Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Aromat prawdziwego cappuccino, smak lekkiego wina, dotyk słońca na twarzy... To wszystko czuje rozsądna Cat, kiedy w porywie serca wraca do Włoch, by odnaleźć młodzieńczą miłość. Jednak sprawy przybierają niespodziewany obrót. Przystojny nieznajomy powiedzie ją przez Wieczne Miasto śladami księżniczki Anny, bohaterki Rzymskich wakacji, filmowego romansu z Audrey Hepburn.
Zabawna i wzruszająca opowieść o tym, że warto zaryzykować, by spełnić marzenia i... odnaleźć prawdziwą miłość. Romantyczna historia, malownicze zakątki Rzymu oraz przepisy na pachnące bazylią i rozmarynem włoskie przysmaki.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy w Dzielnicy Praga Północ
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 423
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
34420
70 1006644
Moje rzymskie wakacje
Biblioteka Publiczna Praga Północ
Moje rzymskie wakacje
Kristin Harmel
Moje rzymskie wakacje
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
aż w br^hu znów zatańc^jgjnforflg]^ PUBLICZNA
Moje rzymskie wakacje
tłumaczenie Agata Żbikowska
Wydawnictwo Otwarte Kraków 2010
Tytuł oryginału: Italian for Beginners
Copyright © 2009 by Kristin Harmel This edition published by arrangement with Grand Central Publishing New York, New York, USA. Ali rights reserved
Copyright ® for the translation by Agata Żbikowska Projekt okładki: Adam Stach
Fotografia na okładce: Photo ® ^^ę^^Palmieri www.flickr.com/^^-^ska_ ^
2 WH % P/'
Fotografia autorki: ^Muńo^Sbiaio k
^ 1907 >. V" Opieka redakcyjna: Eliza Kasprzc^fiw^KOwska
Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak Adiustacja: Janusz Krasoń / Studio NOTA BENE
Korekta: Anna Szczepańska / Studio NOTA BENE,
Janusz Krasoń / Studio NOTA BENE
Łamanie: Agnieszka SzatlwA^jWE^S^
•rrT .uurw <waroowsfclego
w Dzielnicy Prpya Północ m.S'. Warszawy
ISBN ' Młodzieży Nr 10*
ul. Ząbkowska 23/25
^ \
Nr inw...........0..
www.otwarte.eu
Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków, tel. (12) 61 99 569 Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak, w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Wszystkim wspaniałym przyjaciołom, którzy nauczyli mnie bardzo wiele o miłości, zaufaniu i wierze, będąc po prostu sobą. Słowa nie są w stanie wyrazić, jak dużo dla mnie znaczycie i jak szczęśliwa się czuję, mając was w swoim życiu
ROZDZIAŁ 1
Wszystko zaczęło się od ślubu.
Tego poranka ja i moja siostra Becky wraz z kilkoma kuzynkami i przyjaciółkami zostałyśmy uczesane, wypolerowane i nabłyszczone do perfekcji w naszym ulubionym salonie na Upper East Side.
Słowa przysięgi zostały napisane i przećwiczone, pożyczono coś niebieskiego i kiedy tak stałam przed ołtarzem, patrząc, jak moja siostrzyczka szykuje się do złożenia przysięgi małżeńskiej mężczyźnie, którego znała od roku, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to ja jestem czymś starym w komplecie do czegoś nowego.
Patrząc na moją siostrę, ksiądz zapytał:
- Rebeko, czy bierzesz obecnego tu Jaya za męża i ślubujesz wytrwać przy nim w dobrych i w złych chwilach, w dostatku i w biedzie, w zdrowiu i w chorobie, dopóki śmierć was nie rozłączy?
- Tak - odpowiedziała cicho.
Jej narzeczony Jay powtórzył słowa przysięgi. Nie mógł przy tym oderwać wzroku od mojej rudowłosej siostry, której bladą, piegowatą cerę idealnie podkreślała
jedwabna suknia w kolorze kości słoniowej od Caroliny Herrery.
Ksiądz miał właśnie przejść do następnej, bardzo poważnej kwestii wierności na zawsze, gdy usłyszałam ciche mamrotanie z pierwszego rzędu. Spróbowałam udawać, że nic nie słyszę, bo dobrze wiedziałam, co ono oznacza. Nie teraz, pomyślałam. Tylko nie teraz.
Ale mamrotanie słychać było coraz wyraźniej.
A potem przybrało postać zachrypniętego, silnego irlandzkiego akcentu mojej babci.
- Co się dzieje? - spytała głośno, podczas gdy mój tata bezskutecznie próbował ją uciszyć. - Czy to mała Rebeka wychodzi za mąż?
Przez kościół przebiegł cichy pomruk, gdy głos babci nasilił się i popłynął nad głowami zgromadzonych. Becky odwróciła się i spojrzała z przerażeniem najpierw na babcię, a potem na mnie. Wzruszyłam bezradnie ramionami. Bo co mogłam zrobić? Stałam przy ołtarzu, kilka metrów od pierwszych rzędów ławek. Poza tym uciszanie babci najwyraźniej tacie też nie szło najlepiej.
- Mamo - usłyszałam desperacki szept ojca. - Cicho! To ślub Rebeki!
- Rebeki, powiadasz? - zapytała głośno babcia głosem ostrym jak brzytwa. Był on wynikiem pozostawania wiele lat w zgubnym nałogu nikotynowym. Zakaszlała, żeby podkreślić pytanie. - Rebeki? Ale Rebeka jest młodsza! Co z Cat?
Zamknęłam na chwilę oczy, mając nadzieję, że może ojciec będzie miał na tyle rozumu, by wyprowadzić swoją matkę z kościoła. Ale oczywiście to był katolicki, irlandzki ślub -ni mniej, ni więcej, tylko w naszym wielkim klanie Connellych -a czym byłby taki ślub bez małego przerywnika w postaci pytań babki?
- Tak, mamo, Rebeka jest młodsza - szepnął uspokajająco tata. - Przecież wiesz... Porozmawiamy po ceremonii, dobrze?
Chwilę panowała cisza i pomyślałam, że może babcia zgodziła się przełożyć tę pogawędkę. Powoli wypuściłam powietrze z płuc i usłyszałam cichy szmer, kiedy inni goście zrobili to samo. Becky spojrzała na mnie z nieśmiałą nadzieją w oczach i odwróciła się z powrotem do Jaya.
Ledwie ksiądz zdążył otworzyć usta, babcia wtrąciła się ponownie. Jej donośny, ochrypły głos przeszył pachnące kadzidłem, zastałe powietrze kościoła.
- Ale gdzie jest Cat? - spytała. Rozejrzałam się nerwowo, niepewna, czy powinnam się odezwać. - Gdzie Cat? - powtórzyła, tym razem głośniej.
- Jest tam, mamo - odpowiedział tata. Usłyszałam znużenie w jego głosie.
- Gdzie? - dopytywała babcia. - Nie w białej sukience, prawda?
- Nie, mamo. To Rebeka - odpowiedział tata, podczas gdy babcia przeszukiwała wzrokiem kościół.
Spojrzałam nerwowo na boki. Może zniknęłaby, gdybym po prostu ją zignorowała? Wstrzymałam oddech i spróbowałam policzyć od dziesięciu do jednego. To trik, który pozwalał mi się uspokoić, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką. Boże, proszę, pomyślałam. Proszę, niech babcia przestanie mówić. W końcu byliśmy w kościele. Powinien mnie tu wysłuchać, prawda?
Ale zamiast przestać, babcia zaczęła uporczywie powtarzać moje imię.
- Cat? - zapytała głośniej, wciąż chrypiąc. - Cat? Gdzie jest Cat? Cat, kochanie?
Po chwili jej wołania utonęły w protestach taty. Zacisnęłam , mocno oczy, mając nadzieję, że lawina słów lada moment ustanie. Kiedy z trudem otworzyłam je chwilę później, Becky wpatrywała się we mnie z rumieńcami na twarzy.
- Zrób coś! - wyszeptała z naciskiem w głosie. - Proszę.
Zebrałam siły, wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się.
- Jestem tutaj, babciu! - wychrypiałam. Mój głos zdawał się odbijać echem od zimnego kamienia ołtarza.
- Cat, kochanie! - wykrzyknęła babcia, a twarz jej się rozjaśniła. - Prawie cię nie poznałam, skarbie! Masz na sobie sukienkę! I ułożyłaś włosy!
Tu i ówdzie usłyszałam śmieszki.
- Hm, tak - powiedziałam. - Posłuchaj, może porozmawiamy później, dobrze? Rebeka chciałaby wyjść za mąż, a my jej przeszkadzamy.
- Ale właśnie o tym chciałam porozmawiać, skarbie! - zawołała, zanosząc się kaszlem, żeby podkreślić wagę swoich słów. Jedną szczupłą, kościstą dłonią zasłoniła usta, a drugą wygładziła wściekle zieloną, niemodną od prawie pięćdziesięciu lat sukienkę, którą zakładała na wszystkie rodzinne wesela.
Spojrzałam na ojca. Chociaż górował na babcią, mierząc dobre sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, patrzył na mnie bezradnie z niemymi przeprosinami w oczach.
- Wszystko w porządku, babciu - dodałam uspokajająco. -Porozmawiamy później.
