Mroczna klątwa samotności - Brigid Kemmerer - ebook
NOWOŚĆ

Mroczna klątwa samotności ebook

Brigid Kemmerer

0,0

Opis

„Pod paznokciami mam krew. Zastanawiam się, ilu ludzi tym razem zginęło z mojej ręki”.

 

Zakochaj się, złam klątwę.

 

Osiemnastoletni książę Rhen, przeklęty przez potężną zaklinaczkę, pozostaje zmuszony do przeżywania ciągle na nowo jednej pory roku. Sądził, że z łatwością złamie klątwę – wystarczyłoby, żeby jakaś dziewczyna się w nim zakochała. Wierzył w to, zanim nie zmienił się w bezwzględną bestię, skupioną na sianiu destrukcji. Wierzył w to, dopóki nie zniszczył zamku i nie stracił bliskich, aż w końcu porzucił każdy okruch nadziei.

 

Harper nigdy nie miała w życiu łatwo. Ojciec odszedł dawno temu, matka leżała na łożu śmierci, a brat nigdy nie doceniał dziewczyny ze względu na posiadaną przez nią pewną niepełnosprawność. Nauczyła się być twarda. Przynajmniej na tyle, aby przetrwać.

 

Kiedy na ulicach Waszyngtonu próbuje uratować nieznajomą, zostaje wciągnięta do magicznego świata.

 

Złam klątwę, uratuj królestwo.

 

Teraz Harper nie wie, gdzie jest, ani w co powinna wierzyć. Książę? Klątwa? Potwór? Dopiero gdy spędza czas z Rhenem w jego bajkowej krainie, zaczyna rozumieć, o co toczy się gra. Po jakimś czasie młody władca orientuje się, że nie spotkał kolejnej dziewczyny, którą powinien oczarować, i odzyskuje nadzieję. Niestety przeciwko Emberfall stają potężne siły… i żeby uratować Harper, Rhena i jego ludzi potrzeba czegoś więcej niż przełamania klątwy.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                                Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 583

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: A Curse So Dark and Lonely

Copyright © Brigid Kemmerer 2019

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie II

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska, Martyna Góralewska, Magdalena Kłodowska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Brigid Kemmerer

ISBN 978-83-8418-820-0 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

RHEN

Pod paznokciami mam krew. Zastanawiam się, ilu ludzi tym razem zginęło z mojej ręki.

Zanurzam dłonie w beczce obok stajni, lodowata woda kłuje moją skórę, ale wciąż nie mogę zmyć posoki. Nie powinienem zawracać sobie tym głowy, ponieważ za godzinę i tak nie będzie po niej śladu, ale nienawidzę tego. Krwi. Niewiedzy.

Nagle słyszę dochodzący z tyłu stukot kopyt oraz następujący po nim szczęk uzdy.

Nawet nie muszę się odwracać. Dowódca zawsze podąża za mną w bezpiecznej odległości, dopóki przemiana nie zostanie zakończona.

Dowódca straży. Tak jakby Grey miał jeszcze komu dowodzić.

Tak jakby nie nosił tego tytułu ze względu na brak innych kandydatów na jego miejsce.

Strząsam wodę z dłoni i się odwracam. Grey stoi kilka metrów dalej, a w rękach trzyma lejce Ironwilla – najszybszego konia w całej stajni. Zwierzę dyszy z wysiłku, a sierść na torsie ma mokrą od potu, pomimo chłodu wczesnego poranka.

Choć od tak dawna jesteśmy tu uwięzieni, to obecność dowódcy nadal wzbudza we mnie zaskoczenie. Wygląda dokładnie tak samo młodo jak w dniu, gdy włączono go do elity Straży Królewskiej; ciemne włosy ma lekko zmierzwione, a twarz gładką, całkowicie pozbawioną znaków minionych lat. Mundur wciąż dobrze na nim leży; wszystkie paski i klamry znajdują się na swoim miejscu, a każda sztuka broni lśni w panującym wokół półmroku.

Niegdyś w jego oczach błyszczał entuzjazm, głód przygody. Wyzwania.

Tę iskrę już dawno pochłonął mrok, a akurat tego aspektu jego wyglądu klątwa nie potrafi odtworzyć.

Zastanawiam się, czy mój niezmieniony wygląd również go zaskakuje.

– Ilu? – pytam.

– Ani jednego. Tym razem żaden z twoich poddanych nie zginął.

Tym razem. Powinienem czuć ulgę, ale tak nie jest. Wkrótce całe królestwo ponownie znajdzie się w niebezpieczeństwie.

– A co z dziewczyną?

– Nie ma po niej śladu. Jak zwykle.

Patrzę przelotnie na krew wciąż pokrywającą moje dłonie i czuję w klatce piersiowej znajomy ucisk. Odwracam się z powrotem do beczki i po raz kolejny zanurzam ręce w wodzie. Jej chłód niemal pozbawia mnie tchu.

– Mam krew na rękach, dowódco. – Czuję w piersi iskrę irytacji. – Coś musiałem zabić.

Jego koń zaczyna uderzać kopytami o kamień, jakby wyczuwał zagrożenie. Grey wyciąga dłoń, chcąc uspokoić zwierzę.

Dawno temu stajenny natychmiast by do niego podbiegł – zwłaszcza po usłyszeniu mojego tonu – i zabrał konia. Dawno temu pałac roił się od dworzan, historyków i doradców, którzy byliby gotowi zapłacić krocie za każdą najmniejszą plotkę na temat księcia Rhena, dziedzica tronu Emberfall.

Dawno temu cała rodzina królewska jak jeden mąż uniosłaby brew, słysząc moje narzekania.

Teraz zostaliśmy tylko ja i Grey.

– Po drodze z lasu zostawiłem po sobie ślady ludzkiej krwi – wyznaje dowódca, niewzruszony moim wybuchem. Już dawno zdążył się przyzwyczaić. – Twój koń wytrzymał długą pogoń, aż w końcu natknąłeś się na stado jeleni w południowej części krainy. Tym razem trzymaliśmy się z dala od wiosek.

To wyjaśniałoby stan wierzchowca. Przebyliśmy dziś kawał drogi.

– Wezmę konia – mówię. – Słońce niedługo wzejdzie.

Grey podaje mi lejce. Ostatnia godzina jest tą najcięższą. Zawsze napełnia mnie wyrzutami sumienia wywołanymi kolejną porażką. A ja, jak zwykle, chcę to już mieć za sobą.

– Czy masz jakieś szczególne wytyczne, mój panie?

W pierwszej chwili tego lekkomyślnego uniesienia mam ochotę odpowiedzieć twierdząco. Blondynka lub brunetka. Duże piersi, długie nogi, wąska talia. Częstowałbym ją winem i zabiegał o względy, a gdyby się we mnie nie zakochała, łatwo byłoby znaleźć kolejną.

Za pierwszym razem klątwa przypominała zwykłą grę.

Znajdź taką, która tobiesię spodoba, Grey, powiedziałem wtedy ze śmiechem, jakby wyszukiwanie kobiet dla księcia było najwyższym przywilejem.

Jednak potem nastąpiła przemiana, a potwór zaczął siać w zamku chaos, pozostawiając za sobą morze krwi.

Pod koniec pierwszego cyklu nie miałem już rodziny. Nie miałem służących, pomijając sześciu strażników, z których dwaj ledwo uszli z życiem.

Po trzecim pozostał tylko jeden.

Grey wciąż czeka na moją odpowiedź. Napotykam jego wzrok.

– Nie, dowódco. Zadowolę się każdą. – Wzdycham ciężko i zaczynam prowadzić konia w stronę stajni, lecz nagle zatrzymuję się i odwracam w stronę towarzysza. – Czyja krew splamiła ścieżkę?

Mężczyzna podnosi rękę i odsuwa rękaw. Na jego dłoni widać głębokie cięcie po nożu, z którego wciąż płynie strużka szkarłatu.

Mógłbym kazać mu opatrzyć ranę, ale za godzinę, kiedy nad Emberfall wzejdzie słońce, nie będzie po niej śladu.

Podobnie jak po krwi na moich dłoniach oraz pocie na ciele konia. Gdy brukowane ulice będą tonąć w świetle jesiennego poranka, mój oddech nie będzie już tworzył pary wokół ust.

Dziewczyna zniknie, a cykl ponownie zatoczy koło.

Znów będę miał osiemnaście lat.

Trzysta dwudziesty siódmy raz z rzędu.

ROZDZIAŁ DRUGI

HARPER

Waszyngton D. C. jest tak zimny, że to powinno być nielegalne.

Zakładam na głowę kaptur bluzy, lecz jej cienki materiał w żaden sposób nie chroni przed chłodem. Nie cierpię stać na czatach, ale z drugiej strony mój brat ma o wiele gorsze zadanie do wykonania, dlatego próbuję powstrzymać się od narzekań.

Gdzieś w oddali rozlega się krzyk mężczyzny oraz klakson samochodu. Powstrzymuję dreszcz i jeszcze bardziej wtapiam się w cień. Zaciskam mocno palce wokół zardzewiałej łyżki do opon, którą wcześniej znalazłam przy krawężniku, jednak wygląda na to, że nie mam o co się martwić – ktokolwiek to był, znajduje się teraz daleko stąd.

Zerkam na minutnik widniejący na wyświetlaczu telefonu Jake’a i widzę, że zostało mi jeszcze trzynaście minut. Za trzynaście minut mój brat wypełni zlecenie i wspólnie będziemy mogli kupić sobie po kubku kawy.

Tak naprawdę nie mamy pieniędzy na takie wygody, ale Jake często potrzebuje chwili, żeby odreagować, a jego zdaniem kawa najbardziej się do tego nadaje. Przez nią nie mogę spać i kładę się do łóżka dopiero o czwartej nad ranem, co skutkuje opuszczeniem kolejnego dnia w szkole. Ostatnimi czasy zdarza mi się to tak często, że kolejny dzień wagarowania nie zrobi mi żadnej różnicy. Nie mam przyjaciół, nikt nie będzie za mną tęsknił.

Dlatego zwykle razem z Jakiem siadamy w kącie całodobowej knajpy, a ja patrzę, jak drżącymi dłońmi ściska kubek kawy. Pewnie za chwilę powie mi, co tym razem musiał zrobić. Te historie nigdy nie kończą się dobrze.

