Na skraju załamania - B.A. Paris - ebook + audiobook + książka

Na skraju załamania ebook i audiobook

B.A. Paris

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Jeśli nie możesz ufać nawet sobie, to komu możesz wierzyć?
Deszczowa noc, głuche telefony i to okropne poczucie winy…

Wszystko zaczęło się tamtej nocy. W lesie.

Cass Anderson nie zatrzymała się, by sprawdzić, czy siedząca w zaparkowanym na leśnej drodze samochodzie kobieta nie potrzebuje pomocy. Teraz nieznajoma nie żyje. Od tamtej feralnej nocy Cass nie może się pozbierać – regularnie powtarzające się głuche telefony mącą jej spokój, a ona sama czuje, że nieustannie jest obserwowana. Nawet najmniejszy dźwięk przyprawia ją o przyspieszone bicie serca i ciarki. Nękana wyrzutami sumienia zaczyna miewać kłopoty z pamięcią. Coraz częściej nie może sobie przypomnieć, czy zażyła lekarstwa, jaki kod odblokowuje alarm, gdzie zaparkowała samochód, dlaczego zamówiła dziecięcy wózek, skoro nie jest w ciąży, i czy leżący na blacie w kuchni nóż na pewno nie był pokryty krwią… Jedyne, czego nie może wyrzucić z pamięci, to twarz zamordowanej kobiety.

Autorka Za zamkniętymi drzwiami, bestsellera, który wywołał sensację na międzynarodowym rynku wydawniczym, a w Polsce gościł na listach bestsellerów przez ponad 30 tygodni, powraca z nowym elektryzującym thrillerem psychologicznym!

Zaskakujące zwroty akcji i ciągłe napięcie przyprawią Was o gęsią skórkę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 52 min

Lektor: Ewa Abart

Oceny
4,4 (4445 ocen)
2666
1122
513
121
23
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Marcowababcia

Całkiem niezła

Dobrze się czyta, ale jednak do bólu przewidywalna. I bardzo odrealniona.
40
kolorszarosci

Z braku laku…

Jeśli masz ochotę na pokaz głupoty głównej bohaterki i nieudolność policji plus nude to jest to obowiązkowa pozycja.
52
ztomasz

Nie oderwiesz się od lektury

cieszę się że odkryłem tą autorkę. jest to druga książka którą przeczytałam jednym tchem. zakończenie było dla mnie zaskoczeniem. polecam i to bardzo.
30
BabciaBo

Całkiem niezła

Niestety, dla mnie, przewidywalna do bólu.
20
Agnieszka2200

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonała książka👌 od pierwszej do ostatniej strony👍
10

Popularność




Okładka

O książce

Strona ‌tytułowa

O autorze

Tej autorki

Strona redakcyjna

Dedykacja

PIĄTEK, ‌17 ‌LIPCA

SOBOTA, 18 LIPCA

PIĄTEK, 24 ‌LIPCA

SOBOTA, 25 LIPCA

NIEDZIELA, ‌26 LIPCA

PONIEDZIAŁEK, ‌27 ‌LIPCA

ŚRODA, ‌29 LIPCA

PIĄTEK, 31 ‌LIPCA

NIEDZIELA, ‌2 ‌SIERPNIA

WTOREK, 4 ‌SIERPNIA

ŚRODA, ‌5 ‌SIERPNIA

PIĄTEK, 7 SIERPNIA

SOBOTA, 8 ‌SIERPNIA

NIEDZIELA, 9 ‌SIERPNIA

PONIEDZIAŁEK, 10 SIERPNIA

ŚRODA, ‌12 ‌SIERPNIA

CZWARTEK, ‌13 SIERPNIA

PIĄTEK, 14 ‌SIERPNIA

SOBOTA, 15 SIERPNIA

PIĄTEK, ‌28 ‌SIERPNIA

WTOREK, 1 WRZEŚNIA

NIEDZIELA, 20 ‌WRZEŚNIA

PONIEDZIAŁEK, ‌21 WRZEŚNIA

WTOREK, 22 ‌WRZEŚNIA

PONIEDZIAŁEK, 28 ‌WRZEŚNIA

WTOREK, ‌29 ‌WRZEŚNIA

ŚRODA, 30 ‌WRZEŚNIA

CZWARTEK, ‌1 ‌PAŹDZIERNIKA

PIĄTEK, 2 ‌PAŹDZIERNIKA

Podziękowania

O książce

NAJNOWSZA KSIĄŻKA AUTORKI ŚWIATOWEGO ‌BESTSELLERA ‌ZA ZAMKNIĘTYMI ‌DRZWIAMI, ‌KTÓRY POKOCHALI TAKŻE POLSCY ‌CZYTELNICY

Blisko 200 000 ‌egzemplarzy sprzedanych tylko w Polsce!Prawie ‌rok na liście bestsellerów ‌Empiku!

KIEDY ‌TWOJA GŁOWA JEST NAJGORSZYM ‌WIĘZIENIEM.

Wszystko zaczęło się ‌tamtej nocy w lesie. ‌Cass Anderson ‌nie sprawdziła, czy samotna ‌kobieta siedząca ‌w samochodzie ‌zaparkowanym na odludziu nie ‌potrzebuje pomocy. A teraz okazało ‌się, że kobieta ‌została zamordowana.

Od tamtej ‌pory Cass nie ‌może się pozbierać. Nękana ‌wyrzutami sumienia ‌i głuchymi telefonami, ‌zaczyna popadać w obłęd. Coraz ‌częściej ‌nie ‌może sobie ‌przypomnieć, czy zażyła ‌lekarstwa, jaki jest ‌kod do alarmu ‌i czy ‌leżący na ‌blacie nóż na pewno ‌nie był pokryty krwią…

A ‌skoro nie może ‌zaufać sobie, ‌to czy może ufać ‌komukolwiek?

B.A. PARIS

Angielska autorka ‌od wielu lat mieszkająca ‌we ‌Francji. Pracowała ‌w finansach; obecnie ‌zajmuje się pisaniem, prowadzeniem ‌szkoły ‌językowej i wychowywaniem pięciu córek.

Za zamkniętymi drzwiami to jej debiut literacki, uznany za najlepszy debiut 2016 roku. W samej tylko Wielkiej Brytanii sprzedano ponad milion egzemplarzy tej książki i przez wiele tygodni utrzymywała się ona na liście bestsellerów „New York Timesa”.

Tej autorki

ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMINA SKRAJU ZAŁAMANIA

Tytuł oryginału:

THE BREAKDOWN

Copyright © B.A. Paris 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Maria Olejniczak-Skarsgård 2018

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcia na okładce: © Laura Kate Bradley/Arcangel Images, Malcolm Brice/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka-Magdziarz

ISBN 978-83-8125-191-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Moim rodzicom

PIĄTEK, 17 LIPCA

Kiedy się rozstajemy po ostatnim spotkaniu przed wakacjami, nadchodzi burza. Piorun uderza tak głośno, że Connie aż podskakuje, wzbudzając śmiech Johna. Echo grzmotu pobrzmiewa w gorącym, ciężkim powietrzu.

– Lepiej się pośpiesz! – krzyczy John.

Macham ręką na pożegnanie i biegnę do samochodu. Gdy jestem przy drzwiach, dzwoni komórka. Z torebki wydobywa się stłumiona melodia, po której poznaję, że to Matthew.

– Właśnie ruszam – mówię mu, próbując w ciemności wymacać klamkę. – Wsiadam do samochodu.

– Już? – dolatuje mnie jego głos. – Nie jedziesz do Connie?

– Taki miałam zamiar, ale myśl, że na mnie czekasz, była bardziej kusząca – odpowiadam żartem. Słyszę, że mówi jakimś bezbarwnym tonem. – Wszystko w porządku? – pytam.

– Tak, tylko mam potworną migrenę. Zaczęło się z godzinę temu i jest coraz gorzej. Dlatego dzwonię. Nie będziesz zawiedziona, jeżeli pójdę spać przed twoim powrotem?

Oblepia mnie gęste powietrze zapowiadające burzę. Zbiera się na deszcz.

– Skądże. Wziąłeś coś?

