Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tysiące zawodników. Dziesiątki kamer. Elektroniczny pomiar czasu i tłum kibiców obserwujących każdy metr trasy. W takich warunkach morderstwo powinno być niemożliwe.
Na dziesiątym kilometrze masowego biegu ulicznego Paweł Karski nagle pada na asfalt. Lekarka stwierdza zgon, a pierwsze wyjaśnienie brzmi wiarygodnie: przeciążenie organizmu i nagłe zatrzymanie krążenia. Dla organizatorów to tragedia, którą należy jak najszybciej odsunąć od sportowego widowiska.
Ewa Malinowska wie jednak, że śmierć jej trenera nie była zwykłym wypadkiem. Chwilę przed upadkiem Karski zadzwonił do niej z zagadkowym ostrzeżeniem: „Nie ufaj wynikom”. Powiedział również, że po odebraniu mu chipa ktoś będzie kontynuował bieg pod jego nazwiskiem.
Wkrótce niemożliwe staje się faktem. Chociaż setki świadków widziały Karskiego leżącego na dziesiątym kilometrze, oficjalny system rejestruje go ponad kilometr dalej. Zdjęcie z trasy pokazuje zawodnika biegnącego z dwoma chipami przy bucie. Wyniki toksykologii wskazują na nieznaną substancję, a znaleziony przy trasie czarny żel okazuje się czymś znacznie groźniejszym niż sportowy suplement.
Razem z Michałem oraz prowadzącą oficjalne dochodzenie komisarz Król Ewa zaczyna odkrywać kolejne warstwy starannie zaplanowanego oszustwa. Trop prowadzi do wydarzeń sprzed trzynastu lat oraz tajnego Projektu Dziesięć — programu testującego granice ludzkiej wydolności bez wiedzy i zgody uczestników. Organizatorzy, sponsorzy oraz członkowie zabezpieczenia medycznego mają zbyt wiele do stracenia, aby prawda wyszła na jaw.
Za kolorowymi bramami startowymi, reklamami odżywek i obietnicami przekraczania własnych granic kryje się świat, w którym zawodnicy są jedynie źródłem danych. Ich organizmy można obciążać, wyniki zmieniać, a śmierć ukryć pod pozorem sportowego wypadku.
Im bliżej prawdy znajduje się Ewa, tym wyraźniej rozumie, że nie była przypadkowym świadkiem. Karski znalazł się na dziesiątym kilometrze nieplanowanie. To ona miała być głównym celem eksperymentu.
Kto naprawdę kontroluje bieg? Ilu zawodników wykorzystano wcześniej? I czy można zatrzymać próbę, która trwa nawet po przekroczeniu mety?
„Morderstwo na dziesiątym kilometrze” to dynamiczny thriller kryminalny osadzony w świecie masowych biegów ulicznych, sportowych sponsorów i nielegalnych eksperymentów wydolnościowych. Opowieść o ambicji, wielkich pieniądzach oraz systemie, dla którego ludzki organizm jest tylko kolejnym wynikiem do przeanalizowania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Thriller psychologiczny
Łukasz Nester
Morderstwo na dziesiątym kilometrze
Copyright © 2026 Łukasz Nester
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Niniejsza publikacja ani żadna jej część nie może być powielana, rozpowszechniana ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw autorskich, z wyjątkiem przypadków dozwolonych przez prawo.
Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w tej powieści są fikcyjne. Ewentualne podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest przypadkowe.
Wydanie elektroniczne, 2026
Prolog. Dziesięć kilometrów
Część I. Bieg
Rozdział 1. Wiadomość przed startem
Rozdział 2. Strefa startowa
Rozdział 3. Pierwsze pięć kilometrów
Rozdział 4. Dziesiąty kilometr
Rozdział 5. Zatrzymany czas
Rozdział 6. Czarny żel
Rozdział 7. Wynik toksykologii
Rozdział 8. Nie wracaj na trasę
Część II. To, co zakopano
Rozdział 9. Stary dziesiąty kilometr
Rozdział 10. Prawda pod zegarem
Rozdział 11. Projekt Dziesięć
Rozdział 12. Człowiek, który chciał się wybielić
Rozdział 13. Zegarek Pawła
Rozdział 14. Lekarka
Rozdział 15. Pierwsza meta
Rozdział 16. Brat
Rozdział 17. Magazyn B
Rozdział 18. Próba końcowa
Rozdział 19. Martwy punkt
Rozdział 20. Najłatwiejszy winny
Część III. Fałszywy czas
Rozdział 21. Bieg, którego nie było
Rozdział 22. Ślad po wkłuciu
Rozdział 23. Drugie źródło
Rozdział 24. Jedno słowo za dużo
Rozdział 25. Sześć minut
Rozdział 26. Prawdziwy wynik
Rozdział 27. Przyjaciel ojca
Rozdział 28. Transmisja na żywo
Rozdział 29. Ostatnie kilometry
Rozdział 30. Czas netto
Epilog. Bez numeru
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Początek książki
Prolog
Pierwszy raz Maja pomyślała, że może umrzeć, gdy zegarek pokazał 8,73 kilometra.
Myśl pojawiła się nagle, czysta i spokojna, zupełnie niepasująca do bólu rozrywającego jej klatkę piersiową.
Mogę umrzeć.
Zrobiła jeszcze trzy kroki.
Prawa stopa. Lewa. Prawa.
Ból nie minął. Przeciwnie — przesunął się wyżej, w stronę szyi, jakby pod skórą zaciskała się cienka metalowa obręcz. Maja otworzyła usta, próbując nabrać więcej powietrza. Noc była chłodna, ale każdy wdech palił ją od środka.
— Nie zwalniaj! — dobiegł ją głos trenera. — Trzymaj rytm!
Paweł Karski poruszał się na rowerze kilka metrów za nią. Słyszała miarowy szum opon i charakterystyczne przeskakiwanie łańcucha. Nie musiała się odwracać, aby wiedzieć, że patrzy na stoper.
Zawsze patrzył na stoper.
Czasy były dla niego ważniejsze od pogody, zmęczenia, bólu i strachu. Sekundy nie kłamały. Człowiek mógł znaleźć tysiąc wymówek, ale wyświetlacz pokazywał prawdę.
Tak przynajmniej powtarzał.
— Coś jest nie tak — wydusiła Maja.
Nie była pewna, czy ją usłyszał. Wiatr szumiał w koronach drzew, a agregat stojący przy namiocie medycznym warczał gdzieś daleko za nimi. Trasa prowadziła przez zamknięty ośrodek treningowy na obrzeżach Radomierza. Dwie pętle po pięć kilometrów: alejki w parku, odcinek asfaltu za magazynami, krótki podbieg pod stary stadion i finisz na zniszczonej bieżni.
Znała każdy zakręt. Przebiegła tę trasę dziesiątki razy.
Nigdy jednak nocą.
I nigdy po zastrzyku.
— Zostało niewiele ponad kilometr — powiedział Karski. Teraz jechał bliżej. — Jesteś przed założeniami. Nie zmarnuj tego.
Maja zerknęła na zegarek.
8,81 kilometra.
Tempo: trzy minuty i trzydzieści sześć sekund na kilometr.
Jeszcze miesiąc wcześniej nie uwierzyłaby, że może tak biec. Karski mówił, że organizm jest jak zamknięty pokój. Większość zawodników przez całe życie stoi pod drzwiami i boi się nacisnąć klamkę. On potrafił te drzwi otwierać.
Preparat miał jedynie pomóc.
Tak zapewniał.
Nie doping. Nie narkotyk. Nie eksperyment.
„Wsparcie metaboliczne nowej generacji” — tymi słowami określił zawartość przezroczystej fiolki mężczyzna, który przyjechał czarnym samochodem na pół godziny przed testem. Maja nie znała go wcześniej. Miał drogi zegarek, ciemny płaszcz i srebrny pierścień z wygrawerowanym znakiem klubu, chociaż nigdy nie widziała go na żadnym treningu.
Nie przedstawił się. Karski nazywał go po imieniu, ale robił to tylko wtedy, gdy byli daleko od niej.
Doktor Radecka wyjęła strzykawkę z opakowania.
— To jest legalne? — zapytała wtedy Maja.
Lekarka na moment znieruchomiała. Spojrzała najpierw na Karskiego, później na mężczyznę w płaszczu.
— Nie dostałabyś niczego, co mogłoby ci zaszkodzić — odpowiedziała.
To nie była odpowiedź na jej pytanie.
Maja o tym wiedziała, a mimo to podwinęła rękaw.
Miała dziewiętnaście lat. Za trzy tygodnie miała wystartować w najważniejszym biegu swojego życia. Jeśli pobiegnie dobrze, dostanie miejsce w kadrze, stypendium i szansę na wyrwanie się z miasta, w którym każdy znał jej rodziców, jej brata i dokładną godzinę, o której wracała z treningu.
Karski twierdził, że ma talent większy, niż sama rozumie.
Chciała mu wierzyć.
Igła weszła w żyłę w zgięciu łokcia. Preparat był zimny. Poczuła jego drogę pod skórą, jakby ktoś wpuścił do jej ciała strużkę lodowatej wody.
Później mężczyzna w płaszczu podał jej mały papierowy kubek.
— Pij.
Płyn był gorzki i zostawił na języku metaliczny posmak.
— Co to jest?
— Coś, co za kilka lat będą stosować wszyscy — odparł.
Uśmiechnął się, lecz jego oczy pozostały nieruchome.
