Mroczne cienie - Virginia C. Andrews - ebook
Opis

Drugi tom cyklu o Audrinie.

Posiadłość rodu Whitefern i jej serce - wielki wiktoriański dom - pochłonęły dzieciństwo Audriny. Teraz Mroczne cienie zagrażają jej dorosłemu życiu.
Audrina Lowe pamięta lepsze czasy, kiedy jej mąż Arden był jeszcze młody, czuły i kochający. Nie uwierzyłaby wówczas, że potrafi być też chorobliwie ambitny, bezwzględny i okrutny. Przełomem staje się śmierć jej taty.
Kiedy się okazuje, że ojciec w testamencie przekazał córce pięćdziesiąt procent akcji rodzinnej firmy brokerskiej, którą odtąd Audrina miałaby zarządzać razem z Ardenem, w czterech ścianach Whitefern budzi się zło. Arden coraz gwałtowniej zaczyna się domagać, żeby żona scedowała na niego swoją część akcji. Choć nie zamierzała prowadzić firmy, teraz zaczyna o tym myśleć.
Zastanawia się też, co sprawiło, że ojciec w ostatniej chwili zmienił zapis. Czyżby wiedział o Ardenie coś, czego ona nie wie?
Jest jeszcze Sylvia - jej śliczna, ufna, upośledzona umysłowo siostra. Audrina obiecała tacie, że zawsze będzie nad nią czuwać. Jednak po latach względnego spokoju Mroczne cienie znów wypełzają z zakamarków domu, a szepty mącą umysły.

Fenomen popularności V.C. Andrews trwa nieustannie od czasu wydania "Kwiatów na poddaszu". Książki autorki, tworzące prawie dwadzieścia bestsellerowych serii, osiągnęły łączny nakład ponad 106 milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. "Mroczne cienie" to drugi tom dylogii o losach Audriny. Kolejne powieści autorki ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Tytuł oryginału

WHITEFERN

 

Copyright © 2016 by Vanda Productions, LLC.

Pocket Books, a Division of Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved

 

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

 

Zdjęcie na okładce

© Drunaa/Trevillion Images

 

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

 

ISBN 978-83-8169-571-8

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

 

PROLOG

Tata umarł z moim imieniem na ustach. Nie spodziewałam się tego. Sądziłam, że ostatnie słowa skieruje do mojej siostry, Sylwii – albo do naszej mamy, Lucietty, która umarła, rodząc moją młodszą siostrę. Przez całe lata myślałam o tej ostatniej chwili, kiedy ojciec wypowiedział moje imię. Czy wołał o pomoc, czy może błagał o wybaczenie? Czy powinnam się cieszyć, że odchodząc, pomyślał o mnie? Czy przed oczami zamajaczyła mu moja dawna, młodsza twarz?

Arden, Sylwia i ja byliśmy w sypialni taty, kiedy wydał ostatnie tchnienie. Siedziałam z Sylwią przy jego łóżku. Trzymała ojca za rękę, a Arden, mój mąż, stał przy mnie, z dłonią na moim ramieniu, niecierpliwie bębniąc palcami. Już miał jechać do pracy, kiedy tacie nagle się pogorszyło. Musiał pomyśleć, że to kolejny fałszywy alarm, a jednak gdy zawrócił, stwierdził chyba, że tym razem sytuacja może być ostateczna.

Tykanie staroświeckiego, dębowego zegara stojącego na komodzie zdominowało ciszę, z każdą chwilą coraz bardziej angażując naszą uwagę. Wyobrażałam sobie, że tak bije serce taty, i byłam przekonana, że zegar stanie wraz z jego ostatnim oddechem. Chmura zakryła słońce i pokój pogrążył się w cieniu, który niczym całun opadł na ciało i twarz umierającego. Arden cofnął dłoń z mojego ramienia i sama poczułam to lodowate muśnięcie.

Tydzień wcześniej tata o mało nie zginął, wchodząc na górę. Z zaciśniętymi powiekami i grymasem na twarzy słaniał się na najwyższym stopniu schodów. Sylwia szła za nim, asekurując go jak zwykle, gotowa w każdej chwili go podtrzymać. Tylko dzięki niej nie stoczył się na dół. Ten fatalny incydent nie był dla nas zaskoczeniem. Wcześniej zdarzały się podobne rzeczy. Popędziłam po schodach, słysząc krzyk siostry. Modliłam się, żeby nie puściła ojca. Zanim do nich dobiegłam, kolory powróciły na bladą twarz taty.

– Nic mi nie jest – powiedział, jakby rzeczywiście nic się nie stało, choć omal nie stracił przytomności, nie mówiąc już o równowadze. Jednocześnie przyznał, że Sylwia uratowała mu życie, bo niechybnie skręciłby sobie kark na stromych schodach.

– Powinniśmy wezwać pogotowie – powiedziałam.

– Nonsens, nie ma potrzeby. Każdy czasem się potknie. Może chlapnąłem sobie za dużo jeżynówki.

Trudno było z nim polemizować. Tata nie zwykł zmieniać zdania, jeśli raz sobie coś postanowił. Jak powiedziałaby ciocia Ellsbeth, był uparty jak pień, który trzyma się swoich korzeni.

Tego wieczoru uczynił Sylwię bohaterką, która go ocaliła. Przykazano mi upiec jej ulubione ciasto z czekoladowo-waniliowym lukrem. Wypiliśmy szampana, a potem włączyliśmy muzykę, aby tata mógł z nią zatańczyć. Patrząc na nich, wspominałam, jak czasami, kiedy rodzice byli jeszcze młodzi, po kolacji włączał gramofon i walcował z mamą, a ja myślałam, że w naszym świecie panuje wieczna wiosna. Ściany domu rozbrzmiewały perlistym śmiechem mamy. I tylko ciocia Ellsbeth była wiecznie niezadowolona.

Sylwia była w siódmym niebie, kiedy ojciec nazwał ją swoją małą bohaterką. Jeszcze przez długi czas, całymi dniami potrafiła powtarzać, że uratowała tatę. To były pierwsze słowa, które słyszałam rano, kiedy budziłam ją, żeby się ubrała i zeszła na śniadanie. Sylwię rzadko spotykały komplementy i pochwały. Może myślała, że uda się jej ten sam wyczyn w chwili śmierci taty? Łudziła się, że spektakularnie go ocali, zapobiegając nieuniknionemu upadkowi do grobu. Ani na moment nie puszczała jego ręki.

Arden nazywał Sylwię dodatkowym cieniem mojego ojca, ale bynajmniej nie był to komplement chwalący jej miłość i poświęcenie dla taty. Przeciwnie, Arden uważał, że jest to irytujące dla ojca i kłopotliwe dla nas, a zwłaszcza dla niego. Po prostu się wstydził, kiedy jego znajomi z pracy, którzy bywali u nas, widzieli dorosłą kobietę uczepioną ojca jak dziecko, reagującą na każdy jego ruch i wyręczającą go nawet w takich czynnościach jak przyniesienie kapci czy nabicie fajki.

– Nawet kiedy idzie do toalety, ona czeka pod drzwiami jak szczeniak. Nie widzisz, że to wygląda żałośnie? Zrób coś z tym! – żądał. – Ona słucha tylko ciebie.

– Tacie to nie przeszkadza, więc tobie również nie powinno – protestowałam.

