Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Linwood, kwiecień 1921. Kanonik Effingham dzwoni po duet detektywów-amatorów, Camberwella i Chaneya: w kościelnym sejfie zieje pustka, zniknęły cztery skarby – złoty kielich z pateną, iluminowana Godzinka i Ewangelie na purpurowym pergaminie. Zanim jednak przybysze zdążą ułożyć listę podejrzanych, w „ławie fundatora” odnajdują ciało miejscowego nicponia i kłusownika, Jima Skate’a. Obok – ledwie zardzewiały klucz francuski ze śladem krwi. Przypadek czy zimny, wyrachowany plan? Trop prowadzi od plebanii przez mroczne ścieżki cmentarza i śnieżnobiałe doły z wapnem, aż do salonów dziedzica Linwood Hall i dyskretnych gabinetów handlarzy antyków. Każdy tu ma motyw: sprytna sekretarka kanonika, starzy służący, myśliwi-goście z listy sir Bartle’a Shardale’a.
Również polecamy: Tajemnica morderstwa w Raju, Morderstwo w młynie oraz Morderstwo w czterech odsłonach.
James Smith Fletcher – pisarz angielski, autor ponad dwustu trzydziestu książek, w tym historycznych i biograficznych, znany jednak przede wszystkim ze swych poczytnych powieści kryminalnych, z których sześć wydano w Polsce w okresie międzywojennym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Joseph Smith Fletcher
Morderstwo w ławie fundatora
Tłumaczenie:
Sebastian Czarnecki
LIND & CO
LIND & CO
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Morderstwo w ławie fundatora
(”Murder in the Squire’s Pew”)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Tłumaczenie: Sebastian Czarnecki
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Grafika na okładce:
robert_em © Unsplash
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68636-33-8
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
KRADZIEŻ – I ŚWIĘTOKRADZTWO
Właśnie zabieraliśmy się do pracy tamtego poranka – wtorkowego poranka w drugim tygodniu kwietnia 1921 roku – gdy dzwonek telefonu w moim pokoju nagle przerwał Chaneyowi i mnie ożywioną dyskusję. W następnej chwili nieznany głos zadał pytanie:
– Czy rozmawiam z kancelarią Camberwell i Chaney?
– Tak! Mówi Camberwell.
– Tu kanonik Effingham, proboszcz parafii Linwood – dzwonię z Linwood.
– Tak, kanoniku Effingham – znamy Linwood.
– Czy pan i pański wspólnik możecie przyjechać do mnie natychmiast, panie Camberwell? Obaj?
– Sprawa pilna, kanoniku Effingham? – Poważna?
– I pilna, i poważna!
– Może mi pan powiedzieć, czego dotyczy?
– Wolałbym osobiście. Możecie przyjechać – dziś rano?
Zwróciłem się do Chaneya, który właśnie otwierał naszą korespondencję.
– Kanonik Effingham, proboszcz w Linwood, chce nas widzieć natychmiast. Nie powie, o co chodzi, póki nie przyjedziemy. Ale twierdzi, że sprawa jest bardzo poważna i pilna.
– Powiedz mu, że jedziemy – rzekł Chaney.
Znów chwyciłem za słuchawkę.
– Przyjeżdżamy, kanoniku Effingham. Obaj! Zaraz.
– Dziękuję. Jest szybki pociąg…
– Przyjedziemy własnym autem, proszę księdza. Będziemy u pana za około godzinę.
Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do pracy – miałem właśnie dokończyć krótką notatkę dla naszego niezastąpionego kancelisty, Chippendale’a. Chaney w milczeniu dokończył czytanie, sortowanie i porządkowanie listów.
– Nic tu nie ma, co nie mogłoby poczekać do popołudnia, a nawet do jutra – powiedział, wstając od biurka. – Linwood, tak? Zobaczmy… to ta ładna wieś tuż za Havering St. Michael, prawda?
– Właśnie tak – niedaleko Wrides Park – odparłem – tam, Chaney, poznałeś mnie po raz pierwszy![1] Może to kolejna sprawa z Wrides Park – morderstwo.