Teraz ten sam smak wrócił. Maja przełknęła ślinę i poczuła gorycz w gardle.
8,94 kilometra.
Musiała zwolnić. Tylko odrobinę. Kilka sekund na kilometr, dopóki oddech się nie uspokoi. Karski zobaczy to na stoperze, ale zrozumie. Przecież nie chciał zrobić jej krzywdy.
Skróciła krok.
Rower natychmiast znalazł się obok.
— Co robisz?
— Boli mnie klatka.
— To wysiłek.
— Nie. Inaczej niż zwykle.
Karski uniósł wzrok znad stopera. Przez kilka sekund przyglądał jej się uważnie. W świetle lampy stojącej przy zakręcie zobaczyła napięcie na jego twarzy.
Nie złość.
Strach.
— Kręci ci się w głowie? — zapytał.
— Trochę.
— Widzisz normalnie?
Maja spojrzała przed siebie. Asfalt lśnił po wieczornym deszczu. Białe linie na krawędziach alejki rozpływały się, jakby ktoś przejechał po nich mokrym pędzlem.
— Tak — skłamała.
Karski obejrzał się przez ramię.
Mężczyzna w płaszczu czekał przy wejściu na stadion. Stał pod lampą z rękami wsuniętymi do kieszeni. Obok niego doktor Radecka patrzyła na niewielki monitor ustawiony na składanym stoliku. Sygnał z opaski założonej na piersi Mai miał przesyłać im tętno i inne parametry.
Karski zwolnił i pozwolił jej oddalić się o kilka metrów.
— Tętno? — zawołał.
Doktor spojrzała na ekran.
Maja nie usłyszała odpowiedzi. Mężczyzna powiedział coś do lekarki, nie odwracając wzroku od biegnącej dziewczyny. Radecka potrząsnęła głową.
— Maja! — krzyknął Karski. — Dasz radę. Jeszcze kilometr!
9,07.
Zostało dziewięćset trzydzieści metrów.
Mniej niż trzy i pół minuty.
Każdy potrafił wytrzymać trzy i pół minuty.
Maja przyspieszyła.
Przez kilkanaście sekund wydawało jej się, że najgorsze minęło. Nogi znów pracowały równo, oddech się pogłębił, a ból zwinął się w mały, twardy punkt pod mostkiem. Przestała myśleć o zastrzyku.
Widziała przed sobą stadion. Otwarta metalowa brama przypominała czarny prostokąt wycięty w murze. Za nią rozpoczynał się ostatni odcinek. Trzysta metrów do bieżni, jedno okrążenie i meta ustawiona dokładnie tam, gdzie zegarek powinien wskazać dziesięć kilometrów.
Karski znów jechał obok.
— Właśnie tak. Wiedziałem, że potrafisz.
Maja chciała odpowiedzieć, ale nagle serce uderzyło tak mocno, jakby próbowało przebić żebra.
Raz.
Przerwa.
Dwa szybkie uderzenia.
Kolejna przerwa.
Jej krok się załamał. Zahaczyła butem o nierówność w asfalcie i omal nie upadła. Karski zeskoczył z roweru.
— Maja?
Zatrzymała się.
Świat natychmiast przechylił się w lewo. Oparła dłonie na kolanach, lecz pozycja nie przyniosła ulgi. Serce szarpało się w piersi, niezdolne odnaleźć rytmu. Z każdym uderzeniem przed jej oczami pojawiały się czarne plamy.
— Nie mogę — wyszeptała.
Karski chwycił ją za ramię.
— Usiądź.
— Nie! — krzyknął mężczyzna stojący przy bramie.
Jego głos przeciął noc.
Karski znieruchomiał.
— Test nie jest skończony — powiedział mężczyzna, podchodząc do nich. Nie miał już na sobie płaszcza. Pod nim nosił sportową bluzę z logo klubu. — Musi przekroczyć punkt pomiarowy.
— Ma zaburzenia rytmu — odezwała się doktor Radecka. Pojawiła się za nim z przenośnym monitorem w rękach. — Powinniśmy przerwać.
— Odczyt jest niestabilny, bo opaska się przesunęła.
— Nie przesunęła się.
— Zostało mniej niż osiemset metrów.
Maja podniosła głowę. Twarze dorosłych rozpływały się w świetle lamp. Karski stał najbliżej. Nadal trzymał ją za ramię, ale nie patrzył na nią. Patrzył na człowieka w sportowej bluzie.
— Paweł — powiedziała.
Dopiero wtedy spojrzał jej w oczy.
— Proszę.
To słowo kosztowało ją więcej wysiłku niż cały ostatni kilometr.
Twarz trenera zmieniła się. Maja zobaczyła człowieka, którego znała od czterech lat. Tego, który pożyczał jej pieniądze na buty, odwoził ją po wieczornych treningach i przekonywał rodziców, że ich córka może osiągnąć coś wielkiego. Człowieka, który stał przy szpitalnym łóżku, kiedy zerwała więzadło, i obiecał, że jeszcze wróci do biegania.
Była pewna, że zaraz każe wezwać karetkę.
— Możemy anulować próbę — powiedział cicho.
Mężczyzna w bluzie podszedł do niego tak blisko, że niemal zetknęli się twarzami.
— Nie po tym, ile nas kosztowała. Potrzebujemy pełnych danych.
— Ona ma dziewiętnaście lat.
— I podpisała zgodę.
— Na test wydolnościowy. Nie na to.
— Na co, Paweł? — Mężczyzna ściszył głos. — Uważaj, co mówisz. Ty również podpisałeś dokumenty.
Karski pobladł.
Doktor Radecka wciąż patrzyła na monitor.
— Jeżeli objawy się nasilą, natychmiast przerywamy — powiedziała.
— Już się nasiliły — odparł Karski.
Mężczyzna z pierścieniem zignorował go. Stanął przed Mają i położył dłonie na jej ramionach.
— Posłuchaj mnie. Jesteś zmęczona i przestraszona. To normalne. Organizm nie zna tego poziomu wysiłku, więc próbuje cię zatrzymać. Ale nic złego się nie dzieje.
— Serce…
— Serce pracuje. Właśnie do tego zostało stworzone.
— Boli.
— Ból nie oznacza zagrożenia.
Maja spojrzała na doktor Radecką. Lekarka nie potwierdziła jego słów. Zaciskała usta tak mocno, że tworzyły cienką, niemal białą linię.
— Jeśli teraz przerwiesz — ciągnął mężczyzna — cały test pójdzie na marne. Nie będziemy mogli zgłosić cię do kolejnego etapu programu.
— Jakiego programu?
Na jego twarzy pojawiło się zniecierpliwienie.
— Tego, dzięki któremu za rok możesz być najlepsza w kraju.
Maja pomyślała o kopercie leżącej na biurku w jej pokoju. W środku trzymała wycinek z gazety ze zdjęciem reprezentacji narodowej. Pod fotografią napisała długopisem własne nazwisko.
Pomyślała o bracie, który żartował, że kiedy pojedzie na igrzyska, będzie nosił jej walizki.
O mamie wstającej przed piątą rano do pracy w piekarni.
O ojcu, który nigdy nie powiedział, że jest z niej dumny, ale przechowywał wszystkie jej medale w pierwszej szufladzie komody.
Nie mogła wrócić do nich z informacją, że zabrakło jej odwagi na ostatnich ośmiuset metrach.
Wyprostowała się.
Serce uderzyło nierówno, lecz po chwili znów poczuła rytm.
— Ile tracę? — zapytała.
Karski zamknął oczy.
Mężczyzna z pierścieniem spojrzał na stoper.
— Nadal możesz pobić rekord.
— Maja, nie musisz — powiedziała doktor.
To zdanie powinno ją zatrzymać.
Zamiast tego sprawiło, że ruszyła.
Najpierw wolno, niepewnie. Później szybciej. Karski przez moment stał bez ruchu, potem podniósł rower i pojechał za nią.
9,31 kilometra.
Brama stadionu zbliżała się z każdym krokiem. Maja skupiła wzrok na jej krawędzi. Jeśli podzieli pozostały dystans na małe fragmenty, da radę. Do bramy. Później do pierwszej latarni. Następnie do wejścia na bieżnię.
Nie myśleć o mecie.
Jeszcze nie.
— Dobrze! — krzyknął mężczyzna. — Parametry wracają!
Kłamał.
Maja wiedziała o tym, choć nie potrafiłaby powiedzieć skąd. Może przez sposób, w jaki doktor Radecka pochyliła się nad monitorem. Może przez przerażenie na twarzy Karskiego.
A może dlatego, że właśnie przestała czuć lewą rękę.
9,52.
Przebiegła przez bramę.
Światło na stadionie było zbyt jasne. Zniszczona bieżnia miała brunatnoczerwony kolor przypominający zaschniętą krew. Przy mecie stała kamera na statywie. Obok niej na stoliku leżały dokumenty, zapasowe fiolki i czarna plastikowa walizka.
Obiektyw śledził każdy jej krok.
— Wyłącz kamerę — powiedziała Radecka.
— Nagranie jest częścią dokumentacji — odpowiedział mężczyzna.
— Powiedziałam, żebyś ją wyłączył.
Maja wbiegła na bieżnię.
9,68.
Zostało jedno okrążenie.
Nie słyszała już kroków. Nie słyszała roweru ani krzyków. Jedynym dźwiękiem było jej serce — chaotyczne, głuche uderzenia rozchodzące się po całym ciele.