Rzeczywiście, tata nigdy nie narzekał, nie krytykował mojej siostry i nie wyśmiewał się z niej. Przeciwnie, lubił, kiedy kobiety o niego dbały. Nie miałam złudzeń co do niego. Wiadomo było, że jest kobieciarzem. Ciągle flirtował, nawet ze mną, kiedy byłam już starsza. Sylwia jednak była szczególnym przypadkiem. W sumie nie powinien pozwalać, aby tak się od niego uzależniła. Córka może kochać swojego ojca, uwielbiać go, ale w pewnym momencie powinna sobie znaleźć własne niezależne miejsce w życiu, bo inaczej pozostanie niedojrzała, niegotowa na przyjęcie prawdziwej miłości.

Nikt, również ja, nie miał raczej nadziei, że Sylwia zacznie samodzielne życie czy że zakocha się w jakimś mężczyźnie. Urodziła się jako wcześniak i była ociężała umysłowo. Tak ją postrzegano, choć jej wcale to nie przeszkadzało. Lubiła być traktowana jak dziecko i nie zależało jej na dorosłości, a już na pewno nie na przyjęciu obowiązków dojrzałej kobiety. Przynajmniej taka była moja teoria, za którą mnie krytykowano. Arden oskarżył mnie nawet kiedyś, że jestem zazdrosna o uczucia taty w stosunku do Sylwii.

– Może podświadomie się boisz, że zrobi z niej swoją słodką Sylwię albo znajdzie sobie Sylwię Drugą – powiedział kiedyś z tym swoim drwiącym uśmieszkiem, który tak mnie irytował. – On myśli, że jest Bogiem i może ukształtować każdego wedle swojej woli.

Oskarżenie mnie o zazdrość było nie fair. Poza ojcem nikt tak jak ja nie kochał Sylwii i nie dbał o nią. Była do mnie przywiązana niemal tak jak do niego. Dlatego nie potrafiłam otwarcie skrytykować siostry ani trzymać jej od siebie na dystans. Z drugiej strony wiele razy mnie kusiło, żeby zrobić tak, jak chciał Arden, i nakazać jej, by przestała osaczać ojca. Nie zabieraj mu powietrza – zamierzałam powiedzieć, ale słowa nigdy nie chciały mi przejść przez gardło. Zresztą Sylwia i tak nie zrozumiałaby, o co chodzi, a gdybym jej wytłumaczyła, wpadłaby w histerię. I potem wszyscy, tak jak Arden, oskarżyliby mnie o dokuczenie siostrze z zazdrości. Bałam się, że nawet tata by mnie potępił.

Dlatego patrząc, jak ojciec odchodzi na naszych oczach, szybko spojrzałam na Sylwię, spodziewając się wybuchu rozpaczy.

Nagle uświadomiłam sobie, że nie dociera do niej, co tak naprawdę się dzieje. Nie puszczała jego ręki. Potrząsnęła nią delikatnie, jakby oczekiwała, że ojciec otworzy oczy i uśmiechnie się do niej jak jeszcze dziesięć minut temu.

Czule otoczyłam ją ramieniem.

– Tata odszedł, Sylwio – powiedziałam, próbując opanować drżenie warg. Łzy płynęły mi strumieniami po policzkach. – Już go z nami nie ma. Nie musisz trzymać go za rękę. Tata nie żyje.

Sylwia spojrzała na mnie, skrzywiła się z niezadowoleniem, po czym przeniosła wzrok z powrotem na ojca. Nie puściła jego ręki. Moje słowa wyraźnie nic dla niej nie znaczyły. Wiedziałam, co sobie myśli: Jak można mówić, że odszedł i nie ma go z nami, skoro tu leży? Sylwia zawsze wszystko rozumiała dosłownie, w najprostszy sposób, jak dziecko.

Popatrzyłam na doktora Prescotta. Był zgnębiony, bo zjawił się za późno. Siedział po drugiej stronie łóżka, z głową opartą na rękach, z siwą czupryną, którą zmierzwił, łapiąc się za głowę w geście bezsilności. Był tylko rok młodszy od taty, ale wyglądał dziesięć lat młodziej i zawsze był w nieporównanie lepszej formie. Miał równie imponujący wzrost jak ojciec, choć przez ostatnich parę miesięcy robił wrażenie wyższego, gdyż tata zdawał się kurczyć.

Poczciwy doktor uniósł głowę i popatrzył na nas. W jego oczach były smutek i żal, o wiele głębsze, niż można by się spodziewać u lekarza, który stracił pacjenta. Lekarze bardziej niż zwykli ludzie zdają sobie sprawę z nieuchronności śmierci. Śmierć jest dla nich niczym pies, nieustannie gotów kąsać ich łydki. Doktor pochylił się nad łóżkiem i zamknął tacie oczy. Potem delikatnie wyjął jego dłoń z dłoni Sylwii, położył na nieruchomej piersi zmarłego i nakrył ją drugą. – Mówiłem mu, żeby potrzebuje stentu. Wreszcie go przekonałem, żeby poszedł do szpitala… w ten poniedziałek. – Doktor Prescott kręcił głową, patrząc na ojca. – Wiedziałem, że w ostatniej chwili zrezygnuje z badania, jak wiele razy wcześniej. Był uparty jak osioł.

Doktor przyjechał do naszego domu błyskawicznie, kiedy zadzwoniłam z wiadomością, że tata źle się czuje, jest słaby i blady. Dodałam, że ma trudności z oddychaniem. Poradził szybko wezwać karetkę, ale tata nie chciał o tym słyszeć. Musiałam ponownie zadzwonić do doktora Prescotta i powiedzieć, że gniew ojca może tylko pogorszyć sprawę. Obiecałam, że ja i Sylwia spróbujemy położyć go do łóżka.

– Dobrze, już jadę – obiecał doktor. Był kimś więcej niż tylko lekarzem taty. Przyjaźnili się od niepamiętnych czasów i przynajmniej raz w tygodniu rozgrywali partyjkę szachów, w trakcie której popijali brandy i wspominali młode lata. Parę razy podsłuchałam, jak tata w rozmowie dryfował na rozległe wody poczucia winy, z których niczym rafy sterczały jego czyny i decyzje, o których wolałby zapomnieć. Może wypił za dużo brandy, a może z wiekiem narastała w nim potrzeba wyspowiadania się z grzechów.

O ile wiem, za swój największy grzech uważał wyrafinowany plan, który miał mnie przekonać – kiedy jeszcze byłam dzieckiem – że jestem młodszą siostrą mojej zmarłej siostry, Audriny, cudownej małej dziewczynki, po której prawdopodobnie odziedziczyłam imię. Tata często sadzał mnie w bujanym fotelu należącym do Audriny Pierwszej i namawiał, żebym kołysała się w nim z zamkniętymi oczami. Pewnie liczył na to, że w ten sposób przejmę niektóre zdolności i wspomnienia mojej siostry, w tym to najgorsze – o gwałcie, którego doświadczyła, mając dziewięć lat. Wiedział, że wszystkie wspomnienia wrócą, bo w rzeczywistości były moimi wspomnieniami. Jeśli nawet byłam skłonna wierzyć, że za tą manipulacją kryją się dobre zamiary, ściągnęła ona na nas bezmiar smutku i tragedii, których nie podźwignęłaby żadna rodzina. Nasza nie była wyjątkiem.

