Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
31 osób interesuje się tą książką
Ronald Camberwell, wspólnie z byłym inspektorem Scotland Yardu Williamem Chaneyem, prowadzi prywatne biuro śledcze. Do ich kancelarii zgłasza się sekretarz lorda Cheverdale’a z wiadomością o brutalnym morderstwie redaktora wpływowego dziennika "Morning Sentinel". Hannington zostaje znaleziony martwy w ogrodach rezydencji swego pracodawcy, a wkrótce potem pojawia się kolejna ofiara – tajemnicza kobieta, która dzień wcześniej odwiedziła redakcję. Śledztwo prowadzi detektywów przez sieć politycznych intryg, bolszewickich podejrzeń, a także ukrytych tożsamości. Napięcie narasta, gdy w sprawę zaczynają się wplątywać osoby z najbliższego otoczenia arystokratycznej rodziny Cheverdale’ów. Camberwell i Chaney krok po kroku odkrywają, że za pozornie polityczną zbrodnią mogą kryć się bardzo osobiste motywy...
Polecamy również Morderstwo w młynie, Tajemnica morderstwa w Raju oraz Morderstwo w ławie fundatora.
James Smith Fletcher – pisarz angielski, autor ponad dwustu trzydziestu książek, w tym historycznych i biograficznych, znany jednak przede wszystkim ze swych poczytnych powieści kryminalnych, z których sześć wydano w Polsce w okresie międzywojennym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 267
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Joseph Smith Fletcher
Morderstwo w czterech odsłonach
Tłumaczenie:
Sebastian Czarnecki
LIND & CO
LIND & CO
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Morderstwo w czterech odsłonach
(”Murder in Four Degrees”)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Tłumaczenie: Sebastian Czarnecki
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Grafika na okładce:
robert_em © Unsplash
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68636-31-4
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
ZABÓJSTWO PANA HANNINGTONA
W listopadzie 1920 roku wszedłem w spółkę z byłym inspektorem Williamem Chaneyem (niegdyś Wydział Śledczy, Scotland Yard), jakiś czas po tym, jak wspólnie doprowadziliśmy do pomyślnego zakończenia naszej (nieoficjalnej) sprawy morderstwa w Wrides Park. Nasza działalność, pod firmą Camberwell i Chaney, miała polegać na prowadzeniu prywatnych dochodzeń. Wynajęliśmy biura przy Conduit Street, kilka drzwi od New Bond Street; mieliśmy dwa bardzo dobre pokoje i mniejszy dla naszego sekretarza – bystrego chłopaka z Londynu o nazwisku Chippendale, który zanim do nas trafił, pełnił funkcję czegoś w rodzaju podniesionego rangą chłopca na posyłki u adwokata, i zdążył nabyć sporo bardzo przydatnej wiedzy, zwłaszcza o ciemnych stronach prawa. Nad tymi biurami mieścił się niewielki apartament, który wynająłem i urządziłem jako kawalerskie mieszkanie – można więc powiedzieć, że mieszkałem nad sklepem i – jak lekarz – byłem dostępny zarówno w dzień, jak i w nocy. Chaney, jako człowiek żonaty, mieszkał gdzie indziej. Jednak chociaż stale byłem na miejscu, nie przypominam sobie, by mnie kiedykolwiek wzywano przed zwykłymi godzinami – aż do pewnego poranka na początku lutego 1921 roku, gdy o wpół do siódmej zadzwonił do mnie ktoś, kto przedstawił się jako pan Watson Paley, prywatny sekretarz lorda Cheverdale’a, i zapytał, czy mógłby się ze mną spotkać w sprawie najwyższej wagi, gdyby zjawił się o siódmej czterdzieści pięć? Odpowiedziałem, że jestem do jego usług od tej właśnie chwili, odparł więc, że wskazana godzina mu odpowiada i że będzie punktualnie. Nie wspomniał, o co chodzi, ale uznałem, że najlepiej będzie, jeśli mój wspólnik również będzie obecny podczas rozmowy – Chaney miał telefon, więc natychmiast go wezwałem. Przyszedł o wpół do ósmej, a kwadrans później otworzyłem drzwi panu Watsonowi Paleyowi.