– Tak, ale nie pomaga. Chyba położę się w pokoju gościnnym, żebyś mnie nie obudziła.

– Dobry pomysł.

– Chociaż wolałbym być na nogach, dopóki nie wrócisz cała i zdrowa.

Uśmiecham się, gdy to słyszę.

– Nic mi się nie stanie. To tylko czterdzieści minut jazdy. A mogę jechać Blackwater Lane, przez las.

– Ani się waż! – Niemal czuję, jak po tym okrzyku łapie go przeszywający ból. – Au, moja głowa – jęczy, a ja krzywię się ze współczuciem. Zniża głos do znośnego poziomu. – Cass, obiecaj, że tamtędy nie pojedziesz. Po pierwsze nie chcę, żebyś w środku nocy, sama, jechała przez las. Po drugie idzie burza.

– Dobrze, nie pojadę – zgadzam się szybko.

Siadam za kierownicą i rzucam torebkę na fotel obok.

– Obiecujesz?

– Obiecuję.

Przekręcam kluczyk i włączam bieg, przyciskając telefon uchem do ramienia.

– Jedź ostrożnie – przestrzega mnie Matthew.

– Oczywiście. Kocham cię.

– Ja ciebie bardziej.

Chowam telefon do torebki, mile przyjmując stanowczość Matthew. Gdy ruszam, duże krople deszczu uderzają w szybę. Zaczyna się – przelatuje mi przez głowę.

Na dwupasmówce leje już porządnie. Przede mną jedzie wielka ciężarówka, spod której tryskają strumienie wody w ilości, jakiej nie sprostają wycieraczki mojego samochodu. Gdy przesuwam się, żeby ją wyprzedzić, na niebie rozbłyskuje błyskawica i starym zwyczajem, jeszcze z dzieciństwa, zaczynam wolno liczyć w myślach. Przy czterech uderza piorun. Zastanawiam się, czy jednak nie należało pojechać razem ze wszystkimi do Connie – przeczekałabym burzę, John zabawiałby nas dowcipami i historyjkami. Mam wyrzuty sumienia, przypominając sobie, jak spojrzał na mnie, gdy powiedziałam, że nie będę im towarzyszyć. Trochę nieporadnie napomknęłam o Matthew, choć zgrabniej byłoby wytłumaczyć się zmęczeniem, jak Mary, nasza dyrektorka.

Z nieba leją się już strugi deszczu, a przez to zwalniają samochody na szybkim pasie. Ścieśniają się wokół mojego małego mini, co nagle tak mnie przytłacza, że zjeżdżam na pas wolnego ruchu. Pochylona do przodu, wytężam wzrok, żałując, że wycieraczki nie działają szybciej. Obok mnie przejeżdża z łoskotem ciężarówka, potem druga. Gdy bez ostrzeżenia skręca na mój pas, muszę gwałtownie hamować. Mam wrażenie, że jazda tą drogą jest coraz bardziej niebezpieczna. Błyskawice znów przecinają niebo i zaraz pojawia się drogowskaz na Nook’s Corner, małą wioskę, gdzie mieszkam. Czarne litery na białym tle, lśniące w blasku reflektorów niczym jakiś sygnał, wyglądają tak zachęcająco, że raptownie, w ostatniej chwili, gdy jest już prawie za późno, skręcam w lewo, w skrót, którym Matthew zabronił mi jechać. Z tyłu dolatuje wściekły ryk klaksonu i goni mnie po ciemnej leśnej drodze – brzmi to jak omen.

Nawet w blasku wszystkich reflektorów ledwie cokolwiek widać, więc od razu żałuję, że zjechałam z dobrze oświetlonej dwupasmówki. Ta droga, piękna za dnia – wśród drzew rosną niebieskie dzwonki – nocną porą i przy tej pogodzie jest zdradliwa: wije się, wznosi i opada. Czuję ucisk w żołądku na myśl, co mnie czeka. Ale stąd mam jedynie piętnaście minut jazdy. Jeżeli zachowam spokój i rozsądek, wkrótce będę w domu. Mimo to dodaję lekko gazu.

Podmuch wiatru spomiędzy drzew niespodziewanie uderza w samochód i gdy staram się zapanować nad kierownicą, teren gwałtownie opada. Na kilka sekund koła odrywają się od ziemi, a mnie serce podchodzi do gardła, jakbym zjeżdżała na karuzeli. Samochód twardo ląduje, wyrzucając spod kół fontannę wody, która zalewa przednią szybę, i na chwilę tracę widoczność.

– O nie! – wykrzykuję, widząc, że ugrzęzłam w wielkiej kałuży.

Strach, że utknę sama w lesie, podnosi adrenalinę w żyłach i zmusza mnie do działania. Włączam ze zgrzytem bieg i wciskam gaz. Samochód ryczy w proteście, ale brnie przez kałużę i wytacza się na jej drugi brzeg. Serce wali mi w rytm szorujących wściekle po szybie wycieraczek, uderza tak mocno, że potrzebuję paru chwil na wyrównanie oddechu. Nie zamierzam jednak przystawać na poboczu i ryzykować, że mój mini znów odmówi posłuszeństwa. Jadę dalej, już ostrożniej.

Kilka minut później strzela piorun, tak głośno, że zaskoczona wypuszczam kierownicę z rąk. Samochód sunie niebezpiecznie na lewo, więc szarpię kierownicą i wyprowadzam go na środek drogi. Teraz już drżą mi ręce, boję się, że nie dojadę do domu w jednym kawałku. Staram się opanować, ale mam wrażenie, że szturmują mnie zarówno żywioły, jak i drzewa, które kołyszą się w jakimś makabrycznym tańcu – lada moment poderwą mój samochodzik i cisną w sam środek burzy. Bębnienie deszczu o dach, grzechotanie szyb na wietrze i stukanie wycieraczek nie pozwalają mi się skoncentrować.

Mam przed sobą zakręty, więc pochylam się do przodu i zaciskam dłonie na kierownicy. Droga jest pusta. Pokonuję jeden zakręt, potem drugi i modlę się, żeby rozbłysły przede mną światła jakiegoś pojazdu, który wyprowadzi mnie z lasu. Chętnie zadzwoniłabym do Matthew, żeby tylko usłyszeć jego głos, upewnić się, że nie jestem sama na świecie, a tak się teraz czuję. Ale nie chcę wyrywać go ze snu, zwłaszcza że dokucza mu migrena. Poza tym wściekłby się na wiadomość, gdzie jestem.

Ta droga chyba nigdy się nie skończy – przelatuje mi przez myśl i właśnie wtedy, wychodząc z zakrętu, widzę tylne światła samochodu w odległości może stu metrów. Roztrzęsiona oddycham z ulgą i lekko przyśpieszam. Tak bardzo chcę go dogonić, że dopiero gdy jestem tuż za nim, orientuję się, że stoi w miejscu, niezgrabnie zaparkowany w małej zatoczce. Zaskoczona wyprzedzam go gwałtownie, niemal ocierając się o prawy zderzak, i gdy zrównuję się z nim, spoglądam ze złością na kierowcę, gotowa zrugać go za niewłączenie świateł awaryjnych. Widzę twarz kobiety, zamazaną w strugach deszczu.

Przypuszczam, że mógł jej się zepsuć samochód, wobec tego staję kawałek przed nią, nie gasząc silnika. Trudno, będzie musiała wysiąść w taką ulewę. Obserwuję samochód w lusterku wstecznym – z przewrotną radością, że jeszcze jeden głupek postanowił jechać przez las podczas burzy – i wyobrażam sobie, jak ta kobieta usiłuje znaleźć parasolkę. Dopiero po całych dziesięciu sekundach uprzytamniam sobie, że ona wcale nie zamierza wysiąść, i mimo woli czuję rozdrażnienie: czy ona spodziewa się, że pobiegnę do niej w taki deszcz? Chyba że z jakiegoś powodu nie może wysiąść – ale wtedy przecież zamrugałaby światłami albo zatrąbiła, poprosiła o pomoc. Nic się nie dzieje, więc odpinam pas, nie odrywając oczu od lusterka wstecznego. Nie widzę wyraźnie, ale coś jest nie tak: kobieta po prostu siedzi w samochodzie z włączonymi światłami. Jedna po drugiej przypominają mi się historie, które Rachel opowiadała w naszych młodych latach: ludzie zatrzymują się i śpieszą na pomoc kierowcy, a tymczasem jego wspólnik kradnie im samochód; kierowca wysiada z samochodu na widok potrąconego na drodze jelenia, po czym pada ofiarą brutalnej napaści i okazuje się, że to była pułapka. Szybko zapinam pas. Gdy mijałam samochód, nie widziałam w nim nikogo więcej prócz kobiety, ale to nie znaczy, że nikogo więcej tam nie ma, że nikt nie czai się na tylnym siedzeniu i nie wyskoczy w odpowiedniej chwili.

