Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 198 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroki - Jarosław Borszewicz

Mroków Jarosława Borszewicza nie da się jednoznacznie sklasyfikować. Możemy ten utwór nazwać prozą literacką, tomikiem poezji czy wreszcie powieścią o mrocznej fabule… Ale chyba nie ma potrzeby szeregować tej książki, ponieważ jej niezwykła forma literacka nadal wciąga nas w dyskusję o sens istnienia, bo „trzeba coś robić między pierwszą a drugą datą… Pierwszą już znam. Drugą…”.
Borszewicz debiutował tą książką w Iskrach w 1983 roku i po wielu latach można śmiało stwierdzić, że przeszła ona świetnie próbę czasu. Czytelnik szybko daje się wciągnąć w zawiłą opowieść, ponieważ tak naprawdę bohaterem tej książki jest śmierć, którą my próbujemy tylko ułaskawić. „Benek mówi, że myśl o śmierci najlepiej zagłuszyć drugim człowiekiem. Ale ja mu nie wierzę” – mówi narrator, który zmaga się ze swoją samotnością, śmiertelnością własną i najbliższych, który próbuje jednak znaleźć nadzieję w miłości czy przyjaźni…

Obecne wydanie zostało znacząco poprawione i uwspółcześnione przez autora.

Opinie o ebooku Mroki - Jarosław Borszewicz

Cytaty z ebooka Mroki - Jarosław Borszewicz

Pokonam w sobie wstyd i pójdę do psychiatry! Niech mi wytłumaczy, w jaki sposób myśli trafiają do mojej głowy? Jaki jest ich obieg? I kto lub co manipuluje w moim łbie przy tych myślach, bo tego manipulowania jestem absolutnie pewien. Ja wprowadzam do mózgu pogodne myśli, ale coś je przemalowuje z żółtych na czarne. Kto lub co jest tym żałosnym malarzyną?! Absolutnie muszę to ustalić!

Fragment ebooka Mroki - Jarosław Borszewicz

Opracowanie graficzne: Janusz Barecki

Projekt okładki: Anna Wunderlich

Redaktor: Anna Kowalik

Korekta: Jolanta Spodar

Fotografie na okładce:

Grażyna Grabicka

Tomasz Tomaszewski

archiwum prywatne Ewy Bratko

Copyright © by Jarosław Borszewicz

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2015

ISBN 978-83-244-0404-9

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dziękuję

dr. Wiesławowi Uchańskiemu

– Prezesowi Zarządu Wydawnictwa Iskry –

za telefon 4 grudnia 2014 roku

o godzinie 12.57.

Czasem taki telefon

ratuje życie nie tylko książce,

ale i autorowi...

Marysi i Stasiowi

Dobrze, że jesteś,

bo wczoraj znowu bolało mnie serce,

a ciągle nie mam pomysłu na życie.

Musisz mi pomóc,

bo od szesnastu dni pada deszcz

i życie powoli zaczyna mi się rozmywać.

Miałem iść do dentysty,

ale przybłąkał mi się wiersz o tobie,

no i nie mam go z kim zostawić w domu.

Dobrze, że jesteś,

bo w zeszłym tygodniu „U Fukiera”

śmierć znowu pytała o mnie szatniarza.

Dzwoniłem dzisiaj do ciebie,

ale słuchawka ugryzła mnie w rękę

i pewnie ta rana tak szybko się nie zagoi.

Musisz mi pomóc,

bo jestem zmęczony jak Bóg,

który harował przez tydzień –

i nie stworzył świata...

– Imię?

– Duet.

– Nazwisko?

– Zezowaty.

– Urodzony?

– Sześciokrotnie.

– Imię ojca?

– Irena.

– Imię matki?

– Stanisław.

– Zawód wykonywany?

– Dorożkarz.

– Stan cywilny?

– W trakcie rozwodu... z samym sobą.

– Pochodzenie?

– Małpioboskie.

– Religia?

– Miewam napady katolicyzmu. Ale tylko do siódmej rano, bo jak wyjdę na ulicę, to od razu agnostykiem jestem.

– Znaki szczególne?

– Serce po lewej stronie.

Czerwiec.

Południe.

Mróz.

Jadę autobusem do Szczęśliwic.

Przyglądając się siedzącej obok – może dwudziestoletniej – ślicznej dziewczynie, po raz milionowy uświadamiam sobie, że przecież śmierć jest, że umrę...

Próbuję zdławić w sobie tę myśl; bezskutecznie.

Nie pomaga mi żaden z dotychczasowych sposobów na niemyślenie o śmierci... Jeden z nich – najpewniejszy – to wyobrażanie sobie końca świata, wtedy moja śmierć od razu staje się śmiesznie nieprzerażająca.

– Zatrzymać autobus! – krzyczę.

Tłok.

Mroczny, obrzydliwy warkot silnika.

Nikt nie reaguje.

Przedzieram się w stronę kierowcy.

– Zatrzymaj autobus, słyszysz?!

Pekaesiarz – tłusty i pryszczaty – udaje głuchego, a może i naprawdę nie słyszy mojej prośby.

– Kura ma pióra, stój! – szarpię kierowcę. – Bo zarzygam autobus!

– Aaa, to trza było tak od razu! Ja jak się nachlom w upoł ciepły gorzoły, to też z miejsca haftuje!

Wyskakuję.