Patrząc wstecz, uświadomiłem sobie, że od pierwszego wejrzenia poczułem do tego człowieka osobliwą, trudną do wyjaśnienia niechęć. Tak samo – jak mi bardzo szybko powiedział – było z Chaneyem. Jakiegoż to człowieka ujrzeliśmy, że wywarł na nas takie wrażenie? Pan Paley był szczupłym, średniego wzrostu mężczyzną, mającym, jak się zdawało, trzydzieści do trzydziestu pięciu lat, ubranym bardzo starannie i bez zarzutu, nawet jak na tak wczesną porę dnia. Jego czarny żakiet i kamizelka, w połączeniu z pasiastymi spodniami, wyglądały, jakby wczoraj wyszły z pracowni krawca na Savile Row; jego bielizna była nienaganna, obuwie i krawat – dokładnie takie, jakie powinny być; jedwabny cylinder i parasol – jak należy; dłonie w nienagannie dopasowanych rękawiczkach były równie drobne jak stopy. Był to dżentelmen z obrazka, jeśli chodzi o ubranie i dodatki, i choć wszystko, z punktu widzenia krawców, galanterii i szewców, było bez zarzutu, to jednak tkwiło w tym coś przytłaczającego – choć trudno było powiedzieć, co dokładnie. Jednak twarz pana Paleya podobała mi się jeszcze mniej niż jego strój, a maniery – mniej niż twarz. Był to mężczyzna o bladej cerze i oczach przypominających oczy owcy; miał ostry, raczej długi nos, cienką bródkę i wąsy w nieokreślonym, jasnobrązowym kolorze, a w jego ustach było coś, co zdawało się świadczyć, że nawet jeśli otwarcie nie drwi z każdego, to przynajmniej czuje się o wiele lepszy od przeciętnych ludzi. W jakiś dziwny sposób przyprawiał mnie o dreszcz.
Ale pan Paley zjawił się w roli potencjalnego zleceniodawcy czy klienta – lub też jako reprezentant takowego – i mam nadzieję, że potraktowałem go z należną grzecznością. Przyjął miejsce, które mu wskazałem, z namysłem zdjął rękawiczki i przyjął pozę nauczyciela, który za chwilę zacznie wykładać klasie nowicjuszy zagadnienie, o którym ci nie mają najmniejszego pojęcia.
– Przedstawiłem się panu przez telefon, panie Camberwell – zaczął spokojnym, równym tonem. – Nazywam się Watson Paley, jestem prywatnym sekretarzem lorda Cheverdale’a. O lordzie Cheverdale’u, rzecz jasna, wie pan wszystko?
– Znam nazwisko lorda Cheverdale’a – odparłem. – I tylko tyle.
– A ja wiem o nim wszystko – powiedział Chaney.
Paley odwrócił się do mego wspólnika.
– A zatem wie pan – pan Chaney, jak przypuszczam? – że lord Cheverdale, gdy przebywa w Londynie, mieszka w Cheverdale Lodge przy Regent’s Park?
– Wiem – odpowiedział Chaney.
– Wie pan zapewne także, że lord Cheverdale jest właścicielem Morning Sentinel?
– To również wiem.
– A może jest pan świadom, że od czasu założenia Morning Sentinel przez lorda Cheverdale’a, kilka lat temu, redaktorem naczelnym tej gazety był pan Thomas Hannington?
– I o tym jestem poinformowany.
Paley przeciągał rękawiczki między palcami, spoglądając to na Chaneya, to na mnie, a potem znów na Chaneya, z osobliwym wyrazem w bladym spojrzeniu.
– Cóż – rzekł spokojnym, równym tonem. – Pan Hannington został znaleziony martwy w ogrodach Cheverdale Lodge późno zeszłej nocy. A może należałoby raczej powiedzieć: bardzo wczesnym rankiem. Dokładna godzina nie jest całkiem pewna. Około północy.
– Martwy? – zawołał Chaney.
– W rzeczywistości – zamordowany – odparł Paley. – Nie sądzę, by co do tego istniał choćby cień wątpliwości! Zakatrupiony powtarzającymi się ciosami w głowę – jakimś tępym narzędziem.
Zapadła chwila ciszy. Spojrzeliśmy z Chaneyem po sobie. Paley nadal przeciągał rękawiczki przez palce. W końcu odezwałem się:
– Dlaczego przyszedł pan do nas, panie Paley?
