Pomroki - Jarosław Borszewicz - ebook + książka

Pomroki ebook

Jarosław Borszewicz

4,2

Opis

„Wszędzie dobrze, ale w życiu najlepiej”.

Choć Pomroki są kontynuacją Mroków, to obie książki, poza imieniem i nazwiskiem podmiotu lirycznego (Duet Zezowaty), dzieli właściwie wszystko. Główną bohaterką Mroków była śmierć, a w Pomrokach jest nią miłość: do Słońca, do Urszuli Sipińskiej, do królików, do Janka Wędrowniczka, do starych rowerów, do Włodzimierza Lubańskiego, do świetlicy szpitala psychiatrycznego, do Krosna Odrzańskiego i miliona innych ludzi, rzeczy i zjawisk... W książce sprzed 35 lat Duet zastanawiał się jak pięknie umrzeć, a w Pomrokach – jak pięknie żyć, bo „Wszędzie dobrze, ale w życiu najlepiej”.

Jarosław Borszewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opracowanie graficzne: Janusz Barecki

Korekta: Jolanta Spodar

Copyright © by Barbara Borszewicz

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2016

ISBN 978-83-244-0467-4

Wydawnictwo ISKRY

al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827-94-15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Za dobrą energię, listy i rozmowy

– bez których nie ukończyłbym tej książki –

dziękuję

WIESŁAWOWI UCHAŃSKIEMU

oraz

Leszkowi Bugajskiemu

Annie Dymnej

Agnieszce Dziewulskiej

Włodzimierzowi Lubańskiemu

Andrzejowi Mleczce

Krzysztofowi Obłuckiemu

Magdzie Piekorz

Urszuli Sipińskiej

Mireli Tomczyk

Julii Uchańskiej

Składam także zaoczne podziękowania

AGNIESZCE OSIECKIEJ

za pomoc w publikacji tomiku Zezowaty Duet

Siostrze – Barbarze Borszewicz

– ...Duet Zezowaty?! – powtórnie zapytał Piotr. – Nie mam cię w kartotece! Na pewno z Ziemi przybywasz?

– Tak, z Ziemi! Duet... Duet Zezowaty, Krosno Odrzańskie, Bolesława Chrobrego 30, pierwsze piętro – odpowiedziałem, trzęsąc się ze strachu, że mnie wyrzucą z kolejki.

– Hm, no nie mam cię w ewidencji! A w jakich latach żyłeś?

Podałem dokładne daty i godziny narodzin oraz śmierci, ale na niewiele się to zdało, bo Stróż Raju i tym razem nie odnalazł mnie w rejestrze Ziemian.

– No i co teraz ze mną będzie? – zapytałem strwożony.

– Jest tylko jeden ratunek: musisz udowodnić, że żyłeś.

– Ooo, dziękuję z całego serca! Oczywiście, że żyłem i bez trudu to udowodnię! A ile mam czasu?

– Tyle co wszyscy:  w i e c z n o ś ć ...!

OSTATNI LIST OD PIERWSZEJ MIŁOŚCI

Nie pisz do mnie więcej!

A jeżeli już musisz,

to nie pisz atramentem z mojej krwi!

I zapamiętaj, proszę,

że miłość nie jest dworcową poczekalnią,

do której o każdej porze dnia i nocy

można wejść albo z niej wyjść.

Dlaczego ja cię w ogóle wpuściłam do swego życia?!

Nie, nie! Ja cię nie wpuściłam!

Tyś się do mojego życia po prostu włamał!

Zresztą i tak tego nie zrozumiesz,

bo cudze życie boli inaczej niż własne.

Pytasz, czy możemy spróbować jeszcze raz?

Nie możemy, bo nie da się wrócić do czegoś,

czego już nie ma.

Zapomniałeś,

że nawet nasze zegarki nie chciały iść razem przez życie,

bo twój zawsze musiał dominować

i kiedy mój wskazywał południe,

to na twoim była już 12.01!

Ale powiem ci na pociechę,

że najdłużej pamięta się to,

co się nigdy nie zdarzyło...

I dlatego tę miłość zapamiętamy

aż do pocałunku śmierci!

Jaki Bóg – tacy ludzie...

Wszędzie źle,

ale w życiu najgorzej...

Jeżeli Boga nie ma,

muszę to wiedzieć najpóźniej do godziny 19.47 w piątek.

Najtrudniejsza rzecz po przebudzeniu: POGODZIĆ SIĘ Z ŻYCIEM!!!

cykcykcykcykcyk

cyk cyk cyk cyk cyk

CYK CYK CYK CYK CYK

Słyszysz?

To mija twoje życie!!!

Kiedy się budzę później niż o siódmej rano, to przez całe przedpołudnie jestem trupowaty!

Świat już działa, sprawy są rozkręcone, ludzie się rozpędzają, co ładniejsze dziewczyny na Starówce są już adorowane, decyzje zapadają, najchrupniejsze bułeczki już wykupione, najtwardsze pomidorusie sprzedane, a ja – choć już nie zmarły – to jeszcze nie zmartwychwstały...!

LIŚCIOR OD NIEOBECNEJ

Tak, najpóźniej do piątku muszę wiedzieć:

jest Bóg czy go nie ma?!

– Dzisiaj znowu mam 123 lata,

tyle co najstarszy człowiek świata...

– A jeszcze wczoraj mówiłeś,

że czujesz się jak noworodek!

– Popatrz, jak ten czas zapierdala:

w jedną noc minęły 123 lata...!

Hm, co zrobić, aby od razu po przebudzeniu mieć dobry humor? Może nad łóżkiem – na wprost oczu – powiesić zdjęcie? Ale czyje?

Pana Boga? A jeśli tak, to którego?

Misia koali?

Urszuli Sipińskiej? Włodka Lubańskiego?

A może zaczynać dzień od jakiegoś wiersza czy piosenki? Już wieczorem ustawić na szafce magnetofon z taśmą zatrzymaną na ukochanej piosence albo tomik wierszy otwarty na ulubionym tekście – i natychmiast po przebudzeniu wysłuchać lub przeczytać toto?

Aha – już to widzę, jak będę czytał o szóstej rano wierszyki, wiedząc, że koń jest głodny! Poza tym: skąd wziąć tę poezję i piosenki, po których chce się żyć, jak wszędzie tylko mroki, samotność, mroki, rozpacz, mroki, rozstania i mroki... i mroki... i mroki...

Pierwsze lęki każdego ranka po przebudzeniu:

czego może mi dzisiaj zabraknąć?!

Chałki? Tak!

