością przyjmuję państwa gościnę. Ale musiałem przynieść sobie z domu nocną koszulę.
Einstein był akurat z wizytą u przyjaciół, kiedy zaczął padać deszcz. Na odchodnym zaproponowano mu pożyczenie kapelusza, ale Einstein odmówił. – Po co? – powiedział – Wiedziałem, że będzie deszcz i naumyślnie nie wziąłem kapelusza. Schnie o wiele wolniej od moich włosów.
Ktoś powiedział Einsteinowi, że w hitlerowskich Niemczech wydano wielką książkę podważającą jego teorię względności, w której przytoczono wypowiedzi stu profesorów. – Gdyby moja teoria była nic niewarta, jeden wystarczyłby w zupełności – odpowiedział na to wielki uczony.
Einstein objeżdżał uniwersytety amerykańskie, gdzie miał wykłady o swej teorii względności. Podróżował w limuzynie z kierowcą. Pewnego dnia w czasie jazdy kierowca rzekł do uczonego: – Panie doktorze, ja już słyszałem pana wykład ze trzydzieści razy. Znam go na pamięć i słowo daję, sam bym mógł go wygłosić. – Świetnie! Można spróbować. Tam, dokąd teraz jedziemy, nikt mnie osobiście nie zna. Ja włożę pana czapkę, pan przedstawi się za mnie i wygłosi wykład – odrzekł Einstein. Gdy kierowca skończył wykład i zbierał się do odejścia, zatrzymał go jeden z profesorów obecnych na wykładzie, prosząc o odpowiedź na wielce skomplikowane pytanie, pełne wzorów matematycznych. Kierowca bez namysłu odrzekł: – Odpowiedź na to pytanie, profesorze, jest tak prosta, iż nie mogę się nadziwić, że je pan zadał. Aby pana przekonać, jak bardzo prosty jest ten problem, zwrócę się do mego kierowcy, aby go rozwiązał.
W czasie jednego ze swoich wykładów David Hilbert powiedział: – Każdy człowiek ma pewien określony horyzont myślowy. Kiedy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, zamienia się w punkt. Wtedy człowiek mówi: To jest mój punkt widzenia.
Pewnego paskudnego jesiennego wieczoru w mieszkaniu Hugo Steinhausa zadzwonił telefon. – Panie profesorze – zażądał rozmówca – za godzinę na dworcu zjawi się delegacja radzieckich uczonych i musi pan… to znaczy prosimy, żeby ich pan powitał. – Drogi kolego – odpowiedział Steinhaus. – Jestem zdrowy na umyśle, natomiast słaby na ciele. Gdyby było na odwrót, pospieszyłbym niezwłocznie.
Francuska pisarka Gabriela Colette została zaproszona na kolację. Posadzono ją przy stole obok jakiegoś ponurego typa, który przez cały wieczór nie odezwał się nawet jednym słowem. W pewnym momencie znudzona Colette zwróciła się do niego w te słowa: – Drogi panie, pan jest dziwnie monotonny. Myślę, że moglibyśmy w końcu pomilczeć o czym innym.
W pewnym towarzystwie, w którym przebywał francuski pisarz Georges Feydeau, rozprawiano o Rotszyldzie. Jeden z uczestników dyskusji powiedział: – To człowiek strasznie bogaty. Byłbym szczęśliwy, gdybym miał tylko to, co ukradł innym ludziom. – Ale wtedy nic by mu nie zostało! – zawołał Feydeau.
Po ukazaniu się Księgi dżungli jeden z przyjaciół Rudyarda Kiplinga spytał go: – Gdyby lew przestał istnieć, to jakie zwierzę powinno zostać królem zwierząt? – Nie wiem – odrzekł pisarz. – Wiem tylko jedno, że na pewno nie słoń. – A to dlaczego? – Bo słoń jest na to za uczciwy!

Fragment ebooka Najlepsze anegdoty o sławnych ludziach - Opracowanie zbiorowe

Re­dak­cja

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Żak

Ko­rek­ta

Ze­spół

Fo­to­gra­fie na okład­ce

© Wi­ki­me­dia Com­mons

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Da­mian Wa­la­sek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

ISBN 978-83-7835-085-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WŁAD­CYKRÓ­LO­WIECE­SA­RZE

Przed kró­lem Spar­ty Age­zy­la­osem sta­nę­ło pew­ne­go dnia kil­ku moc­no po­zna­czo­nych bli­zna­mi wo­jow­ni­ków.

– Te rany, kró­lu, są do­wo­dem, że nie ucie­ka­li­śmy przed nie­przy­ja­cie­lem – za­czę­li się chwa­lić.

– Wie­rzę – od­po­wie­dział Age­zy­la­os. – Wo­lał­bym wsze­la­ko mieć na służ­bie tych, któ­rzy was tak po­kie­re­szo­wa­li.

Car Alek­san­der I Ro­ma­now otrzy­mał raz od bied­ne­go jesz­cze wte­dy po­ety Chea-ple­ra to­mik po­ezji z de­dy­ka­cją. Po­dzię­ko­wał mu w ten spo­sób, że ka­zał zwią­zać set­kę bank­no­tów sto­ru­blo­wych na kształt książ­ki i – umie­ściw­szy na kar­cie ty­tu­ło­wej na­pis: „Po­ezje Alek­san­dra I” – po­słał ją Che­aple­ro­wi. Na­za­jutrz po­eta od­pi­sał:

„Po­ezje te po­do­ba­ły mi się tak bar­dzo, że pra­gnął­bym czym prę­dzej prze­czy­tać tom dru­gi”.

Po kil­ku dniach otrzy­mał to, o co pro­sił, jed­na­ko­woż na koń­cu prze­sył­ki od cara zna­la­zły się sło­wa:

„Ko­niec tomu dru­gie­go i ostat­nie­go”.

Kie­dy 4 kwiet­nia 1886 roku Dy­mitr Ka­ra­ko­zow do­ko­nał w Pe­ters­bur­gu nie­uda­ne­go za­ma­chu na ży­cie cara Alek­san­dra II, ten w pierw­szym po­ry­wie wy­krzyk­nął do poj­ma­ne­go:

– Ty Po­lak?

– Nie – od­parł Ka­ra­ko­zow.

– To za co? – za­py­tał zdu­mio­ny car.

Król Ka­sty­lii Al­fons X, zwa­ny Mą­drym, od­zna­czył kie­dyś jed­ne­go z uczo­nych naj­wyż­szym or­de­rem kró­le­stwa.

– Dzię­ku­ję Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści za krzyż, na któ­ry w peł­ni za­słu­ży­łem – po­wie­dział uczo­ny.

– Jak to jest – za­py­tał nie­co zdzi­wio­ny ta­kim bra­kiem skrom­no­ści mo­nar­cha –  że wszy­scy do­tąd prze­ze mnie od­zna­cza­ni, dzię­ku­jąc za uho­no­ro­wa­nie mó­wi­li, że na wy­róż­nie­nie nie za­słu­gu­ją?

– Praw­dę szcze­rą mó­wi­li – pa­dła od­po­wiedź.

Au­gust II Moc­ny sły­nął ze swej siły fi­zycz­nej. Bę­dąc pew­ne­go razu w po­dró­ży, za­je­chał do przy­droż­nej kuź­ni, aże­by mu ko­wal pod­kuł ko­nia. Kie­dy pod­ko­wa zo­sta­ła już zro­bio­na, król wziął ją do ręki, zła­mał i od­rzu­ciw­szy na bok, po­wie­dział:

– Kiep­ska!

Kie­dy przy­szło do pła­ce­nia, wrę­czył jed­nak ko­wa­lo­wi ca­łe­go ta­la­ra, co na owe cza­sy było sumą do­syć znacz­ną. Ko­wal wziął mo­ne­tę, zła­mał ją w pal­cach i rzu­ciw­szy kró­lo­wi pod nogi, rzekł:

– Kiep­ska!

Po­dob­no za­sko­czo­ny Au­gust dał dow­cip­ne­mu ko­wa­lo­wi jesz­cze kil­ka ta­la­rów.

Król Au­gust II Moc­ny je­chał przez Pod­la­sie. Miej­sco­wi wie­śnia­cy nie mo­gli ta­kiej oka­zji prze­oczyć, nig­dy prze­cież mo­nar­chy nie wi­dzie­li. Tym­cza­sem Au­gust zmę­czo­ny za­snął w ką­cie ka­re­ty, a w oknie po­wo­zu po­ja­wi­ła się gło­wa wy­glą­da­ją­ce­go bul­do­ga.

– Jaki ten Naj­ja­śniej­szy Pan do psa po­dob­ny – sko­men­to­wał je­den z wi­dzów.

Król Da­nii Chri­stian X przy­był kie­dyś na otwar­cie por­tu w mie­ście Aar­hus. Po dro­dze wi­ta­ły go na uli­cy tłu­my dzie­ci, wzno­sząc okrzy­ki na cześć wład­cy i ma­cha­jąc cho­rą­giew­ka­mi.

– Skąd tu się wzię­ło aż tyle dzie­ci? – za­py­tał mo­nar­cha to­wa­rzy­szą­ce­go mu bur­mi­strza.

– Ach, Wa­sza Kró­lew­ska Mość – od­parł za­gad­nię­ty – toż na tę uro­czy­stość przy­go­to­wy­wa­li­śmy się już od kil­ku lat.

Ślub Ma­ry­ny Mnisz­chów­ny z Dy­mi­trem Sa­mo­zwań­cem od­był się 27 li­sto­pa­da 1605 roku w kra­kow­skim ko­ście­le Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny. Był to tak zwa­ny ślub per pro­cu­ra. Udzie­lił go bi­skup kra­kow­ski Ber­nard Ma­cie­jow­ski, a w za­stęp­stwie pana mło­de­go wy­stą­pił ro­syj­ski po­seł, Ata­na­zy Wła­siew. Gdy przy­stą­pio­no do ce­re­mo­nii za­ślu­bin, bi­skup za­py­tał zgod­nie ze zwy­cza­jem, czy Dy­mitr nie ślu­bo­wał już komu in­ne­mu wia­ry mał­żeń­skiej.

– A czy ja wiem? – od­po­wie­dział szcze­rze Wła­siew. – Pod tym wzglę­dem nie udzie­lił mi żad­nej in­struk­cji.

Król An­glii Edward VII, jesz­cze jako ksią­żę Wa­lii, czę­sto po­pa­dał w fi­nan­so­we kło­po­ty. Pew­ne­go razu zwró­cił się li­stow­nie do mat­ki, kró­lo­wej Wik­to­rii, z proś­bą o prze­sła­nie mu dzie­się­ciu fun­tów szter­lin­gów. Zna­na z su­ro­wych za­sad wład­czy­ni oczy­wi­ście nie tyl­ko, że nie prze­ka­za­ła mu ocze­ki­wa­nej kwo­ty, ale na­pi­sa­ła jesz­cze dłu­gi list pe­łen do­brych rad i po­uczeń. Po paru dniach otrzy­ma­ła od­po­wiedź:

„Dro­ga Ma­tecz­ko! Dzię­ku­ję Ci za cen­ny dla mnie list, któ­ry ze wzglę­du na nie­zwy­kłą treść uda­ło mi się sprze­dać zbie­ra­czo­wi au­to­gra­fów kró­lew­skich za dwa­dzie­ścia fun­tów!”.

Po­dró­żu­jąc kie­dyś in­co­gni­to przez Szko­cję, król Edward VII za­trzy­mał się w pew­nym ma­łym ho­te­li­ku. Rano, kie­dy wła­ści­ciel przy­niósł do po­ko­ju go­rą­cą wodę, za­stał kró­la przy go­le­niu.

– Pań­ska twarz – po­wie­dział – wy­da­je mi się zna­jo­ma. Czy pan cza­sem nie po­zo­sta­je w służ­bie u kró­la?

– Zga­dza się – od­po­wie­dział Edward VII. – Wła­śnie golę Jego Kró­lew­ską Mość.

Edward VII był bar­dzo su­ro­wy dla swo­ich dzie­ci, uwa­ża­jąc to za waż­ny ele­ment wy­cho­wa­nia. Pew­ne­go razu, pod­czas uro­czy­ste­go obia­du, jego syn – póź­niej­szy król Je­rzy VI – usi­ło­wał zwró­cić na sie­bie uwa­gę ojca:

– Ta­tu­siu – za­czął, ale nie zo­stał do­pusz­czo­ny do gło­su.

– Dziec­ko po­win­no tyl­ko od­po­wia­dać na py­ta­nia – usły­szał. – A ja o nic nie py­ta­łem.

Do­pie­ro po skoń­czo­nym obie­dzie król udzie­lił swej po­cie­sze gło­su.

– No i cóż ta­kie­go waż­ne­go chcia­łeś mi po­wie­dzieć? – za­py­tał.

– Już za póź­no – od­rzekł ma­lec.

– Jak to za póź­no?

– Za póź­no. Bo w sa­ła­cie, któ­rą ta­tuś zjadł, była gą­sie­ni­ca.

Gdy król Edward VII był jesz­cze mło­dym czło­wie­kiem, zo­stał na lek­cji re­li­gii su­ro­wo skar­co­ny przez księ­dza:

– Niech Wa­sza Kró­lew­ska Wy­so­kość nie za­po­mi­na, że jest jesz­cze coś wyż­sze­go od kró­la!

– Wiem! – za­wo­łał Edward. – As.

Pod­czas jed­nej ze swych po­dró­ży po Fran­cji król Edward VII zło­żył wi­zy­tę mi­ni­stro­wi spraw za­gra­nicz­nych Teo­fi­lo­wi Del­cas­se­mu w jego miesz­ka­niu przy bul­wa­rze Cli­chy. Gdy wy­siadł z po­wo­zu, mała kwia­ciar­ka sto­ją­ca przed do­mem po­de­szła do nie­go i po­wie­dzia­ła:

– Ma pan taką smut­ną minę. Niech pan kupi bu­kie­cik fioł­ków.