Spojrzał na nas obu z lekkim uśmiechem, w którym nie brakowało cynizmu.
– Z tego powodu – odparł. – Lord Cheverdale należy do tych ludzi, którzy wszystko muszą robić po swojemu. Oczywiście, policja została wezwana, gdy tylko znaleziono ciało Hanningtona, i od tamtej pory jest obecna w Cheverdale Lodge. Prawdopodobnie – dodał z wyraźną ironią – wiecie więcej o policyjnych metodach niż ja. Lord Cheverdale jednak, mimo że pozostawia wszystko w rękach policji, nalega na absolutnie niezależne dochodzenie. Pragnie, byście to wy – słyszał o was – się nim zajęli. Otrzymacie wszelkie możliwe udogodnienia, zarówno w Cheverdale Lodge, jak i w redakcji Morning Sentinel. A jeśli chodzi o koszty – cóż, wiecie zapewne, że lord Cheverdale jest jednym z najbogatszych ludzi w Anglii! Macie nie szczędzić środków – dosłownie! W tej sprawie kryje się jakaś tajemnica i lord Cheverdale żąda, by ją rozwikłać. Czy mogę wrócić i powiedzieć lordowi Cheverdale’owi, że podejmiecie się rozwiązania?
– Może pan wrócić i powiedzieć lordowi Cheverdale’owi, że dołożymy wszelkich starań, panie Paley – odparłem. – Wybierzemy się do Cheverdale Lodge natychmiast – a przynajmniej zaraz po tym, jak wypijemy filiżankę herbaty. Ale proszę mi powiedzieć – czy są jakieś poszlaki? Czy wie pan o czymkolwiek…
Paley wstał i powoli wciągnął rękawiczki, odwracając się w stronę drzwi.
– Nie ma żadnej poszlaki! – odpowiedział. – Żadnej, absolutnie!
Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy po herbatniku czy dwóch, ale nie traciliśmy wiele czasu na te niezbędne czynności i już kwadrans po ósmej siedzieliśmy w dorożce, w drodze do Cheverdale Lodge. Teraz – o lordzie Cheverdale’u, Morning Sentinel ani o panu Thomasie Hanningtonie nie wiedziałem nic lub niemal nic; Chaney, jak się zdawało, wiedział całkiem sporo, więc zaproponowałem, by mnie wtajemniczył. Przystąpił do tego chętnie, gdy sunęliśmy przez budzące się miasto, spowite jeszcze lutową mgłą.
– Lord Cheverdale, tak? – rzekł Chaney. – Ach, jego życiorys to, jak to się mówi, prawdziwy romans arystokracji. Choć dość dobrze znany. Niegdyś nazywał się po prostu John Chever. Słyszałem, że zaczynał jako drobny sklepikarz i handlarz delikatesów w jakimś małym miasteczku na Środkowym Zachodzie. Ale kimkolwiek był, wpadł na pomysł, że na herbacie można się nieźle wzbogacić. I rzeczywiście – wzbogacił się, i to całkiem szybko. Nie wiem, jak to zrobił – pewnie szczęśliwe spekulacje na akcjach herbacianych. Potem otworzył dużą firmę herbacianą tu, w Londynie – nie słyszałeś o Herbacie Chevera?
– Nie mogę powiedzieć, żebym znał nazwę jakiejkolwiek konkretnej marki – odparłem. – Byle to była herbata i dobra herbata.
– Ach, no cóż, Herbata Chevera znana jest na całym świecie – ciągnął Chaney. – Ogromne magazyny, biura i tym podobne. Staruszek – choć wtedy nie był jeszcze stary – rzeczywiście dorobił się fortuny. A potem przyszedł czas na ambicje – jak to u takich ludzi bywa. Wszedł do parlamentu. Dostał tytuł szlachecki – za darowizny na szpitale. Potem awansował jeszcze wyżej – baronostwo, za wsparcie sanatoriów. A gdy wybuchła Wielka Wojna – działał z rozmachem na różnych polach. I tak oto w ciągu dwóch lat zwyczajny John Chever przeobraził się w Johna, pierwszego barona Cheverdale’a. Ale jeszcze wcześniej założył Morning Sentinel – żeby szerzyć swoje poglądy wśród brytyjskiego społeczeństwa. Ma dość osobliwe idee, jest trochę fanatykiem. Czystość obyczajów, wstrzemięźliwość, zakaz hazardu – tego rodzaju rzeczy. A redaktorem naczelnym uczynił Hanningtona, tego samego, o którym mówi ten cały Paley, że został zamordowany – człowieka, który doskonale pasował do jego wizji. Spotkałem go raz czy dwa, gdy jeszcze pracowałem w Yardzie, i był większym zapaleńcem niż sam pracodawca. Zawsze miał jakąś obsesję, wiecznie czymś przejęty, gorliwy orędownik różnych spraw. Dziwna rzecz, że znaleziono go zamordowanego na terenie posiadłości lorda Cheverdale’a!