– Porządne włamanie byłoby miłą odmianą – zauważył. – Wyczułeś w jego głosie jakiś szczególny rodzaj podniecenia czy coś podobnego?
– N–nie – odrzekłem niepewnie. – Wydawał się trochę zdenerwowany. Poza tym, gdyby to było morderstwo, zgłosiłby się raczej na policję, nie do nas.
– Ukradli rodzinne srebra, jak nic – mruknął Chaney. – No, ruszajmy – nie ma tu nic, czym Chip by się nie zajął. Gdzie on jest?
Chippendale, przywołany z ośmiostopowego gabinetu, w którym zwykle wysilał swój już teraz bardzo zajęty umysł, zapewnił, że poradzi sobie z każdą sprawą, z jaką my byśmy sobie poradzili – co zresztą było całkiem bliskie prawdy – i zostawiliśmy go w biurze, sami zaś zeszliśmy do pobliskiego garażu, by wyciągnąć nasz samochód. Dopiero co go nabyliśmy i byliśmy z niego bardzo dumni; już zdążył okazać się niezwykle przydatny. A jego przydatność potwierdziła się i tym razem: choć Linwood leży około dwudziestu siedmiu mil na południe od Londynu, po godzinie i pięciu minutach od opuszczenia naszej kancelarii przy Conduit Street byliśmy już w zasięgu wzroku jego starego kościoła, mimo podmiejskiego ruchu i licznych przeszkód po drodze.
Havering St. Michael, dobrze znane Chaneyowi i mnie, to niewielkie, staroświeckie miasteczko targowe; Linwood, oddalone o dwie mile, to równie staroświecka wieś z domami z muru pruskiego, otoczonymi swojskimi ogrodami i głębokimi sadami, odcięta od świata gęstym lasem. To cząstka dawnej wiejskiej Anglii – i tamtego kwietniowego poranka wyglądała na miejsce nad wyraz spokojne i ciche, gdy zjechaliśmy z głównej drogi ku bramie plebanii. Po jednej stronie mieliśmy piękny, czternastowieczny kościół o doskonałych proporcjach, zwieńczony wysoką, masywną wieżą niczym warowny donżon; po drugiej stronie – nie mniej dostojnie wyglądającą plebanię, wzniesioną tak naprawdę w wieku siedemnastym, której szare mury, wysokie dachy i osobliwe kominy wznosiły się nad starannie utrzymanymi ogrodami i równiutko przystrzyżonymi trawnikami. Nic nie mogło wyglądać bardziej zachęcająco, nic bardziej nie sugerowało spokoju i ciszy.
– Nie wygląda to na miejsce zbrodni czy intrygi, Camberwell – zauważył Chaney, gdy wysiadaliśmy z auta. – Ale spójrz! – czcigodny dżentelmen wygląda na bardzo zatroskanego!
Spojrzałem przez trawnik i zobaczyłem kanonika Effinghama, wychodzącego z frontowych drzwi, by nas powitać. Rozpoznałem go od razu – był to starszy duchowny, którego nieraz widywałem w Havering St. Michael, gdy Chaney i ja prowadziliśmy śledztwo w sprawie morderstwa w Wrides Park – wysoki, ascetyczny, dość dystyngowany mężczyzna, zapewne około sześćdziesiątki, o charakterystycznym „garbie uczonego”, chodzący z pochyloną głową i rękami splecionymi za plecami. Tak właśnie szedł i teraz, lecz gdy zbliżył się do bramy, uniósł głowę i – z wrodzonej uprzejmości – lekko się do nas uśmiechnął.
– Bardzo dziękuję, że przyjechali panowie tak szybko – rzekł. – Samochodem, tak? Mamy garaż. A może zostawią go panowie tam, gdzie stoi, dopóki…
– Dopóki nie odbędziemy naszej rozmowy, proszę księdza – odparł Chaney. – Może się okazać, że po niej będziemy musieli ruszyć w pośpiechu.
– Ach tak, oczywiście, oczywiście! – zgodził się kanonik Effingham. – Tam będzie bezpieczny – mój ogrodnik – wskazał mężczyznę pracującego nieopodal – będzie miał na niego oko. Tędy, panowie. Który z panów to pan Chaney, a który pan Camberwell?