- Ale Cat! - wykrzyknęła ponownie babcia. Na chwilę zamilkła, kaszląc gwałtownie, podczas gdy tata klepał ją po plecach. - Cat, kochanie! - podjęła, ledwie atak ustąpił. - Twoja siostra jest znacznie młodsza niż ty! A teraz to ona wychodzi za mąż? Co się stało z tym miłym, młodym człowiekiem, z którym się umawiałaś, skarbie? Nazywał się Dennis, prawda? Schrzaniłaś wszystko?
Kolejna fala śmieszków przetoczyła się przez kościół. Natychmiast zaschło mi w ustach, jakby ktoś wypełnił je garścią wacików kosmetycznych. Wnętrze kościoła lekko zawirowało. Poczułam się jednak nie tak, jakbym miała zemdleć, raczej jak we śnie.
To jest to! Może to wszystko mi się śni? Na pewno! Trzydziestoczteroletnia kobieta zostaje upokorzona przez własną babkę na oczach stu dwudziestu osób na ślubie dwudziesto-dziewięcioletniej siostry - na jakim pokręconym świecie coś takiego byłoby możliwe? Z całą pewnością to tylko paskudny psikus mojej wybujałej wyobraźni.
Na wszelki wypadek uszczypnęłam się. Mocno.
Ała!
Tak. No cóż. Najwyraźniej śniłam tak głęboko, że uszczypnięcie nie zadziałało. Zrobiłam to więc jeszcze raz, tyle że mocniej. Wciąż nic. Spojrzałam na Rebekę.
- To mi się tylko śni, prawda? - wyszeptałam. - To senny koszmar pojawiający się w reakcji na fakt, że bierzesz ślub przede mną, chociaż bardzo się cieszę twoim szczęściem. Powiedz, że tak.
Becky spojrzała na mnie dziwnie.
- Nieee - powiedziała wolno. - W żadnym wypadku nie śnimy. Proszę cię, Cat! Zrób coś!
- Tak - wymamrotałam, bo groza sytuacji zaczęła do mnie w pełni docierać. - Hm, babciu - powiedziałam ostrożnie. -Porozmawiamy po ceremonii, dobrze? Obiecuję, że poruszymy wszystkie aspekty mojego schrzanionego życia. Dobrze?
Tata pochylił się w stronę babci, próbując ją uciszyć, ale było już zdecydowanie za późno. Miała coś do powiedzenia i zamierzała to powiedzieć.
- Po prostu nie rozumiem, kochanie! - powiedziała głośno, odpychając mojego ojca z zadziwiającą siłą. - Nie jesteś brzydka.
- Dziękuję - odpowiedziałam, patrząc na twarze zgromadzonych osób. Niektóre były rozbawione, inne przerażone.
- Nie jesteś tępa - kontynuowała babcia.
- Dziękuję - powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.
- Jestem pewna, że zachowałaś wianek, jeśli wiesz, o czym mówię - dodała całkiem poważnie, po czym mrugnęła i dorzuciła teatralnym szeptem: - Mam na myśli seks.
- Yyyyy - wydusiłam z siebie, a moja twarz przybrała kolor duszonych buraczków. Śmieszki stawały się coraz głośniejsze. Nawet ojciec Murphy odchrząknął. Zamknęłam na chwilę oczy, zastanawiając się, czy są jakieś szanse na to, że nagle stanę w płomieniach. J\J/ydawało mi się to całkiem dobrym rozwiązaniem.
- No więc na czym polega problem? - dopytywała się babcia, bo mnie wciąż nie udało się samoczynnie zająć ogniem. Rozejrzałam się na boki, szukając drogi ucieczki, ale oczywiście nic z tego.
- Hm... - zaczęłam.
- Jesteś już prawie starą panną, kochanie! - zaszczebiotała babcia, co sprawiło, że zapragnęłam paść trupem na miejscu. Przerwała na chwilę. - Zegar tyka - zapiszczała, trzepocząc rękami nad głową niczym obłąkany ptak. A potem równie szybko usiadła na ławce, uśmiechnęła się i pomachała mi, jakbyśmy nie przeprowadziły właśnie długiej, kompromitującej rozmowy na oczach wszystkich gości weselnych mojej siostry. - Witaj, kochanie! - powiedziała wesoło. - Skąd się tu wzięłaś?
Goście siedzieli osłupiali w całkowitej ciszy, aż w końcu ojciec Murphy odchrząknął.
- Hm, no tak - powiedział speszony. - To było, hm, bardzo pouczające. A teraz, czy moglibyśmy wrócić do przysięgi?
Becky spojrzała na mnie zatroskana i spytała bezgłośnie:
- Wszystko w porządku?
Kiwnęłam głową i zmusiłam się do uśmiechu.
- Jasne!
Ale prawda była taka, że czułam się przerażona, poniżona i upokorzona. W dodatku czułam się tak jeszcze zanim babcia otworzyła usta. W końcu kiedy do trzydziestych piątych urodzin zostało ci sześć tygodni, twoja młodsza siostra właśnie znalazła mężczyznę swoich snów, a ty niewzruszenie tkwisz w stanie wolnym po kolejnym beznamiętnym zerwaniu, nietrudno jest czuć się życiową ofiarą. Nawet jeśli cieszysz się z powodu jej szczęścia, tak że masz ochotę pęknąć, cichy głosik w twojej głowie, podejrzanie podobny do głosu babki, pyta: ,Co z tobą jest nie tak? Dlaczego nikt cię nie kocha?"
ROZDZIAŁ 2
Oczywiście było to głupie pytanie. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, kochało mnie wiele osób. Na przykład mój tata i babcia. A ponieważ tata był Amerykaninem pochodzenia irlandzkiego dopiero w pierwszym pokoleniu, dochodziło do tego obowiązkowych siedmiu wujków, pięć cioć i kilka miliardów (no dobrze, dwudziestu pięciu) kuzynów tylko ze strony jego rodziny. Poza tym była też oczywiście moja jedyna siostra Becky, najlepsza przyjaciółka na świecie.
Myślę, że nasze relacje były wyjątkowe, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę pięcioletnią różnicę wieku. Ale nasza matka -ognista, wybuchowa Włoszka - zostawiła nas bez słowa półtora tygodnia przed moimi dwunastymi urodzinami, a tego rodzaju wydarzenia mocno zbliżają ludzi. Tata kompletnie się załamał, a zanim doszedł do siebie, minął ponad rok, więc to na mnie spadł obowiązek zajęcia się wszystkim.
Odeszłam z drużyny piłkarskiej, zrezygnowałam z lekcji baletu i porzuciłam marzenie o graniu na trąbce w orkiestrze szkolnej. W efekcie stałam się dorosła, zanim zdążyłam zmienić się w nastolatkę. Odprowadzałam Becky do szkoły i na zajęcia dodatkowe, codziennie wieczorem gotowałam obiady dla naszej trójki, a jeśli tata pracował po godzinach, również sprzątałam mieszkanie. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie - wydawało mi się oczywiste, że to moja rola.
A potem, kilka miesięcy po moich siedemnastych urodzinach, mama wróciła. I spodziewała się, że będzie tak, jakby nigdy nas nie opuściła.
Była z nami, kiedy kończyłam ostatnią klasę liceum, a Becky siódmą podstawówki. Na początku wynajęła mieszkanie na tej samej ulicy. Potem ona i tata zaczęli chodzić na randki i wydawało się, że znów się w sobie zakochują. Becky była za mała, żeby czuć się naprawdę opuszczona za pierwszym razem, gdy mama odeszła, i była wniebowzięta, że może znowu mieć ją w domu. Moje odczucia były zupełnie inne. Przez te pięć lat znienawidziłam ją za to, że nas opuściła.
Gdy wróciła, wciąż czekałam, kiedy ponownie złamie nam serca. Chciałam udusić ojca za każdym razem, gdy wzruszał bezsilnie ramionami i mówił głosem, w którym zanikał już irlandzki akcent:
- Cat, córeczko, ona jest moją jedyną prawdziwą miłością. No i jest twoją mamą. Nie możesz dać jej drugiej szansy?
Wprowadziła się do nas trzy miesiące po swoim powrocie. Każdego dnia czekałam, że znów nas zostawi. Wiedziałam, że to zrobi. Czułam to w głębi duszy.
I pewnego dnia rzeczywiście tak się stało. Ale inaczej niż myślałam.
Umarła. Rozległy zawał serca zabił ją w wieku czterdziestu dziewięciu lat.
Po raz drugi w życiu zostałam opuszczona przez matkę. Tym razem na zawsze. W dodatku nie była to jej wina i z tym właśnie najtrudniej było mi się pogodzić. Tym razem nie mogłam jej winić za odejście. Ale mogłam nienawidzić siebie za to, że nie pogodziłam się z nią, kiedy jeszcze było to możliwe.
Tata wpadł w depresję. Becky zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała z nikim rozmawiać. A ja bez słowa porzuciłam plany studiów na uniwersytecie w Kalifornii. Zamiast tego zostałam w domu i poszłam na uczelnię w Nowym Jorku. Kiedy skończyłam studia na wydziale księgowości, podjęłam pracę w firmie specjalizującej się w podatkach, również w tym samym mieście. I tak już zostało. Byłam Cat Connelly -osobą, na której zawsze można polegać.
Tak było lepiej. Mogłam zająć się tatą i Rebeką. I to właśnie robiłam. W ciągu kilku następnych lat nasza trójka stała się nierozłączna. Wszyscy zmieniliśmy się po śmierci mamy. Tata nauczył się, że czasem trzeba pozwolić odejść ludziom, których się kocha. Becky nauczyła się, że zawsze będzie ktoś, kto się nią zajmie.