– I – żadnej poszlaki! – zauważyłem.
– Tak mówi Paley – odparł Chaney z lekceważącym prychnięciem. – Ale niewiele sobie robię z tego, co mówi Paley! Naszym zadaniem będzie znaleźć trop. Już teraz coś mnie uderza – choć jeszcze nie znam szczegółów tej sprawy.
– Tak? – zapytałem.
– Hannington – ciągnął Chaney – zaczynał jako reporter, potem był zastępcą redaktora w Milthwaite Observer, i był z tych ludzi, którzy z łatwością zyskują wrogów. Wszelkiej maści fanatycy i idealiści tak mają. Występował otwarcie przeciwko wielu sprawom – nadużyciom, jak je nazywał. Inni powiedzieliby: interesom o ugruntowanej pozycji. Był fanatycznym abstynentem, to na pewno. Pod koniec wojny zrobił sobie wielu nieprzyjaciół. Potem zaatakował postanowienia pokojowe – Traktat. A ostatnio, jeśli zauważyłeś, czytując Morning Sentinel…
– Nie czytuję! – przerwałem. – Nigdy jej nie widziałem, chyba że na stoiskach z prasą.
– No cóż, to potwornie purytańskie szmatławisko – powiedział Chaney – ale w każdym razie Hannington ostatnio ostro atakował ruch bolszewicki. Taki już był – nie potrafił niczego robić na pół gwizdka; musiał iść na całość. I oczywiście stary lord Cheverdale, jako człowiek o podobnych poglądach, w pełni go popierał. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to było morderstwo na tle politycznym. Ale oto jesteśmy – Cheverdale Lodge.
Do Cheverdale Lodge prowadziła droga od wewnętrznej alei Regent’s Park – była to wielka, georgiańska rezydencja, otoczona wysokimi drzewami i rozległym terenem tak gęsto porośniętym mniejszymi drzewami i krzewami, że dom pozostawał niewidoczny aż do chwili, gdy zbliżyło się do niego na dobre. Do budynku prowadziła kręta aleja przeznaczona dla powozów, wijąca się przez ogród i trawniki; od niej odchodziły w różnych kierunkach ścieżki prowadzące przez zarośla. Chaney i ja, po tym jak poleciliśmy dorożkarzowi zaczekać na nas w alei, ruszyliśmy pieszo wzdłuż alei ku domowi; gdy szliśmy, dostrzegłem po prawej stronie hełm policjanta pośród podszytu i zwróciłem na to uwagę Chaneya.
– Miejsce zbrodni, bez wątpienia – zauważył. – Pewnie je odgrodzili i ustawili wartę. Zaraz się przekonamy.
Paley wyszedł nam naprzeciw w drzwiach domu i na nasz widok odwrócił się i skinął na kogoś stojącego w holu. Podszedł młody lokaj.
– To – rzekł Paley, wskazując go, gdy podchodziliśmy – jest człowiek, który znalazł ciało pana Hanningtona. Harris, jeden z naszych lokajów. Chcecie go najpierw przesłuchać, czy obejrzeć miejsce, gdzie znaleziono ciało?
– Najpierw zobaczymy to miejsce, panie Paley, a potem porozmawiamy z Harrisem – odparł Chaney. – Czy Harris może pójść z nami?
Paley zwrócił się do lokaja.