Poinformowaliśmy go, a on poprowadził nas przez ogród do domu i wprowadził do dużego pokoju, którego ściany od podłogi po sufit wypełniały książki. Starannie zamknął drzwi, wskazał nam wygodne fotele po obu stronach wesoło trzaskającego ognia z polan i sam miał zająć miejsce między nami, gdy nagle jakby sobie coś przypomniał.
– Jestem roztargniony! – rzekł. – Mieli panowie podróż – zapewne przydałoby się jakieś orzeźwienie? Wina? Trochę whisky?
Wskazał szafkę w rogu pokoju i już miał do niej podejść, gdy Chaney go powstrzymał.
– Dziękujemy, proszę księdza, ale nic dla nas – powiedział. – Może później, skoro pan jest tak uprzejmy. Ale… najpierw sprawy służbowe, proszę księdza.
Kanonik Effingham usiadł, powoli pocierając dłońmi kolana i wpatrując się w ogień. Siedział tak przez chwilę, po czym spojrzał to na jednego, to na drugiego z nas, kręcąc głową.
– To, co mam panom do powiedzenia, jest naprawdę nadzwyczajnej natury! – rzekł. – Rozważam to, we wszystkich możliwych aspektach, od czterech czy pięciu godzin, i jestem całkowicie bezradny wobec tego, co się wydarzyło!
– Być może będziemy mogli pomóc, proszę księdza – odparł Chaney. – Jeśli tylko przedstawi nam pan fakty…
– Fakty są bardzo dziwne – i niezwykle zagmatwane – odpowiedział kanonik Effingham. – Przerastają mnie! Jak dotąd nie powiedziałem o tym nikomu – poza moją żoną i moją sekretarką. Myślałem początkowo o miejscowej policji, ale są powody – o czym się panowie przekonają – by sprawę, przynajmniej na początku, zachować w dyskrecji, a nawet w tajemnicy. Wezwałem panów, panie Chaney i panie Camberwell, ponieważ znam panów pracę przy sprawie Wrides Park, a potem przy tamtych strasznych wydarzeniach w Londynie…
– Mam nadzieję, że u pana to nic z tamtych rzeczy – przerwał Chaney.
– Nie – odparł kanonik. – Nie, to nie morderstwo. Ale przestępstwo – tak! Kradzież – a do tego świętokradztwo!
– Aha! – zawołał Chaney. – Ukradziono coś z kościoła, tak, proszę księdza?
– Lepiej będzie, jeśli wszystko wyjaśnię od początku – odpowiedział kanonik. – I zacznę od tego, że zapewne wiedzą panowie, iż nasz kościół parafialny jest bardzo stary – to jeden z najstarszych w tej diecezji. Przechowujemy w nim pewne skarby. Cztery z nich są bardzo wiekowe i – choć nie potrafiłbym dokładnie oszacować ich wartości – niezwykle cenne; mam na myśli wartość materialną. Mamy kielich z XV wieku, z litego złota – niezwykle rzadki okaz – oraz patenę, również z litego złota, pasującą do kielicha. Jest też iluminowana Godzinka, na pergaminie, misternie oprawiona, z okładzinami wysadzanymi drogimi kamieniami. I wreszcie – egzemplarz czterech Ewangelii, na purpurowym pergaminie, oprawiony w złote płyty i zdobiony podobnie. Otóż, panowie – te cztery bezcenne przedmioty zostały skradzione!
– Stąd – z pańskiego domu, proszę księdza? – zapytał Chaney.
Kanonik Effingham pokręcił głową i spochmurniał.
– Nie! – odparł. – Może powinienem był trzymać je w domu – a jednak nie mogłyby być tu bezpieczniejsze niż tam, gdzie były. Nie – skradziono je z kościoła.
– Kiedy to się stało, proszę księdza? – zapytał Chaney.