Klientów? Tak!

Miejsca na postoju dorożek? Tak!

Mrocznych myśli? Nie!!!

Tego czarnowidztwa mam zawsze pełną łepetynę...

Piekło zaczyna się o 7.15,

a więc zostało mi jeszcze aż półtorej godziny...

„Mistrz rzekł:

Choćbym miał lichym żywić się jadłem,

Pić tylko wodę

I zgięte ramię mieć w nocy za poduszkę,

To i tak w tym stanie radość znajdę”.[1]

Najważniejsza sprawa po przebudzeniu: POLUBIĆ ŻYCIE!!!

A jak nie da się polubić, to chociaż zaakceptować!

A jeśli i zaakceptować się nie da, no to choć tolerować to życie...

Wczoraj widziałem Monikę – mogłem się przywitać i spróbować...

Tfu!

Przestań wreszcie reżyserować swoją przeszłość!!!

Dlatego natura dała ci oczy tylko z przodu głowy, żebyś nie oglądał się za siebie, ale patrzył na wprost!

Nie da się wrócić do czegoś,

czego już nie ma!

Boże!

Zrób coś,

żeby mi się chciało żyć!

Nigdy nie osiągniesz celu, jeżeli nie wiesz, co jest tym celem! – powtarzam sobie co wieczór.

...i każdego ranka znowu nie wiem, dokąd zmierzam!?

Hm, jak to niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia: czasem wystarczy zrobić siusiu...

Za ścianą.

– Dom nie służy do kłócenia! W domu nie powinno się tego robić!

– A co się powinno robić?

– W domu powinno się robić dom!

Ale teraz problem numer 1 to ustalenie do godziny 19.47 w piątek, czy jest Bóg?!

Żyje się tylko raz... a umiera codziennie!

Czy to jest sprawiedliwe!?

To moje mieszkanie chyba mnie nie lubi!

Każdy przedmiot ma jakiś problem:

żarówka wypalona,

długopis wypisany,

szklanka wyszczerbiona.

Każdy kwiatek chce czegoś ode mnie:

storczyk przelany,

paprotka wyschnięta,

a kaktus cierpi na przewlekłą melancholię.

Każda ściana o coś mnie prosi:

wschodnia o inny kolor,

zachodnia o zlikwidowanie zmarszczek,

a południowa – by ją wyprostować.

Każdy mebel żałośnie do mnie skrzypi:

sofa, że pęknięta,

szafa, bo drzwi się jej nie domykają,

a krzesło łże, że ma reumatyzm.

Każdy ciuch ma jakieś pretensje:

koszula – że niewyprasowana,

skarpetka – że dziurawa,

a garnitur – że nie jest smokingiem...

Co ja mam zrobić z tym swoim życiem?

Tam, gdzie mnie nie ma, to już byłem.

No to może pójdę tam, gdzie jestem...?

Tak! Świetny pomysł! Jadę tam, gdzie jestem!

Starówka.

Watahy ludzi – jak tu nadać sens każdemu człowiekowi?

Skąd wziąć tyle sensów?

W dorożce.

Studencka para na lekkim rauszu.

Gdy zatrzymaliśmy się pod światłami na Świętokrzyskiej, podbiegła ich rówieśnica.

– Co robicie w sobotę wieczorem? – zapytała.

– Córeczkę! – roześmiała się dziewczyna.

– A w niedzielę?

– Synka! – odkrzyknął chłopak.

Motylki wspomnień.

Gdy 328 dni temu spacerowałem z Moniką Krakowskim Przedmieściem,

to na jej widok ze wzruszenia topił się śnieg.

Szoferzy wjeżdżali na skrzyżowania przy czerwonym świetle,

a menele spod monopolowego cmokali:

– Taka śliczna i nie w ciąży?!

Gołębie przestawały polować na końskie pamiątki,

a prawy chodnik zazdrościł lewemu,

że Monika stąpa właśnie po nim.

Staromiejskie maszkaronidła zagadywały swoich adonisów,

by paplaniną odwrócić ich uwagę od Moniki,

a oni ślepili w witryny sklepów

z nadzieją, że może ujrzą tam choć jej odbicie...

W dorożce.

– Tato, czy to prawda, że Ziemia się kręci?

– Prawda.

– A w którą stronę się kręci?

– W niedobrą, synku, w bardzo niedobrą...

Ja: Zobacz tę rycinę!

Oktawian, syn Alberyka,

w wieku osiemnastu lat został papieżem

i przyjął imię Jan XII...

On: No i co z tego,

że osiemnastolatek został papieżem?

Czy dzięki temu

ubyło chociaż pół jakiejkolwiek wojny?

Czy choć jedno dziecko stało się szczęśliwsze?

Czy to ocaliło od egzekucji choćby jedno drzewo?

LIŚCIOREK OD NIEOBECNEJ

Dlaczego Pan Bóg nie dokończył świata?

Zmęczenie? Kontrrewolucja? Samobójstwo?

Zaczął rewelacyjnie i do soboty wszystko było cacy, ale w niedzielę zachciało mu się odpoczynku i po tym jednodniowym urlopiku nie wrócił już do pracy, zostawiając świat rozgrzebany...

Hm, kto i dlaczego przerwał Panu Bogu tworzenie świata?

Babcia Marysia do likwidacji?!

Kura ma pióra, ja wam dam likwidację babci Marysi!

...warczałem sam do siebie, krocząc dziarsko do cmentarnej kancelarii.

Na szczęście była już nieczynna! Na szczęście, bo widząc odbicie swojej twarzy w oknie kancelarii, zauważyłem na ustach białą pianę.

W dorożce.

– Świat mi się zawalił!

– Zazdroszczę ci, bo mój świat wciąż istnieje...!

Zamroczony zegar uderzył jedenaście razy zamiast dziesięciu, bo choć od miesiąca obowiązywał czas letni, to on kukał jeszcze po zimowemu.

Ruszyłem już dorożką w stronę stajni, gdy podpełzła jakaś zołza z rozmytym wzrokiem i trzęsącą się ręką podsunęła mi legitymację w mrocznej oprawie. Wystraszyłem się, że to Urząd Skarbowy, esbecja, sanepid, Państwowa Inspekcja Pracy, Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt, milicja, Najwyższa Izba Kontroli, Wydział Handlu, Stowarzyszenie Praw Konsumenta, Związek Hodowców Koni, prokuratura, Wydział Zatrudnienia, Stowarzyszenie Dorożkarzy...

...a to tylko dziennikarka „Wieczoru Warszawy”!