– Pokaż panom Chaneyowi i Camberwellowi, gdzie znalazłeś ciało pana Hanningtona, i opowiedz im wszystko – powiedział. Następnie zwrócił się do nas: – Sam nie mogę poświęcić wam czasu – ciągnął – lord Cheverdale jest tą sprawą tak wstrząśnięty, że dziś rano nie jest w stanie zajmować się niczym, a ja mam mnóstwo rzeczy na głowie. Ale mam wam przekazać jego wolę. Możecie prowadzić tu wszelkie dochodzenia, jakie uznacie za stosowne – wypytywać kogokolwiek. Ale gdy już skończycie tutaj, lord Cheverdale życzy sobie, byście udali się bezpośrednio do redakcji Morning Sentinel i rozpoczęli tam szczegółowe dochodzenie, bo jest przekonany, że to właśnie tam, a nie tu, znajdą się istotne fakty. Oto plik wizytówek lorda Cheverdale’a – po okazaniu jego karty, gdziekolwiek w redakcji, uzyskacie wszelką możliwą pomoc. I później, jeśli lord Cheverdale poczuje się na siłach, chciałby odbyć konsultację z wami oraz z policją oficjalną – omówić całą sprawę z waszej i ich perspektywy. Myślę, że to na razie wszystko, co mam do powiedzenia.
Pożegnał nas gestem dłoni, który zaczynał się na nas, a kończył na lokaju. Harris uprzejmie zaprosił nas, byśmy za nim poszli, i ruszyliśmy od drzwi w milczeniu – chyba nieco onieśmieleni nieco despotycznym tonem prywatnego sekretarza. I zachowaliśmy to milczenie wszyscy troje, aż lokaj, skręciwszy z alei powozowej w boczną, wąską, asfaltową ścieżkę wijącą się przez zarośla, zaprowadził nas tam, gdzie stał policjant, spoglądający znudzonym wzrokiem na ogrodzoną sznurem przestrzeń o wymiarach mniej więcej dwóch jardów kwadratowych. Tam się zatrzymał.
– To tutaj, panowie! – rzekł, wskazując wnętrze ogrodzenia. – Leżał właśnie tam!
Rzecz jasna, spojrzeliśmy – i rzecz jasna, nie było tam nic do oglądania, prócz kilku jardów kwadratowych asfaltu. Chaney zerknął na policjanta, który przyglądał się nam z lekkim zaciekawieniem.
– Po co to ogrodzenie? – zapytał.
Policjant pokręcił głową w hełmie.
– Rozkaz! – odparł. – Chyba chcą zbadać, czy są jakieś ślady stóp.
– Na takim podłożu, jasne, że znajdą – rzucił ironicznie Chaney. – Prędzej by się spodziewali znaleźć odcisk pszczoły albo muchy plujki! No? – dodał, zwracając się do lokaja. – To pan go znalazł, tak?
– Tak jest, proszę pana.
– Opowiedz nam. Jak do tego doszło?
– To było tak, proszę pana. Wczoraj miałem wolny wieczór. Poszedłem do teatru. Wracałem pieszo, proszę pana. Szłem tą ścieżką…
– Chwileczkę – przerwał Chaney. – Tą właśnie ścieżką? Skąd się na nią wchodzi? Mam na myśli – z zewnątrz, spoza terenu?
– Od strony Inner Circle, proszę pana. W ogrodzeniu jest mała furtka. Ta ścieżka, proszę pana, to skrót z Inner Circle do domu.
– Często uczęszczana?
– Większość ludzi, którzy przychodzą tu pieszo, korzysta z niej, proszę pana.
– A pan Hannington? Znał ją?
– O tak, proszę pana – pan Hannington znał ją doskonale.
– Dobrze – powiedział Chaney – proszę mówić dalej.
– Szłem tą ścieżką – powtórzył Harris – i kiedy doszedłem właśnie tutaj, zobaczyłem to – ciało, proszę pana – leżące przede mną. Twarzą do ziemi. Dotknąłem lekko policzka – nie był zupełnie zimny, ale zaczynał już stygnąć. Potem… cóż, pobiegłem do domu, proszę pana, i wszcząłem alarm.
– Kogo pan obudził? – zapytał Chaney.
– Pan Paley był jedyną osobą, która nie spała, proszę pana. Czytał w bibliotece. Powiedziałem mu. On kazał mi obudzić Walkera, lokaja, i Smithsona, drugiego lokaja. Gdy zeszli na dół, wszyscy wróciliśmy tu razem. Nie wiedziałem, kto to był, dopóki nie wróciliśmy – wtedy zobaczyłem, że to pan Hannington.