– W nocy – odparł kanonik. – Zaraz wyjaśnię wszystko dokładniej. Te skarby, kiedy przybyłem tutaj kilka lat temu, przechowywano w solidnej dębowej skrzyni na plebanii – sądzę, że niewielu ludzi wiedziało o ich istnieniu, a spośród tych, którzy wiedzieli, tylko nieliczni, jak sądzę, zdawali sobie sprawę z ich ogromnej wartości i znaczenia. Ale ja, będąc przez całe życie badaczem archeologii, uświadomiłem to sobie i natychmiast przedsięwziąłem odpowiednie kroki, by je zabezpieczyć. Kazałem wmurować specjalny sejf w zewnętrzną ścianę zakrystii, by tam je przechowywać, a także zamontować specjalny zamek w drzwiach zakrystii. Klucz do sejfu, klucz do zakrystii i klucz do małych drzwi prowadzących do prezbiterium zawsze miałem przy sobie i mogę poświadczyć, że nikt poza mną nigdy nie otwierał tego sejfu – aż do teraz! Ale teraz – sejf jest pusty!
– Kiedy odkrył pan stratę, proszę księdza? – zapytał Chaney.
– Dziś rano – bardzo wcześnie – odpowiedział kanonik Effingham. – Zwykle wstaję bardzo wcześnie. Dziś, około siódmej, przypomniałem sobie, że potrzebuję pewnej księgi metrykalnej z kościoła, więc podszedłem do tego biurka – tu odwrócił się na krześle i wskazał masywne dębowe biurko stojące pośrodku pokoju – żeby wyjąć klucze z tej szuflady –
– Chwileczkę, proszę księdza – przerwał Chaney, który zaczął już robić notatki w swoim małym notesie. – Proszę dokładnie opisać te klucze. Na czym były zawieszone?
– Na solidnym kółku – odparł kanonik. – I jak już mówiłem, były trzy. Klucz do drzwi prezbiterium, klucz do zakrystii i klucz do sejfu.
– Proszę kontynuować, proszę księdza – rzekł Chaney.
– Szuflada była zamknięta –
Chaney podniósł palec.
– Proszę zwrócić szczególną uwagę na ten punkt – bo widzę już, dokąd to zmierza – powiedział. – Jest pan absolutnie pewien, że szuflada – ta właśnie, którą pan wskazuje – była zamknięta?
– Absolutnie pewien! – potwierdził kanonik.
– Ale – jak się domyślam – klucze kościelne, te trzy wymienione, zniknęły?
– Nie było ich tam!
Chaney przez chwilę coś zapisywał w notesie. Potem spojrzał w górę.
– Kiedy ostatni raz pan je tam widział, proszę księdza?
– Ostatni? Sam je tam włożyłem zeszłej nocy! Tuż przed pójściem spać.
– I zamknął pan szufladę?
– Oczywiście, zamknąłem.
– Gdzie pan włożył klucz od tej szuflady, proszę księdza?
– To klucz z mojego prywatnego pęku – odparł kanonik, sięgając ręką do kieszeni spodni. – Ten pęk. To właśnie ten klucz.
– Do kwestii tego klucza wrócimy później – zauważył Chaney. – A zatem, proszę księdza, po otwarciu szuflady – zamkniętej szuflady – stwierdził pan brak kluczy kościelnych. Co pan zrobił?
– Cóż, na początku kusiło mnie – może to nieodpowiednie słowo, ale wie pan, co mam na myśli – kusiło mnie, by pomyśleć, że nie włożyłem ich tam poprzedniego wieczoru! Ale wiedziałem – wiedziałem ponad wszelką wątpliwość – że to zrobiłem. Pamiętałem bardzo wyraźnie – i z całkowitą pewnością – sam moment, w którym położyłem je do szuflady. Co zrobiłem potem? Otóż, po krótkim namyśle, pospieszyłem do kościoła. I znalazłem klucze w zamku drzwi do prezbiterium.
– Na zewnątrz czy wewnątrz, proszę księdza? – zapytał Chaney.
– Zwisały z zamka po zewnętrznej stronie – odpowiedział kanonik Effingham. – Drzwi były zamknięte. Przekręciłem klucz, wyjąłem cały pęk i pośpieszyłem do zakrystii. Drzwi zakrystii były zamknięte. Wszedłem do środka. Drzwi sejfu były zamknięte. Otworzyłem je. Zawartość – jak już wspomniałem – zniknęła!