A ja? Zaczęłam ufać instynktowi. Zrozumiałam, że nawet ludzie, którzy powinni cię kochać, mogą pewnego dnia odejść bez żadnego powodu.
- Tęsknię za mamą - wyszeptała Becky kilka minut po tym, jak usiadłyśmy do kolacji na weselu, które odbywało się w restauracji U Adriano na Upper West Side.
- Tak? - spytałam wymijająco.
Becky skrzywiła się.
- Nie rób tego, Cat - powiedziała. - Nie dzisiaj.
- Nie rób czego? - spytałam niewinnie.
- Tego z mamą - odpowiedziała.
Becky pamiętała tylko te dobre chwile i wielbiła naszą mamę. To była jedyna sprawa, co do której nigdy nie mogłyśmy się zgodzić.
- Przepraszam - wymamrotałam. - Nie będę.
Becky przyjrzała mi się i skinęła głową.
- Dziękuję - powiedziała. Wzięła głęboki wdech. - Chciałabym, żeby tu była. Myślę, że byłaby dumna. - Znów na chwilę przerwała, po czym dodała: - Na pewno by jej się podobało.
- Tak - zgodziłam się po chwili. - Chyba masz rację.
I naprawdę tak myślałam. Wesele było wspaniałe. Dokładnie takie, jakiego się spodziewałam.
Sala weselna Roma w restauracji U Adriano, ulubionej włoskiej knajpce Becky, była wypchana po brzegi przyjaciółmi i członkami rodziny mojej siostry i Jaya. Nieotynkowane ściany z cegły nadawały jej ciepły, kameralny wygląd. Krzesła z wysokimi oparciami były pokryte jasnozieloną tkaniną. W rogu na kominku płonął ogień, oświetlając część sali, podczas gdy kryształowe żyrandole rzucały łagodne światło na resztę pomieszczenia.
Większość gości wciąż jadła i rozmawiała, gdy wstałam i przeszłam na koniec sali, gdzie zostawiłam swoją wielką torbę, upchniętą pod stołem z prezentami. Wyjęłam z niej aparat fotograficzny, jeden z moich największych skarbów. Było to Panasonic Lumix DMC-FZ50S, jedyny większy zakup, na jaki pozwoliłam sobie w ciągu ostatnich pięciu lat. Kupiłam go sobie w prezencie na trzydzieste czwarte urodziny i postanowiłam, że będę go często używać. Od tamtej pory spędziłam wiele poranków, szwendając się po okolicy i fotografując zwyczajne życie ludzi - siedzących na werandach z czerwo-nobrązowego piaskowca, wyprowadzających psy, wynoszących śmieci. Udało mi się uchwycić kłócące się pary, matki poprawiające kołnierzyki przy ubrankach swoich maluchów, wnuczki trzymające dziadków pod ramię podczas przechadzki. Z jakiegoś powodu czułam się najszczęśliwsza, mogąc obserwować świat przez pryzmat soczewki. Byłam wtedy niewidzialna, anonimowa. Wtapiałam się w tło, podczas gdy koło mnie toczyło się życie.
Robiłam zdjęcia na imprezie zaręczynowej Becky i chociaż bardzo jej się podobały, poprosiła, żebym nie zawracała sobie głowy fotografowaniem podczas wesela.
- Zatrudnimy kogoś do zdjęć - powiedziała. - Po prostu dobrze się baw, OK? Wtedy się zgodziłam, ale teraz, kiedy Becky była całkowicie zajęta Jayem, nie mogłam nie zrobić kilku fotek. Wiedziałam, że będzie mi za nie później wdzięczna. Becky kochała być fotografowana, a dzisiaj wyglądała piękniej niż kiedykolwiek.
- Cześć, mała - powiedział tata, podchodząc do mnie od tyłu i ściskając moje ramię chwilę po tym, gdy skończyłam sporą serię zdjęć. - Jak się masz?
Odwróciłam się i opuściłam aparat. Wyglądał przystojnie w swoim ciemnym garniturze, sztywnej białej koszuli i jasnozielonym krawacie, który odcieniem idealnie pasował do mojej sukienki pierwszej druhny. Uśmiechnęłam się.
- Dobrze - odpowiedziałam. - Jest pięknie, prawda?
- Myślałem, że masz zakaz używania aparatu w czasie wesela - mrugnął. - Rozkaz panny młodej.
- Nie mogłam się powstrzymać - odparłam. - Ależ ona pięknie wygląda, prawda?
Tata skinął głową i chwilę patrzyliśmy na Becky.
- Posłuchaj, mała - zaczął w końcu tata. - Przykro mi z powodu tego, co powiedziała babcia.
Pokręciłam głową.
- To nie twoja wina - odrzekłam. Głośno przełknęłam ślinę. - Mam tylko nadzieję, że Becky za bardzo się nie zdenerwowała.
Tata spojrzał na mnie surowo.
- Babka upokarza cię na oczach ponad setki ludzi, a ty martwisz się tylko o siostrę?
Odwróciłam wzrok.
- To nic takiego.
Kilka minut później niechętnie odłożyłam aparat i skierowałam się do łazienki, żeby poprawić makijaż. Po drodze spotkałam dwie ciotki, które w najlepszej wierze oznajmiły mi, że: „Twój czas nadchodzi, kochanie" i „Ślicznie dzisiaj wyglądasz. Nie martw się tym, co powiedziała babcia", oraz kilka kuzynek, którzy rzuciły: „Świetnie ci w tym kolorze" oraz „A kiedy ty wychodzisz za mąż?"
Uśmiechałam się, udzielałam poprawnych odpowiedzi i miałam dobre wymówki. Już prawie bezpiecznie dotarłam na tyły restauracji, kiedy kuzynka Melody, wysoka, pulchna kobieta z fatalną fryzurą zatrzymała mnie, kładąc mocną, lodowatą dłoń na moim ramieniu.
- A gdzie jest Keith? - spytała. Jej oczy świdrowały mnie na wylot. Melody była tylko rok starsza ode mnie, ale nigdy nie byłyśmy blisko. Mieszkała pod Bostonem jak większość moich krewnych. Była zamężna od dziesięciu lat i właśnie chodziła w zaawansowanej ciąży z szóstym dzieckiem.
- Nie ma go tutaj - odpowiedziałam wymijająco, nie chcąc drążyć tematu. Uśmiechnęłam się uprzejmie, mając nadzieję, że na tym konwersacja się zakończy i będę mogła odejść. Ale ona wciąż trzymała moje ramię w żelaznym uścisku.
- Dlaczego nie? - spytała, a jej uśmiech był tak słodki, że aż mnie zemdliło. Krople potu perliły się na jej czole, spływając na źle zrobiony makijaż, niemal go rozmazując.
Myślałam, że ta historia obiegła już cały bostoński klan Connellych. Ale może jakimś sposobem ominęła Melody. Albo po prostu kuzynka postanowiła mi dokuczyć.
- Zerwaliśmy, Mel - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Patrzyła na mnie przez chwilę: Przysięgłabym, że na jej
twarzy na moment pojawiła się satysfakcja. Zawsze ze mną rywalizowała.
- Przykro mi to słyszeć, Cat - zagruchała. - W twoim wieku musi być ciężko zostać porzuconą.
Wzięłam głęboki wdech. Wiedziałam, że próbuje zaleźć mi za skórę. Wiedziałam też, że lepiej byłoby po prostu dać sobie spokój. Ale i tak odpowiedziałam.
- Nie rzucił mnie - wyjaśniłam. - To ja z nim zerwałam.
Teraz naprawdę była zdziwiona. Roześmiała się.
- Och, przestań, Cat - powiedziała. - Nie musisz udawać. Przecież zostać porzuconą to nic złego. Każdej z nas może się to przytrafić. - Zamilkła na chwilę, po czym uśmiechnęła się i pogłaskała po wystającym brzuchu. - Cóż, z moim wyjątkiem, oczywiście.
- Nie zerwał ze mną, Melody - warknęłam. - Po prostu doszłam do wniosku, że do siebie nie pasujemy.
- Chyba nie mówisz poważnie. - Wybałuszyła oczy tak, jakby za chwilę miały wyjść z orbit. - Miałaś faceta, który cię kochał. W dodatku dobrze zarabiał. A ty go rzuciłaś, bo uznałaś, że do siebie nie pasujecie?
- Tak - odpowiedziałam.
- Masz trzydzieści pięć lat - powiedziała bezbarwnym głosem.
Odchrząknęłam.
- Trzydzieści cztery.
Zignorowała moje słowa.
- Nie sądzisz, że nie zostało ci już dużo czasu? No wiesz, naprawdę!
Wzięłam kolejny głęboki wdech i próbowałam zachować spokój. W końcu wszyscy reagowali na moje słowa mniej więcej tak samo. Najwyraźniej, kiedy masz trzydzieści cztery lata, powinnaś kurczowo trzymać się każdego, kto wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie tobą, jakby od tego zależało twoje życie. Najwyraźniej miałam cholerne szczęście dziewięć miesięcy temu, gdy złowiłam łagodnego Keitha Zcenicka, starszego księgowego w mojej firmie.
- Po prostu do siebie nie pasowaliśmy - powtórzyłam spokojnie, chociaż w środku trzęsłam się ze złości. - A teraz, jeśli pozwolisz, muszę iść do toalety.