Król uśmiech­nął się, wziął bu­kie­cik i dał jej fun­ta szter­lin­ga. Dziew­czy­na za­czę­ła uważ­nie oglą­dać nie­zna­ną jej mo­ne­tę i na­gle krzyk­nę­ła ura­do­wa­na:

– Taka sama gęba jak jego!…

Kró­lo­wa Wiel­kiej Bry­ta­nii Elż­bie­ta II, zwie­dza­jąc ga­le­rię ob­ra­zów, za­trzy­ma­ła się przed por­tre­tem Sa­lo­mo­na Dic­ka. Prze­wod­nik wy­ja­śnił, że był to czło­wiek, któ­ry spro­wa­dził do An­glii ra­bar­bar.

Król Egip­tu (przed re­wo­lu­cją Na­se­ra) Fa­ruk I grał pew­ne­go razu z to­wa­rzy­stwem w po­ke­ra.

– Mam dwie pary, asy na wa­le­tach – za­de­kla­ro­wał przy spraw­dza­niu je­den z gra­ją­cych.

– Brr! Nie lu­bię ra­bar­ba­ru! – od­par­ła kró­lo­wa, pa­trząc z gry­ma­sem na ob­raz.

– A ja trój­kę dzie­sią­tek – oświad­czył dru­gi.

– Ja zaś ka­re­tę dam – po­wie­dział król i za­brał pie­nią­dze.

– Czy mógł­by pan po­ka­zać? – za­py­ta­no go.

– Po co? – zdu­miał się Fa­ruk. – Samo kró­lew­skie sło­wo po­win­no pa­nom wy­star­czyć.

An­zelm Ro­th­schild, syn za­ło­ży­cie­la słyn­ne­go domu ban­kier­skie­go, miesz­ka­ją­cy na sta­łe w Wied­niu, po­sta­no­wił wy­bu­do­wać li­nię ko­le­jo­wą. Mu­siał jed­nak otrzy­mać na to zgo­dę ce­sa­rza Fer­dy­nan­da I, któ­ry go ser­decz­nie nie­na­wi­dził. Kanc­lerz Met­ter­nich dłu­go się wa­hał z przed­ło­że­niem wład­cy pe­ty­cji ban­kie­ra. Kie­dy w koń­cu się na to zde­cy­do­wał, usły­szał ze zdu­mie­niem:

– Dać mu zgo­dę! Na­tych­miast! Mam go wresz­cie. Głu­piec! Nie wie, że tam kur­su­ją dwa omni­bu­sy ty­go­dnio­wo i za­wsze są pu­ste!

I tak po­wsta­ła jed­na z naj­bo­gat­szych i naj­więk­szych sie­ci ko­le­jo­wych Eu­ro­py, któ­rej ak­cje o no­mi­nal­nej war­to­ści 100 gul­de­nów do­szły wkrót­ce do 6000.

Za upo­śle­dzo­ne­go umy­sło­wo Fer­dy­nan­da I rzą­dził prak­tycz­nie kanc­lerz Kle­mens Met­ter­nich. Po wy­pad­kach roku 1848 ce­sarz ab­dy­ko­wał na rzecz bra­tan­ka, Fran­cisz­ka Jó­ze­fa I. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej od­wie­dził go w Pra­dze je­den z pań­stwo­wych do­stoj­ni­ków.

– Jak sto­ją na­sze spra­wy we Wło­szech? – za­py­tał go

– Ależ sire, prze­cież stra­ci­li­śmy je – od­po­wie­dział przy­by­ły.

– A na­sze spra­wy w Niem­czech?

– Sire, Niem­cy stra­ci­li­śmy rów­nież.

– Do­praw­dy nie ro­zu­miem, po co zrze­kłem się tro­nu – zi­ry­to­wał się eks­ce­sarz. – Mo­głem rów­nie do­brze jak mój bra­ta­nek od­da­wać jed­ną pro­win­cję po dru­giej.

Gru­pa dwo­rzan sta­ra­ła się prze­ko­nać Fi­li­pa II Ma­ce­doń­skie­go, aby ten usu­nął z dwo­ru oso­bę, któ­ra wy­ra­zi­ła się o nim nie­po­chleb­nie.

Pe­wien dwo­rza­nin kró­la Hisz­pa­nii Fi­li­pa IV po­zwo­lił so­bie kie­dyś wy­ra­zić się o wład­cy bar­dzo nie­przy­chyl­nie.

– Cóż – od­rzekł wład­ca. – Gdy­bym chciał po­zbyć się tych, któ­rzy mó­wią o mnie źle, mu­siał­bym usu­nąć z dwo­ru wszyst­kich.

– Skaż go, kró­lu, na wy­gna­nie – po­ra­dzo­no mu.

– O, tego nie uczy­nię – od­parł Fi­lip.

– A dla­cze­góż to, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie?

– Bo wte­dy bę­dzie mó­wił jesz­cze go­rzej.

Do kró­la Fran­cji Fran­cisz­ka I de Va­lo­is przy­szedł pew­ne­go razu jego bła­zen, na­zwi­skiem Tri­bo­ulet.

– Ob­ra­zi­łem swy­mi żar­ta­mi moż­ne­go pana – przy­znał. – On zaś po­przy­siągł mi krwa­wą ze­mstę. Kró­lu, ra­tuj!

– Nic się nie bój – uspo­ko­ił go wład­ca. – Gdy­by ktoś ośmie­lił się za­bić mego bła­zna, w kwa­drans póź­niej za­wisł­by na szu­bie­ni­cy.

– O, pa­nie – po­wie­dział nie­uspo­ko­jo­ny by­najm­niej do koń­ca tref­niś. – A czy nie moż­na by zro­bić tego kwa­drans wcze­śniej?

W ślad za zło­żo­ną przez Fran­cisz­ka Jó­ze­fa I we wrze­śniu 1880 roku obiet­ni­cą prze­ka­za­nia Wa­we­lu w ręce pol­skie, Kan­ce­la­ria Dwo­ru po­in­for­mo­wa­ła wła­dze Kra­ko­wa, iż – zgod­nie z oso­bi­sty­mi wy­li­cze­nia­mi Naj­ja­śniej­sze­go Pana – zwrot zam­ku ma kosz­to­wać 2 mi­lio­ny 714 ty­się­cy 606 ko­ron i 89 ha­le­rzy.

Ze­bra­na na nad­zwy­czaj­nym po­sie­dze­niu rada mia­sta za­te­le­gra­fo­wa­ła do Wied­nia, iż – przy ca­łym ogro­mie sza­cun­ku dla mo­nar­chy – kwo­ta ta „wy­da­je się nie­co dziw­na”. Po dłu­gich tar­gach Au­stria­cy od­da­li osta­tecz­nie Wa­wel za 2 mi­lio­ny 714 ty­się­cy 606 ko­ron i 50 ha­le­rzy.

Za­osz­czę­dzo­ną kwo­tę ma­gi­strat prze­zna­czył na uro­dzi­no­we kwia­ty pod por­tre­tem mo­nar­chy.

Ge­ne­rał An­to­ni Gal­go­czy, za­rząd­ca oku­po­wa­nej Bo­śni i Her­ce­go­wi­ny, a przez pe­wien czas ko­men­dant twier­dzy Prze­myśl, roz­li­cza­jąc się na żą­da­nie mi­ni­ster­stwa fi­nan­sów z prze­ka­za­nej mu na pew­ną in­we­sty­cję sumy, na­pi­sał:

„Dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron otrzy­ma­no, dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron wy­da­no”. Mi­ni­ster­stwo za­żą­da­ło jed­nak bar­dziej szcze­gó­ło­wych roz­li­czeń, twier­dząc, że przy­sła­ne przez ge­ne­ra­ła spra­woz­da­nie jest nie­wy­star­cza­ją­ce. Gal­go­czy od­pi­sał:

„Dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron otrzy­ma­no, dzie­sięć mi­lio­nów ko­ron wy­da­no. Kto nie wie­rzy, jest osłem”.

Ura­żo­ny mi­ni­ster fi­nan­sów wy­słał to „roz­li­cze­nie” do wglą­du ce­sa­rzo­wi Fran­cisz­ko­wi Jó­ze­fo­wi I. Po kil­ku dniach otrzy­mał je z po­wro­tem, z do­pi­skiem:

– Ja wie­rzę.

W C.K. Au­strii ist­niał swe­go cza­su ty­tuł rad­cy han­dlo­we­go. Ubie­gał się o nie­go fa­bry­kant Na­ssau­er, czło­wiek bar­dzo ni­skie­go wzro­stu. Gdy go w koń­cu uzy­skał, po­pro­sił o au­dien­cję u ce­sa­rza, by mu za to po­dzię­ko­wać. Kie­dy wszedł, Fran­ci­szek Jó­zef I, czło­wiek słusz­ne­go wzro­stu, stał aku­rat od­wró­co­ny ty­łem. Od­wró­ciw­szy się na od­głos kro­ków, mo­nar­cha zo­ba­czył gło­wę przy­by­sza nie na tym po­zio­mie, na któ­rym zo­ba­czyć się spo­dzie­wał. Zdu­mio­ny po­wie­dział więc:

– Ależ wstań pan, po co te ce­re­gie­le!

Gdy Fran­ci­szek Jó­zef I przy­był do Pra­gi, przed­sta­wio­no mu wie­le osób, a wśród nich wi­ce­pre­ze­sa Izby Han­dlo­wej na­zwi­skiem Som­mer­ste­in. Pod­czas pre­zen­ta­cji ce­sarz za­py­tał go ła­ska­wie:

– Som­mer­ste­in? Jest pan za­pew­ne oj­cem ma­jo­ra Som­mer­ste­ina z mo­jej gwar­dii przy­bocz­nej?

Pan wi­ce­pre­zes nig­dy nie sły­szał o ma­jo­rze Som­mer­ste­inie, nie chcąc jed­nak wy­rzec się za­szczyt­ne­go po­wi­no­wac­twa, od­po­wie­dział ostroż­nie:

– Ja, oj­cem ma­jo­ra Som­mer­ste­ina? Wszyst­ko moż­li­we…

Ce­sarz au­striac­ki Fran­ci­szek Jó­zef I zwie­dzał kie­dyś wię­zie­nie. Kie­dy tyl­ko wszedł, na­tych­miast rzu­ci­ło mu się do nóg kil­ku ska­zań­ców, pro­sząc o ła­skę i za­pew­nia­jąc, że są cał­ko­wi­cie nie­win­ni. Sy­tu­acja po­wta­rza­ła się przy każ­dej nie­mal­że celi. Wresz­cie je­den wię­zień nie po­ru­szył się na jego wi­dok.

– Za co tu je­steś? – za­py­tał zdzi­wio­ny wład­ca.

– Za kra­dzież, roz­bój, gwałt, oszu­stwo i mor­der­stwo.

– Po­peł­ni­łeś to wszyst­ko?

– Tak.

Ce­sarz za­wo­łał dy­rek­to­ra wię­zie­nia:

– Pro­szę na­tych­miast wy­pu­ścić tego ło­tra, żeby nie psuł tych wszyst­kich za­cnych lu­dzi, któ­rzy tu sie­dzą.

Ce­sarz Fran­ci­szek Jó­zef I za­pra­szał na wszyst­kie uro­czy­sto­ści dwor­skie or­ga­ni­zo­wa­ne w Bu­da­pesz­cie jed­ne­go z hra­biów wę­gier­skich, swe­go do­bre­go zna­jo­me­go i to­wa­rzy­sza ło­wów. Zda­rzy­ło się, że ów za­pro­szo­ny nie przy­był dwu­krot­nie na uro­czy­stość. Za­uwa­żyw­szy to, ce­sarz po­słał doń ad­iu­tan­ta z proś­bą, aby się zja­wił.

– Jak­że się masz, dro­gi hra­bio? – przy­wi­tał go ce­sarz. – Daw­no­śmy się nie wi­dzie­li. Gdzież ty się po­dzie­wasz?

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – od­po­wie­dział hra­bia. – Mam się do­sko­na­le, żyję so­bie ci­cho na zam­ku z dwie­ma sio­stra­mi…

– Czyż nie nud­no ci jed­nak prze­by­wać wy­łącz­nie w to­wa­rzy­stwie sióstr? – do­py­ty­wał się wład­ca.

– O nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, to nie są moje sio­stry.

Król pru­ski Fry­de­ryk Wil­helm I nie lu­bił, gdy się go ktoś bał. Raz, ja­dąc na prze­jażdż­kę, uj­rzał, jak się dwóch Ży­dów przed nim w krza­kach skry­ło. Ka­zał woź­ni­cy sta­nąć i wy­szu­kać ich, po czym za­py­tał:

– Cze­mu­ście się kry­li przede mną?

– Bo­śmy się bali.

– Co!? Ba­li­ście się! – za­wrzał gnie­wem król – Wy­mie­rzyć im po pięć­dzie­siąt ba­tów! I za­pa­mię­taj­cie so­bie, łaj­da­ki, że ko­chać mnie po­win­ni­ście, a nie bać się!

Gdy król Fry­de­ryk Wil­helm I le­żał w roku 1740 na łożu śmier­ci, czy­ta­no mu ustę­py z Pi­sma Świę­te­go, mię­dzy in­ny­mi frag­ment z Księ­gi Hio­ba: „Nago wró­cę do zie­mi”. Król prze­rwał wte­dy czy­ta­nie i za­pro­te­sto­wał:

– Nie­praw­da, bo będę po­cho­wa­ny w mun­du­rze, ja­kom w te­sta­men­cie ka­zał.

Dwie damy dwo­ru kró­la Prus Fry­de­ry­ka II Ho­hen­zol­ler­na, zwa­ne­go Wiel­kim, sprze­cza­ły się w drzwiach, któ­ra z nich jest bar­dziej god­na, aby przejść pierw­sza. Nie mo­gąc osią­gnąć con­sen­su­su, zwró­ci­ły się o roz­strzy­gnię­cie spo­ru do kró­la, któ­ry wła­śnie nad­szedł.

– Nie­chaj pierw­sza wej­dzie ta – za­de­cy­do­wał Fry­de­ryk – któ­ra jest głup­sza.

