My Policeman - Bethan Roberts - ebook + audiobook + książka

My Policeman ebook i audiobook

Roberts Bethan

4,0

Opis

Skandaliczna, ale niezwykle czuła historia miłosnego trójkąta.

Długo oczekiwana ekranizacja powieści z Harrym Stylesem i Emmą Corrin w rolach głównych.

Nadmorskie Brighton, Wielka Brytania, koniec lat 50. Młodziutka Marion po raz pierwszy widzi Toma, brata swojej przyjaciółki, i od tej chwili już wie, że tylko jego pokocha. Kiedy po kilku latach Tom wraca z wojska i zostaje policjantem, Marion, świeżo upieczona nauczycielka, jest zdeterminowana, by zdobyć jego serce. Wierzy, że jej miłość wystarczy im obojgu.

Pewnego dnia Tom poznaje zamożnego i wykształconego kustosza miejscowego muzeum sztuki, Patricka Hazlewooda, który wprowadza go w świat estetycznego wyrafinowania i miejskiego blichtru. Razem snują się po mieście, oglądają francuskie filmy, chodzą na koncerty i czytają poezję. Ale w czasach, gdy za „niemoralne związki” grozi wyrzucenie z pracy i kara więzienia, Tom decyduje się na ślub z Marion. Zaczyna prowadzić podwójne życie – z żoną i kochankiem, którzy muszą się nim dzielić. Do czasu, aż jedno z serc pęka.

„To historia stara jak świat, ale jeszcze nigdy nie została opowiedziana z taką intensywnością i pięknem”.

The New York Times

„Portret czasów, w których nietolerancja niszczyła ludzkie życie”.

Guardian

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 27 min

Lektor: Bethan Roberts

Oceny
4,0 (115 ocen)
43
43
21
6
2
Sortuj według:
Kebazia

Nie oderwiesz się od lektury

Dużo bólu, dużo wrażliwości.
10
olivialasocka

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawe
10
Tedzik

Nie polecam

Kompletnie niezrozumiały bełkot.
11
nowojscy

Dobrze spędzony czas

Książka dobra, ale nie polecam audiobooka, fatalni lektorzy.
00
xxrobertusxx

Nie oderwiesz się od lektury

"Gdybym dotknęła tej rany, aby sprawdzić, jak bardzo jest bolesna, nigdy by się nie zagoiła." Cześć! 👮 “My Policeman” to podróż do końca lat 50 i nadmorskiej miejscowości Brighton w Wielkiej Brytanii. Historia trójkąta miłosnego, który wzbudza wiele emocji. Historia miłosna, która nigdy nie powinna mieć miejsca, a szczególnie w latach, gdy związki homoseksualne uważane były za “związki niemoralne”, a osoby nakryte na takiej dewiacji musieli mierzyć się z negatywnymi konsekwencjami. Marion to młoda dziewczyna, która od zawsze wiedziała, że jedynym mężczyzną jakiego poślubi będzie Tom, brat jej przyjaciółki. Gdy ten wraca po kilku latach z wojska, zostaje policjantem, a Marion została świeżo upieczoną nauczycielką. Kobieta wierzy, że od tego momentu jej relacje z Tomem się poprawią. Jednak w tym samym czasie Tom poznaje Patricka Hazlewood. Mężczyznę, który całym sobą kocha sztukę. Obaj spędzają wspólnie czas, aż do momentu w którym Tom decyduje się na ślub z Marion. I tak oto od te...
34

Popularność




Dla wszyst­kich mo­ich przy­ja­ciół z Bri­gh­ton,szcze­gól­nie dla Stu­ar­ta

I

Pe­ace­ha­ven, pa­ździer­nik 1999 roku

Za­sta­na­wia­łam się, czy za­cząć od słów: „Już nie pra­gnę cię za­bić” – bo to prze­cież praw­da – ale po­my­śla­łam, że uznasz je za zbyt me­lo­dra­ma­tycz­ne. Ni­g­dy nie prze­pa­da­łeś za tym to­nem, a nie chcia­ła­bym cię de­ner­wo­wać, nie te­raz, gdy je­steś w ta­kim sta­nie, być może u kre­su swo­je­go ży­cia.

Za­mie­rzam spi­sać wszyst­ko, aby to so­bie ja­koś po­ukła­dać. I sko­ro już po­sta­no­wi­łam po­czy­nić wy­zna­nie, nie mogę po­mi­nąć ani po­my­lić żad­nych szcze­gó­łów. Kie­dy sko­ńczę, Pa­tric­ku, prze­czy­tam ci to, co wy­szło spod mo­jej ręki, po­nie­waż te­raz nie mo­żesz mi od­po­wie­dzieć. Poza tym po­le­co­no mi mó­wić do cie­bie. Bez tego, stwier­dził le­karz, twój po­wrót do zdro­wia będzie bar­dzo utrud­nio­ny.

Nie­mal ca­łko­wi­cie stra­ci­łeś zdol­no­ść mowy i choć je­steś tu­taj, w moim domu, mu­si­my po­ro­zu­mie­wać się na pa­pie­rze. Uży­wa­my ob­raz­ków. Nie je­steś w sta­nie ar­ty­ku­ło­wać słów, ale mo­żesz wska­zy­wać po­trze­by: pić, to­a­le­ta, ka­nap­ka. Wiem, cze­go chcesz, za­nim twój pa­lec do­tknie kart­ki, a jed­nak cze­kam, aż to zro­bisz, bo wa­żne, byś był sa­mo­dziel­ny.

Dziw­ne uczu­cie, nie sądzisz? Że tym ra­zem to ja trzy­mam w ręku dłu­go­pis i pi­szę ten... Jak to na­zwie­my? Chy­ba nie dzien­nik, w ka­żdym ra­zie nie taki, jaki sam pro­wa­dzi­łeś. Nie­istot­ne. Li­czy się, że prze­le­wam my­śli na pa­pier, pod­czas gdy ty le­żysz w łó­żku i śle­dzisz ka­żdy mój ruch.

Ni­g­dy nie lu­bi­łeś tej części wy­brze­ża, na­zy­wa­łeś ją nad­mor­ski­mi przed­mie­ścia­mi, do­kąd ści­ąga­ją sta­rzy lu­dzie, by w ocze­ki­wa­niu na śmie­rć wpa­try­wać się w za­cho­dy sło­ńca. Czy tam­tej okrop­nej zimy w sze­śćdzie­si­ątym trze­cim nie okre­śla­no tych oko­lic, od­sło­ni­ętych, sa­mot­nych, sma­ga­nych wia­trem jak wszyst­kie naj­lep­sze bry­tyj­skie miej­sco­wo­ści wy­po­czyn­ko­we, mia­nem Sy­be­rii? Dziś nie jest tu aż tak po­nu­ro, nie­mniej wci­ąż wi­dać jed­na­ko­wo­ść – w Pe­ace­ha­ven wszyst­kie uli­ce wy­gląda­ją tak samo: skrom­ny par­te­ro­wy dom, funk­cjo­nal­ny ogró­dek, nie­wy­ra­źny wi­dok na mo­rze; przy­zna­ję, że od­naj­du­ję po­cie­chę w tej prze­wi­dy­wal­no­ści.

By­łam bar­dzo nie­chęt­na pla­nom Toma, by się tu­taj prze­pro­wa­dzić. Bo cze­mu ja, od za­wsze miesz­ka­jąca w Bri­gh­ton, mia­ła­bym się gnie­ździć na jed­nym pi­ętrze w bu­dyn­ku, któ­ry agent nie­ru­cho­mo­ści za­chwa­lał jako dom w sty­lu al­pej­skim? Dla­cze­go mia­ła­bym się go­dzić na wąskie prze­jścia mi­ędzy pó­łka­mi w miej­sco­wym skle­pie, odór sta­re­go ole­ju w Joe’s Piz­za i Ke­bab Ho­use, czte­ry za­kła­dy po­grze­bo­we, sklep zoo­lo­gicz­ny Ma­gia Zwie­rząt i pral­nię che­micz­ną, któ­rej pra­cow­ni­cy po­dob­no szko­li­li się w Lon­dy­nie? Cze­mu mia­ła­bym przy­sta­wać na ta­kie rze­czy, zna­jąc Bri­gh­ton, w któ­rym ka­wiar­nie są za­wsze pe­łne lu­dzi, w skle­pach znaj­dziesz wi­ęcej to­wa­rów, niż je­steś w sta­nie so­bie wy­obra­zić – i zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej niż po­trze­bu­jesz – a molo jest sta­le roz­świe­tlo­ne, sta­le otwar­te i często bu­dzi lek­ką gro­zę?

Nie. Uzna­łam ten po­my­sł za okrop­ny. Ty zresz­tą po­my­śla­łbyś to samo. Co in­ne­go Tom – on był zde­cy­do­wa­ny osi­ąść na eme­ry­tu­rze w ja­ki­mś spo­koj­niej­szym, cich­szym, rze­ko­mo bez­piecz­niej­szym miej­scu. Sądzę, że po części miał do­syć oto­cze­nia przy­po­mi­na­jące­go mu o daw­nych re­wi­rach, daw­nym za­bie­ga­niu. Trze­ba przy­znać, że jed­ną z rze­czy, z któ­ry­mi bun­ga­low w Pe­ace­ha­ven zde­cy­do­wa­nie się nie ko­ja­rzy, jest wła­śnie za­bie­ga­nie. W ogó­le ja­ka­kol­wiek ak­tyw­no­ść. Tra­fi­li­śmy tam, gdzie przed wpół do dzie­si­ątej rano i po wpół do dzie­si­ątej wie­czo­rem nie uświad­czysz na uli­cach ży­we­go du­cha, je­śli nie li­czyć garst­ki na­sto­lat­ków po­pa­la­jących przed piz­ze­rią. Miesz­ka­my w sto­jącym dwa kro­ki od przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go i skle­pu bun­ga­lo­wie (ni­jak nie na­zwa­łbyś go do­mem w sty­lu al­pej­skim, ni­jak) z dwie­ma sy­pial­nia­mi, dłu­gim traw­ni­kiem do po­dzi­wia­nia, su­szar­ką ogro­do­wą i trze­ma bu­dyn­ka­mi na dzia­łce: szo­pą, ga­ra­żem i szklar­nią. Jed­ną z jego nie­wie­lu za­let jest wi­dok na mo­rze, rze­czy­wi­ście nie­wy­ra­źny – wodę mo­żna do­strzec z bocz­ne­go okna w sy­pial­ni, któ­rą ci od­da­łam. Usta­wi­łam łó­żko tak, byś mógł do woli spo­glądać na fale. Da­łam ci to wszyst­ko, Pa­tric­ku, cho­ciaż Tom i ja ni­g­dy do­tąd nie mie­li­śmy wła­sne­go wi­do­ku. Ze swo­je­go miesz­ka­nia przy Chi­che­ster Ter­ra­ce, wy­ko­ńczo­ne­go w sty­lu re­gen­cji, mo­głeś się roz­ko­szo­wać mo­rzem ka­żde­go dnia. Bar­dzo do­brze pa­mi­ętam, jak wy­glądał kra­jo­braz za two­im oknem, mimo że rzad­ko cię od­wie­dza­łam: tory ko­lej­ki wąsko­to­ro­wej, ogro­dy Duke’s Mo­und, fa­lo­chron z bia­łą grzy­wą w wietrz­ne dni, no i, rzecz ja­sna, mo­rze – za­wsze inne, za­wsze nie­zmien­ne. W na­szym seg­men­cie przy Is­lin­gword Stre­et wi­dzie­li­śmy z To­mem je­dy­nie wła­sne od­bi­cie w szy­bach sąsia­dów. Co nie zmie­nia fak­tu, że nie pa­li­łam się do wy­pro­wadz­ki stam­tąd.

Po­dej­rze­wam, że gdy przed ty­go­dniem przy­je­cha­łeś tu ze szpi­ta­la, kie­dy Tom wy­jął cię z sa­mo­cho­du i po­sa­dził na wóz­ku, zo­ba­czy­łeś do­kład­nie to samo co ja: brązo­wą re­gu­lar­no­ść tyn­ku ka­mycz­ko­we­go, nie­wia­ry­god­ną gład­ko­ść pla­sti­ko­wych po­dwój­nych drzwi, sta­ran­nie przy­ci­ęty igla­sty ży­wo­płot – i to wszyst­ko wy­wo­ła­ło prze­ra­że­nie w two­im ser­cu, tak jak w moim. Do tego na­zwa: Pod So­sna­mi. Ja­kże mało ory­gi­nal­na i nie­pa­su­jąca. Za­pew­ne po­czu­łeś zim­ny pot na kar­ku i na­gle ko­szu­la za­częła cię krępo­wać. Tom pchał twój wó­zek chod­ni­kiem od stro­ny we­jścia i mu­sia­łeś za­uwa­żyć, że ka­żda pły­ta jest do­sko­na­le pro­por­cjo­nal­nym kwa­dra­tem z ró­żo­wa­wo-sza­re­go be­to­nu. Gdy wsu­nęłam klucz do zam­ka, prze­kręci­łam go i po­wie­dzia­łam: „Wi­ta­my!”, splo­tłeś przy­wi­ędłe dło­nie i wy­krzy­wi­łeś usta w coś na kszta­łt uśmie­chu.

Prze­kra­cza­jąc próg wy­ta­pe­to­wa­ne­go na be­żo­wo przed­po­ko­ju, z pew­no­ścią po­czu­łeś za­pach wy­bie­la­cza, któ­re­go uży­łam, przy­go­to­wu­jąc dom na twój po­byt, i wy­chwy­ci­łeś prze­bi­ja­jącą woń Wal­te­ra, na­sze­go bor­der col­lie. Lek­ko po­ki­wa­łeś gło­wą na wi­dok opra­wio­ne­go zdjęcia z na­sze­go ślu­bu. Tom w tym wspa­nia­łym gar­ni­tu­rze od Co­bleya, za któ­ry za­pła­ci­łeś, a ja w sztyw­nym we­lo­nie. Usie­dli­śmy w sa­lo­nie, Tom i ja, na no­wej brązo­wej, ak­sa­mit­nej ka­na­pie, ku­pio­nej za pie­ni­ądze z od­pra­wy eme­ry­tal­nej Toma, i wsłu­cha­li­śmy się w py­ka­jąco-ty­ka­jącą mu­zy­kę rur cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia. Wal­ter zia­jał u stóp swe­go pana. Na­gle Tom po­wie­dział:

– Ma­rion się tobą zaj­mie. – Zo­ba­czy­łam two­ją minę, gry­mas będący re­ak­cją na po­śpiech Toma, któ­ry pra­gnął wy­jść stąd jak naj­prędzej. I wi­dzia­łam, jak wbi­łeś wzrok w fi­ran­kę, kie­dy prze­sze­dł przez po­kój, do­da­jąc: – Mam spra­wy do za­ła­twie­nia.

Pies ru­szył za nim. Usły­sze­li­śmy w przed­po­ko­ju kro­ki Toma, po­tem sze­lest płasz­cza, gdy zdej­mo­wał go z wie­sza­ka, i brzęk klu­czy, kie­dy upew­niał się, że na­dal spo­czy­wa­ją w kie­sze­ni. Ci­cho na­ka­zał Wal­te­ro­wi zo­stać, po czym otwo­rzył po­dwój­ne drzwi i wy­sze­dł, a do nas do­ta­rł je­dy­nie po­świst po­wie­trza. Kie­dy znów na cie­bie spoj­rza­łam, two­je le­żące nie­mal bez­wład­nie na ko­ści­stych ko­la­nach dło­nie trzęsły się. Czy po­my­śla­łeś wte­dy, że ina­czej so­bie wy­obra­ża­łeś tę chwi­lę, gdy w ko­ńcu znaj­dziesz się w jego domu?

Czter­dzie­ści osiem lat. O tyle mu­szę się cof­nąć. Do dnia, w któ­rym po­zna­łam Toma. Choć kto wie, czy nie po­win­nam si­ęgnąć da­lej.

Był wte­dy taki opa­no­wa­ny. I to imię: Tom. Moc­ne, bez­pre­ten­sjo­nal­ne, ale nie­wy­klu­cza­jące wra­żli­wo­ści. Ża­den Bill, Reg, Les albo Tony. Zwra­ca­łeś się do nie­go „Tho­ma­sie”? Ja cza­sem chcia­łam. I by­wa­ły chwi­le, kie­dy mia­łam ocho­tę na­zy­wać go „Tom­mym”. Być może ten pi­ęk­ny mło­dy mężczy­zna o sze­ro­kich ra­mio­nach i kręco­nych ciem­no­blond wło­sach sły­szał to z two­ich ust.

Zna­łam jego sio­strę z li­ceum. Gdy by­ły­śmy w dru­giej kla­sie, któ­re­goś dnia po­de­szła do mnie na ko­ry­ta­rzu i po­wie­dzia­ła:

– Tak so­bie po­my­śla­łam, że wy­da­jesz się w po­rząd­ku, więc... może by­śmy się za­przy­ja­źni­ły?

