Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim - Marcin Rotkiewicz - ebook
Opis

„Po prostu zawsze byłem błaznem. Dla mnie posągowość często jest podejrzana, sztuczna i nadęta” – mówi o sobie jeden z najbardziej oryginalnych polskich uczonych i popularyzatorów nauki. W rozmowie Marcina Rotkiewicza z profesorem Jerzym Vetulanim spotkamy zatem nie tylko znanego naukowca, ale także artystę i współzałożyciela Piwnicy pod Baranami, showmana, młodego buntownika, ulubieńca kobiet i ojca palącego z synem skręta.

W trakcie naszych spotkań mówił pan fascynujące, ale i bardzo kontrowersyjne rzeczy o sobie, o nauce, narkotykach, krakowskich artystach i Janie Pawle II, którego znał pan osobiście. Dlatego boję się, że sporo z tego wyleci podczas autoryzacji.

Niech się pan nie martwi. Niczego nie będę wykreślał. Potraktuję naszą książkę jako „dzieło pośmiertne”, kiedy autora już nie obchodzi, co o nim pomyślą (śmiech).

JERZY VETULANI (ur. 1936), neurobiolog, profesor Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie, członek Polskiej Akademii Nauk i Polskiej  Akademii Umiejętności, jeden ze współzałożycieli Piwnicy pod Baranami. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 226

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Już w księgarniach:

Jacek Kleyff Rozmowa

Dariusz Zaborek Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską

Katarzyna Kubisiowska Rak po polsku. Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem

Paweł Smoleński Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

Następna książka w serii:

Olga Święcicka Rozmowa z Maciejem Nowakiem (tytuł roboczy)

MARCIN ROTKIEWICZ

MÓZG I BŁAZEN

Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce – 26.04.2010 Kraków, Jerzy Vetulani, ­profesor nauk przyrodniczych, neurobiolog, biochemik –

© by Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Copyright © by Marcin Rotkiewicz, 2015

Copyright © by Jerzy Vetulani, 2015

Redakcja Dominika Cieśla-Szymańska

Korekta Andrzej Piotr Lesiakowski / d2d.pl,

Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-095-6

Zamiast przedmowy

Pamięć ludzka jest bardzo zawodna, płata najróżniejsze figle. W procesach konsolidacji i rekonsolidacji ślady ­pamięciowe plączą się, zanikają, ale także tworzą się całkowicie na nowo. Stare powiedzenie: „Łże jak naoczny świadek” to dla neuro­biologa truizm, ale wie on, że mijanie się z prawdą w dużej mierze nie jest intencjonalne. I z tą wiedzą proszę czytać niniejszą opowieść.

Jerzy Vetulani

Z ziemi włoskiej do Polski

Zacznijmy naszą rozmowę od pańskiego nazwiska, bo wygląda i brzmi obco.

Gdyby moja matka była mniejszą patriotką, to okupację niemiecką przetrwalibyśmy na włoskich dokumentach, czyli o wiele lżej. Formalnie mieliśmy do tego prawo.

Zatem włoskie korzenie.

E tam, włoskie. Lepiej! Na pytanie o moje pochodzenie zawsze odpowiadam, że jestem Etruskiem. (śmiech)

To brzmi nawet dumniej niż „Sarmatą”.

No pewnie! Otóż moja rodzina ze strony ojca pochodzi z Toskanii. Tam jest takie stare etruskie miasteczko Vetulonia i najprawdopodobniej od niego wzięło się nazwisko Vetulani. Mój kuzyn Zygmunt znalazł we Włoszech dalekiego krewnego, profesora Vettolaniego, który pracuje jako astrofizyk w Bolonii. Gdy się z nim skontaktowaliśmy, okazało się, że nasze tradycje rodzinne są dość kompatybilne. Więc chyba rzeczywiście łączą nas więzy etruskiej krwi. Chociaż Zygmunt, który jest niestrudzonym badaczem historii rodziny, ma kilka innych teorii na temat naszego pochodzenia. Okazuje się bowiem, że w Italii znajdowały się dwie, nieistniejące już, osady o nazwie Vetulani: jedna w Lacjum, a druga też w ­Toskanii, niedaleko Pizy.

Wie pan, jak to się stało, że pańscy przodkowie opuścili słoneczną, oliwą i winem płynącą Italię, by przybyć do chmurnej i straumatyzowanej przez historię Polski?