Razu pew­ne­go w mie­ście Bre­slau pe­wien ka­to­lik do­pu­ścił się kra­dzie­ży pie­nię­dzy z ko­ściel­nej skar­bon­ki. Schwy­ta­ny i po­sta­wio­ny przed są­dem tłu­ma­czył, że otrzy­mał je od sa­mej Mat­ki Bo­skiej, któ­ra tą dro­gą pra­gnę­ła wspo­móc ubo­gie­go. Sąd nie przy­jął tego tłu­ma­cze­nia i wy­dał wy­rok ska­zu­ją­cy. Ska­za­ny od­wo­łał się do kró­la Fry­de­ry­ka II. Ten zwo­łał gre­mium teo­lo­gów, ka­żąc im roz­strzy­gnąć pro­blem, czy rze­czy­wi­ście jest nie­moż­li­we, aby Mat­ka Bo­ska ro­bi­ła po­boż­ne­mu i bę­dą­ce­mu w po­trze­bie ka­to­li­ko­wi tego ro­dza­ju po­da­run­ki.

– Nie ma ta­kiej nie­moż­li­wo­ści – oświad­czy­li po dłu­gich de­ba­tach za­kło­po­ta­ni teo­lo­go­wie. – Ale je­śli go zwol­nisz, Mi­ło­ści­wy Pa­nie, to on w po­czu­ciu bez­kar­no­ści do­pu­ści się ko­lej­nej kra­dzie­ży.

Wów­czas król na­pi­sał pod wy­ro­kiem:

„Uła­ska­wiam pod­sąd­ne­go, ale za­bra­niam mu pod gar­dłem przyj­mo­wać na przy­szłość ja­kie­kol­wiek pre­zen­ty od Mat­ki Bo­skiej i in­nych świę­tych”.

Król Prus Fry­de­ryk II lu­bił za­da­wać swo­im roz­mów­com kło­po­tli­we py­ta­nia. Na szczę­ście nie obu­rzał się, gdy od­po­wia­da­no mu śmia­ło i w do­brym du­chu. Pew­ne­go razu zwró­cił się do swe­go oso­bi­ste­go le­ka­rza:

– Iluż to lu­dzi, dok­to­rze, uśmier­cił pan w cią­gu ca­łe­go swo­je­go ży­cia?

– Oko­ło trzy­stu ty­się­cy – wy­znał szcze­rze me­dyk. – Ale to i tak dużo mniej niż Wa­sza Kró­lew­ska Mość.

Na­dwor­ny le­karz Fry­de­ry­ka II wy­brał się do nie­go w od­wie­dzi­ny. Zo­stał jed­nak za­trzy­ma­ny przez kró­lew­skie­go se­kre­ta­rza, któ­ry po­in­for­mo­wał go, że nie może dziś zo­stać przy­ję­ty.

– A to z ja­kie­go po­wo­du? – za­py­tał me­dyk.

– Po­nie­waż Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość nie czu­je się dziś zdrów.

Do Fry­de­ry­ka II przy­szedł kie­dyś mło­dzie­niec pro­sić o po­sa­dę.

– Skąd po­cho­dzisz, mło­dy czło­wie­ku? – za­py­tał król

– Z Ber­li­na, Wa­sza Wy­so­kość.

– Wszy­scy Ber­liń­czy­cy są nic nie­war­ci! – za­kpił mo­nar­cha.

– Znam jed­nak­że dwa wy­jąt­ki – od­parł pe­tent.

– Ja­kie?

– Naj­ja­śniej­szy Pan i ja.

Zda­rzy­ło się pew­ne­go razu Fry­de­ry­ko­wi II, że wy­wró­ci­ła się ka­re­ta, któ­rą je­chał. Zde­ner­wo­wa­ny król ka­zał przy­dzie­lić woź­ni­cę do in­nej służ­by.

Kil­ka dni póź­niej, spa­ce­ru­jąc po pa­ła­co­wym par­ku, uj­rzał swe­go po­przed­nie­go woź­ni­cę prze­wo­żą­ce­go ma­łym wóz­kiem gnój. Za­trzy­mał się więc i spy­tał z prze­ką­sem:

– Te­raz ci le­piej niż wten­czas, gdyś mnie wo­ził?

– Mnie tam bez róż­ni­cy, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – od­parł woź­ni­ca.

Fry­de­ryk Au­gust, król Sak­so­nii i ksią­żę war­szaw­ski, miał fry­zje­ra, któ­ry po­dob­nie jak i on nie uzna­wał wstrze­mięź­li­wo­ści. Któ­re­goś dnia pod­czas go­le­nia fry­zjer ska­le­czył kró­la.

– To wszyst­ko przez ten prze­klę­ty al­ko­hol! – krzyk­nął wście­kły mo­nar­cha.

– Tak, tak – zgo­dził się po­tul­nie fry­zjer. – Al­ko­hol czy­ni skó­rę taką szorst­ką…

Król Fran­cji Hen­ryk IV pa­so­wał kie­dyś na ry­ce­rza przed­sta­wi­cie­la zna­ko­mi­te­go rodu szla­chec­kie­go, choć do jego oby­cza­jów i za­cho­wa­nia miał wie­le za­strze­żeń.

– Pa­nie, nie je­stem go­dzien tego za­szczy­tu – ry­cerz wy­gło­sił tra­dy­cyj­ną for­mu­łę.

– Wiem, wiem, żeś nie­go­dzien – wy­szep­tał, po­chy­la­jąc się nad nim król. – Ale moi przy­ja­cie­le i cała two­ja ro­dzi­na nie da­wa­li mi już od daw­na spo­ko­ju…

Hen­ryk IV od­wie­dził raz pew­ną damę, któ­rą już od daw­na da­rzył nie­skry­wa­nym uczu­ciem. Na proś­bę wład­cy ko­bie­ta opro­wa­dzi­ła go po apar­ta­men­tach swe­go pa­ła­cu, po­mi­nę­ła jed­nak skrzęt­nie sy­pial­nię.

– A któ­rę­dyż wie­dzie dro­ga do pani kom­na­ty sy­pial­nej? – nie­dwu­znacz­nie spy­tał król.

– Tyl­ko przez oł­ta­rze, Wa­sza Wy­so­kość – od­par­ła dama, skła­da­jąc ni­ski ukłon.

Bę­dąc już w star­szym wie­ku, król Hen­ryk VI po­sta­no­wił oże­nić się z mło­dą kró­lo­wą Ne­apo­lu. Wy­słał więc do niej po­słów, któ­rzy mie­li zba­dać spra­wę na miej­scu i za­raz po po­wro­cie przed­sta­wić kró­lo­wi szcze­gó­ło­wy opis po­sta­ci i cha­rak­te­ru kan­dy­dat­ki. Po­sło­wie wy­wią­za­li się z za­da­nia zna­ko­mi­cie. Taka była treść ich re­la­cji:

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie! Kró­lo­wa jest ład­na i bar­dzo na­tu­ral­na. Oczy ma brą­zo­we, cerę świe­żą, nos kształt­ny. Nie za­uwa­ży­li­śmy ani jed­ne­go wło­sa koło jej ust. Ręce ma ład­ne, pal­ce dłu­gie, biust w sam raz, jest też w mia­rę wy­so­ka. Nie ob­ja­da się, wina nie nad­uży­wa. Wy­da­je się, że ma bar­dzo do­bry cha­rak­ter. Jest we­so­ła, miła, a przy tym roz­sąd­na. Nie ma oczy­wi­ście czło­wie­ka bez wad, więc i kró­lo­wa ma pew­ną drob­ną przy­wa­rę, a jest nią upór. Upar­ła się mia­no­wi­cie, że nie po­ślu­bi Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści…

Król An­glii Hen­ryk VIII za­pro­po­no­wał jed­ne­mu ze swych dwo­rzan sta­no­wi­sko am­ba­sa­do­ra przy dwo­rze kró­la Fran­cji – Fran­cisz­ka I. Wy­czu­wa­jąc nie­ja­kie oba­wy kan­dy­da­ta, za­po­wie­dział:

– Nie bój się, je­że­li coś ci się sta­nie, ze­tnę gło­wy dwu­na­stu Fran­cu­zom.

– Oba­wiam się, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – od­rzekł dy­plo­ma­ta – że żad­na z nich nie bę­dzie pa­so­wa­ła do mo­jej szyi.

Mię­dzy hoł­dow­ni­czy­mi li­sta­mi zło­żo­ny­mi kró­lo­wi Ara­go­nii Ja­ku­bo­wi I, zwa­ne­mu Zdo­byw­cą, znaj­do­wał się je­den, w któ­rym ży­czo­no mu, aby pa­no­wał tak dłu­go, jak dłu­go świe­cić będą słoń­ce i gwiaz­dy.

– Da­li­bóg – po­wie­dział na to król. – Mój syn mu­siał­by wów­czas pa­no­wać przy świe­cach.

Ja­kub I szedł któ­re­goś dnia na spa­cer ze swym ulu­bio­nym bła­znem. Bła­zen szedł po pra­wej stro­nie obok kró­la, któ­ry dłu­go nie zwra­cał na ten fakt uwa­gi. Wresz­cie nie wy­trzy­mał.

– Nie znio­sę tego, by bła­zen szedł obok mnie po pra­wej stro­nie! – wark­nął. Bła­zen prze­szedł na­tych­miast na lewą stro­nę, mó­wiąc:

– Och, mnie to zu­peł­nie nie razi!

Za­raz po elek­cji Jana III So­bie­skie­go na tron pol­ski zgro­ma­dzi­ła się wo­kół nie­go grup­ka szlach­ci­ców, pro­sząc o roz­ma­ite ła­ski i be­ne­fi­cja.

– A ja­kie­go ro­dza­ju ła­skę mnie uczy­nisz, Mi­ło­ści­wy Pa­nie? – za­py­tał je­den z nich.

– Cie­bie mia­nu­ję cy­gań­skim kró­lem – od­parł żar­to­bli­wie So­bie­ski.

– Mi­ło­ści­wy Pa­nie – skrzy­wił się ura­żo­ny nie­co szlach­cic. – Jesz­cześ nie po ko­ro­na­cji, zresz­tą i ko­ro­na pol­ska moc­no nie­pew­na. Ra­dził­bym więc za­trzy­mać ko­ro­nę cy­gań­ską w re­zer­wie i nie da­wać jej ni­ko­mu.

Świad­ko­wie tej sce­ny aż za­nie­mó­wi­li z wra­że­nia na taką bez­czel­ność. Po chwi­li za­czę­li ostro kar­cić zu­chwa­łe­go śmiał­ka, na co ten za­wo­łał:

– Mi­ło­ści­wy mój Pan ob­ran jest kró­lem pol­skim, mnie zaś mia­no­wał cy­gań­skim. Król z kró­lem się po­kłó­ci i król z kró­lem się po­go­dzi. Wy zaś mię­dzy dwóch kró­lów się nie wtrą­caj­cie!

Jan III So­bie­ski przy­jął pew­ne­go dnia w Wi­la­no­wie szlach­ci­ca na­zwi­skiem Go­mu­ła, któ­ry z tej oka­zji ubrał się nie­zwy­kle bo­ga­to i ele­ganc­ko. Król na­to­miast ubra­ny był po do­mo­we­mu, w żu­pan. Na­gle pod­szedł słu­żą­cy i oznaj­mił, że ja­kiś fran­cu­ski mar­kiz pro­si o wi­dze­nie. So­bie­ski ka­zał pro­sić do po­ko­ju.

Gdy mar­kiz wszedł, nie zna­jąc pol­skie­go kró­la, skło­nił się przed tym, któ­ry był le­piej ubra­ny i roz­po­czął:

– Sire…

Na to szlach­cic, wi­dząc po­mył­kę go­ścia:

– Ten jest syr – wska­zał na kró­la Jana. – A ja je­stem jeno Go­mu­ła.

Po śmier­ci Zyg­mun­ta III Wazy na tron wstą­pił Wła­dy­sław IV. Zgod­nie z re­gu­łą, jego bra­cia mu­sie­li, klę­cząc, zło­żyć mu przy­się­gę na wier­ność Rze­czy­po­spo­li­tej. Na to Jan Ka­zi­mierz za­py­tał mar­szał­ka Opa­liń­skie­go, czy wy­jąt­ko­wo mo­gli­by wła­sne­mu bra­tu przy­się­gać, sto­jąc. Ten stwier­dził, że dla po­wa­gi tego aktu jed­nak na­le­ży przy­klęk­nąć.

– Na­wet wła­snym żo­nom przy­się­ga­my, sto­jąc – za­pro­te­sto­wał kró­le­wicz.

– No i dla­te­go czę­sto je zdra­dza­my – od­parł mar­sza­łek.

Tuż po wstą­pie­niu na tron an­giel­ski Je­rze­go II pe­wien lon­dyń­ski dzien­ni­karz, chcąc mieć wcze­śniej od in­nych tekst mowy tro­no­wej, sam ją uło­żył i wy­dru­ko­wał.

– Obie­cu­ję, Wa­sza Wy­so­kość, że czło­wiek ten zo­sta­nie za swój czyn su­ro­wo uka­ra­ny – za­pew­nił kró­la mi­ni­ster spra­wie­dli­wo­ści.

– Ależ nie – za­pro­te­sto­wał Je­rzy II. – Wy­da­je mi się, że ów dzien­ni­karz nie­wie­le za­wi­nił. Po­rów­na­łem jego mowę z moją i wi­dzę, iż jego jest dużo lep­sza.

Wpły­wa­ją­ce­go do por­tu Fa­le­ron na grec­kim krą­żow­ni­ku „He­lios” kró­la Je­rze­go II po­wi­ta­ło sto je­den salw ar­mat­nich.

– Ja­sna cho­le­ra! – wy­krzyk­nął je­den z an­ty­ro­ja­li­stów. – Jak oni mie­rzą? Sto je­den strza­łów i ża­den nie tra­fił!

Król Wiel­kiej Bry­ta­nii i Ir­lan­dii Je­rzy V jesz­cze jako ksią­żę Wa­lii od­by­wał służ­bę na okrę­cie wo­jen­nym. Na peł­nym mo­rzu ka­pi­tan po­le­cił mu okre­ślić po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne, w któ­rym ak­tu­al­nie znaj­du­je się okręt.