Błyskawica znowu przecina niebo i znika w lesie. Wiatr się wzmaga, szarpie gałęzie, które uderzają w szybę po stronie pasażera, jakby ktoś chciał dostać się do środka. Dreszcz przebiega mi po plecach. Czuję, że wystawiam się na niebezpieczeństwo, więc zwalniam hamulec ręczny i przesuwam się odrobinę w przód, by wyglądało, że zamierzam odjechać, co być może skłoni tę kobietę do wykonania jakiegoś ruchu – jakiegokolwiek – do pokazania mi, że mam coś zrobić. Nadal nic się nie dzieje. Niechętnie znów zaciągam hamulec, bo to nie w porządku tak ją zostawić. Z drugiej strony nie chcę narażać się na ryzyko. Po namyśle stwierdzam, że kobieta nie sprawiała wrażenia zrozpaczonej, nie machała gorączkowo rękami, nie dawała znaków, że jest w potrzebie, więc może ktoś – na przykład jej mąż albo pomoc drogowa – już tu jedzie. Gdyby mnie zepsuł się samochód, zwróciłabym się najpierw do Matthew, nie do jakiegoś obcego człowieka.

Siedzę tak, bijąc się z myślami, a deszcz coraz natarczywiej bębni w dach – jedź, jedź, no jedź! Podejmuje decyzję za mnie. Zwalniam hamulec i ruszam możliwie najwolniej, żeby dać kobiecie ostatnią szansę. Ale z niej nie korzysta.

Kilka minut później jestem już na granicy lasu, blisko domu – pięknego i starego, w wiejskim stylu, z różami pnącymi od frontu i rozległym ogrodem z tyłu. Moja komórka daje znać, że znów złapała zasięg. Mniej więcej półtora kilometra dalej skręcam na nasz podjazd i staję jak najbliżej drzwi wejściowych, szczęśliwa, że bez szwanku dotarłam na miejsce. Wciąż myślę o tamtej kobiecie w samochodzie, zastanawiam się, czy nie zawiadomić policji albo pomocy drogowej. Po wyjeździe z lasu dostałam SMS-a, więc sprawdzam od kogo. Od Rachel.

Cześć, mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś! Idę spać, bo prosto z lotniska musiałam jechać do pracy i wykończyła mnie różnica czasu. Chcę tylko zapytać, czy kupiłaś ten prezent dla Susie. Zadzwonię jutro rano. Całusy.

Doczytawszy do końca, bezwiednie marszczę brwi – dlaczego ona pyta o prezent dla Susie? Jeszcze nie kupiłam, zbyt zajęta sprawami związanymi z zakończeniem roku szkolnego. Zresztą mam czas: przyjęcie jest dopiero jutro wieczorem, zaplanowałam zakupy na przedpołudnie. Czytam ponownie i teraz uderza mnie wyrażenie „ten prezent”, a nie w ogóle „prezent”, tak jakby Rachel spodziewała się, że kupiłam coś od nas obu.

Wracam pamięcią do naszego ostatniego spotkania. Widziałyśmy się ze dwa tygodnie temu, w przeddzień jej wyjazdu do Nowego Jorku. Rachel pracuje jako konsultantka w brytyjskim oddziale Finchlakers, ogromnej amerykańskiej firmy doradczej, i często wyjeżdża służbowo do Stanów. Tamtego wieczoru poszłyśmy do kina, a potem na drinka. Możliwe, że wtedy poprosiła mnie o kupienie czegoś dla Susie. Ale czego? – głowię się. – Co uzgodniłyśmy? To mogło być cokolwiek – perfumy, biżuteria, książka, bo ja wiem? Nic mi się nie przypomina. Opadają mnie myśli o mojej mamie, niewygodne, więc szybko je odpycham. To nie to samo – mówię sobie twardo. U mnie to co innego. Jutro mi się przypomni.

Wkładam telefon do torebki. Matthew ma rację: muszę odpocząć. Wystarczy parę tygodni na plaży i wszystko będzie ze mną w porządku. Jemu też przyda się wolne. Zamiast jechać w podróż poślubną, postanowiliśmy wyremontować dom, więc ostatnie wakacje w pełnym tego słowa znaczeniu – takie, że człowiek nic nie robi przez cały dzień, tylko leży na plaży i pławi się w słońcu – miałam jeszcze przed śmiercią taty, osiemnaście lat temu. Potem nie stać mnie było na żadne większe wyjazdy, zwłaszcza gdy przestałam uczyć w szkole, żeby opiekować się mamą. Po jej śmierci, kiedy okazało się, że uboga wdowa, jak sądziłam, jest tak naprawdę zamożną osobą, byłam zdruzgotana. Nie mogłam pojąć, dlaczego wolała żyć tak skromnie, skoro mogła sobie pozwolić na luksusy. Do głębi wstrząśnięta, ledwie słyszałam, co mówi adwokat, i gdy w końcu dotarło do mnie, ile odziedziczyłam pieniędzy, tylko patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Sądziłam, że ojciec nie zostawił nam ani pensa.

Uderzenie pioruna, już gdzieś dalej, sprowadza mnie do teraźniejszości. Patrzę przez szybę, żeby przekonać się, czy dobiegnę do ganku w miarę sucha. Przyciskam torbę do piersi i wypadam z samochodu, trzymając klucz w pogotowiu.

W przedpokoju zrzucam buty i na palcach idę na górę. Na widok zamkniętych drzwi do pokoju gościnnego kusi mnie, żeby je uchylić i zobaczyć, czy Matthew już śpi. Wolę jednak nie ryzykować, że go obudzę, więc szybko rozbieram się i ledwie przyłożę głowę do poduszki, zasypiam.

SOBOTA, 18 LIPCA

Następnego ranka, gdy się budzę, mój wzrok pada na Matthew, który siedzi na łóżku, z kubkiem herbaty w ręce.

– Która godzina? – mamroczę, mrużąc oczy w słońcu wlewającym się przez okno.

– Dziewiąta. Od siódmej jestem na nogach.

– Co z migreną?

– Przeszła.

Jego słomkowe włosy mają w słońcu złocisty połysk. Wyciągam rękę i przeczesuję je palcami, delektując się ich gęstością.

– To dla mnie? – Zerkam z nadzieją na kubek.

– Oczywiście.

Podciągam się do pozycji siedzącej i z powrotem opieram głowę na poduszkach. Z dołu dolatują dźwięki piosenki nadawanej w radiu, Lovely Day, mojej ulubionej na dobre samopoczucie, i dociera do mnie, że mam przed sobą sześć tygodni wakacji – chce się żyć.

– Dzięki. – Biorę kubek. – Udało ci się zasnąć?

– Tak, spałem jak kamień. Przepraszam, że nie zaczekałem. Jak ci się jechało?

– Dobrze. Mimo grzmotów i błyskawic. No i deszczu.

– Przynajmniej od rana mamy znów słońce. – Lekko mnie trąca. – Posuń się. – Powoli, żeby nie wylać herbaty, robię mu miejsce. Sadowi się obok mnie, podnosi rękę, a ja przytulam się do niego, kładąc głowę na jego ramieniu. – Niedaleko stąd znaleziono martwą kobietę – mówi tak cicho, że ledwie go słyszę. – Przed chwilą usłyszałem w wiadomościach.

– Straszne. – Stawiam kubek na stoliku nocnym i odwracam się do Matthew. – Powiedziałeś „niedaleko stąd”. A dokładniej? W Browbury?

Gdy odgarnia mi pasemko włosów z czoła, czuję delikatny dotyk jego palców.