Tradycją wśród moich włoskich protoplastów było uprawianie zawodu prospektora geologicznego, czyli osoby poszukującej miejsc, gdzie można znaleźć jakieś cenne kopaliny. Na zlecenie monarchii austro-węgierskiej któryś z moich prapradziadków pracował między innymi w Tatrach i zmarł w Chochołowie. Tatry były wtedy dość atrakcyjne, bo szukano w nich srebra, złota i antymonitu – stąd na przykład nazwa Szpiglasowa Przełęcz, gdyż szpiglas to inne określenie antymonitu, minerału wykorzystywanego w przemyśle.

Kiedy to się działo?

Za czasów saskich, ale dokładnych dat nie znam. Według legendy syn tego zmarłego w Chochołowie przodka ożenił się z miejscową dziewczyną i został. Z tego związku przyszedł na świat Jacobus Vetulani, który w metryce urodzenia ma jeszcze wpisane pater alienus, czyli „ojciec cudzoziemiec”. Ta metryka pochodzi z 1752 roku, zatem moi włoscy przodkowie musieli przybyć trochę wcześniej. Jacobus przeszedł ścieżkę kariery górniczej od rębacza akordowego do nadsztygara Bochni. W tamtejszej kopalni soli do dziś znajduje się komora imienia Jakuba Vetulaniego. Pochodzę zatem z rodziny etruskich górników solnych. Oni byli w Bochni średnim i wyższym nadzorem górniczym, a żenili się z miejscowymi zubożałymi szlachciankami.

Natomiast mój dziadek Roman wyłamał się z kopalnianej tradycji rodzinnej i związał z córką księgarza w Bochni, a później owdowiał i został nauczycielem gimnazjalnym w Sanoku. Uczył filologii klasycznej i gimnastyki. Ożenił się ponownie, tym razem z Elżbietą Kunachowicz, której dotyczy bardzo ciekawa historia. Otóż jej matka Helena, a więc moja prababcia, zostawiła po sobie pamiętnik. Jeden z jej wpisów zaczyna się od bardzo dramatycznego wyznania: „Dzień 21 maja jest dniem, w którym w świątyni Pańskiej przed ołtarzem Boga przysięg­łam dozgonną miłość człowiekowi, którego nie kochałam”.

Pewnie do ślubu zmusiła ją rodzina.

Akurat nie, bo była już wtedy sierotą. Prababcia Helena urodziła się jako córka Stefana Kadłubowskiego. Dzierżawiony przezeń majątek został spalony w czasie rabacji galicyjskiej, czyli chłopskiego powstania w 1846 roku – jednym z przywódców był słynny Jakub Szela. Ona i jej ojciec z trudem uszli z życiem, uciekając do Tarnowa, a później zostali dzierżawcami majątku w Rusocicach. Helena przeżyła wielką miłość do właściciela sąsiedniego majątku, Stefana Baranowskiego, ale rodzice nie byli przychylni jej związkowi z tym mężczyzną. Po kilku latach surowy ojciec zmarł, nastąpił krach finansowy, w efekcie czego rodzina podupadła. I wtedy zjawił się dość majętny szlachcic z Litwy, Bolesław Kunachowicz herbu Jastrzębiec, który zakochał się w Helenie bez wzajemności. Czując jednak finansowy nóż na gardle, prababka zdecydowała się przyjąć jego oświadczyny.

Mówi się, że to straszna rzecz, małżeństwa z rozsądku, ale właśnie dzięki takiemu związkowi może pan ze mną teraz rozmawiać. Bo Helena miała z owym niekochanym początkowo panem Kunachowiczem pięcioro dzieci, w tym moją babcię, Elżbietę Vetulani. Zresztą po niespełna trzech miesiącach po ślubie pojawia się wpis: „O ile dawniej z przyjemnością w wolnych chwilach pisałam ten pamiętnik, o tyle teraz nudzić mnie zaczyna, wolę przez ten czas porozmawiać z Bolkiem”. I przez następne trzydzieści cztery lata prababcia już nic nie napisała, choć pod koniec życia powróciła jeszcze do tego zajęcia.

Co ciekawe, w 1980 roku jej pamiętnik został wydany drukiem wraz z dwoma innymi wspomnieniami pod wspólnym tytułem Kapitan i dwie panny: krakowskie pamiętniki z XIX wieku.