– A potem, proszę księdza? – ciągnął Chaney, wciąż notując. – Co pan zrobił?
– Wróciłem do domu. Nikt – mam na myśli służbę – jeszcze nie zszedł, więc przeszedłem się po wszystkich drzwiach i oknach, bo byłem pewien, że ktoś dostał się do domu i wykradł klucze w nocy. Wszystko było w porządku, z jednym wyjątkiem. Mamy boczne drzwi w jednym z pomieszczeń na parterze, prowadzące do ogrodu. Gdy wróciłem z kościoła, Bleacher, nasza pokojówka, powiedziała mi, że zastała je rano otwarte, choć była pewna, że zamknęła je poprzedniego wieczoru.
– Rozumiem – rzekł Chaney. – I co jeszcze, proszę księdza?
– Nic więcej – aż do momentu, gdy zadzwoniłem do panów – powiedział kanonik. – Poza tym, że opowiedziałem o wszystkim mojej żonie i mojej sekretarce, pannie Bolton.
– Czy wypytywał pan domowników, czy ktoś może nie słyszał w nocy jakichś hałasów, czegoś podejrzanego?
– Jeszcze nie.
Chaney schował notes i ołówek.
– Mam dwie kwestie, które chciałbym poruszyć natychmiast, kanoniku Effingham – powiedział. – Pierwsza brzmi: kiedy widział pan po raz ostatni te cenne przedmioty w sejfie w zakrystii? Dokładnie ostatni raz?
Kanonik odpowiedział bez wahania:
– Wczoraj po południu o piątej.
– To pewne?
– Całkowicie pewne!
– A zatem skradziono je zeszłej nocy! No dobrze, kolejne pytanie – bardzo istotne, proszę księdza – dotyczy pańskiego prywatnego pęku kluczy. Gdzie go pan przechowuje? W kieszeni, oczywiście, w ciągu dnia? Tak – ale co pan z nim robi, gdy kładzie się spać?
– Kładę go wraz z zegarkiem, portmonetką i innymi drobnymi przedmiotami na pewnej małej tacy na stoliku w mojej garderobie. Zawsze w tym samym miejscu – jestem człowiekiem o stałych nawykach i nigdy od nich nie odstępuję.
– A więc wczoraj wieczorem położył pan pęk kluczy tam, gdzie zwykle?
– Oczywiście!
– I dziś rano nadal tam był?
– Tak – dokładnie tam, gdzie go zostawiłem.
– Śpi pan w tej garderobie, proszę księdza?
– Nie. Ale mój pokój znajduje się tuż obok – przylega bezpośrednio do garderoby.
– Czy słyszał pan w nocy jakiś hałas – nietypowy odgłos dobiegający z garderoby?
– Nie!
– A dziś rano prywatny pęk kluczy leżał dokładnie w tym samym miejscu na stoliku, gdzie pan go położył wieczorem?
– W dokładnie tym samym miejscu.
Chaney wstał z fotela i podszedł do biurka.
– Kolejna rzecz, którą chciałbym ustalić – powiedział – to czy ten zamek, ten, w szufladzie, w której trzyma pan klucze do kościoła, łatwo jest otworzyć? Czy to jakiś specjalny zamek, proszę księdza? Hm! – ta sprawa, proszę księdza, staje się naprawdę interesująca!
[1] J. S. Fletcher, Morderstwo w Wrides Park, Warszawa 2020, wyd. CM.
ŁAWA FUNDATORA
Nie wiem, czy kanonik Effingham zrozumiał albo docenił uwagę Chaneya; spojrzał na niego z lekko zmieszanym wyrazem twarzy.
– Myśli pan, że…? – rzucił.
– Ach, sam jeszcze nie wiem, co myślę, proszę księdza! – odparł Chaney, wciąż oglądając szufladę i pasujący do niej klucz. – Widzę natomiast, że to, jak pan mówi, specjalny zamek, z oczywiście specjalnie do niego wykonanym kluczem. A więc, na pierwszy rzut oka, wygląda na to, że skoro szuflada została otwarta w celu wyjęcia kluczy do prezbiterium, zakrystii i sejfu, to musiała zostać otwarta właśnie tym kluczem z pańskiego prywatnego pęku.