Do­tąd obie ży­ły­śmy same we wła­snych świa­tach, skon­ster­no­wa­ne szkol­ny­mi kon­we­nan­sa­mi, roz­brzmie­wa­jący­mi echem sa­la­mi lek­cyj­ny­mi i ury­wa­ny­mi gło­sa­mi in­nych dziew­cząt. Od tam­tej pory da­wa­łam Sy­lvie prze­pi­sy­wać pra­ce do­mo­we, a ona pusz­cza­ła mi swo­je pły­ty: Nat King Cole’a, Pat­ti Page, Per­ry’ego Como. Ra­zem nu­ci­ły­śmy pod no­sem Some en­chan­ted eve­ning you may see a stran­ger, cze­ka­jąc na swo­ją ko­lej, żeby sko­czyć przez ko­zła, i prze­pusz­cza­jąc wszyst­kie po­zo­sta­łe dziew­czy­ny. Nie prze­pa­da­ły­śmy za wu­efem. Lu­bi­łam za to cho­dzić do Sy­lvie, bo ona po­sia­da­ła ró­żne rze­czy, a jej mat­ka nie mia­ła nic prze­ciw­ko, by cór­ka no­si­ła fry­zu­rę zbyt po­wa­żną jak na swój wiek; zresz­tą chy­ba na­wet sama po­ma­ga­ła jej ukła­dać grzyw­kę w nie­dzi­siej­szy skręco­ny ko­smyk. Ja w tam­tym cza­sie wci­ąż za­pla­ta­łam swo­je rude wło­sy w gru­by, opa­da­jący na ple­cy war­kocz. Gdy w domu zda­rzy­ło mi się stra­cić pa­no­wa­nie nad sobą – pa­mi­ętam, że raz moc­no przy­trza­snęłam drzwia­mi gło­wę mo­je­go bra­ta Fre­da – oj­ciec spo­glądał na mat­kę i mó­wił:

– To przez tę ry­żo­ść. – Bo ko­lor wło­sów odzie­dzi­czy­łam po niej.

O ile do­brze pa­mi­ętam, Pa­tric­ku, kie­dyś na­wet prze­zwa­łeś mnie „Ru­dym Hu­ra­ga­nem”. By­łam już wte­dy na eta­pie upodo­ba­nia do wła­snej ru­do­ści, ale za­wsze po­strze­ga­łam ją jako sa­mo­spe­łnia­jącą się prze­po­wied­nię: ocze­ki­wa­no po mnie, że będę wy­bu­cho­wa, dla­te­go je­śli czu­łam, że wzbie­ra we mnie zło­ść, nie po­wstrzy­my­wa­łam jej. Nie ro­bi­łam tego, rzecz ja­sna, zbyt często, ale od cza­su do cza­su zda­rza­ło mi się trza­snąć drzwia­mi albo rzu­cić ja­ki­mś na­czy­niem. Raz sprząta­łam w domu tak na­bu­zo­wa­na, że od­ku­rza­czem po­ła­ma­łam li­stwę przy­po­dło­go­wą.

Kie­dy Sy­lvie po raz pierw­szy za­pro­si­ła mnie do swo­je­go domu w Pat­cham, po­wi­ta­ła mnie w brzo­skwi­nio­wej apasz­ce, któ­rej za­pra­gnęłam, gdy tyl­ko ją uj­rza­łam. W sa­lo­nie ro­dzi­ce mo­jej przy­ja­ció­łki mie­li wy­so­ki ba­rek ze szkla­ny­mi drzwicz­ka­mi po­ma­lo­wa­ny­mi w czar­ne gwiazd­ki.

– To wszyst­ko na raty – sko­men­to­wa­ła iro­nicz­nie Sy­lvie i za­pro­wa­dzi­ła mnie na górę. Po­zwo­li­ła mi za­ło­żyć apasz­kę i po­chwa­li­ła się ko­lo­ro­wy­mi bu­te­lecz­ka­mi z la­kie­ra­mi do pa­znok­ci; gdy otwo­rzy­ła jed­ną z nich, po­czu­łam słod­ki, lan­dryn­ko­wy za­pach. Przy­sia­dłam na sta­ran­nie za­ście­lo­nym łó­żku, wy­bra­łam ciem­ny fio­let i przy­stąpi­łam do ma­lo­wa­nia sze­ro­kich, ob­gry­zio­nych pa­znok­ci Sy­lvie, a kie­dy sko­ńczy­łam, unio­słam jej dłoń i za­częłam de­li­kat­nie dmu­chać. Po­tem zbli­ży­łam jej kciuk do ust i prze­su­nęłam gór­ną war­gą po gład­kiej po­wierzch­ni, chcąc spraw­dzić, czy już wy­schła.

– Co ro­bisz? – Wy­bu­chła pi­skli­wym śmie­chem.

Pu­ści­łam jej rękę, któ­ra opa­dła na moje ko­la­na. Po­de­szła do mnie Czar­nul­ka, kot­ka Sy­lvie, i za­częła ocie­rać się o nogi.

– Prze­pra­szam – wy­bąka­łam.

Czar­nul­ka prze­ci­ągnęła się, a kie­dy nie za­re­ago­wa­łam, znie­cier­pli­wio­na przy­kle­iła mi się do ko­stek. Na­chy­li­łam się, żeby po­dra­pać ją za usza­mi, i kie­dy to ro­bi­łam, drzwi do po­ko­ju Sy­lvie otwo­rzy­ły się.

– Wyj­dź – rzu­ci­ła moja przy­ja­ció­łka znu­dzo­nym gło­sem. Prze­stra­szy­łam się, że mówi do mnie, i szyb­ko wy­pro­sto­wa­łam ple­cy, ale jej gniew­ne spoj­rze­nie było utkwio­ne w kimś za mną. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam go. Od­ru­cho­wo do­tknęłam dło­nią je­dwab­nej apasz­ki.

– Wyj­dź, Tom – po­wtó­rzy­ła Sy­lvie to­nem, z któ­re­go wy­ni­ka­ło, że po­go­dzi­ła się ze swo­ją rolą w tym przed­sta­wie­niu.

Stał opar­ty o drzwi. Pod­wi­ni­ęte do łok­ci ręka­wy ko­szu­li od­sła­nia­ły sub­tel­ną rze­źbę mi­ęśni jego przed­ra­mion, cze­go nie omiesz­ka­łam za­uwa­żyć. Nie mógł mieć wi­ęcej niż pi­ęt­na­ście lat – był za­le­d­wie rok star­szy ode mnie, a wy­glądał tak bar­dzo męsko: sze­ro­ki w ba­rach, ciem­ne wgłębie­nie w dol­nej części szyi i bli­zna na pod­bród­ku – nie­wiel­kie wgnie­ce­nie, któ­re przy­po­mi­na­ło od­cisk pal­ca w pla­ste­li­nie. Uśmie­chał się szy­der­czo i już wte­dy wie­dzia­łam, że robi to ce­lo­wo, bo uwa­ża, że dzi­ęki temu roz­ta­cza wo­kół sie­bie aurę Ted­dy boya. Wpa­try­wał się we mnie tymi swo­imi ma­ły­mi, głębo­ko osa­dzo­ny­mi nie­bie­ski­mi ocza­mi tak in­ten­syw­nie, że aż ob­la­łam się ru­mie­ńcem, po­chy­li­łam się, po­now­nie wsu­nęłam pal­ce w za­ku­rzo­ną sie­rść za usza­mi Czar­nul­ki i wbi­łam wzrok w podło­gę.

– Tom! Wy­no­cha! – Sy­lvie pod­nio­sła głos. Usły­sza­łam trza­śni­ęcie drzwia­mi.

Do­my­ślasz się, Pa­tric­ku, że mu­sia­ło mi­nąć do­bre kil­ka mi­nut, za­nim wzi­ęłam się w ga­rść na tyle, by w ko­ńcu prze­stać pie­ścić kot­kę i znów po­pa­trzeć na przy­ja­ció­łkę.

Po tym wy­da­rze­niu sta­ra­łam się pie­lęgno­wać przy­ja­źń z Sy­lvie. Cza­sem wy­sia­da­łam z au­to­bu­su na przy­stan­ku w Pat­cham, prze­cho­dzi­łam pod jej bli­źnia­kiem i zer­ka­łam w ja­sne okna, wma­wia­jąc so­bie, że chcę ją zo­ba­czyć, pod­czas gdy tak na­praw­dę całe moje cia­ło na­pi­na­ło się jak stru­na na samą myśl, że w ka­żdej chwi­li mógł zja­wić się Tom. Raz przy­sia­dłam na mur­ku tuż za ro­giem i cze­ka­łam do zmierz­chu, aż stra­ci­łam czu­cie w pal­cach we wszyst­kich ko­ńczy­nach. Wy­słu­cha­łam kon­cer­tu ko­sów, prze­si­ąkłam wil­go­cią zbie­ra­jącą się w ży­wo­pło­cie za mo­imi ple­ca­mi – i do­pie­ro wte­dy po­sta­no­wi­łam iść na au­to­bus do domu.

*

Mat­ka często spo­gląda­ła za okno. Kie­dy go­to­wa­ła, na­chy­la­ła się nad ku­chen­ką i zer­ka­ła przez wąską szyb­kę w drzwiach pro­wa­dzących na po­dwór­ko. Mia­łam wra­że­nie, że nie ro­bi­ła nic in­ne­go poza przy­go­to­wy­wa­niem gęste­go sosu i ga­pie­niem się przez okno. Mie­sza­ła go w nie­sko­ńczo­no­ść, prze­su­wa­jąc ży­la­ste ka­wa­łki mi­ęsa po dnie ron­dla. Sos miał me­ta­licz­ny smak i był grud­ko­wa­ty, co zu­pe­łnie nie prze­szka­dza­ło ta­cie i moim bra­ciom, któ­rzy na­kła­da­li so­bie ko­pia­ste por­cje. Sosu było tyle, że aż zli­zy­wa­li go z pal­ców i wy­dłu­by­wa­li spod pa­znok­ci, pod­czas gdy mama pa­li­ła, cze­ka­jąc, kie­dy będzie mo­gła po­zmy­wać.

Mama i tata bez prze­rwy się ca­ło­wa­li. Ja­ki­mś spo­so­bem wci­ska­li się do nie­wiel­kiej po­my­wal­ni i spla­ta­li ze sobą. Tata kła­dł sil­ną dłoń na kar­ku mamy, a ona obej­mo­wa­ła go wpół i moc­no przy­ci­ska­ła do sie­bie. Nie było to dla mnie nic nie­zwy­kłe­go, przy­zwy­cza­jo­na do tego wi­do­ku sia­da­łam przy ku­chen­nym sto­le na­kry­tym prążko­wa­nym ob­ru­sem, kart­ko­wa­łam któ­ryś z nu­me­rów spe­cjal­nych „Pic­tu­re­go­er”, wspie­ra­łam bro­dę na ręce i cze­ka­łam, aż sko­ńczą. Naj­dziw­niej­sze, że choć za­wsze ca­ło­wa­li się z ta­kim za­pa­mi­ęta­niem, ni­g­dy tak na­praw­dę zbyt wie­le nie roz­ma­wia­li. Po­ro­zu­mie­wa­li się za na­szym po­śred­nic­twem: „Będziesz mu­sia­ła spy­tać o to ojca” albo: „A co na to two­ja mat­ka?”. Fred, Har­ry i ja sie­dzie­li­śmy przy sto­le, tata z nami, z no­sem w „Ga­zet­te”, mama osob­no, przy oknie, pa­ląc. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by kie­dy­kol­wiek ja­da­ła z nami po­si­łki, je­śli nie li­czyć nie­dziel, kie­dy od­wie­dzał nas dzia­dek Tay­lor, oj­ciec taty. Na­zy­wał tatę chłop­cem i przez cały obiad kar­mił swo­je­go sie­dzące­go pod krze­słem pło­wie­jące­go we­stie. Po po­si­łku mama szyb­ko wsta­wa­ła, znów za­pa­la­ła pa­pie­ro­sa, po czym zbie­ra­ła brud­ne ta­le­rze i sztu­ćce, wy­no­si­ła je do po­my­wal­ni i gło­śno stu­ka­ła nimi w zle­wie. Przy­wo­ły­wa­ła mnie do sie­bie, za­kła­da­ła mi je­den ze swo­ich far­tu­chów – był za dłu­gi, więc mu­sia­ła go pod­kła­dać u góry – za­wi­ązy­wa­ła go w pa­sie i wy­zna­cza­ła mi sta­no­wi­sko przy su­szar­ce do na­czyń. Pró­bo­wa­łam na­chy­lać się nad zle­wem tak jak ona. Cza­sem, gdy wy­cho­dzi­ła, spo­gląda­łam za okno i sta­ra­łam się wy­obra­zić so­bie, o czym mo­gła my­śleć, pa­trząc na na­szą szo­pę ze spa­dzi­stym da­chem, na za­go­nek wy­bu­ja­łej bruk­sel­ki taty, na mały kwa­drat nie­ba po­nad do­mem sąsia­dów.

La­tem Sy­lvie i ja często cho­dzi­ły­śmy na kąpie­li­sko w Black Rock. Naj­chęt­niej nie wy­da­wa­ła­bym pie­ni­ędzy i po pro­stu sie­dzia­ła na pla­ży, ale Sy­lvie się upie­ra­ła; za­le­ża­ło jej, bo na kąpie­li­sku mo­gła flir­to­wać z chło­pa­ka­mi. W szko­le ni­g­dy nie na­rze­ka­ła na brak ad­o­ra­to­rów, lecz mną ra­czej nikt się nie in­te­re­so­wał. Nie po­wiem, żeby per­spek­ty­wa przy­gląda­nia się, jak fa­ce­ci po­że­ra­ją moją przy­ja­ció­łkę wzro­kiem, na­pa­wa­ła mnie ja­ki­mś szcze­gól­nym en­tu­zja­zmem, ale lśni­ące okna, ośle­pia­jący bia­ły be­ton i pi­ęk­ne pa­sia­ste le­ża­ki ku­si­ły tak bar­dzo, że zwy­kle pod­da­wa­łam się ich uro­ko­wi, uisz­cza­łam dzie­wi­ęć cen­tów opła­ty za wstęp i ra­zem z Sy­lvie prze­cho­dzi­łam przez bram­kę, by za­jąć miej­sce nad ba­se­nem.

Pa­mi­ętam zwłasz­cza jed­no po­po­łud­nie. Obie mia­ły­śmy wte­dy po sie­dem­na­ście lat. Moja przy­ja­ció­łka no­si­ła na kąpie­li­sku żó­łto-zie­lo­ny dwu­częścio­wy strój, a ja czer­wo­ny ko­stium, któ­ry był na mnie za mały, przez co bez prze­rwy mu­sia­łam po­pra­wiać ra­mi­ącz­ka i ob­ci­ągać no­gaw­ki. Sy­lvie mia­ła im­po­nu­jące pier­si i wąską ta­lię, na­to­miast moje cia­ło na­dal przy­po­mi­na­ło wąski pro­sto­kąt z do­dat­ko­wym tłusz­czy­kiem na bio­drach. Ob­ci­na­łam wło­sy rów­no, bez udziw­nień, z cze­go by­łam za­do­wo­lo­na, ale prze­szka­dzał mi mój zbyt wy­so­ki wzrost. Oj­ciec po­wta­rzał, że­bym się nie gar­bi­ła – i za­ra­zem sta­le ra­dził mi no­sić buty na pła­skim ob­ca­sie.

– Ża­den mężczy­zna nie chce, by ko­bie­ta pa­trzy­ła na nie­go z góry – ma­wiał. – Mam ra­cję, Phyl­lis?

Mama uśmie­cha­ła się i nie od­po­wia­da­ła.

W szko­le upar­cie wy­bie­ra­no mnie do dru­ży­ny net­bal­lu, ale na bo­isku by­łam bez­na­dziej­na. Sta­łam z boku i uda­wa­łam, że cze­kam na po­da­nie. To jed­nak ni­g­dy nie na­stępo­wa­ło, dla­te­go przez wi­ęk­szo­ść cza­su, żeby się nie nu­dzić, ob­ser­wo­wa­łam chłop­ców, któ­rzy gra­li w rug­by za ogro­dze­niem. Ich gło­sy tak bar­dzo ró­żni­ły się od na­szych – były głębo­kie i sil­ne, prze­pe­łnio­ne pew­no­ścią sie­bie ko­goś, kto już daw­no wie, jak będą wy­gląda­ły ko­lej­ne eta­py jego ży­cia. Oxford. Cam­brid­ge. Pa­le­stra. To była pry­wat­na szko­ła, taka jak two­ja, Pa­tric­ku. Jej ucznio­wie wy­da­wa­li mi się o nie­bo przy­stoj­niej­si od tych w moim oto­cze­niu, no­si­li świet­nie skro­jo­ne ma­ry­nar­ki, cho­dzi­li z ręka­mi w kie­sze­niach, a ich dłu­gie grzyw­ki opa­da­ły im na czo­ła. Tym­cza­sem wi­ęk­szo­ści zna­nych mi chłop­ców (nie było ich zbyt wie­lu) bra­ko­wa­ło choć odro­bi­ny za­gad­ko­wo­ści i sub­tel­no­ści; na­rzu­ca­li się dziew­czy­nom, nie dba­jąc o fi­ne­zję, mo­żna było w nich czy­tać jak w otwar­tej ksi­ędze. Zresz­tą nie to, że­bym kie­dy­kol­wiek mia­ła oka­zję roz­ma­wiać z tymi z grzyw­ka­mi. Ty też cho­dzi­łeś do pry­wat­nej szko­ły, praw­da? Ale ni­g­dy taki nie by­łeś. Nie po­tra­fi­łeś się od­na­le­źć. Tak jak ja. Od razu to zro­zu­mia­łam.