– I co się wtedy stało? – zapytał Chaney.
– Pan Paley zadzwonił po policję, proszę pana. Nie kazali na siebie długo czekać, a kiedy przyjechali, przejęli wszystko.
Chaney rzucił okiem na policjanta, który dotąd milcząco się przysłuchiwał.
– Był pan jednym z nich? – zapytał.
– Nie, proszę pana – wszedłem na służbę dziś rano – odparł policjant. – Kiedy mnie tu postawiono, nie było tu nic prócz… tego.
Wskazał na liny i kołki, a Chaney raz jeszcze zwrócił się do Harrisa.
– O której godzinie pan znalazł ciało? – zapytał.
– Chwilę po północy, proszę pana. Tak między dwunastą a dziesięć po, w każdym razie.
– Czy wie pan, czy pan Hannington odwiedzał lorda Cheverdale’a?
– Tak, proszę pana, wiem to. Nie odwiedzał. Pan Walker, lokaj, wspomniał o tym. Powiedział, że pan Hannington nie przyszedł z wizytą, ale musiał być w drodze do domu, kiedy został napadnięty.
– Był pan obecny, gdy przyjechała policja, Harris? Tak? A słyszał pan, co mówili?
– Tak, proszę pana, słyszałem jednego z nich – chyba to był inspektor – jak mówił, że to z pewnością nie było morderstwo rabunkowe, bo pan Hannington miał przy sobie zegarek i dewizkę, cenny pierścień, który lord Cheverdale mu podarował, i sporą sumę gotówki, proszę pana. Ale w kieszeniach nie było żadnych dokumentów – i słyszałem, jak pan Paley mówił do policjantów, że to bardzo podejrzane, bo pan Hannington zawsze nosił kieszenie wypchane papierami.
– Żaden z waszych ludzi niczego nie słyszał, jak przypuszczam? – zapytał Chaney.
– Nie, proszę pana – nikt nic nie słyszał. To miejsce jest dość oddalone od domu.
Odwróciliśmy się mimowolnie, by spojrzeć na dom, który ledwo majaczył przez drzewa. W tej samej chwili zauważyliśmy zbliżającą się kobietę, idącą w towarzystwie dwóch czy trzech psów. Gdy podeszła bliżej i zrobiliśmy jej miejsce, by mogła przejść, przyjrzałem się jej uważnie. Była to dość wysoka, nieco kanciasta kobieta w wieku zapewne od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat, o nieobecnym spojrzeniu, wyróżniająca się głównie dużym nosem i bardzo wystającymi zębami, nie wspominając o parze wytrzeszczonych, jasnoniebieskich oczu. Ubrana po męsku, w kostium w wielką kratę, nosiła stójkę myśliwską, w ręku trzymała pejcz i całą postacią bardziej pasowała do wiejskich krajobrazów niż do Regent’s Park. Gdy podeszła, spojrzała uważnie najpierw na mnie, potem na pozostałych i odezwała się – do policjanta:
– Coś nowego? Coś nowego? – zapytała. – No? No?
– Nic nowego, panienko – odparł policjant.
– Najdziwniejsze, najdziwniejsze! – powiedziała dama.
– Niezwykłe!
Przeszła dalej, a Chaney odwrócił się w stronę domu. Spojrzał na Harrisa.
– Córka lorda Cheverdale’a, co? – powiedział. – Panna Chever?
– Tak jest, proszę pana – potwierdził lokaj. – Jedyna córka jego lordowskiej mości.
Chaney nie zadawał już więcej pytań. Ruszył powoli asfaltową ścieżką z powrotem, aż dotarliśmy do alei powozowej tuż przed domem. Wtedy zwrócił się do mnie:
– Myślę, że pojedziemy teraz do redakcji Morning Sentinel – powiedział. – Tu na razie nie ma już nic do zbadania. Dziękujemy, Harris.
Gdy już mieliśmy odejść, w jednym z okien domu rozwarły się nagle okiennice. Wychylił się Paley.
– Panie Camberwell! Panie Chaney! – zawołał. – Zapomniałem powiedzieć – gdy dotrzecie do redakcji Morning Sentinel, poproście o pannę Hetherley! Panna Hetherley – najpierw!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