Pola.

Pola.

Pola.

Autobus odjeżdża.

Naprzeciw mnie pojawia się stary, zgarbiony człowiek.

– Co to za miejscowość, dziadziu? – pytam.

– Krosno Odrzańskie – staruszek łapie się za serce. – Za chwilę umrę...!

– No to może odprowadzę pana do domu?

– Nie, muszę do kościoła, bo tam chcę umrzeć. Tam byłem chrzczony, tam miałem ślub i tam skończę; jak tylko mnie coś zaboli, to raz-raz wskakuję w garnitur i lecę do kościółka.

– Hm, to mi się nawet podoba – wzdycham. – A nie wziąłby pan mnie ze sobą, bo ja też chciałbym umrzeć w kościele?!

– Eee, ty masz dopiero dziewiętnaście wiosenek, to jeszcze nam nie po drodze.

Skąd on wie, ile ja mam lat? – zastanawiam się, ruszając pustą, czarną, asfaltową, zagmatwaną jak labirynt drogą... i będę szedł nią aż do końca tej książki!

Trupy sosen. Wraki lip. Zwłoki wiązów. Strzępy dębów. Trzewia modrzewia. Kikuty grabu. Drzazgi wierzb. Wiechcie olch. Świery spod siekiery. Jabłonie po zgonie. Ruiny jarzębiny. Brzozy zgrozy. Półżywe żywopłoty z półmartwymi martwakami i nieżywy żywotnik. Kaliny bez kończyny. Orzechy zgładzone jak grzechy. Nieswoje sekwoje. Tuzin topól pod topór. Bez bez bzu. Susz z grusz. Głogi trwogi. Jesion zniesion. Jodła spodła. Buki na stiuki. Leszczyny na wikliny. Klony na wagony.

Od dziesięciu lat – dzień w dzień – mijam armie, pułki i dywizje drzew wymordowanych ku bezpieczeństwu pijanych kierowców, którzy wracając z dyskotek, dansingów, zabaw, rautów, prywatek, wesel, popijaw, pogrzebów, chrzcin, imienin, komunii, rozwodów, urodzin, sylwestrów, nowych roków, ch-lanych poniedziałków i styp, nie wyrabiają na zakrętach i pakują się gablotami w drzewa.

Poza drzewnym cmentarzyskiem omijam wymiociny dogorywających szczurków. Przegniłe odwłoki ciężarnych kotek. Zmarmoladziałe jeże. Zmasakrowane żabie ślipka. Kał miażdżonych ciał. Szpacze szkielety. Zbutwiałe poroża łosi. Wyszczerbione kły saren. Rozdwajające się paznokietki bocianów. Spleśniałe serca jagniąt. Sadzawki końskich szczyn. Sznurki wnętrzności jaszczurki. Główeczki lisków spłaszczone jak ziemniaczane placuszki. Flaczki dyndające z psich odwłoków. Dogorywające mrówki z przetrąconymi kręgosłupami. Muchy bzykające (się) ze strachu przed kostuchą. Komary w epileptycznych konwulsjach. Móżdżki zajęcy wytryskujące oczodołami i oczy żmij wyciekające z usznych małżowin. Pajęcze dziecię z jedną ocalałą nóżką. Owrzodziałe piersi perliczek. Zgalareciałe wątroby zaskrońców. Rozharatane jęzory dżdżownic. Obślizgłe jądra ślimaków. Rozmiażdżone stópki krecików. Poszatkowane płucka wróbli i rozbryzgane macice prosiąt.

Wilki wspomnień...

Mam dziesięć lat.

Leżę w szpitalu.

Wieczór.

– Dziadek, zgaś tą lampę – mówi jeden z pacjentów.

– Niechta sie poli – odpowiada dziadek.

– Zgaś, mówię! – protestuje.

– Niechta sie poli, poczytam trochu – odpowiada dziadek, udając, że przegląda gazetę.

– Przecież wszyscy wiedzą, że nie umiesz czytać. Zgaś.

– Jak to nie umim? Umim.

– Zgaś!

– Niechta sie poli.

– Zgaś. Dzisiaj kostucha nie przyjdzie.

– Kto jom tam wi? Może przyjś...

– Jak ma przyjść, to przyjdzie. Światło nic nie pomoże.

– Eee, odpendzi jom.

– Zgaś, mówię, bo ja przy świetle za cholerę nie usnę.

– Eee... Do tej pory poliłem i nikumu nie przeszkadzało.

– Przeszkadzało, przeszkadzało... Tylko nic nie mówiłem. Ale przez to światło to stale niewyspany chodzę.

– Jeszcze tylko dzisia...

Mężczyzna wyskakuje z łóżka i gasi dziadkowi światło.

Pauza.

– To ja se świeczke zapale, co?

– Jeszcze gorzej. Może się coś zapalić.

– Bede uważał.

– Nie, dziadek. Śpij... Albo idź na korytarz, tam jest widno.

– Z korytarza to mnie siostry przependzom. Tak jak wczoraj.

– To śpij.

Pauza.

Dziadek zsuwa się z łóżka i wychodzi na korytarz.

Po chwili słyszę kobiecy głos:

– Co to za łażenie po nocy?! Już na salę!

– Ide, ide...

Dziadek wraca.

Po kilku minutach zapala lampkę i przykrywa ją gazetą.