– Nie, bliżej, gdzieś przy drodze przez las między nami a Castle Wells.

– Przy której?

– No wiesz, Blackwater Lane.

Pochyla się, chcąc mnie pocałować, ale się odsuwam.

– Przestań.

Serce trzepocze mi w piersi jak uwięziony w klatce ptaszek. Patrzę na Matthew, czekając, żeby się uśmiechnął, powiedział, że wie o moim powrocie przez las zeszłej nocy i tylko się ze mną drażni. Ale on jedynie marszczy brwi.

– Tak, to okropne.

– Mówisz serio? – Wbijam w niego wzrok.

Jest naprawdę zaskoczony moim pytaniem.

– Oczywiście. Nie opowiadałbym takich bajek.

– Ale… – Robi mi się niedobrze. – Dlaczego umarła? Podali jakieś szczegóły?

Kręci głową.

– Tyle tylko, że siedziała w swoim samochodzie.

Odwracam się, nie chcąc, żeby zobaczył moją minę. Niemożliwe. To jakaś inna kobieta – mówię sobie.

Gdy znowu obejmuje mnie ramieniem, robię unik.

– Muszę wstawać i jechać na zakupy.

– Co chcesz kupić?

– Prezent dla Susie. Dziś wieczorem urządza przyjęcie, a ja nic dla niej nie mam. – Spuszczam nogi z łóżka.

– Nie ma pośpiechu. – Próbuje mnie zatrzymać, ale łapię komórkę i znikam.

Zamykam się w łazience i odkręcam prysznic, chcąc zagłuszyć wewnętrzny głos, który mówi mi, że znalezione zwłoki to kobieta, którą widziałam wczoraj w nocy na drodze. Jestem tak roztrzęsiona, że siadam na brzegu wanny i włączam internet. Na stronie z aktualnościami podają tę informację jako wiadomość z ostatniej chwili, ale bez szczegółów. Sam fakt, że znaleziono martwą kobietę w jej samochodzie niedaleko Browbury w hrabstwie Sussex. Czy to znaczy, że popełniła samobójstwo? Co za okropność.

Myśli kłębią mi się w głowie, gdy usiłuję zrozumieć, co się stało. Jeżeli to rzeczywiście ta sama kobieta, może wcale nie zepsuł się jej samochód, może celowo stanęła w zatoczce, w odosobnionym miejscu, żeby mieć spokój. To by wyjaśniało, dlaczego nie zamrugała światłami, nie poprosiła o pomoc – w ogóle nie próbowała mnie zatrzymać, kiedy przejeżdżałam obok, a z pewnością dałaby jakiś znak, gdyby coś nie działało. Z zażenowania aż czuję mdłości. Teraz, w ten słoneczny poranek, wierzyć mi się nie chce, że nie podeszłam do tej kobiety. Gdybym to zrobiła, sprawy może potoczyłyby się inaczej. Może powiedziałaby, że nic jej nie jest, udałaby, że zepsuł się samochód i ktoś już jedzie z pomocą. Wtedy zaproponowałabym, że zostanę do przyjazdu tej osoby. A gdyby stanowczo się sprzeciwiła, nabrałabym podejrzeń, wdała się z nią w rozmowę – i może by nadal żyła. Poza tym czyż nie powinnam była kogoś zawiadomić? Skupiona na SMS-ie od Rachel i prezencie dla Susie, który miałam kupić, zupełnie zapomniałam o kobiecie w samochodzie.

– Kochanie, długo tam będziesz? – dolatuje zza drzwi głos Matthew.

– Jeszcze chwilę! – przekrzykuję szum cieknącej na próżno wody.

– No to idę szykować śniadanie.

Zdejmuję piżamę i wchodzę pod prysznic. Woda jest gorąca, ale nie aż tak, by zmywała piekący wstyd. Mocno szoruję skórę, starając się odsunąć od siebie obraz kobiety, która otwiera fiolkę z tabletkami, wysypuje je na dłoń i połyka, popijając wodą. Jakie okropności musiała znosić, że targnęła się na własne życie? Czy w ostatnich chwilach życia zaczęła żałować swego czynu? Żeby przerwać natłok tych nieznośnych myśli, zakręcam wodę i wychodzę spod prysznica. Nagła cisza tak mnie irytuje, że włączam w komórce radio, z nadzieją, że usłyszę jakąś pogodną, pokrzepiającą piosenkę, wszystko jedno co, bylebym przestała myśleć o kobiecie w samochodzie.

„…we wczesnych godzinach porannych znaleziono zwłoki kobiety w samochodzie zaparkowanym przy Blackwater Lane. Śmierć nastąpiła w podejrzanych okolicznościach. Policja nie podała żadnych szczegółów, ale zaleca tamtejszym mieszkańcom zachowanie czujności”.

Szok jest tak silny, że aż mnie zatyka. „Śmierć nastąpiła w podejrzanych okolicznościach” – to zdanie odbija się od ścian łazienki. Czy nie tak wypowiada się policja, gdy kogoś zamordowano? Ogarnia mnie strach. Byłam tam, dokładnie w tym miejscu. Czy morderca czaił się wtedy w krzakach, czekał na sposobność, by zabić? Kręci mi się w głowie na myśl, że mogło paść na mnie, że to mnie mógł zamordować. Chwytam po omacku ręcznik i staram się głęboko oddychać. Chyba mi rozum odebrało, że wczoraj tamtędy pojechałam.

Idę do sypialni i wkładam czarną bawełnianą sukienkę, wyciągniętą ze stosu ubrań na krześle. Dolatujący z dołu zapach grillowanych kiełbasek przyprawia mnie o mdłości, jeszcze zanim otworzę drzwi do kuchni.

– Pomyślałem, że dla uczczenia pierwszego dnia twoich wakacji zrobimy sobie wystawne śniadanie – mówi Matthew, tak rozradowany, że zmuszam się do uśmiechu, nie chcąc zepsuć mu nastroju.

– Świetnie.

Chcę mu opowiedzieć o zeszłej nocy. O tym, że mogłam zginąć. Chcę się podzielić swoim strachem, tak potężnym, że ledwie nad nim panuję. Ale gdy przyznam się, że wracałam przez las, choć kategorycznie mi zabronił, Matthew się wścieknie. Nieważne, że jestem tutaj, cała i zdrowa siedzę w kuchni, a nie leżę zamordowana w swoim samochodzie. Poczuje się tak jak ja, będzie przerażony tym, do czego mogło dojść, wstrząśnięty, że naraziłam się na niebezpieczeństwo.

– O której wybierasz się na zakupy? – pyta.

Ma na sobie szary T-shirt i cienkie bawełniane szorty. W innej sytuacji pomyślałabym, jaka ze mnie szczęściara, że trafił mi się taki facet. Ale teraz z trudem odwracam głowę w jego stronę. Mam wrażenie, że to, co przed nim ukrywam, jest wypalone na mojej skórze.

– Zaraz po śniadaniu.

Patrzę przez okno na ogród za domem, usiłując skupić się na jego uroku, ale moje myśli wciąż biegną wstecz, wraca wspomnienie, jak odjechałam z tamtej zatoczki. Wtedy jeszcze żyła, ta kobieta w samochodzie.

– Rachel jedzie z tobą? – Głos Matthew wyrywa mnie z zamyślenia.

– Nie. – Uprzytamniam sobie, że tak byłoby najlepiej, może bym jej powiedziała, co się stało i jaka jestem rozbita. – Właściwie to dobry pomysł. Zadzwonię do niej i spytam.

– Tylko szybko. Śniadanie jest prawie gotowe.

– Wracam za minutę.

Wychodzę do przedpokoju i z domowego telefonu – komórka ma zasięg tylko na piętrze – dzwonię do Rachel. Trochę to trwa, zanim odbierze, ale wreszcie słyszę jej zaspany głos.

– Obudziłam cię – mówię przepraszająco, przypomniawszy sobie, że dopiero co wróciła z Nowego Jorku.

– Mam wrażenie, że jest środek nocy – burczy. – Która godzina?

– Wpół do dziesiątej.

– Czyli rzeczywiście środek nocy. Dostałaś mojego SMS-a?