Zagroziłem, że złamię mu rękę. Wykręciłem mu ją za plecami. Mało brakowało, a zwichnąłbym mu ramię. Jego dzieci stały obok. To było okropne.

Musiałem uderzyć go w twarz. Powiedziałem, że będę go bił tak długo, aż zaczną mu się ruszać zęby. Szybko znalazł pieniądze.

Ten gość był muzykiem. Zagroziłem, że zmiażdżę mu palec.

Naprawdę nie mam ochoty słuchać o tym, jak wyciąga od ludzi pieniądze. Mój brat jest wysoki i niejeden sportowiec pozazdrościłby mu sylwetki, ale zawsze miał miękkie i dobre serce. Kiedy mama zachorowała, a tata zaczął mieszać się w sprawy Lawrence’a i jego ludzi, to Jake przejmował opiekę nade mną. Pozwalał mi spać w swoim pokoju i pomagał wymykać się do sklepu po kubełek lodów. Wtedy tata jeszcze z nami mieszkał, i to on stanowił główny cel pogróżek zbirów Lawrence’a – ludzi, którzy przychodzili do naszego domu po pieniądze, które od nich pożyczył.

Teraz taty z nami nie ma, a Jake zgrywa jednego z tych zbirów, aby tylko trzymać ich w ryzach.

Czuję, jak poczucie winy skręca mi żołądek. Gdyby robił to wyłącznie ze względu na mnie, nie pozwalałabym mu się tak narażać.

Ale tu nie chodzi tylko o mnie, a również o mamę.

Jake uważa, że mógłby robić dla Lawrence’a coś więcej. Kupić nam trochę czasu. Tylko że to wymagałoby spełniania gróźb, za pomocą których wyciąga od ludzi pieniądze. Musiałby robić im krzywdę.

A to by go zniszczyło. Już teraz widzę, jak się zmienił. Czasem wolałabym, żeby pił tę kawę w ciszy.

Kiedyś mu to powiedziałam, a on się wściekł.

– Co takiego? Nie możesz o tym słuchać? Ja muszę to wszystko robić. – Napięcie w jego głosie było tak wielkie, że niemal się załamał. – Masz szczęście, Harper. Masz szczęście, że musisz tego tylko wysłuchiwać.

Ta, jasne. Szczęście.

Lecz wtedy, niemal natychmiast, zalała mnie fala wyrzutów sumienia, ponieważ miał rację. Nie jestem sprytna ani silna; chciałabym mu jakoś pomóc, ale Jake pozwala mi tylko stać na czatach. Dlatego teraz, gdy mój brat potrzebuje się komuś wygadać, nie przerywam. Nie mogę walczyć, ale umiem słuchać.

Zerkam na telefon. Dwanaście minut. Jeśli skończy mu się czas, będzie to oznaczać, że nie wykonał zadania, a ja mam uciekać. Biec po mamę. Ukryć się.

Już kiedyś zeszliśmy do trzech minut. Nawet dwóch. Jednak zawsze wracał – zdyszany i bez tchu, czasem zbryzgany krwią, ale wracał.

Dlatego na razie się nie martwię.

Obracając w dłoni zimną łyżkę do opon, czuję pod palcami płatki rdzy. Słońce niedługo wzejdzie, lecz do tego czasu pewnie zdążę zamarznąć na kość.

Nieopodal rozlega się perlisty, kobiecy śmiech, a ja wyglądam zza framugi drzwi wejściowych. Na zewnątrz znajduje się dwójka ludzi stojących niemal na krawędzi kręgu światła rzucanego przez uliczną lampę. Jasne włosy dziewczyny lśnią jak w reklamie szamponu i kołyszą się z każdym jej chwiejnym ruchem. Wszystkie bary zamykano o trzeciej nad ranem, lecz najwyraźniej dla niej nie stanowiło to przeszkody. Na widok jej króciutkiej mini i rozpiętej dżinsowej katany czuję się, jakbym włożyła na siebie kurtkę zamiast cienkiego swetra.

Mężczyzna jest ubrany o wiele stosowniej – ma na sobie ciemny strój oraz długi płaszcz. W pierwszej chwili zastanawiam się, czy to glina aresztujący prostytutkę, czy może zwykły biznesmen na randce, lecz nagle nieznajomy odwraca głowę, a ja pośpiesznie cofam się za framugę.

Blondynka po raz kolejny wybucha śmiechem. Albo to on jest tak zabawny, albo ona pijana w sztok.

Nagle słyszę, jak dziewczyna zaczerpuje tchu, a jej chichot gwałtownie się urywa, jakby ktoś wyrwał wtyczkę z gniazdka.

Wstrzymuję oddech. Ta nagła cisza jest wręcz ogłuszająca.

Nie mogę ryzykować i spojrzeć w ich stronę.

Nie mogę ryzykować i NIE spojrzeć.

Jake by się wściekł. Mam tylko jedno zadanie do wykonania, nic więcej. Już słyszę, jak krzyczy: Nie mieszaj się, Harper! Już i tak jesteś bardziej narażona na niebezpieczeństwo!

I miałby rację, ale dziecięce porażenie mózgowe ani trochę nie powstrzymuje mojej ciekawości, dlatego ponownie wychylam się zza progu.

Blondynka leży bezwładnie w ramionach mężczyzny niczym lalka, z głową luźno opadającą na bok. Nieznajomy wsuwa jedną rękę pod jej kolana i rozgląda się po opustoszałej ulicy.

Chętnie zadzwoniłabym na policję, ale Jake pewnie wpadłby w szał. W końcu to, co robi w tej chwili, też nie jest legalne. Obecność glin naraziłaby mojego brata na niebezpieczeństwo. Mnie naraziłaby na niebezpieczeństwo. I mamę również.

Patrzę na te falowane, jasne włosy, na wiotką dłoń muskającą powierzchnię chodnika. Może to porywacz. Może zabił tę dziewczynę… albo prawie. Nie mogę stać bezczynnie.

Ściągam tenisówki, żeby moja głupia lewa stopa nie szurała o chodnik. Jeśli chcę, to potrafię poruszać się całkiem szybko, ale skradanie się to już wyższa szkoła jazdy. Puszczam się biegiem w kierunku nieznajomego i unoszę metalowy pręt.

Mężczyzna odwraca się ku mnie w ostatniej sekundzie, co prawdopodobnie ratuje mu życie, ponieważ łyżka uderza go w ramię, a nie w głowę. Mężczyzna chrząka i zatacza się do przodu, upuszczając dziewczynę na chodnik.

Ponownie unoszę pręt, lecz nieznajomy jest szybszy. Blokuje zamach, wbija mi łokieć w klatkę piersiową i podcina nogi, w mgnieniu oka posyłając mnie na zimny, twardy beton.

Nagle znajduje się blisko, niemal nade mną. Robię zamach rękami, lecz nie mogę dosięgnąć jego głowy, ale za to udaje mi się uderzyć go w biodro. Potem w żebra.

Chwyta mnie mocno za nadgarstek, a następnie przyszpila moją rękę do chodnika. Wydaję z siebie pisk i próbuję się wyrwać z jego uścisku, ale mam wrażenie, że klęczy mi na prawym udzie, a wolną ręką napiera na moją klatkę piersiową. To boli. Bardzo.

– Rzuć broń – mówi z wyraźnym akcentem, choć nie mogę określić jego pochodzenia.

Po chwili przysuwa twarz blisko mojej. Jest młody, niewiele starszy od Jake’a.

Zaciskam mocniej palce na łyżce. Mój spanikowany oddech zamienia się w parę pomiędzy nami. Uderzam go drugą dłonią, ale równie dobrze mogłabym okładać posąg. Wzmacnia uścisk na moim nadgarstku, aż w pewnym momencie mam wrażenie, że zaraz pękną mi kości.

Z mojego gardła wydobywa się jęk, lecz zaciskam zęby i uparcie nie wypuszczam metalu z dłoni.

– Rzuć ją – powtarza, a w jego głosie słychać narastającą furię.

– Jake! – krzyczę, mając nadzieję, że już zdążył wrócić ze zlecenia. Bijący od chodnika chłód kłuje mnie w plecy. Każdy mięsień w moim ciele jest napięty jak struna, ale się nie poddaję. – Jake! Pomocy!

Próbuję wydrapać mu oczy, ale w odpowiedzi mężczyzna jeszcze bardziej wzmacnia uścisk. Napotyka mój wzrok, a na jego twarzy nie widzę nawet cienia wahania. Za chwilę złamie mi nadgarstek.

W pobliżu rozbrzmiewa syrena policyjna, jednak wiem, że przybędzie za późno. Robię kolejny zamach, celując w jego twarz, lecz zamiast tego trafiam w szyję. Czuję krew pod paznokciami, w wyniku czego w oczach mężczyzny zaczyna płonąć chęć mordu. Niebo nad naszymi głowami delikatnie się rozjaśnia, przybierając kolor różu z pomarańczowymi smugami.

Napastnik unosi wolną rękę, a ja nie wiem, czy chce mnie uderzyć, udusić, czy skręcić mi kark. Nie ma to znaczenia. To koniec. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzę w życiu, będzie przepiękny wschód słońca.

Ale coś jest nie tak. Jego dłoń nie opada.

Zamiast tego niebo znika.

ROZDZIAŁ TRZECI

RHEN

Metalowe dekoracje lśnią we wpadających przez okno mojego salonu promieniach słońca, rzucając cienie na ręcznie szyte gobeliny oraz obite aksamitem fotele, w których niegdyś przesiadywali moi rodzice. Czasem, gdy siedzę tu dostatecznie długo, mogę wyobrazić sobie ich obecność. Słyszę opryskliwy ton ojca, który zawsze miał w zanadrzu całą litanię przestróg i wykładów. Widzę cichą dezaprobatę matki.

Pamiętam też własną arogancję.

Mam ochotę opuścić zamek i rzucić się z klifu.

Tylko że to nie zadziała. Próbowałem, i to kilka razy.

I za każdym razem budzę się tutaj, w tym pomieszczeniu, skąpany w promieniach słońca. Ogień zawsze pali się delikatnie w kominku, tak jak i teraz, a jego płomienie trzaskają w znajomym rytmie. Kamienna podłoga wygląda na świeżo zamiecioną, wino i kielichy stoją w gotowości na małym stoliku. Broń Greya wisi na drugim fotelu i czeka na jego powrót.