– Bo jak wstanę...! – krzyczy mężczyzna.

Dziadek gasi lampkę.

Nad ranem budzi mnie hałas.

Otwieram oczy.

Salowe układają martwego dziadka na wózku i wywożą go z sali.

Jakbyśmy pozwolili mu zapalić lampkę, to na pewno by nie umarł – myślę, popłakując.

Wieczór.

Czytam książkę Du du du...

Jedna myśl nakłada mi się na drugą, druga na trzecią, trzecia na czwartą, czwarta na pierwszą...

A jak mnie za dużo myśli naraz najdzie, a każda z innej parafii, to zaczynam chodzić i mówię:

du du du

du du du

du du du

Wtedy przestaję myśleć o tym, co myślałem.

I później znów mam pojedyncze myśli.

Ale muszę mówić jak najprostszymi, a nawet urywanymi zdaniami.

Bo inaczej,

to mi się znów myśli nakładają na siebie i

du du du

du du du

du du du

Ewa, lekarka, tłumaczy mi śmierć:

– Komórki, rozumiesz? Najpierw rozwijają się, później zatrzymują się w rozwoju, aż w końcu obumierają... Zegar biologiczny, rozumiesz?

– Nie! A dlaczego te komórki umierają?

– Z nudów! Jak drzewa, samochody, ludzie, zegarki, domy... Ot, umierają, żeby urozmaicić sobie życie.

Otwierają się okna...

Mam dziesięć lat.

Siedzę nadMoim katechizmem.

Cnoty Boskie

1. Wiara

2. Nadzieja

3. Miłość

Cnoty główne

1. Roztropność

– Będę roztropny!

2. Sprawiedliwość

– Będę sprawiedliwy!

3. Wstrzemięźliwość

– Będę wstrzemięźliwy!

4. Męstwo

– Będę męski!

Dobre uczynki

1. Modlitwa

2. Post

3. Jałmużna

Rzeczy ostateczne

1. Śmierć

2. Sąd Boży

3. Niebo – albo piekło

Otwierają się szuflady.

– Czytasz? – pyta moja dziesięcioletnia siostra Basia, widząc, że przerzucam strony jakiejś książki.

– Aha – odpowiadam od niechcenia.

– Szkoda...

– A co chciałaś? – pytam po chwili.

– Nic.

– To po co przyszłaś do mojego pokoju?

– Posiedzieć.

Milczymy.

– Co tam u ciebie słychać? – pytam, odkładając książkę.

– Wszystko w porządku! – siostra ożywia się wyraźnie i błyskawicznie korzysta z okazanego jej zainteresowania. – Powiedz mi, jaki dzień jest dla ciebie najbardziej nieszczęśliwy?

– Każdy, który minął – odpowiadam z uśmiechem.

– Bo dla mnie piątek.

– Dlaczego?

– W jeden piątek zgubiłam długopis, w drugi podarłam rajtuzy, w trzeci przebiłam piłkę, w czwarty... – dzwonek telefonu przerywa jej zwierzenia.

Wiktor (który od dziecka mieszka ze mną i we mnie):

– Ja już od maleńkości miałem ciągoty do śmierci. Kiedyś zakopałem się nawet w ziemi, żeby zobaczyć, po jakim czasie zaczną się do mnie dobierać robaki.

W dorożce.

– Smutny pan, widzę – mówi wiekowy mężczyzna o surowej, symetrycznie pomarszczonej twarzy.

– A smutny, smutny...

Pauza.

– Młody, a smutny.

Słyszę, ale nie reaguję. Tylko słyszę.

– Nie warto.

– Czego nie warto? – pytam z grzeczności.

– Smucić się.

– A pana radość rozpiera, co?

– Rozpiera.

– Jak pan to robi?

– To żadna filozofia. Jestem po prostu rybakiem.

– No i co z tego?

– Nie zna pan takiej dykteryjki o rybaku i szczęściu? To stara, dobra i pewna recepta... Jeżeli chcesz być szczęśliwy trzy godziny, wypij ćwiartkę wódki. Jeżeli chcesz być szczęśliwy trzy dni, ożeń się. Jeżeli chcesz być szczęśliwy

całe życie, zostań rybakiem.

Włączam telewizor.

– Już za tydzień – syczy jakiś facet przed kamerą – rozpoczynamy emisję najatrakcyjniejszego programu wszech czasów Świat, który musi zaginąć – wiedza plus emocje, metafizyka plus nauka.

Na ekranie pulsujące światła.

Mroczna, postrzępiona muzyka elektroniczna.

– Już za tydzień! – kontynuuje mężczyzna. – Czy i kiedy kres życia na Ziemi?! Co nam grozi?! Czy i kiedy kres życia na Ziemi?!

Pauza.

– Eksplozja zaludnienia!

Na ekranie setki, tysiące nagich ludzi; jeden przy drugim, jeden przy drugim.

Góra mięsa.

Bezkształtna góra mięsa.

Kilometry ułożonych obok siebie dzieci.

Przerażający krzyk rodzącej kobiety.

Pauza.

– Brak żywności!

Na ekranie nieludzko wygłodzone niemowlęta.

Malutki chłopiec, zmarły z głodu, wyciągany za nogi z krzaków.

Szkielety pokryte skórą.

Starzec jedzący łapczywie padlinę.

Dzieci buszujące po śmietniku i wyjadające natychmiast każdą znalezioną resztkę pożywienia.