Na pierwszym łuku poczuła, że coś ciepłego spływa jej z nosa. Otarła twarz dłonią. W świetle reflektorów palce były czarne, ale wiedziała, że to krew.
9,76.
Nogi poruszały się bez jej udziału. Miała wrażenie, że obserwuje samą siebie z góry: drobną dziewczynę w granatowych spodenkach, biegnącą samotnie po pustym stadionie, podczas gdy czworo dorosłych czeka przy linii końcowej.
Czworo?
Mrugnęła.
Karski. Radecka. Mężczyzna z pierścieniem.
Przy kamerze stał jeszcze ktoś. Młody chłopak w klubowej kurtce. Maja widziała go wcześniej przy samochodzie. To on rozstawiał sprzęt i przygotowywał kubek z gorzkim płynem. Teraz trzymał dłoń na przycisku kamery.
9,84.
Ból w klatce piersiowej nagle zniknął.
Ulga trwała krócej niż sekundę.
Potem serce Mai oszalało.
Uderzało tak szybko, że poszczególne skurcze zlały się w jedno nieprzerwane drżenie. Z jej płuc uciekło powietrze. Próbowała nabrać następnego wdechu, lecz mięśnie nie zareagowały.
Zachwiała się.
— Maja! — krzyknął Karski.
Był daleko, po drugiej stronie bieżni. Zeskoczył z roweru i ruszył w jej stronę.
— Biegnij! — wrzasnął mężczyzna przy mecie. — Zostało sto metrów!
9,91.
Maja wyciągnęła ręce, jakby mogła się czegoś złapać. Przed nią nie było jednak niczego poza powietrzem i białą linią oddaloną o kilkadziesiąt metrów.
Prawa stopa.
Lewa.
Prawa.
Każdy krok był upadkiem, który w ostatniej chwili udawało jej się zamienić w następny krok.
9,95.
Przypomniała sobie pierwszy bieg zorganizowany w podstawówce. Miała jedenaście lat i za duże buty po bracie. Na ostatniej prostej wyprzedziła dwie starsze dziewczyny. Kiedy przekroczyła metę, Karski — wtedy jeszcze obcy trener stojący przy płocie — zapytał, jak się nazywa.
To pytanie zmieniło całe jej życie.
9,97.
Karski biegł wzdłuż wewnętrznej krawędzi bieżni.
— Zatrzymaj się! — krzyczał. — Maja, zatrzymaj się!
Teraz pozwalał jej przerwać.
Teraz, kiedy meta znajdowała się kilka kroków przed nią.
9,98.
Obraz zwęził się do małego jasnego punktu.
9,99.
Maja zrobiła ostatni krok.
Zegarek zawibrował.
10,00.
Nie poczuła uderzenia o ziemię.
Przez chwilę wydawało jej się, że nadal biegnie. Jej nogi poruszały się lekko, a chłodne powietrze wypełniało płuca. Dopiero po kilku sekundach zrozumiała, że leży na boku z twarzą przyciśniętą do szorstkiej nawierzchni.
Ktoś ją odwrócił.
Nad sobą zobaczyła Pawła Karskiego.
Poruszał ustami, ale nie słyszała słów. Uciskał jej klatkę piersiową zbyt wysoko i zbyt szybko. Doktor Radecka odepchnęła go, rozdarła opakowanie elektrod i zaczęła wydawać polecenia.
Dźwięki wracały fragmentami.
— …karetkę…
— Jeszcze nie.
— Ona nie oddycha!
— Spróbuj ją ustabilizować.
— Musi trafić do szpitala!
— Jeżeli teraz wezwiecie karetkę, przyjedzie policja. Zabezpieczą wszystko.
— Paweł, uciskaj!
Karski znów położył dłonie na jej mostku.
Pierwsze uciśnięcie sprawiło ból. Drugiego prawie nie poczuła.
Maja próbowała powiedzieć, że jest przytomna. Chciała poprosić, żeby zadzwonili do Michała. Brat będzie wiedział, co zrobić. Zawsze wiedział.
Z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.
— Zabierz fiolki — rozkazał mężczyzna z pierścieniem. — Wszystkie.
Młody chłopak przy kamerze nie ruszył się.
— Słyszałeś mnie?
— Nagranie…
— Wyłącz je i wyjmij kasetę.
— Nie możemy tego ukryć — powiedziała doktor Radecka.
— Niczego nie ukrywamy. Zabezpieczamy dokumentację przed ludźmi, którzy nie zrozumieją, co tu robiliśmy.
— Ona umiera!
Zapadła cisza.
Nawet Karski na moment przestał uciskać.
Mężczyzna uklęknął obok Mai. Zobaczyła jego twarz, ale ciemność wdzierała się już w środek obrazu. Został tylko pierścień błyszczący w świetle stadionowych lamp.
— Ona miała niezdiagnozowaną wadę serca — powiedział spokojnie. — Zasłabła podczas indywidualnego treningu. Paweł znalazł ją na trasie i rozpoczął reanimację. Sylwia, poprawisz wyniki badań. Nigdzie nie będzie preparatu ani projektu.
— Nie — wyszeptał Karski.
— Masz lepsze wyjście?
Karski spojrzał na Maję.
W jego oczach nie było już strachu.
Było coś gorszego.
Decyzja.
— Dzwoń po karetkę — powiedział do Radeckiej. — Powiedz, że właśnie ją znaleźliśmy.
Lekarka sięgnęła po telefon.
Młody chłopak wyjął kasetę z kamery. Mężczyzna z pierścieniem zgarnął fiolki do czarnej walizki i zatrzasnął pokrywę.
Karski nadal uciskał klatkę piersiową Mai.
— Przepraszam — powtarzał. — Boże, Maja, przepraszam.
Nie wiedziała, czy przeprasza za preparat, za ostatnie osiemset metrów, czy za kłamstwo, które właśnie zgodził się powtarzać do końca życia.
Chciała spojrzeć na jego twarz, ale nie potrafiła już unieść powiek.
Zdołała jedynie obrócić nadgarstek.
Ekran zegarka rozświetlił ciemność.
Dystans: 10,00 kilometra.
Czas zatrzymał się na zawsze.
Część I
Rozdział 1
Ewa Malinowska obudziła się trzy minuty przed budzikiem i przez krótką chwilę nie wiedziała, dlaczego serce bije jej tak szybko.
Leżała nieruchomo, patrząc w ciemny sufit hotelowego pokoju. Za zasłonami zaczynał się świt, a z ulicy dochodził odległy szum przejeżdżających samochodów. Na korytarzu ktoś zamknął drzwi, później rozległy się przytłumione kroki.
Dopiero wtedy sobie przypomniała.
Półmaraton.
Pierwszy od czternastu miesięcy.
Budzika nie zdążyła wyłączyć. Telefon zawibrował na szafce, a po chwili pokój wypełnił dźwięk, który poprzedniego wieczoru wybrała specjalnie dlatego, że był niemożliwy do zignorowania.
Usiadła i natychmiast spojrzała na prawą nogę.
Nie bolała.
Poruszyła stopą, napięła łydkę, nacisnęła palcami miejsce kilka centymetrów nad kostką. Nic. Żadnego kłucia ani tępego ciągnięcia, które przez wiele miesięcy pojawiało się zawsze wtedy, gdy próbowała wrócić do biegania zbyt szybko.
Wiedziała, że to jeszcze o niczym nie świadczy.
Ból po złamaniu przeciążeniowym kości piszczelowej miał własne zasady. Potrafił milczeć rano, pozwolić przebiec pięć, osiem albo dziesięć kilometrów, a później wrócić tak nagle, jakby przez cały czas ukrywał się pod skórą i czekał na odpowiedni moment.
Fizjoterapeuta powiedział jej, że noga jest gotowa.
Lekarz również.
Plan treningowy wykonała niemal bez odstępstw. Najdłuższe wybieganie miało osiemnaście kilometrów. Ostatnie tygodnie nie przyniosły żadnych niepokojących objawów.
Mimo to pierwszą rzeczą, o której pomyślała po przebudzeniu, nie była meta.
Był nią ból.
Ewa wstała i podeszła do okna. Odsunęła zasłonę.
Radomierz budził się pod warstwą lekkiej mgły. Na chodniku przed hotelem pojawiali się już pierwsi biegacze. Niektórzy truchtali w miejscu, inni maszerowali w stronę centrum z przezroczystymi workami depozytowymi przewieszonymi przez ramię. Z daleka wyglądali jak uczestnicy ewakuacji, którzy zabrali ze sobą tylko buty sportowe i banany.
Na latarniach wisiały zielono-czarne flagi RunLab. Logo sponsora znajdowało się również na bramkach ustawionych przy skrzyżowaniach, samochodach organizatorów i wielkim balonie widocznym ponad dachami budynków.
RunLab Półmaraton Radomierza.
Dwanaście tysięcy zgłoszonych zawodników.
Największa impreza biegowa w regionie.
Ewa miała wystartować z czwartej strefy i ukończyć bieg bez patrzenia na wynik.
Tak brzmiała oficjalna wersja.
Nieoficjalnie chciała złamać godzinę i czterdzieści pięć minut.
Nie przyznała się do tego fizjoterapeucie. Nie zapisała celu w aplikacji. Nie powiedziała nawet Marcie, która poprzedniego wieczoru wysłała jej wiadomość z życzeniami i dopisała wielkimi literami: „TYLKO NIE ŚCIGAJ SIĘ Z CAŁYM ŚWIATEM”.