Wróćmy do pańskiego dziadka Romana, który zamiast kontynuować toskańskie tradycje górnicze, został nauczycielem filologii klasycznej i gimnastyki.

Wiem, że w 1888 roku zakładał Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Sanoku, gdyż są w archiwach jego zamówienia na sprzęt sportowy. No i zostawił po sobie sporo dzieci. Oprócz syna z pierwszego małżeństwa, Kazimierza, późniejszego profesora Politechniki Lwowskiej, który został zamordowany przez Niemców wraz z grupą lwowskich intelektualistów w 1941 roku, miał ich jeszcze pięcioro z babcią Elżbietą Kunachowiczówną – dwie córki i trzech synów, w tym mojego ojca Adama. Miało to poważne skutki, bo jeszcze przed wybuchem I wojny światowej, zwyczajem rodziny Vetulanich, zmarł na serce, zostawiając wdowę z szóstką dzieci i rentą po nauczycielu gimnazjalnym. W dodatku w 1914 roku ta renta w związku z wybuchem wojny została drastycznie obniżona, co spowodowało, że moja rodzina przeszła okres nawet nie biedy, ale wręcz skrajnej nędzy.

Jak sobie poradziła pańska babcia?

Rozdysponowała dzieci po różnych zaprzyjaźnionych rodzinach w formie pakietów: część rodowych sreber plus dziec­ko. Natomiast z dwójką najmłodszych, czyli z Adamem i Elą, przeniosła się do Wiednia. Mała Ela kilka lat później zmarła na gruźlicę. W 1917 roku mój ojciec – przede wszystkim z powodu głodu – zaciągnął się do armii austriackiej. Był niedożywiony i miał tylko szesnaście lat, ale udało mu się dostać przydział dzięki zawyżeniu wieku. Gdy wrócił z frontu, trudno go było poznać, bo urósł o dwadzieścia centymetrów. Później uczestniczył we wszystkich kolejnych wojnach, jak wielu ludzi z jego pokolenia. W 1920 roku bił się z bolszewikami i wrócił z Krzyżem Walecznych na piersi oraz stopniem plutonowego. Został zatem podoficerem rezerwy, co miało swoje konsekwencje w 1939 roku, ponieważ podlegał obowiązkowi mobilizacji, mimo iż piastował już wtedy­ ­stanowisko profesora Uniwersytetu ­Jagiellońskiego.

Jaką dziedziną nauki się zajmował?

Historią prawa, przede wszystkim kanonicznego – przed wojną kierował Katedrą Prawa Kościelnego, docentem UJ został w wieku zaledwie dwudziestu siedmiu lat, a profesorem nadzwyczajnym sześć lat później. Zasłynął z badań nad Dekretem Gracjana spisanym w połowie XII wieku, który przez następne stulecia pełnił między innymi funkcję podręcznika prawa kanonicznego.

Przed wojną pozycja profesora uniwersyteckiego to było coś. Pańskiej rodzinie zaczęło się wreszcie powodzić?

Tak. Urodziłem się w prywatnym szpitalu ginekologicznym przy ulicy Garncarskiej w Krakowie, a tam przychodziły na świat dzieci z tak zwanych dobrych domów. Pamiętam, że byliśmy całą rodziną na wakacjach w Zawoi, to znaczy mama, tata, ja i brat oraz nasza wychowawczyni, do tego jeszcze pokojówka. W Krakowie, oprócz tych dwóch pań, zatrudnialiśmy także kucharkę. Mieszkaliśmy w tym samym domu, w którym teraz rozmawiamy, czyli przeznaczonym dla pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednak z tą różnicą, że mieszkanie było większe, bo miało nie sto czterdzieści, ale dwieście metrów kwadratowych. Moje pierwsze wspomnienia są rzeczywiście obrazami szczęśliwego dzieciństwa.

A kim była pańska matka?

Też naukowcem, ale przyrodnikiem, a dokładnie biologiem. Obroniła pracę doktorską u profesora Emila Godlewskiego juniora na Wydziale Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie zajmowała się procesami regeneracji tkanek ciała u płazów. Rodzice musieli wstrzymać się ze ślubem, bo współpracownice profesora Godlewskiego były zobowiązane dać słowo honoru, że nie wyjdą za mąż przed doktoratem. Jak bowiem mawiał profesor: „Pannisko najpierw napsuje mi odczynników, a później tyle je widzę”. Ponadto, już później, by nie komplikować kariery naukowej mamy, rodzice zwlekali z pierwszym dziec­kiem, czyli mną.