Ludzie leżący na ulicach; uśpieni, konający z głodu.

Pauza.

– Brak niepowracalnych zasobów naturalnych!

Mroczne, pustynne, oblodzone przestrzenie.

Pauza.

– Postępujące zanieczyszczenie środowiska!

Na ekranie stada martwych fok leżących na nadmorskich plażach.

Tysiące kominów.

Ludzie spacerujący po ulicach w maskach przeciwgazowych.

– Wojny i zbrojenia!

Na ekranie grzyb atomowy.

Twarz człowieka porażonego napalmem.

Grzyb atomowy.

Wrak ludzki.

Grzyb atomowy.

Człowiek bez rąk.

Grzyb atomowy.

Bez nóg.

Grzyb atomowy.

Bezkresne, wyjałowione połacie ziemi.

Grzyb atomowy.

Pauza.

– A przede wszystkim kosmos!

Na ekranie rozpryskujące się galaktyki.

Błysk.

Huk.

– Kosmos! Kosmos! Kosmos!!!

Ta sama, co na początku, postrzępiona, nerwowa muzyka elektroniczna.

Pauza.

– Już za tydzień!!!

Gdyby mi ktoś powiedział:

– Idź do parku

i siedź tam dwa lata,

a po dwóch latach

Ona przyjdzie na spacer z psem,

ale będziesz ją widział tylko przez minutkę...

To pobiegłbym do tego parku

i czekał dwa lata!

Rzadko się zdarza, aby but umarł nagle.

Najczęściej – zanim skona – bardzo długo choruje. A co najciekawsze, często oba buty zapadają na tę samą chorobę – i to równocześnie! Można by to uzasadnić faktem przebywania w tym samym środowisku, identyczną budową obu butów i uleganiem wpływowi tych samych warunków atmosferycznych oraz takim samym stopniem zużycia.

Dobrze, ale ludzie też mają identyczną budowę, a jednak małżeństwa chorują najczęściej na różne choroby, no i nie umierają jednocześnie. Powie ktoś, że człowiek jest bardziej skomplikowany od buta i nie można go porównywać z byle kapciem. Bzdura! Bez trudu udowodnię, że schorzenia obuwia nie różnią się od dolegliwości dręczących ludzi, bo i jednych, i drugich dopada anemia, depresja, platfus, potówka, przepuklina, reumatyzm, rany pourazowe, schizofrenia, świerzb, uwiąd starczy, zapalenie płuc... co wkrótce niedowiarkom udowodnię.

Tu uwaga praktyczna dla wszystkich użytkowników obuwia: musicie się nauczyć odróżniać chorobę butów od symulacji! Znane są przypadki butów, które nie lubiąc swego eksploratora (bo na przykład ma platfusa, który je wykoślawia, lub nie konserwuje ich albo jego stopy okropnie cuchną), potrafią po mistrzowsku symulować wiele schorzeń, a nawet śmierć.

Wiktor:

– Wszystko mnie dziwi. Że ptaki fruwają, że drzewa rosną, że ludzie rodzą się i umierają, że chleb pachnie, że kocham Ewę, że jestem tu z tobą, że w dzień jest widno, a w nocy ciemno, że lato, jesień, zima, że wiosna, że wielkie kontynenty i malutkie wioski, że tak wyglądam, jak wyglądam... Wszystko, literalnie wszystko mnie bez przerwy dziwi. A przecież to normalne... Bo po to są ptaki, żeby fruwały, drzewa, żeby rosły, po to jest Ewa, żebym ją kochał... A mnie jednak to wszystko wydaje się dziwne. Dlaczego? Hm, bo może ja nie jestem z tego świata?

Z książki Du du du...

Przyznaję się!

Przyznaję się,

że mój ojciec...

Przyznaję się!

Przyznaję się, że Jezusa Chrystusa i Włodzimierza Lenina

nazwałem

dwoma największymi szarlatanami w dziejach ludzkości.

Przyznaję się,

że wbiłem długopis w zeszyt i chciałem rzeźbić nim jak dłutem w drewnie.

du du du du du du du du du

W dorożce.

– Nie wiem, czy pan uwierzy, ale mam trzydzieści pięć lat i przeżyłem już wszystko, co tylko może przeżyć człowiek. Kochałem i byłem kochany. Ożeniłem się i rozwiodłem. Miałem forsy jak lodu i bywałem nędzarzem. Grałem z życiem w durnia, a i ono ze mną też grywało. Widziałem siedem cudów świata i betonowe żyletkowce. Przeczytałem prawie wszystkie najmądrzejsze książki świata, poczynając od starożytności...

– Kura ma pióra! – przerywam. – A skąd pan wie, czy do pełnego człowieczeństwa nie jest potrzebne podwójne przeżycie wszystkiego? Może trzeba dwa razy kochać i dwa razy być kochanym? Może trzeba dwa razy zagrać ze światem w durnia...? Aaa?

– Nie przekonuje mnie pan. Z mojego punktu widzenia mógłbym już umrzeć, bez większej straty dla siebie... Śmierć to byłoby logiczne zamknięcie, klamra. Bo cóż mnie jeszcze może spotkać na tym świecie, który przejrzałem do szpiku kości?

– A może w życiu trzeba wszystko, absolutnie wszystko, miłość, ojcostwo, majątek, raz wygrać, a raz przegrać, żeby była pełnia?!