Tata o tym wiedział, a z upływem lat ta straszna wiedza ciążyła mu coraz bardziej, aż jego silne i sprawne niegdyś ciało zaczęło podupadać. Ramiona obwisły, plecy się zgarbiły, krok zwolnił. Cała jego jeszcze niedawno imponująca postać teraz wyglądała na niższą i kruchą. Czarne włosy, które w słońcu zdawały się lśnić błękitnym, metalicznym połyskiem, zdominowała siwizna. Uwodzicielskie oczy o żywym spojrzeniu, ciemnobrązowe, w kształcie migdałów, zmętniały, były wiecznie senne i zmęczone.

Coraz mniej pracował w swojej firmie brokerskiej, cedując większość spraw i obowiązków na Ardena. Czasami nie podobały mu się decyzje mojego męża i spierał się z nim. Wtedy znów rzucał się w wir pracy, głównie po to, żeby je wyprostować. Jednak w ciągu ostatnich tygodni miałam wrażenie, że tata stracił zainteresowanie prawie wszystkim. Coraz więcej czasu spędzał na frontowej werandzie; nie zważając na mgłę czy deszcz, patrzył na świat z pretensją, jakby miał żal, że ten go oszukał. Próbowałam poprawić mu humor, przynosząc świeże domowe wypieki, herbatę, niekiedy nawet kieliszek brandy, lecz ojca nic już nie cieszyło. Tylko Sylwia w tych ostatnich dniach była w stanie wywołać uśmiech na jego twarzy. Traktował ją czule, głaskał, a ja byłam pewna, że myśli wtedy o naszej mamie. Choć czasami go irytowała, z pewnością kochał ją bardziej niż jakąkolwiek inną kobietę.

Kiedy Sylwia dorosła, jej podobieństwo do mamy stało się jeszcze wyraźniejsze. Poświęcałam cały swój wolny czas, aby pomóc siostrze dorosnąć i nauczyć ją samodzielności. Na próżno. Nie potrafiła funkcjonować bez opieki i wsparcia innych. Kiedy biznesowi klienci taty lub Ardena przychodzili do nas na kolacje, ich żony zawsze przynosiły jej w prezencie ładne rzeczy, jak ozdoby, wstążki czy pudełeczka z wybornymi cukierkami. Te wieczory były pełne śmiechu i muzyki. Nikt nie śmiał wspominać złych momentów z przeszłości. W naszym domu i rodzinie zdarzały się również dobre, szczęśliwe chwile, ale było ich zbyt mało, żeby zrównoważyć te złe. Pamięci o nich nie można było zatrzeć czy pogrzebać.

Praktycznie w każdym kącie i zakamarku naszej rodzinnej posiadłości Whitefern czaiło się poczucie winy, które niczym niewidzialne pajęcze sieci wyłapywało każdą szczęśliwą myśl, aby w naszym życiu mogło rządzić nieszczęście. Kiedy poznałam koszmarną prawdę, mającą prześladować mnie przez całe życie, miałam ochotę uciec z tego domu i nigdy do niego nie wrócić. Grób tak zwanej Audriny Pierwszej znajdował się na pobliskim cmentarzu Whitefern. Często mnie tam zabierano. Musiałam wtedy słuchać opowieści o swojej mitycznej siostrze. W rzeczywistości grób był pusty. Co za upiorny symbol. Przecież ona tak nie chciała śmierci!

Musiałam się zdobyć na wielki gest przebaczenia, aby uzbroić się w zrozumienie i tolerancję, które pozwoliłyby mi żyć w tym domu, znów zaakceptować Ardena i współczuć ojcu, a nawet mojej podłej, zazdrosnej kuzynce Verze, która, jak potem odkryłam, naprawdę była tą, za którą się uważała, czyli moją przyrodnią siostrą. Vera stała się jedną z nieszczęsnych ofiar tego domu, tak jak ciotka Ellsbeth i Billie, matka Ardena. Obie spadły ze schodów i skręciły sobie kark. Jedno i drugie zdarzenie uznano za nieszczęśliwy wypadek. Zupełnie jakby Whitefern postanowiło samo wymierzać sprawiedliwość i obnażyć kłamstwa. Może takie właśnie myśli przelatywały przez głowę taty, kiedy zachwiał się na schodach?

Nie miałam trudności z przyjęciem idei, że mój rodzinny dom jest niczym żywa, myśląca istota, świadoma intryg i bólu, które kryły się w jego ścianach. Tak było dawniej i tak zostało do dziś w tej efektownej wiktoriańskiej rezydencji. Arden przeprowadził remont. Kazał pomalować ciemne ściany na biało, wymienić okiennice i odnowić zewnętrzne schody. W rejonie Tidewater w Wirginii było wiele domów z mroczną duszą, takich jak nasz. W jednym z nich dwie kobiety spadły wraz z balkonem, który nagle się oberwał. Przy upadku z wysokości drugiego piętra nie miały szans. To dało do myślenia Ardenowi i niezwłocznie zarządził remont. Starał się unowocześnić konstrukcję domu, jednocześnie uwzględniając prośbę taty, aby zachować jego styl.

Dawno temu ojciec wymienił dach. Zawsze, kiedy zarobił więcej pieniędzy, zlecał niezbędne prace w posiadłości. Ale teraz, po latach, kiedy wiele elementów domu wymagało renowacji, tata nie wyraził na nią zgody. Nie chodziło tylko o pieniądze. Gdy na przykład Arden narzekał, że wygląd domu zacznie odstraszać bogatych klientów, których gościliśmy, tata odpowiadał mu, że w przypadku domostwa, które ma swój wiek i duszę, pewne zaniedbania tylko podkreślają jego charakter. Jego zdaniem dom straciłby swojego ducha, gdyby lśnił nowością.

Nie życzył sobie zwłaszcza, żeby majstrowano przy kopule, która miała witrażowe okna ze scenami przedstawiającymi anioły życia i śmierci. Za dużo wspomnień się z nią wiązało. Pamiętam jego zachwyt, kiedy słońce przenikało przez kolorowe szybki i znaczyło podłogę barwnymi plamami. W dachu była prostokątna lukarna z malowanego szkła. U wejścia na czerwonych jedwabnych sznurach wisiały chińskie dzwonki wiatrowe. Tak było od lat i nic się nie zmieniło. Tę ciągłość i brak zmiany tata cenił nade wszystko.

Uparcie nie chciał wpuścić do Whitefern nowoczesności bez względu na argumenty Ardena. Mój mąż prosił, żebym go wsparła w tych dyskusjach, ale ja za wszelką cenę usiłowałam zachować neutralność. Niezależnie od tego, czego doświadczyłam ze strony ojca, nie byłam zdolna w żaden sposób go zranić. W rezultacie Arden nie otrzymał mojego wsparcia i nie ruszono nawet jednej lampy, nie wymieniono żarówek na mocniejsze, choć świeciły zdecydowanie za słabo. Jakby tata lubił cienie i nie zamierzał ich przegonić.