Na­stęp­ca tro­nu wziął się ostro do pra­cy i po go­dzi­nie przed­sta­wił ka­pi­ta­no­wi ar­kusz z ob­li­cze­niem. Ten spoj­rzaw­szy na nie, rzekł:

– Wa­sza Ksią­żę­ca Mość, pro­szę na­tych­miast zdjąć czap­kę!

– Dla­cze­go ka­zał mi pan zdjąć na­kry­cie gło­wy? – za­py­tał Je­rzy V, speł­nia­jąc po­le­ce­nie.

– Po­nie­waż zgod­nie z pań­skim wy­li­cze­niem znaj­du­je­my się w tej chwi­li przed głów­nym oł­ta­rzem Ka­te­dry św. Paw­ła w Lon­dy­nie.

Ce­sarz Ka­li­gu­la sły­nął ra­czej z okru­cień­stwa niż z po­czu­cia hu­mo­ru. Kie­dy więc w trak­cie dys­ku­sji z dwo­ma kon­su­la­mi wy­buch­nął na­gle nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem, zdzi­wie­ni roz­mów­cy za­py­ta­li go o przy­czy­nę tej na­głej we­so­ło­ści.

– Śmie­ję się – od­parł, krztu­sząc się, Ka­li­gu­la – bo wła­śnie przy­szło mi do gło­wy, że mógł­bym ka­zać po­de­rżnąć wam gar­dła.

Jean Ber­na­dot­te, mar­sza­łek na­po­le­oń­ski i za­ło­ży­ciel dy­na­stii szwedz­kiej, w okre­sie Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej był sier­żan­tem i zgod­nie z ów­cze­sną modą ka­zał so­bie zro­bić ta­tu­aż na ra­mie­niu.

Wie­le lat póź­niej, już jako Ka­rol II, za­cho­ro­wał i le­karz uznał, że na­le­ży pu­ścić krew. Za­bieg ten wy­ko­ny­wa­no na le­wym ra­mie­niu, któ­re król miał wy­ta­tu­owa­ne. Ber­na­dot­te opie­rał się roz­pacz­li­wie, ale gdy le­karz stwier­dził, że nie bie­rze od­po­wie­dzial­no­ści za jego ży­cie, zgo­dził się na za­bieg pod wa­run­kiem, że dok­tor ni­ko­mu nie po­wie, co zo­ba­czył.

Gdy chi­rurg od­wi­nął rę­kaw ko­szu­li, uj­rzał re­wo­lu­cyj­ną czap­kę fry­gij­ską i na­pis: „Śmierć kró­lom”.

Ksią­żę Ja­kub (póź­niej­szy król Ja­kub II), wra­ca­jąc z ło­wów, spo­tkał swe­go bra­ta, kró­la An­glii, Szko­cji i Ir­lan­dii Ka­ro­la II, sa­mot­nie spa­ce­ru­ją­ce­go po par­ku. Ja­kub nie omiesz­kał prze­strzec bra­ta przed nie­bez­pie­czeń­stwem sa­mot­nych prze­cha­dzek. Jed­nak­że Ka­rol do­bro­dusz­nie po­ki­wał gło­wą i od­parł:

– Bądź spo­koj­ny, bra­cie. Nikt w ca­łej An­glii nie bę­dzie chciał mnie za­bić po to, żeby cie­bie osa­dzić na tro­nie!

Jan Sti­ge­lius, po­eta nie­miec­kie­go re­ne­san­su, ofia­ro­wał kie­dyś ce­sa­rzo­wi Ka­ro­lo­wi V po­emat ła­ciń­ski z czo­ło­bit­ną de­dy­ka­cją. Po pew­nym cza­sie otrzy­mał na­pi­sa­ną w imie­niu ce­sa­rza od­po­wiedź:

– Po­emat bar­dzo spodo­bał się Jego Ce­sar­skiej Wy­so­ko­ści. Niech po­eta pro­si, o co tyl­ko chce. Otrzy­ma wszyst­ko, cze­go­kol­wiek za­żą­da. Je­że­li pra­gnie przy­kła­do­wo szla­chec­twa, zo­sta­nie szlach­ci­cem. Lecz nie­chaj nie pro­si o pie­nią­dze – pie­nię­dzy nie do­sta­nie.

Ce­sarz Ka­rol V roz­ma­wiał z hra­bią de Leve na te­mat Ita­lii.

– Na­le­ży się po­zbyć ksią­żąt ma­ją­cych po­sia­dło­ści we Wło­szech za po­mo­cą tru­ci­zny – po­wie­dział hra­bia.

– A co się sta­nie z moją du­szą? – za­wo­łał prze­ra­żo­ny ce­sarz.

– Je­że­li Wa­sza Ce­sar­ska Mość ma du­szę, to po­wi­nien na­tych­miast ab­dy­ko­wać!

Król Fran­cji Ka­rol IX rzekł kie­dyś do swe­go bła­zna:

– Masz ta­kie wpły­wy na dwo­rze, że ktoś mógł­by po­my­śleć, iż to ty je­steś kró­lem, a ja bła­znem. Może więc się za­mie­ni­my?

Po­nie­waż bła­zen nie od­po­wie­dział, król na­ci­skał da­lej:

– Co, wsty­dził­byś się być wład­cą?

– Nie, pa­nie – od­parł bła­zen po chwi­li wa­ha­nia. – Ale wsty­dził­bym się mieć ta­kie­go bła­zna.

Car Piotr I uka­rał śmier­cią szam­be­la­na Mon­sa, ko­chan­ka swo­jej żony, Ka­ta­rzy­ny I. Nie­szczę­śni­ka wbi­to na pal, póź­niej ścię­to mu gło­wę i wsa­dzo­no ją do sło­ja ze spi­ry­tu­sem. Ten, z roz­ka­zu cara, za­nie­sio­no do po­ko­ju ca­ry­cy. Ka­ta­rzy­na spoj­rza­ła ze smut­kiem na to, co zo­sta­ło z jej ko­chan­ka i rze­kła:

– Oto, moi pań­stwo, do cze­go pro­wa­dzi roz­pu­sta!

Ca­ry­ca Ka­ta­rzy­na II za­pro­si­ła na swój dwór zna­ko­mi­tą wło­ską śpie­wacz­kę na­zwi­skiem Ga­briel­li. Słyn­na diva za­żą­da­ła jed­nak za dwa mie­sią­ce wy­stę­pów w Pe­ters­bur­gu aż pię­ciu ty­się­cy du­ka­tów.

– Tyle nie pła­cę na­wet żad­ne­mu ze swo­ich feld­mar­szał­ków – po­wie­dzia­ła oszo­ło­mio­na ca­ry­ca.

– W ta­kim ra­zie – ri­po­sto­wa­ła Ga­briel­li – niech Wa­sza Ce­sar­ska Mość każe śpie­wać swo­im feld­mar­szał­kom.

Ce­sarz Le­opold II bar­dzo do­brze grał na fle­cie. Pew­ne­go razu ka­pel­mistrz na­dwor­ny ode­zwał się do nie­go w te sło­wa:

– Szko­da, że Wa­sza Ce­sar­ska Mość nie zo­stał fle­ci­stą.

– Nie szko­dzi – od­rzekł ce­sarz. – Za to mam więk­szy do­chód.

Pe­wien an­giel­ski ksią­żę po­chwa­lił się kró­lo­wi Bel­gów Le­opol­do­wi II po­sia­da­niem licz­ne­go za­stę­pu służ­by.

– Czy Wa­sza Kró­lew­ska Mość wie, że mam lo­ka­ja, któ­re­go je­dy­nym za­ję­ciem jest zaj­mo­wa­nie się moją faj­ką?

– To jesz­cze nic – od­parł król. – Ja do tej sa­mej funk­cji za­trud­niam czte­rech lu­dzi. Je­den przy­no­si faj­kę, dru­gi ją na­py­cha, trze­ci za­pa­la…

– A czwar­ty? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią ksią­żę.

– Ten jest po to tyl­ko, by ją pa­lić, bo ja nie cier­pię faj­ki…

Król ba­war­ski Lu­dwik II spo­tkał w cza­sie prze­jaz­du przez swój kraj bez­no­gie­go wie­śnia­ka wlo­ką­ce­go się o ku­lach.

– Gdzie­ście stra­ci­li nogę? – za­py­tał chło­pa.

– Pod Se­da­nem.

– A nie po­zna­je­cie mnie?

– Nie.

– Ja je­stem prze­cież kró­lem ba­war­skim, wa­szym wo­dzem.

– Jak­że ja mo­głem po­znać Wa­szą Kró­lew­ską Mość – uspra­wie­dli­wił się wie­śniak – sko­ro wciąż wal­czy­łem w pierw­szej li­nii.

Pod­czas po­dró­ży przez pół­noc­ne Ni­der­lan­dy Król Fran­cji Lu­dwik XI za­wi­tał na noc­leg do przy­droż­nej obe­rży. Na ko­la­cję ka­zał so­bie po­dać ja­jecz­ni­cę z czte­rech jaj. Ja­kież było jego zdzi­wie­nie, kie­dy za za­mó­wio­ny po­si­łek otrzy­mał ra­chu­nek opie­wa­ją­cy aż na pięć­dzie­siąt ta­la­rów! Ka­zał we­zwać do sie­bie obe­rży­stę i po­iry­to­wa­ny za­py­tał:

– Co to, karcz­ma­rzu, jaj u was bra­ku­je, że tak dro­go li­czysz?

– Jaj ci u nas do­sta­tek, szla­chet­ny pa­nie – pa­dła od­po­wiedź. – Ale kró­lo­wie na­der rzad­ko się tra­fia­ją.

Pięk­na Mał­go­rza­ta de Sas­se­na­ge bar­dzo przy­pa­dła do gu­stu Lu­dwi­ko­wi XI. Dwa lata trzy­mał ją przy dwo­rze i miał z nią dwóch sy­nów.

Pew­ne­go razu Mał­go­rza­ta zwró­ci­ła się do astro­lo­ga, by jej prze­po­wie­dział przy­szłość. Ten spoj­rzał na nią i od­rzekł, że wkrót­ce umrze. I rze­czy­wi­ście, wsku­tek ja­kiejś ta­jem­ni­czej cho­ro­by w okre­ślo­nym cza­sie wy­zio­nę­ła du­cha.

Król, po­dej­rze­wa­jąc zbrod­nię, we­zwał astro­lo­ga i to­nem nie­wró­żą­cym nic do­bre­go za­py­tał:

– Ty, któ­ry wszyst­ko prze­wi­du­jesz, czy wiesz, kie­dy umrzesz?

– Tak, pa­nie – od­po­wie­dział chy­trze astro­log. – W gwiaz­dach prze­wi­dzia­no, że trzy dni przed Wa­szym Ma­je­sta­tem.

Król Lu­dwik XII był bar­dzo oszczęd­ny. Gdy mu raz ktoś po­wie­dział, że lu­dzie śmie­ją się z jego skąp­stwa, od­rzekł:

– Wolę, że się z mego skąp­stwa śmie­ją, niż żeby mie­li nad moją roz­rzut­no­ścią pła­kać.

Pe­wien dwo­rza­nin Lu­dwi­ka XIV, sły­ną­cy z nad­zwy­czaj wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cji, zo­stał kie­dyś za­py­ta­ny przez wład­cę, czy zna ję­zyk hisz­pań­ski.

– Nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – od­parł zgod­nie z praw­dą.

Wró­ciw­szy do domu, dwo­rza­nin do­szedł do wnio­sku, że py­ta­nie to za­pew­ne wią­że się z ja­ki­miś pla­na­mi Lu­dwi­ka XIV wo­bec jego oso­by – kto wie, może na­wet mógł­by uzy­skać sta­no­wi­sko am­ba­sa­do­ra w Hisz­pa­nii. Nie tra­cąc cza­su, wziął się więc so­lid­nie do na­uki, wi­dząc już oczy­ma wy­obraź­ni sa­me­go sie­bie w prze­pięk­nej re­zy­den­cji.

Po kil­ku mie­sią­cach, znów sta­nąw­szy przed ob­li­czem Lu­dwi­ka XIV, oznaj­mił z dumą:

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, pra­gnę za­wia­do­mić, że już na­uczy­łem się hisz­pań­skie­go.

– To wspa­nia­le – od­rzekł król. – Win­szu­ję panu z ca­łe­go ser­ca. Bę­dzie pan mógł czy­tać Don Ki­cho­ta w ory­gi­na­le.

– Kró­lo­wie otrzy­ma­li wła­dzę od sa­me­go Boga – po­wie­dział kie­dyś Lu­dwik XIV do zgro­ma­dzo­nych wo­kół dwo­rzan. – Je­śli na­wet ka­zał­bym któ­re­muś z was sko­czyć do wody, na­tych­miast mu­si­cie wy­ko­nać roz­kaz.

W tym mo­men­cie je­den z dwo­rzan pod­niósł się ze swe­go miej­sca i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał do wyj­ścia.

– Hola! – krzyk­nął za nim król. – A do­kąd to?

– Uczyć się pły­wać – brzmia­ła krót­ka od­po­wiedź.

W ka­pli­cy kró­lew­skiej pod­czas wy­ko­ny­wa­nia psal­mu Mi­se­re­re w opra­co­wa­niu kom­po­zy­to­ra Je­ana Bap­ti­ste’a Lul­ly­ego król Lu­dwik XIV zwró­cił się do klę­czą­ce­go obok hra­bie­go:

– Czy po­do­ba się panu ten utwór?

– Tak, Wa­sza Wy­so­kość. Mu­zy­ka jest cu­dow­nie mięk­ka dla uszu, jed­nak bar­dzo twar­da dla ko­lan…

Lu­dwik XIV lu­bił pi­sać wier­sze. Pew­ne­go razu po­ka­zał prób­kę swo­jej twór­czo­ści po­ecie Bo­ile­au-De­spre­au­xo­wi.

– To nic nie­war­te wy­po­ci­ny – po­wie­dział po­eta.

– Ależ to ja pi­sa­łem! – wy­krzyk­nął obu­rzo­ny król.