Nie było wy­star­cza­jąco cie­pło na kąpiel – od mo­rza wiał wzma­ga­jący się chłod­ny wiatr – ale przy­naj­mniej świe­ci­ło sło­ńce. Po­ło­ży­ły­śmy się na ręcz­ni­kach. Nie zdjęłam spód­nicz­ki za­sła­nia­jącej dół ko­stiu­mu. Sy­lvie uło­ży­ła swo­je rze­czy w schlud­nym rząd­ku: grze­bień, pu­der­nicz­ka, roz­pi­na­ny swe­ter. Usia­dła i mru­żąc oczy, przyj­rza­ła się tłu­mom na za­la­nym sło­ńcem ta­ra­sie. Jej usta sta­le zda­wa­ły się ukła­dać w od­wró­co­ny uśmiech, jak­by spe­cjal­nie nada­no im taki pro­fil. Za­mknęłam oczy. Na we­wnętrz­nej stro­nie mo­ich po­wiek za­ta­ńczy­ły ró­żo­wa­we abs­trak­cyj­ne kszta­łty. Sy­lvie wes­tchnęła i ci­cho od­chrząk­nęła. Wie­dzia­łam, że chce po­roz­ma­wiać, po­ka­zać mi, kto zja­wił się na kąpie­li­sku, kto co robi i z kim, po­chwa­lić się, że zna tego czy tam­te­go chło­pa­ka... Ale ja mia­łam ocho­tę je­dy­nie chło­nąć cie­pło i le­żąc w po­po­łu­dnio­wym bla­sku, za­zna­wać tego roz­kosz­ne­go po­czu­cia od­da­le­nia.

W ko­ńcu pra­wie mi się to uda­ło. Mia­łam wra­że­nie, jak­by krew w ży­łach za­częła mi wol­niej pły­nąć, a ko­ńczy­ny zro­bi­ły się jak z waty. Nie prze­szka­dzał mi tu­pot mo­krych stóp ani pla­śni­ęcia, z któ­ry­mi chłop­cy wpa­da­li do wody po sko­ku z tram­po­li­ny, i choć czu­łam, jak sło­ńce pali mi ra­mio­na, trwa­łam w bez­ru­chu na wil­got­nej be­to­no­wej po­wierzch­ni, wdy­cha­jąc jej kre­do­wy za­pach, wy­mie­sza­ny z wo­nią zim­ne­go chlo­ru, raz po raz do­bie­ga­jącą od osób wy­cho­dzących z ba­se­nu.

Na­gle na mój po­li­czek pa­dło coś chłod­ne­go i mo­kre­go. Pod­nio­słam po­wie­ki, ale w pierw­szej chwi­li zo­ba­czy­łam je­dy­nie bia­ły ośle­pia­jący blask nie­ba. Za­mru­ga­łam i do­strze­głam ry­su­jący się ja­skra­wo­ró­żo­wą kre­ską kon­tur czy­je­jś po­sta­ci. Za­mru­ga­łam jesz­cze raz, usły­sza­łam głos Sy­lvie, w któ­rym roz­dra­żnie­nie mie­sza­ło się z za­do­wo­le­niem: „A ty co tu ro­bisz?” – i już wie­dzia­łam, kto to taki.

Wspa­rłam się na łok­ciach, a po­tem usia­dłam, osła­nia­jąc oczy dło­nią i w po­śpie­chu wy­cie­ra­jąc pot z gór­nej war­gi.

Stał nad nami, ple­ca­mi do sło­ńca, i uśmie­chał się do Sy­lvie.

– Ka­piesz na nas! – po­wie­dzia­ła, strze­pu­jąc z ra­mion wy­ima­gi­no­wa­ne kro­pel­ki.

Oczy­wi­ście nie­jed­no­krot­nie wi­dy­wa­łam i po­dzi­wia­łam Toma u Sy­lvie, ale do­pie­ro te­raz po raz pierw­szy mia­łam oka­zję uj­rzeć jego od­sło­ni­ęte cia­ło. Pró­bo­wa­łam od­wró­cić wzrok, Pa­tric­ku. Sta­ra­łam się nie pa­trzeć na łez­kę wody po­wo­li spły­wa­jącą mu z szyi w stro­nę pęp­ka ani na kle­jące się do kar­ku ko­smy­ki mo­krych wło­sów. Ale sam wiesz, jak trud­no ode­rwać spoj­rze­nie od cze­goś, cze­go się pra­gnie. Spu­ści­łam więc wzrok i sku­pi­łam się na jego łyd­kach oraz po­ra­sta­jącym skó­rę po­ły­sku­jącym blond mesz­ku. Po­pra­wi­łam ra­mi­ącz­ka swo­je­go jed­no­częścio­we­go ko­stiu­mu kąpie­lo­we­go.

– Cze­go chcesz, Tom? – ode­zwa­ła się po­now­nie Sy­lvie, okra­sza­jąc py­ta­nie prze­sad­nie te­atral­nym wes­tchnie­niem.

Po­pa­trzył na nas obie, su­chu­te­ńkie i spie­czo­ne.

– Nie kąpa­ły­ście się?

– Ma­rion nie pły­wa – oznaj­mi­ła Sy­lvie.

– Cze­mu nie? – spy­tał, spo­gląda­jąc na mnie.

Pew­nie mo­głam skła­mać. Ale już wte­dy po­twor­nie się ba­łam, że je­śli to zro­bię, ktoś do­wie się praw­dy. Bo prze­cież za­wsze tak się dzie­je i wte­dy z re­gu­ły ko­ńczy się znacz­nie go­rzej, niż gdy­by od po­cząt­ku po­sta­wić na szcze­ro­ść.

– Nie mia­łam oka­zji się na­uczyć – wy­du­si­łam po­mi­mo su­cho­ści w ustach.

– Tom na­le­ży do klu­bu pły­wac­kie­go. – Sy­lvie po­in­for­mo­wa­ła mnie nie­mal z dumą. – Pły­wa w mo­rzu.

Mnie ja­koś ni­g­dy do mo­rza nie ci­ągnęło. Trak­to­wa­łam je jako źró­dło nie­ustan­ne­go ru­chu i szu­mu gdzieś na obrze­żach mia­sta. To, że jest – brzmia­ła moja fi­lo­zo­fia – nie ozna­cza prze­cież, że mu­szę do nie­go wcho­dzić. Do­tąd nie­umie­jęt­no­ść pły­wa­nia nie wy­da­wa­ła mi się czy­mś, czym war­to zaj­mo­wać my­śli. Uświa­do­mi­łam so­bie, że to będzie mu­sia­ło się zmie­nić.

– Chcia­ła­bym się na­uczyć – po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć.

– On cię na­uczy, praw­da, Tom? – wtrąci­ła Sy­lvie, pa­trząc mu wy­zy­wa­jąco w oczy.

Jej brat za­drżał, po czym si­ęgnął po ręcz­nik sio­stry i owi­nął się nim w pa­sie.

– Mó­głbym – rzu­cił. Jed­ną dło­nią za­czął nie­dba­le prze­cze­sy­wać wło­sy, jak­by li­czył, że w ten spo­sób zdo­ła je osu­szyć. – Po­życz szy­lin­ga – zwró­cił się do Sy­lvie.

– Gdzie Roy? – spy­ta­ła.

Ni­g­dy wcze­śniej nie sły­sza­łam o tym chło­pa­ku, ale Sy­lvie – sądząc po tym, jak po­rzu­ciw­szy te­mat mo­ich lek­cji pły­wa­nia, wy­ci­ągnęła szy­ję i za­częła roz­glądać się za ple­ca­mi bra­ta – była nim naj­wy­ra­źniej żywo za­in­te­re­so­wa­na.

– Nur­ku­je. Po­życz szy­lin­ga.

– Co ro­bi­cie po­tem?

– Nie two­ja spra­wa.

Otwo­rzy­ła pu­der­nicz­kę, przez chwi­lę prze­gląda­ła się w lu­ster­ku i w ko­ńcu stwier­dzi­ła ci­cho:

– Za­ło­żę się, że idzie­cie do Spot­ted Dog.

Tom po­stąpił do przo­du i w żar­tach za­mie­rzył się na sio­strę, któ­ra zro­bi­ła płyn­ny unik. Ręcz­nik zsu­nął mu się z bio­der i znów mu­sia­łam od­wró­cić wzrok.

Za­sta­na­wia­ło mnie, co złe­go może być w cho­dze­niu do Spot­ted Dog, ale mil­cza­łam, nie chcąc wy­jść na igno­rant­kę.

– Na pew­no tam idzie­cie – mruk­nęła, po czym chwy­ci­ła ręcz­nik za róg i zry­wa­jąc się na nogi, za­częła skręcać go w sznur. Tom sko­czył na nią, ale była szyb­sza. Ko­niec ręcz­ni­ka wy­lądo­wał z trza­skiem na jego pier­si, po­zo­sta­wia­jąc wy­ra­źny czer­wo­ny ślad; wte­dy wy­da­wa­ło mi się, że pul­su­jący, ale dziś już nie je­stem tego taka pew­na. Tak czy ina­czej, wy­obra­żasz to so­bie, praw­da? Nasz pi­ęk­ny chło­piec po­ko­na­ny przez sio­strzycz­kę, ze śla­dem po mi­ęk­kiej ba­we­łnia­nej tka­ni­nie na tor­sie.

Zo­ba­czy­łam roz­błysk zło­ści w jego oczach i do­sta­łam gęsiej skór­ki; nad kąpie­li­skiem prze­su­wał się cień prze­pły­wa­jącej po nie­bie chmu­ry i na­gle zro­bi­ło się chłod­niej. Tom wbił wzrok w zie­mię i prze­łk­nął śli­nę. Sy­lvie za­wa­ha­ła się w ocze­ki­wa­niu na re­ak­cję bra­ta, a on zwin­nym ru­chem wy­rwał jej ręcz­nik i za­czął ma­chać nim na oślep, od cza­su do cza­su tra­fia­jąc ją ko­ńcem, ale prze­wa­żnie chy­biał. Moja przy­ja­ció­łka uchy­la­ła się i śmia­ła, a ude­rzo­na pisz­cza­ła niby z bólu. Sta­rał się być de­li­kat­ny, Pa­tric­ku, to było wi­dać: po­ru­szał się jak ofer­ma i wy­mie­rzał ce­lo­wo nie­zgrab­ne cio­sy zwi­ni­ętym ręcz­ni­kiem, dro­cząc się z sio­strą, po­ka­zu­jąc jej, że po­tra­fi bić moc­niej i cel­niej – że mó­głby po­rząd­nie przy­ło­żyć.

– Ja mam szy­lin­ga – po­wie­dzia­łam, wsu­nąw­szy dłoń do kie­sze­ni roz­pi­na­ne­go swe­tra. Moja ostat­nia mo­ne­ta; wy­jęłam ją i po­ka­za­łam na do­wód.

Tom prze­stał strze­lać z ręcz­ni­ka jak z bi­cza. Ci­ężko dy­szał. Sy­lvie roz­ma­so­wy­wa­ła ugo­dzo­ny kark.

– Ło­buz – mruk­nęła.

Jej brat wy­ci­ągnął rękę. Po­ło­ży­łam mo­ne­tę na jego dło­ni, ko­niusz­ka­mi pal­ców mu­ska­jąc cie­płą skó­rę.

– Dzi­ęki – rzu­cił i uśmiech­nął się. Spoj­rzał na Sy­lvie. – Je­steś cała?

Od­po­wie­dzia­ła wzru­sze­niem ra­mion.

Kie­dy od­wró­cił się do nas ple­ca­mi, po­ka­za­ła mu język.

W dro­dze do domu po­wącha­łam dłoń, wci­ąga­jąc me­ta­licz­ny za­pach, i po­my­śla­łam, że pal­ce Toma pach­ną te­raz mo­imi pie­ni­ędz­mi.

Tuż przed pó­jściem do woj­ska Tom dał mi iskier­kę na­dziei, któ­rą pie­lęgno­wa­łam aż do jego po­wro­tu, a na­wet, szcze­rze mó­wi­ąc, dużo dłu­żej.

To było w grud­niu – przy­szłam do Sy­lvie na pod­wie­czo­rek; ro­zu­miesz chy­ba, dla­cze­go ona rzad­ko od­wie­dza­ła mnie w domu: mia­ła wła­sną sy­pial­nię i prze­no­śny gra­mo­fon oraz ra­czy­ła się vim­to, na­to­miast ja dzie­li­łam po­kój z Har­rym i mo­głam po­pi­jać co naj­wy­żej her­ba­tę. U Sy­lvie ja­da­ły­śmy świe­że bia­łe pie­czy­wo z szyn­ką w pla­ster­kach i po­mi­do­ra­mi z so­sem ma­jo­ne­zo­wym, a na de­ser man­da­ryn­ki z pusz­ki i mle­ko skon­den­so­wa­ne. Jej oj­ciec miał skle­pik przy pro­me­na­dzie, w któ­rym sprze­da­wał nie­cen­zu­ral­ne pocz­tów­ki, li­za­ki, żel­ki i mu­szel­ko­we la­lecz­ki z ko­łnie­rzy­ka­mi z su­szo­nych wo­do­ro­stów. Skle­pik na­zy­wał się Hap­py News, bo mo­żna było w nim ku­pić rów­nież ga­ze­ty, cza­so­pi­sma i owi­ni­ęte w ce­lo­fan co pi­kant­niej­sze po­zy­cje ksi­ążko­we. Sy­lvie po­wie­dzia­ła, że poza se­zo­nem oj­ciec sprze­da­je ty­go­dnio­wo pięć eg­zem­pla­rzy Ka­ma­su­try, a la­tem na­wet trzy razy tyle. W tam­tym cza­sie mia­łam za­le­d­wie mgli­ste po­jęcie o tej ksi­ążce, wie­dzia­łam tyl­ko, że z ja­ki­chś nie­zna­nych mi po­wo­dów jest za­ka­za­na, ale i tak uda­łam, że je­stem pod wra­że­niem, otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy i spy­ta­łam bez­gło­śnie: „Se­rio?”, na co Sy­lvie trium­fal­nie po­ki­wa­ła gło­wą.

Ja­da­ły­śmy w sa­lo­nie, w któ­rym bez ustan­ku to­wa­rzy­szył nam śpiew pa­pu­żki fa­li­stej na­le­żącej do mat­ki Sy­lvie. Sia­da­ły­śmy na pla­sti­ko­wych krze­słach z me­ta­lo­wy­mi no­ga­mi, przy pro­stym sto­le bez ob­ru­sa. Mat­ka Sy­lvie uży­wa­ła po­ma­ra­ńczo­wa­wej po­mad­ki do ust i in­ten­syw­nie pach­nące­go la­wen­do­we­go my­dła do rąk. Mia­ła bar­dzo dużą nad­wa­gę, co wy­da­wa­ło mi się dziw­ne, bo ni­g­dy nie wi­dzia­łam, by ja­dła co­kol­wiek poza sa­ła­tą i ogór­kiem i piła coś in­ne­go niż czar­ną kawę. Nie chu­dła po­mi­mo wy­rze­czeń. Rysy jej twa­rzy gi­nęły pod tłu­sty­mi po­licz­ka­mi, a ogrom­ny biust za­wsze ster­czał do przo­du ni­czym dwie wiel­kie, do­brze ubi­te bezy na wy­sta­wie u cu­kier­ni­ka. Kie­dy wie­dzia­łam, że mu­szę prze­stać ga­pić się na Toma, któ­ry zwy­kle zaj­mo­wał miej­sce obok mat­ki, wbi­ja­łam spoj­rze­nie w ob­fi­ty de­kolt pani Bur­gess. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że tam też nie po­win­nam się wpa­try­wać, ale lep­sze to, niż zo­stać przy­ła­pa­ną na po­że­ra­niu wzro­kiem jej syna. By­łam prze­ko­na­na, że wy­chwy­tu­ję bi­jący od nie­go żar; jego od­sło­ni­ęte przed­ra­mię spo­czy­wa­ło na bla­cie sto­łu i w moim prze­świad­cze­niu ema­no­wa­ło cie­płem zdol­nym ogrzać całe po­miesz­cze­nie. Czu­łam jego za­pach (to nie była tyl­ko za­słu­ga buj­nej wy­obra­źni, Pa­tric­ku): pach­niał – pa­mi­ętasz? – olej­kiem do wło­sów, rzecz ja­sna – wte­dy po­pu­lar­ny był Vi­ta­lis – i so­sno­wym tal­kiem, któ­rym, jak pó­źniej od­kry­łam, po­sy­py­wał się ob­fi­cie pod pa­cha­mi ka­żde­go ran­ka przed wło­że­niem ko­szu­li. W tam­tych cza­sach, jak za­pew­ne so­bie przy­po­mi­nasz, mężczy­źni po­kro­ju ojca Toma nie po­chwa­la­li uży­wa­nia tal­ku. Dziś jest oczy­wi­ście zu­pe­łnie ina­czej. Kie­dy idąc do skle­pu w Pe­ace­ha­ven, mi­jam mło­dych chłop­ców z fry­zu­ra­mi tak po­dob­ny­mi do tej, któ­rą wów­czas no­sił Tom – wło­sy przy­gła­dzo­ne olej­kiem, uło­żo­ne w roz­ma­ite fan­ta­zyj­ne kszta­łty – owie­wa mnie sztucz­ny aro­mat ich per­fum. Od tych chłop­ców bije za­pach jak od me­bli pro­sto z sa­lo­nu. Tom pach­niał ina­czej – fa­scy­nu­jąco; przed laty mężczy­źni ukry­wa­jący woń wła­sne­go potu pod tal­kiem ko­ja­rzy­li się po­dej­rza­nie, co bar­dzo mnie po­ci­ąga­ło. Poza tym do­sta­wa­ło się dwa w jed­nym: ma­sku­jącą świe­żo­ść tal­ku, a pod nią, z bli­ska – cie­płą na­tu­ral­no­ść skó­ry.