Arden postulował nawet, aby sprzedać starsze obrazy, których wartość wzrosła, a pieniądze ulokować w akcjach. Tata oparł się i tym zakusom, nie zważając na perspektywę pomnożenia majątku. Wiele z tych dzieł w swoisty sposób przedstawiało kobiety. Tata był szczególnie zafascynowany wizją nagiej piękności leżącej na szezlongu i wkładającej sobie do ust winne grono. Te obrazy kipiały seksem i z pewnością musiały przyciągać uwagę gości. Nawet jako młoda dziewczyna widziałam pożądanie w oczach mężczyzn, którzy stali przed nimi, tłumiąc lubieżne uśmiechy. Nie wyobrażałam sobie ściany bez tej galerii sztuki.

Niektóre meble wymieniano tylko dlatego, że rozpadały się ze starości, lecz większość była uznana za antyki. Tata konsekwentnie starał się zastępować podróbki oryginałami. Pamiętam, jak mama z dumą opowiadała, że jej łoże ma pięćset lat. Może przesadzała, ale wyglądało naprawdę królewsko. Nie wyobrażałam sobie, żeby można było je sprzedać. Za każdym razem, kiedy Arden wspominał, żeby przemeblować jakiś pokój, czułam ukłucie smutku i żalu. Kiedy mówiłam o tym mężowi, śmiał się i nazywał mnie beznadziejną romantyczką. Natomiast ojciec był szczęśliwy, że myślę tak jak on. Mnie to cieszyło, lecz mój mąż był rozczarowany i miał pretensje, że go nie popieram.

Kiedyś mu powiedziałam: „Nie możesz zmienić przeszłości, zmieniając tapety czy meble, Ardenie. Lepiej daj sobie spokój. Musimy żyć w tym domu, stosując się do jego zasad. Mnie też często nie jest łatwo, ale nie ma wyjścia”. I tak żyliśmy, starając się unikać wspomnień o mojej mamie, o pianinie, na którym grała, o cioci Ells­beth, a także o Billie, mamie Ardena. Imię Very było praktycznie wyklęte. Na każdą wzmiankę o niej Arden czerwienił się z poczucia winy. Uciekał wzrokiem w bok i starał się szybko zmienić temat.

Och, jakim cudem ten dom i ludzie w nim mieszkający mogli znosić taką presję i udrękę? Dom nie raz udowodnił, że ma mocne fundamenty, które pozwolą mu trwać wiecznie, aby mógł dźwigać ten rodzinny świat niczym Atlas swój ciężar. Był niczym magnes dla naszych dusz, utrzymujący nas w swoim zasięgu. Zawsze, kiedy wracałam z podróży albo nawet ze zwykłych zakupów, z ulgą witałam znajomy widok. Dom pojawiał się przede mną i zdawał się patrzeć oczami okien, nagląc mnie, abym weszła i poczuła, że jego solidne mury oddzielają mnie od chłodnego, bezdusznego świata.

Kiedy tata umarł, Sylwia miała dwadzieścia lat. Ciągle była jak dziecko, choć nabrała bujnych kształtów, jakich mogłaby jej pozazdrościć niejedna kobieta. Jej włosy były tak ładne jak moje. Za to moim zdaniem Sylwia miała ładniejszą, zdrowszą cerę. Sprawiała wrażenie, jakby miała zawsze pozostać piękna i młoda; jakby ciało pragnęło zrekompensować niedorozwój umysłu wieczną urodą.

Szkolne lata spędziła w domu. Istniała obawa, że w szkole inne dzieci będą jej dokuczać, a nauczycielom nie wystarczy cierpliwości i tolerancji wobec takiej uczennicy. Dlatego ojciec i ja uznaliśmy, że powinna się uczyć w domu, tak jak ja w pierwszych szkolnych latach. Może właśnie ze względu na to, co się stało ze mną, tata pragnął chronić swoją młodszą córkę i trzymać ją przy sobie.

Kiedy czasami patrzyłam na nich dwoje, kiedy widziałam błogość na twarzy ojca, musiałam przyznać, że Arden ma rację. Byłam zazdrosna o uczucie, jakim tata obdarzał moją siostrę. Kochał Sylwię bardziej niż mnie, nawet jeśli byłam dla niego pierwszą Audriną. Gdybym ośmieliła się o tym wspomnieć, na pewno by się wyparł, ale trzeba było być ślepym, żeby nie widzieć, jak twarz mu jaśnieje, kiedy Sylwia wchodzi po mnie do pokoju.

– Musisz się opiekować siostrą – powtarzał mi często. – Obiecaj mi, że nie oddasz jej do jednego z tych ośrodków dla upośledzonych umysłowo dzieci. Nigdy.

Obiecałam. Oczywiście, że obiecałam.

A jednak miał nadejść taki dzień, kiedy zakwestionowałam mądrość ojcowskiej prośby, a potem, kiedy stało się nieszczęście, winiłam za nie siebie.

I jeśli ktoś miał przeczuwać nadejście tego dnia, to właśnie ja – najlepsza, jedyna, słodka Audrina.

CIEMNOŚĆ PRZED ŚWIATŁEM

Tata miał spocząć obok mamy, parę kroków od pustego grobu, na którym widniało moje imię. Ponieważ Sylwia przeżywała jego śmierć dużo bardziej niż ktokolwiek z nas, w tych dniach spędziłam z nią więcej czasu. Większość formalności załatwiał Arden, zresztą doznał przy tym niemałego szoku. Spotkał się z panem Johnsonem, prawnikiem taty, i dowiedział się, że krótko przed śmiercią ojciec zmienił testament. Tak jak się spodziewaliśmy, przekazał majątek nam dwojgu i Sylwii, ale według nowego zapisu miałam też otrzymać pięćdziesiąt procent udziałów w jego domu maklerskim. Po tym spotkaniu Arden wrócił do domu cały w furii. Nie poszłam z nim, bo nie sądziłam, że dowiemy się czegoś nowego.

– Dlaczego on to zrobił?! – wściekał się, paradując wielkimi krokami przede mną i Sylwią. Tak gwałtownie wymachiwał rękami, jakby chciał je wyrwać ze stawów. W prawej dłoni ściskał kopię testamentu. – Dlaczego? Dlaczego? Powiem ci dlaczego! Zdawał sobie sprawę, ile wiem o jego dawnych sprawkach, o łapówkach i korupcji… – Urwał. Przez chwilę myślał intensywnie. – Tak, na pewno o to chodzi. Jasne. Chciał mnie ukarać za wytykanie mu dawnych grzechów. Co za głupie zagranie, żeby posłużyć się tobą w akcie zemsty!

– To nie jest zemsta! – zaprotestowałam gwałtownie. Byłam w szoku, a jednocześnie nie mogłam nie bronić taty. – Po prostu martwił się tym, z jaką łatwością wydajesz pieniądze i że nie przykładasz się do pracy. Przypomnij sobie te wszystkie wieczory, kiedy szedłeś pić, a on kładł się wcześnie, żeby rano być na otwarciu sesji na giełdzie.

– Och, przesadzasz. Byłem w pracy, kiedy trzeba, i robiłem, co trzeba. To mi komplikuje sytuację. Przecież ty nie masz pojęcia o interesach.

– Tata zawsze mówił, że jestem bardzo bystra. Wiedziałam wystarczająco wiele, żeby ci pomóc w to wejść, nie pamiętasz?