Moje śmierci...

Śmierci, które powinny były mnie dotknąć, a które jakimś nieziemskim trafem mnie ominęły.

Śmierć pierwsza... Miałem sześć lat.

Mój wujek był oficerem wojska.

Któregoś dnia odwiedziłem go.

Wujek wyszedł do łazienki.

Na krześle leżał mundur i kabura.

Otworzyłem ją.

W środku pistolet.

Wyjąłem.

Przystawiłem do głowy.

Palec oparłem na spuście...

W ułamku sekundy – myśl. Przypomniałem sobie słowa wuja, który mówił, że lufę należy kierować zawsze w powietrze i że – nawet w zabawie – nie wolno mierzyć w człowieka.

Celuję w górny róg pokoju.

Naciskam spust.

Huk.

Dym.

Wyrwane pół ściany.

Pistolet leży na podłodze.

Wujek, w opuszczonych spodniach, wybiega z łazienki.

Śmierć druga...

Mam dwadzieścia lat.

Idę ulicą.

Broniąc się przed upałem, zakładam furażerkę z grubego, żeglarskiego płótna.

Cios w głowę.

Próbuję się odwrócić, sądząc, że uderzył mnie ktoś idący za mną, ale wykonuję tylko półobrót...

Kilka dni później – w szpitalu – dowiaduję się, że tym ciosem w głowę był kawałek gzymsu, który oderwał się z balkonu, i że życie uratowała mi czapka, która zneutralizowała uderzenie.

Śmierć trzecia...

Mam dziesięć lat.

Wakacje.

Bawię się z rówieśnikami nad rzeką.

Wchodzę na drzewo.

Urywa się gałąź.

Wpadam do rzeki.

Rozpaczliwe ruchy.

Widzę uciekające dzieci.

Tonę.

Wywijam rękami jak wiatrak.

Zachłystuję się wodą.

Zalane oczy.

...

Był to chyba najkrótszy i najskuteczniejszy kurs pływacki na świecie – opanowałem tę sztukę w ciągu kilkunastu sekund.

Śmierć czwarta...

Mam szesnaście lat.

Wracam z jakiejś prywatki.

W głowie szum.

Ruchliwe skrzyżowanie.

Krok na jezdnię.

Świst.

Uderzenie strumieniem powietrza.

Jakiś autokar hamuje z piskiem.

Już nie milimetry, ale mikrony dzieliły mnie od...

Śmierć piąta...

Świt.

Mgła.

Wracam z sylwestra.

Ledwo trzymam się na nogach.

Błądzę.

Kilometry torów kolejowych.

Potykam się o szynę.

Padam.

Ostatni zapamiętany obraz to przeraźliwe, czarne oczy lokomotywy.

I słowa maszynisty:

– Żyjesz?

– Chyba tak.

– Ty skurwysynu! – maszynista łapie jakiś pręt i goni mnie. – Jakbym cię przejechał, to poszedłbym siedzieć, bo też jestem nawalony!

– Dziękuję! – krzyczę, uciekając w pola.

Śmierć szósta...

Noc.

Idę pustą ulicą.

Z bramy wychodzi dwóch myśliwych; są pijani.

Idą przede mną.

Stają, próbują przypalić papierosa.

Chcę ich ominąć.

– Przepraszam – mówię.

– Stać! – krzyczy jeden z myśliwych.

– O co chodzi? – pytam.

– Ręce do góry! – myśliwy zdejmuje dubeltówkę.

– O co chodzi?! – powtarzam.

– Chciał mi ukraść dubeltówkę! – mówi myśliwy do kolegi.

Próbuję odejść.

– Stój!

Uciekam.

Słyszę strzał.

Pewnie ostrzegawczy, bo nie czuję rany.

Gdy wpadam do przelotowej bramy, słyszę drugi strzał.

Wybiegam na następną ulicę.

Nadjeżdża taksówka.

Wsiadam.

Śmierć siódma – gdy nie zamarzłem.

Śmierć ósma – gdy spóźniłem się na pociąg, który po drodze zderzył się z innym pociągiem – zginęło wtedy sześćdziesiąt osiem osób.

Śmierć dziewiąta – gdy nie zamordowano mnie w melinie.

Śmierć dziesiąta – gdy w pustym mieszkaniu zapaliłem się od papierosa.

Śmierć jedenasta, dwunasta, trzynasta, czternasta...

Było ich – jak na jedno życie – tak dużo, że dreszcze, jakich doznaję przy ich wspominaniu, wytrącają mi długopis z ręki, bo choć na razie jest 14:0 dla mnie, to wiem, że wcześniej czy później to kostucha wygra ten mecz...

Chciałbym

zrozumieć człowieka,

który skacze z szesnastego piętra

i w locie krzyczy:

– Śmierci nie ma!

Chciałbym

zrozumieć drzewo,

które w samym środku lata

próchnieje.

Chciałbym

zrozumieć mordercę

który klęczy nad swoją ofiarą

i płacze.

Chciałbym

zrozumieć Einsteina,

który na łożu śmierci mówi:

– Umieram

i nie wiem, co to wiatr.

Chciałbym

zrozumieć mężczyznę,

który stoi na czubku Everestu

i mówi:

– Nie wiem,

jak stąd zejść.