Kie­dy sko­ńczy­li­śmy ka­nap­ki, pani Bur­gess przy­nio­sła brzo­skwi­nie z pusz­ki uło­żo­ne na ró­żo­wych ta­le­rzy­kach. Przez chwi­lę je­dli­śmy w mil­cze­niu, a po­tem Tom sta­rł słod­ki sok z ust i oznaj­mił:

– By­łem dziś w ko­mi­sji po­bo­ro­wej i zgło­si­łem się na ochot­ni­ka. Dzi­ęki temu sam będę mógł wy­brać, czym się zaj­mę. – Od­su­nął od sie­bie ta­lerz i spoj­rzał ojcu pro­sto w oczy. – Za­czy­nam w przy­szłym ty­go­dniu.

Pan Bur­gess kiw­nął gło­wą, pod­nió­sł się z krze­sła i wy­ci­ągnął rękę. Tom wstał od sto­łu i uści­snął oj­cow­ską pra­wi­cę. Prze­szło mi przez myśl, że chy­ba rzad­ko po­da­ją so­bie dło­nie; w ka­żdym ra­zie wy­gląda­ło to, jak­by ni­g­dy wcze­śniej tego nie ro­bi­li. Moc­no po­trząsnęli sple­cio­ny­mi pal­ca­mi, po czym obaj ro­zej­rze­li się po po­ko­ju, naj­wy­ra­źniej za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej.

– Za­wsze musi mnie prze­bić – syk­nęła mi do ucha Sy­lvie.

– Co będziesz ro­bił? – spy­tał pan Bur­gess, na­dal sto­jąc i wpa­tru­jąc się w syna.

Tom od­chrząk­nął.

– Będę słu­żył w kor­pu­sie apro­wi­za­cyj­nym.

Mężczy­źni zmie­rzy­li się wzro­kiem, a Sy­lvie za­chi­cho­ta­ła pod no­sem.

Pan Bur­gess na­gle usia­dł.

– To do­pie­ro no­wi­na, nie­praw­daż? Może wy­pi­je­my za to, Jack? – za­pro­po­no­wa­ła jego żona nie­mal pi­skli­wym gło­sem, któ­ry, mia­łam wra­że­nie, nie­znacz­nie się za­ła­mał, gdy od­su­nęła krze­sło i do­da­ła: – Mu­si­my się na­pić. Za taką wia­do­mo­ść. – Wsta­jąc, trąci­ła fi­li­żan­kę i roz­la­ła reszt­ki czar­nej kawy, ta spły­nęła po bia­łym pla­sti­ku i za­częła ka­pać na dy­wa­nik.

– Nie­zdar­na kro­wa – mruk­nął pan Bur­gess.

Sy­lvie znów za­chi­cho­ta­ła.

Tom, któ­ry stał jak wry­ty, z na­dal wy­ci­ągni­ętą dło­nią, lecz nie ści­skał już oj­cow­skiej ręki, ru­szył mat­ce na po­moc. Do­tknął jej ra­mie­nia i za­ofe­ro­wał:

– Pój­dę po ścier­kę.

Kie­dy wy­sze­dł, pani Bur­gess po­wio­dła spoj­rze­niem po sie­dzących przy sto­le, za­trzy­mu­jąc się na mo­ment na ka­żdej twa­rzy.

– Co my te­raz po­cznie­my? – spy­ta­ła. Ode­zwa­ła się tak ci­cho, że nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­bym tyl­ko ja ją usły­sza­ła. Mil­cze­li­śmy przez kil­ka chwil, aż w ko­ńcu pan Bur­gess wes­tchnął i sko­men­to­wał:

– Kor­pus apro­wi­za­cyj­ny to nie to samo co oko­py nad Som­mą, Be­ryl.

Pani Bur­gess za­szlo­cha­ła i podąży­ła za sy­nem.

Jej mąż nie po­wie­dział nic wi­ęcej. Ocze­ki­wa­nie na po­wrót Toma i jego mat­ki umi­la­ła nam pa­pu­żka swo­imi nie­ko­ńczący­mi się śpie­wa­mi. Sły­sza­łam do­la­tu­jące z kuch­ni przy­ci­szo­ne gło­sy i wy­obra­ża­łam so­bie, jak za­ła­ma­na wie­ścią o wy­je­ździe syna pani Bur­gess łka w jego ra­mio­nach.

Sy­lvie ko­pa­ła mnie w krze­sło, ale za­miast na nią spoj­rzeć, utkwi­łam wzrok w ojcu Toma.

– Żo­łnie­rze prze­cież też mu­szą coś jeść, praw­da? – po­wie­dzia­łam spo­koj­nym, neu­tral­nym to­nem, któ­rym pó­źniej po­słu­gi­wa­łam się wie­lo­krot­nie, kie­dy ja­kieś dziec­ko od­szcze­ki­wa­ło mi w kla­sie albo gdy Tom oznaj­miał, że w week­end wy­pa­da two­ja ko­lej, Pa­tric­ku. – Je­stem pew­na, że Tom będzie do­brym ku­cha­rzem.

Pan Bur­gess par­sk­nął śmie­chem, od­su­nął się od sto­łu i krzyk­nął w stro­nę drzwi pro­wa­dzących do kuch­ni:

– Do­sta­nę coś do pi­cia czy nie, na mi­ło­ść bo­ską?

Po chwi­li wró­cił Tom, nio­sąc dwie bu­tel­ki piwa. Oj­ciec wy­rwał mu jed­ną z ręki, przy­sta­wił mu ją nie­mal do twa­rzy, rzu­cił: „Gra­tu­lu­ję, uda­ło ci się wy­trącić mat­kę z rów­no­wa­gi” i wy­sze­dł z po­ko­ju, ale wbrew moim ocze­ki­wa­niom, za­miast udać się do kuch­ni, by po­cie­szyć pa­nią Bur­gess, skie­ro­wał się na dwór, trza­ska­jąc za sobą drzwia­mi.

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­ła Ma­rion? – za­skrze­cza­ła Sy­lvie, za­bie­ra­jąc To­mo­wi dru­gą bu­tel­kę, któ­rą za­częła ob­ra­cać w dło­niach.

– To nie dla cie­bie – od­pa­rł Tom, chwy­ta­jąc z po­wro­tem piwo.

– Ma­rion po­wie­dzia­ła, że będziesz do­brym ku­cha­rzem.

Zwin­nym ru­chem nad­garst­ka otwo­rzył bu­tel­kę – sły­chać było syk po­wie­trza – po czym rzu­cił kap­sel i otwie­racz na stół, si­ęgnął po sto­jącą na kre­den­sie szklan­kę i po­wo­li na­lał so­bie gęste­go ale.

– No cóż – mruk­nął, uno­sząc piwo na wy­so­ko­ść oczu; przyj­rzał się uwa­żnie brązo­we­mu na­po­jo­wi i do­pie­ro wte­dy wy­pił haust. – Ma ra­cję. – Wy­ta­rł usta wierz­chem dło­ni i spoj­rzał pro­sto na mnie. – Do­brze, że jest w tym domu ktoś, kto ma choć odro­bi­nę ro­zu­mu – stwier­dził z sze­ro­kim uśmie­chem. – Zda­je się, że mia­łem na­uczyć cię pły­wać?

*

Wie­czo­rem na­pi­sa­łam w czar­nym no­tat­ni­ku w twar­dej opra­wie: „Jego uśmiech jest jak ksi­ężyc w pe­łni. Ta­jem­ni­czy. Obie­cu­jący”. Pa­mi­ętam, że by­łam bar­dzo za­do­wo­lo­na z tego, jak to ujęłam. Od tam­tej pory co­dzien­nie za­pe­łnia­łam stro­ni­ce no­tat­ni­ka tęsk­no­tą za To­mem. „Dro­gi To­mie” – pi­sa­łam. Albo cza­sem: „Naj­dro­ższy To­mie”, a na­wet: „Ko­cha­ny To­mie”, ale nie po­zwa­la­łam so­bie na tę przy­jem­no­ść zbyt często; prze­wa­żnie wy­star­czał mi wi­dok jego imie­nia skre­ślo­ne­go moją ręką. Nie­wie­le wte­dy po­trze­bo­wa­łam do szczęścia. Bo kie­dy za­ko­chu­jesz się po raz pierw­szy, na­praw­dę wy­star­czy ci imię. No, pra­wie.

Opi­sy­wa­łam wy­da­rze­nia w ab­sur­dal­nie drob­nych szcze­gó­łach, nie po­mi­ja­łam błękit­nych oczu i szka­rłat­ne­go nie­ba, za to chy­ba ni­g­dy nie po­ru­sza­łam te­ma­tu jego cia­ła, mimo że to prze­cież ono ro­bi­ło na mnie naj­wi­ęk­sze wra­że­nie; pi­sa­łam, o ile do­brze so­bie przy­po­mi­nam, o szla­chet­nym pro­fi­lu jego nosa (któ­ry w rze­czy­wi­sto­ści jest ra­czej pła­ski i wy­gląda jak roz­gnie­cio­ny) oraz głębo­kim, ba­so­wym brzmie­niu jego gło­su. Sam więc wi­dzisz, Pa­tric­ku, że by­łam ty­po­wa. Prze­wi­dy­wal­na.

Przez pra­wie trzy lata prze­le­wa­łam na pa­pier całą swo­ją tęsk­no­tę i wy­cze­ki­wa­łam dnia, w któ­rym Tom wresz­cie wró­ci do domu i na­uczy mnie pły­wać.

Czy moje za­uro­cze­nie nie wy­da­je ci się lek­ko nie­mądre, Pa­tric­ku? Być może nie. Po­dej­rze­wam, że le­piej niż kto­kol­wiek wiesz, czym jest po­żąda­nie i to, jak ro­śnie w to­bie, gdy nie mo­żesz zna­le­źć dla nie­go ujścia. Za ka­żdym ra­zem gdy Tom przy­je­żdżał na prze­pust­kę, mi­ja­li­śmy się; za­sta­na­wiam się, czy nie ro­bi­łam tego ce­lo­wo. Cze­ka­łam na jego po­wrót, od­ma­wia­łam so­bie wi­do­ku praw­dzi­we­go Toma i za­miast tego pi­sa­łam o nim w no­tat­ni­ku – czy w ten spo­sób wy­obra­ża­łam so­bie, że ko­cham go bar­dziej?

Pod nie­obec­no­ść Toma uzna­łam, że naj­wy­ższy czas się za­sta­no­wić, kim chcia­ła­bym zo­stać. Pa­mi­ętam roz­mo­wę z pa­nią Monk­ton, wi­ce­dy­rek­tor­ką na­szej szko­ły, ja­koś pod ko­niec mo­jej na­uki w li­ceum, krót­ko przed eg­za­mi­na­mi. Za­py­ta­ła mnie, jak wy­obra­żam so­bie swo­ją przy­szło­ść. Na­le­ga­no, by­śmy za­wsze mia­ły plan, choć już wte­dy wie­dzia­łam, że to mrzon­ki, któ­re mia­ły sens tyl­ko w szko­le, bo poza mu­ra­mi nic z tego, do cze­go się przy­mie­rza­ły­śmy, nie mia­ło szans się zi­ścić. Pani Monk­ton no­si­ła bu­rzę kręco­nych, upstrzo­nych si­wi­zną wło­sów, co było dość od­wa­żne jak na tam­te cza­sy. Pra­wie na pew­no była pa­lacz­ką, bo jej skó­ra mia­ła zie­lon­ka­wy od­cień, a wo­kół ust, któ­re często wy­krzy­wia­ły się w iro­nicz­nym uśmie­chu, była su­cha i ści­ągni­ęta. Sie­dząc w ga­bi­ne­cie pani Monk­ton, oznaj­mi­łam, że chcę pra­co­wać jako na­uczy­ciel­ka. To był je­dy­ny za­wód, któ­ry przy­cho­dził mi do gło­wy; brzmia­ło to le­piej, niż gdy­bym po­wie­dzia­ła, że my­ślę o ka­rie­rze se­kre­tar­ki, ale też nie było czy­mś zu­pe­łnie nie­do­rzecz­nym jak, daj­my na to, za­miar zo­sta­nia po­wie­ścio­pi­sar­ką albo ak­tor­ką (o jed­nym i dru­gim w skry­to­ści ma­rzy­łam).

Nie sądzę, bym wcze­śniej ko­mu­kol­wiek o tym mó­wi­ła.

W ka­żdym ra­zie pani Monk­ton ob­ró­ci­ła w pal­cach pió­ro i za­py­ta­ła:

– Skąd ten po­my­sł?

Za­sta­no­wi­łam się. Nie mo­głam od­po­wie­dzieć: „Nie wiem, co in­ne­go mo­gła­bym ro­bić” ani: „No, męża to ja ra­czej nie znaj­dę”.

– Lu­bię szko­łę, pro­szę pani – od­pa­rłam, jed­no­cze­śnie uświa­da­mia­jąc so­bie, że to praw­da. Lu­bi­łam re­gu­lar­no­ść dzwon­ków, czy­ste ta­bli­ce, za­ku­rzo­ne ław­ki pe­łne ta­jem­nic, dłu­gie ko­ry­ta­rze, na któ­rych tło­czy­ły się dziew­częta, smród ter­pen­ty­ny na za­jęciach z pla­sty­ki, sze­lest prze­su­wa­nych fi­szek w ka­ta­lo­gu bi­blio­tecz­nym. Na­gle zo­ba­czy­łam sie­bie w ele­ganc­kiej twe­edo­wej spód­ni­cy, z wło­sa­mi zwi­ąza­ny­mi w schlud­ny kok i wy­obra­zi­łam so­bie, że sto­ję przed całą kla­są, spra­wie­dli­wą sta­now­czo­ścią zdo­by­wa­jąc sza­cu­nek i sym­pa­tię uczniów. Wte­dy jesz­cze nie mia­łam po­jęcia, jak bar­dzo apo­dyk­tycz­ną oso­bą się sta­nę i do ja­kie­go stop­nia na­ucza­nie zmie­ni moje ży­cie. Często po­wta­rza­łeś, że prze­ja­wiam skłon­no­ść do dy­ry­go­wa­nia lu­dźmi, i mia­łeś ra­cję. W szko­le to kwe­stia prze­trwa­nia: ty albo oni. Mu­sisz bro­nić swe­go. Nie mo­żesz się ugi­ąć. Dość szyb­ko się o tym prze­ko­na­łam.

Pani Monk­ton ob­da­rzy­ła mnie jed­nym ze swo­ich krzy­wych uśmie­chów.

– Z dru­giej stro­ny biur­ka wy­gląda to zu­pe­łnie ina­czej – za­uwa­ży­ła. Za­mil­kła na chwi­lę. Odło­ży­ła pió­ro, od­wró­ci­ła się do okna i do­da­ła, nie pa­trząc na mnie: – Nie chcę cię po­zba­wiać am­bi­cji, Tay­lor, ale na­ucza­nie wy­ma­ga wiel­kie­go po­świ­ęce­nia oraz nie­zwy­kle sil­ne­go cha­rak­te­ru. Wpraw­dzie nie mo­żna o to­bie po­wie­dzieć, że masz złe wy­ni­ki, nie­mniej wi­dzia­ła­bym cię ra­czej w pra­cy biu­ro­wej. To nie­co spo­koj­niej­sze za­jęcie.

Wpa­try­wa­łam się w smu­żkę mle­ka na brze­gu fi­li­żan­ki ze sty­gnącą her­ba­tą pani Monk­ton. Fi­li­żan­ka była je­dy­nym przed­mio­tem znaj­du­jącym się na biur­ku.

– Co my­ślą o tym twoi ro­dzi­ce? – spy­ta­ła, prze­no­sząc spoj­rze­nie z po­wro­tem na mnie, po czym łyp­nęła na wi­szący nad drzwia­mi ze­gar. – Czy są go­to­wi wes­przeć cię w tym śmia­łym przed­si­ęw­zi­ęciu?