– Dobrze, ale wtedy chodziło o podstawy, które każdy zna. Skąd będziesz wiedziała, jak głosować w decydujących sprawach? Na palcach możesz wyliczyć, ile razy byłaś w biurze w ciągu ostatnich paru lat. Nie wiesz nawet, jak się nazywa moja sekretarka.

– Owszem, wiem. Pani Crown. Nora Crown.

Arden zgromił mnie wzrokiem.

– A teraz posłuchaj mnie uważnie, Audrino – podjął z powagą. – Chcę, żebyś po pogrzebie pojechała do kancelarii pana Johnsona i przepisała wszystkie swoje udziały na mnie. Zadzwonię do niego, aby zawczasu przygotował papiery, tak żebyś tylko złożyła podpis i odwróciła to… głupie posunięcie.

Czekał na moją odpowiedź. Trzymałam Sylwię za rękę i patrzyłyśmy na niego zaskoczone. Nawet biedna, głupiutka Sylwia wyczuwała jego irytację. Ale to nie był czas na kłótnie, zwłaszcza o tatę. Przecież trwa żałoba i należy uszanować pamięć zmarłego. Oczywiście nie wiedziałam tyle, ile Arden, o firmie, którą tata stworzył i w którą wprowadził mojego męża, ale odziedziczyłam po ojcu charakter i determinację. Byłam pewna, że szybko się nauczę.

– Pomyślę o tym, Ardenie – odparłam łagodnie. – W odpowiednim czasie.

– Pomyślisz?! O czym pomyślisz?!

– Nie podnoś głosu, bo Sylwia się boi – ostrzegłam.

Nawet na nią nie spojrzał.

– Ja mam nie podnosić głosu?! Czy w ciągu ostatnich paru lat interesowałaś się notowaniami giełdowymi i rynkami? Pewnie już zapomniałaś, czym się różnią transakcja stelażowa, krótka sprzedaż i kupowanie na kredyt! Ten człowiek nie był w pełni władz umysłowych, kiedy podjął tę decyzję. Bo jeśli, jak mówisz, nie chodziło mu o zemstę, jedynym wytłumaczeniem pozostaje demencja. Był już zbyt chory i za mało krwi napływało do jego mózgu, więc nie potrafił jasno myśleć. Doktor Prescott będzie mógł to potwierdzić, a pan Johnson z pewnością zgodzi się z jego opinią.

– Tata do samego końca miał sprawny umysł – zaprotestowałam. – A poza tym wiesz, że kiedy byłam młodsza, spędzał ze mną wiele czasu, tłumacząc mi zawiłości giełdy. Takich rzeczy się nie zapomina. Uważał, że to świetny sposób przyswajania matematyki.

– Nonsens. Uczyć dziecko matmy poprzez rynek i giełdę? I myślał, że w ten sposób wychowa małą maklerkę? – szydził Arden.

– Nie powiedziałam, że zrobił ze mnie maklerkę. Ale wprowadził mnie w podstawowe zasady i nawet obiecał, że któregoś dnia, kiedy otworzy własną firmę, zostanę jego partnerką.

– Po prostu żałował, że nie ma syna, dziedzica. Każdy mężczyzna tego pragnie. Kiedy tylko pojawiłem się w waszym życiu, od razu stałem się dla niego synem. Powiedział mi to po ślubie z moją matką. Albo raczej się łudziłem, że traktuje mnie jak syna. Który ojciec zrobiłby coś takiego synowi? – zapytał gniewnie, machając papierami przed naszymi twarzami.

– Przestań, Ardenie. Przestań mówić takie rzeczy. Nie chcę rozmawiać o sprzeciwianiu się woli ojca, kiedy jego ciało czeka na pogrzeb.

– Sprzeciwianie się woli ojca? Nie rozśmieszaj mnie! Czy myślisz, że będziesz potrafiła doradzić klientom, co mają obstawiać? Jak chcesz to robić? Opuścisz pierścionek na nitce i przytrzymasz go nad listą notowań firm, aby wahadełko pokazało ci, której akcje wybrać?

– Robiłam tak, a tata obstawiał według moich wskazówek i zarabiał pieniądze – przypomniałam. – Za to ty na początku niezbyt dobrze sobie radziłeś, pamiętasz?

– No wiesz! Przez cały czas się uczyłem, podczas gdy wy, kobiety w Whitefern, zawsze miałyście fioła na punkcie magii… voodoo, śmudu… Byłyście gotowe płacić nawiedzonym wróżbitkom, żeby się dowiedzieć, czy twoja matka urodzi chłopca, czy dziewczynkę!

– Teraz żałuję, że opowiedziałam ci tę historię.

– Nie dziwię się. Posłuchaj, Audrino. W naszym biznesie nie ma żadnej magii. Tutaj trzeba wiedzy i doświadczenia. Bez tego nie ma sensu wykonywać żadnych ruchów na giełdzie. To dziedzina zbyt skomplikowana. Byłabyś tak samo skuteczna jak… jak ona! – Pokazał na moją siostrę.

Sylwia zaczęła płakać.

– Nie wytykaj jej palcem! Ona nic nie rozumie! – odkrzyknęłam, co jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Każda kłótnia w domu wprawiała ją w panikę.

– Ty też nic nie rozumiesz – warknął. – Nie rozumiesz, jak się czuję potraktowany w ten sposób. Współczujesz… czemuś takiemu – znów pokazał na Sylwię – a nie masz za grosz współczucia dla własnego męża!

Sylwia rozszlochała się na dobre. Spazmy wstrząsały jej ciałem.

– Zobacz, co zrobiłeś! – zawołałam. Po chwili udało mi się ją uspokoić, ale nie było to łatwe. – Wszystko zepsułeś!

Otoczyłam siostrę ramieniem i zaczęłam ją pocieszać. Po śmierci taty dostawała napadów płaczu, wręcz wyła z rozpaczy, kiedy tylko ktoś wspomniał o jego odejściu. Każdy telefon z kondolencjami wstrząsał nią niczym uderzenie prądem. Mało jadła i snuła się po pokojach, na próżno go szukając. Każdej nocy wołała tatę we śnie, aż w końcu musiałam z nią spać; tuliła wtedy głowę do mojej piersi, a jej łzy moczyły mi koszulę nocną.

– Wiesz co? To jest niezdrowe. Nie rozumiem, po co w ogóle rozmawiam o takich głupotach – rzucił Arden, po czym gniewnie wymaszerował z salonu, ze sztywnym karkiem i pięściami przyciśniętymi do boków.

Do pogrzebu prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Zresztą przez cały czas musiałam się zajmować Sylwią. Z obawą myślałam o tym, jak się zachowa podczas ceremonii. Na szczęście wpadła w rodzaj stuporu, jakby nie docierało do niej to, co się stało. Sprawiała nawet wrażenie zdziwionej, że jesteśmy w kościele i słuchamy, jak kapłan wspomina ojca. Ciągle się rozglądała, szukając wzrokiem taty, zwłaszcza gdy wymieniano jego imię.

Wielu biznesmenów z regionu Tidewater znało mojego ojca i lubiło go, podobnie jak przywódcy lokalnych organizacji i przedstawiciele władz. Oczekiwaliśmy zatem, że licznie zjawią się na pogrzebie.

– Gdzie są wszyscy? Jak mogli nie przybyć, żeby odprowadzić tatę w jego ostatniej drodze? – zwróciłam się do Ardena.