Chciałbym

zrozumieć kroplę rosy,

która mówi:

– Boję się deszczu.

Chciałbym

zrozumieć króla,

który w chwili koronacji mówi:

– Tak oto

traci się wolność.

Chciałbym

zrozumieć chłopaka,

który podciął sobie żyły

w stacji honorowego krwiodawstwa.

Chciałbym

zrozumieć przyjaciela,

który umarł dwa tysiące lat temu

i do tej pory jeszcze nie wrócił.

Chciałbym

zrozumieć siebie,

kiedy gapię się w lustro i mamroczę:

– To nie jestem ja!

Otwierają się okna...

Zdałem na studia!

Byłem przyjęty!

Stałem przed tablicą ogłoszeń Szkoły Aktorskiej z wybałuszonymi oczami i trzymałem się kurczowo metalowej ramy. Obawiałem się, żeby z wrażenia nie wysiadło mi serce.

Jakaś dziewczyna rzuciła mi się na szyję.

– Zdałam! Zdałam! – wykrzykiwała.

– Dobrze! Ja też zdałem, ale oberwałaś mi wszystkie guziki! – powiedziałem, gdy dziewczyna jeszcze mocniej przytuliła się do mnie.

– Co tam guziki?! – krzyczała, całując mnie w policzek. – Kupię ci tysiąc, milion nowych guzików! Kupię ci wszystkie guziki świata.

Po chwili stanęła o własnych siłach i jeszcze raz spojrzała na tablicę.

– Qrwa! Qrwa... – szepnęła, rozszerzając oczy.

– Co się stało?

– To niemożliwe!

– Ale co?!

– Nie zdałam.

– Jak to? Przecież...

– Spojrzałam nie na tę listę. Qrwa... – powtórzyła i odeszła w stronę dziedzińca. – Zabrakło mi jednego, jedynego punkciku! Idę sznur namydlić!

– Nie spiesz się tak z tym sznurem, przyda się do suszenia prania.

– Jeden punkt! Gdyby zabrakło mi dziesięciu, przyjęłabym to z pokorą! Ale jeden... Ooo, tam widzę jakieś tory: hulnę pod pociąg!

– Narobisz kłopotów maszyniście, ludzie spóźnią się przez ciebie do pracy... A ja z przyjemnością odstąpię ci to miejsce, bo nie mam jeszcze dzisiaj żadnego dobrego uczynku.

– Jak to: odstąpisz?! Za ile?!

– Za chwilę.

– Pytam, co chcesz w zamian?

– Nic. Ja zdawałem dla hecy! Ot, po prostu założyłem się z koleżanką, że zdam...

Pokonam w sobie wstyd i pójdę do psychiatry! Niech mi wytłumaczy, w jaki sposób myśli trafiają do mojej głowy? Jaki jest ich obieg? I kto lub co manipuluje w moim łbie przy tych myślach, bo tego manipulowania jestem absolutnie pewien. Ja wprowadzam do mózgu pogodne myśli, ale coś je przemalowuje z żółtych na czarne. Kto lub co jest tym żałosnym malarzyną?! Absolutnie muszę to ustalić!

Patrzę na śliczną dziewczynę – uśmiecham się i zachwycam – ale w głowie wyświetla mi się obraz zgarbionej starowinki! Zamiast oszałamiającego biustu – widzę szkielet żeber! Zamiast pupy – miednicę! Zamiast przezgrabnych nóg – piszczele! Kto mi nakłada na obraz tej nastolatki fotkę babuleńki?! Kto?!

Dlaczego o tej samej sprawie myślę pogodnie, a trzy sekundy później – pochmurno?! Co się stało w czasie tych trzech sekund w mojej łepetynie?! Kto mi zmienił optykę? Kto przekolorował obraz? Kto?!

Dlaczego myśląc o swojej starości, widzę się w wózku

inwalidzkim, a nie na rowerze?! Kto mi ten obraz wózka wtyka do mózgu?! Nie ja, bo ja wprowadzam rower!

Muszę poznać mechanizm powstawania myśli, bo jak go rozszyfruję, to łatwiej mi będzie te myśli reżyserować.

Może – na przykład – trzeba najpierw wprowadzić do głowy negatywną myśl na temat jakiejś sprawy czy człowieka, a po chwili przykryć tę złą myśl – pozytywną?!

Du du du

Dzwonek w telefonie od lat mam taki sam, ale czasem zdarza się, że jego barwa niepokojąco odbiega od normy i jest wyjątkowo nieprzyjemna dla ucha. Nie odbieram wówczas telefonu, bo jestem przekonany, że to dzwoni śmierć i sprawdza, czy jestem w domu, więc jeśli się odezwę do słuchawki, to pozna mnie po głosie i zaraz tu będzie.

Wiktor:

– Boję się, że po śmierci nie ma kompletnie nic. Ani piekła, ani czyśćca, ani nieba.

Pauza.

– Ale czy to możliwe, żeby papież, w dodatku Polak, tak nas oszukiwał?

Z książki Du du du...

Już od dziecka.

Bez przerwy.

Każdy.

Wszyscy i wszędzie.

Straszyli mnie – sukinsyny – bezlitośnie.

Straszyli mnie.

Straszyli.

A ja się bałem.

No bo jak miałem się nie bać?

Chodziłem do tygodniowego przedszkola.

Sierota byłem, to co?