– A to by znaczyło…? – zapytał kanonik.
– To by znaczyło, proszę księdza, że musimy przyjąć taką oto hipotezę: złodziej najpierw ukradł pański pęk kluczy z garderoby. Następnie zszedł tutaj, do pańskiego gabinetu, otworzył szufladę i zabrał klucze kościelne. Potem poszedł do kościoła, wszedł przez prezbiterium, przeszedł do zakrystii, otworzył sejf i zabrał cztery zaginione przedmioty. Następnie pozamykał wszystko z powrotem, zostawił klucze kościelne w drzwiach prezbiterium, wrócił do domu i odłożył pański prywatny pęk kluczy z powrotem w garderobie. I to, według mnie, jest rzecz zdumiewająca! Po co, u licha, skoro osiągnął swój cel, miałby trudzić się powrotem tutaj i odkładaniem pańskich kluczy na miejsce w pokoju na górze? Nadzwyczajne!
– Rzeczywiście na to wygląda – przyznał kanonik. – Ale fakty są takie, jak powiedziałem – klucze tam były!
– Cóż, proszę księdza, w takim razie na podstawie tych faktów muszę zadać panu bardzo proste, ale konieczne pytanie – rzekł Chaney. – Co z domownikami?
Kanonik Effingham uśmiechnął się – z wyraźnym zakłopotaniem.
– Och! – odpowiedział bez wahania – Zapewniam pana, że nie ma nikogo – absolutnie nikogo! – w moim domu, kogo moglibyśmy choćby podejrzewać. Nie jest nas zresztą wielu. Moja żona – chyba nikt by jej nie podejrzewał! – moja sekretarka, panna Bolton – dama o najwyższym charakterze i kwalifikacjach, o której, gdy przyszła do mnie kilka miesięcy temu, otrzymałem najzupełniej satysfakcjonujące ref…
– Myślałem raczej o personelu, proszę księdza – przerwał Chaney. – Służba bywa czasem podatna na wpływy, wie pan.
– Nasza służba domowa jest bardzo nieliczna – odparł kanonik z uśmiechem. – Kucharka, Mary Summers, starsza już kobieta, jest z nami od niemal dwudziestu lat; pokojówka Jane Bleacher, służy u nas około dziesięciu; pokojówka do sypialni, Jane Flint, porządna, uczciwa, choć pozbawiona wyobraźni dziewczyna ze wsi; i chłopiec do posyłek, Tom Deane. Nie sądzę, żeby…
– Żadnych lokajów ani innych służących mężczyzn, proszę księdza? – dopytał Chaney.
– Mamy ogrodnika, tego człowieka, którego pan widzi przy pracy – powiedział kanonik. – Charles Lightowler, prosty, bezpośredni „Jorkszirczyk”, pracuje u mnie prawie tak długo jak kucharka, Summers; przyszedł do nas niedługo po niej, dobrze to pamiętam. Ale nie mieszka w domu.
– A więc wszyscy ci ludzie są jak… jak ta słynna żona – nie jestem wielkim uczonym, proszę księdza – poza wszelkim podejrzeniem? – zagadnął Chaney z uśmiechem. – No cóż, musimy spojrzeć gdzie indziej. Czy ostatnio gościł pan tu kogoś, kogo by pan…
Kanonik uniósł dłonie.
– Kogo mógłbym podejrzewać o kradzież moich kluczy i obrabowanie kościoła? – wykrzyknął. – Ależ nie, absolutnie nie! Każdy, kto był przyjęty w tym domu…
– Byłby, jestem tego pewien, osobą najwyższego charakteru – i kompetencji – powiedział Chaney sucho. – Ale wie pan, proszę księdza, w ramach mojej profesji, jeśli zechce pan tak nazwać pracę detektywa, poznałem wielu ludzi o rzekomo nienagannej reputacji i niekwestionowanych zdolnościach, którzy, w pewnych okolicznościach i pod naciskiem konieczności – zwłaszcza tej ostatniej – potrafili popełnić bardzo, bardzo nieładne czyny! Znałem damy z tytułami, które były złodziejkami; mężczyzn z wyższych sfer, którzy oszukiwali; młode kobiety z towarzystwa, które…
– Nie utrzymujemy znajomości z takimi osobami – przerwał kanonik Effingham z lekką wyniosłością. – Prędzej podejrzewałbym własną żonę niż któregoś z naszych gości. Oczywiście – dodał pospiesznie – nie mogę ręczyć za przypadkowych odwiedzających, którzy wpadają obejrzeć kościół.