Nie po­ru­sza­łam z nimi tego te­ma­tu. Nie mo­gli uwie­rzyć na­wet w to, że do­sta­łam się do li­ceum; kie­dy się do­wie­dzie­li, oj­ciec za­czął na­rze­kać, że mun­du­rek na pew­no będzie dużo kosz­to­wał, a mat­ka sia­dła na so­fie, ukry­ła twarz w dło­niach i za­łka­ła. Z po­cząt­ku ucie­szy­łam się, bo po­my­śla­łam, że duma z mo­ich osi­ągni­ęć wzru­szy­ła ją do łez, ale ona wci­ąż szlo­cha­ła, dla­te­go w ko­ńcu spy­ta­łam, cze­mu pła­cze.

– Te­raz wszyst­ko się zmie­ni – od­pa­rła. – Przez szko­łę od­da­lisz się od nas.

A po­tem często się ska­rży­li, że za­miast roz­ma­wiać z nimi, zbyt dłu­go ślęczę nad ksi­ążka­mi.

Spoj­rza­łam na pa­nią Monk­ton.

– Po­pie­ra­ją mnie – oznaj­mi­łam.

Kie­dy spo­glądam po­nad po­la­mi ku mo­rzu – w te je­sien­ne dni, gdy tra­wa ko­ły­sze się na wie­trze, a fale brzmią jak pe­łen unie­sie­nia od­dech – przy­po­mi­nam so­bie, że tak samo jak ty, Pa­tric­ku, czu­łam nie­gdyś coś głębo­ko skry­wa­ne­go i na­mi­ęt­ne­go. Mam na­dzie­ję, że to zro­zu­miesz – i wy­ba­czysz.

Wio­sna 1957 roku. Po od­by­ciu słu­żby woj­sko­wej Tom na­dal nie wra­cał do domu, szko­lił się bo­wiem na po­li­cjan­ta. Często z ra­do­snym pod­nie­ce­niem my­śla­łam o tym, jak przy­wdzie­wa mun­dur funk­cjo­na­riu­sza. Wy­da­wał mi się wte­dy taki dziel­ny, taki do­ro­sły. Do­tąd nie zna­łam ni­ko­go, kto zro­bi­łby coś ta­kie­go. U nas w domu po­li­cja bu­dzi­ła ra­czej po­dejrz­li­wo­ść – trak­to­wa­li­śmy ją nie tyle jak wro­ga, ile jak coś ob­ce­go i nie­prze­wi­dy­wal­ne­go. Zda­wa­łam so­bie spra­wę, że jako przed­sta­wi­ciel wła­dzy Tom będzie wió­dł zu­pe­łnie inne ży­cie niż nasi ro­dzi­ce – na­zna­czo­ne wi­ęk­szym ry­zy­kiem.

Za­częłam cho­dzić do ko­le­gium na­uczy­ciel­skie­go w Chi­che­ster, ale na­dal dość często wi­dy­wa­łam się z Sy­lvie, na­wet mimo tego, że co­raz bar­dziej an­ga­żo­wa­ła się w zwi­ązek z Roy­em. Któ­re­goś dnia za­pro­po­no­wa­ła, że­by­śmy wy­bra­ły się ra­zem po­je­ździć na wrot­kach, ale kie­dy zja­wi­łam się na miej­scu, oka­za­ło się, że przy­szła z Roy­em i chło­pa­kiem o imie­niu Tony, któ­ry pra­co­wał z Roy­em w warsz­ta­cie. Tony spra­wiał wra­że­nie, jak­by nie był w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa – przy­naj­mniej do mnie. Na to­rze, gdy je­ździ­li­śmy w kó­łko, od cza­su do cza­su wy­krzy­ki­wał ko­men­ta­rze do Roya, ale ten nie za­wsze re­ago­wał, a to dla­te­go, że był wpa­trzo­ny w Sy­lvie jak w ob­ra­zek. Nie po­tra­fi­li ode­rwać od sie­bie oczu na­wet po to, by zo­ba­czyć, do­kąd jadą. Tony nie trzy­mał mnie za rękę, wy­rwa­łam więc do przo­du i po­pędzi­łam, kil­ka razy go wy­prze­dza­jąc. My­śla­łam o uśmie­chu, któ­rym Tom ob­da­rzył mnie tam­te­go dnia, gdy oznaj­mił, że wstępu­je do kor­pu­su apro­wi­za­cyj­ne­go; o tym, jak jego gór­na war­ga od­sło­ni­ła zęby, a z oczu zro­bi­ły się dwie wąskie szpar­ki. Zje­cha­li­śmy z To­nym z toru, żeby na­pić się coli. Nie uśmiech­nął się do mnie, za­py­tał za to, kie­dy ko­ńczę na­ukę. Od­pa­rłam, że ni­g­dy, bo za­mie­rzam zo­stać na­uczy­ciel­ką, a wte­dy zer­k­nął wy­mow­nie w stro­nę drzwi, jak­by na­gle spie­szy­ło mu się do wy­jścia.

Nie­dłu­go po­tem pew­ne­go sło­necz­ne­go po­po­łud­nia po­szłam z Sy­lvie do Pre­ston Park. Kie­dy usia­dły­śmy na ław­ce pod pi­ęk­ny­mi, sze­lesz­czący­mi wi­ąza­mi, Sy­lvie wy­zna­ła mi, że za­ręczy­ła się z Roy­em.

– Je­ste­śmy szczęśli­wi – oświad­czy­ła z za­gad­ko­wym uśmiesz­kiem.

Spy­ta­łam, czy Roy ją wy­ko­rzy­stał, na co tyl­ko po­kręci­ła gło­wą i po­now­nie po­sła­ła mi ten ta­jem­ni­czy uśmiech.

Przez pe­wien czas w mil­cze­niu przy­gląda­ły­śmy się spa­ce­ro­wi­czom z psa­mi i dzie­ćmi. Nie­któ­rzy je­dli ro­żki ku­pio­ne w Ro­tun­dzie. Żad­na z nas nie mia­ła pie­ni­ędzy na lody. Sy­lvie wci­ąż się nie od­zy­wa­ła, dla­te­go w ko­ńcu po­sta­no­wi­łam za­py­tać:

– No to jak da­le­ko się po­su­nęli­ście?

Pa­trzy­ła przed sie­bie, ze znie­cier­pli­wie­niem ma­cha­jąc pra­wą nogą.

– Mó­wi­łam ci.

– Wca­le nie.

– Ko­cham go – oznaj­mi­ła, roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ra­mio­na i za­my­ka­jąc oczy. – Na­praw­dę go ko­cham.

Trud­no mi było w to uwie­rzyć. Roy był wpraw­dzie przy­stoj­ny, ale nie dało się z nim o ni­czym po­roz­ma­wiać. Poza tym miał drob­ną bu­do­wę cia­ła; jego ra­mio­na wy­gląda­ły, jak­by mo­gły się zła­mać pod byle ci­ęża­rem.

– Nie wiesz, ja­kie to uczu­cie – stwier­dzi­ła Sy­lvie, uno­sząc po­wie­ki. – Ko­cham Roya i wyj­dę za nie­go.

Wbi­łam wzrok w tra­wę pod sto­pa­mi. Cóż mia­łam od­po­wie­dzieć? Prze­cież nie: „Wiem do­sko­na­le, ja­kie to uczu­cie. Bo je­stem za­ko­cha­na w two­im bra­cie”. Sama wy­śmia­ła­bym ka­żde­go, kto po­wie­dzia­łby, że za­du­rzył się w któ­ry­mś z mo­ich bra­ci, i nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go Sy­lvie mia­ła­by po­stąpić ina­czej.

– To zna­czy – po­pra­wi­ła się, pa­trząc mi w oczy – wiem, że za­bu­ja­łaś się w To­mie. Ale to nie to samo.

Za­czer­wie­ni­łam się od szyi aż po uszy.

– Tom nie jest taki, Ma­rion.

Przez chwi­lę mia­łam ocho­tę wstać i so­bie pó­jść, ale nogi mi się trzęsły, a usta za­sty­gły w uśmie­chu.

Sy­lvie po­ka­za­ła bro­dą chło­pa­ka z wiel­kim ro­żkiem w dło­ni.

– Też bym ta­kie­go chcia­ła – ode­zwa­ła się gło­śno.

Chło­pak wy­kręcił gło­wę i ob­rzu­cił Sy­lvie prze­lot­nym spoj­rze­niem, ale ona od­wró­ci­ła się do mnie i lek­ko uszczyp­nęła mnie w ra­mię.

– Nie gnie­wasz się, że to po­wie­dzia­łam, praw­da?

Za­tka­ło mnie. Chy­ba po pro­stu zdo­ła­łam tyl­ko po­ki­wać gło­wą. By­łam upo­ko­rzo­na i zdez­o­rien­to­wa­na. Pra­gnęłam je­dy­nie wró­cić do domu i na spo­koj­nie za­sta­no­wić się nad tym, co usły­sza­łam od Sy­lvie. Mu­sia­łam mieć emo­cje wy­ma­lo­wa­ne na twa­rzy, bo po chwi­li Sy­lvie na­chy­li­ła się i szep­nęła mi do ucha:

– Opo­wiem ci o Royu.

Na­dal nie by­łam zdol­na do żad­nej re­ak­cji, ale ona ci­ągnęła, zu­pe­łnie na to nie zwa­ża­jąc:

– Po­zwo­li­łam mu się do­tknąć.

Łyp­nęłam na nią. Ob­li­za­ła usta i wznio­sła oczy ku nie­bu.

– To było dziw­ne – przy­zna­ła. – Nie po­czu­łam wła­ści­wie nic poza stra­chem.

Utkwi­łam w niej spoj­rze­nie.

– Gdzie? – spy­ta­łam.

– Na ty­łach Re­gent...

– Nie – prze­rwa­łam jej. – Gdzie cię do­tknął?

Wpa­try­wa­ła się we mnie przez chwi­lę i wi­dząc, że nie żar­tu­ję, po­wie­dzia­ła:

– No wiesz. Po­ło­żył mitam dłoń. – Rzu­ci­ła wzro­kiem w stro­nę mo­je­go łona. – Ale uprze­dzi­łam go, że o resz­cie po­roz­ma­wia­my do­pie­ro, kie­dy będzie­my ma­łże­ństwem. – Prze­ci­ągnęła się na ław­ce. – Chęt­nie po­szła­bym na ca­ło­ść, ale wte­dy nie oże­ni­łby się ze mną.

Tam­tej nocy przed snem dłu­go za­sta­na­wia­łam się nad tym, co po­wie­dzia­ła Sy­lvie. Raz za ra­zem wra­ca­łam pa­mi­ęcią do ław­ki pod wi­ąza­mi, do chu­dych nóg mo­jej przy­ja­ció­łki, któ­ry­mi ma­cha­ła, i do wes­tchnie­nia to­wa­rzy­szące­go jej wy­zna­niu: „Po­zwo­li­łam mu się do­tknąć”. Usi­ło­wa­łam po­now­nie usły­szeć te sło­wa, ja­sno i wy­ra­źnie. Sta­ra­łam się od­na­le­źć wła­ści­we zna­cze­nie ko­men­ta­rza na te­mat Toma, ale wci­ąż umy­kał mi jego sens. Le­żąc po ciem­ku w łó­żku, słu­cha­jąc kasz­lu mat­ki i mil­cze­nia ojca, od­dy­cha­łam w ko­łdrę, któ­rą pod­ci­ągnęłam pod sam nos, i w my­ślach po­wta­rza­łam so­bie, że Sy­lvie nie zna Toma tak jak ja. I że wiem, jaki on jest.

Zo­sta­łam na­uczy­ciel­ką w Świ­ętym Łu­ka­szu. Wy­trwa­łam w ko­le­gium, wkła­da­jąc dużo wy­si­łku w to, by nie my­śleć o za­gad­ko­wym ko­men­ta­rzu Sy­lvie; w za­mian wy­obra­ża­łam so­bie dumę Toma, gdy do­wie się o moim suk­ce­sie. Nie mia­łam żad­nych pod­staw, by sądzić, że wła­śnie tak będzie wy­gląda­ła jego re­ak­cja, co jed­nak nie prze­szka­dza­ło mi wi­dzieć oczy­ma du­szy, jak wra­ca ze szko­le­nia po­li­cyj­ne­go, idąc ście­żką pro­wa­dzącą do domu Bur­ges­sów, z ma­ry­nar­ką nie­dba­le prze­wie­szo­ną przez ra­mię, i po­gwiz­du­je. Pod­no­si Sy­lvie i ob­ra­ca nią w po­wie­trzu (w mo­jej fan­ta­zji brat i sio­stra są naj­lep­szy­mi przy­ja­ció­łmi), po­tem wcho­dzi do bu­dyn­ku, skła­da ca­łu­sa na po­licz­ku pani Bur­gess i wręcza jej sta­ran­nie do­bra­ny pre­zent (na przy­kład At­tar of Ro­ses mar­ki Coty albo – na bar­dziej pi­kant­ną nutę – Sha­li­mar). Pan Bur­gess cze­ka w sa­lo­nie i po­da­je sy­no­wi rękę, na co ten ob­le­wa się ru­mie­ńcem za­do­wo­le­nia. Do­pie­ro wte­dy Tom sia­da przy sto­le, na któ­rym stoi dzba­nek do kawy i tort bisz­kop­to­wy, i za­da­je py­ta­nie o mnie. Chce wie­dzieć, co u mnie sły­chać. „Zo­sta­ła na­uczy­ciel­ką – mówi Sy­lvie. – Sło­wo daję, Tom, nie po­zna­łbyś jej”. On uśmie­cha się za­gad­ko­wo, wy­pi­ja łyk her­ba­ty i kręcąc gło­wą, od­po­wia­da: „Za­wsze wie­dzia­łem, że będzie ro­bi­ła w ży­ciu coś do­bre­go”.

Prze­ży­wa­łam tę sce­nę w wy­obra­źni, idąc o po­ran­ku Qu­een’s Park Road pierw­sze­go dnia no­wej pra­cy. Choć by­łam roz­dy­go­ta­na i mia­łam wra­że­nie, że lada mo­ment ugną się pode mną nogi, szłam jak naj­wol­niej, by się za­nad­to nie spo­cić. Wmó­wi­łam so­bie, że wraz z po­cząt­kiem se­me­stru zro­bi się zim­no i za­pew­ne mo­kro, dla­te­go naj­le­piej wło­żyć we­łnia­ny pod­ko­szu­lek – co też uczy­ni­łam – i na wszel­ki wy­pa­dek za­brać ze sobą gru­by roz­pi­na­ny swe­ter z we­łny sze­tlandz­kiej – co rów­nież zro­bi­łam. Tym­cza­sem ra­nek oka­zał się dra­żni­ąco po­god­ny. Pro­mie­nie sło­ńca oświe­tla­ły wy­so­ką wie­żę dzwon­ni­czą i ob­le­wa­ły bu­dy­nek szkol­ny z czer­wo­nej ce­gły wście­kłym bla­skiem; gdy prze­cho­dzi­łam przez bra­mę, szy­by w oknach po­sy­ła­ły mi gniew­ne, ośle­pia­jące spoj­rze­nia.

Zja­wi­łam się tak wcze­śnie, że przy­wi­tał mnie pu­sty dzie­dzi­niec. Mimo że w wa­ka­cje szko­ła była za­mkni­ęta na wie­le ty­go­dni, kie­dy zna­la­złam się w dłu­gim ko­ry­ta­rzu, gdzie nie było ni­ko­go, na­tych­miast owio­nął mnie za­pach sło­dzo­ne­go mle­ka i pyłu z kre­dy, wy­mie­sza­ny z cha­rak­te­ry­stycz­ną wo­nią dzie­ci­ęce­go potu. Od tej pory co­dzien­nie przy­no­si­łam go do domu na wło­sach i ubra­niu. Czu­łam tę spe­cy­ficz­ną mie­szan­kę za ka­żdym ra­zem, gdy w nocy ob­ra­ca­łam gło­wę na po­dusz­ce. Ni­g­dy tak na­praw­dę nie uda­ło mi się do niej przy­zwy­cza­ić. Na­uczy­łam się ją to­le­ro­wać, ale nie igno­ro­wać. Zresz­tą to samo ty­czy się za­pa­chu ko­mi­sa­ria­tu. Od razu po po­wro­cie z pra­cy Tom zdej­mo­wał ko­szu­lę i po­rząd­nie się mył, za co za­wsze by­łam mu wdzi­ęcz­na. Choć uświa­da­miam so­bie te­raz, że dla cie­bie, Pa­tric­ku, być może zo­sta­wał w ko­szu­li; może lu­bi­łeś smród środ­ka de­zyn­fe­ku­jące­go i krwi.