Zawsze wszystko wygląda tak samo.

Z wyjątkiem zmarłych. Oni nigdy nie wracają.

Ogień trzaska, a nieco podpałki zsuwa się na dno paleniska. W samą porę. Grey wkrótce się zjawi.

Wzdycham. Na końcu języka mam już przygotowaną przemowę powitalną, choć często muszę trochę zaczekać, aż dziewczyna ocknie się ze snu wywołanego eterem, który podał jej wcześniej Grey. Na początku zawsze są przerażone, ale z czasem nauczyłem się, jak łagodzić ich lęki, oczarowywać je i stopniowo wzbudzać zaufanie.

Tylko po to, by całkowicie je zburzyć w czasie przesilenia zimowego. To właśnie wtedy, na własne oczy, widzą moją przemianę.

Powietrze drży, a ja się prostuję. Owszem, nienawidzę tej klątwy oraz niekończącej się powtarzalności mojego życia, ale dziewczęta są jedynym zmieniającym się elementem tego cyklu. Mimo wszystko ciekawi mnie, cóż za nieprzytomną piękność Grey będzie tym razem trzymał w ramionach.

Jednak gdy ten nagle pojawia się w pomieszczeniu, nie trzyma dziewczyny w ramionach, a przypiera ją do podłogi.

Nie jest nieprzytomną pięknością. Jest mizerna, bosa… i właśnie próbuje rozorać paznokciami szyję dowódcy.

Grey klnie siarczyście i odpycha jej dłoń. Na gardle wykwitają mu krwawe pręgi.

Podnoszę się z krzesła z lekkim opóźnieniem wywołanym przez ten niecodzienny widok.

– Dowódco! Puść ją.

Grey natychmiast z niej schodzi i chwiejnie wstaje z podłogi. Dziewczyna pośpiesznie się od niego odsuwa, przyciskając do piersi coś na kształt przerdzewiałej broni. Jej ruchy są niepewne i kompletnie pozbawione gracji.

– Co się dzieje? – Kładzie dłoń na ścianie i podnosi się z podłogi. – Co zrobiłeś?

Grey bierze miecz z fotela i wyciąga go z pochwy z gwałtownością, której nie widziałem u niego od… od wieków.

– Bez obaw, mój panie. Możliwe, że ten cykl będzie najkrótszy ze wszystkich, jakie mieliśmy do tej pory.

Dziewczyna unosi zardzewiały pręt, jakby mógł on stanowić jakąkolwiek ochronę w spotkaniu z wytrenowanym szermierzem. Ciemne loki wysuwają się spod jej kaptura, a ubrudzoną twarz ma ściągniętą z wyczerpania. Ciężar ciała przenosi na prawą nogę, przez co zaczynam się zastanawiać, czy Grey zrobił jej krzywdę.

– No, śmiało – rzuca, przeskakując wzrokiem między mną a dowódcą. – Znam idealne miejsce, w które nie udało mi się jeszcze trafić.

– Z chęcią. – Grey unosi miecz i robi krok w jej stronę. – Ponieważ mogę powiedzieć dokładnie to samo.

– Dość. – W życiu nie widziałem, aby Grey chciał rzucić się na jedną z dziewcząt. Widząc brak reakcji, dodaję ostro: – To rozkaz, dowódco.

Tym razem spełnia polecenie, jednak nie chowa miecza ani nie spuszcza wzroku z dziewczyny.

– Nie myśl – cedzi przez zęby Grey – że dam ci się znowu zaatakować.

– Bez obaw – rzuca dziewczyna. – Jestem pewna, że jeszcze będę miała ku temu okazję.

– Zaatakowała cię? – Unoszę brwi. – Grey, ona jest dwa razy mniejsza od ciebie.

– Nadrabia temperamentem. Zdecydowanie nie była moim pierwszym wyborem.

– Gdzie ja jestem? – Nieznajoma przenosi wzrok ze mnie na Greya, potem na miecz, który dowódca wciąż trzyma w dłoni… a następnie na znajdujące się za nami drzwi. Zaciska palce na pręcie z taką siłą, że jej knykcie robią się białe. – Co zrobiłeś?

Zerkam na Greya i zniżam głos:

– Schowaj miecz. Straszysz ją.

Członków Straży Królewskiej trenuje się tak, by wykonywali rozkazy bez wahania, a Grey nie stanowi wyjątku od tej reguły. Wsuwa miecz do pochwy, ale pas z bronią zapina wokół bioder.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio w pierwszym dniu cyklu nosił przy sobie broń. Prawdopodobnie dawno temu – za czasów, gdy ja miałem jeszcze kim rządzić, a straż królewska musiała raz po raz chronić mury zamku przed niebezpieczeństwami, które nadchodziły z zewnątrz.

Niemniej jednak kiedy Grey chowa broń, panująca w komnacie napięta atmosfera nieco się rozluźnia. Wyciągam dłoń i ściszam głos, jakbym mówił do płochliwych koni w stajni.

– Nic ci tu nie grozi. Czy możesz oddać mi swoją broń?

Dziewczyna zerka szybko na Greya, który wciąż trzyma dłoń na rękojeści miecza.

– Nie ma mowy.

– Boisz się Greya? Zaraz rozwiążemy ten problem. – Przenoszę na niego wzrok. – Dowódco. Nie wolno ci skrzywdzić tej dziewczyny.

Grey cofa się nieznacznie i zakłada ręce na piersi.

Nowo przybyła uważnie obserwuje tę scenę, a następnie bierze głęboki wdech i ostrożnie robi krok do przodu, wyciągając pręt ku mnie.

Cieszę się, że można ją oswoić równie łatwo, co pozostałe. Podnoszę dłoń i patrzę na nią zachęcająco.

Dziewczyna robi kolejny krok… lecz nagle wyraz jej twarzy ulega zmianie, oczy jej ciemnieją… i bierze potężny zamach.

Ciężka stal trafia mnie w brzuch, tuż pod żebrami. Na srebrzyste piekło, jak to boli. Zginam się wpół, lecz nieznajoma niemal natychmiast przygotowuje się do kolejnego uderzenia, celując prosto w moją głowę.

Na całe szczęście mój trening był niemal tak rygorystyczny jak w przypadku Greya. Robię unik i łapię za pręt, nim udaje jej się mnie dosięgnąć.

Teraz rozumiem, dlaczego Grey wyciągnął miecz.

W jej oczach płonie wyzwanie. Szarpnięciem przyciągam ją do siebie, próbując wyrwać jej broń z rąk.

Zamiast tego jednak wypuszcza pręt, zmuszając mnie do cofnięcia się. Dopada do drzwi i, utykając, wychodzi na korytarz, a dźwięk jej ciężkiego oddechu odbija się echem od otaczających ją ścian.

Nie biegnę za nią. Metalowy pręt upada na dywan, a ja przyciskam dłoń do boku.

Grey nie ruszył się z miejsca. Wciąż stoi tam, gdzie wcześniej, z rękami założonymi na piersi.

– Nadal chcesz, żebym nie robił jej krzywdy?

Kiedyś nie śmiałby kwestionować moich decyzji.

Kiedyś może bym się tym przejął.

Wzdycham ciężko i krzywię się, czując, jak moje żebra napierają na świeżo stłuczone miejsce. I tak oto ekscytację płynącą z zyskania nowej atrakcji zastąpił ból. Skoro już teraz tak uparcie próbuje ode mnie uciec, to nie wiążę z przyszłością wielkich nadziei.

Cienie w salonie poruszają się delikatnie, podążając znajomą ścieżką, którą widziałem już setki razy.

Po tym, jak ten cykl zakończy się porażką, zobaczę ją jeszcze raz.

– Jest ranna – zauważa Grey. – Daleko nie ucieknie.

Ma rację. Marnuję czas.

Tak jakbym nie miał go aż nadto.

– Idź. Sprowadź ją tu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

HARPER

Pędzę długim korytarzem, słysząc własny ciężki oddech. To musi być jakieś muzeum albo budynek historyczny. Skarpety ślizgają mi się na welurowych wykładzinach wyścielających marmurową posadzkę. Ściany pokrywa drewniana boazeria regularnie porozdzielana kamiennymi, strzelistymi łukami. Co jakiś czas mijam po drodze masywne, drewniane drzwi z klamkami z kutego żelaza, ale żadne z nich nie są uchylone.

Nie sprawdzam, czy są zamknięte na klucz. Biegnę dalej. Muszę znaleźć jakąś inną osobę albo zwyczajnie wydostać się z tego miejsca.

Kiedy skręcam za róg, moim oczom ukazują się wielkie, skąpane w promieniach słońca schody. Prowadzą w dół, do ogromnego holu wielkości sali gimnastycznej w moim liceum, z ciemną podłogą, ogromnymi oknami z barwionego szkła oraz masywnymi, żelaznymi wrotami. Na ścianach wiszą gobeliny w odcieniach purpury, zieleni i czerwieni, poprzetykane złotymi i srebrnymi nićmi, które mienią się w blasku poranka. Pod jedną ze ścian umieszczono kilka dużych stołów, a na nich kilkadziesiąt kieliszków do szampana oraz talerze z całą masą ciast i słodkiego pieczywa. W kącie stoi pół tuzina pozłacanych białych krzeseł ze spoczywającymi na nich instrumentami.

To miejsce sprawia wrażenie, jakby ktoś tu przygotowywał się na ślub lub na przyjęcie. Lecz z pewnością nie wygląda na kryjówkę porywaczy.

Nic z tego nie rozumiem… Ale przynajmniej znalazłam drzwi.

Nagle ciszę przerywa pikanie.

Minutnik Jake’a.

Wyciągam telefon z kieszeni i wbijam wzrok w migające zera. Czuję ucisk w gardle. Nie wiem, czy udało mu się wrócić.

Muszę się skupić. Wciąż stoję na widoku, a łzy na nic mi się teraz nie zdadzą. Jak już znajdę jakieś schronienie, zadzwonię na policję.

Chwytam mocno balustradę i zbiegam po schodach. Lewa noga jest niezgrabna i omal się pode mną nie załamuje, ale grożę jej w myślach, że ją utnę, jeśli nie będzie współpracować. Działa.

Kiedy skręcam za róg, wszystkie instrumenty w jednej chwili unoszą się z krzeseł.