Ewa odpisała, że jedzie po atmosferę.
Obie wiedziały, że kłamie.
Przygotowane ubrania leżały na drugim łóżku. Czarne spodenki, granatowa koszulka, skarpety kompresyjne, cienka bluza do oddania przed startem. Obok stały buty, które kupiła pół roku wcześniej i przez pierwsze tygodnie trzymała w pudełku, bo bała się, że sam ich widok sprowokuje ją do zbyt wczesnego powrotu na trasę.
Numer startowy przypięła jeszcze wieczorem.
Sprawdziła agrafki. Wszystkie trzymały się mocno.
Na odwrocie numeru znajdowało się miejsce na dane kontaktowe i informacje medyczne. Wpisała numer Marty oraz jedno zdanie:
„Uczulenie na ibuprofen”.
Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna dopisać coś jeszcze.
„Była dziennikarka. W razie utraty przytomności nie informować redakcji”.
Uśmiechnęła się bez wesołości.
W łazience spojrzała w lustro. Włosy związała ciasno z tyłu głowy. Pod oczami miała ciemne półksiężyce, których nie zakryłaby nawet gruba warstwa makijażu. Wyglądała na bardziej zmęczoną, niż się czuła.
Albo odwrotnie.
Od miesięcy unikała własnego nazwiska w internecie. Nie musiała niczego wpisywać. Wystarczyło kilka pierwszych liter, aby wyszukiwarka podpowiedziała resztę.
„Ewa Malinowska manipulacja”.
„Ewa Malinowska nierzetelny artykuł”.
„Ewa Malinowska przeprosiny redakcji”.
Oświadczenie nadal znajdowało się na stronie dawnego pracodawcy. Krótkie, chłodne i napisane językiem, który pozwalał gazecie odciąć się od niej bez przyznania, że przez kilka tygodni zachęcano ją do publikacji tekstu mimo brakujących potwierdzeń.
Materiał dotyczył tuszowania nieprawidłowości w jednym z programów szkoleniowych dla młodych sportowców. Ewa miała dokumenty, wiadomości i źródło gotowe zeznawać pod nazwiskiem. Na dwadzieścia cztery godziny przed publikacją źródło zniknęło. Telefon został wyłączony, konto pocztowe usunięte, a najważniejszy dokument okazał się sfałszowany.
Artykuł ukazał się mimo to.
Dwa dni później rozpoczął się skandal.
Po tygodniu redakcja przeprosiła.
Po miesiącu Ewa straciła pracę.
Nikt nie pytał, dlaczego ktoś poświęcił tyle czasu, aby przygotować fałszywe raporty, stworzyć wiarygodną historię i przekonać dziennikarkę do wszczęcia śledztwa. Liczyło się tylko to, że dała się oszukać.
Od tamtej pory pisała teksty, pod którymi nie umieszczano jej nazwiska. Opisy produktów, artykuły poradnikowe, czasami wywiady redagowane tak mocno, że nie rozpoznawała własnych zdań. Zarabiała mniej niż na początku kariery, ale przynajmniej nie musiała nikomu tłumaczyć, dlaczego nie pracuje już w redakcji.
Bieganie miało być jedyną częścią życia, której tamta historia nie dotknęła.
Potem złamała nogę.
Ewa odwróciła wzrok od lustra.
— Dzisiaj tylko dwadzieścia jeden kilometrów — powiedziała do swojego odbicia. — Niczego nie musisz udowadniać.
Nie zabrzmiało przekonująco.
Zjadła owsiankę przygotowaną poprzedniego wieczoru i wypiła pół kubka kawy. Więcej nie chciała ryzykować. Sprawdziła prognozę, chociaż znała ją niemal na pamięć. Jedenaście stopni na starcie, szesnaście około południa, słaby wiatr, niewielkie prawdopodobieństwo deszczu.
Idealne warunki.
Włożyła zegarek, zapięła pas z żelami i schowała telefon do kieszeni spodenek. Na koniec jeszcze raz nacisnęła kość nad prawą kostką.
Nie bolała.
— Dobrze — powiedziała. — Umowa jest prosta. Ja nie będę udawać, że mam dwadzieścia pięć lat, a ty nie rozpadniesz się na trasie.
Noga nie odpowiedziała.
To był dobry znak.
Im bliżej centrum, tym więcej ludzi pojawiało się na ulicach.
W powietrzu mieszał się zapach kawy, rozgrzewających maści i mokrego asfaltu. Z głośników ustawionych w pobliżu rynku płynęła głośna muzyka, przerywana komunikatami prowadzącego. Wolontariusze w zielonych kurtkach wskazywali drogę do depozytów i stref startowych. Nad tłumem unosiły się tabliczki z przewidywanymi czasami: godzina trzydzieści, godzina czterdzieści pięć, dwie godziny, dwie piętnaście.
Ewa zwolniła przy wejściu do miasteczka zawodów.
Przez czternaście miesięcy wyobrażała sobie ten moment. Sądziła, że poczuje wzruszenie albo ulgę. Zamiast tego ogarnęło ją wrażenie, że nie powinna się tu znajdować.
Wszyscy wokół wyglądali, jakby dokładnie wiedzieli, co robią.
Mężczyzna w stroju jednorożca wykonywał skipy przy barierce. Dwie kobiety w identycznych koszulkach smarowały sobie ramiona wazeliną. Starszy zawodnik przypinał do pleców kartkę z napisem „Mój 150. półmaraton”. Grupa biegaczy z lokalnego klubu robiła zdjęcie pod balonem sponsora.
Ewa poprawiła numer startowy.
Jej celem miało być dotarcie do mety.
Każda minuta ponad to była nieistotna.
Powtórzyła to w myślach trzy razy, po czym sprawdziła na zegarku ustawione tempo.
Cztery minuty i pięćdziesiąt osiem sekund na kilometr.
Tempo na godzinę czterdzieści pięć.
Marta miała rację. Ewa ścigała się z całym światem nawet wtedy, gdy świat nie wiedział, że bierze udział.
Przeszła do depozytu i oddała worek z bluzą, ręcznikiem oraz ubraniami na zmianę. Zachowała starą szarą bluzę, którą zamierzała zostawić przy starcie. Organizator zbierał porzuconą odzież i przekazywał ją fundacji.
Po wyjściu z namiotu telefon zawibrował.
Ewa wyjęła go odruchowo, spodziewając się kolejnej wiadomości od Marty.
Na ekranie zobaczyła nazwisko, którego nie widziała od prawie dwóch lat.
Paweł Karski.
Zatrzymała się tak gwałtownie, że biegnący za nią mężczyzna musiał zejść na bok.
— Uważaj! — rzucił.
Nie usłyszała albo nie zrozumiała odpowiedzi. Patrzyła na powiadomienie, jakby samo nazwisko mogło zniknąć, jeśli odblokuje telefon zbyt szybko.
Karski kontaktował się z nią kilka miesięcy przed publikacją artykułu, który zakończył jej karierę. Nie był głównym źródłem, ale potwierdził część informacji dotyczących presji wywieranej na młodych zawodników. Rozmawiali dwukrotnie. Za każdym razem w miejscach, które wybierał w ostatniej chwili.
Podczas drugiego spotkania był wyraźnie zdenerwowany.
Powiedział, że w polskim sporcie istnieją historie, których nie da się ujawnić jednym tekstem. Że ludzie odpowiedzialni za dawne wydarzenia zajmują dziś stanowiska pozwalające kontrolować zawodników, lekarzy, sponsorów i media. Kiedy Ewa poprosiła o konkrety, wycofał się.
„Jeszcze nie teraz” — powiedział.
Później przestał odbierać jej telefony.
Kiedy wybuchł skandal, Ewa próbowała skontaktować się z nim ponownie. Chciała, żeby powtórzył publicznie przynajmniej to, co wcześniej przekazał jej nieoficjalnie.
Karski odpisał jednym zdaniem:
„Nie mogę pani pomóc”.
Od tamtej pory milczał.
Aż do teraz.
Ewa otworzyła wiadomość.
„Między 9,8 a 10,0 trzymaj się blisko mnie. Mam coś, co może przywrócić ci nazwisko”.
Przeczytała ją ponownie.
Później trzeci raz.
Wokół niej przesuwały się setki ludzi. Z głośników dobiegła informacja, że do startu pozostało dwadzieścia pięć minut. Ktoś się śmiał. Ktoś nawoływał znajomych. Wolontariusz z megafonem prosił zawodników o kierowanie się do odpowiednich stref.
Ewa przestała to wszystko słyszeć.
Miała wrażenie, że tłum oddalił się od niej o kilkaset metrów.
Dotknęła pola odpowiedzi.
„Co masz?”
Wysłała.
Obok wiadomości pojawiło się oznaczenie dostarczenia, ale nie odczytu.
Ewa weszła na listę uczestników, którą zapisała w telefonie poprzedniego wieczoru. Wpisała nazwisko Karskiego.
Paweł Karski.
Numer 1028.
Strefa pierwsza.
Przewidywany czas: godzina trzydzieści dwie minuty.
Ewa spojrzała na swój numer.
Strefa czwarta.
Nawet jeśli wystartują w tym samym momencie, Karski na dziesiątym kilometrze będzie daleko przed nią. Jeśli ruszy z pierwszej strefy, może mieć kilka minut przewagi już na starcie.
„Jesteś w pierwszej strefie. Jak mam trzymać się blisko ciebie?”