Tym pytaniem zbija mnie z tropu. Milknę, czując pulsowanie w skroniach, zapowiadające ból głowy.

– Tak, ale jeszcze nie mam prezentu dla Susie.

– Jak to?

– Byłam bardzo zajęta – mówię szybko. Przypomina mi się, że nie wiedzieć czemu Rachel sądzi, iż miałam kupić coś od nas obu. – Pomyślałam, że zaczekam do dziś, na wypadek gdybyśmy zmieniły zdanie i postanowiły dać jej coś innego. – Próbuję nakłonić ją do wyjawienia, jaki to miał być prezent.

– Niby dlaczego miałybyśmy zmienić zdanie? Wszyscy stwierdzili, że twój pomysł jest najlepszy. Poza tym, Cass, to przyjęcie odbędzie się dziś wieczorem!

Słowo „wszyscy” znowu wprawia mnie w zakłopotanie.

– Nigdy nie wiadomo – odpowiadam enigmatycznie. – Nie chciałabyś jechać ze mną?

– Chętnie, ale ta zmiana czasu…

– A jeśli zaproszę cię na lunch?

Zapada cisza.

– W Costello’s?

– Zgoda. Spotkajmy się o jedenastej w kawiarni w Fenton’s, zafunduję ci jeszcze kawę.

Słyszę ziewanie, a potem jakiś szelest.

– Zastanowię się, dobrze?

– Wykluczone – mówię stanowczym tonem. – Raz-dwa, wyskakuj z łóżka. Do zobaczenia.

Gdy odkładam słuchawkę, jest mi już trochę lżej i przestaję się przejmować prezentem dla Susie. W porównaniu z poranną wiadomością to drobne zmartwienie.

Idę do kuchni i siadam przy stole.

– Jak ci się podoba? – pyta Matthew, zamaszystym gestem stawiając przede mną talerz z kiełbaskami, bekonem i jajkami.

Chyba nie zdołam nic zjeść, ale uśmiecham się radośnie.

– Super! Dzięki.

Matthew siada obok mnie i zabiera się do jedzenia.

– Jak się miewa Rachel?

– Dobrze. Pójdzie ze mną na zakupy. – Spoglądam na swój talerz i zastanawiam się, jak uszanować jego zawartość. Biorę kilka kęsów, ale mój żołądek się buntuje, więc dziobię widelcem w talerzu i ostatecznie się poddaję. – Przepraszam. – Odkładam sztućce. – Po wczorajszej kolacji wciąż jestem najedzona.

Matthew wbija widelec w moją kiełbaskę.

– Szkoda, żeby się zmarnowało – mówi z szerokim uśmiechem.

– Proszę. Śmiało.

Spogląda na mnie swoimi niebieskimi oczami i przytrzymuje mój wzrok.

– Dobrze się czujesz? Mam wrażenie, że jesteś trochę zgaszona.

Mrugam powiekami, by zahamować napływające do oczu łzy.

– Nie mogę przestać myśleć o tej kobiecie. – Gdy wreszcie zaczynam o tym rozmawiać, czuję taką ulgę, że słowa same cisną mi się na usta. – W radiu mówili, że według policji okoliczności jej śmierci są podejrzane.

Matthew odgryza kawałek kiełbaski.

– Czyli została zamordowana.

– Tak to rozumiesz? – pytam, choć wiem, jaki jest sens tego stwierdzenia.

– Zawsze wypowiadają się w ten sposób, dopóki nie przeprowadzą badań kryminalistycznych. Boże, koszmarna sprawa. Nie rozumiem, dlaczego narażała się na takie niebezpieczeństwo, jadąc w nocy tą drogą. Wiem, że nie mogła przewidzieć, co ją czeka, ale mimo wszystko…

– Może zepsuł jej się samochód – podsuwam powód, a dłonie same zaciskają mi się pod stołem.

– Prawdopodobnie. Kto by się zatrzymywał w takim odludnym miejscu? Ta biedaczka musiała być przerażona. W lesie nie ma zasięgu, więc pewnie modliła się, żeby ktoś się pojawił i jej pomógł. I pomyśleć, co się stało, gdy nadjechał.

Aż zapiera mi dech ze zgrozy i czuję, jakby oblano mnie kubłem zimnej wody. W jednej chwili przytomnieję, uświadamiając sobie potworność tego, co zrobiłam. Wmawiałam sobie, że ona już zadzwoniła po pomoc – a przecież wiedziałam, że w lesie nie ma zasięgu. Dlaczego tak się zachowałam? Dlaczego wyleciało mi to z głowy? Może dlatego, żebym mogłam z czystym sumieniem pojechać dalej? Już nie mam czystego sumienia. Zostawiłam tę kobietę jej losowi. Oddałam ją w ręce mordercy.

Odsuwam do tyłu krzesło.

– Muszę już iść – rzucam szybko, zbierając puste kubki ze stołu i modląc się, żeby znowu nie zapytał, czy dobrze się czuję. – Nie chcę, żeby Rachel na mnie czekała.

– O której macie się spotkać?

– O jedenastej. Ale sam wiesz, jak miasto jest zatłoczone w sobotę.

– Dobrze słyszałem, że umówiłyście się na lunch?

– Tak. – Daję mu szybkiego całusa w policzek, byle znaleźć się już za drzwiami. – Do zobaczenia.

Biorę torbę i kluczyki ze stolika w przedpokoju. Matthew odprowadza mnie do drzwi, z grzanką w ręce.

– Nie zechciałabyś odebrać z pralni mojej marynarki? Mógłbym ją włożyć na dzisiejszy wieczór.

– Jasne, masz kwitek?

– Chwileczkę. – Sięga do portfela i wyjmuje różową kartkę. – Już jest zapłacone.

Chowam kwitek do torby i otwieram drzwi. Słońce wlewa się do przedpokoju.

– Uważaj na siebie! – woła Matthew, gdy wsiadam do samochodu.

– Spróbuję. Kocham cię.

– Ja ciebie bardziej!

*

Na drodze do Browbury już jest duży ruch. Nerwowo uderzam dłonią w kierownicę. Ponieważ chciałam szybko wyskoczyć z domu, nie pomyślałam, jak się będę czuła, znów siedząc w samochodzie, na tym samym miejscu, z którego spojrzałam na tamtą kobietę. Żeby oderwać się od tej sprawy, próbuję przypomnieć sobie, jaki to prezent dla Susie zaproponowałam. Dziewczyna pracuje w jednej firmie z Rachel, w dziale administracyjnym. Mówiąc, że wszyscy zgodzili się na moją propozycję, Rachel musiała mieć na myśli grono swoich przyjaciół z pracy. Ostatni raz widziałam się z nimi przed miesiącem i pamiętam, że Rachel poruszyła temat przyjęcia z okazji czterdziestych urodzin Susie, korzystając z okazji, że ona nie mogła przyjść na to spotkanie. Czy wtedy rzuciłam ten pomysł?

Cudem udaje mi się zaparkować na ulicy, niedaleko domu towarowego Fenton’s. Jadę na piąte piętro do kawiarni i widzę, że Rachel już przyszła. Mimo tłoku zauważam ją od razu: w jaskrawożółtej sukience na ramiączkach, z ciemnymi bujnymi lokami, siedzi pochylona nad telefonem komórkowym. Dostrzegam na stoliku dwie filiżanki z kawą i czuję wdzięczność do Rachel za to, że zawsze tak się o mnie troszczy. Starsza o pięć lat, zastępuje mi siostrę, której nigdy nie miałam. Nasze matki się przyjaźniły. Ponieważ jej mama pracowała do późna, żeby utrzymać siebie i córkę – ojciec zostawił rodzinę niedługo po narodzinach dziecka – mała Rachel spędzała dużo czasu u nas w domu, tak dużo, że moi rodzice z czułością nazywali ją swoją drugą córką. Gdy w wieku szesnastu lat przerwała naukę i poszła do pracy, żeby odciążyć swoją mamę, starała się raz w tygodniu jeść z nami obiad. Bliska więź łączyła ją zwłaszcza z moim tatą i po jego śmierci – wpadł pod samochód przed naszym domem – opłakiwała go niemal tak bardzo jak ja. A potem, gdy zachorowała moja mama i nie można było zostawiać jej samej, Rachel przychodziła do niej raz w tygodniu, dzięki czemu mogłam iść na zakupy.