Nabożeństwo zaraz miało się zacząć, a kościół był prawie pusty.

Mąż popatrzył na mnie swoimi bursztynowymi oczami. Błyszczały, ale nie od łez, tak jak moje – sprawiał wrażenie bardziej podekscytowanego niż smutnego.

– Większość jego przyjaciół i starszych klientów umarła. A wielu ludzi z branży myśli po prostu: Umarł król, niech żyje król.

– Co to ma znaczyć, Ardenie? Jesteś nowym królem, więc mogą zapomnieć o tacie?

– Coś w tym rodzaju – przyznał. – On już nic nie może dla nich zrobić, a ja tak. – Dumnie uderzył się w pierś.

Potem się uśmiechnął, a ja po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że śmierć mojego ojca nie dotknęła Ardena tak, jak myślałam. Teraz był prawdziwą głową rodziny i pewnie uważał, że może robić, co zechce – bez oglądania się na kogokolwiek.

Zaskoczył mnie, kiedy wszedł na mównicę i wygłosił krótką mowę pożegnalną, sławiąc tatę jako twórcę znakomicie prosperującej firmy, a potem obiecując zebranym, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby utrzymać ją, chronić i dalej rozwijać, kontynuując wielkie dzieło ojca. Pod koniec mowy więcej w niej było zapewnień dla klientów, że pod kierownictwem Ardena firma rozkwitnie, niż hołdu dla zmarłego założyciela.

Kiedy skończył i wrócił na miejsce, poszukał mojego spojrzenia. Spodziewał się zapewne posłuszeństwa i podziwu, ja jednak odwróciłam głowę.

– Mogłabyś na chwilę odłożyć żałobę i pogratulować mi – szepnął. – Zwłaszcza wobec tych wszystkich ludzi. Jestem twoim mężem i głową tego domu, obrońcą i oparciem dla ciebie i Sylwii. Od tej chwili zasługuję na szacunek, jeszcze większy niż kiedyś.

– Ten dzień należy do taty – odparłam. Krótko, ale wystarczyło, żeby się odwrócił.

Nawet nie trzymał mnie za rękę, kiedy opuszczano trumnę do grobu. Stałam, obejmując Sylwię, która dopiero teraz zaczęła pojmować, co się dzieje.

– Audrino, nie możemy zostawić tu taty – powiedziała.

Pracownicy cmentarza mieli zasypać grób dopiero po naszym odejściu. Nie chciałam, żebyśmy z Sylwią musiały się temu przyglądać; to byłoby zbyt bolesne. Arden pierwszy cisnął garść ziemi na trumnę. Choć gest był symboliczny, zdawało mi się, że uczynił to skwapliwie, żeby nie powiedzieć radośnie.

Poczułam, że ciało Sylwii sztywnieje.

– Niee – wyszeptała.

Objęłam ją mocniej i przytrzymałam, aby nie rzuciła się na Ardena czy innych żałobników, którzy po kolei rzucali na trumnę ziemię.

Musiałam ją odciągać od grobu na siłę. Obejrzałam się na Ardena w nadziei, że mi pomoże, ale był zbyt zajęty ściskaniem dłoni żałobnikom. Zachowywał się tak, jakby przewodniczył biznesowemu zebraniu. Słyszałam nawet, jak wspomniał o jakiejś inwestycji Jonathanowi Loganowi, jednemu z najstarszych klientów taty. Twierdził, że ojciec przed śmiercią kazał mu powiadomić o tym Jonathana.

Dużo więcej gości zgromadziło się w naszym domu na stypie niż na cmentarzu. Przypadkiem usłyszałam, że Arden polecił pani Crown skontaktować się z klientami w sprawie pogrzebu z zaznaczeniem, że jeśli termin ceremonii na cmentarzu koliduje z ich zajęciami, mogą przyjechać później, do domu. Po prostu potraktował całe zdarzenie jak przyjęcie. Mogłam zrozumieć, że czasami lepiej unikać ponurej celebry i nie podsycać rozpaczy, aby zachować nadzieję, lecz Arden organizował sprawy w taki sposób, że podświadomie oczekiwałam grającego combo i tańczących girlasek.

Bolały mnie te ożywione rozmowy i śmiechy. Sylwia również była poruszona, chwilami miałam wrażenie, że zaraz się rzuci na beztroskich gości. Pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli zaprowadzę ją do sypialni i namówię, żeby się położyła.

– Jesteś bardzo zmęczona – zasugerowałam.

Przez chwilę bała się zamknąć oczy, ale w końcu powieki jej opadły i od razu zasnęła.

Kiedy wróciłam na dół, znów otoczyły mnie śmiechy i głośne rozmowy podlane alkoholem. Arden załatwił barmana i dwie kelnerki, które serwowały drinki i zakąski. Postanowiłam być poważna, lecz uprzejma. Wielu biznesmenów składało mi krótkie, formalne kondolencje, po czym, chyba uważając, że tak wypada, natychmiast zapewniali, że mąż z powodzeniem przejmie pałeczkę w firmie.

– W końcu był szkolony przez eksperta – powiedział do mnie Rolf Nestor, jeden z najważniejszych klientów taty. – Możesz być dumna z Ardena.

Inni wygłaszali podobne uwagi. W pewnym momencie Arden zbliżył się i usłyszał kilka z nich. W jego spojrzeniu pojawiło się aroganckie zadowolenie. Tego było już za dużo. Poczułam się tak zmęczona fizycznie i wyczerpana emocjonalnie, że przeprosiłam towarzystwo i pożegnałam się.

– Naturalnie, droga Audrino – powiedział mój mąż na tyle głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli. – Mało która córka zrobiła dla swojego ojca tyle, co ty. Tata powinien być z ciebie dumny. Umarł, wiedząc, że nie musi się o ciebie martwić, bo masz mnie. Przy mnie nie zginiesz – podkreślił.

Widziałam, z jakim uwielbieniem patrzą na niego kobiety. Mężczyźni z aprobatą kiwali głowami. Podobnie patrzono na tatę, kiedy był młodszy i jego kariera lśniła pełnym blaskiem. Jak na ironię Arden coraz bardziej wchodził w buty mojego ojca – człowieka, o którym zapewne chciałby teraz jak najszybciej zapomnieć.

Milczałam. Było mi ciężko na sercu. Kiedy weszłam na górę, najpierw sprawdziłam, co z Sylwią. Spała jak zabita. Poszłam dalej i niespodziewanie, pod wpływem nagłego impulsu, otworzyłam drzwi do pokoju ojca. Stałam przez chwilę w progu, a wspomnienia przelatywały przez moją głowę. Wyobrażałam go sobie opartego na dwóch wielkich poduszkach, z okularami zsuniętymi na czubek nosa, czytającego jakąś prasę ekonomiczną albo przeglądającego bilanse swojej spółki. W ostatnich latach, choć dużo mniej pracował, śledził na bieżąco sytuację w firmie i na rynku oraz dokonywał różnych ustaleń, które miały zapobiec niebezpiecznym błędom Ardena – podobnym do tych, jakie popełnił na samym początku. Teraz, kiedy więcej o tym myślałam, zaczęłam rozumieć, dlaczego tata nie chciał pozwolić, by Arden przejął spółkę i zaczął w niej rządzić. Przekazanie mi w testamencie połowy udziałów miałoby przytemperować zapędy mojego męża. Ojciec zawsze był konserwatywny, jeśli chodziło pieniądze powierzone mu przez innych ludzi. Nienawidził myśli, że mógłby zostać oskarżony o ich zaprzepaszczenie.