Wysłała drugą wiadomość.
Brak odpowiedzi.
Wybrała numer Karskiego.
Jeden sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Po piątym połączenie zostało przekierowane na pocztę głosową.
— Paweł, tu Ewa Malinowska. Dostałam twoją wiadomość. Zadzwoń do mnie. Jeśli to jakiś żart…
Urwała.
Karski nie należał do ludzi, którzy żartowali. Podczas obu spotkań miał tę samą poważną minę i mówił, jakby każde słowo mogło zostać kiedyś użyte przeciwko niemu.
— Po prostu zadzwoń — dokończyła i rozłączyła się.
Zrobiła kilka kroków w stronę strefy startowej, ale zatrzymała się przy metalowej barierce.
Wiadomość mogła znaczyć wszystko.
Dokumenty.
Nagranie.
Nazwisko człowieka, który przygotował fałszywe materiały.
Dowód, że Ewa nie wymyśliła całej historii.
„Mam coś, co może przywrócić ci nazwisko”.
Nie napisał: „mam informację”.
Napisał: „mam coś”.
Fizyczny przedmiot.
Dlaczego chciał przekazać go podczas biegu? Dlaczego akurat między 9,8 a 10,0 kilometra? Mógł spotkać się z nią przed startem, po zawodach albo dowolnego innego dnia.
Ewa otworzyła mapę trasy.
Dziesiąty kilometr wypadał za parkiem, w pobliżu starego stadionu miejskiego. Trasa prowadziła tam wąską aleją, następnie skręcała przy opuszczonych magazynach i przecinała matę pomiarową ustawioną przy wejściu na szeroką ulicę.
Pomiędzy 9,8 a 10,0 nie było punktu żywieniowego ani żadnego oficjalnego punktu obsługi.
Jedynie krótki odcinek osłonięty z jednej strony drzewami, a z drugiej wysokim murem dawnego ośrodka treningowego.
Ewa powiększyła mapę.
Nazwa miejsca wydała jej się znajoma.
Ośrodek Sportowy Radomierz-Północ.
Kilka lat wcześniej został zamknięty i częściowo rozebrany. Pamiętała jeden tekst o sporze dotyczącym sprzedaży terenu, ale nic więcej.
Do startu pozostały dwadzieścia dwie minuty.
Napisała kolejną wiadomość.
„Jeżeli chodzi o tamten artykuł, powiedz mi teraz. Nie będę brała udziału w żadnych zagrywkach”.
Wysłała.
Karski wciąż jej nie odczytał.
Ewa schowała telefon, ale niemal natychmiast znów go wyjęła. Sprawdziła, czy numer na pewno należał do niego. W historii rozmów znajdowały się stare wiadomości sprzed dwóch lat. Godziny spotkań, adres kawiarni, krótkie odpowiedzi.
Ostatnia:
„Nie mogę pani pomóc”.
Dzisiejsza wiadomość została wysłana z tego samego numeru.
Ktoś potrącił ją ramieniem.
— Przepraszam — powiedziała młoda kobieta. — Wie pani, którędy do trzeciej strefy?
Ewa wskazała kierunek.
— Za balonem w lewo.
— Dzięki. Powodzenia!
— Wzajemnie.
Kobieta zniknęła w tłumie.
Ewa spojrzała na zawodników przepływających w stronę startu. W pierwszej strefie zbierali się najszybsi. Z tej odległości widziała tylko kolorowe koszulki i głowy unoszące się nad barierkami.
Ruszyła w tamtą stronę.
Przy wejściu stał ochroniarz, który sprawdzał numery.
— Pierwsza strefa tylko dla numerów od tysiąca do tysiąca pięciuset — powiedział, zanim zdążyła się odezwać.
— Szukam kogoś.
— Wszyscy kogoś szukają.
— Paweł Karski. Numer 1028.
Ochroniarz nawet nie spojrzał w stronę zawodników.
— Proszę do swojej strefy.
Ewa wyjęła telefon.
— To ważne. Muszę mu tylko przekazać…
— Za osiemnaście minut jest start. Jeśli pani tu zostanie, zrobi się korek.
— Jestem dziennikarką.
Słowa wyszły z jej ust automatycznie.
Ochroniarz spojrzał na nią z większą uwagą.
Ewa natychmiast tego pożałowała.
Nie miała legitymacji. Jej akredytacja prasowa wygasła ponad rok wcześniej. W portfelu nadal nosiła stary identyfikator, ale użycie go mogłoby skończyć się problemami.
— Dzisiaj jest pani zawodniczką — powiedział ochroniarz, wskazując na jej numer. — Czwarta strefa jest dalej.
Miał rację.
Ewa cofnęła się i zaczęła obchodzić ogrodzenie. Pierwszą strefę od chodnika oddzielały metalowe barierki pokryte czarnymi banerami RunLab. Przyglądała się twarzom, szukając wysokiego, szczupłego mężczyzny z siwymi włosami.
Karski miał pięćdziesiąt kilka lat, ale biegał wyniki, których mogło mu pozazdrościć wielu młodszych zawodników. Na zdjęciach w internecie wyglądał na spokojnego i opanowanego. Trener starej szkoły. Człowiek, który podobno potrafił rozpoznać talent po sposobie, w jaki zawodnik stawiał stopy podczas pierwszych stu metrów.
Ewa widziała go ostatnio dwa lata temu.
Nie wiedziała, czy nadal ma wąsy.
Nie wiedziała nawet, w jakiej koszulce wystartuje.
Telefon znów zawibrował.
Spojrzała na ekran.
Marta.
„Żyjesz? Pamiętaj: pierwsze 5 km wolniej, niż podpowiada adrenalina”.
Ewa nie odpowiedziała.
Ponownie wybrała numer Karskiego. Tym razem połączenie od razu trafiło na pocztę głosową.
Wyłączony telefon.
Albo brak zasięgu.
Przeszła jeszcze kilkanaście metrów. Przy barierkach stała grupa kibiców z transparentem. Dziecko siedzące na ramionach ojca uderzało plastikowymi pałeczkami i krzyczało imiona biegaczy, których prawdopodobnie wcale nie znało.
— Paweł! Dawaj, Paweł!
Ewa odwróciła głowę.
Nie chodziło o Karskiego. Przy barierce rozciągał się młody chłopak z imieniem „Paweł” wydrukowanym na numerze.
Do startu pozostało piętnaście minut.
Powinna iść do swojej strefy. Po zamknięciu wejścia organizatorzy przesuną ją na sam koniec. Wtedy nie będzie żadnych szans, aby znaleźć Karskiego przed dziesiątym kilometrem.
Jeśli jednak wystartuje zgodnie z planem, również go nie dogoni.
Ewa zaczęła obliczać.
Karski celował w tempo około czterech minut i dwudziestu sekund na kilometr. Ona planowała biec po pięć minut. Po dziesięciu kilometrach różnica wyniesie ponad sześć minut, nie licząc przesunięcia na starcie.
Musiał zamierzać zwolnić.
Albo czekać.
Może wcale nie chciał się z nią spotkać podczas biegu. Może polecenie „trzymaj się blisko mnie” odnosiło się do konkretnego punktu na trasie, w którym planował się zatrzymać.
Dlaczego nie mógł po prostu napisać tego wprost?
Głos prowadzącego poprosił zawodników o zajmowanie miejsc. Tłum zgęstniał. Ludzie zaczęli przeciskać się pomiędzy barierkami, a muzyka ucichła na czas kolejnego komunikatu organizacyjnego.
Ewa stanęła na palcach.
I wtedy go zobaczyła.
Paweł Karski znajdował się po drugiej stronie pierwszej strefy, blisko ogrodzenia oddzielającego zawodników od części sponsorskiej. Miał na sobie czarną koszulkę bez żadnego klubowego logo i ciemne spodenki. Siwe włosy przystrzygł krótko. Był szczuplejszy, niż zapamiętała, a jego twarz wydawała się zapadnięta.
Nie rozgrzewał się.
Nie rozmawiał z innymi zawodnikami.
Stał nieruchomo i patrzył w stronę wejścia do strefy, jakby na kogoś czekał.
Ewa uniosła rękę.
— Paweł!
Głos zginął wśród muzyki i rozmów.
— Paweł Karski!
Tym razem odwrócił głowę.
Ich spojrzenia spotkały się ponad tłumem.
Ewa wyjęła telefon i wskazała na ekran. Karski patrzył na nią przez kilka sekund. Nie wyglądał na zaskoczonego. Przeciwnie — sprawiał wrażenie, jakby dokładnie wiedział, gdzie jej szukać.
Ruszył w stronę barierki.
Ewa zrobiła to samo.
Dzieliło ich może trzydzieści metrów, ale pomiędzy nimi znajdowały się setki zawodników. Ktoś wszedł jej w drogę. Musiała ominąć grupę w czerwonych koszulkach. Gdy ponownie spojrzała na Karskiego, stał już przy samym ogrodzeniu.
— Co masz? — zawołała.
Nie mógł jej usłyszeć.
Wskazał na własny zegarek.
Następnie uniósł obie dłonie. Najpierw pokazał dziewięć palców. Później osiem. Potem złożył dłonie w dwa okręgi.
Dziewięć. Osiem. Dziesięć. Zero.
Między 9,8 a 10,0.
Ewa potrząsnęła głową.
— Nie rozumiem!
Karski obejrzał się przez ramię.
Ten jeden ruch wystarczył, żeby coś się zmieniło.