Wyszarpnęłam ramię z jej silnego uścisku i odeszłam w stronę damskiej ubikacji, wściekła, że w kącikach oczu zebrały mi się szczypiące łzy.
W łazience wszystkie trzy kabiny były zajęte. Stanęłam więc na chwilę przed lustrem i ochlapałam twarz zimną wodą. Skoro nie załamałam się, kiedy babcia upokorzyła mnie na ślubie, byłam w stanie zebrać dość sił, by przetrwać zniewagi Melody bez płakania, prawda? Osuszyłam twarz, wzięłam głęboki wdech i spojrzałam w lustro, próbując się uspokoić.
Twarz patrząca na mnie z lustra wydawała się nie pasować do twarzy innych członków rodziny. Zawsze tak się czułam podczas familijnych spotkań. Podczas gdy moja siostra wyglądała jak nieodrodna córka naszego ojca i członkini jego irlandzkiego klanu, ja byłam idealną kopią mojej pochodzącej z Włoch mamy. Becky miała metr sześćdziesiąt dwa i była drobniutka, a ja górowałam na nią swoim metrem siedemdziesiąt pięć wzrostu, stojąc niezgrabnie na długich nogach. Włosy Becky były kręcone i marchewkowe, moje - proste jak druty i ciemnobrązowe. Jej alabastrowa cera pokryta była jasnymi piegami, które tata nazywał pyłkiem chochlików. Na mojej bladej twarzy nie było śladu żadnych magicznych drobin z wyjątkiem malutkiego pieprzyka na policzku z prawej strony. Tata zawsze powtarzał, że to niesamowite - mama miała dokładnie taki sam pojedynczy pieprzyk w tym samym miejscu. Oczy Becky były lśniące i niebieskie, a moje ciemnozielone, zupełnie jak u mamy. Od kiedy mamy zabrakło, czułam się tak, jakbym spadła w sam środek idealnego irlandzkiego świata taty z jakiejś alternatywnej włoskiej rzeczywistości.
W takie dni, gdy moje poczucie własnej wartości gwałtownie spadało, marzyłam o tym, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć coś podnoszącego na duchu. Ale zamiast tego widziałam twarz, która z każdym mijającym rokiem coraz bardziej upodabniała się do twarzy matki - kobiety, której nie można było zaufać. Kobiety, która nie potrafiła kochać.
Weź się w garść, Cat, wyszeptałam do swojego odbicia i spojrzałam na nie złowrogo. Wzięłam kilka głębokich wdechów. Właśnie miałam odwrócić się i wyjść, gdy usłyszałam dobiegający ze środkowej kabiny cienki głosik.
- Właściwie to mi jej żal.
Wydawało mi się, że rozpoznałam piskliwy głos należący do mojej kuzynki Cecilii. Przechyliłam głowę i słuchałam, zastanawiając się, o kim tym razem plotkują. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze. Naprawdę, nigdy nie przestawały. Moje kuzynki zachowywały się jak stadko malutkich starszych pań, uwięzionych w ciałach trzydziestokilkulatek.
- A mnie nie - odpowiedział drugi głos, który prawie na pewno należał do innej kuzynki, Elinor. - Naprawdę nie brakowało jej okazji. Na kogo ona czeka? Na księcia z bajki?
- Najwyraźniej Cat uważa, że jest lepsza niż inni - powiedział trzeci głos, należący do kuzynki Sandy.
Wzdrygnęłam się, a uśmiech zniknął mi z twarzy. Rozmawiały o mnie?
- Ma się za tak świetną, że żaden z tych zupełnie przyzwoitych facetów, których porzuciła, nie był dla niej wystarczająco dobry - włączyła się Elinor.
- Nie wiem - odpowiedział jej głos ze środkowej kabiny. -Może zachowuje się w ten sposób z powodu tego, co stało się z jej mamą, nie sądzicie?
- Och, bez przesady - zadrwiła Sandy. - Można winić nieżyjącą matkę za swoje problemy tylko do pewnego momentu. To żałosne. Sposób, w jaki porzuciła tego ostatniego chłopaka... tego Keitha... To było okropne.
- Naprawdę - powiedziała ta, którą podejrzewałam, że jest Elinor. - Niedługo zacznie jej brakować facetów.
Rozległ się szum spuszczanej wody i ten dźwięk wytrącił mnie z transu przerażenia, w którym tkwiłam od kilku chwil. Rozejrzałam się szybko na boki. Ostatnią rzeczą, jakiej mi było potrzeba, to przyłapanie na podsłuchiwaniu upokarzającej rozmowy o sobie.
Zanim zdążyłam pomyśleć, co robię, szarpnęłam drzwi łazienki i wyskoczyłam na korytarz. Miałam nadzieję, że żadna z kuzynek tego nie zauważyła. Rozejrzałam się szybko. Na jednym końcu były drzwi do męskiej toalety. Na drugim -wejście na salę restauracyjną. Z pewnością nie miałam ochoty jeszcze tam wracać. Nie potrzebowałam stu dwudziestu osób patrzących na mnie z dezaprobatą, gdy łzy wciąż cisnęły mi się do oczu. Jedyną opcją pozostawały drzwi do kuchni restauracyjnej. Serce mi waliło, kiedy rozglądałam się na boki i szybko podejmowałam decyzję. Za moimi plecami właśnie otwierały się drzwi i słychać już było głosy plotkujących kuzynek, więc jednym susem skoczyłam przez korytarz i dopadłam drzwi wahadłowych.
Wleciałam z hukiem do kuchni, potknęłam się i padłam na twarz. O włos minęłam stos misek i stół pełen przyborów kuchennych, po czym wylądowałam na kupce mąki, która wysypała się z wielkiego, stojącego na podłodze worka. Kiedy wstałam, czerwona jak burak, i próbowałam otrzepać się z pyłu, kilku kucharzy spojrzało na mnie z umiarkowanym zainteresowaniem, po czym szybko wrócili do mieszania, siekania, wyrabiania ciasta i innych zajęć. Widocznie pierwsze druhny często tu wpadały. Zrobiłam szybki krok w prawo, dzięki czemu wbiegający właśnie do środka kelner nie walnął mnie drzwiami w plecy, i rozejrzałam się wokół, próbując się zorientować w sytuacji.
Kuchnia była olbrzymia, znacznie większa niż się spodziewałam. Ściany były idealnie białe, a garnki, patelnie i miski z nierdzewnej blachy zdawały się zajmować każdą wolną powierzchnię. Niewielka załoga pomywaczy zmywała gorącą wodą resztki jedzenia z talerzy i wkładała je do olbrzymich zmywarek, podczas gdy kilkoro ubranych na biało młodych ludzi w czapkach kucharskich tworzyło coś na kształt linii produkcyjnej, siekając warzywa, podrzucając ciasto na pizzę, rozsma-rowując sos, sypiąc ser i wkładając surowe pizze do gigantycznego pieca na drewno, stojącego w odległym kącie kuchni.
Byłam częściowo ukryta za wielkim stojakiem, na którym suszono makaron, a kucharze, którzy widzieli, jak wchodzę, wydawali się całkowicie pochłonięci pracą. Znów stałam się niewidzialna, a może nawet zapomniana.
Odsunęłam się o parę kroków i usiadłam niepewnie na stojącej w rogu beczce. Oparłam głowę na dłoniach i zamknęłam oczy, próbując zebrać myśli.
Byłam pewna, że odejście od Keitha to właściwa decyzja. Tak sobie przynajmniej powtarzałam. A może popełniłam największy błąd w życiu? Starałam się nie poruszać głową, żeby powstrzymać nadchodzącą falę migreny. Może moi krewni mieli rację. Może zachowywałam się głupio i byłam zbyt wybredna. W końcu wszyscy moi przyjaciele mieli mężów lub żony, a teraz nawet młodsza siostra wzięła ślub. Czy skazywałam się na życie w samotności?
Głęboki głos, który rozległ się nade mną chwilkę później, przerwał te ponure rozmyślania.
- Jesteś Cat, prawda?
Zaskoczona, gwałtownie podniosłam głowę i zobaczyłam przyglądającego mi się mężczyznę w garniturze i krawacie. Miał niesforne, ciemnobrązowe włosy, które wyglądały zabawnie w zestawieniu z eleganckim strojem. Chłopięce do-łeczki też nie bardzo pasowały do zmarszczek wokół jasnozielonych oczu ani do okalających usta wgłębień, przypominających dwa nawiasy.
Patrzyłam na niego chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- Może - zdecydowałam się w końcu. - A ty kim jesteś?
- Mam na imię Michael - odrzekł, w oficjalny sposób wyciągając przed siebie rękę. Patrzyłam na nią przez chwilę, ale nie uścisnęłam jej.
- Michael? - powtórzyłam. Powiedział swoje imię w taki sposób, jakby powinno coś dla mnie znaczyć.
- Tak - odrzekł. Uśmiechnął się szeroko i rozejrzał wokół. - Siedzisz w mojej kuchni.
- Twoj ej kuchni?
- Tak - potwierdził. Przeczesał ręką gęste włosy, sprawiając, że zaczęły jeszcze bardziej sterczeć na wszystkie strony.
Obejrzałam go od góry do dołu i zmrużyłam oczy.
- Ale nie jesteś kucharzem.
Roześmiał się i podniósł ręce do góry w geście poddania.
- Cóż, na pewno nie zawodowo - powiedział.