– Marlysia – dygnęła nienaturalnie.

– Marlysia?! – zarechotałem rozbawiony jej dykcją.

– Marlia Borlszewicz. Przeprlaszam, ale erl nie wymawiam – zarumieniła się prowincjonalnym burakiem.

– No i...? – niecierpliwiłem się.

– Na wywiad... – mruknęła.

– Co, na wywiad?! – syknąłem. – Przyszła pani do mnie o dziesiątej w nocy na wywiad?

– Uhm – przytaknęła mrocznie głową. – Trzy wywiady miałam umówione... i wszyscy nawalili.

– Jutro – zaproponowałem, licząc na to, że co się odwlecze, to uciecze.

– Wyrzucą mnie z rledakcji! O ósmej rlano muszę oddać wywiad!

– No to pytaj, dziewczyno, zanim ja i mój koń padniemy ze zmęczenia!

– Wiozłeś... kogoś... – widać było i słychać, że każde wypowiadane słowo bardzo ją boli.

– Jak to: czy wiozłem kogoś?!

– No, papieża... albo prlemierla rlolnictwa – zaczęła bredzić, trzęsąc się, choć wieczór był upalny.

– Ta, wiozłem prezydenta! domu wariatów! – roześmiałem się, podcinając konia. – Do niezobaczenia!

Kura ma pióra! Jak ma być dobrze w Polsce, skoro do redakcji przyjmują takie ofermy?! – zastanawiałem się w drodze do domu. Ani toto wysłowić się nie potrafi, ani toto aparycji nie ma... i ten „prlemierl rlolnictwa”... No, kabareciara!

Hm, tak marzyłem o kolacji i łóżku – no i co?! Najadłem się, wykąpałem, a sen – mimo północy – nie nadchodził!

Czemu ta poczwara podeszła akurat do mnie? I dlaczego ona tak od rzeczy gada? Premier rolnictwa... niby dziennikarka, a nie wie, że rolnictwa to może być co najwyżej minister?! I te jej białe, spierzchnięte wargi. No tak, trzy osoby zrobiły ją w rurę z wywiadem, to z rozpaczy podeszła do pierwszego lepszego faceta...

Ale – właściwie to dlaczego ja jej odmówiłem? Przecież to byłaby rewelacyjna reklama mojej dorożki! W dodatku bezpłatna! Poza tym „Wieczór Warszawy” dobrze mi się kojarzy: jak miałem pięć, nie! sześć lat, to wygrałem konkurs tej gazety na najładniejszy rysunek Syrenki. Pamiętam nagrody: książka O Janku Wędrowniczku i kilogram landrynek w metalowym, wielobarwnym pudełku. Książkę mam do dzisiaj. Pudełko też; przechowuję w nim rodzinne fotografie.

Ale – gdzie to pudełko stoi?!

A na półce pod twoją łepetyną!

Aha! A książka z dyplomem?

A leży pod pudełkiem, na którym ono stoi!

Zmęczony, przeżółkły dyplom z logo „Wieczoru Warszawy” i równie spatynowana książka O Janku Wędrowniczku Marii Konopnickiej.

O, jak ślicznie tam daleko,

Pod tym lasem nad tą rzeką!

Jak się słonko w wodzie złoci!

Co tam w łąkach jest stokroci,

Co tam zboża, co tam chat,

Jak szeroki, piękny świat!

Przeczytałem książkę dwa razy – przez kilkadziesiąt minut znowu miałem sześć lat – po czym rozsypałem wszystkie fotografie z pudełka po landrynkach, które otrzymałem w nagrodę za zwycięstwo w konkursie na rysunek Syrenki.

Trzy godziny miodu dla oczu! Mimo że połowa ludzi z tych zdjęć już nie żyła, a druga połowa też umarła, ale jeszcze o tym nie wiedziała. Hm, jak wiele osób z tych fotografii pokochałem dopiero po ich śmierci!

Gdy o świcie odkładałem pudełko, książkę, dyplom i rysunek, to wiedziałem, że ten regał do końca życia nie będzie już dla mnie taką zwyczajną półką, jaką był przez dziewiętnaście lat, ale kinem, cmentarzem, biblioteką i rodzinną kroniką jednocześnie.

A wracając do tej – pożal się Boże – dziennikarki, to dlaczego ja ją spławiłem? No tak, byłem głodny! Ale już się nasyciłem. Piąta rano... Hm, szkoda, że już nie da się tej gafy naprawić. A jeżeli rzeczywiście wyleją ją przeze mnie z redakcji?! Może zadzwonię i zrobimy ten wywiad przez telefon? Ale nie mam numeru! Książka telefoniczna! Tylko jak ona się nazywa? Bolszewik? Nie, w jej nazwisku było „r”. Borusiewicz? Nie ma takiego w książce! Może Broszkiewicz? Też nie ma! Ooo, jest: Borszewicz Maria!

DZWONIĘ!!!

Odebrała zdenerwowana matka: tak, ma córkę Marię, ale wieczorem dzwonili ze szpitala Babińskiego, że tam leży.

Szpital Babińskiego? Przecież to psychiatryk! No, pięknie! Przeze mnie zwariowała!

Ruszyłem w te pędy!

– Jestem bratem Marii Borszewicz – okłamałem portiera, wsuwając mu do kieszonki dyszkę. – Muszę podać siostrze bieliznę i takie tam babskie różności...

– Znamy Marysię, oj, znamy! Delirka, drugie piętro.

Marysia – ukrzyżowana kaftanem bezpieczeństwa – leżała na mrocznym wyrze w wieloosobowej sali i zwierzała się spacerującej po jej kaftanie bezpieczeństwa muszce.

– Rodzice trzy razy dziennie powtarzają mi:

„To jest twoje życie

i jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz!”

...no to ja się, qrwa, pytam:

jakie to jest to moje życie,

jak w tym moim życiu nie ma nic mojego?!

Jak to nie ja wybrałam epokę, w której się urodziłam!

Jak to nie ja wybrałam sobie swoją płeć!

Jak nawet swoje imię i nazwisko nie ja sobie wybrałam!

Jak to nie ja wybrałam sobie ojczyznę!

Jak więc, qrwa, można powiedzieć,

że to jest moje życie?!

Jeżeli ochrzcili mnie bez mojej wiedzy i zgody!

Jeżeli to nie ja decyduję, do jakiego kraju wolno mi wyjechać!

I to nie ja wybrałam sobie narodowość i kolor własnej skóry!

I to nie ja wybrałam swój charakter i osobowość!