Zatrzymuję się gwałtownie i rzucam w prawo, chcąc uniknąć bolesnego zderzenia… Jednak instrumenty nagle zaczynają grać. Salę wypełnia przepiękna muzyka symfoniczna, wspierana w dużej mierze dźwiękami fletów, trąbek i skrzypiec.

To musi być jakaś magiczna sztuczka. Iluzja optyczna. Coś jak przedstawienie w parku rozrywki uruchamiane przez czujnik ruchu.

Wyciągam rękę w stronę jednego z fletów poprzecznych, spodziewając się natrafić na cienkie druty lub plastik, który utrzymuje go w miejscu.

Ale niczego takiego nie znajduję. Zamykam dłoń wokół metalu i lekko przyciągam go do siebie. Stal wibruje, jakby ktoś właśnie grał na instrumencie. Nie czuję w środku żadnego dodatkowego ciężaru, który mógłby świadczyć o obecności baterii. Nie widzę też głośnika.

Unoszę flet do ucha i słyszę, że melodia pochodzi ze środka rurki.

Robię krok do tyłu i ciskam instrument w przypadkowym kierunku.

Flet wraca na swoje miejsce nad krzesłem, lewitując, a jego klapki na zmianę zapadają się i unoszą, jakby grał na nim niewidzialny muzyk.

Z trudem przełykam ślinę. To sen. Tamta dwójka czymś mnie odurzyła. Na pewno można to w jakiś sposób wyjaśnić.

Tracę czas. Muszę się stąd wydostać.

Ruszam do drzwi, po części spodziewając się, że będą zamknięte… Ale tak nie jest. Chwiejnym krokiem wychodzę na marmurowe podwyższenie, czując na skórze ciepłe podmuchy wiatru. Po jednej stronie wznoszą się kamienne ściany, a stopnie prowadzą w dół, na brukowaną ścieżkę. Przede mną rozciąga się bezkres idealnie przystrzyżonego trawnika, gdzieniegdzie urozmaiconego drzewami, grządkami kwiatowymi i ogromną fontanną, która raz po raz wyrzuca w powietrze strumienie wody. W oddali widać gęsty las, odznaczający się na tle głęboką, ciemną zielenią.

I żadnych ulic.

Drzwi zamykają się za mną ze szczękiem, całkowicie tłumiąc rozbrzmiewającą w środku muzykę. Nie ma tu poręczy, więc tym razem zejście po schodach zajmuje mi o wiele więcej czasu, lecz w końcu udaje mi się dotrzeć na brukowany chodnik. Podnoszę głowę i widzę górujący nade mną budynek wybudowany z wielkich, kremowych cegieł poprzedzielanych blokami z marmuru i kamienia.

To nie muzeum. To zamek. I to duży zamek.

Ale nikogo w nim nie ma. Na zewnątrz tak samo. Tyle hektarów zieleni i ani jednego człowieka. Panująca tu cisza jest wręcz ogłuszająca. Żadnych samochodów. Żadnych bzyczących linii wysokiego napięcia. Żadnych samolotów.

Wyciągam telefon z kieszeni i próbuję zadzwonić na policję.

W słuchawce odzywa się przerywany sygnał. Brak zasięgu.

Potrząsam nim, jakby to miało w jakiś sposób pomóc. Wszystkie ikony u góry są nieaktywne.

Brak wież satelitarnych. Brak Wi-Fi. Brak Bluetooth.

Z mojego gardła wyrywa się głuchy jęk.

Tamte instrumenty grały same.

Nie potrafię tego pojąć. Na dodatek martwię się o brata.

Wtem uderza mnie kolejna myśl, która jeszcze bardziej pogłębia ogarniający mnie strach. Jeśli Jake’owi coś się stało, to nikt nie pomoże mamie. Wyobrażam sobie, jak leży w łóżku, zanosząc się mokrym kaszlem wywołanym rakiem płuc. Głodna. Bez leków. Bez kogoś, kto zaprowadzi ją do łazienki.

Nagle oczy zachodzą mi łzami. Wycieram policzki i zmuszam się do biegu, czując, jak pot spływa mi po plecach.

Zaraz. Pot. Jest ciepło.

W DC zamarzałam na kość.

W jednej chwili cały ten pot robi się zimny.

Będziesz panikować później. Teraz nie mogę się zatrzymywać.

Za zamkiem, tuż za rozległym brukowanym dziedzińcem, stoi wielki budynek gospodarczy. Wszędzie roi się od kwiatów; oplatają drewniane treliaże, wypływają z ogromnych donic i dekorują żywopłoty oraz ogrody. Lecz nawet tutaj nie widzę ani jednego człowieka.

Moje mięśnie są napięte i zmęczone, a po skroniach spływają mi krople potu. Mam szczerą nadzieję, że to coś w rodzaju garażu, ponieważ wkrótce potrzebny mi będzie środek transportu. Nie mogę biec w nieskończoność. Przylegam płasko do muru zamku, walcząc o oddech, i wytężam słuch.

Cisza. Ruszam przez dziedziniec w stronę budynku, mimo że moja lewa stopa błaga o chwilę odpoczynku. Dopadam do progu, ślizgając się nieco w przemokniętych skarpetkach. Trzy konie podnoszą głowy i parskają na mój widok.

Wow. Czyli to nie garaż. To stajnia.

Nawet lepiej. I tak nie wiedziałabym, jak uruchomić samochód bez kluczyków, ale potrafię jeździć konno.

Zanim nasze życie całkowicie legło w gruzach, kiedy to tata jeszcze miał pracę i cieszył się dobrą reputacją wśród innych, często właśnie w ten sposób spędzałam wolny czas. Z początku robiłam to w ramach terapii po wszystkich operacjach, którym mnie poddano ze względu na moją chorobę, lecz po jakimś czasie jazda konna stała się moją pasją. Potężne nogi wierzchowca napawały mnie poczuciem wolności i siły, o których mogłam jedynie pomarzyć poza siodłem. Przez lata pracowałam w stajni, a w zamian właściciel często pozwalał mi pożyczać konie i wyruszać na krótkie przejażdżki, aż w końcu musieliśmy przeprowadzić się do miasta.

W swoim życiu musieliśmy zrezygnować z wielu rzeczy, ale to właśnie za końmi tęsknię najbardziej.

Po obu stronach alejki znajduje się około trzydziestu boksów, zbudowanych z pomalowanych desek zwieńczonych żelaznymi prętami, sięgających do połowy wysokości pomieszczenia. Wpadające przez świetliki promienie słońca podkreślają zadbaną, połyskującą sierść wierzchowców. Wzdłuż ściany, w regularnych odstępach, wiszą wykonane z lśniącej, prawdziwej skóry uzdy z błyszczącymi, metalowymi klamrami. Na podłożu nie ma nawet jednego źdźbła siana, wokół nie latają muchy. Wszystko wygląda idealnie.

Gniadosz wyciąga łeb i dmucha mi na dłoń. Jest przywiązany do metalowego kółka w boksie, a na jego grzbiecie już spoczywa siodło. Nie spanikował, gdy ukradkiem wślizgnęłam się do stajni i nawet teraz wpatruje się we mnie ze spokojem. Jest duży i masywny, o jasnobrązowej sierści oraz czarnej grzywie i ogonie. Na złotej tabliczce przybitej do frontowej części jego boksu widnieje napis: Ironwill.

Przesuwam dłonią po pysku wierzchowca.

– Dla mnie będziesz Willem.

W małej szafce obok jego boksu znajduję buty i płaszcze… Oraz pas z przyczepionym do niego sztyletem.

Prawdziwa broń. Tak.

Zawiązuję go ciasno w talii. Buty są na mnie za duże, ale sznurowadła sięgają mi prawie do kolan, dzięki czemu jestem w stanie nieco bardziej ustabilizować kostki.

Wślizguję się do boksu i rygluję drzwi. Mimo że trzęsą mi się dłonie, Will ochoczo bierze uzdę do pyska.

– Wybacz – szepczę, głaszcząc wierzchowca po policzku. – Wyszłam z wprawy.

Nagle słyszę odgłos ciężkich kroków.

Zamieram, a następnie chowam się za koniem i prowadzę go w zacieniony kąt boksu. Lejce ślizgają się w spoconych dłoniach, ale uparcie trzymam wierzchowca blisko siebie.

Ktoś cmoka na każdego konia, stopniowo przechodząc przez całą długość stajni. Słyszę ciche słowa i poklepywanie po szyi. Znowu cisza, potem kolejne kroki.

Kimkolwiek jest, sprawdza boksy.

Po jednej stronie widzę drewnianą półkę, prawdopodobnie przeznaczoną na siano lub paszę. Powoli na nią wchodzę, a następnie podpieram się na dłoniach. Nie jest to najlepsza pozycja do dosiadania konia, ale za nic nie zrobię tego, stojąc na ziemi. Teraz muszę jakoś wsunąć stopę w strzemię. Czuję spływające po plecach krople potu, ale mocno chwytam za siodło.

Z całej siły powstrzymuję jęk. To musi być najcierpliwsze zwierzę na świecie, ponieważ nawet nie rusza się z miejsca, gdy całym ciężarem rzucam się na jego grzbiet.

Na szczęście się udało. Siedzę w siodle.

Jestem tak wyczerpana, że mam ochotę się rozpłakać. Nie, poprawka – już płaczę. Po moich policzkach spływają strumienie łez. Muszę się stąd wydostać. Muszę.

W jednej chwili słyszę odgłos kroków. Okrzyk zaskoczenia. Szczęk rygla. Dostrzegam ciemne włosy oraz błysk stali, gdy mężczyzna dobywa miecza. Drzwi boksu zaczynają się otwierać.

Uderzam piętami w boki Willa, wydając z siebie okrzyk wojenny, by dodać sytuacji dramatyzmu. Koń jest przerażony… co wcale mnie nie dziwi. Sama jestem przerażona. Mimo wszystko wierzchowiec rusza naprzód, gwałtownie odpychając drzwi na bok i tym samym usuwając mężczyznę z drogi.

– Naprzód! – krzyczę. – Proszę, Willu! W drogę! – Wbijam pięty w boki rumaka.

Zwierzę wyskakuje z boksu, znajduje podparcie dla kopyt i rusza.