- I nie jesteś menadżerem restauracji - dodałam. - Spotkałam go.
- Znów racja - odrzekł tajemniczo. Rzucił mi łobuzerskie spojrzenie i ponownie wyciągnął rękę. Niechętnie ujęłam ją i wstałam. Ze zdziwieniem zauważyłam, że jestem od niego o kilka centymetrów niższa, a przecież miałam buty na obcasach. To znaczyło, że musiał mieć przynajmniej metr osiemdziesiąt osiem.
- Co w takim razie masz na myśli? - zapytałam. Moja cierpliwość się wyczerpywała.
- To moja restauracja - wyjaśnił, kiedy już stanęliśmy twarzą w twarz. - To znaczy, jest moją własnością. - Patrzył na mnie z rozbawieniem. - Jesteś wysoka - dodał.
Westchnęłam.
- Tak, jesteś pierwszą osobą, która mi to kiedykolwiek powiedziała. - Zawahałam się, po czym dodałam: - Twoja restauracja? Masz na imię Michael, ale prowadzisz restaurację, która nazywa się U Adriano?
Znów się roześmiał.
- To na cześć mojego ojca. Razem z bratem prowadzili we Włoszech restaurację, zanim tata zmarł. Czy to wystarczy za wytłumaczenie?
- Och - westchnęłam.
- A zatem - rzekł po chwili, wciąż rozbawiony - może mi powiesz, co tutaj robisz?
Poczułam, że na policzki gwałtownie wypływa mi rumieniec. Musiałam wyglądać dość głupio.
- Cóż - powiedziałam powoli. Nie wiedziałam, od czego zacząć. - Jestem pierwszą druhną na weselu.
Michael znów się uśmiechnął. W jego oczach błyszczały figlarne ogniki i to sprawiało, że trochę miękłam.
- Wiem - wyjawił. - Wysłali mnie, żebym cię poszukał.
- Tak? Kto?
- Pan młody. Powiedział, że zniknęłaś i że się martwi. Właściwie mnie też wydaje się to dość niepokojące. Czy chowanie się między beczkami z oliwą to jakaś dziwna nowa weselna tradycja, której istnienia nie jestem świadom?
Wbrew sobie roześmiałam się.
- Tak, chowanie się poprzedza krojenie tortu.
- Ach, rozumiem. - Przyjrzał mi się z bliska. - Mam zgadywać, co naprawdę się stało? Czy może jednak mi powiesz?
Opuściłam głowę i poczułam, że uśmiech znika mi z twarzy.
- Nie - burknęłam.
- Nie? - powtórzył Michael.
- Wszystko jest w porządku - powiedziałam.
- Oczywiście - zauważył. - Kobiety, które mają się świetnie, zazwyczaj chowają się w mojej kuchni.
Wywróciłam oczami, ale nic nie powiedziałam. Po chwili mój towarzysz usiadł na jednej z beczek i wskazał dłonią, żebym zrobiła to samo. Rozejrzałam się, po czym niechętnie usiadłam.
- To wesele twojej młodszej siostry? - zapytał po chwili. -O ile młodszej?
- Pięć i pół roku.
- To dlatego jesteś smutna? Bo ona bierze ślub przed tobą?
Gwałtownie odwróciłam się w jego stronę.
- Co? Nie! - Wzięłam głęboki wdech. - Przecież to moja siostra. Cieszę się, że jest szczęśliwa.
- Oczywiście - wolno powiedział Michael. Patrzył na mnie, jakby nie bardzo mi uwierzył.
- Naprawdę nie to mnie martwi - upierałam się. - To znaczy, wiesz, ja w ogóle nie jestem na to jeszcze gotowa. -
Zamilkłam i wzięłam głęboki wdech. Nie wiedziałam, dlaczego mu to mówię, ale kiedy już zaczęłam, jakoś nie mogłam skończyć. - Chodzi o to, że babcia zrobiła mi w kościele scenę, wszyscy pytają, gdzie jest mój chłopak i co jest ze mną nie tak, skoro jeszcze nie wyszłam za mąż, a przecież niedługo moje trzydzieste piąte urodziny - wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Spojrzałam na niego ponuro.
Uniósł pytająco brew.
- I?
Przyjrzałam mu się.
- Co, teraz ty mnie pytasz, dlaczego jeszcze nie wyszłam za mąż?
Roześmiał się.
- Nie, pytam cię, gdzie jest twój chłopak.
Ponownie zmrużyłam oczy. Zawahałam się, po czym wymamrotałam:
- Zerwałam z nim miesiąc temu.
- Hm - mruknął w odpowiedzi Michael. - Dlaczego?
- To nie twoja sprawa - najeżyłam się natychmiast.
Michael wzruszył ramionami.
- Najprawdopodobniej nie. - Ale wyglądało na to, że wciąż czeka na odpowiedź.
Spuściłam wzrok na beczkę, na której siedziałam, i wzięłam głęboki wdech.
- Dobrze - powiedziałam. Zastanawiałam się, co odpowiedzieć. - Po prostu to nie był facet dla mnie - oznajmiłam. -Lubiłam go, ale nie kochałam.
- Aha - Michael wydawał się zainteresowany.
Westchnęłam głęboko, spojrzałam na swoje dłonie i kontynuowałam:
- Z pozoru wydawał się idealny. Powinniśmy do siebie pasować. I chyba wydawało mi się, że jeśli zostanę z nim wystarczająco długo, w końcu się zakocham, wiesz? Ale to tak nie działa.
- Nie - zgodził się Michael. - Nie działa.
Spojrzałam na niego ponownie, a potem znów opuściłam wzrok.
- Mam po prostu wrażenie, że wszyscy chcą, żebym się ustatkowała, wiesz? A teraz uważają, że odrzuciłam ostatnią szansę na zamążpójście.
Michael milczał dłuższą chwilę. W końcu powiedział:
- Naprawdę chciałabyś spędzić resztę życia z kimś, kogo nie kochasz?
- Nie - odpowiedziałam miękko.
- W takim razie postąpiłaś słusznie - zdecydował. - I kogo obchodzi, że masz trzydzieści pięć lat?
Przewróciłam oczami.
- Najwyraźniej wszystkich.
- Tak. No cóż, to głupie - odpowiedział. - Bez obrazy dla twojej rodziny i przyjaciół. Trzydzieści pięć to tylko liczba.
Wzruszyłam ramionami.
- Chcesz usłyszeć inną liczbę? - spytał.
Spojrzałam na niego, zastanawiając się, co ma na myśli.
Uśmiechnął się.
- Sześćdziesiąt. A jeśli będziesz miała szczęście, sześćdziesiąt pięć albo siedemdziesiąt.
- Co?
- Liczba lat, które ci jeszcze zostały do przeżycia - odrzekł. - Jeśli tak na to spojrzeć, za tobą dopiero jedna trzecia, prawda? Czy naprawdę chciałabyś spędzić pozostałe dwie trzecie swojego życia z kimś, o kim wiesz, że do ciebie nie pasuje?
Uśmiechnęłam się.
- Nie.
- Dobrze. Widzisz, do czegoś dochodzimy.
Nasze spojrzenia spotkały się i poczułam, że nie mogę odwrócić wzroku. Nagle ogarnęło mnie potężne i zupełnie szalone poczucie, że jest między nami coś więcej, niż może się
z pozoru wydawać. Mimowolnie wstrzymałam oddech i byłam prawie pewna, że on też to zrobił.
A potem, tak szybko jak nadszedł, wyjątkowy moment minął. Mrugnęłam i wzięłam głęboki wdech. On zakaszlał i spojrzał w bok. A Becky wybrała właśnie tę chwilę, żeby wparo-wać przez kuchenne drzwi, otoczona chmurą jedwabiu w odcieniu kości słoniowej.
- Cat! - wykrzyknęła, kiedy mnie zobaczyła. Spojrzała na Michaela. Wyglądała na zakłopotaną. - Hej - rzuciła ostrożnie.
- Hej - odpowiedział wesoło, jakby to była najnormalniejsza sytuacja pod słońcem. - A oto i nowa pani Cash! Jak tam wesele?
- Hm, dobrze - powiedziała Rebeka. Odchrząknęła i spojrzała na mnie. - Wszystko w porządku? - spytała. Spojrzała na Michaela, a potem znów na mnie.
Uśmiechnęłam się.
- Jasne. Poprosiłam po prostu Michaela o pomoc - wyjaśniłam. Becky wciąż wyglądała na zagubioną, więc dodałam: - To jego restauracja.
Becky przyjrzała mi się uważnie.
- Wiem - rzuciła. - Poznaliśmy się w zeszłym miesiącu, kiedy przyszłam wybrać potrawy na wesele. Nawiasem mówiąc, ty wykręciłaś się z tego spotkania, twierdząc, że jesteś zbyt zajęta jakimś podatkowym nagłym przypadkiem. Spojrzała ponownie na mnie i Michaela. - W czym, u licha, pomagał ci w kuchni?
Otworzyłam usta, ale zanim zdążyłam przemówić, Michael odpowiedział za mnie:
- Twoja siostra pytała o różne rodzaje oliwy - powiedział szybko. - Tłumaczyłem jej właśnie różnicę między virgin i extra virgin.
Zdusiłam śmiech. Becky wciąż przyglądała się nam podejrzliwie.
- Dobrze. Ale może wróciłabyś teraz na wesele - powiedziała. - W końcu jesteś pierwszą druhną. Może moglibyście porozmawiać o oliwie później? - Wyglądała na zirytowaną.