I to nie ja wybrałam swój własny wygląd!

I to nie ja wybrałam rodzinę, w której przyszłam na świat!

I to nie ja wybrałam świat, w którym przyszłam na świat!

Jak zatem, qrwa, można powiedzieć, że to jest moje życie,

jak ja nawet nie mam wpływu na długość tego życia?!

Jak nie mam wpływu na to, kiedy i w kim się zakocham,

ani kiedy i od kogo się odkocham!

...a rodzice mi, qrwa, na to,

że jak chcę, to przecież mogę wszystko zmienić:

imię, nazwisko, płeć, rodzinę, religię...

– Zgoda, mówię, rzeczywiście mogę wszystko zmienić,

ale po kiego członka mi takie moje życie,

w którym mam wszystko zmieniać?!

Przecież jak wszystko w tym moim życiu zmienię,

to to moje życie nie będzie już moje!

A czyje będzie? Niczyje...!

Gdy podszedłem i chciałem usiąść na taborecie, wrzasnęła:

– Wynoś się, zboczeńcu, bo milicję wezwę! – krzyczała, plując na mnie. Z jej nieprzytomnych oczu wyczytałem, że mnie nie poznaje.

– Do ósmej jeszcze dwie godziny – zmieniłem temat. – Zdążymy zrobić ten wywiad.

– Zboczeniec! Zboczeniec! Zboczeniec!

– ...a może ja przeprowadzę rozmowę sam ze sobą i o ósmej zaniosę ją w twoim imieniu do redakcji, co? – zapytałem, wycierając ślinę.

Tym razem Marysia przytaknęła skinieniem głowy i chyba się uśmiechnęła.

Leżąca na sąsiednim łóżku osoba w brudnej piżamie, która mogła być zarówno kobietą, mężczyzną, jak i obojnakiem (z lekkim wskazaniem na kobietę), żarła łapczywie brudnymi łapskami brudne żeberka prosto z brudnej michy stojącej na brudnej szafce ustawionej na brudnej podłodze. Niezgrabnie oddzielała mięso żeberek od koś ci; śmierdzący sos spływał po jej czarnych paznokciach, a z owrzodziałego nosa kapkapała prosto do miski kropla za kroplą.

Kobieta (?) wypluwała z powrotem przeżute kości do michy, wyławiała z niej brudnymi pazurami nowe kawałki mięcha – z nocha kapkap do miski – miażdżyła je sztucznymi zębami, po czym, wypluwając kości niedające się zmielić kłami, wycharchała je do michy razem ze swoją protezą. Gdy zorientowała się w zgubie, zaczęła szukać oblepionymi sosem łapskami zębów na dnie miski, a jak je wyłowiła, to wcisnęła szczękę pełną cuchnącego sosu z powrotem do gęby.

Powstrzymując wymioty, wymknąłem się do szpitalnej świetlicy, w której osaczony psychicznie i nerwowo chorymi zacząłem komponować wywiad z samym sobą.

6.13!

Czyli pozostała mi godzina i czterdzieści siedem minut, co wydawało się wiecznością.

Tytuł wywiadu:ODCZAROWANY DOROŻKARZ.

– Najoryginalniejsi pasażerowie?

– Chłopak i dziewczyna, którzy poczęli swoją córkę w trakcie jazdy moją dorożką. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że ani ja, ani przechodnie niczego nie zauważyliśmy. A przecież TO się stało w samo południe! Owszem, widziałem, że dziewczyna siedzi chłopakowi na kolanach, ale w ten sposób podróżuje wiele par... A tak nawiasem mówiąc, to jestem ojcem chrzestnym tego dzidziusia; rodzice stwierdzili, że nie wyobrażają sobie lepszego chrzestnego, bo to ja przyniosłem im szczęście.

– Niesamowita historia! A jaki jest najgorszy typ pasażerów?

– Pijani dorożkarze! Oni zawsze wiedzą lepiej od wiozącego ich stangreta, którędy najbliżej do celu. Awanturują się, że jadę za szybko, a za chwilę sztorcują mnie, że się guzdrzę. A to coś im za głośno skrzypi, a to zbyt mocno trzęsie, a to siedzenia za twarde, a to rachunek zawyżony... Tak nie do końca żartując, rozważam zainstalowanie tabliczki: DOROŻKARZY NIE OBSŁUGUJĘ!!!

– A czy zdarzyła się panu jakaś wesoła przygoda?

– Tak, w ubiegłym roku koń wymówił mi posłuszeństwo! Mimo że był zdrowy, najedzony, wyspany, to nie chciał ruszyć z miejsca. W pierwszej chwili uniosłem bat, ale szybko zrezygnowałem z tej metody, bo skoro protestuje tak inteligentne stworzenie jak koń, no to coś w tym musi być; może miał złe przeczucie? może czuł, że grozi nam wypadek? Przeprosiłem więc pasażerów, którzy przesiedli się do konkurencyjnej dorożki, a mój koń po kwadransie ruszył w następny kurs.

– Hm, jak widać, nie tylko kobiety zmienne są. A jak to się w ogóle stało, że nastolatek został dorożkarzem? To nie jest popularny zawód wśród pana rówieśników...

– Jak umarł dziadziuś, to został po nim koń i dorożka. Nikt w rodzinie tego nie chciał, w końcu ktoś rzucił pomysł, żeby dorożkę sprzedać, a konia oddać do rzeźni. Żal mi się zrobiło i konia, i dorożki, bo dziadziunio budował ją przez dwadzieścia lat. No i w ten sposób zostałem stangretem, mimo że parę tygodni wcześniej dostałem się na wydział aktorski Szkoły Teatralnej.

– Wzruszające! Wiemy już, za jakimi pasażerami pan nie przepada, a czy może pan zdradzić, jakich lubi pan najbardziej?

– Takich, którzy opowiadają:

Że mieli zagrać w filmie,

ale reżyser się powiesił.

Że zdobyliby Mount Everest,

ale nie dostali paszportu.

Że mieli startować na olimpiadzie,

ale wybuchła wojna.

Że ich prawdziwym, biologicznym ojcem

jest król Kukurykustanu.

Że mieli lecieć na Księżyc,

ale zabrakło pieniędzy na rakietę.

Że znaleźli skarb stulecia,

ale milicja im go odebrała.

Że wytypowali trafnie szóstkę w totka,

ale zgubili kupon.

Że zerwali zaręczyny z Bardotką,

bo nie była dziewicą.

Że dynamit wynalazł ich dziadziuś,

ale Nobel podwędził mu próbkę.