– Taka spragniona?

Pytam żartem, wskazując dwie kawy, ale brzmi to sztucznie. Mam wrażenie, że przyciągam spojrzenia, jakby wszyscy skądś wiedzieli, że widziałam kobietę zamordowaną zeszłej nocy i nie pośpieszyłam jej z pomocą.

Rachel podrywa się z krzesła i ściska mnie na powitanie.

– Tak długo się tu czeka, że postanowiłam zamówić. Wiedziałam, że zaraz się zjawisz.

– Przepraszam, był duży ruch. Cieszę się, że przyszłaś. Jestem ci wdzięczna.

Patrzy roziskrzonym wzrokiem.

– Wiesz, że za lunch w Costello’s zrobię wszystko.

Siadam naprzeciw niej i z przyjemnością upijam łyk kawy.

– Miałaś wczoraj szalony wieczór?

Uśmiecham się i z wolna uchodzi ze mnie napięcie.

– Może nie szalony, ale było wesoło.

– Przystojniak John też przyszedł?

– Oczywiście. Stawili się wszyscy nauczyciele.

– Powinnam była tam wpaść – stwierdza z szerokim uśmiechem.

– Jest dla ciebie zdecydowanie za młody. – Parskam śmiechem. – Poza tym ma dziewczynę.

– I pomyśleć, że kiedyś mogłaś go mieć.

Wzdycha, a ja kręcę głową, niby ubolewając nad tym, że ona nigdy nie pogodziła się całkowicie z faktem, iż wolałam związać się z Matthew niż z Johnem.

Gdy umarła moja mama, Rachel była fantastyczna. Nie pozwoliła mi tkwić w domu i zabierała ze sobą na różne imprezy. Przyjaźniła się z ludźmi z pracy i z zajęć jogi, a ci, gdy się poznaliśmy, pytali mnie, gdzie pracuję. Przez parę miesięcy powtarzałam na okrągło, że zrezygnowałam z pracy nauczycielskiej, żeby opiekować się chorą matką, aż ktoś zauważył, że teraz mogłabym przecież wrócić do szkoły. I nagle poczułam, że na niczym nie zależy mi bardziej. Już nie zadowalało mnie siedzenie całymi dniami w domu i korzystanie z takiej wolności, jakiej nie zaznałam od lat. Chciałam żyć tak, jak żyje trzydziestotrzyletnia kobieta.

Miałam szczęście. W naszej okolicy brakowało nauczycieli, więc po odbyciu kursu dokształcającego dostałam posadę w szkole w Castle Wells i zaczęłam uczyć historii w dziewiątej klasie. Cieszyłam się z powrotu do pracy, a gdy John, tamtejszy obiekt westchnień zarówno nauczycielek, jak i uczennic, zaprosił mnie na randkę, pochlebiło mi to ponad wszelkie wyobrażenie. Gdybyśmy nie pracowali razem, pewnie bym się zgodziła. A tak, odmówiłam, co go tylko zachęciło do ponawiania propozycji. Kiedy w końcu poznałam Matthew, chętnie zaczęłam się z nim spotykać, zmęczona staraniami Johna.

– Jak było w Ameryce? – pytam, popijając kawę.

– Wyczerpująco. Za dużo spotkań i jedzenia. – Wyjmuje z torebki płaską paczuszkę i przesuwa po blacie.

– Ściereczka! Dla mnie!

Rozpakowuję upominek. Tym razem na ściereczce jest mapa Nowego Jorku. Poprzednio była Statua Wolności. Utarło się dla żartu, że gdy Rachel wyjeżdża, w podróż służbową czy na wakacje, zawsze przywozi dwie identyczne ściereczki, jedną dla mnie, drugą dla siebie.

– Dziękuję. Rozumiem, że masz taką samą.

– Oczywiście. – Raptem jej twarz poważnieje. – Słyszałaś o kobiecie, którą zeszłej nocy znaleziono martwą w samochodzie, na drodze między Browbury a Castle Wells?

Gwałtownie przełykam kawę, składam ściereczkę na pół, potem jeszcze raz na pół i chowam do torebki.

– Tak. Matthew mówił, że podawano w wiadomościach – bąkam z pochyloną głową.

Rachel czeka, aż usiądę prosto, po czym wzdrygając się, dodaje:

– Straszne, prawda? Policja przypuszcza, że miała zapaść i dlatego stanęła.

– Tak twierdzą?

– Yhm. – Krzywi się. – Okropne… wyobraź sobie, że zasłabniesz podczas burzy, gdzieś na odludziu. Nawet nie chcę o tym myśleć.

Ze wszystkich sił powstrzymuję się, by nie palnąć, że tam byłam, widziałam tę kobietę w samochodzie. Nie chcę tego wyjawiać, gdy wokoło jest tyle ludzi, gdy Rachel już przejęła się tą sprawą. Jeszcze zaczęłaby mnie osądzać, wstrząśnięta, że nie pośpieszyłam z pomocą.

– Ja też – przytakuję.

– Zdaje się, że czasem jeździsz tamtędy, ale chyba nie wczoraj, prawda?

– Nigdy nie korzystam z tej drogi, gdy jadę sama.

Palą mnie policzki. Jestem pewna, że wyczuwa kłamstwo. Ale mówi dalej, jakby niczego nie zauważyła:

– Całe szczęście. Mogło trafić na ciebie.

– Tylko że mnie nie przydarzyłaby się zapaść – mówię.

Rachel parska śmiechem, rozładowując napięcie.

– Nie wiadomo! Może ta kobieta nie doznała zapaści. Tak tylko się przypuszcza. Może ktoś zatrzymał ją tam, udając, że ma kłopoty. W takim wypadku każdy by stanął, nie uważasz?

– Czyżby? Na odludnej drodze? Podczas burzy? – Rozpaczliwie pragnę usłyszeć zaprzeczenie.

– No, chyba że byłby bez sumienia. Nikt, ot tak, nie pojechałby dalej. Przynajmniej coś by zrobił.

Te słowa są jak cios pięścią, łzy napływają mi do oczu. Poczucie winy jest prawie nie do zniesienia. Nie chcę pokazać Rachel, jak bardzo mnie to poruszyło, więc pochylam głowę i wbijam wzrok w wazonik z pomarańczowymi kwiatkami, stojący na środku stolika. Kontury płatków zaczynają mi się rozmazywać i z zażenowaniem sięgam do torebki po chusteczkę.

– Cass? Dobrze się czujesz?

– Tak, świetnie.

– Nie powiedziałabym.

W jej głosie słyszę troskę. Wydmuchuję nos, żeby zyskać na czasie. Odczuwam przemożną potrzebę wyjawienia komuś prawdy.

– Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale ja nie… – Milknę.

– Co „nie”? – Patrzy na mnie pytająco.

Już mam jej powiedzieć, ale uprzytamniam sobie, jaka będzie zszokowana: nie tylko tym, że odjechałam, nie sprawdziwszy, czy z tą kobietą jest wszystko w porządku, lecz również moim kłamstwem, że nie wracałam wczoraj do domu drogą przez las.

– Nieważne.

– Chyba jednak ważne. No mów, Cass.

– Nie mogę.

– Dlaczego?

Mnę chusteczkę w dłoniach.

– Bo się wstydzę.

– Wstydzisz się?

– Tak.

– Czego? – Milczę, a ona wzdycha z irytacją. – No już, gadaj! To na pewno nie jest nic strasznego!

Gdy słyszę zniecierpliwienie w jej głosie, denerwuję się jeszcze bardziej. Muszę szybko wymyślić jakiś powód, coś przekonującego.

– Zapomniałam o Susie – wyrzucam z siebie, zdegustowana, że posługuję się wymówką, która jest taka banalna w porównaniu ze śmiercią tamtej kobiety. – Wyleciało mi z głowy, że miałam coś jej kupić.

– Jak to „wyleciało ci z głowy”? – Patrzy na mnie karcącym wzrokiem.

– Po prostu nie pamiętam. Nie pamiętam, co postanowiłyśmy jej kupić.