– A, je­śli tak, to w po­rząd­ku. Król bo­wiem jest je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­re­mu wol­no pi­sać nędz­ne wier­sze.

Mo­lier zmarł, od­mó­wiw­szy przy­ję­cia świę­tych sa­kra­men­tów, w związ­ku z czym ksiądz nie chciał go po­cho­wać w po­świę­co­nej zie­mi. Mimo próśb kró­la Lu­dwi­ka XIV, na­wet ar­cy­bi­skup nie chciał uchy­lić tego za­ka­zu.

– Jak głę­bo­ko się­ga po­świę­co­na zie­mia? – za­py­tał król.

– Na czte­ry sto­py, Wa­sza Wy­so­kość – od­parł du­chow­ny.

– A więc po­cho­waj­cie go na głę­bo­ko­ści sze­ściu stóp – za­de­cy­do­wał Lu­dwik XIV.

Su­ro­wa ety­kie­ta pa­nu­ją­ca na dwo­rze Lu­dwi­ka XIV cha­rak­te­ry­zo­wa­ła się mię­dzy in­ny­mi szcze­gól­nym ro­dza­jem słu­żal­czo­ści i po­chleb­stwa. Pew­ne­go razu król za­py­tał księ­cia d’Uzès, kie­dy jego żona spo­dzie­wa się roz­wią­za­nia.

– Kie­dy Wa­sza Kró­lew­ska Mość ra­czy roz­ka­zać – pa­dła od­po­wiedź.

Lu­dwik XV bar­dzo pra­gnął syna – na­stęp­cy tro­nu, a tym­cza­sem ro­dzi­ły mu się same cór­ki. Tro­chę lek­ce­wa­żą­co na­zy­wa­no je przed chrztem ko­lej­ny­mi licz­ba­mi po­rząd­ko­wy­mi. Była więc „Pani Pierw­sza”, „Pani Dru­ga”, „Pani Trze­cia”…

Kie­dy w roku 1738 do­nie­sio­no kró­lo­wi o przyj­ściu na świat ko­lej­nej cór­ki za­miast syna i za­py­ta­no, czy na­zwać ją „Pa­nią Siód­mą”, zde­spe­ro­wa­ny mo­nar­cha wark­nął:

– Nie. Pa­nią Ostat­nią!

Król Fran­cji w la­tach 1774-1792, Lu­dwik XVI, gra­jąc z dwo­rza­na­mi w kar­ty, przy­pi­sał so­bie wy­gra­ną, choć jego prze­ciw­nik był od­mien­ne­go zda­nia. Inni dwo­rza­nie ze­bra­ni wo­kół sto­łu mil­cze­li dys­kret­nie. Na to wszedł ksią­żę de Gram­mont.

– Roz­sądź ty, kto z nas dwu ma słusz­ność – roz­ka­zał król.

– Z pew­no­ścią nie Wa­sza Kró­lew­ska Mość – od­rzekł ksią­żę.

– Skąd ta pew­ność, kie­dy na­wet nie wiesz, o co cho­dzi?

– Gdy­byś miał choć cień słusz­no­ści, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – od­parł de Gram­mont, wy­traw­ny znaw­ca lu­dzi – sto­ją­cy wo­kół dwo­rza­nie z pew­no­ścią by nie mil­cze­li.

Spa­ce­ru­jąc razu pew­ne­go po pa­ła­co­wym ogro­dzie, Lu­dwik XVI uj­rzał dwie pięk­ne grusz­ki. Wró­ciw­szy do kom­nat, we­zwał ogrod­ni­ka i ka­zał mu je ze­rwać. Ten wy­ko­nał oczy­wi­ście po­le­ce­nie i przy­niósł owo­ce kró­lo­wi. Bę­dą­cy aku­rat w do­brym hu­mo­rze mo­nar­cha za­to­pił zęby w jed­nym z nich, dru­gi zaś dał ogrod­ni­ko­wi. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­żył jed­nak, że pra­cow­nik do­byw­szy noża za­bie­ra się za obie­ra­nie skór­ki.

– Jak­że to? – za­py­tał. – To ja grusz­kę z łu­pi­ną jem, a ty nie po­tra­fisz?

– Ależ po­tra­fię, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie – za­pew­nił go ogrod­nik. – Tyl­ko jed­na grusz­ka wpa­dła mi w coś pa­skud­ne­go, a nie wiem, któ­ra to była.

W cza­sach fran­cu­skiej Re­stau­ra­cji pa­ry­ski Pan­te­on za­mie­nio­no po­now­nie na ko­ściół. Ktoś za­żą­dał, żeby usu­nąć znaj­du­ją­ce się tam szcząt­ki Wol­te­ra, bluź­nier­cy, bez­boż­ni­ka i li­ber­ty­na. Temu po­my­sło­wi sprze­ci­wił się jed­nak zde­cy­do­wa­nie sam król Lu­dwik XVIII.

– Nie! – oświad­czył. – Zo­staw­cie go tu, gdzie jest! Aż nad­to bę­dzie uka­ra­ny, słu­cha­jąc co­dzien­nie mszy świę­tej.

Pe­wien hra­bia an­giel­ski pod­czas wi­zy­ty we Fran­cji chwa­lił się przed kró­lo­wą Ma­rią Lesz­czyń­ską, żoną Lu­dwi­ka XV, przy­na­leż­no­ścią do jed­ne­go z naj­star­szych ro­dów i przy każ­dej oka­zji pod­kre­ślał swe po­cho­dze­nie. W pew­nej chwi­li kró­lo­wa spy­ta­ła go z uśmie­chem:

– Moż­na by są­dzić, hra­bio, że pań­scy przod­ko­wie znaj­do­wa­li się już w arce No­ego?

– Ależ nie, Naj­ja­śniej­sza Pani! – za­pew­nił ją roz­mów­ca. – Moi przod­ko­wie mie­li wła­sny sta­tek!

Król Lu­dwik Fi­lip pod­czas swej po­dró­ży przez Fran­cję przy­je­chał do ma­łe­go pro­win­cjo­nal­ne­go mia­stecz­ka. W cza­sie uro­czy­ste­go obia­du bur­mistrz, wła­ści­ciel skle­pu, ba­wił kró­la roz­mo­wą:

– Szko­da, że Wa­sza Kró­lew­ska Mość nie przy­wiózł żony ze sobą!

– A pań­ska żona gdzie jest? – spy­tał w od­po­wie­dzi król.

– O, ona musi dbać o in­te­res!

– No wi­dzi pan – ro­ze­śmiał się król. – U mnie to samo. Prze­cież ktoś musi in­te­re­su pil­no­wać!

Ksią­że Flo­ren­cji Co­si­mo Me­di­ci, zwa­ny Wiel­kim, roz­gnie­wał się pew­ne­go razu na swe­go przy­ja­cie­la i za­pra­gnął go uka­rać.

– Pan nasz, Je­zus Chry­stus, na­ka­zał nam mi­ło­wać na­wet nie­przy­ja­ciół swo­ich – ujął się za nie­szczę­śni­kiem je­den z dwo­rzan.

– Znam do­brze na­uki Je­zu­sa – od­burk­nął ksią­żę – ale prze­ko­na­ny je­stem, że nig­dzie nie po­wie­dział: „Mi­łuj­cie przy­ja­ciół”.

Co­si­mo Me­di­ci, wład­ca Flo­ren­cji, twór­ca po­tę­gi rodu Me­dy­ce­uszy, le­żał z za­mknię­ty­mi ocza­mi pod­czas swej ostat­niej cho­ro­by. Jego cór­ka Ka­ta­rzy­na za­py­ta­ła:

– Dla­cze­go, oj­cze, tak czę­sto za­my­kasz oczy?

– Cór­ko, czy­nię tak, aby się przy­zwy­cza­ić do tego, że wkrót­ce nie będę ich już w ogó­le otwie­rał.

Car Mi­ko­łaj I Ro­ma­now spo­tkał kie­dyś pi­ja­ne­go ofi­ce­ra.

– Ty su­kin­sy­nu! – za­wo­łał zde­gu­sto­wa­ny. – Co byś zro­bił, gdy­byś był na moim miej­scu i pi­ja­ne­go ofi­ce­ra spo­tkał?

Ofi­cer stru­chlał roz­po­znaw­szy wład­cę, ale wnet się opa­mię­tał i śmia­ło od­po­wie­dział:

– Naj­ja­śniej­szy Pa­nie! Gdy­bym ja był na two­im miej­scu, to­bym z taką pi­ja­ną świ­nią na­wet nie ga­dał.

Po uśmie­rze­niu po­wsta­nia wę­gier­skie­go w 1849 roku car Mi­ko­łaj I za­py­tał swo­ich dwo­rzan:

– Czy wie­cie, w czym je­stem po­dob­ny do kró­la Jana III So­bie­skie­go?

– Nie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie.

– W tym mia­no­wi­cie, że obaj po­peł­ni­li­śmy to samo głup­stwo. Ura­to­wa­li­śmy Wie­deń i Au­strię.

Car Mi­ko­łaj II miał już dwie cór­ki i nie­cier­pli­wie ocze­ki­wał na­ro­dzin na­stęp­cy tro­nu. Po trze­cim po­ro­dzie zo­stał jed­nak za­wia­do­mio­ny przez hra­bi­nę Igna­tie­wą, że Naj­ja­śniej­sza Pani zno­wu ra­czy­ła uro­dzić cór­kę.

– Do li­cha, to już trze­cia – wes­tchnął car.

– Co ro­bić? – od­po­wie­dzia­ła wes­tchnie­niem hra­bi­na. – Naj­ja­śniej­szy Pan ra­czy się jesz­cze raz po­fa­ty­go­wać…

W jed­nym z ol­brzy­mich skła­dów woj­sko­wych w Pe­ters­bur­gu prze­cho­wy­wa­no 24 000 ko­żu­chów ba­ra­nich. W cza­sie woj­ny ro­syj­sko-ja­poń­skiej w 1904 roku mi­ni­ster­stwo po­le­ci­ło wy­dać je dla ar­mii wal­czą­cej na Da­le­kim Wscho­dzie. Pro­blem był jed­nak w tym, że w kar­to­te­kach fi­gu­ro­wa­ło wpraw­dzie 24 000 ko­żu­chów, ale na­praw­dę było ich 12 800. Brak po­zo­sta­łych wy­tłu­ma­czo­no krót­ko:

– 11 200 ko­żu­chów zja­dły my­szy.

Gdy o tym wy­pad­ku do­nie­sio­no ca­ro­wi Mi­ko­ła­jo­wi II, ten na­pi­sał na do­nie­sie­niu:

„Zwol­nić wszyst­kie my­szy z zaj­mo­wa­nych przez nie sta­no­wisk!”.

Na po­że­gnal­nym wy­stę­pie ar­tyst­ki, pan­ny Ri­ves, obec­ny był Na­po­le­on III. Gdy wy­cho­dził z te­atru, ktoś z bli­skich lu­dzi za­py­tał go o opi­nię na te­mat wy­stę­pu. Obu­rzo­ny ce­sarz od­po­wie­dział:

– Jak to? Nie dość, że za­pła­ci­łem za bi­let pięt­na­ście ty­się­cy fran­ków, to jesz­cze mam coś my­śleć.

Ju­lia, uko­cha­na cór­ka Okta­wia­na Au­gu­sta, po­ja­wi­ła się raz w jego obec­no­ści ubra­na dość wy­zy­wa­ją­co. Ura­zi­ło to ce­sa­rza wiel­ce, lecz nie rzekł ani sło­wa. Na­za­jutrz Ju­lia ubra­ła się w strój od­mien­ny: skrom­ny i przy­zwo­ity. Za­do­wo­lo­ny Au­gust zwró­cił jej uwa­gę:

– O ileż god­niej­szy niż wczo­raj­sze odzie­nie jest ten strój cór­ki ce­za­ra.

– Dziś ubra­łam się dla oczu ojca – od­rze­kła Ju­lia. – Wczo­raj zaś dla oczu męża.

Po­ja­wił się oneg­daj w Rzy­mie czło­wiek z pro­win­cji, zwra­ca­ją­cy po­wszech­ną uwa­gę nie­zwy­kłym po­do­bień­stwem do Okta­wia­na Au­gu­sta. Kie­dy wie­ści do­szły do ce­za­ra, ten na­tych­miast ka­zał spro­wa­dzić so­bo­wtó­ra przed swe ob­li­cze

– Po­wiedz mi, do­bry czło­wie­ku – za­py­tał go – czy mat­ka two­ja była kie­dyś w Rzy­mie?

– Mat­ka nig­dy – od­parł tam­ten. – Ale czę­sto by­wał tu mój oj­ciec.

Po zwy­cię­stwie Okta­wia­na Au­gu­sta pod Ak­cjum po­wi­tał go pe­wien czło­wiek z kru­kiem. Ptak wy­raź­nie po­wie­dział:

– Wi­taj Okta­wia­nie, zwy­cię­ski wo­dzu!

Okta­wian ku­pił kru­ka za dwa­dzie­ścia ty­się­cy se­ster­cji. W póź­niej­szym cza­sie do­wie­dział się, że sprze­daw­ca miał jesz­cze dru­gie­go kru­ka, któ­ry mó­wił:

– Wi­taj zwy­cię­ski wo­dzu… An­to­niu­szu!

Pew­ne­go razu opo­wie­dzia­no Okta­wia­no­wi Au­gu­sto­wi o dwu­dzie­stu mi­lio­nach dłu­gów, ja­kich na­ro­bił za swe­go ży­cia pe­wien rzym­ski ekwi­ta. Au­gust ka­zał na au­kcji po­śmiert­nej ku­pić dla sie­bie pier­nat z jego łóż­ka. Wi­dząc zdzi­wie­nie oto­cze­nia, wy­ja­śnił:

– Musi mieć wła­ści­wo­ści na­sen­ne pier­nat, na któ­rym mógł ten czło­wiek spać, ma­jąc tyle dłu­gów.