Gdzie miałem chodzić?

du du du

du du du

du du du

W tym przedszkolu była jedna szczególna małpa.

Takie straszydła,

jakie potrafiła wymyślać ta małpa,

to się w głowie nie mieszczą.

Kazała po obiedzie spać.

Nie lubiłem.

To ona, że...

To ja, że muszę do ubikacji; połazić mi się chciało, a nie tam, do żadnej ubikacji.

To ona,

że między pierwszą a trzecią nie można.

To ja, że muszę.

To ona – małpa – że między pierwszą a trzecią w klozecie pływają robale.

I jak się siądzie na kiblu, to one wychodzą i włażą do dupy.

To po takich słowach – nawet jakbym miał się zerżnąć w gacie – nie poszedłbym do toalety.

Jak ta małpa umiała straszyć!

Ho, ho, ho!

Artystka!

Jak ktoś nie chciał jeść, to mówiła, że wszyscy mamy w żołądkach żmije.

I że trzeba je pozaduszać jedzeniem.

Bo jak się ich nie pozadusza, to zaczną wyłazić ustami.

Wychowywała mnie babka.

Mówiłem jej, że straszą mnie w przedszkolu.

– Eee, pierdoły – odpowiadała.

Dużo razy jej mówiłem.

– Eee...

Coraz częściej.

– Eee...

Nawet nocami.

Raz to nawet...

du du du

du du du

du du du

Od tamtej pory każde obłe zwierzę omijam na dziesięć metrów, a często i to nie pomaga i muszę rzygnąć, bo jak nie rzygnę, to mdli mnie i przez tydzień przedszkole mi się przypomina.

Popołudnie.

Idziemy Centralną.

Tłum.

– Szkoda mi tych ludzi. Tylu ich niepotrzebnych – mówi Wiktor.

Pauza.

– A może ty też nie jesteś nikomu potrzebny? – pytam.

– Oczywiście, że nie jestem potrzebny. Ale ja wiem o tym, a oni nie.

– W takim razie to ciebie szkoda, a nie ich. Bo oni mają przynajmniej nadzieję...

Gdzie się zaczyna cipka?

Mijając się w ciasnych drzwiach tramwaju, niechcąco klapnąłem wsiadającą dziewczynę koniuszkami palców w brzuch, wyczuwając opuszkami coś niby to twardego, ale jednocześnie podejrzanie miękkiego.

Cipeczka? Tak wysoko? Bo na pewno nie brzuch. A w ogóle to gdzie się zaczyna u kobiety cipka? Jeżeli tam, gdzie dotknąłem tę dziewczynę, była kuciapka, to oczywiście była także i milimetr wyżej. A jeśli była milimetr wyżej od tego milimetra, to była także i milimetr wyżej od tego drugiego milimetra. A jeżeli była milimetr od tego ostatniego milimetra, to była naturalnie także i milimetr od następnego milimetra... I tak dalej... i tak głębiej... i tak wyżej... aż nasuwa się wniosek, że cipunia zaczyna się wszędzie!!! W każdym z dwóch szanujących się podręczników bzykania znajduje się informacja, że całując kobietę w stopy, głaszcząc po karku lub pieszcząc piersi, wywołujemy reakcję cipki, choć od pięt, ust, piersi, czy karku dzieli ją kilkadziesiąt centymetrów. Jak to możliwe? Czy kuciapka zaczyna się na piętach, karku, w ustach czy cycolkach? Widocznie tak, bo gdyby jej tam nie było, toby nie reagowała. A zatem – choć może to zabrzmi obraźliwie – kobieta jest jedną wielką cipką, która zaczyna się wszędzie i kończy się nigdzie!

Otwierają się okna.

Z Moniką w hotelu.

Noc.

Ktoś puka.

– Czego?! – warczę, nie otwierając drzwi.

– U pana ktoś jest?! – słyszę pokojową.

– Nie. Jestem sam.

– A ja widziałam, że wchodziła jakaś kobieta. I nie wyszła...

– Musiało się pani przywidzieć.

– Na razie jeszcze nie jestem ślepa. Widziałam wyraźnie.

Pauza.

– O co pani chodzi?

– Żeby się pan przyznał.

Pauza.

– Więc przyznaję się.

– Do czego?

– Że jest ktoś u mnie.

– No! – mówi kobieta, odchodząc. – Jeszcze się taki nie urodził, coby Landsberską w rurę zrobił!

Wiktor:

– Chcesz zobaczyć, jak wygląda mój roczny kalendarz? Wrzesień, październik, listopad – depresja jesienna. Grudzień, styczeń, luty – depresja zimowa. Marzec, kwiecień, maj – depresja wiosenna. Czerwiec, lipiec, sierpień – depresja szczytowania, czyli stres spełnienia.

Z książki Du du du...

Jak byłem w Tworkach pierwszy raz, to też mnie straszyli.

Był taki jeden lekarz.

Wziął mnie na rozmowę.

Straszył elektrowstrząsami.

A prądu to ja się boję bardziej niż...

I punkcją mnie straszył.

Udawałem normalnego albo nienormalnego – nie wiem jakiego – jak tylko umiałem,

ale jemu ciągle coś nie pasowało.

Jak mi mówił, że mu nie pasuje, to starałem się być inny – odwrotny.

Ale czy byłem taki, czy inny – jemu nigdy nie pasowało.