Tam­te­go ran­ka, trzęsąc się z ner­wów na ko­ry­ta­rzu, pod­nio­słam wzrok na wi­szący na ścia­nie wiel­ki go­be­lin z wi­ze­run­kiem pa­tro­na szko­ły, któ­re­mu to­wa­rzy­szy­ły nie­odłącz­ne zwie­rzęta: wół z tyłu, osioł z przo­du. Ten świ­ęty o ła­god­nej twa­rzy i sta­ran­nie przy­ci­ętym za­ro­ście nic dla mnie nie zna­czył. My­śla­łam, rzecz ja­sna, o To­mie: że sta­nąłby w sta­now­czej po­zie, z bro­dą wy­su­ni­ętą do przo­du, i pod­wi­nąłby ręka­wy ko­szu­li, po­ka­zu­jąc umi­ęśnio­ne przed­ra­mio­na – my­śla­łam też o tym, by od­wró­cić się na pi­ęcie i uciec do domu. A jed­nak ru­szy­łam przed sie­bie, co­raz bar­dziej przy­spie­sza­jąc kro­ku. Za­uwa­ży­łam, że na ka­żdych drzwiach wid­nie­je na­zwi­sko ja­kie­goś na­uczy­cie­la – nie­ste­ty, żad­ne­go z nich nie zna­łam ani na­wet nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, że sama mo­gła­bym się tak na­zy­wać. Pan R.A. Cop­pard, ma­gi­ster nauk hu­ma­ni­stycz­nych (oks­ford­czyk); pani T.R. Pe­acoc­ke...

Na­gle – kro­ki za mo­imi ple­ca­mi i głos:

– Cze­ść. To ty je­steś ta nowa? Może w czy­mś ci po­móc?

Wier­ci­łam wzro­kiem dziu­rę w ta­blicz­ce z na­zwi­skiem R.A. Cop­par­da i za­sta­na­wia­łam się, ile cza­su zaj­mie mi po­ko­na­nie bie­giem ko­ry­ta­rza i uciecz­ka na ze­wnątrz.

Głos jed­nak nie ustępo­wał.

– Tay­lor, zga­dza się?

W ko­ńcu się od­wró­ci­łam. Sta­ła przede mną uśmiech­ni­ęta ko­bie­ta pod trzy­dziest­kę. Była wy­so­ka jak ja i opa­lo­na, mia­ła rzu­ca­jące się w oczy kru­czo­czar­ne, pro­ste wło­sy, ob­ci­ęte przez ko­goś, kto naj­wy­ra­źniej lu­bił brać mia­rę od za­ło­żo­ne­go na gło­wę garn­ka (tę samą me­to­dę sto­so­wał oj­ciec, kie­dy strzy­gł mo­ich bra­ci). Jej usta były po­ci­ągni­ęte ja­skra­wo­czer­wo­ną szmin­ką. Po­ło­ży­ła dłoń na moim ra­mie­niu i przed­sta­wi­ła się:

– Na­zy­wam się Ju­lia Har­co­urt. Pro­wa­dzę za­jęcia w pi­ątej kla­sie.

Nie za­re­ago­wa­łam, na co uśmiech­nęła się i do­da­ła:

– Tak, to z całą pew­no­ścią ty.

Po­ki­wa­łam gło­wą. Zmarsz­czy­ła nos i po­sła­ła mi ko­lej­ny uśmiech. Było w niej coś za­wa­diac­kie­go po­mi­mo ra­czej nie­mod­ne­go stro­ju: zie­lo­nej su­kien­ki bez za­zna­czo­nej ta­lii i brązo­wych skó­rza­nych sznu­ro­wa­nych bu­tów. Być może se­kret tkwił w roz­pro­mie­nio­nej twa­rzy i lśni­ących ustach. W prze­ci­wie­ństwie do prze­wa­ża­jącej części gro­na pe­da­go­gicz­ne­go Świ­ęte­go Łu­ka­sza Ju­lia ni­g­dy nie no­si­ła oku­la­rów; cza­sem na­cho­dzi­ła mnie myśl, że po­zo­sta­li być może ro­bią to tyl­ko dla efek­tu – za­kła­da­li oku­la­ry, by móc na przy­kład po­sy­łać gro­mi­ące spoj­rze­nia znad opra­wek albo zdej­mo­wać je ze wście­kło­ścią i rzu­cać nimi w tego, kto prze­szka­dzał w pro­wa­dze­niu lek­cji. Przy­znam ci się, Pa­tric­ku, że na po­cząt­ku pra­cy w szko­le sama się za­sta­na­wia­łam, czy nie war­to za­in­we­sto­wać w ten atry­but na­uczy­cie­la.

– Naj­młod­sze kla­sy mają lek­cje w in­nej części bu­dyn­ku – wy­ja­śni­ła. – Dla­te­go nie mo­żesz zna­le­źć swo­je­go na­zwi­ska na drzwiach. Pierw­szy dzień za­wsze jest prze­ra­ża­jący – do­da­ła, wci­ąż trzy­ma­jąc mnie za ra­mię. – Sama na po­cząt­ku by­łam w okrop­nym sta­nie, ale cóż, trze­ba to prze­żyć.

Po­nie­waż na­dal nie od­po­wia­da­łam, cof­nęła dłoń i po­wie­dzia­ła:

– W tam­tą stro­nę. Za­pro­wa­dzę cię.

Przez chwi­lę sta­łam jak przy­ro­śni­ęta do podło­gi, pa­trząc za od­da­la­jącą się Ju­lią, któ­ra ma­cha­ła ręka­mi jak na pie­szej wędrów­ce po So­uth Do­wns, aż w ko­ńcu po­szłam za nią.

Czy czu­łeś się po­dob­nie pierw­sze­go dnia w mu­zeum, Pa­tric­ku? Tak jak­by chcia­no za­trud­nić ko­goś in­ne­go, lecz z po­wo­du ja­kie­goś nie­wy­ja­śnio­ne­go błędu w do­ku­men­tach umo­wa o pra­cę tra­fi­ła pod twój ad­res? Wąt­pię. Nie opusz­cza­ło mnie wra­że­nie, że do­szło do po­my­łki, i by­łam prze­ko­na­na, że lada mo­ment po­zbędę się za­war­to­ści żo­łąd­ka. Za­sta­na­wia­łam się, co zro­bi Ju­lia, kie­dy do­ro­sła ko­bie­ta obok niej na­gle zbled­nie, za­cznie się po­cić i zwró­ci śnia­da­nie na wy­pa­sto­wa­ne płyt­ki, ochla­pu­jąc no­ski jej zgrab­nych sznu­ro­wa­nych bu­tów.

Uda­ło mi się nie zwy­mio­to­wać. Opu­ści­ły­śmy część dla star­szych uczniów i prze­nio­sły­śmy się do tej dla młod­szych, któ­ra dys­po­no­wa­ła osob­nym we­jściem na ty­łach bu­dyn­ku.

Kla­sa, do któ­rej za­pro­wa­dzi­ła mnie Ju­lia, była ja­snym po­miesz­cze­niem o nie­wy­ko­rzy­sta­nym po­ten­cja­le, co za­uwa­ży­łam, gdy tyl­ko sta­nęłam w drzwiach. W wy­so­kich oknach wi­sia­ły dłu­gie, kwie­ci­ste za­sło­ny po­kry­te war­stwą ku­rzu, któ­re­go wpraw­dzie nie zo­ba­czy­łam, ale od razu po­czu­łam jego woń. Drew­nia­na podło­ga nie błysz­cza­ła jak ta w ko­ry­ta­rzu. Na jed­nej z węższych ścian znaj­do­wa­ła się ta­bli­ca; w le­wym gór­nym rogu wci­ąż dało się do­strzec ślad pi­sma in­nej na­uczy­ciel­ki: „Li­piec 1957” – za­no­to­wa­ła pe­łny­mi ozdob­ni­ków wiel­ki­mi li­te­ra­mi. Przed ta­bli­cą sta­ło duże biur­ko, przy nim krze­sło, a obok pie­cyk w dru­cia­nej osło­nie. Ni­skie ław­ki dla dzie­ci mia­ły drew­nia­ne po­dra­pa­ne sie­dzi­ska. In­ny­mi sło­wy: wy­gląda­ło to wszyst­ko przy­gnębia­jąco zwy­czaj­nie, je­śli nie li­czyć świa­tła usi­łu­jące­go prze­bić się przez gru­be za­sło­ny.

Do­pie­ro kie­dy we­szłam da­lej, za­chęco­na przez Ju­lię, zo­ba­czy­łam, że oprócz stan­dar­do­we­go wy­po­sa­że­nia moja kla­sa ma rów­nież pe­wien szcze­gól­ny za­kątek, ukry­ty za drzwia­mi, scho­wa­ny mi­ędzy tyl­ną ścian­ką szaf­ki na ma­te­ria­ły pi­śmien­ne a oknem. Prze­strzeń tę wy­pe­łnia­ły dy­wan i po­du­chy. Przy­go­to­wu­jąc się do za­wo­du na­uczy­ciel­ki, by­wa­łam w wie­lu sa­lach lek­cyj­nych, ale w żad­nej nie spo­tka­łam się z czy­mś ta­kim, i mu­szę przy­znać, że mi­ęk­kie, przy­tul­ne wy­po­sa­że­nie owe­go nie­ty­po­we­go kąci­ka w szkol­nym oto­cze­niu tro­chę zbi­ło mnie z tro­pu.

– A, tak – mruk­nęła Ju­lia. – Pani Lynch, któ­ra pra­co­wa­ła tu przed tobą, urządza­ła tam swo­je po­czy­tan­ki.

Wga­pia­łam się w czer­wo­no-żó­łty dy­wan, za­sła­ny do­pa­so­wa­ny­mi ko­lo­ry­stycz­nie wy­pcha­ny­mi po­du­cha­mi z frędz­la­mi, i wy­obra­ża­łam so­bie pa­nią Lynch w oto­cze­niu wpa­trzo­nej w nią trzód­ki, re­cy­tu­jącą z pa­mi­ęci frag­men­ty Ali­cji w Kra­inie Cza­rów.

– Me­to­dy pani Lynch były nie­kon­wen­cjo­nal­ne, co moim zda­niem mia­ło swój urok, ale nie­ste­ty nie wszy­scy się z tym zga­dza­li. Chcesz się tego po­zbyć? – Uśmiech­nęła się. – Mo­że­my ka­zać do­zor­cy to usu­nąć. W ko­ńcu wie­le prze­ma­wia za tym, że sie­dze­nie w ław­kach ma swo­je do­bre stro­ny.

Prze­łk­nęłam śli­nę.

– Niech zo­sta­nie – uda­ło mi się wresz­cie wy­du­sić. Mój głos za­brzmiał sła­bo i ci­cho w pu­stej sali. Rap­tem do­ta­rło do mnie, że jest on je­dy­ną rze­czą, któ­rą mogę wy­pe­łnić całą tę wiel­ką prze­strzeń, mimo że, jak mi się zda­wa­ło, pa­no­wa­łam nad nim tyl­ko w nie­wiel­kim stop­niu.

– Jak so­bie ży­czysz – za­szcze­bio­ta­ła Ju­lia i od­wró­ci­ła się na pi­ęcie. – Po­wo­dze­nia. I do zo­ba­cze­nia na prze­rwie. – Za­nim znik­nęła za drzwia­mi, za­sa­lu­to­wa­ła, do­ty­ka­jąc pal­ca­mi brze­żka rów­no ob­ci­ętej grzyw­ki.

Z ze­wnątrz za­częły do­bie­gać gło­sy dzie­ci. Po­sta­no­wi­łam za­mknąć wszyst­kie okna, by od­ci­ąć się od tych dźwi­ęków, ale zmie­ni­łam zda­nie, gdy po­czu­łam w ustach sło­ny smak potu; dzień był na­praw­dę wy­jąt­ko­wo cie­pły. Po­sta­wi­łam to­reb­kę na biur­ku. Po­tem jed­nak zmie­ni­łam zda­nie i umie­ści­łam ją na podło­dze. Przez chwi­lę wy­ła­my­wa­łam so­bie pal­ce. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Za kwa­drans dzie­wi­ąta. Ru­szy­łam przez śro­dek, kie­ru­jąc się ku prze­ciw­le­głej ścia­nie, a po­tem za­wró­ci­łam – i zno­wu zro­bi­łam to samo. Pa­trzy­łam na po­ma­lo­wa­ne far­bą kle­jo­wą ce­gły, usi­łu­jąc sku­pić się na wska­zów­kach, któ­re za­pa­mi­ęta­łam z za­jęć w ko­le­gium. Przy­cho­dzi­ła mi do gło­wy zwłasz­cza jed­na: „Na­ucz się imion uczniów i po­sta­raj się często ich uży­wać”. Za­trzy­ma­łam się przed wi­szącą nad drzwia­mi opra­wio­ną re­pro­duk­cją Zwia­sto­wa­nia da Vin­ci. Co wi­dzą sze­ścio­lat­ki, pa­trząc na to dzie­ło sztu­ki, po­my­śla­łam. Wi­ęk­szo­ść praw­do­po­dob­nie po­dzi­wia­ła umi­ęśnio­ne skrzy­dła anio­ła Ga­brie­la i tak jak ja za­sta­na­wia­ła się, cze­mu ta li­lia jest taka ra­chi­tycz­na. I wi­ęk­szo­ść – znów po­dob­nie jak ja – za­pew­ne je­dy­nie w nie­wiel­kim stop­niu poj­mo­wa­ła, przez co będzie mu­sia­ła prze­jść Ma­ry­ja Dzie­wi­ca.

Na­raz otwo­rzy­ły się drzwi pod sto­pa­mi Ma­ryi Dzie­wi­cy i po­ka­zał się w nich mały chłop­czyk z czar­ną grzyw­ką, któ­ra wy­gląda­ła jak od­cisk buta na czo­le.

– Mogę we­jść? – spy­tał.

W pierw­szym od­ru­chu chcia­łam zdo­być jego sym­pa­tię, mó­wi­ąc: „Ach, oczy­wi­ście, za­pra­szam!”, ale ugry­złam się w język. Czy Ju­lia wpu­ści­ła­by ucznia do kla­sy, za­nim za­brzmiał dzwo­nek na lek­cje? Czy to, że zwró­cił się do mnie w taki spo­sób, nie było bez­czel­no­ścią z jego stro­ny? Zmie­rzy­łam go wzro­kiem, pró­bu­jąc od­gad­nąć jego za­mia­ry. Grzyw­ka jak czar­ny od­cisk buta nie za­po­wia­da­ła nic do­bre­go, ale chło­pak miał ja­sne spoj­rze­nie i nie prze­kro­czył pro­gu sali.

– Będziesz mu­siał za­cze­kać do dzwon­ka – od­po­wie­dzia­łam.

Spu­ścił wzrok i przez krót­ką, okrop­ną chwi­lę ba­łam się, że się roz­pła­cze, ale nie. Za­mknął drzwi z trza­skiem i po chwi­li usły­sza­łam tu­pot na ko­ry­ta­rzu. Wie­dzia­łam, że po­win­nam na­trzeć mu za to uszu; krzyk­nąć za nim, żeby na­tych­miast prze­stał bie­gać, i ka­zać mu wró­cić do kla­sy po karę. Za­miast tego po­de­szłam do biur­ka i pod­jęłam ko­lej­ną pró­bę opa­no­wa­nia ner­wów. Mu­szę być go­to­wa, po­wie­dzia­łam so­bie. Wzi­ęłam gąb­kę i sta­rłam po­zo­sta­ło­ści „lip­ca 1957”. Wy­su­nęłam szu­fla­dę w biur­ku i wy­jęłam z niej kil­ka kar­tek. Uzna­łam, że mogą mi się pó­źniej przy­dać. Na­stęp­nie po­sta­no­wi­łam spraw­dzić, czy moje wiecz­ne pió­ro dzia­ła jak trze­ba. Po­trząsnęłam nim nad kart­ka­mi, wsku­tek cze­go blat biur­ka po­krył się wy­syp­ką czar­nych, lśni­ących kro­pe­lek. Chcia­łam je ze­trzeć, ale zdo­ła­łam je­dy­nie po­bru­dzić so­bie pal­ce na czar­no, a po­tem we­wnętrz­ną stro­nę obu dło­ni – bo usi­ło­wa­łam zmyć atra­ment z opusz­ków. Po­de­szłam do okna, li­cząc, że pla­my wy­schną w sło­ńcu.

Za­jęłam się ukła­da­niem przed­mio­tów na biur­ku, słu­cha­jąc ro­snące­go mia­ro­wo har­mi­dru dzie­ci ba­wi­ących się na dzie­dzi­ńcu. Roz­gwar w ko­ńcu stał się tak do­no­śny, że po­czu­łam się, jak­by lada mo­ment mia­ła w nim uto­nąć cała szko­ła. Moją uwa­gę zwró­ci­ła sto­jąca sa­mot­nie w rogu dziew­czyn­ka z war­ko­cza­mi; je­den był krót­szy od dru­gie­go. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły i w tej sa­mej chwi­li zro­bi­łam krok do tyłu, od­stępu­jąc od okna. Zru­ga­łam samą sie­bie za tę pło­chli­wo­ść. Prze­cież je­stem na­uczy­ciel­ką. To ta mała po­win­na od­wró­cić wzrok.