Nic nie widzę zza kurtyny łez, choć dobra widoczność i tak nie pomogłaby mi utrzymać się na grzbiecie. Moje stopy już zdążyły się wysunąć ze strzemion, bo pędzimy po kocich łbach. Zatapiam palce lewej dłoni w grzywie Willa, a drugą rękę oplatam mu wokół szyi. Gdy wbiegamy na trawę, z każdym krokiem konia tak bardzo podskakuję w siodle, że równie dobrze mogłabym siedzieć na włączonym młocie pneumatycznym.

Nagle powietrze przecina trzykrotny, wysoki gwizd.

Will zapiera się kopytami, staje w miejscu i się odwraca. Nie mam szansy się utrzymać. Przelatuję przez bark konia i upadam na darń.

Przez chwilę nie wiem, gdzie co jest. W głowie mi wiruje.

Tak blisko. Byłam tak blisko.

Tamci dwaj mężczyźni są coraz bliżej. Widzę ich skąpane w słońcu niewyraźne sylwetki, choć nie jestem pewna, czy są one zniekształcone przez łzy, czy przez wstrząs mózgu. Muszę wstać. Muszę biec dalej.

Udaje mi się podnieść z ziemi, ale jestem za wolna. Blondyn już stoi obok mnie i właśnie podaje mi rękę. Ciemnowłosy szermierz jest zaraz za nim.

– Nie! – wyrzucam z siebie piskliwym głosem. Odsuwam się od niego i dobywam sztyletu.

Ten drugi zaczyna wyciągać miecz.

Robię krok w tył, potykam się o własne stopy i siadam gwałtownie na ziemi.

– Dowódco. Przestań – mówi blondyn, po czym odwraca się w moją stronę. Podnosi dłoń. – Spokojnie. Nie skrzywdzę cię.

– Goniliście mnie.

– Właśnie tak postępuje się ze złodziejami koni – zauważa szermierz.

– Grey. – Blondyn patrzy na niego ostro, a następnie wyciąga ku mnie rękę. – Proszę. Nie masz się czego obawiać.

Chyba sobie żartuje.

Wcześniej nie przyjrzałam mu się dokładnie, więc robię to teraz. Wysokie kości policzkowe i ostro zarysowana szczęka wyraźnie podkreślają jego profil. Podobnie jak ciemnobrązowe oczy. Na twarzy nie ma ani jednego piega, lecz delikatna opalenizna świadczy o tym, że raz na jakiś czas opuszcza mury pałacu. Ma na sobie białą koszulę, a na ramionach niebieską kurtkę z wysokim kołnierzem, zaakcentowaną skórzanym obszyciem i złotymi haftami. Na jego piersi błyszczą złote klamry, a przy pasie na biodrze wisi sztylet.

Patrzy na mnie, jakby nie pierwszy raz miał do czynienia z wariatką.

Trzymam broń przed sobą.

– Powiedzcie mi, gdzie jestem.

– Jesteś na terenie Zamku Ironrose, w sercu Emberfall.

Przeczesuję w myślach wszystkie parki rozrywki, które mogłyby nosić tę nazwę i które znajdowałyby się w rozsądnej odległości od Waszyngtonu D.C. Ten zamek jest ogromny. Na pewno bym o nim usłyszała. Do tego minutnik Jake’a stanowi tu największą zagadkę. Nie ma mowy, by ten szermierz zdążył wywieźć mnie tak daleko w tak krótkim czasie. Zwilżam wargi językiem.

– Jak nazywa się najbliższe miasto?

– Port Silvermoon. – Waha się przez moment, po czym robi krok w moją stronę. – Jesteś zdezorientowana. Proszę… pozwól, że ci pomogę.

– Nie. – Ponownie celuję w niego sztyletem, a blondyn posłusznie staje w miejscu. – Wynoszę się stąd. Wracam do domu.

– Z tego miejsca nie uda ci się dotrzeć do domu.

Patrzę gniewnie na stojącego za nim uzbrojonego mężczyznę.

– To on mnie tu przyprowadził. Musi istnieć jakaś droga powrotna.

Wyraz twarzy dowódcy jest nieprzenikniony i całkowicie pozbawiony wszelkiego uroku, jaki bije od blondyna.

– Nie ma.

Wbijam w niego zimny wzrok.

– Musi być.

Jego twarz ani drgnie.

– Nie. Ma.

– Dość. – Blondyn ponownie wyciąga dłoń. – Dziedziniec to nie jest odpowiednie miejsce na takie sprzeczki. Chodź. Pokażę ci twoją komnatę. Może jesteś głodna?

Nie wiem już, czy to oni są szaleni, czy może to ja straciłam rozum. Zaciskam mocniej palce na rękojeści sztyletu.

– Nigdzie z wami nie pójdę.

– Rozumiem twoją niechęć, ale nie mogę pozwolić ci opuścić terenu zamku. To niebezpieczne. Nie mam żołnierzy, którzy mogliby teraz patrolować Królewski Trakt.

– Królewski Trakt – powtarzam tępo.

Wszystko, co mówi, brzmi tak logicznie. Jakby wcale nie próbował ogłupić mnie kłamstwami tylko po to, bym za nim poszła. Mało tego, sprawia wrażenie, jakby dziwił się, że nie wierzę w każde jego słowo.

– Proszę – odzywa się jeszcze delikatniejszym tonem. – Z pewnością wiesz już, że jeśli nie pójdziesz po dobroci, użyjemy siły.

Moje serce przyśpiesza. Tak, już to wiem. Nie mam pojęcia, która z tych opcji jest gorsza – dalsze stawianie oporu czy pójście tam z własnej woli.

– Nie waż się mi grozić.

– Grozić? – Unosi brwi. – Sądzisz, że będę ci grozić, po tym jak zaoferowałem ci ochronę, wikt i opierunek?

Brzmi, jakbym go uraziła. Znam mężczyzn, którzy bez wahania spełniają wszystkie swoje zachcianki. Jednak żaden z nich nie przypomina stojącego przede mną młodzieńca.

Wciąż nie wiem, gdzie jestem, ale czuję już pulsujący ból w mięśniach. Nie jestem pewna, czy w ogóle uda mi się wstać z ziemi o własnych siłach. O ucieczce bez wątpienia mogę już zapomnieć.

Ma rację. Jeśli dalej będę stawiać opór, to zaprowadzą mnie do zamku wbrew mojej woli. Powinnam oszczędzać siły.

Odpocznę. Zjem. A potem poszukam drogi ucieczki.

Wstrzymuję oddech i chowam sztylet do pochwy. Po części spodziewam się, że będą próbowali odebrać mi broń, ale nic takiego nie robią.

Mimo wypełniającej mnie determinacji, mam wrażenie, jakbym właśnie się poddała. Ciekawe, co powiedziałby na to Jake.

Och, Jake. Nawet nie wiem, czy jest bezpieczny. Nie mam pojęcia, co robić.

Przeżyję. Muszę.

Dlatego zaciskam zęby, tłumię tę burzę emocji, a następnie chwytam dłoń blondyna.

ROZDZIAŁ PIĄTY

RHEN

Po tym, jak zamykamy Ironwilla z powrotem w stajni, dziewczyna idzie w milczeniu obok mnie. Widząc jej chwiejny krok, nie mam już wątpliwości, że jest ranna. Mimo wszystko wciąż stara się zbytnio do nas nie zbliżać; ramiona splata ciasno na brzuchu, a jedną dłoń trzyma na rękojeści sztyletu.

Jestem pod wrażeniem, że znalazła tu broń – co więcej, w pierwszym odruchu pobiegła do stajni. Większość dziewcząt, które Grey zaciąga tutaj z jej świata, nawet nie tknęłoby ostrza lub uzdy palcem; wolały lgnąć ku eleganckim strojom skrytym w bogato wyposażonych garderobach Zamku Ironrose. Na samym początku cyklu poprzednie damy zwykle siadały przy palenisku i wpatrywały się we mnie ponad kryształowymi kielichami, podczas gdy ja nalewałem im wino i karmiłem je opowieściami, do których dodawałem kilka łobuzerskich elementów, by wywołać rumieniec na ich policzkach.

Jednak gdybym podał tej dziewczynie kryształowy kieliszek, ta zapewne rozbiłaby go na kawałki i wykorzystałaby je, żeby mnie pociąć.

– Czuję, że się na mnie gapisz – mówi nieznajoma. Promienie słońca tańczą na jej ciemnych lokach. – Przestań.

Do głowy przychodzi mi pół tuzina komplementów, ale te drobne kłamstewka raczej nie zrobią na niej wrażenia.

– Zastanawiałem się, czy zdradzisz mi swoje imię.

Waha się przez chwilę, jakby właśnie polemizowała nad ryzykiem, na jakie naraziłoby ją spełnienie tej prośby.

– Harper.

Ach. Oczywiście. Tym razem nie Annabeth czy Isabella. Imię z pazurem.

– Harper. – Skłaniam głowę. – To zaszczyt móc cię poznać, moja pani.

Patrzy na mnie, jakby myślała, że sobie z niej żartuję.

– A ty, to kto?

– Na imię mi Rhen. – Idący po mojej lewej Grey zerka na mnie przelotnie, ale nie zwracam na niego uwagi. Niegdyś dumnie korzystałem z tytułów, by wyraźnie przedstawić swój stan i oczarować dziewczęta swoim bogactwem i wpływami. Jednakże wraz z upływem czasu i coraz mocniej nękającymi moje królestwo biedą i przerażeniem, pozostałe we mnie pokłady tej dumy stopniowo zaczęły się kurczyć.

– Mieszkasz w zamku – zauważa Harper. – Myślę, że za tym „Rhenem” kryje się coś więcej.

– Czy cała lista tytułów zrobiłaby na tobie wrażenie? – pytam, dodając do mojego głosu nutę wytrenowanej tajemniczości, lecz wymaga to ode mnie dużo więcej wysiłku niż zazwyczaj. – Ja jestem pewien, że za „Harper” również kryje się coś więcej.

Ignoruje mnie i odwraca wzrok, przenosząc go na Greya.

– A on?

– Grey z Doliny Wildthorne. Dowódca Straży Królewskiej.

Grey kiwa jej głową i rzuca:

– Moja pani.

– Dowódca. To znaczy, że musi kimś dowodzić. – Mruży podejrzliwie oczy. Nie mam pojęcia, jak Grey ją znalazł, ale jeszcze żadna ze sprowadzonych tu przez niego dziewcząt nie była aż tak nieufna. – Gdzie są pozostali?