Na jego twarzy pojawiło się napięcie. Nie zwykły stres przed startem ani zdenerwowanie człowieka, który próbuje odnaleźć znajomą osobę w tłumie.
Strach.
Dokładnie taki, jaki Ewa widziała podczas ich ostatniego spotkania.
Karski cofnął się od barierki.
— Zaczekaj! — krzyknęła.
Poruszył ustami. Tym razem odczytała słowa.
„Nie tutaj”.
Następnie dotknął dłonią kieszeni z tyłu spodenek, jakby chciał się upewnić, że nadal coś w niej ma.
Ewa próbowała podejść bliżej, lecz drogę zagrodził jej wolontariusz.
— Proszę do swojej strefy. Zaraz zamykamy przejście.
— Muszę porozmawiać z tamtym mężczyzną.
— Po biegu.
— To nie może czekać.
Kiedy ponownie spojrzała w stronę Karskiego, już go nie widziała. Zniknął pomiędzy zawodnikami.
Na ekranie jej telefonu wciąż widniały trzy nieodczytane wiadomości.
Ewa zawahała się.
Mogła wyjść z miasteczka zawodów. Zadzwonić na policję, choć nie wiedziała, co miałaby powiedzieć. Odnaleźć Karskiego po biegu. Uznać, że człowiek, który dwa lata wcześniej odmówił jej pomocy, nie ma prawa teraz wciągać jej w kolejną tajemnicę.
Rozsądek podpowiadał, aby zapomnieć o wiadomości.
Ale rozsądek nie przywróciłby jej nazwiska.
Ewa schowała telefon do kieszeni i ruszyła w stronę czwartej strefy.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie myślała o nodze, czasie ani o tym, czy dotrze do mety.
Myślała wyłącznie o dziesiątym kilometrze.
Rozdział 2
Do zamknięcia czwartej strefy pozostało dziewięć minut.
Ewa przecisnęła się przez wąskie przejście pomiędzy barierkami i pokazała wolontariuszce numer startowy. Dziewczyna zaznaczyła coś na tablecie, po czym uniosła taśmę.
— Powodzenia. Pacemakerzy stoją bliżej prawej strony.
Ewa weszła do strefy i natychmiast poczuła się jak w wagonie metra w godzinach szczytu. Zawodnicy stali ramię przy ramieniu. Jedni podskakiwali, inni rozciągali łydki, chociaż nie było na to miejsca. Ktoś nadepnął jej na but. Mężczyzna przed nią uniósł ręce, żeby poprawić słuchawki, i niemal uderzył ją łokciem w twarz.
W powietrzu unosił się zapach potu, kamfory i kawy.
Z głośników popłynął komunikat o temperaturze na trasie. Prowadzący przypomniał o punktach z wodą, mobilnych patrolach medycznych oraz obowiązku podporządkowania się poleceniom obsługi.
Ewa wyjęła telefon.
Karski nadal nie odczytał żadnej z jej wiadomości.
Przez kilka sekund rozważała wyjście ze strefy. Mogła poczekać przy mecie albo spróbować znaleźć go w biurze zawodów. Problem w tym, że nie wiedziała, czy po biegu Karski nadal będzie chciał z nią rozmawiać. Dwa lata wcześniej wycofał się bez ostrzeżenia. Tym razem również mógł zmienić zdanie.
„Między 9,8 a 10,0 trzymaj się blisko mnie”.
Schowała telefon.
Kilka metrów przed nią, ponad głowami zawodników, unosiła się niebieska chorągiewka z napisem „1:45”. Trzymał ją wysoki, szczupły mężczyzna w czarnej koszulce pacemakera. Miał krótko ostrzyżone włosy i wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Rozmawiał z grupą biegaczy, którzy otoczyli go półkolem.
— Pierwsze trzy kilometry spokojnie — mówił. — Nie walczymy o pozycje, nie wyprzedzamy całej strefy i nie próbujemy odrobić trzydziestu sekund przed pierwszym zakrętem. Jeżeli ktoś będzie miał jeszcze siłę po siedemnastym kilometrze, wtedy może przyspieszyć.
— A pan gwarantuje godzinę czterdzieści pięć? — zapytała kobieta w różowej czapce.
— Gwarantuję, że będę biegł na ten czas. Tego, co zrobią państwa nogi, nie mogę zagwarantować.
Kilka osób się zaśmiało.
Ewa spojrzała na numer pacemakera.
MICHAŁ ZAREMBA.
Nazwisko wydało jej się znajome, ale nie potrafiła przypomnieć sobie skąd. Mogła je widzieć na liście startowej albo w jednym z artykułów o imprezie. Pacemakerzy byli przedstawiani w mediach społecznościowych RunLab od kilku tygodni.
Michał zauważył, że mu się przygląda.
— Na jaki czas? — zapytał.
— Bez konkretnego wyniku.
Spojrzał na jej zegarek, pas z żelami i buty startowe.
— Oczywiście.
— Wracam po kontuzji.
— Tym bardziej radzę nie zaczynać szybciej niż pięć minut na kilometr.
— Zawsze udziela pan rad ludziom, którzy o nie nie proszą?
— Tylko tym, którzy twierdzą, że nie mają celu, a wyglądają, jakby zamierzali walczyć o rekord życiowy.
Ewa chciała odpowiedzieć, lecz od strony pierwszej strefy rozległ się krótki aplauz. Część zawodników odwróciła głowy.
Przejście pomiędzy sektorami zostało otwarte. Dwóch ochroniarzy przesunęło barierkę, a na pas wyłączony z ruchu weszła kilkuosobowa ekipa. Z przodu szedł operator z kamerą. Za nim poruszała się młoda kobieta w zielonej kurtce RunLab, wskazując miejsca, w których mieli się zatrzymać.
Ewa rozpoznała ją ze zdjęć zamieszczonych na stronie półmaratonu.
Alicja Karska.
Specjalistka do spraw komunikacji RunLab i córka Pawła Karskiego.
Podczas poprzedniego śledztwa Ewa nie wiedziała nawet, że trener ma dziecko. Karski nie mówił o rodzinie. Unikał pytań osobistych i nigdy nie zgadzał się na spotkania w domu. Na pierwszą rozmowę przyszedł bez obrączki. Na drugiej miał ją na palcu.
Alicja zatrzymała operatora i poprawiła identyfikator wiszący na szyi.
— Najpierw wejście na żywo z Igorem, później Paweł i pacemakerzy — powiedziała. — Mamy niecałe cztery minuty.
Za nią pojawił się Igor Laskowski.
Właściciel RunLab miał na sobie dopasowaną koszulkę startową w kolorach sponsora i nowe buty, których jaskrawa podeszwa pozostawała idealnie czysta. Ewa widziała go wcześniej na konferencjach prasowych, branżowych galach oraz zdjęciach z zawodnikami reprezentacji. Zawsze wyglądał tak samo: lekko opalony, uśmiechnięty i spokojny, jakby każde wydarzenie przebiegało zgodnie z przygotowanym przez niego scenariuszem.
Trzynaście lat wcześniej był jeszcze zawodnikiem. Później założył pierwszy sklep dla biegaczy, rozbudował go w sieć, stworzył laboratorium diagnostyczne i zaczął sponsorować kluby. RunLab finansował dziś obozy, programy młodzieżowe oraz kilka największych imprez w kraju.
Laskowski pomachał zawodnikom.
— Gotowi?
Odpowiedziały mu okrzyki.
Kamera została skierowana na jego twarz.
— Witam ze strefy startowej RunLab Półmaratonu Radomierza — zaczął bez najmniejszego zawahania. — Za kilka minut dwanaście tysięcy biegaczy wyruszy na trasę, aby udowodnić, że granice istnieją głównie w naszych głowach…
Ewa przestała go słuchać.
Za plecami właściciela RunLab zobaczyła doktor Sylwię Radecką. Nazwisko lekarki widniało na dużym identyfikatorze przypiętym do zielonej kamizelki zespołu medycznego. Radecka rozmawiała z ratownikiem, wskazując coś na planie trasy. Miała związane włosy i zmęczoną twarz. Co kilka sekund dotykała krótkofalówki, jakby sprawdzała, czy urządzenie nadal znajduje się na miejscu.
Ewa znała to nazwisko.
Pojawiało się w starych dokumentach dotyczących programu szkoleniowego, o którym próbowała napisać dwa lata wcześniej. Radecka pracowała wówczas w prywatnym ośrodku medycyny sportowej. Według oficjalnych informacji wykonywała rutynowe badania zawodników. Nie udało się znaleźć dowodów, że uczestniczyła w czymkolwiek więcej.
Ewa próbowała się z nią skontaktować.
Lekarka nigdy nie odpowiedziała.
Teraz stała kilkanaście metrów od niej.
Ewa ruszyła w stronę przejścia, lecz grupa zawodników zamknęła wolną przestrzeń. Musiała przeciskać się pomiędzy ludźmi, przepraszając po każdym kolejnym potrąceniu.
Transmisja Laskowskiego dobiegła końca. Operator opuścił kamerę, a Alicja natychmiast podeszła do właściciela RunLab.
— Paweł powinien już tu być.
— Przed chwilą był w pierwszej strefie — odpowiedział Laskowski.
— Nie odbiera telefonu.
— Za trzy minuty wszyscy przestaną odbierać.
Radecka podniosła głowę.
Jej spojrzenie zatrzymało się na Ewie.