Pokój był ciemny, a łóżko puste. Oczywistość tej pustki na nowo mnie zmroziła. Z trudem stałam na nogach, jakbym zaraz miała zemdleć. Szybko wróciłam do swojej sypialni, przebrałam się w koszulę nocną i wślizgnęłam pod kołdrę. Pomimo ogromnego zmęczenia nie mogłam zasnąć; leżałam godzinami, popłakując i wpatrując się w ciemność. Wspomnienia płynęły szeroką strugą. Słyszałam, jak mama gra na pianinie. Widziałam, jak tata patrzy na nią z zachwytem i miłością, ale też z zazdrością, bo mężczyźni pożerali ją wzrokiem, nawet kiedy była w ciąży z Sylwią. Przypomniałam sobie chwile z wczes­nego dzieciństwa, kiedy na wezwanie taty biegłam ku niemu co sił w krótkich nóżkach i siadałam mu na kolanach, żebyśmy mogli razem posłuchać, jak mama gra. Kątem oka widziałam ciocię Ellsbeth, stojącą w drzwiach i trzymającą za rączkę małą Verę. Obie sprawiały wrażenie zazdrosnych, choć każda z innego powodu. Vera zawsze była zazdrosna o uczucie, jakie ojciec mi okazywał, zaś Ellsbeth zwyczajnie zazdrościła swojej pięknej siostrze, którą natura obdarzyła wszystkimi atrybutami, o jakich może marzyć kobieta. Nie ukrywała też rozczarowania faktem, że Whitefern dostało się głównie mojej mamie, a nie jej.

Obie usiłowały nie mówić sobie nieprzyjemnych rzeczy, przynajmniej oficjalnie. Z drugiej strony pamiętam, jak każda z nich udawała, że jest ciotką Mercy Marie; posługiwały się tym wcieleniem, aby w czasie specjalnych wtorkowych herbatek wylewać na siebie litry długo wstrzymywanego jadu. Zdjęcie przedstawiające ciotkę Mercy Marie stało na pianinie. Wyglądała jak królowa – strojna i bogata, z brylantowymi kolczykami w uszach. Ciotka Ellsbeth brała zdjęcie i trzymając je przed sobą, skrzeczącym głosem jędzy wygadywała różne paskudne rzeczy, po czym przekazywała je mamie, a ta nie pozostawała jej dłużna. Ja natomiast, po tylu latach, nadal nie wiedziałam, co się działo z prawdziwą ciotką po jej wyjeździe do Afryki. Rodzina obawiała się, że mogła zostać uprowadzona i zjedzona przez kanibali.

Wreszcie natłok wspomnień, dobrych i złych, zmęczył mnie do tego stopnia, że zapadłam w sen tak głęboki, iż nie usłyszałam, kiedy przyszedł Arden. Obudziła mnie woń alkoholu, a potem łomot, kiedy obijał się o meble, klnąc pod nosem. W łazience zrzucił szklankę z półki, a potem wtoczył się do sypialni i z rozpędu padł na łóżko, aż podskoczyłam jak na trampolinie.

– Nie śpisz? – zapytał. – Hę?

Udawałam, że śpię, ale nie dawał mi spokoju.

– Śpisz? – Szturchnął mnie.

– Co? – burknęłam.

– Słyszałaś ich.

– Kogo?

– Naszych klientów. Sama widzisz, jak ważne jest, aby interes był całkowicie pod moim zarządem – powiedział nagle trzeźwym głosem. – Nie możemy pozwolić, aby odnieśli wrażenie, że nie jesteśmy już tak solidni jak dotąd. Jeśli się dowiedzą, że firmą może współrządzić ktoś, kto nie ma realnej wiedzy o dzisiejszych rynkach, przejdą do konkurencji. Musimy o tym porozmawiać i masz zrobić to, ci powiem.

– Jutro – zbyłam go.

– Och, jutro, jutro… Twój ojciec nie był już sobą, to jasne. Więc jak?

Milczałam.

Wreszcie odwrócił się do mnie plecami i zamilkł. Już prawie zasypiałam, kiedy mruknął:

– Twoja siostra histerycznie płakała w pokoju twojego ojca.

– Co takiego?!

Nie odpowiedział.

– Co powiedziałeś? – Usiadłam na łóżku i potrząs­nęłam nim. Ale zdążył już usnąć. Za moment zaczął chrapać.

Wstałam i w ciemności wymacałam szlafrok i kapcie. Szybko przeszłam do sypialni taty. Drzwi były otwarte, ale w środku nie widziałam Sylwii. Zapaliłam światło i nawet zajrzałam do łazienki, lecz tam też jej nie było. Uznałam, że Arden musiał coś sobie ubzdurać po pijaku, i zgasiłam światło. Jednak na wszelki wypadek zajrzałam jeszcze do pokoju siostry.

Przez chwilę stałam w drzwiach i wpatrywałam się w ciemność. Zasłony były rozsunięte, ale chmury zasłaniały niebo i gwiazdy. Wydało mi się nawet, że słyszę szmer deszczu za oknami. Weszłam do pokoju i dopiero teraz zobaczyłam, że łóżko mojej siostry jest puste. Sprawdziłam w łazience, a potem zbiegłam po schodach.

Salon był tylko z grubsza uprzątnięty. Na obrusach zostały resztki jedzenia i mokre plamy od rozlanych trunków. Tutaj jednak też nie było Sylwii.

Przeszłam do kuchni. Może wstała, żeby coś zjeść, bo przecież zasnęła krótko po powrocie z pogrzebu. Często podjadała nocami. Czasami dołączał do niej tata i razem raczyli się ciastem lub ciasteczkami, popijając je mlekiem czy herbatą. Pomyślałam, że może chciała powtórzyć takie spotkanie i zeszła do kuchni, licząc, że ojciec tam będzie.

Niestety tu też jej nie było.

– Sylwia?! – zawołałam. Obeszłam nasz wielki dom, sprawdzając każdy pokój i każdą łazienkę. Coraz bardziej zdenerwowana, pobiegłam na górę, do kopuły, ale i tam było pusto.

Teraz zdenerwowałam się na dobre. Sylwii nie było w domu! Przez moment pomyślałam nawet, że obudzę Ardena, ale rozmyśliłam się, gdy wróciłam do naszej sypialni i usłyszałam, jak chrapie. Poza tym gdyby mi pomógł, na pewno bym się od niego nasłuchała. Musiałam radzić sobie sama. Gdzie ona może być?

Zeszłam do przedpokoju i włożyłam płaszcz. Zabrałam jeszcze parasol i wyszłam na werandę.

– Sylwia?! – zawołałam. – Gdzie jesteś, Sylwia?