Sta­ni­sław Au­gust Po­nia­tow­ski, prze­cha­dza­jąc się po Ogro­dzie Sa­skim, spo­strzegł szlach­ci­ca, któ­ry miał siwą bro­dę, lecz wło­sy na gło­wie zu­peł­nie czar­ne. Gdy król je­go­mość oka­zał zdzi­wie­nie tą oko­licz­no­ścią, sław­ny z dow­ci­pu szam­be­lan Wol­ski ob­ja­śnił mo­nar­sze:

– Dla­te­go, Wa­sza Kró­lew­ska Mość, ów szlach­cic ma bro­dę siwą a gło­wę czar­ną, że wię­cej pra­co­wał gębą niż gło­wą.

Ksią­żę Ra­inier, wład­ca Mo­na­ko, wy­glą­da­jąc pew­ne­go dnia przez okno swe­go pa­ła­cu, dał wy­raz wiel­kie­mu nie­za­do­wo­le­niu z po­wo­du bra­ku war­ty przed jego po­sia­dło­ścią.

– Eks­ce­len­cjo! – po­in­for­mo­wał go szef szta­bu. – Po­ło­wa ar­mii za­mia­ta wła­śnie dzie­dzi­niec pa­ła­cu, a dru­ga po­ło­wa po­szła z dzieć­mi Wa­szej Ksią­żę­cej Mo­ści na spa­cer.

Do ce­sa­rza rzym­sko-nie­miec­kie­go Ru­dol­fa II przy­szedł raz że­brak i rzekł:

– Pro­szę cię, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, o hoj­ne wspar­cie, bom jest two­im krew­nym po Ada­mie.

– Idź, przy­nieś wór – roz­ka­zał mu ce­sarz.

Dziad po­szedł i przy­niósł wór, my­śląc, że go ce­sarz na­peł­ni. Ale ten rzu­cił do nie­go grosz i rzekł:

– Niech każ­dy krew­ny po Ada­mie da ci grosz, a wnet bę­dziesz miał peł­ny wór. W koń­cu sta­niesz się bo­gat­szy ode mnie.

W cza­sie wi­zy­ty ce­sa­rza Etio­pii Haj­le Se­las­sje w Ju­go­sła­wii, w jed­nym za­kła­dów pra­cy, któ­re wi­zy­to­wał, wznie­sio­no na jego cześć okrzyk:

– Wi­ta­my to­wa­rzy­sza ce­sa­rza!

Król Ste­fan Ba­to­ry, jak wia­do­mo, nie znał ję­zy­ka pol­skie­go, na­to­miast świet­nie mó­wił po ła­ci­nie. Pew­ne­go razu za­gad­nął ar­cy­bi­sku­pa lwow­skie­go:

– Jak­że ty, księ­że, zo­sta­łeś bi­sku­pem w Ko­ście­le ła­ciń­skim, kie­dy mało co umiesz po ła­ci­nie?

– Tak jak Wa­sza Kró­lew­ska Mość kró­lem w Pol­sce, choć po pol­sku nie umiesz – od­po­wie­dział ar­cy­bi­skup.

Kie­dy peł­nią­cy obo­wiąz­ki na­miest­ni­ka Egip­tu Aemi­liusz Rek­tus prze­słał ce­sa­rzo­wi Ty­be­riu­szo­wi ko­lej­ną ratę po­dat­ków z pro­win­cji, dużo wyż­szą jed­nak niż zwy­kle, ce­sarz po­le­cił swym urzęd­ni­kom ode­słać nad­wyż­kę na­miest­ni­ko­wi wraz z na­stę­pu­ją­cym ko­men­ta­rzem:

„Do­bry pa­sterz strzy­że swo­je owce, a nie ob­dzie­ra ich ze skó­ry”.

Se­nat za­pro­po­no­wał ce­sa­rzo­wi Ty­be­riu­szo­wi na­zwa­nie mie­sią­ca wrze­śnia jego wła­snym imie­niem, a paź­dzier­ni­ka imie­niem jego mat­ki, Li­wii. Ty­be­riusz od­mó­wił, py­ta­jąc przy oka­zji:

– A co zro­bi­cie, gdy bę­dzie­cie już mie­li trzy­na­stu ce­za­rów?

Kró­lo­wa Wik­to­ria przy­ję­ła kie­dyś na au­dien­cji kró­lo­wą jed­nej z na­le­żą­cych do An­glii wy­se­pek.

– I w mo­ich ży­łach pły­nie an­giel­ska krew – rze­kła nie bez dumy eg­zo­tycz­na zna­ko­mi­tość.

– Jak to? – zdzi­wi­ła się Wik­to­ria.

– Mój dziad zjadł an­giel­skie­go ge­ne­ra­ła Mil­le­ra.

Ce­sarz nie­miec­ki Wil­helm II pod­czas swe­go po­by­tu w Wind­so­rze u kró­la Wiel­kiej Bry­ta­nii Je­rze­go V za­chwy­cał się wspa­nia­ły­mi traw­ni­ka­mi w par­ku ota­cza­ją­cym za­mek i pro­sił o zdra­dze­nie mu se­kre­tu ich pie­lę­gno­wa­nia. Król Je­rzy za­wo­łał ogrod­ni­ka, któ­ry wy­ja­śnił:

– To bar­dzo ła­twa rzecz. Kosi się traw­nik co­dzien­nie i pod­le­wa przez 700 lat, a tra­wa sta­je się gę­sta jak naj­bar­dziej pu­szy­sty dy­wan.

Kie­dy król Wła­dy­sław Ja­gieł­ło że­nił się po raz czwar­ty, tym ra­zem z księż­nicz­ką Son­ką Hol­szań­ską, bi­skup kra­kow­ski Zbi­gniew Ole­śnic­ki zwró­cił mu uwa­gę, że jego wy­bran­ka jest zbyt mło­da. Król od­parł na to z obu­rze­niem:

– Kie­dym się że­nił z Gra­now­ską, mó­wi­li­ście, że za sta­ra i że brzyd­ka. Jak­że więc wam do­go­dzić?

Pol­ski król Zyg­munt Sta­ry był na­mięt­nym kar­cia­rzem. Gra­jąc kie­dyś z dwo­rza­na­mi we flu­sa – kie­dy mu przy­szły dwa kró­le – zgło­sił, że ma trzy.

– A gdzie trze­ci? – za­py­ta­no przy spraw­dza­niu.

– A tom ja – od­rzekł ze spo­ko­jem król Zyg­munt i zgar­nął pulę.

Zyg­munt Sta­ry miał ra­czej opi­nię ma­ło­mów­ne­go, ale za mło­dych lat, w gro­nie osób bli­skich, po­zwa­lał so­bie na żar­ty i ce­lo­wał nie­kie­dy w zręcz­nych po­wie­dzon­kach. Pe­wien ma­gnat, któ­ry bar­dzo pra­gnął zo­stać kanc­le­rzem, rzekł raz do nie­go, chcąc go wy­ba­dać:

– Lu­dzie plo­tą, że mam zo­stać kanc­le­rzem

– Nie tur­buj się Wasz­mość – uspo­ko­ił go król Zyg­munt. – Cze­goż to lu­dzie nie ga­da­ją.

Król Zyg­munt Sta­ry pod­czas to­a­le­ty zdej­mo­wał pier­ście­nie z pal­ców i da­wał je do przy­trzy­ma­nia dy­żur­ne­mu dwo­rza­ni­no­wi. Pew­ne­go razu nie upo­mniał się o klej­no­ty i słu­ga, my­śląc, że mo­nar­cha o nich za­po­mniał, za­cho­wał pier­ście­nie przy so­bie. Kie­dy po ja­kimś cza­sie znów przy­szła ko­lej na tego sa­me­go dwo­rza­ni­na, Zyg­munt, wi­dząc wy­cią­gnię­tą dłoń, od­rzekł:

– Wy­star­czą wam daw­ne, te mogą się przy­dać in­ne­mu.

PO­LI­TY­CY

Pre­zy­dent USA w la­tach 1825-1829, John Qu­in­cy Adams, po­dej­rze­wa­ny był przez po­li­tycz­nych prze­ciw­ni­ków o sym­pa­tie ary­sto­kra­tycz­ne i ro­ja­li­stycz­ne. Po po­wro­cie z Eu­ro­py ktoś za­py­tał go de­li­kat­nie:

– Po­dob­no roz­ma­wiał pan we Fran­cji z kró­lem fran­cu­skim. Co król panu po­wie­dział?

– Po­wie­dział mi – od­rzekł Adams – abym zszedł mu z dro­gi.

Wy­bit­ne­go po­li­ty­ka ateń­skie­go Al­cy­bia­de­sa za­py­tał je­den z przy­ja­ciół:

– Po­wiedz mi, cze­mu za­da­jesz się z he­te­rą Le­isą, sko­ro wia­do­mo, że ona cię wca­le nie ko­cha?

– Mój dro­gi – od­parł Al­cy­bia­des – wino i ryby tak­że mnie nie ko­cha­ją, a jed­nak mi sma­ku­ją.

Po­li­tyk wę­gier­ski, hra­bia Ju­liusz An­drás­sy, był przez całe ży­cie wiel­kim mi­ło­śni­kiem ko­biet i po­zo­stał nim na­wet gdy skoń­czył już osiem­dzie­siąt­kę. Pew­ne­go dnia, roz­ma­wia­jąc na przy­ję­ciu z ja­kąś mło­dą damą, po­ło­żył jej rękę na ple­cach. Zmie­sza­na tym ko­bie­ta po­pro­si­ła grzecz­nie:

– Czy Wa­sza Eks­ce­len­cja nie mo­gła­by trzy­mać ręki gdzie in­dziej?

– Bar­dzo chęt­nie – od­parł hra­bia z ga­lan­te­rią. – Nie mia­łem tyl­ko od­wa­gi.

Pod­czas prze­pro­wa­dza­nia wy­wia­du pe­wien dzien­ni­karz zwró­cił się do Lesz­ka Bal­ce­ro­wi­cza:

– Lu­dzie mó­wią, że dla Pana czło­wiek nic nie zna­czy. Trosz­czy się Pan tyl­ko o bu­dżet.

– Niech mó­wią! – po­wie­dział Bal­ce­ro­wicz – Bu­dżet na tym nie ucier­pi.

Je­den z człon­ków Dy­rek­to­ria­tu rzą­dzą­ce­go Fran­cją po oba­le­niu w 1795 roku Ro­be­spier­re’a, na­zwi­skiem La­re­vel­lie­re-La­paux, był za­go­rza­łym an­ty­pa­pi­stą, za­cie­kłym wro­giem re­li­gii ka­to­lic­kiej.

– Kie­dyś stwo­rzę nową re­li­gię – obie­cał.

Obec­ny przy tym inny czło­nek Dy­rek­to­ria­tu, Paul Fra­nço­is de Bar­ras, scep­tycz­ny wo­bec po­my­słów ko­le­gi, po­wie­dział wte­dy:

– W jed­nym tyl­ko wi­dzę moż­li­wość zre­ali­zo­wa­nia tej obiet­ni­cy. Mu­sisz dać się ukrzy­żo­wać.

Pod­czas kon­fe­ren­cji pra­so­wej koń­czą­cej wi­zy­tę mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Jó­ze­fa Bec­ka w Lon­dy­nie w 1939 roku, je­den z dzien­ni­ka­rzy za­py­tał go, czy są­dzi, że bę­dzie woj­na. Beck od­po­wie­dział:

– Pro­szę Pana, je­stem mile za­sko­czo­ny, że przed­sta­wi­ciel Pol­ski wi­ta­ny jest w Lon­dy­nie jak pro­rok, ale za­pew­niam Pana, że nig­dy nie mia­łem z tym za­wo­dem nic wspól­ne­go.

Pe­wien gość z Tek­sa­su zwie­rzył się kie­dyś izra­el­skie­mu pre­mie­ro­wi, Da­vi­do­wi Ben-Gu­rio­no­wi:

– U nas w Tek­sa­sie je­dzie się po­cią­giem cały dzień i całą noc, i cią­gle jest Tek­sas.

– Te same kło­po­ty z ko­le­ja­mi mamy tak­że w Izra­elu – od­po­wie­dział z ca­łym spo­ko­jem Ben-Gu­rion.

Da­vid Ben-Gu­rion przy­był do sie­dzi­by izra­el­skie­go par­la­men­tu na po­sie­dze­nie ple­nar­ne bez ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta, co wy­wo­ła­ło obu­rze­nie de­pu­to­wa­nych.

– Mam na to po­zwo­le­nie sa­me­go Win­sto­na Chur­chil­la – wy­ja­śnił pre­mier.

– Jak to?

– Ano tak to. Kie­dy ostat­nio by­łem w Lon­dy­nie, pró­bo­wa­łem zdjąć ma­ry­nar­kę i kra­wat, ale Chur­chill prze­szko­dził mi, mó­wiąc, że mogę to zro­bić, ale w Je­ro­zo­li­mie.

Je­den z człon­ków kie­row­nic­twa fran­cu­skich so­cja­li­stów spo­tkał się w cza­sie wi­zy­ty w Izra­elu z Da­vi­dem Ben-Gu­rio­nem. Pod­czas roz­mo­wy pre­mier na­po­mknął o ży­dow­skim po­cho­dze­niu fran­cu­skie­go po­li­ty­ka, na co gość od­po­wie­dział:

– Mu­szę panu wy­znać, że naj­bar­dziej ce­nię w so­bie so­cja­li­stę, na­stęp­nie Fran­cu­za, a do­pie­ro na trze­cim miej­scu Żyda.

– Nic nie szko­dzi – od­parł Ben-Gu­rion. – Tu­taj czy­ta­my od pra­wej do le­wej.

Nowy za­kład mon­ta­żo­wy sa­mo­cho­dów w Izra­elu chciał po­da­ro­wać Ben-Gu­rio­no­wi pierw­szy wy­pro­du­ko­wa­ny tam sa­mo­chód. Wie­lu współ­pra­cow­ni­ków pre­mie­ra było jed­nak prze­ciw­nych przy­ję­ciu tego ro­dza­ju po­da­run­ku. Po dłu­gich per­trak­ta­cjach zgo­dzo­no się na kom­pro­mis i usta­lo­no, że Ben-Gu­rion sym­bo­licz­nie za­pła­ci za sa­mo­chód jed­ne­go izra­el­skie­go lira.