Że przygotowali zamach na Hitlera,

ale wojna za szybko się skończyła.

Że mieli zawiesić flagę na Reichstagu,

ale Rusek ich odepchnął.

Że zakochał się w nich Onasis,

ale Maria Callas zamknęła go w areszcie domowym.

Że byłyby Miss Polonią,

ale narzeczony zabronił im udziału w konkursie.

Że namalowalibyBitwę pod Grunwaldem,

ale mają za małe mieszkanie.

Że byli już na tamtym świecie,

ale wrócili do życia –

i bardzo tego żałują...

Niezbyt elegancko, bo punktualnie o 8.00 w imieniu Marysi dostarczyłem wywiad sekretarzowi redakcji „Wieczoru Warszawy”, a ten – bez oglądania tekstu – przekazał go natychmiast gońcowi z poleceniem odwiezienia do drukarni.

Tymczasem ja urządziłem sobie wycieczkę po piętrach, tym samym szlakiem, którym dziewiętnaście lat wcześniej redaktor naczelny tej popołudniówki oprowadzał kilkuletnich laureatów konkursu na rysunek Syrenki.

Łzawa sprawa!

Tym bardziej że pod pachą trzymałem tę samą co w 1962 roku książkę O Janku Wędrowniczku.

Aby skrócić sobie oczekiwanie na gazetę, która ukazywała się o 14.00, podjechałem dorożką na postój i od razu nawinęło mi się dwóch staruszków, którzy zamówili kurs do szpitala.

Starszy staruszek rozpiął mankiet koszuli i pokazał młodszemu staruszkowi rękę pokrytą dziwnymi przebarwieniami.

– Mówię ci, że to stygmaty! – zakomunikował z dumą.

– A ja ci mówię, że świerzb! W wojsku kiedyś podłapałem toto dziadostwo, to wiem, jak wygląda.

– ...a ja widziałem niedawno fotografie Ojca Pio, to miał takie same stygmaty! Poza tym intuicja mi podpowiada, że zostałem wybrany.

– Ty wybrany?! Ale do czego? – zachichotał kolega.

– Bijesz zakład?! O stówę! Ja twierdzę, że to stygmaty, a ty – że świerzb. Zaraz lekarz to rozstrzygnie. Bijesz?

– Biję! Ale o dwie setki!

– Dwóch to nie mam – staruszek przetrząsnął kieszenie. – O półtorej, co?

– Moja strata! Niech będzie półtorej stówki!

Ulewa.

Rozkładam w dorożce dach i spod przedszkola zabieram babcię z wnuczkiem.

– Jak ja nie cierpię deszczu! – zwierza się wnuczek. – A on pada, i pada, i pada, i pada!

– ...bo to jest jego praca! – komentuje babcia. – Gdyby nie padał, to z roboty by go wyrzucili!

– Jak to?! – dziwi się wnuczek.

– A tak to! Przyszedłby deszcz do pracy, a dyrektor nieba zapytałby go: „Ile razy w tym tygodniu pan padał?”. A deszcz na to: „Ani razu”. „No to zwalniam pana z pracy!”. A bez pracy, no to deszcz by raz-dwa umarł!

– Ooo, jak tak, no to niech już sobie pada... niech pada...

...z mokrym jeszcze egzemplarzem „Wieczoru Warszawy” wróciłem do szpitala.

Maria – oswobodzona już z pasów – na widok winiety „Wieczoru” rozpłakała się radośnie.

– Jestem dorożkarzem, wczoraj prosiłaś mnie o wywiad, pamiętasz?

– Uhm. Ale niepodobny do siebie jesteś. Wczorlaj byłeś taki... no... barldziej poprzeczny.

– Bardzo lubię „Wieczór Warszawy” – zmieniłem temat. – Jak byłem u starszaków, to wygrałem konkurs na...

– A kogo barldziej lubiłeś na dobrlanoc – przerwała Marysia – Bolka i Lolka czyJacka i Agatkę?

– Gąskę Balbinkę!

– A ja Królika Bugsa!

Podałem Marysi gazetę z wywiadem opatrzonym podpisem: „Z Duetem Zezowatym, najmłodszym warszawskim dorożkarzem, rozmawia Maria Borszewicz”.

– Cudeńko! – krzyknęła po przeczytaniu. – A pytali cię w rledakcji o mnie?

– Niestety, nie.

– Pies ich kopulował! Mają dziennikarzy w odbytnicy, byleby tylko wywiad był na ósmą rano!

–A co ci lekarz powiedział? – po raz kolejny zmieniłem temat, bo poprzedni za bardzo denerwował dziewczynę.

– Że to... zatoki i najpóźniej pojutrze wyjdę – skłamała, ale słychać było, że nie ma w tym wprawy.

– To co, nie będę ci już potrzebny? – zapytałem, wstając.

– Gdybyś mógł... muszę jeszcze wywiad na poniedziałek, ale nie mam ciśnienia.

– A z kim ten wywiad?

– Jestem umówiona na jutrlo z rleżyserlem filmowym – Marysia zajrzała do notesu. – Ooo, tu jest jego adrles.

– Jutro sobota: najlepszy dzień dla dorożkarzy – próbowałem się wykręcić, bo najnienormalniej bałem się spotkania z tym sławnym filmowcem.

– Prloszę – Marysia jęknęła z taką miną, że aż mi się sumienie obudziło.

– Dobrze, ostatni raz! Dawaj ten adres!

– On jest takim gadułą, że wystarlczy włączyć magnetofon i nie przerlywać mu, a wywiad gotowy!

– Zabiłam człowieka. Z miłości. Bóg mi świadkiem! Zabiłam człowieka. Z miłości. Bóg mi świadkiem – powtarzała monotonnie leżąca obok Marysi pacjentka, przywiązana pasami do łóżka. – Ale zabiłam tylko jednego człowieka, męża! A urodziłam dwóch synów! No to summa summarum i tak o jednego człowieka do przodu jestem, bo zabiłam tylko jednego ludzia, a urodziłam dwóch!

Na szpitalnym korytarzu stary pacjent pocieszał młodego:

– Ty przepiłeś pensję,

a ja życie!

Ciebie wyrzucili z pracy,

a mnie ze świata...

więc jest między nami pewna subtelna różnica...

Garby wspomnień.

...a pamiętasz, jak dziewiętnaście lat temu w przedszkolu Gosiunia – dziewczynka, która najbardziej ci się podobała – powiedziała wychowawczyni, że nie chce po obiedzie spać na łóżeczku obok twojego, bo ją macasz pod kołdrą?!