Wojna

Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał pan cztery lata. Pamięta pan cokolwiek?

Jakieś pojedyncze obrazy, między innymi ojca w mundurze stojącego w drzwiach mieszkania i żegnającego się z mamą. Jednak, co może dziwne, nie przypominam sobie jego pożegnania ze mną i bratem Jankiem, który miał wtedy zaledwie rok.

Co się działo z ojcem?

Brał udział w kampanii wrześniowej, ale znalazł się w tej grupie, która wyjechała przez Zaleszczyki do Rumunii. Co ciekawe, Niemcy przeprowadzili bardzo intensywną kampanię, by przekonać uciekinierów do powrotu do Polski. Chodziło im oczywiście o wysłanie ich na roboty do Niemiec. Tata brał czynny udział w akcji uświadamiania żołnierzy o istocie niemieckiej oferty. Potem z Rumunii przedostał się na Węgry, a stamtąd do Francji, gdzie chcieli go włączyć do sztabu polskich wojsk, ale on wolał pozostać zwykłym żołnierzem. Walczył w kampanii francuskiej, awansował na sierżanta, dostał kolejny Krzyż Walecznych i francuski Croix de Guerre. Z kolei po klęsce Francji w 1940 roku przedostał się do Szwajcarii, gdzie włączył się w budowę sieci szkolnictwa polskiego dla internowanych w tym kraju żołnierzy.

Jak wspominał doświadczenia II wojny światowej i co myślał o klęsce wrześniowej?

Trochę rozmawialiśmy na ten temat, ale raczej nie miał ochoty na dłuższe i głębsze zwierzenia. Mówił coś takiego: „Jedyną rzeczą, którą potrafiłem zrobić dla Polski w tej sytuacji, to wykorzystać wiedzę, jak prowadzi się drużynę do boju. Cała akademicka nauka nie miała sensu”. Opowiadał też, że na początku wojny, przejeżdżając przez Kraków, zobaczył swojego przyjaciela, profesora UJ, który był dobrym historykiem, ale także strasznym safandułą. Otóż spotkał go paradującego w pięknym mundurze z dystynkcjami majora. „Kaziu, a co ty tu robisz?” – zapytał ojciec. A tamten na to: „Jestem dowódcą wojskowym dworca Kraków Główny”. „W tym momencie wiedziałem już, że wojna jest przegrana” – wspominał ojciec.

I jeszcze jedna kwestia. W polskiej armii nienawiść zwyk­łych żołnierzy do oficerów była tak ogromna, że na obczyźnie ci drudzy nie mieli prawa wejść do baraków szeregowców. Ojciec, jako podoficer, dostał ten przywilej. Pewnie również dlatego, że traktowano go jak „swojego chłopa”.

To ciekawe, przecież przed wojną był dystyngowanym profesorem.

I ludowcem, należał do Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Uwielbiał chodzić po wsi i zagadywać chłopów. Mówił mi później wielokrotnie: „Jurek, pamiętaj, to jest niezwykle ważne, żebyś słuchał ludzi, bo każdy z nich ma jakąś ciekawą historię do opowiedzenia”.

Pański ojciec szybko znalazł się za granicą, a wy zostaliście w Krakowie. Co się działo po wkroczeniu Niemców?

To kolejny obraz, który zapamiętałem: Niemcy wjeżdżają do Krakowa. I chyba nic poza tym z pierwszego okresu okupacji. Wiem natomiast, że musieliśmy stosunkowo szybko – bo już w listopadzie – opuścić mieszkanie. Mama dostała na to czterdzieści osiem godzin, na szczęście można było zabrać wszystkie rzeczy. Znaleźliśmy lokum u generałowej Zielińskiej przy ulicy Garncarskiej.

Dlaczego akurat tam?