Na jej twarzy maluje się zdumienie.

– Przecież sama wpadłaś na ten pomysł. Ponieważ Stephen zabiera ją do Wenecji z okazji jej urodzin, powiedziałaś, że moglibyśmy kupić jej lekką walizkę na kółkach. Siedzieliśmy wtedy w barze, niedaleko mojego biura – dodaje dla ułatwienia.

Choć te informacje nic mi nie mówią, udaję, że kamień spadł mi z serca.

– No jasne, teraz sobie przypominam! Boże, jaka ja jestem głupia! Myślałam, że chodzi o perfumy albo coś takiego.

– Za tyle pieniędzy? Zrzucaliśmy się po dwadzieścia funtów, czyli masz do wydania sto sześćdziesiąt. Wzięłaś je ze sobą?

Sto sześćdziesiąt funtów?! Jak mogłam zapomnieć, że dostałam taką sumę? Chcę wszystko wyznać, ale już nie jestem pewna swego, więc udaję dalej.

– Zamierzałam płacić kartą.

Rachel uśmiecha się uspokajająco.

– No i po kłopociku. Pij tę kawę, bo wystygnie.

– Chyba już jest zimna… Może przyniosę nam świeżą?

– Ja pójdę. Ty zostań i wyluzuj się.

Rachel idzie do kolejki przy ladzie. Odprowadzam ją wzrokiem, starając się nie zwracać uwagi na to, że ściska mnie w żołądku. Jakoś udało mi się przemilczeć, że widziałam tę kobietę w samochodzie, ale żałuję, że wyszło na jaw moje zapominalstwo w kwestii walizki. Rachel nie jest głupia. Widziała, jak z tygodnia na tydzień pogarsza się stan mojej mamy, i nie chcę dawać jej powodu do zmartwień, do podejrzeń, że mnie też to czeka. Najgorsze, że w ogóle nie pamiętam, jakobym zaproponowała kupienie walizki. Nie pamiętam również, gdzie wsadziłam owe sto sześćdziesiąt funtów, chyba że leżą w szufladce mojego starego biurka. O pieniądze się nie martwię – jeśli ich nie znajdę, to trudno. Natomiast przeraża mnie to, że nie pamiętam nic, co ma związek z prezentem dla Susie.

Rachel przynosi nasze kawy.

– Mogę cię o coś zapytać? – odzywa się, siadając przy stoliku.

– Pewnie.

– To do ciebie po prostu niepodobne, żebyś tak się martwiła tylko dlatego, że zapomniałaś o prezencie. Czy gnębi cię coś jeszcze? Z Matthew wszystko w porządku?

Po raz setny myślę z przykrością o tym, że Rachel i Matthew nie darzą się sympatią. Starają się tego nie okazywać, ale łatwo wyczuć wzajemną nieufność. Trzeba uczciwie przyznać, że niechęć Matthew do Rachel bierze się tylko stąd, że ona krzywo patrzy na niego. W wypadku Rachel sprawa jest bardziej skomplikowana. Ponieważ nie ma powodu, żeby niechętnie odnosiła się do Matthew, zastanawiam się czasem, czy nie jest zwyczajnie zazdrosna, że znalazłam sobie faceta. Zaraz jednak strofuję się za te myśli, bo wiem, że Rachel cieszy się moim szczęściem.

– W jak najlepszym – zapewniam ją, starając się nie myśleć o wydarzeniach ostatniej nocy. – Naprawdę chodziło tylko o prezent. – Te słowa są jak sprzeniewierzenie się pamięci kobiety w samochodzie.

– No cóż, tamtego wieczoru byłaś trochę zaprawiona – mówi Rachel, uśmiechając się na to wspomnienie. – Nie martwiłaś się, jak wrócisz do domu, bo miał po ciebie przyjechać Matthew, więc nie żałowałaś sobie wina. Może dlatego nie pamiętasz.

– Pewnie tak.

– No to dopij kawę i chodźmy szukać prezentu.

Schodzimy na czwarte piętro i niebawem znajdujemy zestaw dwóch popielatych walizek. Gdy wychodzimy ze sklepu, czuję na sobie wzrok Rachel.

– Na pewno chcesz iść na lunch? Jeśli nie masz ochoty, to nic.

Wspólny lunch i konieczność prowadzenia rozmowy o wszystkim i o niczym, byle nie o tej kobiecie w samochodzie, nagle wydają się ponad moje siły.

– Tak naprawdę głowa mi pęka… pewnie zanadto wczoraj imprezowałam. A gdybym zaprosiła cię na lunch w przyszłym tygodniu? Mam już wakacje, więc mogę przyjechać do miasta każdego dnia.

– No jasne. Ale chyba zdołasz przyjść wieczorem do Susie?

– Oczywiście. Wzięłabyś te walizki? Tak na wszelki wypadek.

– Nie ma sprawy. Gdzie zaparkowałaś?

– Na końcu High Street.

Kiwa głową.

– Ja na parkingu wielopoziomowym. W takim razie tutaj się pożegnamy.

– Dasz radę? – pytam, wskazując walizki.

– Przecież mają być lekkie, pamiętasz? Jeśli nie podołam, to na pewno znajdę jakiegoś sympatycznego młodzieńca do pomocy!

Obejmuję Rachel na pożegnanie i idę w stronę samochodu. Gdy przekręcam kluczyk w stacyjce, wyświetla się zegar: jest minuta po trzynastej. Jakaś cząstka mnie – dość pokaźna – nie chce słuchać lokalnych wiadomości, mimo to włączam radio.

„Minionej nocy, przy Blackwater Lane, między Browbury a Castle Wells, znaleziono zwłoki brutalnie zamordowanej kobiety. Osoby, które przejeżdżały tamtędy między godziną dwudziestą trzecią dwadzieścia a pierwszą piętnaście, proszone są o skontaktowanie się z nami możliwie jak najszybciej”.

Gdy wyciągam rękę, żeby wyłączyć radio, widzę, jaka jestem roztrzęsiona. „Brutalnie zamordowana kobieta”. Słowa wiszą w powietrzu; jest mi niedobrze, duszno, muszę otworzyć okno, bo nie mogę oddychać. Dlaczego nie powiedzieli po prostu „zamordowana”? Czy samo „zamordowana” nie jest wystarczająco potworne? Obok mnie staje samochód, kierowca pyta gestem, czy zwalniam miejsce, a gdy kręcę głową, jedzie dalej. Chwilę później podjeżdża następny samochód, sytuacja się powtarza, potem jeszcze jeden. Nie chcę się stąd ruszać, najchętniej zostałabym tu tak długo, aż przestanie się mówić o tym zabójstwie, wszyscy wrócą do swoich spraw i zapomną o brutalnie zamordowanej kobiecie.

Wiem, że to głupie, ale czuję się tak, jakby ona zginęła z mojej winy. Do oczu napływają mi piekące łzy. Nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek pozbędę się tych wyrzutów sumienia, ale znoszenie takiej udręki do końca życia wydaje mi się zbyt wysoką ceną za chwilowy przejaw egoizmu. Prawda jest jednak taka, że gdyby chciało mi się wysiąść z samochodu, ta kobieta być może nadal by żyła.

Jadę wolno, byle odwlec konieczność opuszczenia bańki ochronnej, jaką jest mój samochód. Gdy dojadę do domu, informacje o morderstwie będą już w telewizji, w gazetach, na ustach wszystkich, i zaatakują mnie zewsząd, nieustannie będą mi przypominać, że nie udzieliłam pomocy tej kobiecie.

Podjeżdżając pod dom, czuję dolatującą z ogrodu woń dymu z ogniska, która natychmiast przenosi mnie w czasy dzieciństwa. Zamykam oczy i przez kilka błogich sekund mam wrażenie, że to nie upalny lipcowy dzień, ale rześki listopadowy wieczór – razem z mamą jemy kiełbaski nadziane na widelce, a tato odpala sztuczne ognie na końcu ogrodu. Unoszę powieki i okazuje się, że słońce zniknęło za chmurą, co odzwierciedla stan mojego ducha. W innych okolicznościach wybrałabym się na poszukiwanie Matthew, ale teraz wchodzę od razu do domu, zadowolona, że mam trochę więcej czasu dla siebie.