Zobacz, Stary Człowieczku,

do jakiej ruiny się doprowadziłeś,

że zazdrościsz już nawet pacjentom psychiatryka!

Ale z drugiej strony, jak im nie zazdrościć, jak oni

rozmawiają z Hemingwayem, a ty z Edkiem Harmonistą?

Oni są w Paryżu, a ty w Krzywej Górce!

Oni czują się milionerami, a ty żebrakiem!

LISTEK OD NIEOBECNEJ

Nasze życie na Ziemi jest piknikiem

w porównaniu z naszym życiem w ziemi...

...Osiemnaście nieopłaconych grobów, które – jeżeli nie przedłużę im życia o kolejne dwadzieścia lat – w każdej chwili mogą być zlikwidowane i to w majestacie prawa!

Babcie, dziadziusiowie, ciocie, wujkowie i wujenki, stryjkowie i stryjenki, praciocie i prawujkowie, prababcie i pradziadziusiowie oczekujący lub nieoczekujący zmartwychwstania na cmentarzach Całej Polski i Byłej Polski, a być może także i Przyszłej Polski. Większości tych protoplastów nawet nie widziałem na własne ani cudze oczy, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo w tej chwili są to najbliżsi mi ludzie na Ziemi, a ja jestem ich Noem!

Kura ma pióra, jak to możliwe, że żyli i umierali dla Polski, z Polską i przez Polskę, budowali domy, kochali i bywali kochani, a minęło parę latek i co – nawet swojego grobu mogą nie mieć?!

Tych osiemnaście mogił czekających na wyrok nie pozwala mi spać, jeść, rozmawiać, a za chwilę nie będę mógł przez tę sprawę nawet oddychać, bo ta hańba zwyczajnie mnie dusi!

Lubię i umiem rozwiązywać problemy rozwiązywalne, ale ten rozwiązywalny nie jest, bo nawet gdybym chciał tym osiemnastu grobom przedłużyć żywot, to z trzech powodów jest to niemożliwe. Po pierwsze: bo nie wszystkich tych grobów jestem dysponentem. Po drugie: bo w kilku przypadkach nawet nie wiem, gdzie się te mogiły znajdują. I po trzecie: nie udźwignę tego finansowo, bo wyreklamowanie tych osiemnastu grobów od śmierci to koszt pierwszoligowego samochodu, a oszczędności mam trzecioligowe.

...a z drugiej strony: znam siebie co nieco i wiem, że ani jednej mogiły nie odpuszczę!

Hm, więc jak się skończy ten danse macabre?!

Tam, gdzie fart, tam i pecholec: na skrzyżowaniu Szczęśliwej i Mrocznej wtarabaniłem się na Monikę.

– Dlaczego... dlaczego mnie rzuciłeś? – zapytała przez łzy.

– Bo przecież ty jesteś... jesteś mężczyzną!

– Ja mężczyzną?! A skąd ci toto przyszło do łepetyny?!

– Na kilka godzin przed zerwaniem byłem u ciebie... leżałaś pijaniuteńka... Mówić dalej?

– Mów! Bo nie pamiętam tego!

– Zacząłem cię rozbierać: kiedy doszedłem do majtasów, zobaczyłem... Wiesz, co?

– Przestań, bo mi ze śmiechu błona dziewicza pęknie! Przecież to był sztuczny fajfus! Wibrator!

– Wibrator?!

– No, jacha! Wibrator w kształcie kusia!

– A co on robił w twoich figach?

– Noszę go zawsze w majtkach, bo prawdziwa kobieta nigdy nie wie, kiedy ją chcica dopadnie. Teraz też go mam przy sobie.

– No to pokaż!

– Gdzie?! Tu, na środku ulicy?!

– No to schowajmy się gdzieś... Ooo, tam są gęste krzaki!

– Spieszę się na próbę do teatru! Zadzwoń, proszę, wieczorkiem.

– Zadzwonię! Ale bez względu na to, jak potoczą się nasze losy, to chcę ci podziękować, bo to ty sprawiłaś, że przestałem wierzyć w śmierć.

– Jak to?!

– Zabiłaś mnie już dwa razy, a ja mimo to żyję: czy to nie dowód, że śmierć nie istnieje?!

– Do trzech razy sztuka! – roześmiała się Monika. – Po moim następnym strzale na pewno się już nie podniesiesz...!

POEZJOKARDIOGRAM

Serce...

Myślałem, że ono coś wie,

coś rozumie,

albo że przynajmniej jest moim przyjacielem.

A okazuje się,

że to tylko mięsień,

ot, zwykła pompka!

Ciężko jest żyć

z pompką zamiast serca...

Wieczorem – tak jak prosiła Monika – zadzwoniłem do niej.

– Nie ma takiego numeru! – usłyszałem głos operatora.

Drugi raz.

– Nie ma takiego...

Ooo! Kamień spadł mi z serca!

Ale – jeżeli już nigdy więcej nie spotkam Moniki, no to do końca życia nie poznam prawdy i nie dowiem się, czy rzeczywiście jest kobietą, czy mężczyzną?!

W pirackiej rozgłośni relacja z wyborów najpiękniejszej Polki.

– Zdobyła pani nie tylko tytuł „Miss Polonia”, ale i „Miss Publiczności”!

– ...a orgazmu jak nie miałam, tak nie mam!

– Becia?! – rozpoznałem znany mi z telewizji głos reżysera.

– Przykro mi, ale „Wieczór Warszawy” – odpowiedziałem.

– Aaaaa... Ale to miała być kobieta! – filmowiec zaprotestował histerycznie.

– Kobieta zachorowała, może być mężczyzna?

Reżyser po chwili wahania uruchomił domofon – wszedłem.

–A jest pan przygotowany do tego wywiadu? Zna pan moje filmy? – zapytał już w progu. – Bo jeśli nie, to nie będę rozmawiał.

– Oczywi... – umilkłem w połowie słowa, bo w przedpokoju zaterkotał telefon.

Reżyser wepchnął mnie do salonu i podbiegł do aparatu.

– Becia?! Błagam cię, Becia! Nie zostawiaj mnie teraz! Przecież wiesz, że kiedy kręcę film, to jestem bezbronny jak dziecko! Zgadzam się na rozwód, na podział majątku, na wszystko się zgadzam, ale za dwa miesiące! Z hotelu dzwonisz? A dlaczego ty jesteś w hotelu, a nie u mamy?! Mówiłaś, że nocujesz u mamy! I z kim ty jesteś?! Wyraźnie słyszę kaszel jakiegoś mężczyzny! Halo... halo... Becia! Halo... A to dziwka!