Moja matka była córką generała Franciszka Latinika. To dość znana postać, w czasie I wojny światowej pułkownik austriacki i dowódca pułku krakowskiego. W 1915 roku przełamał – razem z generałem Tadeuszem Rozwadowskim, który położył bardzo celny ogień na pozycjach rosyjskich – front pod Gorlicami. Ta klęska Rosjan była jednym z istotnych czynników rozprężenia w ich armii i w jakimś stopniu przyczyniła się do wybuchu rewolucji w Rosji. Więc właściwie mój dziadek zrobił coś, co się potem na nas odbiło w postaci bolszewizmu, z którym zresztą walczył. Podczas bitwy warszawskiej 1920 roku pełnił obowiązki gubernatora wojskowego Warszawy i dowodził I Armią Frontu Północnego. W 1925 roku przeszedł na emeryturę, co pewnie uratowało go rok później przed marszem na Warszawę na czele przemyskich oddziałów wojska, by pacyfikować zamach majowy Piłsudskiego. Dziadek nie lubił Marszałka. Był zagorzałym zwolennikiem Narodowej Demokracji, więc nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło. Znalazłem kiedyś jakąś starą legitymację mamy i okazało się, że należała do Straży Narodowej. To była taka niby lepsza młodzieżówka narodowców niż faszyzujący Obóz Narodowo-Radykalny.

Miał pan pluralistyczną rodzinę.

Tak, ojciec witosowiec, ciotka i stryj piłsudczycy, dziadek endek. Liczne podziały polityczne szły przez środek rodziny. I to mnie trochę nauczyło relatywizmu.

Jak pan odbierał to nowe lokum u generałowej Zielińskiej i w ogóle okupację?

Pewnie żyło się nam tam gorzej, ale ja tego nie czułem. Co do okupacji, to pamiętam, że bardzo lubiłem czarny niemiec­ki chleb. Mama została tłumaczką w monopolu spirytusowym. Część jej pensji była wypłacana w deputatach, czyli w wódce, którą zawsze dawało się sprzedać lub na coś potrzebnego wymienić. Nie przypominam sobie, żebym chodził spać głodny. Wnuk generałowej Zielińskiej, trzy lata ode mnie starszy Andrzej Mirocki, okazał się człowiekiem, który mnie właściwie ukształtował. We trzech, bo jeszcze z moim młodszym bratem, założyliśmy klub zbieraczy owadów. Ku rozpaczy pani generałowej w ogródku budowaliśmy bunkry. A Andrzej nauczył mnie, że liczba pi to jest 3,14. Nie wiedziałem wprawdzie, o co chodzi, ale już jako kilkulatek znałem liczbę pi i byłem z tego dumny.

Już po wojnie Andrzej wciągnął mnie w żeglarstwo, kupiliśmy nawet na spółkę kajak i razem pływaliśmy. Ponieważ moi rodzice byli bardziej restrykcyjni obyczajowo, gziliśmy się z koleżankami w jego mieszkaniu. Z Andrzejem, który później został lekarzem, ogromnie przyjaźnimy się do dziś. Wiemy, że możemy zawsze na siebie liczyć. Obydwaj zostaliśmy przy naszych pierwszych żonach, co jest rzadką historią. Od czasu do czasu wyjeżdżamy wspólnie do Rzymu. To miasto znam świetnie, bo od 1978 roku trafił mi się tylko jeden taki rok, że nie pojechałem do Wiecznego Miasta. Na ogół wybieram się tam dwa, trzy razy do roku, a niekiedy zdarzało mi się tam spędzać nawet po dwa miesiące. Znam Rzym równie dobrze jak Kraków.

Coś ciągnie pana mocno do tych Włoch.

Wiadomo, etruska krew. (śmiech) A wracając do okupacji, Niemcy bardzo szybko zaczęli szukać mojego ojca. Na drugi dzień po zajęciu Krakowa przyszło do nas gestapo. Matka powiedziała, że tata został powołany do armii i ślad po nim zaginął. Co ciekawe, jakiś czas temu znalazłem książkę meldunkową z tego domu, datowaną na 1 września 1939 roku. Nie ma w niej ojca. Podrobiono ją, by go ochronić. Uratowało go jednak przede wszystkim to, że nie próbował się wymigać od służby wojskowej, bo gdyby został w Krakowie, pewnie szybko by zginął. Jak pan widzi, postępowanie zgodnie z nakazami honoru czasami wychodzi na dobre. Wiem, że to brzmi jak wątek umoralniającej powieści, ale coś takiego się naprawdę zdarzyło.