Wte­dy na dzie­dzi­niec wkro­czył mężczy­zna w sza­rym płasz­czu i oku­la­rach w ro­go­wej opra­wie i stał się cud. Ha­łas uci­chł, jak no­żem uci­ął, za­nim mężczy­zna zdążył użyć gwizd­ka. Na­stęp­nie dzie­ci, któ­re jesz­cze przed chwi­lą wrzesz­cza­ły w tej czy in­nej za­ba­wie albo dąsa­ły się pod drze­wem ro­snącym przy szkol­nej bra­mie, przy­stąpi­ły do for­mo­wa­nia zdy­scy­pli­no­wa­nych sze­re­gów. Za­le­gła krót­ka ci­sza, któ­rą zmąci­ły od­gło­sy kro­ków na ko­ry­ta­rzu, gło­śne, świad­czące o pew­no­ści sie­bie otwie­ra­nie i za­my­ka­nie drzwi do sal lek­cyj­nych, a po­tem śmiech ja­kie­jś ko­bie­ty i jej rzu­co­ny pó­łżar­tem ko­men­tarz: „Po­ciesz się, że za pó­łto­rej go­dzi­ny na­pi­je­my się kawy!”.

Sta­łam twa­rzą do we­jścia i mia­łam wra­że­nie, że znaj­du­ję się bar­dzo, bar­dzo da­le­ko. W mia­rę jak na­ra­stał mar­szo­wy tu­pot dzie­ci­ęcych stóp, pa­trzy­łam wci­ąż przed sie­bie z na­dzie­ją, że przez naj­bli­ższe mi­nu­ty uda mi się pod­trzy­mać to doj­mu­jące po­czu­cie od­da­le­nia. Fala gło­sów znów za­częła po­wo­li na­ra­stać, ale roz­bi­ła się o do­no­śne: „Ci­sza!”, któ­re pa­dło z ust mężczy­zny. Pó­źniej na­stąpi­ło otwar­cie drzwi, wraz z nim stu­ka­nie i szu­ra­nie bu­tów na drew­nia­nej podło­dze; wpusz­cza­no uczniów do klas.

Błędem, jak sądzę, by­ło­by na­zwać pa­ni­ką to, co wte­dy czu­łam. Nie ob­le­wa­łam się po­tem ani nie mia­łam nud­no­ści tak jak na ko­ry­ta­rzu. Za­miast tego uto­nęłam w bez­den­nej kon­ster­na­cji. Nie by­łam w sta­nie po­de­jść do drzwi i otwo­rzyć ich przed dzie­ćmi ani nie mo­głam się prze­su­nąć, by sta­nąć za biur­kiem. Zno­wu po­my­śla­łam o swo­im gło­sie i spró­bo­wa­łam umiej­sco­wić go w or­ga­ni­zmie; skąd się brał? Gdzie go zna­le­źć, gdy­by przy­szło mi szu­kać? Nie­wy­klu­czo­ne, że śni­łam na ja­wie. Wy­da­je mi się, że na­wet na chwi­lę przy­mknęłam oczy, li­cząc, że gdy je otwo­rzę, wszyst­ko sta­nie się ja­sne; od­zy­skam głos i kon­tro­lę nad cia­łem, będę mo­gła prze­mie­ścić je we wła­ści­wym kie­run­ku.

Pierw­szą rze­czą, jaką zo­ba­czy­łam, kie­dy unio­słam po­wie­ki, był dzie­ci­ęcy po­li­czek przy­ci­śni­ęty do szyb­ki w drzwiach. Ko­ńczy­ny na­dal nie chcia­ły mnie słu­chać, dla­te­go po­czu­łam ulgę, gdy drzwi same się otwo­rzy­ły i po­now­nie sta­nął w nich chło­piec z od­ci­skiem buta na czo­le.

– A te­raz już mo­że­my we­jść? – spy­tał i uśmiech­nął się za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

– Mo­że­cie – od­pa­rłam, od­wra­ca­jąc się do ta­bli­cy, żeby nie mu­sieć pa­trzeć, jak się ma­te­ria­li­zu­ją. Wszyst­kie te drob­ne cia­łka ocze­ku­jące ode mnie sen­su, spra­wie­dli­wo­ści i po­le­ceń! Wy­obra­żasz to so­bie, Pa­tric­ku? W mu­zeum ni­g­dy nie mu­sisz sta­wać przed pu­blicz­no­ścią, praw­da? W kla­sie ro­bisz to ka­żde­go dnia.

Pod­czas gdy ucznio­wie wsy­py­wa­li się do po­miesz­cze­nia, szep­cząc mi­ędzy sobą, chi­cho­cząc i szu­ra­jąc krze­sła­mi, si­ęgnęłam po kre­dę i w le­wym gór­nym rogu ta­bli­cy na­pi­sa­łam datę – tak jak mnie uczo­no w ko­le­gium. Na­gle, z ja­kie­goś dziw­ne­go po­wo­du, po­my­śla­łam, że za­miast wła­sne­go mo­gła­bym na­pi­sać tu imię Toma. By­łam tak przy­zwy­cza­jo­na do co­wie­czor­ne­go za­pe­łnia­nia czar­ne­go no­tat­ni­ka trzy­li­te­ro­wym dro­gim mi sło­wem i jego wa­ria­cja­mi – któ­re cza­sem na­kła­da­ły się na sie­bie, two­rząc To­mo­we ko­lum­ny, sta­no­wi­ące pod­sta­wę dla To­mo­wych ścian, dźwi­ga­jących To­mo­we igli­ce – że uczy­nie­nie tego sa­me­go tu­taj, w szko­le, rap­tem wy­da­ło mi się jak naj­bar­dziej mo­żli­we i do­pusz­czal­ne. Wstrząsnęła­bym ma­ły­mi gów­nia­rza­mi. Za­wa­ha­łam się. Dłoń, w któ­rej trzy­ma­łam kre­dę, za­ma­rła w po­ło­wie ru­chu i wte­dy – nie zdo­ła­łam się po­wstrzy­mać, Pa­tric­ku – z mo­ich ust do­był się śmiech. W kla­sie za­le­gła ci­sza. Z tru­dem stłu­mi­łam re­chot.

Za­nim się po­zbie­ra­łam, mi­nęła chwi­la albo dwie. Po­tem kre­da do­tknęła ta­bli­cy i roz­le­gł się ten cu­dow­ny, roz­brzmie­wa­jący de­li­kat­nym echem dźwi­ęk, za­ra­zem sub­tel­ny i zde­cy­do­wa­ny; za­częłam kre­ślić duże li­te­ry, któ­re uło­ży­ły się w na­pis:

PANI TAY­LOR.

Zro­bi­łam krok do tyłu i przyj­rza­łam się dzie­łu swo­jej dło­ni. Li­te­ry wspi­na­ły się ku pra­wej stro­nie ta­bli­cy, jak gdy­by ra­zem ze mną pra­gnęły ewa­ku­ować się z sali.

PANI TAY­LOR

– od te­raz tak mia­łam się na­zy­wać.

Chcia­łam unik­nąć pa­trze­nia na rzędy twa­rzy­czek. Za­mie­rza­łam utkwić spoj­rze­nie w Ma­ryi Dzie­wi­cy nad drzwia­mi. Ale nie dało się od nich uciec, od tych zwró­co­nych na mnie dwu­dzie­stu sze­ściu par oczu, z któ­rych ka­żda była zu­pe­łnie inna i za­ra­zem ka­żda jed­na­ko­wo sku­pio­na. Kil­ka się wy­ró­żnia­ło: na ko­ńcu dru­gie­go rzędu sie­dział chło­piec z wło­sa­mi jak od­cisk buta i szcze­rzył zęby; miej­sce w sa­mym środ­ku pierw­sze­go rzędu zaj­mo­wa­ła dziew­czyn­ka z bu­rzą czar­nych lo­ków i twa­rzą tak chu­dą i bla­dą, że z tru­dem ode­rwa­łam od niej wzrok; a z tyłu sali ulo­ko­wa­ła się dziew­czyn­ka z ręka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si – mia­ła brud­na­wą ko­kard­kę z boku gło­wy i usta w na­wia­sach z głębo­kich bruzd. Kie­dy na nią spoj­rza­łam, nie od­wró­ci­ła gło­wy tak jak po­zo­sta­li. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie ka­zać jej w tej chwi­li opu­ścić rąk i usi­ąść pro­sto, ale uzna­łam, że nie war­to. Jesz­cze zdążę ją wy­tre­so­wać, po­my­śla­łam. Jak bar­dzo się my­li­łam. Do dziś ża­łu­ję, że już wte­dy, pierw­sze­go dnia, nie po­ka­za­łam Ali­ce Rum­bold, gdzie jej miej­sce.

Kie­dy pi­szę, dzie­je się ze mną coś dziw­ne­go. Tłu­ma­czę so­bie, że ta re­la­cja ma na celu ob­ja­śnie­nie cha­rak­te­ru mo­je­go zwi­ąz­ku z To­mem, a ta­kże wszyst­kich po­zo­sta­łych spraw, któ­re się z tym łączą. Wkrót­ce, rzecz ja­sna, będzie mi znacz­nie trud­niej opo­wia­dać o „wszyst­kich po­zo­sta­łych spra­wach”, będących w isto­cie sed­nem ca­łej tej hi­sto­rii. Ku swe­mu zdu­mie­niu mu­szę stwier­dzić, że do­sko­na­le się przy tym ba­wię. Na­resz­cie mam ja­kiś cel, któ­re­go tak bar­dzo mi bra­ko­wa­ło, od kie­dy prze­sta­łam uczyć. Wspo­mi­nam o ró­żnych rze­czach, Pa­tric­ku, i być może wie­le z nich zu­pe­łnie cię nie in­te­re­su­je, ale nie dbam o to. Chcę pa­mi­ętać – nie tyl­ko dla cie­bie, ale też dla sa­mej sie­bie.

Kre­śląc te sło­wa, za­sta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek znaj­dę w so­bie dość od­wa­gi, by prze­czy­tać ci, co na­pi­sa­łam. Od po­cząt­ku za­mie­rza­łam to zro­bić, ale im bli­żej „wszyst­kich po­zo­sta­łych spraw”, tym bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że jed­nak się nie zde­cy­du­ję.

Dziś rano by­łeś szcze­gól­nie męczący. Nie chcia­łeś oglądać te­le­wi­zji, mimo że prze­łączy­łam z This Mor­ning, któ­re­go obo­je nie zno­si­my, na po­wtór­kę As Time Goes By na BBC2. Nie lu­bisz Judi Dench? My­śla­łam, że wszy­scy ją lu­bią. Sądzi­łam, że po­łącze­nie kla­sycz­nej gry ak­tor­skiej z cie­płem i przy­stęp­no­ścią (to „i” w jej imie­niu mówi tak wie­le, nie­praw­daż?) spra­wia, że nie spo­sób oprzeć sie jej uro­ko­wi. A po­tem zda­rzył nam się wy­pa­dek z prze­wró­co­ną mi­ską roz­mi­ękłych płat­ków ku­ku­ry­dzia­nych, któ­ry Tom pod­su­mo­wał gło­śnym, pe­łnym nie­za­do­wo­le­nia cmok­ni­ęciem. Wie­dzia­łam, że nie będziesz czuł się na si­łach, by wy­sie­dzieć przy śnia­da­niu, na­wet z ze­sta­wem spe­cjal­nych sztu­ćców i po­mi­mo tych wszyst­kich po­duch, któ­ry­mi zgod­nie z su­ge­stią Pa­me­li cię obło­ży­łam, abyś nie stra­cił rów­no­wa­gi. Mu­szę przy­znać, że trud­no mi się sku­pić na tym, co mówi Pa­me­la, bo przez wi­ęk­szo­ść cza­su wpa­tru­ję się za­in­try­go­wa­na w wy­sta­jące z jej po­wiek dłu­gie kol­ce. Zda­ję so­bie spra­wę, że no­sze­nie sztucz­nych rzęs przez pulch­ne blon­dyn­ki pod trzy­dziest­kę nie jest ni­czym nie­zwy­kłym, ale po­łącze­nie nie­ska­zi­tel­nie bia­łe­go pie­lęgniar­skie­go far­tu­cha i rze­czo­we­go tonu Pa­me­li z jej im­pre­zo­wy­mi ocza­mi daje do­praw­dy za­dzi­wia­jący efekt. Sta­le po­wta­rza, że co­dzien­nie rano i wie­czo­rem przy­cho­dzi na go­dzi­nę, więc je­śli chcę, mogę zro­bić so­bie wol­ne, jak to na­zy­wa. Ja jed­nak jej nie słu­cham, Pa­tric­ku; wy­ko­rzy­stu­ję ten czas na pi­sa­nie. Pa­me­la po­wie­dzia­ła, że po­win­nam jak naj­częściej wy­ci­ągać cię z łó­żka, i pod­su­nęła mi myśl, że na czas po­si­łków mó­głbyś sia­dać przy ro­dzin­nym sto­le, jak to ujęła. Dziś rano wi­dzia­łam, z ja­kim tru­dem usi­ło­wa­łeś tra­fić ły­żką do ust, jak bar­dzo nie pa­no­wa­łeś nad swo­ją ręką, i chcia­łam cię po­wstrzy­mać, wy­ci­ągnąć dłoń i usta­bi­li­zo­wać twój nad­gar­stek, ale spoj­rza­łeś na mnie ta­kim wzro­kiem... W two­ich oczach bły­snęło coś tak nie­jed­no­znacz­ne­go – z po­cząt­ku uzna­łam to za gniew, ale te­raz za­sta­na­wiam się, czy nie cho­dzi­ło ra­czej o ja­kąś pro­śbę, wręcz bła­ga­nie. By­łam z tego po­wo­du ca­łko­wi­cie roz­ko­ja­rzo­na. I na­gle: trach! Mi­ska się prze­wró­ci­ła, a mlecz­na pap­ka spły­nęła na two­je ko­la­na i za­częła ska­py­wać na buty Toma.

Pa­me­la mówi, że ostat­nim zmy­słem, któ­ry tra­ci ofia­ra uda­ru, jest słuch. Twier­dzi, że choć nie je­steś w sta­nie mó­wić, do­sko­na­le wiesz, co się do­ko­ła cie­bie dzie­je. Po­dej­rze­wam, że mu­sisz się czuć jak małe dziec­ko: ro­zu­miesz sło­wa wy­po­wia­da­ne przez in­nych, ale nie po­tra­fisz zmu­sić ust, by ukła­da­ły się w kszta­łty po­zwa­la­jące wy­da­wać dźwi­ęki nie­zbęd­ne do pe­łnej ko­mu­ni­ka­cji. Cie­ka­we, jak dłu­go będziesz to zno­sił. Wszy­scy mil­czą na ten te­mat. Wy­ra­że­nie „trud­no po­wie­dzieć” sta­ło się jed­nym z mo­ich znie­na­wi­dzo­nych. „Kie­dy sta­nie na nogi, pa­nie dok­to­rze?”. „Trud­no po­wie­dzieć”. „Kie­dy od­zy­ska mowę?”. „Trud­no po­wie­dzieć”. „Czy będzie miał ko­lej­ny udar?”. „Trud­no po­wie­dzieć”. „Czy uda mu się w pe­łni wy­zdro­wieć?”. „Trud­no po­wie­dzieć”. Le­ka­rze i pie­lęgniar­ki mó­wią o ko­lej­nych kro­kach: fi­zjo­te­ra­pii, te­ra­pii lo­go­pe­dycz­nej, a na­wet po­mo­cy psy­cho­lo­ga, bo ostrze­ga­no nas, że może się po­ja­wić de­pre­sja, ale nikt nie umie okre­ślić, ja­kie jest praw­do­po­do­bie­ństwo, że re­ha­bi­li­ta­cja w ogó­le od­nie­sie sku­tek.

W moim od­czu­ciu naj­wi­ęk­sze szan­se na po­wrót do zdro­wia masz tu­taj, pod tym da­chem.

Ko­ńców­ka wrze­śnia 1957 roku. Był wcze­sny ra­nek, nie­bo wci­ąż bar­dziej żó­łte niż nie­bie­skie, chmu­ry roz­stępo­wa­ły się nad wie­żą dzwon­ni­czą, przy bra­mie szko­ły go­łębie gru­cha­ły swo­ją tęsk­ną pie­śń – u-huuu-huu-hu-hu – a pod mu­rem cze­kał na mnie Tom. Wró­cił. Do mnie.

Uczy­łam już od kil­ku ty­go­dni i zdąży­łam się mniej wi­ęcej przy­zwy­cza­ić do co­dzien­ne­go sta­wa­nia przed kla­są; nogi co­raz rza­dziej mnie za­wo­dzi­ły, tro­chę bar­dziej pa­no­wa­łam nad od­de­chem. Ale wi­dok Toma zu­pe­łnie ode­brał mi głos.

– Ma­rion?

Tak wie­le razy wy­obra­ża­łam so­bie jego moc­ne ob­li­cze, ksi­ęży­co­wą biel jego uśmie­chu, twar­do­ść jego ob­na­żo­ne­go przed­ra­mie­nia i oto wresz­cie zja­wił się przede mną, po nie­mal trzech la­tach nie­obec­no­ści, tu­taj, w Qu­een’s Park Ter­ra­ce; wy­dał mi się ni­ższy, niż go za­pa­mi­ęta­łam, ale bar­dziej za­dba­ny, jak­by wy­szla­chet­niał; prze­stał się gar­bić, a jego twarz zro­bi­ła się smu­klej­sza.