Najpierw pojawiło się zdziwienie, później coś, co mogło być niechęcią.
Lekarka powiedziała kilka słów do ratownika i podeszła do barierki.
— Ewa Malinowska?
— Pani doktor.
— Nie wiedziałam, że pani biega.
— Ja nie wiedziałam, że kieruje pani zabezpieczeniem medycznym.
— Informacja znajduje się na stronie organizatora.
— Dwa lata temu pani adres również znajdował się na stronie ośrodka. Mimo to nie udało mi się z panią porozmawiać.
Twarz Radeckiej pozostała nieruchoma.
— To nie jest odpowiedni moment.
— W takim razie po biegu?
— Nie mamy o czym rozmawiać.
— O tym zdecyduję, kiedy poznam odpowiedzi.
Lekarka spojrzała na numer Ewy.
— Wraca pani po kontuzji?
Ewa mimowolnie przesunęła ciężar ciała na lewą nogę.
— Skąd pani wie?
— Oszczędza pani prawą stronę. Jeżeli pojawi się ból, proszę zejść z trasy. Dzisiaj może pani sobie zrobić większą krzywdę, niż się pani wydaje.
— To rada medyczna czy ostrzeżenie?
Radecka otworzyła usta, ale nie odpowiedziała.
Za nimi rozległ się głos Alicji.
— Jest.
Paweł Karski szedł od strony pierwszego sektora. Zatrzymał się przy ochroniarzu, pokazał numer, a następnie wszedł na pas przeznaczony dla obsługi. Nie patrzył na córkę ani na Laskowskiego.
Patrzył na Ewę.
Alicja chwyciła go za ramię.
— Gdzie byłeś? Mamy zrobić zdjęcie z pacemakerami.
— Za chwilę.
— Nie za chwilę. Za minutę zamykają sektory.
Karski wysunął rękę z jej uścisku.
— Muszę z kimś porozmawiać.
Laskowski stanął mu na drodze.
— Po biegu. Teraz jesteś ambasadorem imprezy.
— Igor…
— Cztery zdjęcia. Później możesz robić, co chcesz.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Łagodny uśmiech Laskowskiego nie zniknął, lecz w jego głosie pojawiło się coś twardego.
Karski ustąpił.
Alicja ustawiła go obok ojca i dała znak operatorowi. Ewa podeszła do barierki. Dzieliły ją od Karskiego najwyżej trzy metry.
— Paweł — powiedziała.
Spojrzał na nią.
— Odpowiedz mi. Co masz?
Operator uniósł kamerę, zasłaniając go na moment. Gdy przesunął się w bok, Karski stał bliżej.
— Dziesiąty kilometr — powiedział cicho.
— Dlaczego tam?
— Bo wcześniej będą patrzeć.
— Kto?
Karski dotknął kieszeni z tyłu spodenek.
— Nie wyjmuj telefonu. Nie rób zdjęć. Kiedy mnie zobaczysz, po prostu trzymaj się blisko.
— Nie będę biegła za tobą bez wyjaśnienia.
— Jeśli chcesz odzyskać to, co ci zabrali, zrobisz dokładnie tak, jak mówię.
— Kto mi to zabrał?
Jego wzrok przesunął się w stronę Laskowskiego, następnie Radeckiej i córki.
Nie zdążył odpowiedzieć.
Michał Zaremba przecisnął się pomiędzy zawodnikami i zatrzymał po drugiej stronie barierki.
Niebieska chorągiewka z czasem 1:45 kołysała się nad jego głową.
— Więc jednak biegniesz — powiedział.
Karski zesztywniał.
Alicja spojrzała na Michała.
— Proszę wrócić do swojej grupy. Za moment startujemy.
Nie zwrócił na nią uwagi.
— Myślałem, że zabraknie ci odwagi — ciągnął. — Dziesiąty kilometr prowadzi obok stadionu.
Ewa spojrzała na Karskiego.
Trener nie odpowiedział.
— Michał, nie teraz — odezwała się doktor Radecka.
Zaremba odwrócił głowę.
— Pani też tutaj jest. Doskonale. Prawie cała ekipa znowu w komplecie.
Radecka pobladła.
Laskowski wykonał krok w jego stronę.
— Jeżeli ma pan problem z organizacją, proszę zgłosić go po biegu.
— Nie mam problemu z organizacją. Mam problem z ludźmi, których organizator postanowił ustawić na swoich banerach.
Kamera nadal była uniesiona. Operator spojrzał pytająco na Alicję, lecz czerwona kontrolka nagrywania nie zgasła.
Wokół zaczęli zatrzymywać się zawodnicy. Mężczyzna stojący obok Ewy wyjął jedną słuchawkę. Kobieta w różowej czapce odwróciła się w stronę Michała. Nawet wolontariusze przy wejściu przestali sprawdzać numery.
Karski podszedł do barierki.
— Obiecałeś, że zostawisz mnie w spokoju.
— Niczego ci nie obiecywałem.
— Dostałeś wszystkie dokumenty.
— Dostałem sfałszowany raport i akt zgonu.
— Twoja siostra miała wadę serca.
Twarz Michała zmieniła się tak gwałtownie, jakby Karski go uderzył.
— Nie wypowiadaj jej imienia.
— Sam tu przyszedłeś.
— Przyszedłem pobiec trasą, na której zrobiliście z jej śmierci atrakcję dla sponsorów.
— Nie wiedziałem, że poprowadzą bieg obok stadionu.
— Ty nigdy niczego nie wiedziałeś. Nie wiedziałeś, co jej podaliście. Nie wiedziałeś, dlaczego kazałeś jej biec dalej. Nie wiedziałeś, kto zabrał nagranie. Przez trzynaście lat nic nie wiedziałeś.
Wśród ludzi zapadła cisza.
Ewa poczuła, że serce przyspiesza.
Trzynaście lat.
Stadion.
Dziesiąty kilometr.
Maja Zaremba.
Wreszcie przypomniała sobie nazwisko. Maja była dziewiętnastoletnią zawodniczką, która zmarła podczas indywidualnego treningu w zamkniętym ośrodku. Oficjalną przyczyną śmierci była niewykryta wada serca. Jej brat od początku kwestionował wyniki dochodzenia, ale media szybko straciły zainteresowanie.
Paweł Karski był jej trenerem.
Doktor Radecka podeszła do Michała.
— Proszę przestać.
— Dlaczego? Boi się pani, że ktoś usłyszy?
— To nie miejsce na takie oskarżenia.
— W takim razie gdzie jest właściwe miejsce? Stadion rozebraliście. Dokumenty zniknęły. Ludzie, którzy tam byli, od trzynastu lat powtarzają tę samą wersję.
Alicja stanęła przed ojcem.
— Nie ma pan prawa tak do niego mówić.
Michał spojrzał na nią po raz pierwszy.
— Zapytaj go, dlaczego pozwolił Mai przebiec ostatnie osiemset metrów.
— Mój ojciec próbował ją ratować.
— Twój ojciec ratował przede wszystkim siebie.
Karski położył dłoń na ramieniu córki.
— Alicja, odejdź.
— Nie.
— Powiedziałem, odejdź.
W jego głosie było coś, co sprawiło, że cofnęła się o pół kroku. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jakby po raz pierwszy usłyszała ton, którego nie znała.
Laskowski skinął na ochroniarza.
— Proszę odprowadzić pana Zarembę do sektora.
Michał uniósł chorągiewkę.
— Sam wrócę.
Zanim się odwrócił, spojrzał Karskiemu prosto w oczy.
— Nie każdy, kto dziś wystartuje, powinien dotrzeć do mety.
Kilka osób wciągnęło gwałtownie powietrze.
Operator opuścił kamerę.
Alicja patrzyła na Michała z niedowierzaniem. Laskowski przestał się uśmiechać. Doktor Radecka zacisnęła dłoń na krótkofalówce.
Karski nie odpowiedział.
Michał wrócił do czwartej strefy. Ludzie rozstępowali się przed nim, a później szeptali, kiedy ich mijał. Stanął obok niebieskiej chorągiewki z czasem 1:45 i sprawdził zegarek, jakby nic się nie wydarzyło.
Z głośników dobiegła informacja, że do startu pozostało sześćdziesiąt sekund.
— Paweł — powiedziała Ewa. — Maja była częścią tamtego programu?
Karski spojrzał w stronę Radeckiej.
— Na dziesiątym kilometrze.
— Powiedz mi teraz.
— Tutaj nie mogę.
— Czy Michał wie, co chcesz mi przekazać?
Karski zawahał się.
To wystarczyło za odpowiedź.
Alicja chwyciła ojca za rękę i pociągnęła go w stronę pierwszej strefy. Laskowski ruszył za nimi. Radecka została jeszcze przez chwilę przy barierce.
— Niech pani dzisiaj tylko biegnie — powiedziała cicho do Ewy.
— Pani znała Maję?
Lekarka odwróciła wzrok.
— Badałam ją.
— W dniu śmierci?
Rozległ się pierwszy dźwięk odliczania.
— Dziesięć!
Tłum podjął rytm.
— Dziewięć!
Radecka cofnęła się na pas techniczny.
— Byłam przy niej, kiedy przestała oddychać — powiedziała.
— Osiem!
— Co jej podaliście?
— Siedem!
Twarz lekarki stężała.
— Niech pani uważa na ludzi, którzy obiecują przywrócić pani nazwisko. Najpierw powinna pani zapytać, dlaczego pomogli je odebrać.