- Jasne - zgodziłam się szybko. - Przepraszam.
Odwróciłam się do Michaela.
- Dzięki - uśmiechnęłam się. Odpowiedział uśmiechem, więc dodałam: - Za lekcję o oliwie.
- Mam nadzieję, że poczułaś się trochę lepiej - powiedział. Potem spojrzał na Becky i z powrotem na mnie. - W kwestii swojej wiedzy dotyczącej oliwy - dodał.
Wyszczerzyłam zęby.
- Dziękuję - powtórzyłam. Odwróciłam się i ruszyłam za Becky, która już wymaszerowała z kuchni, mrucząc coś pod nosem. Ale niski głos Michaela zatrzymał mnie, zanim dotarłam do drzwi.
- Słuchaj - powiedział. - Jeśli chciałabyś kiedyś znów porozmawiać o oliwie, może moglibyśmy wybrać się razem na kolację?
Moje serce zaczęło gwałtownie bić. Spojrzałam na niego zaskoczona. Wydawało mi się, że wygląda na zdenerwowanego i chyba nie był to tylko wybryk mojej wyobraźni. Zanim zdążyłam się zastanowić, głos, który brzmiał zupełnie jak nie mój, powiedział:
- To dobry pomysł.
- Może w poniedziałek? - spytał.
Wzięłam głęboki wdech.
- Poniedziałek brzmi doskonale.
- Świetnie - ucieszył się Michael. Uśmiechał się do mnie, kiedy bazgrałam swoje imię i numer telefonu na kawałku papieru. Spojrzał na niego, zanim schował go do kieszeni.
- Miło było cię poznać.
- Cieszę się - odpowiedziałam. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się. - Ciebie też.
ROZDZIAŁ 3
W poniedziałkowy poranek zjawiłam się w pracy punktualnie o siódmej trzydzieści rano. Jak zawsze przyjechałam wcześniej niż większość pracowników.
- No proszę, panna Connełły - zawołał Miles, ochroniarz budynku, który witał mnie codziennie rano. - Czy pani siostra nie miała brać ślubu w ten weekend? Byłem pewien, że dziś wyjątkowo się pani spóźni.
- No proszę, pan Parker - odparłam, uparcie nie używając jego imienia. Czekałam, aż on pierwszy powie moje. - Myślałam, że do tej pory zdołał mnie pan poznać wystarczająco, żeby wiedzieć, że nigdy się nie spóźniam.
Uśmiechnął się.
- To prawda, panno Connelly - powiedział. - Mógłbym ustawiać zegarek zgodnie z tym, o której pani przychodzi i wychodzi z pracy!
Zaśmiałam się, ale zabrzmiało to jakoś głucho nawet dla mnie samej. Zanim weszłam do windy, życzyłam Milesowi miłego dnia. Wiedziałam, że żartował, ale w zasadzie miał przecież rację, prawda?
Kiedy usiadłam przy biurku w moim boksie, na wciąż pustym czterdziestym drugim piętrze, jego słowa wciąż dźwięczały mi w głowie.
Konsekwentna Cat Connelly.
Konsekwentna.
Konsekwentna znaczy nudna. Bez niespodzianek. Nigdy nie podejmuje ryzyka. Nawet przez sekundę nie żyła na krawędzi.
Ale przecież konsekwencja jest dobra, prawda? Konsekwencja oznacza bezpieczeństwo, rzetelność, przewidywalność. Zawsze byłam dumna z tego, że można na mnie liczyć, polegać na mnie, a pracownicy ochrony mogli sobie nastawiać zegarki według tego, o której pojawiałam się w pracy. Byłam osobą, która wcześniej przychodzi, zostaje po godzinach, trzyma wszystko w ryzach, gdy świat wokół rozpada się na kawałki.
Nie zawsze taka byłam. Ale gdy moja mama odeszła po raz pierwszy, przeżyłam prawdziwą szkołę przetrwania. Trzeba było spłacać hipotekę i prowadzić rachunki, przygotować jedzenie, podać je i posprzątać dom.
Becky była za mała. Tata miał depresję.
Zostałam tylko ja.
Gdy mama odeszła, znajdywałam pocieszenie w rutynie i konsekwencji. Było mi trudniej czuć się smutną, kiedy patrzyłam na listę dwudziestu rzeczy, które trzeba zrobić w domu, i na plan zajęć, którego ktoś powinien pilnować.
Nie było w tym zresztą nic złego. W zasadzie, jak się nad tym zastanowić, to właśnie dbałość o szczegóły i rzetelność sprawiły, że miałam w szkole same szóstki, dostałam stypendium na uniwersytecie oraz stałą pracę jako księgowa w firmie Puffer & Hamlin, jednej z najbardziej prestiżowych firm mieszczących się na Manhattanie. Pracowałam tu już od dwunastu lat i co sześć miesięcy, jak w zegarku, otrzymywałam pochwałę za osiągnięte wyniki. Miałam też zapewnione podwyżki.
Właściwie życie miłosne było jedynym aspektem mojej starannie zaplanowanej egzystencji, który nie działał tak, jak powinien.
„To dlatego, że nie jesteś w stanie kontrolować reakcji i uczuć ludzi tak samo, jak kontrolujesz cyferki", powiedziała mi kiedyś Becky. Łatwo jej mówić. Ona pracowała na zmianę jako chichocząca, roztrzepana niania i osoba do wyprowadzania psów. Żyła od wypłaty do wypłaty, ale nigdy się tym nie martwiła. Zupełnie nie panowała nad tym, co jej się przytrafiało, a jednak wszystko układało się jej tak, jak powinno. Mieszkanie, tanie jak barszcz i bez windy, w zasadzie spadło jej z nieba dzięki pewnemu starszemu klientowi. Jego lokal zwolnił się dokładnie wtedy, gdy Becky została wyrzucona ze swojego. Za każdym razem, kiedy traciła pracę niani, ponieważ rodzina przeprowadzała się albo dzieci przestawały jej potrzebować, kolejna propozycja pojawiała się jak spod ziemi w ciągu zaledwie kilku tygodni. Odkąd w ósmej klasie zaczęła chodzić z Jamiem Allenem, nie zdarzyło się, żeby nie miała chłopaka dłużej niż dwa miesiące
Becky łamała zasady i wciąż żyła jak w bajce.
Ja przestrzegałam wszystkich możliwych reguł i mimo to miałam wrażenie, że właśnie z niebezpieczną prędkością zbliżam się ślepą uliczką w kierunku ściany.
Minęła już jedenasta trzydzieści, a ja wciąż prawie nic nie zrobiłam. Bardzo rzadko mi się to zdarzało. Nawet siedząca w boksie obok Kris, która w ciągu ostatnich sześciu lat stała się moją najlepszą przyjaciółką z pracy, zauważyła, że coś jest nie tak.
Gdy po raz kolejny westchnęłam, patrząc w ekran komputera, uniosła pytająco brew.
- Bujamy w obłokach, co? - zainteresowała się. Ubrana była jak zwykle w jasny i kolorowy strój, w którym wyglądała, jakby żywcem przeniosła się w czasie z 1969 roku. Zanim
wyszła za mąż, urodziła dwójkę dzieci i zajęła się księgowością, spędziła drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, wymachując transparentami pokojowymi i prowadząc ciche strajki okupacyjne w San Francisco.
Poczułam, jak lekki rumieniec wypływa mi na policzki, i szybko zamknęłam otwarte w komputerze okno przeglądarki.
- Nie - skłamałam. - Po prostu czegoś szukałam.
- Mmm - mruknęła Kris. Wiedziałam, że mi nie uwierzyła. - Wiesz - dodała z półuśmieszkiem - czasami nawet ty możesz się poobijać.
- Nigdy w godzinach pracy - rzuciłam szybko.
Moja przyjaciółka zrobiła zirytowaną minę i potrząsnęła szopą czarnych loków.
- Och, proszę cię! - zawołała. - Kiedy miałabyś się obijać? Przecież siedzisz tutaj cały czas!
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową. Zawsze tak się ze mną droczyła. Wypominała mi stuprocentową frekwencję i nabijała się ze mnie, gdy pojawiałam się w biurze wcześniej i wychodziłam jako ostatnia. Posunęła się nawet do tego, że kiedy w zeszłym roku na imprezie świątecznej po raz trzeci z rzędu dostałam nagrodę za najlepszą frekwencję, wstała i mnie wygwizdała. „To po prostu dziwaczne", stwierdziła wtedy.
Ale to nie było dziwaczne. Nie dla mnie. Prawie w ogóle nie chorowałam, dlaczego więc miałabym iść na zwolnienie, jeśli nie było takiej potrzeby? Nie miałam z kim jeździć na wakacje. Co powinnam zrobić w takiej sytuacji? Wziąć urlop i wybrać się w samotny rejs żaglówką dookoła świata? Moje przyjaciółki ze studiów były zamężne, a siostra wyjeżdżała tylko ze swoimi aktualnymi partnerami. Tata mieszka na Brooklypi^, czyli wystarczająco blisko, żebym nie musiała brać ujl^l^^a każdym razem, kiedy przyjdzie mi do głowy gocJoąajć^y^.^^za tym, jeśli wzięłabym wolne, po powrocie
zastałabym na biurku stertę zaległych rzeczy do zrobienia i tylko bym się zdenerwowała. Komu to potrzebne?