Deszcz się wzmógł, do tego zaczął wiać lodowaty wiatr. Dywan gęstej mgły spowił łąki i lasy. Był koniec października, ale jesień już się poddawała nadciągającej zimie. Uświadomiłam sobie, że jestem w kapciach, więc szybko zawróciłam do przedpokoju i założyłam czarne, skórzane wysokie buty taty. Były o wiele za duże, ale przynajmniej nie przemakały mi nogi. Zeszłam po schodach, zasłaniając się parasolem jak tarczą przed porywami wiatru. Bez ustanku wołałam imię siostry. Na próżno. Otaczały mnie ciemność i pustka. Gdzie ona może być? Wtem umysł podsunął mi upiorną możliwość, która mną wstrząsnęła.

– Och, Sylwia… – szepnęłam. – Biedna Sylwia.

Pobiegłam ścieżką przez las tak szybko, na ile pozwalały mi za duże buciory. Lodowaty deszcz smagał mnie po twarzy, ale byłam zbyt przerażona, żeby się tym przejmować. Zastanawiałam się, jak ona wytrzymała tę drogę. W pewnej odległości od cmentarza to usłyszałam – zgrzyt żwiru rozgarnianego łopatą. Przyspieszyłam kroku. Parę razy o mało nie wyskoczyłam z luźnych butów.

Wreszcie ją zobaczyłam. Była tylko w koszuli nocnej i jak szalona rozkopywała łopatą grabarza grób taty. Mokry batyst przylegał do jej ciała, tak że wyglądała na nagą.

– Sylwia! – wrzasnęłam. – Co ty robisz?!

Na moment znieruchomiała i spojrzała na mnie.

– Nie możemy go tu zostawić – powiedziała. – Tata… w takim strasznym, zimnym, ciemnym miejscu. Nie możemy go tu zostawić, Audrino. Tak jak nie mogliśmy zostawić ciebie.

– Nie… och, nie, Sylwio. Ja nigdy nie umarłam. Ale tata umarł. On musi tu zostać, rozumiesz? Musi być koło mamy.

Sięgnęłam po łopatę, ale ściskała ją kurczowo.

– Sylwio, proszę, pozwól tacie spoczywać w spokoju. I wracaj do domu, bo zaraz dostaniesz zapalenia płuc. Tata byłby zły, gdybyś zachorowała.

– Tata? Zły? Na mnie?

– Tak, byłby bardzo zły. Także na mnie, że cię nie dopilnowałam. Pewnie już się na nas gniewa. Chodź, wrócimy do domu, do ciepłego łóżka. No chodź – powiedziałam z naciskiem i gwałtownym szarpnięciem wyrwałam jej szpadel.

Zachwiała się, więc przytrzymałam ją ramieniem. Odrzuciłam szpadel i trzymając nad nami parasol, poprowadziłam siostrę przez cmentarz ku domowi. Deszcz zmienił się w ulewę. Droga do domu się wydłużała. Parę razy Sylwia chciała zawrócić, ale wtedy ściskałam ją mocniej i przekonywałam, że tata byłby na nią zły.

Kiedy wreszcie weszłyśmy do domu, pomogłam siostrze zdjąć mokrą koszulę i zaciągnęłam do gotowalni, by wytrzeć ją do sucha. Dopiero wtedy zrzuciłam płaszcz i buty taty, po czym zaprowadziłam Sylwię na górę i zrobiłam jej gorącą kąpiel. Kiedy moczyła się w wannie, przygotowałam jej łóżko. Potem wyszorowałam ją szczotką, żeby ożywić krążenie, i umyłam jej włosy. Była już spokojna, wydawała się bardzo zmęczona.

Sama ściągnęłam koszulę, weszłam do wanny i usiad­łam naprzeciwko Sylwii. Wanna była tak duża, że swobodnie się w niej mieściłyśmy. Czasami kąpałyśmy się razem. Dolałam gorącej wody. Sylwia otworzyła oczy.

– Audrino – odezwała się z naciskiem – ty wyszłaś z grobu. Tata też wyjdzie.

Zacisnęłam powieki. Jak mam jej to wszystko wytłumaczyć, skoro sama nic nie rozumiem?

– Nie dzisiaj – powiedziałam. Nie chciałam się mierzyć z odpowiedzią. – Nie dzisiaj – powtórzyłam.

Moczyłyśmy się przez prawie pół godziny, a potem włożyłyśmy świeże koszule. Wysuszyłam nam włosy i położyłyśmy się razem do łóżka.

Rano Arden znalazł nas śpiące słodko w swoich objęciach. Pewnie pomyślał, że wyglądamy jak kochanki.

– Cześć – powiedział, kiedy otworzyłam oczy. – Kiedy tu przyszłaś? Będziesz się do niej wymykać każdej nocy? Może zamówię większe łóżko i będziemy spali we trójkę?

Odruchowo odsunęłam się od Sylwii.

– Przestań. To nie jest śmieszne. Było naprawdę strasznie.

– O co chodzi?

– O to, co ona zrobiła tej nocy… w samej koszuli, w lodowatym deszczu. Długa historia.

– Ja też mam swoją historię. Teraz idę do pracy. Giełda nie dba o naszą żałobę. Zadzwonię do naszego prawnika. A później porozmawiamy.

– Ardenie, przesadzasz. Nikt nie oczekuje, żebyś tak wcześnie stawił się w pracy, a już na pewno nie powinieneś dzisiaj dzwonić do pana Johnsona.

– To śmierć przesadza, nie ja – warknął i zamknął za sobą drzwi.

Usłyszałam, jak zbiega po schodach, mrucząc coś do siebie.

Miałam nadzieję, że osoby postronne wezmą jego rozdrażnienie za skutek ostatnich wydarzeń i nie powiążą go z chorą ambicją. Z drugiej strony dla ludzi biznesu taka postawa nie jest niczym wyjątkowym. Nasi bogaci klienci zapewne wierzyli, że mogą się opłacić śmierci.

Biznes zmienił Ardena. Z trudem widziałam w swoim mężu młodego człowieka, którego niegdyś znałam – poświęcającego się dla matki, byłej mistrzyni olimpijskiej w jeździe figurowej, która straciła nogi przez cukrzycę. Tyle się wydarzyło od tamtego czasu! Tata też musiał zdawać sobie z tego sprawę i pewnie dlatego zmienił testament.

Ale jak mam się przeciwstawić mężowi i przywrócić mu rozsądek, opierając się na woli ojca, którego już nie ma?

Jak tata mógł oczekiwać, że wejdę w jego buty i będę tak samo silna jak on?

Czyżby zobaczył we mnie coś, czego sama nie zauważałam?

Czy zobaczył coś majaczącego na horyzoncie?

Czy na Whitefern może spaść coś jeszcze gorszego niż to, co już spotkało ten dom?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PROLOG

CIEMNOŚĆ PRZED ŚWIATŁEM

BÓL WSPOMNIEŃ

W POWODZI EMOCJI

DRZEWO TAJEMNIC

SZKIC TAJEMNICY

CIENIE W CIEMNOŚCIACH

PRZEBUDZENIE

GĘSTNIEJĄCE CIENIE

PRAWDA JEST NAJBARDZIEJ SAMOTNA

ŻYCIE W KŁAMSTWIE

SAMA NIE WIEM, KIM JESTEM

DAWNE GŁOSY, ZAKAZANE SNY

ZŁAPANA WE WŁASNĄ SIEĆ

NARODZINY, KROK KU PRAWDZIE

DROGA DO ŚWIATŁA

PRAWDA NIE UMIERA NIGDY

ZEMSTA TATY

EPILOG