W cza­sie ce­re­mo­nii prze­ka­za­nia po­jaz­du żona Ben-Gu­rio­na, Pau­la, od­cią­gnę­ła męża na bok i po­wie­dzia­ła

– Kie­dy otrzy­mu­jesz sa­mo­chód za taką cenę, to kup przy­najm­niej dwa…!

Pod­czas kam­pa­nii wy­bor­czej Leon Blum, fran­cu­ski pi­sarz i po­li­tyk, oso­bi­ście kie­ro­wał pro­pa­gan­dą w swo­im okrę­gu. Pew­ne­go dnia ze­cer przy­niósł mu do ko­rek­ty ode­zwę i po­wie­dział:

– Trze­ba bę­dzie usu­nąć je­den wiersz, żeby się zmie­ścić na stro­nie.

– Do­sko­na­le – od­parł Blum – skre­śli­my ostat­ni wiersz: „Przy­się­gam, że da­nych wam obiet­nic do­trzy­mam”.

Pre­zy­dent Ja­mes Bu­cha­nan, opusz­cza­jąc w 1861 roku Bia­ły Dom, po­wie­dział do swo­je­go na­stęp­cy Abra­ha­ma Lin­col­na:

– Kie­dy, opusz­cza­jąc to miej­sce, bę­dziesz rów­nie szczę­śli­wy jak ja, gdy te­raz wra­cam do domu, bę­dziesz stu­pro­cen­to­wym szczę­ścia­rzem.

W wie­deń­skiej ka­wiar­ni Café Cen­tral do sta­łych by­wal­ców, obok Lwa Troc­kie­go, na­le­żał rów­nież Mi­ko­łaj Bu­cha­rin, któ­ry tak da­le­ce za­an­ga­żo­wał się w pro­gram so­wiec­kiej re­wo­lu­cji, że nie­mal­że do­pro­wa­dził się do za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. W sta­nie sil­nej de­pre­sji zwró­cił się o po­ra­dę do le­ka­rza. Ten za­le­cił mu to­wa­rzy­stwo ko­bie­ty.

Po ja­kimś cza­sie le­karz spo­tkał Bu­cha­ri­na i za­py­tał o wy­nik ku­ra­cji.

– Wspa­nia­ła! – od­po­wie­dział en­tu­zja­stycz­nie Bu­cha­rin. – Ca­ły­mi no­ca­mi dys­ku­to­wa­li­śmy o ka­pi­ta­li­stycz­nej teo­rii Róży Luk­sem­burg…

Do ma­łe­go nie­miec­kie­go mia­sta uni­wer­sy­tec­kie­go przy­je­chał in­co­gni­to kanc­lerz Rze­szy, ksią­żę Bern­hard von Bülow. W re­stau­ra­cji za­py­tał kel­ne­ra, co jest do zje­dze­nia. Ten wy­mie­nił sze­reg po­traw, po czym kanc­lerz za­wo­łał:

– I nic wię­cej? Skan­dal!

Przy jed­nym ze sto­łów sie­dzia­ło kil­ku stu­den­tów, któ­rzy usły­szaw­szy te sło­wa, we­zwa­li kel­ne­ra i każ­dy z nich za­py­tał go o ja­dło­spis. Gdy kel­ner wy­li­czał da­nia, każ­do­ra­zo­wo od­po­wia­da­li:

– I nic wię­cej? Skan­dal!

Wte­dy Bülow pod­szedł do nich i rzekł z obu­rze­niem:

– Je­stem ksią­żę Bülow, kanc­lerz Rze­szy.

– I nic wię­cej? Skan­dal! – ryk­nę­li stu­den­ci.

W roku 1939 pre­mier bry­tyj­ski, Ar­thur Ne­vil­le Cham­ber­la­in, na jed­nym ze spo­tkań z dzien­ni­ka­rza­mi pra­sy świa­to­wej zo­stał za­py­ta­ny:

– Co pan są­dzi o wzra­sta­ją­cym na­pię­ciu w Eu­ro­pie Środ­ko­wej i groź­bie woj­ny ze stro­ny Nie­miec?

– Pan Hi­tler – od­po­wie­dział pre­mier – jest z na­tu­ry ar­ty­stą, a nie po­li­ty­kiem. Gdy za­koń­czy się spór z Pol­ską, pan Hi­tler z pew­no­ścią resz­tę ży­cia po­świę­ci sztu­ce, a nie pro­wa­dze­niu wo­jen.

Gdy Chrusz­czow w swym słyn­nym prze­mó­wie­niu na XX Zjeź­dzie KPZR w 1956 roku pięt­no­wał i gro­mił okrut­ne cza­sy sta­li­now­skie, ktoś z sali wy­krzyk­nął:

– A gdzie by­li­ście wów­czas wy, to­wa­rzy­szu, gdy mor­do­wa­no tych wszyst­kich nie­win­nych lu­dzi?

– Niech wsta­nie ten, kto to po­wie­dział – rzekł Ni­ki­ta Sier­gie­je­wicz, prze­ry­wa­jąc czy­ta­nie.

Na sali za­pa­no­wa­ła ci­sza, po­wia­ło gro­zą. Ale oczy­wi­ście nikt się nie pod­niósł.

– Oto jest od­po­wiedź, to­wa­rzy­sze – po­wie­dział Chrusz­czow. – Ja by­łem wte­dy w tym sa­mym po­ło­że­niu, co te­raz ten, któ­ry po­sta­wił po­wyż­sze py­ta­nie.

Za­py­ta­no kie­dyś Win­sto­na Chur­chil­la, ja­kie kwa­li­fi­ka­cje po­wi­nien mieć jego zda­niem do­bry po­li­tyk.

– Musi po­sia­dać umie­jęt­ność prze­po­wia­da­nia, co zda­rzy się ju­tro, za mie­siąc, za rok – wy­ja­śnił pre­mier. – A na­stęp­nie umieć wy­ja­śnić, dla­cze­go się to nie zda­rzy­ło.

Pod­czas po­sie­dze­nia Izby Gmin, od­by­wa­ją­ce­go się w 1942 roku, w któ­rym uczest­ni­czył Win­ston Chur­chill, je­den z de­pu­to­wa­nych szep­nął do są­sia­da:

– Mó­wią, że Chur­chill jest już za sta­ry, by brać udział w pra­cach rzą­du.

– Owszem – rzekł na to Chur­chill, zwra­ca­jąc się w ich stro­nę. – Mó­wią rów­nież, że jest głu­chy.

W obec­no­ści Win­sto­na Chur­chil­la po­chwa­lo­no kie­dyś przy­wód­cę kon­ku­ren­cyj­nej Par­tii Pra­cy, Cle­men­ta At­tlee:

– To czło­wiek nie­zwy­kle skrom­ny.

– Ma ku temu wszel­kie po­wo­dy – wtrą­cił Chur­chill.

Kie­dy za­pro­po­no­wa­no, żeby kon­fe­ren­cja mię­dzy­na­ro­do­wa w spra­wie utwo­rze­nia Or­ga­ni­za­cji Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych ze­bra­ła się na pięć dni w San Fran­ci­sco, Win­ston Chur­chill za­de­pe­szo­wał do Fran­kli­na De­la­no Ro­ose­vel­ta:

„Nie wi­dzę moż­li­wo­ści utwo­rze­nia w cią­gu pię­ciu dni or­ga­ni­za­cji dla urzą­dze­nia świa­ta. Na­wet Wszech­mo­gą­cy po­trze­bo­wał w tym celu sied­miu dni!”.

Win­ston Chur­chill od­wie­dził kie­dyś Man­che­ster. Po urzą­dzo­nym na jego cześć ban­kie­cie, bur­mistrz mia­sta na­chy­lił się do nie­go i za­py­tał szcze­rze:

– Pa­nie pre­mie­rze, czy po­zwo­li­my, aby ze­bra­ni za­ba­wi­li się jesz­cze tro­chę, czy też chce pan wy­gło­sić prze­mó­wie­nie…?

Kie­dy po zdo­by­ciu Pa­ry­ża Chur­chill prze­mó­wił przez ra­dio do jego miesz­kań­ców, za­czął od na­stę­pu­ją­cych słów:

– Fran­cu­zi – uwa­żaj­cie! Będę mó­wić po fran­cu­sku, co dla mnie sta­no­wi wiel­ki wy­si­łek, a dla was bę­dzie cięż­ką pró­bą wa­szej przy­jaź­ni z Wiel­ką Bry­ta­nią.

Po jed­nym z prze­mó­wień po­li­tycz­nych po­de­szła do Chur­chil­la ja­kaś ko­bie­ta.

– Dwie rze­czy w panu bu­dzą we mnie od­ra­zę – po­wie­dzia­ła. – Pań­skie po­glą­dy i pań­skie wąsy.

– Może się pani nie oba­wiać – od­po­wie­dział spo­koj­nie Chur­chill. – Nig­dy nie ze­tknie się pani bli­żej ani z jed­nym, ani z dru­gim.

Na pew­nym ofi­cjal­nym przy­ję­ciu kel­ner, na­le­wa­jąc szam­pa­na, ob­lał nie­chcą­cy ły­si­nę Win­sto­na Chur­chil­la. Prze­ra­żo­ny kel­ner za­stygł jak słup soli, a wo­kół za­pa­no­wa­ła na­gle gro­bo­wa ci­sza. Prze­rwał ją do­pie­ro sam Chur­chill:

– Do­praw­dy, mój dro­gi, uwa­ża pan, że to mi po­mo­że?

W wol­nych chwi­lach Win­ston Chur­chill uwiel­biał ma­lo­wać. Kie­dyś na­wet urzą­dził wy­sta­wę swych ob­ra­zów. Po jej zwie­dze­niu, były bry­tyj­ski pre­mier Ha­rold Mac­Mil­lan po­wie­dział:

– Te­raz już ro­zu­miem, dla­cze­go Win­ston za­jął się po­li­ty­ką. Mu­siał mieć inny za­wód, by nie umrzeć z gło­du.

Pew­ne­go dnia, gdy Win­ston Chur­chill po­ka­zy­wał przy­ja­cie­lo­wi swe ob­ra­zy, ten za­py­tał:

– Dla­cze­go ma­lu­jesz tyl­ko kra­jo­bra­zy?

– Po­nie­waż drze­wa nie na­rze­ka­ją na to, że są lub nie są do sie­bie po­dob­ne.

Na wieść o tym, że Ema­nu­el Shin­well mia­no­wa­ny zo­stał bry­tyj­skim mi­ni­strem woj­ny, Win­ston Chur­chill bar­dzo się ucie­szył.

– Na pew­no nie bę­dzie woj­ny – sko­men­to­wał ten fakt ra­do­śnie. – Już kie­dy Shin­well był mi­ni­strem opa­łu, nie było opa­łu.

Roz­ma­wia­jąc kie­dyś z Win­sto­nem Chur­chil­lem, Bri­git­te Bar­dot po­skar­ży­ła się na pra­sę, któ­ra pi­sząc o niej, uży­wa­ła ini­cja­łów B.B.

– Ależ niech pani nie na­rze­ka – od­parł Chur­chill. – Pani ini­cja­ły są cza­ru­ją­ce. Co by pani po­wie­dzia­ła na moim miej­scu?

Wy­bit­ny fran­cu­ski po­li­tyk i mąż sta­nu, Geo­r­ges Cle­men­ce­au, miał w swej wiej­skiej po­sia­dło­ści wiel­kie­go i nie­zwy­kle ostre­go owczar­ka al­zac­kie­go.

– Ten pies jest tak groź­ny, że gry­zie na­wet mo­ich przy­ja­ciół – po­stra­szył pew­ne­go razu gosz­czą­ce­go u nie­go po­li­ty­ka.

– No to nie ma znów tak wie­le do gry­zie­nia – za­uwa­żył gość.

Bę­dąc już w po­de­szłym wie­ku, Geo­r­ges Cle­men­ce­au wy­brał się na ba­zar po za­ku­py.

– Ta mar­chew jest sta­now­czo za dro­ga – rzekł do jed­nej z prze­ku­pek, żą­da­ją­cej za pę­czek aż sześć­dzie­się­ciu fran­ków – Nie dam wię­cej niż pięć­dzie­siąt.

– No do­brze już, do­brze – od­rze­kła po­jed­naw­czo ko­bie­ta. – Niech bę­dzie pięć­dzie­siąt. Ale to tyl­ko dla­te­go, że jest pan po­dob­ny do na­sze­go po­czci­we­go Cle­men­ce­au.

Gdy Cle­men­ce­au miał już 83 lata, le­karz za­pro­po­no­wał mu ku­ra­cję od­mła­dza­ją­cą. – Mam jesz­cze czas – od­parł po­li­tyk. – Musi pan po­cze­kać, aż się po­sta­rze­ję…

Pre­zy­dent Gro­ver Cle­ve­land był w sta­łym kon­flik­cie z ame­ry­kań­skim Se­na­tem, na­to­miast zu­peł­nie po­praw­nie ukła­da­ły mu się sto­sun­ki z Izbą Re­pre­zen­tan­tów. Pew­nej nocy pre­zy­dent zo­stał obu­dzo­ny z głę­bo­kie­go snu.

– Wsta­waj, zło­dzie­je są w izbie! – krzy­cza­ła Fran­ces, jego mał­żon­ka.

– Ależ moja dro­ga – od­po­wie­dział spo­koj­nie Cle­ve­land. – Zło­dzie­je są być może w Se­na­cie, ale z pew­no­ścią nie w Izbie.

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ca­lvin Co­olid­ge zna­ny był po­wszech­nie ze swej ma­ło­mów­no­ści. Na pew­nym przy­ję­ciu po­de­szła do nie­go go­spo­dy­ni domu, mó­wiąc z cza­ru­ją­cym uśmie­chem:

– Pa­nie pre­zy­den­cie, za­ło­ży­łam się, że uda mi się wy­do­być od pana przy­najm­niej trzy sło­wa…

– Prze­gra­ła pani – od­parł zim­no Co­olid­ge.