– Wydawało mi się, że słyszę podjeżdżający samochód – mówi Matthew, stając w drzwiach kuchni parę minut później. – Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. Czy nie miałaś zjeść lunchu w mieście?

– Taki był plan, ale zrezygnowałyśmy.

Podchodzi i całuje mnie w czubek głowy.

– Świetnie. Zjesz ze mną.

– Pachniesz dymem z ogniska – stwierdzam, wciągając powietrze.

– Postanowiłem spalić gałęzie, które ściąłem w zeszłym tygodniu. Na szczęście leżały pod brezentem, więc nie zmokły na deszczu. Nie nadawały się do kominka, bo zakopciłyby cały dom. – Bierze mnie w ramiona. – Wiesz, że jesteś dla mnie tą jedyną, prawda? – szepcze, powtarzając swoje słowa z początku naszej znajomości.

Pracowałam w szkole już pół roku, kiedy całą grupą poszliśmy do winiarni, żeby świętować moje urodziny. Matthew od razu wpadł Connie w oko. Siedział sam przy stoliku, najwyraźniej na kogoś czekając, więc zaczęła żartować, że jeśli ta osoba się nie pojawi, ona chętnie ją zastąpi. I tak się stało. Gdy już nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna nie przyjdzie, Connie – trochę zawiana – podeszła do niego i zapytała, czy nie chciałby dołączyć do naszej paczki.

„Dziewczyna rzeczywiście wystawiła mnie do wiatru – przyznał z ponurą miną, gdy się dosiadł – ale miałem nadzieję, że to nie rzuca się w oczy”. Connie ulokowała go między sobą a Johnem i tym samym naprzeciwko mnie. Nie mogłam nie zauważyć jego włosów opadających na czoło i niebieskich oczu, ilekroć na mnie spojrzał, a robił to często. Nie przykładałam do tego wagi – i słusznie, bo kiedy wstawaliśmy od stołu, opróżniwszy jeszcze kilka butelek, numer telefonu Connie znajdował się już na liście kontaktów w jego komórce.

Kilka dni później, gdy byłyśmy w pokoju nauczycielskim, Connie powiedziała mi, że odezwał się Matthew… prosząc o mój numer telefonu. Zgodziłam się, żeby mu podała. Zadzwonił i oświadczył z przejęciem, w ujmujących słowach: „Jak tylko cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś dla mnie tą jedyną”.

Kiedy zaczęliśmy ze sobą chodzić, wyznał mi, że nie może mieć dzieci, i stwierdził, że zrozumie, jeśli z nim zerwę. Ale ja już się zakochałam i choć ta wiadomość była potężnym ciosem, w moim poczuciu świat się nie zawalił. Gdy Matthew mi się oświadczył, zdążyliśmy już rozważyć inne możliwości posiadania dziecka i postanowiliśmy na poważnie wrócić do tematu rok po ślubie. Czyli mniej więcej teraz. Zazwyczaj myśl o dziecku mnie nie opuszcza, dziś jednak jest tak odległa, że nie mogę jej uchwycić.

Matthew wciąż trzyma mnie w ramionach.

– Zakupy się udały? – pyta.

– Tak, wybrałyśmy dla Susie zestaw dwóch walizek.

– Wszystko w porządku? Mam wrażenie, że jesteś jakaś przygnębiona.

Nagle odczuwam przemożną potrzebę samotności.

– Rozbolała mnie głowa – mamroczę pod nosem i uwalniam się z uścisku. – Wezmę aspirynę.

Idę do łazienki na piętrze, gdzie jest apteczka, biorę dwie tabletki i popijam wodą z kranu. Podnosząc głowę, widzę swoje odbicie w lustrze. Patrzę z obawą, czy nie zdradza mnie wyraz twarzy, czy nie świadczy o tym, że coś jest nie tak. Jednak nie znajduję niczego, co by wskazywało, że jestem inną osobą niż rok temu, gdy brałam ślub z Matthew – widzę takie same kasztanowe włosy i takie same niebieskie oczy.

Odwracam się i idę do sypialni. Sterta moich ubrań, które wcześniej rzuciłam na krzesło, leży teraz na zasłanym łóżku, co jest ze strony Matthew delikatną sugestią, żebym je sprzątnęła. Każdego innego dnia przyjęłabym to z rozbawieniem, ale dzisiaj czuję irytację. Spoglądam na biurko po mojej prababce i natychmiast przypominam sobie o pieniądzach, tych stu sześćdziesięciu funtach, które, jak mówiła Rachel, dostałam na kupno prezentu dla Susie. Jeśli wzięłam te pieniądze, to muszą być w biurku, bo zawsze tam wkładam rzeczy, które chcę bezpiecznie przechować. Biorę głęboki wdech, otwieram kluczykiem lewą szufladkę i ją wysuwam. W środku leży stosik zmiętych banknotów. Przeliczam je: równo sto sześćdziesiąt funtów.

Gdy tak stoję w cichej, przytulnej sypialni, przygniata mnie świadomość niepodważalnych faktów, które wyleciały mi z pamięci. To, że zapomina się czyjeś nazwisko lub twarz, jest całkiem normalne, ale nie jest normalne, że człowiek zapomina, iż zaproponował kupno jakiegoś prezentu i wziął pieniądze, by ten prezent kupić.

– Łyknęłaś aspirynę? – Dochodzący od drzwi głos Matthew tak mnie zaskakuje, że aż się wzdrygam.

Szybkim ruchem zamykam szufladkę.

– Tak. Już mi lepiej.

– Świetnie. – Uśmiecha się. – Zrobię sobie kanapkę. Też chcesz? I napiję się piwa.

Na myśl o jedzeniu żołądek znów podchodzi mi do gardła.

– Nie, dziękuję. Zjem coś później. Wypiję tylko herbatę.

Idę z nim na dół i siadam przy stole w kuchni. Matthew stawia przede mną kubek z herbatą. Patrzę, jak wyjmuje chleb z szafki i kawałek cheddara z lodówki. Robi sobie z tego prostą kanapkę i zjada, nawet nie biorąc talerza.

– Od rana ciągle mówią w radiu o tym morderstwie – odzywa się, rozsiewając okruszki. – Policja zamknęła drogę, bada teren, szukając dowodów. I pomyśleć, że to się dzieje pięć minut jazdy stąd. Czysty obłęd.

Staram się nie krzywić, tylko patrzę od niechcenia na posadzkę z terakoty usianą białymi okruszkami. Wyglądają, jakby osiadły na mieliźnie, bez szansy na ratunek.

– Wiedzą już coś o tej kobiecie? – pytam.

– Policja na pewno wie, bo poinformowano najbliższą rodzinę, ale nie podano szczegółów do publicznej wiadomości. Aż strach pomyśleć, co teraz przeżywa jakiś człowiek. Wiesz, co mi nieustannie chodzi po głowie? Że równie dobrze mogło paść na ciebie, gdybyś była na tyle głupia, żeby jechać wczoraj tamtą drogą.

Wstaję od stołu, zabierając ze sobą kubek.

– Położę się na chwilę.

Matthew patrzy na mnie z troską.

– Na pewno nic ci nie dolega? Wyglądasz nieszczególnie. Może lepiej nie idźmy na to dzisiejsze przyjęcie?

Uśmiecham się do niego ze współczuciem, bo wiem, że nie jest imprezowiczem i wolałby zaprosić gości do domu na zwykłą kolację.

– Musimy iść. Susie świętuje czterdziestkę.

– Nawet jeśli nie przejdzie ci ból głowy?

Słyszę niechęć w jego głosie i wzdycham.

– Nawet – odpowiadam stanowczo. – Nie przejmuj się, nie musisz rozmawiać z Rachel.

– Rozmawianie z nią nie jest dla mnie problemem, choć wolałbym, żeby nie patrzyła na mnie ciągle z taką dezaprobatą. Czuję się, jakbym zrobił coś złego. À propos, odebrałaś z pralni moją marynarkę?

Serce mi zamiera.

– Ojej, przepraszam, zapomniałam.

– Trudno, nieważne. Włożę coś innego.

– Przepraszam.