Jak byłem w siódmej albo ósmej – nie pamiętam – klasie,

to przyjechał do szkoły seksuolog.

Powiedział, a nawet kilka razy powtórzył, że samogwałt jest patologią, źle wpływa

na układ nerwowy.

Częściej łap się za rozporek,

a unikniesz Tworek.

Przeczytałem to na kiblu w domu dziecka.

Całe drzwi były wymalowane.

Zręczność małpy, siłę słonia

da ci ranne bicie konia.

Polucja za polucją.

Seksualnie.

du du du

du du du

du du du

Sensualnie.

Powiedział mi kiedyś jeden psychiatra, że ze mną dlatego tak kiepsko, bo myślę sensualnie.

Nie intelektualnie.

Sercem myślę.

Nie głową.

Uczuciami się kieruję.

Instynktem.

Nie rozumem.

Że jakbym zaczął analitycznie, to może... może nawet i bym mógł być pełnowartościowym obywatelem.

Już w kilka godzin po przejściu z czasu letniego na zimowy większość butów popada w depresję. Jest to choroba widoczna już na drugi rzut oka. Na przykład buty – a przynajmniej jeden z nich – leży niedbale przewrócony na bok, choć wieczorem właściciel ustawił go arcypedantycznie równo. Innym charakterystycznym objawem depresji obuwia jest nieustanne samorozwiązywanie się sznurówek. Oblicza butów dotkniętych depresją są zawsze przygnębione, bez względu na nasączanie środkami konserwującymi i pogodę. W obuwiu o obniżonym nastroju chodzi się niepewnie: a to buciory zahaczają o podłoże, a to nagle stają się dwa razy cięższe niż wówczas, gdy były zdrowe, a to sprawiają wrażenie, jakby chciały podreptać w przeciwnym kierunku, niż zmierza właściciel butów. Znane są przypadki – i to wcale nie takie rzadkie – że buty owładnięte depresją, nawet te nowe i zadbane, popełniają samobójstwo i nie są w stanie zmartwychwstać nawet w rękach najlepszego szewca, i nie poddają się reanimacji nawet najbardziej luksusowymi kosmetykami.

Leczenie: depresja butów, jak dotąd, jest chorobą nieuleczalną i jedynym rozwiązaniem jest zaakceptowanie jej.

Mroczne jesienne popołudnie.

Zjedliśmy obiad.

Siedzę w fotelu, Wiktor leży na tapczanie.

– Już wiem, dlaczego jest mi źle... – mówi.

– No?

– Bo zabrakło mi natury.

– Czego ci zabrakło?

– Natury... Borów, rzek, pól. Osiemnaście lat nie widziałem bociana!

Pauza.

– Wcześniej czy później muszę wrócić do źródła.

– A gdzie to jest?

– Tam, skąd przyjechałem. Pauza.

– Muszę wrócić do źródła, bo przecież nie po to kładę się spać, by sny o wolności przerywały mi rozklekotane tramwaje.

Pauza.

– I nie po to mam płuca, by je gwałcić fabrycznym dymem.

Pauza.

– Muszę wrócić do źródła, bo nie po to mam oczy, by je drażnić widnokresem z betonu.

Pauza.

– I nie po to mam serce, by mi pękało na środku pustej ulicy milionowego miasta.

Pauza.

– Aby żyć, muszę wrócić do źródła. Pauza.

– Tu, gdzie teraz jestem, świat skończył się już dawno. Pauza.

– Co ty na to, Duet?

– Kompleks chomika, Wituś! Takim jak ty zawsze i wszędzie będzie ciasno! I jak chomik stale będziesz próbował wydostać się Bóg nie wie gdzie. I wiecznie będziesz rozdrapywał ściany, nawet te nieistniejące...

– Smutne to, co mówisz, ale na szczęście nieprawdziwe. Są jeszcze, Duet, na tej ziemi takie miejsca, w których mógłbym nawet umrzeć.

Pauza.

– Spałeś kiedyś, Duet, w lesie?

– Nie.

– A piłeś może wiśniową nalewkę?

– Też nie.

– Hm, to może i poziomek nie jadłeś?

– Nie, chyba nie jadłem.

– A jabłek prosto z drzewa też nie?!

– Kiedyś, dawno.

– Znasz zapach pustych kościołów?

– Nie.

– No to sam widzisz, Duet, sam widzisz... ile pięknych spraw jest jeszcze przed nami! Zaraz ci pokażę najpiękniejszy wiersz świata – mówi Wiktor, wyjmując z torby bochenek chleba.

Wysokimi, śliskimi schodami schodzę do kabiny w publicznej toalecie.

Hałas – turlanie się.

– Niech pan uważa! – słyszę głos babci klozetowej.

Po chwili:

– Jezu!

– Co się stało? – pyta jakiś mężczyzna.

– Potknoł sie i runoł.

– Ja jestem lekarzem.

Pauza.

– Nie żyje – mówi mężczyzna.

– Jak to nie żyje? – dziwi się babcia. – Przecie żył... Spuszczam wodę.

Wychodzę z kabiny.

Na schodach leży chłopak.

– Trzeba go czymś nakryć – mówi lekarz.

Babcia, z otępieniem w oczach, przykrywa chłopaka trzymanym w ręku papierem toaletowym.

Z książki Du du du...

Babka powtarzała bez przerwy.