Wielu uciekło, a jeszcze więcej zginęło, ale nie mówię tego na głos.

– Nikogo tu nie ma. Jesteśmy sami.

– Ani jednej osoby?

– Brzmisz, jakbyś wątpiła w moje słowa. Zapewniam cię, że poza nami na terenie całej posiadłości nie znajdziesz nikogo więcej.

Czekam na dalsze pytania, ale wygląda na to, że jeszcze bardziej zamyka się w sobie. Jest tak zdeterminowana, by zachować między nami odstęp, że idzie praktycznie na krańcu ścieżki.

– Nie ma potrzeby, byś trzymała się na dystans – rzucam. – Nie musisz się mnie obawiać.

Cóż. Na razie.

– Ach, tak? – Patrzy na mnie ostro. – Może w takim razie powiesz mi, co zamierzaliście zrobić z kobietą, którą dowódca Grey zamierzał porwać?

– Nie skrzywdziłbym jej. – A przynajmniej nie na początku. Nie z własnej woli. Grey nauczył się już zapewniać im bezpieczeństwo na czas mojej przemiany, kiedy przemoc stawała się nieunikniona.

– Była nieprzytomna. Nie przybyłaby tu z własnej woli. – Jej słowa aż ociekają dzikością. – I dla twojej informacji, ja również nie jestem tu z własnej woli.

Odwracam wzrok. Dawno temu to arogancja powodowała ucisk w mojej piersi, dziś jej miejsce zajął wstyd.

Pamiętam, jak kiedyś poddani bali się dnia, w którym przejmę władzę – widzieli we mnie rozpieszczonego, egoistycznego dzieciaka, który nie dorastał swojemu ojcu do pięt.

Teraz jestem rozpieszczony i egoistyczny na inny sposób, a moje predyspozycje do rządzenia państwem wcale nie uległy zmianie.

Docieramy do stóp schodów i podaję jej dłoń, lecz dziewczyna ignoruje mnie i niepewnie, kuśtykając, zaczyna iść na górę. Grey mija ją szybko, po czym chwyta za misternie rzeźbioną, pozłacaną klamkę. Gdy otwiera drzwi, do naszych uszu dobiega żywotna muzyka pochodząca z Wielkiej Sali.

Harper zatrzymuje się gwałtownie.

– To tylko muzyka – uspokajam ją. – Przyznaję, na początku też się zachwycałem tym zjawiskiem.

Teraz tego wszystkiego nienawidzę.

Zwykle dziewczęta są podekscytowane, wręcz oczarowane, lecz Harper wygląda, jakby chciała natychmiast odwrócić się na pięcie i znaleźć się możliwie jak najdalej od tego miejsca.

W końcu jednak przezwycięża strach, rusza w głąb pomieszczenia i patrzy uważnie na instrumenty. Muska palcami wibrujące struny skrzypiec.

– To musi być jakaś magiczna sztuczka.

– Możesz je wrzucić do paleniska. Rozbić na drzazgi. Nie da się powstrzymać tej muzyki. Wierz mi, próbowałem.

Unosi ze zdumieniem brwi.

– Wrzuciłeś instrumenty muzyczne… do ognia?

– Owszem. 

Prawdę mówiąc, spaliłem cały zamek. Kilka razy. Nieważne, czy budynek jest w idealnym stanie, czy obrócony w popiół i gruz – muzyka i tak nie przestaje grać.

Za pierwszym razem było to nawet fascynujące.

Wskazuję dłonią na schody, nie czekając na dalsze pytania.

– Twoja komnata znajduje się na piętrze, moja pani.

Grey zostaje z tyłu, podczas gdy Harper wchodzi ze mną po głównych schodach i wspólnie ruszamy zachodnim korytarzem. Zawsze zabieram je do pokoju Arabelli, ponieważ najstarsza z moich sióstr gustowała w subtelnych, ciepłych wnętrzach – uwielbiała kwiaty, motyle i koronki. Arabella potrafiła przespać pół dnia, jeśli tylko jej nauczyciele wyrazili na to zgodę, dlatego jedzenie zawsze pojawia się na stoliku obok jej łóżka: miodowe biszkopty, dżem i pokrojony w plastry ser oraz dwa dzbanki – jeden z herbatą, drugi z wodą. Obok ciasteczek leży kostka nadtopionego masła.

Przekręcam klucz w zamku i szeroko otwieram drzwi, wskazując podbródkiem na tylną część pomieszczenia.

– Za tymi drzwiami mieści się łazienka z wanną wypełnioną gorącą wodą. Za drugimi jest garderoba. – Zerkam na jej podarty, przepocony strój. – Pewnie znajdziesz tam jakieś ubrania, które… będą w twoim guście.

– A ty zostawisz mnie w spokoju?

W jej głosie pobrzmiewa powątpiewanie, ale kiwam głową.

– Jeśli właśnie tego sobie życzysz.

Harper powoli wchodzi do pomieszczenia, rozglądając się wokół. Przesuwa palcem po stoliku pod ścianą i na moment zatrzymuje się obok tacy z jedzeniem, choć nie częstuje się żadnym z leżących na niej smakołyków.

Marszczę brwi i zerkam na jej stopy, na których teraz ma za duże buty chłopca stajennego. Jej lewa kostka wygląda na skręconą, przez co utyka.

– Jesteś pewna, że nie chcesz, bym udzielił ci pomocy?

Odwraca się do mnie gwałtownie, a na jej twarzy maluje się zaskoczenie.

– Co?

– Wydajesz się ranna.

– To nie… – Waha się przez moment. – Nic mi nie jest.

Nie potrafię stwierdzić, czy kieruje nią duma, strach, czy może obie te rzeczy. Nagle Harper wyrywa mnie z zamyślenia:

– Powiedziałeś, że zostawisz mnie samą.

– Jak sobie życzysz, moja pani. – Kiwam jej głową, odwracając się w stronę drzwi.

– Zaczekaj.

Zatrzymuję się z dłonią na klamce i patrzę na nią z zaskoczeniem.

– Tak?

Przygryza wargę, po czym rozgląda się po bogato urządzonej komnacie Arabelli.

– To miejsce. Tamta muzyka. Czy to wynik jakiegoś… – Nagle milknie, a na jej twarzy pojawia się cień wstydu. – Nieważne.

– Czaru? – podpowiadam, unosząc brew.

Zaczerpuje tchu, jakby z nadzieją, lecz niemal natychmiast piorunuje mnie wzrokiem.

– Śmiejesz się ze mnie. Zapomnij, że pytałam. Zostaw mnie w spokoju.

– Jak sobie życzysz. Wrócę w południe. – Zamykam drzwi, lecz nie ruszam się z miejsca. Ten cykl zaczął się fatalnie. Ona nigdy mi nie zaufa.

Znów poniosę porażkę.

Kładę dłoń na drzwiach. Nie słyszałem, aby ruszyła się z miejsca po drugiej stronie, dlatego decyduję się dodać:

– Nie śmiałem się z ciebie, moja pani. – Czekam chwilę, lecz nie mówi nic w odpowiedzi. – Ironrose nie jest zaczarowany.

Nagle, tuż po drugiej stronie drewna, rozlega się jej głos:

– No, dobrze. W takim razie co to jest?

– Klątwa.

Powiedziawszy to, obracam klucz w zamku i zabieram go ze sobą.

Jak zwykle, wyżywam się na Greyu.

Choć może to on wyżywa się na mnie. Dobrze radzę sobie w walce mieczem, ale on jest zdecydowanie lepszy.

Jesteśmy na placu treningowym, a głośny szczęk stali odbija się echem od otaczających nas krokwi. Widzę lukę w postawie Greya i mierzę w jego pas, lecz on sprawnie unika ostrza, paruje cios i odpiera atak. Jego uderzenia są szybkie i niemal śmiertelne – co bardzo mnie cieszy, ponieważ w tej chwili potrzeba mi czegoś, na czym mogę skupić całą swoją uwagę.

Miecz Greya zderza się z moim z taką siłą, że muszę cofnąć się o krok. Nasza potyczka trwa już godzinę i czuję, jak po skroniach spływają mi krople potu. Udaje mi się odzyskać równowagę na tyle, by wykonać kontrę, stabilnie stawiając stopy na zakurzonej arenie. Zasypuję go gradem silnych, szybkich ciosów w nadziei, że uda mi się zepchnąć go do defensywy.

Z początku moja strategia działa i dowódca się cofa. Wiem jednak doskonale, że nie mam przewagi, ponieważ on nie ustępuje, tylko czeka na otwarcie.

Jego cierpliwość nie zna granic. Zazdroszczę mu tego.

Pamiętam dzień, w którym mianowano go moim osobistym gwardzistą, choć nie jestem pewien, dlaczego nim został. Wtedy ledwie zaszczycałem strażników spojrzeniem. Byli jedynie kolejnymi pionkami, którzy przysięgali oddać za mnie życie. Gdyby jednemu z nich coś się stało, zastąpiłby go kolejny.

Ale Grey uparcie chciał udowodnić swoją wartość. Chyba właśnie to pamiętam w nim najbardziej: tę zaciekłość.

Tylko że niedługo potem sam ją zniszczyłem. Podobnie jak wszystko inne.

Grey robi fintę. Z początku myślę, że jego obrona wreszcie pęka, dlatego biorę zamach i z całej siły wykonuję cios. Grey uchyla się, dźgając mnie rękojeścią miecza w brzuch. Na dokładkę uderza mnie jeszcze barkiem.

Osuwam się na kolana. Mój miecz upada z brzękiem na zakurzoną ziemię.

– Niezłe przedstawienie, Wasza Wysokość. – Dobiega nas kobiecy głos od strony balustrady ciągnącej się wokół pola treningowego, a chwilę później jego właścicielka zaczyna klaskać w dłonie. Przez ułamek sekundy myślę, że Harper jakimś cudem udało się tutaj dostać.

Ale to nie Harper. To Lilith. Ostatnia i jedyna zaklinaczka w Emberfall. Dawno temu mój ojciec wygnał je z królestwa.

Z kolei ja byłem głupi i nie poszedłem w jego ślady.