Dlaczego Niemcy tak się uwzięli na pańskiego ojca, że chcieli go aresztować, a może nawet zlikwidować?

Napisał przed wojną przynajmniej dwie książki, które im się wyjątkowo nie podobały. Chodziło o Lenno pruskie i Polskie wpływy polityczne w Prusiech Książęcych. Właśnie dzięki tym publikacjom wskoczył na czarną listę osób do szybkiej likwidacji.

Wiedzieliście, że przeżył kampanię wrześniową i jest za granicą?

Tak, zdawałem sobie sprawę, że ojciec jest gdzieś tam daleko. Pisał do nas kartki ze Szwajcarii pod pseudonimem Fraulein Kupfer.

Powiedział pan, że nie odczuwał, by żyło wam się źle. Pewnie dzięki temu, że przed koszmarem wojny starała się chronić was matka. Ale coś z groźnej atmosfery okupacyjnej musiało docierać nawet do świadomości kilkulatka.

I docierało. Z powodu wojny śmierć stała się czymś stosunkowo normalnym, nawet dla dzieci. Na przykład mama miała długą drogę do pracy, więc jak ją żegnaliśmy rano, to mówiliśmy: „Szybko, szybko, bo jak się mama spóźni, to ją wezmą do Libana”. To był obóz przejściowy w Płaszowie przed Oświęcimiem. Wiedzieliśmy więc, że jak mama się spóźni, to pójdzie do Libana i więcej jej nie zobaczymy, bo ją Niemcy zastrzelą. Było to wpisane w naszą świadomość.

A jak mama – bez męża, z dwójką małych dzieci – sobie radziła?

Miała wszystkie cechy córki generała, między innymi była świetnie zorganizowana. Pamiętam, że byliśmy kiedyś – w pewną ładną niedzielę 1944 roku – na spacerze. I w którymś momencie mama nagle do nas mówi: „A teraz pobawimy się w Indian. Chodźcie za mną, będziemy uciekać przez ogródki i chować się przed białymi”. I przechodziliśmy przez jakieś płoty. Mama była bardzo wysportowana, dobrze jeździła konno. Co się później okazało: zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego. To był dzień, kiedy Niemcy przeprowadzali pacyfikację Woli Justowskiej. Zakończyła się ona masową egzekucją. Mama zachowała zimną krew i świetnie nas oszukała, bo kompletnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z zagrożenia. Wręcz przeciwnie – znakomicie się bawiliśmy.

Coś jeszcze utkwiło panu w pamięci?

Zadałem kiedyś pytanie: „Mamo, dlaczego podporucznik jest zdrajcą?”. Bo na murze zauważyłem napis „PPR zdrajcy”. Chodziło oczywiście o komunistyczną i prosowiecką Polską Partię Robotniczą. Pamiętam też, że bardzo chciałem znaleźć się w Warszawie, żeby być powstańcem. To mi okropnie imponowało. Zawsze też jechaliśmy na wakacje do Kasiny Wielkiej. W którymś momencie przekraczało się granicę Rzeszy i Generalnej Guberni. Któregoś razu do chaty, w której wynajmowaliśmy izbę, przyszli partyzanci, chyba z Armii Krajowej, i poczęstowali alkoholem. Spróbowałem go wtedy pierwszy raz w życiu i straszliwie mi zasmakował, bo to był bimber z miodem. Może stąd moje dzisiejsze zainteresowanie narkotykami.

Wielkim szokiem była wiadomość o śmierci generała Władysława Sikorskiego w katastrofie gibraltarskiej. Pamiętam to pewnie dlatego, że byliśmy wychowywani przez mamę w duchu bardzo patriotycznym. W każdą niedzielę w domu odbywało się misterium – stawaliśmy z bratem przed krzyżykiem, który był rodzajem relikwiarza. Modliliśmy się, potem śpiewaliśmy Boże, coś Polskę i coś tam jeszcze.