Jesz­cze jako wi­ce­pre­zy­dent Ca­lvin Co­olid­ge przyj­mo­wał pra­wie wszyst­kie za­pro­sze­nia na obia­dy i ko­la­cje. Nig­dy jed­nak nie za­bie­rał gło­su i nie prze­ma­wiał. Ali­ce Ro­ose­velt Lon­gworth za­gad­nę­ła go kie­dyś:

– Dzi­wię się, że pan przy­cho­dzi na te przy­ję­cia, to musi być nie­zwy­kle nud­ne dla pana.

– Czło­wiek musi prze­cież jeść – od­po­wie­dział zwięź­le Co­olid­ge.

Jako wi­ce­pre­zy­dent w ad­mi­ni­stra­cji Har­din­ga, Co­olid­ge miesz­kał dość skrom­nie w apar­ta­men­cie w Wil­lard Ho­tel w Wa­szyng­to­nie. Pew­ne­go wie­czo­ru w bu­dyn­ku ho­te­lo­wym wy­buchł nie­du­ży po­żar i wszy­scy go­ście ze­bra­li się w holu na dole. Mimo że po­żar szyb­ko uga­szo­no, stra­ża­cy nie po­zwa­la­li po­wró­cić do po­ko­jów. Znie­cier­pli­wio­ny ocze­ki­wa­niem Co­olid­ge udał się po scho­dach na górę. Za­trzy­mał go stra­żak i za­py­tał:

– Kim pan jest?

– Je­stem wi­ce­pre­zy­den­tem – od­po­wie­dział.

– A, to w po­rząd­ku – rzekł stra­żak, ale za chwi­lę za­trzy­mał Co­olid­ge’a i za­py­tał: – Jest pan wi­ce­pre­zy­den­tem, ale cze­go?

– Wi­ce­pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

– To pro­szę na­tych­miast po­wró­cić do holu – roz­ka­zał stra­żak. – My­śla­łem, że jest pan wi­ce­pre­zy­den­tem za­rzą­du ho­te­lu.

Wi­ce­pre­zy­dent Co­olid­ge uczest­ni­czył w uro­czy­sto­ści wmu­ro­wa­nia ka­mie­nia wę­giel­ne­go pod bu­do­wę bu­dyn­ku rzą­do­we­go. Wy­ko­nał sym­bo­licz­ny sztych szpa­dlem. Tłum lu­dzi cze­kał na tra­dy­cyj­ne prze­mó­wie­nie. Szef pro­to­ko­łu zwró­cił się do Co­olid­ge’a, by po­wie­dział kil­ka słów. Co­olid­ge chwi­lę po­my­ślał, spoj­rzał na świe­żo wy­ko­pa­ną zie­mię i po­wie­dział, po­ka­zu­jąc pal­cem:

– Jaka wspa­nia­ła gli­sta dla węd­ka­rzy. – Po czym od­szedł w kie­run­ku cze­ka­ją­cej na nie­go li­mu­zy­ny.

Żona Ca­lvi­na Co­olid­ge’a (a ra­czej mał­żon­ka, bo na tym szcze­blu ma się już mał­żon­ki, a nie żony) ka­za­ła na­ma­lo­wać jego por­tret i w dniu uro­dzin po­wie­si­ła mu go w ga­bi­ne­cie. Kie­dy do pre­zy­den­ta przy­szedł pe­wien kon­gres­men, ten bez sło­wa wska­zał por­tret. Gość przy­glą­dał się przez pięć mi­nut i rów­nież nic nie po­wie­dział. Wte­dy do­pie­ro ode­zwał się Co­olid­ge:

– Je­stem tego sa­me­go zda­nia.

Pani Co­olid­ge zwie­dza­ła wraz z mę­żem, ale w od­dziel­nej gru­pie, no­wo­cze­sną ku­rzą fer­mę. W pew­nym mo­men­cie za­py­ta­ła opro­wa­dza­ją­ce­go:

– Czy ko­gut ko­pu­lu­je wię­cej niż raz dzien­nie?

– Kil­ka­na­ście razy – od­po­wie­dział prze­wod­nik.

– Po­wiedz­cie to pre­zy­den­to­wi – po­pro­si­ła pani Co­olid­ge.

Chwi­lę póź­niej zja­wił się pre­zy­dent i po­wie­dzia­no mu, że ko­gut może ko­pu­lo­wać kil­ka­na­ście razy dzien­nie.

– Z tą samą kurą? – za­py­tał Co­olid­ge.

– Nie, za każ­dym ra­zem z inną – od­po­wie­dział opro­wa­dza­ją­cy.

– Po­wiedz­cie to pani Co­olid­ge – po­wie­dział pre­zy­dent.

Ca­lvin Co­olid­ge zdo­był fo­tel pre­zy­den­ta USA jako czło­nek Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej.

– Jak to się dzie­je, pa­nie pre­zy­den­cie, że z ra­mie­nia re­pu­bli­ka­nów kan­dy­du­je do Se­na­tu pe­wien no­to­rycz­ny łotr i ka­na­lia? – za­py­tał go kie­dyś pe­wien do­cie­kli­wy dzien­ni­karz.

– Ta­kie są re­gu­ły de­mo­kra­cji – wy­ja­śnił Co­olid­ge. – Tego typu osob­ni­cy są u nas tak licz­ni, że mają peł­ne pra­wo do swych przed­sta­wi­cie­li w Se­na­cie.

Ca­lvin Co­olid­ge ucho­dził za ma­ło­mów­ne­go skne­rę. Pew­ne­go razu sie­dział na fo­te­lu u fry­zje­ra w Ver­mont. W tym cza­sie wszedł do za­kła­du miej­sco­wy le­karz.

– Cal, czy wzią­łeś pi­guł­ki, któ­re ci ostat­nio da­łem? – za­py­tał.

Po chwi­li mil­cze­nia Co­olid­ge od­rzekł:

– Nie.

Le­karz znów za­py­tał:

– Czy czu­jesz się le­piej?

Znów upły­nę­ło parę mi­nut, za­nim Co­olid­ge wy­du­sił z sie­bie:

– Tak.

Kie­dy fry­zjer skoń­czył go strzyc, wstał z fo­te­la i po­szedł w kie­run­ku drzwi.

– Mr Co­olid­ge – ode­zwał się de­li­kat­nie fry­zjer – czy nie za­po­mniał pan o czymś?

– Prze­pra­szam – zre­flek­to­wał się za­gad­nię­ty. – By­łem tak po­chło­nię­ty roz­mo­wą z dok­to­rem, że za­po­mnia­łem panu za­pła­cić.

Ko­le­ga Ca­lvi­na Co­olid­ge’a chciał kie­dyś po­ży­czyć od nie­go pięć do­la­rów, ale spo­tkał się z od­mo­wą. Wie­le lat póź­niej od­wie­dził on Co­olid­ge’a już jako pre­zy­den­ta i po­now­nie po­pro­sił o po­ży­cze­nie pię­ciu do­la­rów. I tym ra­zem Co­olid­ge od­mó­wił.

– Jed­no mogę po­wie­dzieć z całą pew­no­ścią – rzekł przy­ja­ciel. – Suk­ces ży­cio­wy wca­le cię nie zmie­nił.

Pew­ne­go razu dzien­ni­karz za­py­tał pre­zy­den­ta Co­olid­ge’a:

– Ja­kie ma pan hob­by?

– Utrzy­ma­nie swe­go sta­no­wi­ska – szcze­rze od­po­wie­dział Co­olid­ge.

Kon­gres­men Al­len T. Tre­adway z Mas­sa­chu­setts po­pro­sił Co­olid­ge’a o fo­to­gra­fię, mó­wiąc, że wpraw­dzie ma jego por­tret, ale jesz­cze z cza­sów, gdy był on za­stęp­cą gu­ber­na­to­ra tego sta­nu.

– Po co panu moja fo­to­gra­fia? – burk­nął pre­zy­dent. – Uży­wam prze­cież cią­gle tej sa­mej twa­rzy.

W Bia­łym Domu trwał re­mont. Ar­chi­tekt po­pro­sił Co­olid­ge’a na pod­da­sze i po­ka­zał, jak znisz­czo­ne zo­sta­ły stro­py bu­dyn­ku pod­czas po­ża­ru spo­wo­do­wa­ne­go przez An­gli­ków w cza­sie woj­ny w 1814 roku.

– Woli pan drew­nia­ne czy sta­lo­we stro­py, Pa­nie Pre­zy­den­cie? – za­py­tał.

– Pro­szę za­ło­żyć sta­lo­we – zde­cy­do­wał Co­olid­ge. – Ale ra­chu­nek za na­pra­wę pro­szę prze­słać kró­lo­wi an­giel­skie­mu.

Pew­ne­go dnia Ca­lvin Co­olid­ge po­dej­mo­wał śnia­da­niem w Bia­łym Domu am­ba­sa­do­ra Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie chcąc ura­zić go­spo­da­rza swym dwor­skim za­cho­wa­niem, am­ba­sa­dor pró­bo­wał na­śla­do­wać przy sto­le ma­nie­ry pre­zy­den­ta. Kie­dy pre­zy­dent po­sta­wił fi­li­żan­kę do góry dnem, am­ba­sa­dor zro­bił to samo. Kie­dy Co­olid­ge na­lał mle­ka na ta­le­rzyk, dy­plo­ma­ta bry­tyj­ski po­stą­pił po­dob­nie. Wów­czas Co­olid­ge, z mści­wym uśmie­chem na twa­rzy, wziął ta­le­rzyk z mle­kiem i po­sta­wił przed le­żą­cym u jego stóp ko­tem.

Wkra­cza­ją­ce­mu try­um­fal­nie do Lon­dy­nu Oli­ve­ro­wi Crom­wel­lo­wi zwró­co­no uwa­gę na tłu­my wi­ta­ją­cych go miesz­kań­ców.

– Za­pew­niam pa­nów – od­po­wie­dział nowo mia­no­wa­ny lord pro­tek­tor – że by­ło­by ich tyle samo, gdy­by pro­wa­dzo­no mnie na sza­fot.

W cza­sie po­dró­ży na Da­le­ki Wschód w 1957 roku, Jó­zef Cy­ran­kie­wicz spo­tkał się z Mao Tse-Tun­giem i za­py­tał go, czy mają u sie­bie w kra­ju opo­zy­cjo­ni­stów sprze­ci­wia­ją­cych się bu­do­wie so­cja­li­zmu w Chi­nach.

– Oczy­wi­ście – od­parł Mao.

– A ilu ich jest? – kon­ty­nu­ował Cy­ran­kie­wicz.

– Oko­ło 30 mi­lio­nów.

Po chwi­li prze­wod­ni­czą­cy Mao zwró­cił się do pol­skie­go pre­mie­ra:

– A czy w Pol­sce też ma­cie opo­zy­cjo­ni­stów?

– Oczy­wi­ście.

– A ilu ich jest?

– Mniej wię­cej tyle samo, co u was – od­parł Cy­ran­kie­wicz.

Po­li­cja dro­go­wa za­trzy­ma­ła kie­dyś przy­szłe­go sze­fa dy­plo­ma­cji Izra­ela, Mo­sze Da­ja­na, ja­dą­ce­go sa­mo­cho­dem z nad­mier­ną szyb­ko­ścią. Przy­stą­pio­no do wy­pi­sy­wa­nia dość wy­so­kie­go man­da­tu, na co zde­ner­wo­wa­ny po­li­tyk za­wo­łał:

– Pa­no­wie, mam tyl­ko jed­no oko. Na co więc po­wi­nie­nem pa­trzeć… na szyb­ko­ścio­mierz czy na dro­gę?

Kró­lo­wa An­glii, Wik­to­ria, bar­dzo li­czy­ła się z opi­nia­mi swe­go kon­ser­wa­tyw­ne­go pre­mie­ra, Ben­ja­mi­na Di­sra­ele­go. Pew­ne­go razu za­py­ta­ła go:

– Jaką pan wi­dzisz róż­ni­cę mię­dzy nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem a nie­szczę­ściem?

– To pro­ste, Naj­ja­śniej­sza Pani – od­parł Di­sra­eli. – Gdy­by mój naj­gor­szy wróg, lord Glad­sto­ne (przy­wód­ca bry­tyj­skich li­be­ra­łów) wpadł do mo­rza, był­by to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek. Gdy­by jed­nak ktoś wy­cią­gnął go z wody, to by­ło­by nie­szczę­ście.

Pod­czas swych za­gra­nicz­nych po­dró­ży ge­ne­rał de Gaul­le miał zwy­czaj co­dzien­ne­go wy­sy­ła­nia licz­nych de­pesz do mi­ni­strów w Pa­ry­żu i żą­da­nia na­tych­mia­sto­wej od­po­wie­dzi. Tak też było w cza­sie jego po­dró­ży po kra­jach Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej. Pew­nej nocy obu­dzo­no mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych, Co­uve de Mu­rvil­le’a i do­rę­czo­no mu te­le­gram od de Gaul­le’a wy­sła­ny z po­kła­du okrę­tu zmie­rza­ją­ce­go wła­śnie do Peru. Tekst był krót­ki:

„Czy znasz na­zwi­sko pe­ru­wiań­skie­go mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych?”.

Za­spa­ny i wście­kły de Mu­rvil­le ka­zał od­po­wie­dzieć jesz­cze kró­cej:

„Tak, pa­nie ge­ne­ra­le”.

– Pa­nie ge­ne­ra­le – zwró­cił się pew­ne­go razu do de Gaul­le’a mer Stras­bur­ga.

– Trze­ba zro­bić wszyst­ko, by nie do­pu­ścić do zjed­no­cze­nia Nie­miec. Nie prze­sta­ję o tym my­śleć od trzy­dzie­stu lat.

– A ja, mój dro­gi, po­wta­rzam to samo od ty­sią­ca lat – od­po­wie­dział ge­ne­rał.

Lon­dyn, rok 1943. De Gaul­le ostro kry­ty­ku­je swe­go ko­mi­sa­rza spraw za­gra­nicz­nych De­je­ana. Ten w pew­nym mo­men­cie nie wy­trzy­mu­je i od­po­wia­da:

– Pa­nie ge­ne­ra­le, je­stem rów­nie do­brym pa­trio­tą i rów­nie do­brym Fran­cu­zem jak pan.