– Mia­łem na­dzie­ję, że cię znaj­dę. Sy­lvie mó­wi­ła, że za­częłaś tu uczyć.

– Dzień do­bry, pani Tay­lor – za­szcze­bio­ta­ła Ali­ce Rum­bold, prze­bie­ga­jąc obok nas.

– Wol­niej, Ali­ce. – Mu­sia­łam spró­bo­wać wzi­ąć się w ga­rść. Nie od­ry­wa­jąc oczu od dziew­czyn­ki, zwró­ci­łam się do Toma: – Co tu ro­bisz?

Na jego twa­rzy po­ja­wił się cień uśmie­chu.

– Po pro­stu... Wy­bra­łem się na spa­cer po Qu­een’s Park i po­my­śla­łem, że zaj­rzę do sta­rej szko­ły.

Nie uwie­rzy­łam mu. Przy­sze­dł tyl­ko po to, żeby się ze mną zo­ba­czyć? Szu­kał mnie? Ta myśl spra­wi­ła, że za­pa­rło mi dech w pier­si. Przez chwi­lę obo­je mil­cze­li­śmy.

– Czy­li zo­sta­łeś po­li­cjan­tem? – wy­bąka­łam w ko­ńcu.

– Zga­dza się – po­twier­dził. – Po­ste­run­ko­wy Bur­gess, do usług. – Ro­ze­śmiał się, ale wi­dzia­łam, że jest z sie­bie dum­ny. – Oczy­wi­ście je­stem jesz­cze na okre­sie prób­nym – do­dał.

Przyj­rzał mi się bez­wstyd­nie, po­wo­li prze­śli­zgu­jąc się po mnie wzro­kiem. Za­ci­snęłam dło­nie na ko­szy­ku pe­łnym ksi­ążek i cze­ka­łam na wer­dykt, któ­ry z pew­no­ścią wy­ma­lu­je się na twa­rzy Toma. Ale kie­dy znów po­pa­trzył mi w oczy, zro­bił to z wci­ąż tym sa­mym opa­no­wa­nym, nie­co przy­ga­szo­nym wy­ra­zem twa­rzy.

– Mi­nęło spo­ro cza­su. Wie­le rze­czy się zmie­ni­ło – po­wie­dzia­łam, usi­łu­jąc wy­łu­dzić kom­ple­ment, na­wet nie­szcze­ry.

– Tak? – za­re­ago­wał i po chwi­li do­dał: – Ty na pew­no się zmie­ni­łaś. – A po­tem szyb­ko, za­nim zdąży­łam się za­ru­mie­nić, do­rzu­cił jesz­cze: – Nie będę cię za­trzy­my­wał. – Przy­po­mi­nam so­bie te­raz, że zer­k­nął na ze­ga­rek, ale wca­le nie je­stem tego pew­na.

Mia­łam wy­bór, Pa­tric­ku. Mo­głam szyb­ko się po­że­gnać i przez resz­tę dnia ża­ło­wać, że nie spędzi­li­śmy wi­ęcej cza­su ra­zem. Albo... mo­głam za­ry­zy­ko­wać. Po­wie­dzieć coś in­te­re­su­jące­go. Bo prze­cież wró­cił, stał przede mną we wła­snej oso­bie. Mo­głam pu­ścić się na nie­zna­ne wody. By­łam już star­sza, mia­łam dwa­dzie­ścia lat. Gład­ko przy­cze­sy­wa­łam swo­ją kręco­ną rudą czu­pry­nę, ma­lo­wa­łam usta szmin­ką (ja­sno­ró­żo­wą, le­d­wo wi­docz­ną, ale jed­nak) i no­si­łam nie­bie­ską su­kien­kę z tra­pe­zo­wym do­łem. Był cie­pły wrze­śnio­wy dzień, roz­świe­tlo­ny przy­jem­nym bla­skiem sło­ńca, jak­by wci­ąż trwa­ło lato; praw­dzi­wy dar na­tu­ry. U-huuu-huu-hu-hu, za­in­to­no­wał go­łąb. Uzna­łam, że za­ry­zy­ku­ję.

– Kie­dy za­mie­rzasz na­uczyć mnie pły­wać? – spy­ta­łam.

Wy­buch­nął śmie­chem, któ­ry za­głu­szył wszyst­kie dźwi­ęki oto­cze­nia – wrza­ski dzie­ci na dzie­dzi­ńcu, gru­cha­nie go­łębi – i klep­nął mnie po ple­cach. Dwa razy. Za pierw­szym o mało na nie­go nie wpa­dłam – po­wie­trze do­ko­ła mnie na­gle zro­bi­ło się bar­dzo cie­płe i po­czu­łam za­pach Vi­ta­li­su – ale za dru­gim zdo­ła­łam utrzy­mać rów­no­wa­gę i rów­nież od­po­wie­dzieć śmie­chem.

– Zdąży­łem o tym za­po­mnieć – przy­znał. – Na­dal nie umiesz pły­wać?

– Cze­ka­łam, aż mnie na­uczysz.

Za­śmiał się jesz­cze raz, ci­szej i jak­by mniej ra­do­śnie.

– Za­ło­żę się, że sama je­steś do­brą na­uczy­ciel­ką.

– Ow­szem. I po­win­nam umieć pły­wać, żeby spra­wo­wać nad­zór nad dzie­ćmi na ba­se­nie.

Wie­rut­ne kłam­stwo. Do­pil­no­wa­łam, by pa­trzeć To­mo­wi pro­sto w oczy, gdy je wy­po­wia­da­łam.

Zno­wu klep­nął mnie po ple­cach, na szczęście lek­ko. Wte­dy, na po­cząt­ku, często to ro­bił; cie­pły do­tyk jego dło­ni mi­ędzy ło­pat­ka­mi przy­pra­wiał mnie o dreszcz emo­cji, ale dziś za­sta­na­wiam się, czy w ten spo­sób Tom nie pró­bo­wał trzy­mać mnie na dy­stans.

– Mó­wisz po­wa­żnie?

– Tak.

Wsu­nął pal­ce we wło­sy – po woj­sku spo­ro krót­sze i mniej buj­ne, ale wci­ąż ukła­da­jące się w tę falę, któ­ra wy­gląda­ła, jak­by mia­ła się prze­ła­mać – i wpa­trzył się w dal, jak­by spo­dzie­wał się zna­le­źć tam od­po­wie­dź.

– Masz ocho­tę za­cząć od mo­rza? To za­sad­ni­czo nie­wska­za­ne dla po­cząt­ku­jących, ale jest tak cie­pło, że żal by­ło­by nie sko­rzy­stać. Poza tym sól po­ma­ga utrzy­mać się na po­wierzch­ni...

– Niech będzie. Kie­dy?

Po­now­nie zmie­rzył mnie wzro­kiem i tym ra­zem się nie za­czer­wie­ni­łam.

– W so­bo­tę o ósmej? Spo­tkaj­my się w po­ło­wie dro­gi mi­ędzy mo­la­mi. Przed ba­rem mlecz­nym.

Po­twier­dzi­łam ski­nie­niem gło­wą.

Znów się ro­ze­śmiał.

– Tyl­ko weź ko­stium – rzu­cił i od­sze­dł.

*

W so­bo­tę rano wsta­łam wcze­śnie. Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że przez całą noc śni­łam o so­bie i To­mie w wo­dzie, ale nie by­ło­by to praw­dą. Nie pa­mi­ętam, co mi się śni­ło, naj­praw­do­po­dob­niej coś zwi­ąza­ne­go ze szko­łą – może sy­tu­acja, w któ­rej za­po­mi­nam, o czym mam uczyć, albo że je­stem za­mkni­ęta w szaf­ce na przy­bo­ry pi­śmien­ne, nie mogę się wy­do­stać i przez szpa­rę bez­rad­nie przy­glądam się spu­sto­sze­niu, któ­re­go do­ko­nu­ją dzie­ci. Wszyst­kie moje sny w tam­tym cza­sie krąży­ły wo­kół tego sa­me­go, nie­wa­żne jak bar­dzo pra­gnęłam uj­rzeć w nich sie­bie z To­mem w mor­skiej wo­dzie, po­ru­sza­jących się do ryt­mu ob­my­wa­jących pla­żę fal.

Wy­bu­dzi­łam się ze snu wy­pe­łnio­ne­go szkol­ny­mi ław­ka­mi, kre­dą i prze­bi­ty­mi słom­ką dziur­ka­mi w kar­to­ni­kach z mle­kiem, wyj­rza­łam przez okno i zo­ba­czy­łam, że po­ra­nek nie wy­gląda zbyt obie­cu­jąco. Pierw­sza po­ło­wa wrze­śnia oka­za­ła się ła­god­na, ale mie­si­ąc nie­ubła­ga­nie zbli­żał się do ko­ńca. Kie­dy szłam obok Vic­to­ria Gar­dens, rosa z tra­wy zo­sta­wa­ła mi na bu­tach. Oczy­wi­ście było jesz­cze wcze­śnie, przed siód­mą; to je­dy­nie do­da­wa­ło mo­jej eska­pa­dzie po­sma­ku ta­jem­ni­czo­ści. Ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łam, do­kąd się wy­bie­ram; gdy wy­cho­dzi­łam, ro­dzi­ce jesz­cze spa­li. Zo­sta­wia­łam za sobą dom, ro­dzi­nę, szko­łę – i uda­wa­łam się na spo­tka­nie dnia.

Dla za­bi­cia cza­su (mu­sia­łam coś ze sobą ro­bić przez te czter­dzie­ści mi­nut, któ­re dzie­li­ło mnie od wy­tęsk­nio­nej ósmej rano) za­częłam prze­cha­dzać się pro­me­na­dą. Ru­szy­łam w kie­run­ku West Pier, idąc od stro­ny Pa­la­ce. W ten po­ra­nek wiel­ki, bia­ły jak we­sel­ny tort Grand Ho­tel – wraz ze sto­jącym na bacz­no­ść przy drzwiach szwaj­ca­rem w cy­lin­drze i ręka­wicz­kach – wy­dał mi się zu­pe­łnie bez wy­ra­zu. Nie po­czu­łam, że coś chwy­ta mnie za ser­ce, co zwy­kle się dzia­ło, gdy pa­trzy­łam na to miej­sce, żad­ne­go ukłu­cia tęsk­no­ty za to­nący­mi w ci­szy po­ko­ja­mi z pal­ma­mi w do­nicz­kach i gru­by­mi dy­wa­na­mi z wło­siem po kost­ki, za dys­kret­ny­mi dzwon­ka­mi, w któ­re ude­rza­ły ob­wie­szo­ne per­ła­mi damy (wła­śnie tak wy­obra­ża­łam so­bie to miej­sce, za­pew­ne pod wpły­wem fil­mów z Sy­lvią Syms) – nie; Grand mógł so­bie stać, roz­świe­tlo­ny blich­trem pie­ni­ędzy i roz­ko­szy. Nie ro­bi­ło to na mnie wra­że­nia. By­łam szczęśli­wa, że zmie­rzam do baru mlecz­ne­go. Prze­cież Tom wy­ra­źnie ob­rzu­cił mnie wzro­kiem od stóp do głów, ob­jął mnie swo­im spoj­rze­niem. I wkrót­ce zja­wi się, cu­dow­nie wy­so­ki, wy­ższy ode mnie, i znów sko­ja­rzy mi się z Kir­kiem Do­ugla­sem. (Czy z Bur­tem Lan­ca­ste­rem? Ten rys szczęki, to sta­lo­we spoj­rze­nie. Nie mo­głam się zde­cy­do­wać, któ­re­go z tych dwóch ak­to­rów przy­po­mi­nał). By­łam da­le­ka od wspo­mi­na­nia tam­tej roz­mo­wy z Sy­lvie na ław­ce w Pre­ston Park i tego, co usły­sza­łam od niej na te­mat Toma. By­łam te­raz mło­dą ko­bie­tą w ob­ci­słym, spi­cza­stym biu­sto­no­szu, nio­sącą w ko­szy­ku żó­łty kwie­ci­sty cze­pek kąpie­lo­wy, go­to­wą na po­ta­jem­ne po­ran­ne pły­wa­nie z uwiel­bia­nym mężczy­zną, któ­ry od nie­daw­na znów po­ja­wił się w jej ży­ciu.

My­śla­łam o tym, sto­jąc pod skrzy­pi­ącym szyl­dem baru mlecz­ne­go i spo­gląda­jąc w dal. Po­sta­no­wi­łam spraw­dzić, czy zdo­łam się po­wstrzy­mać od ci­ągłe­go zer­ka­nia w stro­nę Pa­la­ce, skąd, jak przy­pusz­cza­łam, po­wi­nien na­de­jść Tom. Utkwi­łam wzrok w mo­rzu i wy­obra­zi­łam so­bie, że wy­ła­nia się z nie­go ni­czym Nep­tun, w morsz­czy­no­wej tu­ni­ce, z pąkla­mi na kar­ku i ucze­pio­nym wło­sów kra­bem; chwy­ta stwo­rze­nie i ci­ska je da­le­ko, jed­no­cze­śnie otrze­pu­jąc się z wody. Kro­cząc bez­sze­lest­nie po ka­mie­niach, zmie­rza po pla­ży w moim kie­run­ku, pod­cho­dzi, bie­rze mnie w ra­mio­na i uno­si tam, skąd przy­był. Za­częłam chi­cho­tać i prze­sta­łam do­pie­ro wte­dy, kie­dy zo­ba­czy­łam Toma – praw­dzi­we­go, ży­we­go, od­dy­cha­jące­go, stąpa­jące­go po lądzie. Był ubra­ny w czar­ny T-shirt i nió­sł prze­wie­szo­ny przez ra­mię spło­wia­ły brązo­wy ręcz­nik. Uj­rzaw­szy mnie, po­ma­chał mi ręką na po­wi­ta­nie i po­ka­zał za sie­bie.

– W klu­bie jest prze­bie­ral­nia – za­wo­łał. – Pod łu­ka­mi. – Za­nim zdąży­łam od­po­wie­dzieć, udał się we wska­za­nym kie­run­ku.

Nie ru­szy­łam się spod baru. Wci­ąż mia­łam przed ocza­mi Toma Nep­tu­na, wy­cho­dzące­go z od­mętów, zra­sza­jące­go pla­żę sło­ną wodą, ocie­ka­jące­go ry­ba­mi i mor­ski­mi stwo­rze­nia­mi z mrocz­nej głębi.

– Nie mam ca­łe­go dnia – krzyk­nął Tom, nie od­wra­ca­jąc się, więc czym prędzej podąży­łam za nim. W mil­cze­niu do­tar­li­śmy do me­ta­lo­wych drzwi pod łu­ka­mi.

Do­pie­ro wte­dy na mnie spoj­rzał.

– Wzi­ęłaś cze­pek, praw­da?

– Oczy­wi­ście.

Prze­kręcił klucz w zam­ku i pchni­ęciem otwo­rzył drzwi.

– Przyj­dź, kie­dy będziesz go­to­wa. Ja idę do wody.

We­szłam do środ­ka. Po­miesz­cze­nie przy­po­mi­na­ło ja­ski­nię, było czuć w nim wil­goć i dziw­ny kre­do­wy za­pach. Wzdłuż jed­nej ścia­ny bie­gły za­rdze­wia­łe rury, z su­fi­tu od­cho­dzi­ła far­ba, na podło­dze sta­ła war­stew­ka wody, a po­wie­trze obła­pi­ło mnie tak, że aż się wzdry­gnęłam. Po­wie­si­łam swe­ter na ko­łku w głębi i roz­pi­ęłam su­kien­kę. Wy­ro­słam z czer­wo­ne­go ko­stiu­mu, któ­ry no­si­łam, kie­dy cho­dzi­ły­śmy z Sy­lvie na kąpie­li­sko, i ku­pi­łam nowy, ja­sno­zie­lo­ny ze wzo­rem w za­wi­ja­sy. Za­ło­ży­łam go w skle­pie i by­łam ca­łkiem za­do­wo­lo­na z efek­tu: mi­secz­ki biu­sto­no­sza wy­ko­na­no z ma­te­ria­łu przy­po­mi­na­jące­go w do­ty­ku gumę, a na wy­so­ko­ści bio­der do­szy­to do­dat­ko­wą krót­ką pli­so­wa­ną spód­nicz­kę. Nie­ste­ty ró­żni­ca po­mi­ędzy przy­mie­rzal­nią a prze­bie­ral­nią w pie­cza­rze po­le­ga­ła na bra­ku lu­stra w tej dru­giej; na ścia­nie znaj­do­wa­ły się je­dy­nie ta­be­le roz­gry­wek pły­wac­kich wraz z na­zwi­ska­mi i da­ta­mi (za­uwa­ży­łam, że Tom wy­grał ostat­nie za­wo­dy). Na­su­nęłam kwie­ci­sty cze­pek na gło­wę, zło­ży­łam su­kien­kę i umie­ści­łam ją na ław­ce, owi­nęłam się ręcz­ni­kiem i wy­szłam.

Sło­ńce wspi­na­ło się po