Jedyną impulsywną rzeczą, jaką zrobiłam w życiu, był wyjazd na wakacje do Rzymu w czasie studiów. Tata uważał, że powinnam zobaczyć kawałek świata. Długo przekonywał mnie też, że on i Becky poradzą sobie beze mnie przez dwa i pół miesiąca. Tylko dlatego w końcu się zdecydowałam.
To było straszne przeżycie. Przez pierwsze dwanaście dni nie robiłam nic innego, tylko się o nich zamartwiałam. A potem poznałam Francesco, starszego ode mnie o siedem lat czarnowłosego Włocha o zielonych oczach, który jeździł skuterem Vespa. To był chyba jedyny moment w moim życiu, kiedy zachowywałam się impulsywnie i nieodpowiedzialnie. Był to też jedyny czas, gdy czułam się naprawdę zakochana. Ale czy rzeczywiście tak było? Czy można zakochać się tak szybko? Może po prostu byłam zafascynowana nowym miejscem i upajałam się faktem, że nie muszę zajmować się nikim poza sobą przez kilka błogich miesięcy. Ale był to też jedyny raz w moim życiu, kiedy miałam złamane serce, choć przecież to ja odeszłam razem z końcem lata. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że zachowywałam się tak niefrasobliwie. Potem przysięgłam sobie, że już nigdy nie będę tak nieostrożna.
Ale lata mijały, a ja zaczynałam coraz częściej się zastawiać, czy przypadkiem nie popełniłam błędu.
Rzuciłam okiem w stronę biurka Kris. Odwróciła się do mnie plecami i znów zaciekle waliła palcami w klawiaturę.
Spojrzałam na swój komputer. Jeszcze raz szybko sprawdziłam, czy Kris jest zajęta, po czym ponownie otworzyłam stronę, którą przeglądałam przed chwilą. Naprawdę się obijałam. A wszystko dlatego, że nie mogłam przestać myśleć o uroczym restauratorze. Co prawda poznałam go raptem półtora dnia temu. Ale przecież umówił się ze mną na dziś wieczór...
Spędzałam więc poniedziałkowy poranek, oglądając stronę restauracji U Adriano, zamiast analizować cyferki. Odkryłam już, że nie ma na niej biografii właściciela (tylko jego pełne imię i nazwisko - Michael Evangelisti), a teraz wrzuciłam go w Google, mając nadzieję, że w ten sposób uzyskam jakieś interesujące informacje.
Jedyne, co znalazłam, to krótki artykuł w „New York Post" sprzed dwóch lat o otwarciu U Adriano. Kliknęłam w link i pochyliłam się pożądliwie, czekając, aż przeglądarka wyrzuci jakiekolwiek interesujące strzępy informacji. Rzuciłam ponownie okiem na Kris. Była całkowicie pogrążona w pracy. Przez moment próbowałam przekonać siebie, że jeśli przyjaciółka przypadkiem spojrzy w moją stronę, będę sprawiała wrażenie równie zajętej.
Artykuł z „Post" wyświetlił się na moim ekranie i okazał się raczej krótki. Przeczytałam go szybko, zapamiętując nieliczne fakty i o chwilę za długo przyglądając się miniaturowemu zdjęciu twarzy Michaela, który wyglądał dokładnie tak atrakcyjnie, jak zapamiętałam.
Miał czterdzieści dwa lata, kiedy pisano artykuł. To znaczyło, że teraz ma czterdzieści cztery. Więcej, niż myślałam. Wygląda na to, że jest starszy ode mnie o dziesięć lat mimo chłopięcych dołków w policzkach i młodzieńczego śmiechu. Zanim otworzył restaurację, pracował w wydawnictwie. Rozkręcił nowy biznes dzięki pomocy cichego wspólnika, który dał pieniądze na rozpoczęcie działalności. Michael miał za to zająć się prowadzeniem lokalu. Kiedy zapytano go, dlaczego nagle postanowił rzucić poprzednią pracę i otworzyć restaurację, odpowiedział, że niedawno zmarła jego matka, a było to coś, co zawsze chcieli wspólnie zrobić. Jej niespodziewane odejście uświadomiło mu, że nie można po prostu siedzieć i czekać, aż spełnią się marzenia. Trzeba realizować je samemu, zanim będzie za późno.
- Mój tata zmarł, kiedy miałem dwadzieścia lat - powiedział. Serce zabiło mi mocniej, gdy przeczytałam to bliskie mi wyznanie. - Kochał gotować i często zabierał mnie do Rzymu, do rodziny. Spędzałem z moimi kuzynami każde lato. Wszyscy mieszkają we Włoszech, gdzie dorastał mój tata. Tam nauczyłem się gotować i odkryłem w sobie zamiłowanie do dobrego jedzenia. Moja mama i ja zawsze chcieliśmy pewnego dnia otworzyć restaurację i zrealizować tę pasję, a czy istnieje lepszy sposób na uhonorowanie pamięci ojca, niż nazwać ją jego imieniem?
Artykuł kończył się krótką notką recenzenta, który nazywał ich kuchnię „haute Italian" i wychwalał nastrojowe oświetlenie, wysokie sufity, rustykalne pizze z pieca na drewno oraz kuszące zapachy chleba i oliwy. Czytając ostatni cytat, roześmiałam się głośno, przypominając sobie naszą rozmowę na beczkach z oliwą. Oczywiście Kris od razu podniosła głowę i wyszczerzyła zęby.
-A jednak się obijasz - stwierdziła tryumfująco. -Wiedziałam!
Poczułam, że się rumienię.
- Wcale nie - zaprotestowałam słabo.
Spojrzała na mnie surowo.
- Och, proszę cię! - powiedziała. - Kiedy ostatnio lista czyichś wydatków sprawiła, że zaczęłaś chichotać?
Bez powodzenia spróbowałam ukryć uśmieszek. Kris uniosła brew, wstała i przeszła te kilka kroków, które dzieliły jej boks od mojego. Stanęła za moimi plecami.
- No więc? - zapytała. - Co oglądasz?
Wzruszyłam ramionami, ale ona już czytała mi przez ramię.
- Śmiejesz się z recenzji restauracji? - zapytała po chwili. Spojrzałam na nią. Wyglądała na zdezorientowaną.
- Tam było wesele Rebeki - odpowiedziałam cicho.
- Och - westchnęła. - Dobrze. Ale wciąż nie rozumiem, z czego się śmiejesz.
Wyciągnęła rękę ponad moim ramieniem i chwyciła myszkę. Kliknęła kilka razy i przesunęła stronę do góry. Gdy na
ekranie ponownie pojawiła się twarz Michaela, przestała ruszać myszką.
- Ach - westchnęła po prostu.
Czekałam, aż doda coś więcej, ale ona się nie odzywała. Zapytałam więc niepewnie:
- Co?
- Czy to może mieć coś wspólnego z uroczym panem restauratorem? - zapytała.
Poczucie winy najwyraźniej miałam wypisane na twarzy.
Kris wyszczerzyła zęby.
- Ach, więc twój weekend był nawet bardziej interesujący, niż raczyłaś wspomnieć? - zapytała.
- Nic się nie wydarzyło - odpowiedziałam szybko. Może nawet zbyt szybko.
Kris roześmiała się.
- Przecież nie sugeruję, że zabawiałaś się z gościem na beczce oliwy - powiedziała.
Zbladłam.
- Ale chyba go poznałaś? - naciskała.
Skinęłam głową.
- I?
- I... nic - wzruszyłam ramionami. - Po prostu wydaje się miły.
- Miły?
- Tak - potwierdziłam. - Miły, to dobrze. Miły to... miły.
Kris wyraźnie się skrzywiła.
- Tak, dziękuję za tę definicję. A teraz powiesz mi wreszcie, co się wydarzyło, czy nie?
Zawahałam się, po czym wzruszyłam ramionami. Kris słuchała uważnie, gdy relacjonowałam podsłuchaną w toalecie rozmowę. Opowiedziałam jej też, jak musiałam uciekać do kuchni, i że Michael odkrył mnie pośród beczek z oliwą.
- Czyli zaiskrzyło między wami - zadecydowała, kiedy skończyłam.
Zarumieniłam się.
- Umówiłam się z nim - wymamrotałam.
Kris wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Na randkę?
- Nie wiem. Tak mi się wydawało. Ale nie zadzwonił.
Otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, i w tym właśnie momencie zaczęła dzwonić moja leżąca na biurku komórka. Spojrzałyśmy najpierw po sobie, a potem na ekran telefonu. Dzwonił ktoś z nieznanego mi numeru dwieście dwanaście.
- Podałaś mu numer swojej komórki? - zapytała Kris.
- Tak.
- To na pewno on, dzwoni z restauracji! - zawołała. -Odbierz!
Zawahałam się. Telefon znów zawibrował.
- Odbierz! - powtórzyła z naciskiem. Kiedy wciąż się nie poruszyłam, wyciągnęła rękę, wcisnęła przycisk z zieloną słuchawką i podała mi telefon. Teraz nie miałam wyboru.
- Halo? - wydusiłam z siebie.
- Cat? - natychmiast rozpoznałam głos Michaela. - Tu Michael. Z sobotniego wieczoru. Przepraszam, że nie zadzwoniłem wczoraj. Miałem strasznie zwariowany dzień, a zanim uporałem się ze wszystkim, zrobiła się jedenasta i pomyślałem, że o tej porze nie wypada już dzwonić.