W czasie okupacji rolę naszego opiekuna w pewnym stopniu pełnił mój stryj Tadeusz, profesor Uniwersytetu Poznańskiego i zootechnik, który cały okres wojny spędził w Krakowie, działając na rzecz Polskiego Czerwonego Krzyża. Jak na poznaniaka przystało, był dość pedantyczny. Składając wizyty w naszym domu, zawsze dbał o porządek. Najboleśniej to odczułem, gdy pewnego razu po powrocie z wakacji zauważyłem, że wyrzucił całą moją wspaniałą kolekcję ptasich gniazd. Jako dziecko bardzo nie lubiłem stryja, przedrzeźniałem go i przezywałem. Dopiero po wojnie, za namową ojca, zrobiłem jakieś kroki w celu ocieplenia naszych relacji. I szybko staliśmy się serdecznymi przyjaciółmi. Stryj, wówczas jeszcze stary kawaler, zapraszał mnie do Poznania i pokazywał gospodarstwa doświadczalne. Pamiętam, że ofiarował mi książkę Chemia zdobyła świat, która bardzo mnie zainteresowała i popchnęła później w kierunku studiów chemicznych.

Uczęszczał pan na tajne nauczanie?

Tak. Chodziłem na tajne komplety i wiedziałem, że muszę siedzieć cicho, bo jak nie, to przyjdą Niemcy i zastrzelą nauczycielkę, panią Iwiczową, a może i nas. I nikomu nie wolno mówić, gdzie się uczymy. Bardzo mnie w tym czasie interesowały rzeczy przyrodnicze, pewnie dzięki mamie. Uwielbialiśmy z bratem, jak w niedzielę czytała nam – z niemieckiej gazety zresztą, czyli „Krakauer Zeitung” – drukowaną serię „Abenteuer auf dem Roten Meer” [Przygody na Morzu Czerwonym]. Byłem dzieckiem, którego nie interesowały bajki, ale wyłącznie książki popularnonaukowe. No i Lato leśnych ludzi, bo było to przygodowo-przyrodnicze. Czytałem też „Kronikę naukową” w zachowanych sprzed wojny numerach czasopisma „Iskry”.

Mama na wakacjach miała dzięki temu święty spokój, bo ja całymi dniami zbierałem owady. Wieczorem zaś układałem moje łupy. W którymś momencie zauważyła jednak, że chyba nie jest za dobrze, gdyż za bardzo pochłaniają mnie tego typu pasje. I zaprowadziła mnie do pani doktor psycholog dziecięcej, która podeszła do mnie w fatalny sposób. Zapytała mianowicie: „A co ty, Jurku, teraz czytasz?”. „Różne książki” – odpowiedziałem. „A jakie?” „A najbardziej mi się podobają te o wulkanach i ich wybuchach”. „A co tam ciekawego jest w tych książkach?” Więc ja na to: „Proszę pani, to jest bardzo ciekawe, bo w tej chwili wulkanów czynnych w Europie znajduje się niewiele, właściwie poza Etną i Wezuwiuszem, no i jeszcze Stromboli – on wybucha co pewien czas – to nic nie ma. Ale proszę pani, Owernia! Tam wygasłe wulkany są fantastyczne. Zresztą, czy pani wie, że pozostałości wulkanów są wszędzie? Jak idziemy ulicą Szewską, to porfir jest na chodnikach, a bazalt na jezdni, a to przecież wszystko skały pochodzenia wulkanicznego. Proszę pani, te europejskie wulkany to jednak nic. Mauna Loa i Kilauea to dopiero coś! Mauna Loa ma lawę stosunkowo gęstą, ale Kilauea to wielkie jezioro płynnej lawy”. Chyba nawet podałem jej gęstość.

Pamiętam, że wyszedłem stamtąd dumny z siebie, że wszystko wiem o wulkanach. Tymczasem pani doktor zaleciła mamie całkowity szlaban na książki popularnonaukowe. Mogę sobie czytać Anię z Zielonego Wzgórza i tego typu rzeczy… Czułem wściekłość i oburzenie. A ponieważ byłem wówczas wierzący, to modliłem się, żeby tę panią doktor kara boża spotkała. I proszę sobie wyobrazić, jak wielka jest siła modlitwy dziecka. Nie minęły trzy tygodnie, a na czerwonych plakatach rozwieszanych przez Niemców pojawiło się wśród rozstrzelanych zakładników nazwisko męża pani psycholog. Pan Bóg wysłuchał prośby i pomścił krzywdę małego.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: [email protected],[email protected],

[email protected],[email protected],[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected],[email protected],

[email protected],[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected],

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2015

Wydanie I