– Aha! – zawołał Chaney z ożywieniem. – To już coś, proszę księdza! Odwiedzający kościół, tak? Choć oczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby którykolwiek z nich mógł dostać się w nocy do pańskiej garderoby i wykraść pańskie klucze. Ale ten wątek warto pociągnąć. Czy kościół cieszy się dużym zainteresowaniem?
– W ciągu roku odwiedza go całkiem sporo osób – zapewnił kanonik. – To naprawdę piękna i interesująca budowla, o bogatej historii.
– A zatem przypuszczam, że wiele osób widziało kiedyś te skradzione skarby? – zasugerował Chaney. – Muszą być znane sporej liczbie ludzi.
– Nie! – odparł kanonik Effingham stanowczo. – Wcale nie. Mamy dwa rodzaje odwiedzających. Pierwsi to ci, którzy mogą wejść do kościoła w każdej chwili – jest otwarty przez cały dzień. Drudzy to osoby, które można by nazwać specjalnymi i uprzywilejowanymi gośćmi. I tylko ci ostatni – właśnie oni – mają okazję zobaczyć te cenne przedmioty, o których panom wspomniałem. I zawsze pokazuję je osobiście. Ten sejf nie był nigdy otwierany przez nikogo poza mną, odkąd został zamontowany w murze kościoła; nikt poza mną nie dotykał kielicha i pateny, a jeśli czasem pozwoliłem jakiemuś bibliofilowi lub bardzo znamienitemu gościowi wziąć do rąk tamte dwa manuskrypty, to zapewniam panów, że miałem ich wtedy cały czas pod czujnym okiem!
– Czy istnieje coś takiego jak rejestr odwiedzających kościół, proszę księdza? – zapytał Chaney. – Istnieje? Świetnie! – sugeruję, byśmy się udali i go obejrzeli.
Kanonik Effingham poprowadził nas przez ogród i gęsty żywopłot do kościoła. Zachodnie drzwi stały szeroko otwarte; przez nie ujrzeliśmy nawę główną z wysokim sklepieniem i masywnymi filarami, a dalej prezbiterium. U podstawy jednego z filarów przy łuku tęczowym znaleźliśmy rejestr – solidnie oprawiony tom, rozłożony na pulpicie, z przygotowanym piórem i kałamarzem.
– To – rzekł kanonik Effingham, kładąc rękę na księdze – jest zwykły rejestr. Jak pan widzi, rubryki przewidziane są na imię i nazwisko odwiedzającego, jego adres oraz datę wizyty. Ale mam jeszcze drugi, rodzaj prywatnego rejestru, przechowywany w zakrystii – znajdują się w nim podpisy osób, którym pozwolono obejrzeć zawartość sejfu. Niektóre z tych podpisów mogą pojawiać się w obu księgach – myślę, że rejestr zakrystii zainteresuje panów znacznie bardziej.
– Tak sądzę, proszę księdza – przyznał Chaney. – Te tu to w końcu tylko podpisy i niewiele mi powiedzą. A być może pan potrafi coś powiedzieć o osobach, które podpisały się w tamtym drugim rejestrze?
– Przejdziemy do zakrystii – odparł kanonik. – Ale najpierw proszę spojrzeć na drzwi w południowej ścianie prezbiterium. To właśnie te, o których wspominałem – drzwi, przez które, o ile mi wiadomo, weszli złodzieje. Przeszli zapewne przez przednią część prezbiterium do tych drzwi zakrystii – zakrystia, jak pan widzi, znajduje się w północno-wschodnim narożniku kościoła. Proszę spojrzeć na zamek i klucz w tych drzwiach – są nietypowe. A oto wnętrze zakrystii – i tam jest sejf!