— Sześć!
Radecka odwróciła się i odeszła.
— Pięć!
Ewa została przy barierce.
Przed sobą widziała Karskiego wracającego do pierwszego sektora. Alicja mówiła coś do niego, ale nie odpowiadał. Igor Laskowski szedł po drugiej stronie, z telefonem przy uchu. Doktor Radecka zatrzymała się przy ambulansie.
— Cztery!
Michał Zaremba uniósł chorągiewkę.
— Trzy!
Ewa przesunęła się w stronę grupy na godzinę czterdzieści pięć.
— Dwa!
Telefon zawibrował jej w kieszeni.
Nie wyjęła go.
— Jeden!
Rozległ się wystrzał.
Pierwsza strefa ruszyła. Potem druga i trzecia. Tłum przed Ewą falował, zatrzymywał się i ponownie przyspieszał. Zawodnicy uruchamiali zegarki, poprawiali słuchawki, życzyli sobie powodzenia.
Kiedy czwarty sektor dotarł do maty startowej, Ewa zobaczyła przed sobą niebieską chorągiewkę.
Michał biegł kilka kroków dalej.
Dokładnie w tempie, które zamierzała utrzymać.
Przekroczyła linię startu i nacisnęła przycisk zegarka.
Przed nią znajdowało się dwadzieścia jeden kilometrów.
Ale liczył się tylko jeden punkt.
Dziesiąty kilometr.
Miejsce, do którego zmierzał człowiek mający dowód zdolny przywrócić jej nazwisko.
I człowiek, który kilka minut wcześniej, na oczach kilkudziesięciu świadków, powiedział, że Paweł Karski nie powinien dotrzeć do mety.
Rozdział 3
Przez pierwsze sekundy Ewa nie biegła.
Przesuwała się razem z tłumem, wykonując krótkie, nerwowe kroki i uważając, żeby nie zahaczyć o nogi zawodnika przed sobą. Ktoś potrącił ją ramieniem. Z lewej strony mężczyzna próbował przedostać się bliżej pacemakera. Z prawej kobieta w różowej czapce niemal natychmiast zaczęła wyprzedzać po chodniku.
Nad głowami kołysała się niebieska chorągiewka z czasem 1:45.
Michał Zaremba biegł kilka metrów przed Ewą. Nie oglądał się za siebie. Uniósł tylko rękę i wykonał uspokajający gest.
— Bez pośpiechu! — zawołał. — Mamy dwadzieścia jeden kilometrów, żeby wyprzedzić tych, którzy właśnie popełniają błąd.
Ewa przekroczyła drugą matę pomiarową i poczuła, jak tłum zaczyna się rozciągać. Przed nimi szeroka ulica prowadziła lekko w dół. Po obu stronach ustawili się kibice. Klaskali, uderzali w plastikowe pałeczki i wykrzykiwali imiona odczytane z numerów startowych.
— Ewa, dawaj!
Ktoś obcy krzyknął jej imię.
Odruchowo przyspieszyła.
Zegarek pokazał tempo cztery minuty i trzydzieści sześć sekund na kilometr.
Za szybko.
Zwolniła, ale musiała walczyć z ciałem, które po tygodniach ostrożnych treningów nagle przypomniało sobie, jak smakuje rywalizacja. Nogi były lekkie. Oddech spokojny. Nawet prawa strona nie dawała o sobie znać.
Przynajmniej na razie.
Telefon ciążył w kieszeni.
Zawibrował jeszcze podczas odliczania, dwie sekundy przed wystrzałem startera. Ewa nie wiedziała, kto napisał. Marta mogła wysłać kolejne przypomnienie o tempie. Karski mógł odpowiedzieć na którąś z wcześniejszych wiadomości.
Mogło to również nie mieć żadnego znaczenia.
Przez pierwsze trzysta metrów próbowała przekonać samą siebie, że sprawdzi telefon dopiero po biegu.
Na czwartym kilometrze.
Po pierwszym punkcie z wodą.
Kiedy znajdzie się na szerokim odcinku trasy.
Wytrzymała niecałe dwie minuty.
Wyjęła telefon i odblokowała ekran.
Wiadomość została wysłana przez Pawła Karskiego o dziewiątej zero dwie.
„Jeżeli przed piątym kilometrem coś pójdzie nie tak, nie wracaj i nie schodź z trasy. Bez względu na to, co pokaże aplikacja, biegnij do 9,8. Tam nadal będzie na ciebie czekać”.
Ewa przeczytała wiadomość dwa razy.
Zawodnik biegnący przed nią nagle zwolnił. W ostatniej chwili zeszła w lewo i uniknęła zderzenia.
— Patrz przed siebie — rzucił ktoś z boku.
Schowała telefon.
„Tam nadal będzie na ciebie czekać”.
Nie napisał: „będę czekał”.
Nie napisał nawet, że ma dotrzeć do dziesiątego kilometra.
Użył słowa „tam”.
Jakby przedmiot, który chciał jej przekazać, już znajdował się na trasie.
Albo miał zostać dostarczony przez kogoś innego.
Ewa spojrzała na niebieską chorągiewkę. Michał znajdował się teraz bezpośrednio przed nią. Biegł swobodnie, kontrolując tempo częstymi spojrzeniami na zegarek. Wokół niego utworzyła się grupa około trzydziestu osób.
Przyspieszyła i zrównała się z nim.
— Cztery pięćdziesiąt sześć — powiedział. — Trochę za szybko, ale pierwszy kilometr nam to wyrówna.
— Groziłeś Karskiemu?
Michał nawet na nią nie spojrzał.
— Dzień dobry również pani.
— Powiedziałeś, że nie powinien dotrzeć do mety.
— Powiedziałem, że nie każdy, kto wystartuje, powinien ją przekroczyć.
— To ma być różnica?
— Ogromna. Lekarze też czasami mówią ludziom, że nie powinni kończyć zawodów. Nikt ich za to nie aresztuje.
— Nie brzmiałeś jak lekarz.
— Bo nim nie jestem.
Minęli pierwszy zakręt. Tłum ścisnął się przy wysepce oddzielającej pasy. Michał uniósł chorągiewkę wyżej i zawołał do biegnących za nim:
— Uwaga na krawężnik! Trzymamy prawą stronę!
Ewa musiała cofnąć się o pół kroku. Przez chwilę biegli w milczeniu.
Przy barierkach stała grupa dzieci ubranych w jednakowe zielone koszulki. Wyciągały ręce w stronę zawodników. Ewa przybiła kilka piątek, nie zwalniając. Dziewczynka z namalowanym na policzku sercem uśmiechnęła się do niej szeroko.
Jeszcze pół godziny wcześniej Ewa sądziła, że właśnie na tym będzie polegał ten dzień.
Na biegu.
Na próbie odzyskania zaufania do własnego ciała.
Teraz każde spojrzenie w tłumie wydawało jej się podejrzane.
— Co się wydarzyło na starym stadionie? — zapytała.
Michał wypuścił powietrze.
— Wiesz tyle, ile napisano w gazetach.
— W gazetach napisano, że twoja siostra zmarła podczas indywidualnego treningu.
— Nie trenowała sama.
— Kto z nią był?
— O to powinnaś zapytać Karskiego.
— Pytam ciebie.
— A ja prowadzę grupę na godzinę czterdzieści pięć.
— Możesz biec i mówić jednocześnie.
— Ty możesz biec i pilnować własnych spraw.
Ewa spojrzała na niego.
Jego twarz pozostawała spokojna, ale palce prawej dłoni zaciskały się coraz mocniej na drzewcu chorągiewki.
— Jeżeli chciałeś zabić Karskiego — powiedziała — wybrałeś fatalne miejsce na zapowiedź.
Michał parsknął cicho.
— Gdybym chciał go zabić, nie ostrzegałbym o tym przy włączonej kamerze.
— Ludzie robią głupsze rzeczy pod wpływem emocji.
— Wiem. Przez trzynaście lat obserwowałem, jak robi to policja, prokuratura i dziennikarze.
Ewa poczuła ukłucie.
— Nie zajmowałam się sprawą twojej siostry.
— Zajmowałaś się tym samym programem.
— Nie wiedziałam, że te sprawy są połączone.
— Właśnie dlatego wybrali ciebie.
Odwróciła głowę.
— Kto?
Michał nie odpowiedział.
Zegarki kilku zawodników niemal jednocześnie zasygnalizowały pierwszy kilometr. Ewa spojrzała na swój.
Pięć minut i trzy sekundy.
Idealnie.
Tłum zaczął się rozluźniać. Najbardziej niecierpliwi biegacze oddalali się od grupy pacemakera. Inni, którzy rozpoczęli zbyt szybko, zwalniali i byli kolejno wyprzedzani.
Michał obejrzał się przez ramię.
— Wszystko w porządku? — zawołał.
Odpowiedziało mu kilka głosów.
— Pierwszy kilometr za nami. Jeżeli wydaje wam się, że biegniemy za wolno, to bardzo dobrze. Tak ma być.
Następnie ponownie zwrócił się do Ewy.
— Twój artykuł nie został zniszczony dlatego, że zawierał same kłamstwa.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Nadal myślisz, że ktoś podsunął ci fałszywe dokumenty, żeby skompromitować całe śledztwo.
— Bo właśnie tak było.
— A zastanawiałaś się, dlaczego fałszerstwo było tak łatwe do wykrycia?
Ewa pamiętała tamten dzień z dokładnością, której nienawidziła.