Trzask rzuconej słuchawki i rozpaczliwe jęknięcie reżysera.

Filmowiec – zapłakany, z pianą na ustach – wrócił do pokoju.

– Aaa, to pan?! – zdziwił się moją obecnością, ale szybciorkiem odzyskał rezon. – Zna pan tę aktorkę?

Reżyser wskazał korowód fotografii wiszących na ścianie.

– Naturalnie! To moja ulubiona aktorka.

– No to teraz jej życie... i moje... i naszego filmu jest w pana rękach! Wie pan, gdzie jest hotel Bristol? Wie pan! Czy mogę prosić pana o przysługę? Przepraszam, że się ośmielam... Naprzeciw hotelu jest ławeczka... Może pan tam posiedzieć, żeby zobaczyć, z kim ona wyjdzie z tego hotelu? Doba hotelowa kończy się o dwunastej, do tego czasu na pewno wyjdzie...

– A wywiad? – jęknąłem.

– Po południu!

– Nie mogę: o dwunastej muszę go oddać w redakcji.

– Hm, to nic z tego nie będzie! Sam pan widzi, jaki jestem roztrzęsiony! W takim stanie nic pan ze mnie nie wydobędzie! Muszę się wyciszyć, uspokoić...

– Przykro mi, ale od tego wywiadu zależy los mojej chorej koleżanki.

– Proszę pozdrowić chorą koleżankę ode mnie – mruknął reżyser, otwierając mi drzwi na korytarz.

Po wyjściu od reżysera chciałem się rzucić pod nadjeżdżający właśnie tramwaj, ale gdy byłem już na torach, przypomniałem sobie, że w moim bloku mieszka pisarz, którego wszystkie trzy książki przeczytałem, a raz to nawet pożyczyłem mu drabinę, gdy roztargniony pracą nad powieścią zatrzasnął drzwi i musiał włamywać się do własnego mieszkania przez okno.

Pozostały mi trzy godziny; obliczyłem, że jeżeli tylko zastanę go w domu i zgodzi się na ten wywiad, to do południa zdążę na pewno.

Los mi sprzyjał; gdy podjechałem dorożką pod blok, pisarz akurat podlewał kwiatki na balkonie.

– Czytałem tę pana nową powieść! – krzyknąłem na powitanie.

– Współczuję, z całego serca współczuję! Oddać pieniążki za książkę? – mężczyzna sięgnął po portfel.

– Wprost przeciwnie: z wdzięczności chciałbym przeprowadzić z panem wywiad dla „Wieczoru Warszawy”.

– Hm, wprawdzie wolę Warszawę wieczór niż „Wieczór Warszawy”, ale ponieważ mam wobec pana dług wdzięczności za tę drabinę, to zapraszam – autor wskazał mieszkanie. – Poza tym jutro jadę na miesiąc do sanatorium, a panu pewnie zależy na czasie...

W drodze spod balkonu do pracowni wymyśliłem tytuł wywiadu: W poszukiwaniu niestraconego czasu.

– Na mnie największe wrażenie robią nowe słowa, które wprowadza pan do języka polskiego: nienawimiłość, kończątek, ciupciubabka, seksoranek, amorefobia, amoreterapia, patrioidiotyzm, życiowstręt, ludziowstręt, światowstręt, telekurwa, poezjowieść, powieściozja, macieżyjstwo... Uff, wymyślił pan więcej słów niż wszyscy żyjący polscy pisarze razem wzięci!

– No to jest pan bardzo oryginalnym czytelnikiem, bo nikt poza panem tych nowosłowów nie zauważył. A jeżeli nawet parę osób je spostrzegło, to nie byli w stanie ich powtórzyć. Taka prosta „nienawimiłość”... A oni: nienamiłość, niewimiłość...

– Zastanawiam się, skąd pan czerpie energię i natchnienie?

– Z nienawiści. To brzydkie uczucie, wiem, ale daje nieprawdopodobną siłę: nienawiść napisała mi już dwie książki, a teraz pisze trzecią...

– Nienawiść do kogo?

– Obojętnie! Ot, chociażby do samego siebie.

– Nie rozumiem.

– Ja też nie – roześmiał się pisarz. – Poza tym świetnym pretekstem do pisania książek jest zemsta. Też okropne uczucie, ale równie twórcze jak nienawiść.

– No to może zmieńmy temat: co się dzieje z tą pana najnowszą książką?

– Choruje, wczoraj miała już trzeci zawał.

– A o czym jest ta książka?

– A o czym jest pana życie?

– Nie rozumiem pana pytania...

–A ja nie rozumiem pana pytania. Moje powieści są zawsze o życiu, a czy życie jest o czymś? Ta sama książka dla każdego czytającego jest o czym innym: dla alkoholika – o uzależnieniu, dla homoseksualisty – o homoseksualizmie, dla żołnierza – o walce, dla dorożkarza – o przemieszczaniu się, dla sportowca – o rywalizacji, dla nieszczęśliwie zakochanego – o nieszczęśliwej miłości, dla zakochanego szczęśliwie – o miłości szczęśliwej, dla młodego – o młodości, dla starca – o zmierzchu życia...

– Hm, a który z polskich pisarzy, pana zdaniem, jest...

– W Polsce nie ma pisarzy, są tylko opisywacze!

Chory na raka opisuje, jak choruje na raka,

homoseksualiści opisują, w kim, z kim i jak się kochają,

schizofrenik opisuje kukuryku, jakie mu się zrobiło w główce,

żołnierz opisuje, do kogo strzelał i kto strzelał do niego

a taksówkarz opisuje, co robił, widział, słyszał i mówił...

To są SPRAWOZDANIA, a nie powieści,

napisane przez OPISYWACZY, a nie pisarzy,

no i w rezultacie księgarnie zasypuje

OPISYWACTWO, a nie literatura...

– Hm, a czym się różni literatura od opisywactwa, a pisarz od opisywacza?

– Tym, czym się różni malarstwo od fotografii i malarz od fotografa!

– A pan jest pisarzem czy opisywaczem?

– Czego się pan napije?

– À propos picia: od dwudziestu lat jedzie pan tylko i wyłącznie na swoim alkoholizmie! Opisuje pan tę chorobę w każdej książce: czy to nie jest opisywactwo?

– Nie! Bo ja w życiu nie wypiłem kieliszka wódki!

– To dlaczego tematem swoich książek uczynił pan właśnie alkoholizm?