Chwytam za miecz i podnoszę się z ziemi, podczas gdy Lilith wchodzi na arenę. Na jej spódnicy nie widać nawet pyłku kurzu.

Mimowolnie chowam broń do pochwy, zamiast zatopić ostrze w piersi kobiety.

Już kiedyś tego spróbowałem, lecz nie skończyło się to dobrze.

Wykonuję głęboki ukłon, gdy się do mnie zbliża, a następnie ujmuję jej dłoń i składam na niej pocałunek.

– Dzień dobry, lady Lilith. Światło poranka jak zwykle podkreśla twój olśniewający wdzięk – oświadczam, siląc się na czarujący ton.

Tak naprawdę nie skłamałem: delikatna skóra, rumiane policzki, różane usta, które zawsze sprawiają wrażenie, jakby skrywały jakiś sekret. Włosy w kolorze kruczych skrzydeł, perfekcyjne loki spływające na ramiona. Szmaragdowa suknia, która przylega do każdej krągłości, podkreślając smukłą talię, piersi unoszące się z każdym oddechem oraz intensywną zieleń jej oczu. We wpadających przez okna promieniach słońca wygląda wręcz zniewalająco. Nic dziwnego, że dawno temu udało się jej zawrócić mi w głowie i wykorzystać do swoich niecnych celów.

– Cóż za maniery. – W jej głosie pobrzmiewa kpiąca nuta. – Jeszcze ktoś pomyśli, że wychowano cię na arystokratę.

Wiem, że nie powinienem dawać się sprowokować, ale trudno zignorować to ciche wyzwanie.

– Może i słusznie – przyznaję. – Najwyraźniej pewne rzeczy przychodzą z czasem.

Lilith zerka na Greya, który stoi za mną w milczeniu.

– Czy dowódca Grey naprawdę uważa, że temu nowemu chucherku uda się przełamać waszą klątwę?

– Z tego, co zrozumiałem, to nie ją wybrał.

– A jednak, zamiast skorzystać z okazji, pozwalasz jej usychać w samotności?

– Nie chce spędzać ze mną czasu. Nie będę jej do niczego zmuszał.

– Cóż za kurtuazja – rzuca Lilith, choć w jej głosie nie słychać nawet cienia aprobaty.

– Ta twoja gra trwa już ponad trzysta cykli. Jeśli jedną z nich zostawię, by USCHŁA, zawsze pojawi się kolejna.

Kobieta marszczy brwi.

– To nie jest żadna gra. Poddajesz się. Czyżby nasz mały taniec aż tak cię męczył?

Tak, bardzo. Do szpiku kości.

– Nigdy – odpowiadam. – Każdy cykl sprawia mi więcej radości niż poprzedni, moja pani.

Oczywiście nie tak łatwo ją przekonać.

– Już od pięciu lat twoje królestwo popada w ubóstwo. Poddani żyją w strachu przed dziką bestią, która pojawia się z zaskakującą regularnością i atakuje miasto. A mimo to nie wykorzystujesz szansy, by ich wszystkich uratować?

Pięć lat. Z jednej strony dłużej, a z drugiej krócej, niż się spodziewałem – nie żebym był w stanie przejrzeć jej misterne zaklęcia. Wiedziałem, że poza murami Ironrose czas płynie w swoim tempie. Wiedziałem, że moi poddani cierpią. Po prostu nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo.

W moim głosie pobrzmiewa niekontrolowana furia:

– Nie zamierzam brać pełnej odpowiedzialności za skazywanie moich poddanych na życie w biedzie i strachu.

– A powinieneś, mój książę. Ciekawa jestem, ile szans podaruje ci jeszcze los. – Zerka na Greya. – Nie męczy cię twój dar, dowódco? Być może nie powinnam była marnować na ciebie umiejętności przenikania przez barierę na początku każdego cyklu.

Sztywnieję. W jej słowach zawsze kryją się groźby. Kiedyś byłem zbyt głupi, by to zauważyć, ale teraz potrafię sprawniej czytać między wierszami.

– Służenie księciu zawsze będzie dla mnie zaszczytem, pani. – Jego głos jest pozbawiony emocji. Grey miał dar odpowiadania na pytania dokładnie tyle, ile było konieczne, nie wzbudzając przy tym irytacji rozmówcy.

Prawdopodobnie nauczył się tego dzięki służbie mnie.

– Dowódca Grey jest wdzięczny za twoją hojność – rzucam, próbując uderzyć w jej próżność. Jeżeli odbierze mu bransoletę, nie będzie mógł już przedostawać się na drugą stronę. Moje szanse na złamanie klątwy będą jeszcze wątlejsze niż w tej chwili. – Często słyszę, jak chwali twoją wspaniałomyślność i łaskę.

– Jesteś takim uroczym kłamcą, Rhen. – Wyciąga dłoń, by poklepać mnie po policzku.

Wzdrygam się, a Lilith wykrzywia usta w uśmiechu. Uwielbia te momenty, kiedy tańczy na granicy między wzbudzaniem strachu a działaniem. Wstrzymuję oddech, przygotowując się w duchu, aż rozetnie mi skórę i upuści trochę krwi.

Lecz nagle Lilith przenosi wzrok na coś, co znajduje się za mną, po czym marszczy brwi. Odwraca się do Greya.

– Co ci się stało w szyję? – Unosi dłoń, lecz zatrzymuje ją o centymetry od jego gardła.

Dowódca stoi w absolutnym bezruchu.

– Niefortunne nieporozumienie.

– Nieporozumienie? – Przebiega palcem po górnym zadrapaniu, sprawiając, że rana robi się czerwona, a po szyi Greya spływa strużka krwi. – Czy to sprawka tej dziewczyny?

On wciąż ani drgnie, nie porusza nawet mięśniem na szczęce.

– Tak, moja pani.

Zamieram. Chcę ją powstrzymać, ale wiem, że w ten sposób tylko pogorszę sytuację.

Lilith przysuwa się bliżej.

– Skoro zdołała utoczyć krwi naszemu słynnemu dowódcy Greyowi, to chyba nawet troszeczkę ją lubię. – Przebiega opuszkiem po drugim zadrapaniu i tym razem to jej palec rozjaśnia się na czerwono. Spływa więcej krwi.

Grey stoi w bezruchu, ale widzę, że wstrzymuje oddech. Spojrzenie ma twarde.

Zaciskam zęby. Na samym początku myślałem, że najgorszą częścią tej klątwy jest pogarszający się stan mojego królestwa, ale dość szybko przekonałem się, że to nieprawda. Najgorsze są powtarzające się poniżanie i kara. Niemożność odzyskania tego, co należy do mnie. Bezczynne patrzenie, jak ta kobieta odbiera nam resztki godności.

Po raz trzeci przebiega palcem po szyi generała, wbijając w niego zaciekawione spojrzenie.

Grey wzdryga się i wciąga powietrze z sykiem. Czuję swąd palonej skóry.

Lilith się uśmiecha.

Podchodzę do niej i łapię ją za nadgarstek.

– Zaprzestaniesz tych działań.

Unosi wysoko brwi, wyglądając przy tym na zachwyconą.

– Książę Rhenie! Cóż za hart ducha! Można by pomyśleć, że los twoich poddanych wcale nie jest ci obojętny.

– Zostawiłaś mi jednego strażnika, a ja nie pozwolę go skrzywdzić. Jeśli jesteś spragniona rozrywki, to wykorzystaj do tego mnie.

– Wedle życzenia. – Wolną dłoń zbliża do mojego podbrzusza, jednak nie czuję jej paznokci. Nie czuję niczego.

Po chwili jednak przeszywa mnie ból tak silny, jakby cięła mnie czystym ogniem.

Przed oczami widzę ciemne plamki, a następnie upadam na kolana. Resztkami świadomości czuję, że Grey próbuje mnie złapać. Przyciskam ramię do brzucha, ale ponieważ rana wywołana jest magią, nic mi to nie daje. W moich żyłach szaleje ogień. Krokwie wirują nad moją głową.

Modlę się w duchu, by pochłonęła mnie ciemność. Chcę odejść w zapomnienie. Chcę umrzeć.

Klęczę, utrzymując się w pionie wyłącznie dzięki uściskowi Greya na ramionach. Mam wrażenie, jakby w moim ciele płynęła lawa.

Dobądź miecza, dowódco, chcę powiedzieć. Zakończ to.

Oczywiście nie rozwiązałoby to sytuacji. Obudziłbym się z powrotem w tamtej przeklętej komnacie i czekał, aż Grey wróci z kolejną dziewczyną.

Lilith staje nade mną, mówiąc:

– Naprawdę jesteś już tym wszystkim zmęczony, mój drogi książę? Chcesz, bym położyła kres twoim cierpieniom?

– Tak, pani – odpowiadam szeptem. To prośba. Modlitwa. Nawet jeśli kres tych cierpień oznaczałby moją śmierć, zakończy ona katusze, przez jakie muszą przechodzić moi poddani. I odda Greyowi wolność.

– Wiedz, że jestem hojna, książę Rhenie. Okażę ci litość. To będzie twój ostatni cykl. Twoje dni będą płynęły wraz z rytmem całego Emberfall. A kiedy ten sezon dobiegnie końca, Ironrose wróci do swojej pierwotnej formy.

W piersi powoli kiełkuje ulga, maleńki strumyk wytchnienia pośród nieustającego bólu. W końcu, mój ostatni cykl. Przetrwam trzy kolejne miesiące i będę wolny. Chcę wyrwać się z uścisku Greya, by ucałować jej stopy i zapłakać z wdzięczności.

– Co się stanie – pyta nagle Lilith – jeśli nie uda ci się z tą dziewczyną i całą wieczność spędzisz w ciele potwora?

Moje serce przestaje bić.

– Nie zostawiłam ci jednego strażnika. – Jej głos przypomina zgrzyt tysięcy noży. – Nie pogrążyłam Emberfall w biedzie i strachu. To nie ja obrócę twoich poddanych w proch.

Z mojego gardła wyrywa się zdławiony szloch. Teraz chce mi się płakać z kompletnie innego powodu. Piekący ból sięga już mojej głowy, a przed oczami pojawiają się gwiazdy.

– To ty jesteś za to odpowiedzialny – mówi, a jej okrutny głos oddala się z każdą sekundą. – Ty, Rhenie. Ty sam obrócisz to wszystko w perzynę.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

HARPER

Planuję ucieczkę.