Otworzył drzwi sejfu; wnęka była, rzecz jasna, pusta; wspomniał już wcześniej, że sejf został specjalnie zbudowany dla bezpiecznego przechowywania tych właśnie przedmiotów, które teraz z niego zniknęły.
– A tutaj – ciągnął po chwili kanonik Effingham – znajduje się rejestr zakrystii. Prowadzony jest, rzecz jasna, od kilku lat.
– Ach, ale nie musimy sięgać aż tak daleko, proszę księdza – zauważył Chaney. – Interesują mnie ostatnie wpisy – powiedzmy, od Nowego Roku.
Kanonik przewrócił kilka kartek, aż dotarł do strony zatytułowanej wielkimi cyframi: „1921”. Przesunął po niej palcem.
– Od początku roku było zaledwie kilku odwiedzających – mam na myśli tych, którym pokazano cenne przedmioty – powiedział. – O wszystkich mogę panom powiedzieć wszystko, co chcą wiedzieć. Jak pan widzi, reprezentują typowy profil – dwóch czy trzech duchownych wysokiej rangi, kilku wybitnych archeologów, dwóch antykwariuszy, dwóch czy trzech cudzoziemców o znanym nazwisku i tak dalej. Nikt, kto wyglądałby na włamywacza w przebraniu!
Chaney nie odpowiedział na ten komentarz. Szybko przebiegał wzrokiem po nazwiskach, ja zaś, stojąc tuż obok, robiłem to samo. Nagle położył palec na jednym z wpisów opatrzonych datą 21 lutego.
– Co to za grupa nazwisk – jakieś dziewięć, dziesięć… nie, jedenaście w sumie – wszystkie z tej samej daty, proszę księdza? – zapytał, zwracając się do kanonika. – Jakaś wycieczka szkółki niedzielnej?
– Nie, nie! – odparł kanonik Effingham z uśmiechem. – To podpisy grupy dam i dżentelmenów, gości sir Bartle’a Shardale’a –
– Tego od wyścigów? – wtrącił szybko Chaney.
– Sir Bartle rzeczywiście posiada konie wyścigowe – potwierdził kanonik Effingham. – Jest naszym miejscowym dziedzicem, wie pan, mieszka w Linwood Hall, tuż za plebanią.
– Tak? – ciągnął Chaney. – I ci ludzie byli wtedy jego gośćmi?
– Miał wtedy dużą grupę gości – głównie myśliwych – odparł kanonik. – Pewnego dnia – z powodu wyjątkowo silnego mrozu, jak sądzę – nie mogli polować i wielu z nich – wszyscy, którzy się tu podpisali – przyszło obejrzeć kościół. Sam ich oprowadzałem i, rzecz jasna, pokazałem im też skarby.
– Ach tak, oczywiście! – rzekł Chaney z udawaną niedbałością. – To przecież najważniejszy punkt zwiedzania. Czy wspomniał pan może o wartości tych skarbów, proszę księdza?
– Możliwe, że tak – odparł kanonik Effingham. – Zapewne wspomniałem.
Z notesu Chaneya błyskawicznie wysunęła się kartka. Podobnie i ołówek.
– Myślę, że przepiszę jedno czy dwa nazwiska – powiedział niewinnie. – Nigdy nie wiadomo, co może się przydać, proszę księdza.
Zostawiając go przy tej czynności, pod czujnym wzrokiem kanonika, wyszedłem z zakrystii i wróciłem do nawy głównej, by się trochę rozejrzeć. Kościół pełen był elementów bardzo starych i interesujących, ale najbardziej uderzyła mnie, gdy szliśmy przez nawę, ogromna, kwadratowa ława przypominająca boks dla konia, którą – jak wspomniał mimochodem kanonik Effingham – od pokoleń zarezerwowano dla dziedzica. Z czystej ciekawości chciałem zajrzeć do środka.
Podeszedłem więc, otworzyłem ciężkie drzwi i zajrzałem do środka. W następnej chwili cofnąłem się gwałtownie, osłupiały.
Przede mną, rozciągnięte twarzą do ziemi na podłodze, leżało ciało mężczyzny – nieruchome, zesztywniałe.
NOWIUTKI KLUCZ FRANCUSKI
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