– Bo to choroba, która mnie nigdy nie dotknęła, a to, co nieznane, zawsze bardziej mnie kusiło od swojskich problemów. Poza tym choroby, nieszczęścia, tragedie, zło, dramaty, klęski, zbrodnie – to jest najkaloryczniejsza pożywka sztuki. Wyobraża pan sobie polską literaturę bez tego, co napisano w wyniku rozbiorów, przegranych powstań, emigracji, wojen, a zwłaszcza tej drugiej?! A ileż książek zostało zainspirowanych chorobą, śmiercią, zdradą, zabójstwem czy nieszczęśliwą miłością?! Zło jest najbardziej literatotwórczym czynnikiem. Zna pan dwustustronicową książkę o zdrowym i szczęśliwym człowieku?! A o chorych i złamanych powstają księgi liczące nawet kilka tysięcy stron!

– Ale czytelnicy chcą...

–W Polsce nie ma czytelników! – przerwał pisarz. – Są tylko śledziory!

– Śleco?

– Śledziory akcji! Takie harcerzątka ze sprawnością tropicieli fabuł. Opuszczają w powieści wszystkie opisy, refleksje i gnają ślipkami za akcją. Według nich ta książka jest lepsza, która ma łatwiejszą do streszczenia fabułkę. A przecież żadnej wybitnej powieści nie da się zawęzić do fabuły ani streścić, bo te książki są jak życie, a życia w bryku się nie zamknie.

– Hm, a mówi mi pan o tych śledziorach prywatnie czy oficjalnie? Mogę to opublikować?

– Naturalnie, bo ja tych tropicieli fabuł tępię już trzydzieści lat!

– Ale taką filozofią zraża pan do siebie czytelników i...

– Nie ma żadnych czytelników! Mówiłem już panu!

...znudzony pisarz spojrzał na zegarek, a ja odetchnąłem z ulgą, bo po takiej puencie nie miałem już pomysłu na kolejne pytanie.

Polska – Brazylia 0:0

Mecz o mistrzostwo świata. Osiemdziesiąta dziewiąta minuta. Włodek Lubański podaje mi piłkę; mijam Tostao, kiwam Jairzinho, z juniorską bezczelnością ogrywam Pelego, pokonuję Gersona, wyprzedzam Clodoaldo, zostawiam za sobą Rivelino, puszczam futbolówkę między nogami Piazza, mylę zwodem Everaldo, przerzucam piłkę nad głową Alberto, mijam Brito, któremu ze strachu poplątały się nogi i w końcu, symulując strzał po ziemi, kładę na murawie bramkarza Felixa, po czym, uśmiechając się do siedzącej na trybunie Uli Sipińskiej, równiuteńko z końcowym gwizdkiem sędziego strzelam zwycięskiego gola, padam ze zmęczenia na boisko i umieram.

Nazajutrz mam pogrzeb na Stadionie Dziesięciolecia; Włodek Lubański wkłada mi do trumny piłkę, którą zdobyłem dla Polski mistrzostwo świata, chowają mnie w grobie obok bramki, a na trybunach sto tysięcy zapłakanych kibiców śpiewa Mazurka Dąbrowskiego...

Na szpitalnym korytarzu dogoniła mnie jakaś zapłakana kobieta.

– Podobno pan jest dziennikarzem?! Błagam, niech mi pan pomoże! W nocy umarła tutaj moja mama, byłam właśnie zobaczyć ją w kostnicy... Niech pan sobie wyobrazi, że ktoś wyrwał jej z uszu złote kolczyki! A to rodzinna pamiątka, bo mama dostała je od mojego ojca, jak szedł na wojnę w 1939 roku. Od tego czasu ani razu ich nie zdjęła! A to jedyna pamiątka, jaka nam została po tacie... Widzę, że te kolczyki to wyrwali jej z kawałkami uszu, bo przez te czterdzieści lat wszystko się zrosło i nie mogli ich wypiąć...

– Współ... współczuję!

– To co, zejdzie pan ze mną do tej kostnicy, żebym świadka miała, że te kolczyki są z uszami wyrwane?!

– Wie pani... ja nigdy jeszcze... ja nigdy nie byłem w kostnicy... Koszmarnie się czuję ostatnio... nie jestem psychicznie przygotowany na tę trupiarnię... ja zadzwonię po milicję, oni na pewno pani pomogą...

– Milicja mi nie pomoże, bo milicja jest państwowa i szpital jest państwowy, a państwowy państwowemu w Polsce nigdy nie zaszkodzi. Poza tym to jest psychiatryk, więc pacjentów, również i tych zmarłych, traktują jak hyziowatych. Ale gdyby pan, osoba postronna, zeznał, że mamusia ma kolczyki z uszami wyrwane, to może bym je odzyskała. To jedyna pamiątka po ojcu...

– Wie pani, ja jestem w bardzo trudnej sytuacji nerwowej – bełkotałem, wycofując się rakiem w stronę drzwi. – Poza tym muszę nakarmić chorego konia, który już dwa dni nie jadł...

Kura ma pióra! by się tak nie zachował...!

„Hm, nasze życie za życia nie jest lekkie, fakt.

Ale nasze życie po śmierci to jest dopiero makabreska!”

Kto to napisał?

I ciekawe, czy napisał to jeszcze za życia, czy już po śmierci?

– ...Żebym ja mocz wobec siebie oddała, to jeszcze takiego przypadku nie zaznałam! – zwierzyła się leżąca obok Marysi pacjentka.

...A gdy zauważyła, że nikt nie zwraca na nią uwagi, zaczęła wąchać prześcieradło.

– Ale to nie moje siuśki! Widocznie ta gruba salowa naszczała mi do łóżka, żeby mnie w pasy z powrotem zapakowali!

Są takie dni,

Panie Boże,

kiedy cię po prostu nie lubię!

Dzisiaj w nocy w autobusie spaliło się czworo dzieci jadących na pielgrzymkę do Częstochowy.

Przedwczoraj para nastolatków zabiła rodziców chłopaka, bo nie akceptowali ich związku.

Tydzień temu aresztowano matkę, która co drugie swoje dziecko zaraz po urodzeniu zabijała, a zwłoki ukrywa ła w beczce.

Już dwa lata trwają poszukiwania zwyrodnialca, który zamordował czterech dziesięcioletnich chłopców, po uprzednim ich zgwałceniu...

Jeżeli jesteś, Panie Boże,

to dlaczego cię nie ma?!?!?!

– Choroby przewlekłe? – zapytała rejestratorka, przygotowując Marysi wypis ze szpitala.