I kiepsko mi to idzie.

Ta sypialnia jest równie zachwycająca i wystawna co reszta zamku, ale równie dobrze mogłaby być stalową celą. Nie znalazłam nic, czego mogłabym użyć do otwarcia zamka – zresztą i tak nigdy tego nie robiłam. Pewnie w pierwszej kolejności powinnam znaleźć „coś ostrego i metalowego”, a nawet tego nie udało mi się osiągnąć. Na stole nie leży ani jedna spinka do włosów, lecz gdybym miała ochotę na zmianę wizerunku, to znajdę na nim pełno kosmetyków, wstążek i słoiczków z perfumowanymi balsamami.

Może później.

Ogromne łóżko z baldachimem przykryte jest ciężkimi kocami oraz satynową pościelą. Wnętrze utrzymane jest w odcieniach różu i bieli; wszędzie wyszyte są maleńkie kwiatki, a na rąbkach narzuty małe klejnoty układają się w kształt płatków. Sprawdziłam już listwy, ale nie znalazłam żadnych gniazdek elektrycznych. Źródłem światła w pomieszczeniu są wpadające przez okna promienie słońca oraz wiszące na ścianach lampy olejne. W łazience jest bieżąca woda – dzięki Bogu – którą uruchamia się za pomocą rolki ze sznurem. Gorąca woda w wannie sprawia wrażenie, jakby została dopiero co nalana – choć paruje już godzinę, więc albo to sprawka tej całej „klątwy”, albo gdzieś tu znajduje się grzałka.

Domyślam się, że dla większości dziewczyn największą atrakcją byłaby garderoba, która jest tak wielka, że śmiało można ją uznać za osobny pokój. Wzdłuż każdej ze ścian wiszą setki sukien. Przestrzeń wypełnia jedwab, koronki oraz tkaniny we wszystkich kolorach tęczy, a w tylnej części garderoby, zaraz pod małym oknem, stoi komoda z pięcioma szufladami. Wcześniej szukałam tam jakiejś spinki albo zapasowych kluczy.

Zamiast tego znalazłam mnóstwo biżuterii.

Diamenty, szafiry i szmaragdy mienią się w słońcu, spoczywając na satynowych poduszkach, które przywodzą mi na myśl wystawy w prestiżowych sklepach z biżuterią z górnej półki. Kolczyki. Bransolety. Naszyjniki. Pierścionki. W różnorodnym stylu, od dużych i barwnych po proste i subtelne. Do tego każde z tych świecidełek wygląda na prawdziwe… i drogie.

Nagle przypominam sobie, jak mama musiała kiedyś zastawić swój pierścionek zaręczynowy, żeby zapewnić tacie bezpieczeństwo i czuję, jak wzbiera we mnie wściekłość.

Rhen nie ma nic wspólnego z jej chorobą, decyzjami mojego taty czy jego „partnerami biznesowymi”, ale widok tych wszystkich bogactw jest dla mnie jak cios w policzek.

Muszę szybko stłumić wściekłość, zanim odbierze mi zdolność myślenia.

Weź się w garść, Harper.

W drugiej szufladzie znajduję trzy obręcze, a w każdej z nich tkwi jeszcze więcej błyskotek. Tiary. Oczywiście.

Wzdycham głośno i otwieram trzecią. Ubrania – choć te są o wiele bardziej praktyczne niż wiszące za mną suknie. Irchowe spodnie jeździeckie, ciężkie, grubo plecione swetry oraz cienkie, zwiewne podkoszulki.

Patrzę na moje znoszone dżinsy i poszarpany sweter. Jeśli chcę uciec stąd konno, potrzebny mi będzie lepszy strój.

Zakładam wyciągniętą z szuflady parę spodni, potem podkoszulkę oraz lekki sweter w kolorze ciemnej zieleni. Ma skórzane paski po bokach i na rękawach, które podwijam do łokci.

W czwartej szufladzie natrafiam na długie, grube wełniane skarpety. Wciągam je na stopy, zawiązuję pożyczone wcześniej buty i poprawiam sztylet przy pasie.

Właśnie. Sztylet. I tutaj pojawia się kolejna zagwozdka: jeśli chcieliby mnie skrzywdzić, to niby dlaczego pozwolili mi go zatrzymać?

A jeśli niechcą mnie skrzywdzić… to dlaczego zamknęli mnie pod kluczem?

Nic z tego nie rozumiem. Tak czy siak, muszę się stąd wydostać.

Tylko że w takiej sytuacji moją jedyną drogą ucieczki jest okno. Widać z niego stajnie oraz skąpany w promieniach słońca las – a także ziemię, która znajduje się dwa piętra niżej. O ile nie uplotę liny z sukienek – jakby moje ciało było w ogóle gotowe znieść takie szaleństwo – to mogę zapomnieć o ucieczce.

Przez cały poranek nawet nie tknęłam leżącego przy łóżku jedzenia, lecz z minuty na minutę zapach ciepłych biszkoptów i miodu staje się coraz intensywniejszy. Od poprzedniego wieczora nie miałam nic w ustach, ale do tej pory strach przed trucizną skutecznie mnie powstrzymywał. Padam na łóżko w butach i ubraniu, pogrążając się w myślach.

Lecz potrafię myśleć tylko o jedzeniu.

W końcu z wahaniem biorę mały kęs.

Ciastko kruszy się w ustach. Na języku czuję ciepłą słodycz miodu. Ser niemal się rozpływa. Nigdy w życiu nie jadłam nic pyszniejszego.

Nic się nie dzieje, więc jem dalej.

Panika, która towarzyszyła mi od momentu, gdy się tu znalazłam, już niemal zgasła, zastąpiona przez zimną determinację. Kiedy wydostanę się z tego pokoju, ucieknę również od tych mężczyzn.

Wyciągam z kieszeni telefon Jake’a. Sprawdzałam zasięg już kilkanaście razy, lecz zawsze widzę ten sam komunikat: brak sygnału.

Według zegara na wyświetlaczu właśnie dobiega południe. Rhen powinien wrócić lada chwila.

Moje mięśnie wciąż są zesztywniałe, więc nie będę w stanie szybko biec, ale może uda mi się wykorzystać element zaskoczenia. Przesuwam krzesło bliżej drzwi i na nim siadam.

Przez tę samotność i bezczynność moje zmartwienia uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Jeśli Jake’owi udało się wykonać zlecenie, to do tej pory na pewno zorientował się, że coś jest nie tak.

Ale jeżeli mu się nieudało…

– Och, Jake – szepczę, wpatrując się w ekran. – Chciałabym cię zobaczyć.

W odpowiedzi telefon nie robi absolutnie nic.

Podejrzewam, że tylko w jeden sposób mogę go „zobaczyć”. Wchodzę w galerię. Jake nie należy do miłośników selfie – nie wiem nawet, czy posiada konto w mediach społecznościowych – ale od czasu do czasu mama prosi go, żeby zrobił sobie z nią zdjęcie.

Chcę, żebyście mieli po mnie jakąś pamiątkę, mówi wtedy. Oczywiście zawsze spełniamy jej prośbę.

I faktycznie, najnowsze zdjęcie przedstawia Jake’a i mamę. Ponieważ teraz rzadko wychodzi z łóżka, brat leży obok niej i całuje ją w policzek. Jego ciemne, kręcone włosy są trochę za długie i wpadają mu do oczu, a ona słabą dłonią trzyma go za brodę. Wzrok ma utkwiony w obiektywie, a jej kruczoczarne włosy leżą luźno rozrzucone na poduszce.

Chciałabym wiedzieć, czy nic im nie jest. Przełykam gulę w gardle i pośpiesznie przechodzę do następnego zdjęcia. Kolejne z mamą. I jeszcze jedno. Potem widzę siebie i mamę; trzymam ją mocno w objęciach i wtulam się w jej ramię. Oglądamy telewizję, a na naszych twarzach odbija się różowa poświata ekranu. Nawet nie pamiętam, kiedy Jake zrobił nam to zdjęcie.

Kolejne: ja i Jake wygłupiamy się przed obiektywem. Właśnie wrócił ze zlecenia, a ja próbowałam poprawić mu humor.

Kolejne: Jake pokazuje środkowy palec do aparatu. Typowe, braciszku.

Kolejne: Jake wtula twarz w szyję innego chłopaka. Mój brat ma zamknięte oczy, a usta rozchylone w sposób, który świadczy o tym, że nie jest to zwykły, przyjacielski całus.

Moje palce zamierają nad ekranem. Chłopak jest Afroamerykaninem; ma ciemnobrązową skórę i włosy ścięte na krótko. Uśmiecha się leniwie do obiektywu, a z jego oczu bije ciepło. Wnioskując z ułożenia jego ciała, to on zrobił to zdjęcie.

Nigdy nie widziałam go na oczy.

Powoli przechodzę do następnej fotografii.

Znowu ich dwójka, w tych samych ubraniach. Jake ma na głowie czapkę bejsbolówkę założoną tył na przód, a ramieniem obejmuje chłopaka za szyję.

Wygląda na szczęśliwego. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam u brata tak radosny wyraz twarzy.

Stukam palcem w zdjęcie, żeby zobaczyć datę wykonania.

Zeszły tydzień. Jake nigdy o nikim nie wspominał, więc może była to tylko pojedyncza schadzka. Nie dziwię się, że mój brat potrzebował trochę czasu dla siebie. W końcu ostatnio żyje w ciągłym stresie.

Mimo wszystko to dziwne, że nie wspomniał o tym nawet słowem.

Kolejne zdjęcie: znowu oni, ale w innym czasie. Mój brat się śmieje, zakrywając oczy dłonią. Ten drugi również szczerzy się do obiektywu.

Patrzę na pozostałe zdjęcia. Jest ich mnóstwo.

Zrobione są na przestrzeni miesięcy.

Moje serce bije jak szalone. Jake nie mówił, że jest z kimś w związku. Nigdy. Ani razu.

Nie wiem, co to wszystko oznacza. Nie mam pojęcia, czy to w ogóle ma znaczenie. Podczas gdy ja wciąż siedzę w pokoju zamkniętym na klucz, Jake’owi mogło się coś stać. Możliwe, że już…

Mój oddech staje się urywany. Nie mogę myśleć o takich rzeczach. Potrzebuję czegoś, co odwróci moją uwagę.