- Nie ma sprawy - rzuciłam tak swobodnie, jak to tylko było możliwe. Bezgłośnie powiedziałam Kris, kto dzwoni, a ona odtańczyła mały taniec radości. Musiałam zakryć usta ręką, żeby się nie roześmiać.
- Hm, czy wciąż jesteś zainteresowana wyskoczeniem dziś wieczorem na kolację? - spytał. - Wiem, że już późno, ale jest taka mała knajpka z fondue kilka przecznic od mojej restauracji. Od dawna chciałem do niej zajrzeć. Jeśli ci to pasuje.
Uśmiechnęłam się.
- Brzmi świetnie - powiedziałam, starając się nadać głosowi naturalne brzmienie.
- To dobrze. - W jego głosie zabrzmiała ulga. - Zupełnie już wyszedłem z wprawy.
Ciekawa byłam, co ma na myśli. Właśnie się z kimś rozstał? Nie miał czasu na randki? Jednak nie chciałam rozmawiać o tym przez telefon. Zamiast tego ustaliliśmy, że możemy spotkać się o ósmej w jego restauracji, a fondue to świetny pomysł.
Rozłączyliśmy się i spojrzałam zmieszana na Kris, która wciąż stała przy wejściu do mojego boksu i uśmiechała się szeroko.
- Fondue, tak? - zapytała. - Brzmi romantycznie.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Tak, to prawda. - Wciągnęłam głęboko powietrze. -Wiem, że to zabrzmi głupio, ale mam naprawdę dobre przeczucia dotyczące Michaela.
Kris mrugnęła do mnie.
- Wiem. To widać. Nie widziałam takiego odcienia czerwieni na twojej twarzy, od kiedy zderzyłaś się z kelnerem na tamtej firmowej imprezie i taca pełna kieliszków z winem wylądowała na panu Hamlinie.
- Chyba czuję motylki w brzuchu. Myślisz, że zwariowałam?
- Nie - odpowiedziała Kris. - To dobrze. Powinnaś je czuć.
- Tak - westchnęłam. Spojrzałam na twarz Michaela, uśmiechającą się do mnie z ekranu komputera. - Powinnam.
Zamówiłam taksówkę, która z mieszkania w budynku bez windy na Sześćdziesiątej Siódmej Wschodniej przewiozła mnie na drugą stronę parku. Zjawiłam się pod U Adriano pięć minut przed ósmą. Okropnie się denerwowałam, co mi się rzadko zdarzało. Przeważnie przed randkami byłam wyluzowana, opanowana i spokojna. Z drugiej strony moje randki zazwyczaj były organizowane przez próbujących mnie wyswatać przyjaciół albo umawiałam się z kolegami z pracy i musiałam sobie wmawiać, że to ekscytujące.
Weszłam do restauracji i zapytałam dziewczynę witającą gości o Michaela. Obejrzała mnie od góry do dołu, zacisnęła usta i ociągając się, poszła go poszukać. Zjawił się chwilę później, uśmiechając się od ucha do ucha.
- A więc tak wyglądasz, gdy nie czaisz się w mojej kuchni - powiedział, taksując mnie wzrokiem.
Poczułam, że się rumienię.
- I? - zapytałam, patrząc ze skrępowaniem na swoją spódnicę khaki i jasnoróżową, cieniutką koszulkę.
- Myślę, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaka kiedykolwiek zaszczyciła swoją obecnością moje beczki z oliwą - odpowiedział.
Roześmiałam się.
- Dobrze. To mi się podoba.
- Chciałbym, żebyś wiedziała, że nie mówię tego każdej kobiecie, którą spotykam w swojej kuchni - dodał uroczyście.
- Cieszę się - odparłam z poważną miną. - Przez chwilę już się martwiłam.
Stał tam, pocierając ręce i przenosząc co chwila ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Wyglądało na to, że jest trochę zdenerwowany.
- Pozwolisz? - spytał, robiąc krok do przodu i podając mi ramię w oficjalny sposób, jakbyśmy cofnęli się do czasów wiktoriańskich.
Uśmiechnęłam się i wzięłam go pod rękę. Kiedy wychodziliśmy z restauracji, nie mogłam nie zauważyć, że dziewczyna witająca gości uważnie się nam przygląda.
Wieczór spędzony z Michaelem to była najwspanialsza randka, na jakiej byłam od lat, i wcale nie przesadzam. Była nawet lepsza od tych kilku pierwszych, magicznych spotkań z Francesco wiele lat temu w Rzymie.
Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś, z kim tak łatwo by mi się rozmawiało i kto tak często by mnie rozśmieszał. Był rewelacyjnym gawędziarzem i kiedy szliśmy te kilka przecznic do restauracji z fondue, wciąż swobodnie trzymając się pod ramię, opowiedział mi, jak musiał udowodnić bankowi, że dobrze wykorzysta pożyczkę na otwarcie restauracji.
- Tutaj to nie takie proste - stwierdził, kręcąc głową. -Kiedy mój dziadek otwierał pięćdziesiąt lat temu restaurację w Rzymie, wystarczyło, że obiecał pracownikom banku darmowe posiłki do końca życia.
Roześmiałam się.
- Twój dziadek ma restaurację w Rzymie?
- Miał - odparł Michael. - Zmarł wiele lat temu. Mój wujek przejął ją, kiedy jeszcze byłem dzieckiem.
Zatrzymał się, kiedy dotarliśmy do knajpki z fondue. Nazywała się Wielka Chochla1. Uśmiechnęłam się, widząc nad drzwiami tabliczkę z wizerunkiem kota siedzącego na krawędzi księżyca i zanurzającego widelczyk do fondue w wypełnionym serem gwiazdozbiorze.
Chwilę później usiedliśmy przy stoliku i Michael wznowił opowieść.
- Kiedy byłem dzieckiem, ojciec zabierał mnie do Rzymu na kilka miesięcy w każde wakacje. - powiedział. - Nie mam rodzeństwa, ale mieszka tam chyba z setka moich kuzynów. Uczyłem ich i ich przyjaciół angielskiego, a oni pokazywali mi w zamian, jak się prowadzi restaurację. Moi kuzyni wciąż pracują u wujka. Jestem pewien, że któregoś dnia przejmą po nim lokal. To jeden z miłych włoskich obyczajów, wszystko zostaje w rodzinie.
Uśmiechnęłam się i przytaknęłam.
- Gdzie jest ta restauracja?
- Niedaleko Panteonu - odpowiedział. - Znasz Rzym?
Skinęłam głową.
- Mieszkałam tam pewnego lata.
- Żartujesz! - zawołał. - Nie mów mi, że ty też masz tam rodzinę.
Zawahałam się. O ile było mi wiadomo, rodzice i siostra mamy wciąż mieszkali w Rzymie, ale gdy spędzałam tam lato, z premedytacją ich unikałam. Wiedziałam dokładnie, gdzie ich znaleźć - mieli sklep z chustami niedaleko Piazza Colonna. Gdybym tylko chciała, mogłabym ich odwiedzić, ale nie potrafiłam się do tego zmusić. A gdyby oni też mnie odrzucili? Spędziłam wiele godzin, przypatrując się z niepokojem obcym ludziom na ulicy, zastanawiając się, czy zobaczę zielone oczy matki w nieznanej mi twarzy albo usłyszę nieznajomego, śmiejącego się w identyczny sposób jak ona. Zupełnie jakbym szukała duchów.
- Nie - powiedziałam w końcu. - Nie mam.
Zapadła nieprzyjemna cisza, jak to się czasem zdarza, gdy ktoś skłamie.
- A podobało ci się? - zapytał Michael po chwili.
Mrugnęłam zmieszana.
- Co?
Uśmiechnął się.
- Rzym. Podobało ci się tam?
Zawahałam się. Pomyślałam o towarzyszącym mi wtedy odczuciu, że matka jest gdzieś blisko. Sprawiało ono, że byłam niespokojna, a jednocześnie miałam dziwne poczucie bezpieczeństwa. Przypomniałam sobie Francesco, jedynego mężczyznę, w jakim kiedykolwiek się zakochałam. Nasz związek przetrwał zaledwie jedno lato i gdy wróciłam do Stanów, rozmawialiśmy raptem kilka razy. Francesco dość szybko stwierdził, że związki na odległość nie są dla niego. Pamiętałam, że czułam się wolna, choćby tylko przez dwa i pół miesiąca - mogłam wychodzić i wracać, kiedy chciałam, włóczyć się po ulicach, robić to, na co miałam ochotę, i dla odmiany martwić się o siebie, nie o innych.
- Ogromnie - powiedziałam miękko.
Michael uśmiechnął się promiennie.
- Mnie też - oznajmił. - Jakie miejsce najbardziej ci się podobało?
Nie musiałam się nad tym zastanawiać.
- Most w pobliżu Zamku Świętego Anioła.
Wyglądał na zaskoczonego.
- To zawsze było jedno z moich ulubionych miejsc.
Uśmiechnęłam się, wzięłam głęboki oddech i mówiłam
dalej.
- Może to zabrzmi głupio, ale zawsze, kiedy było mi smutno, chciałam pomyśleć lub podjąć jakąś ważną decyzję, szłam właśnie tam. Wiesz, przechodzą tamtędy setki ludzi, ale nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Tak jakbyś znajdował się w wielkiej bańce i obserwował z niej świat dokoła.
- Zgadza się - mruknął cicho Michael. Patrzył na mnie teraz inaczej. Podobało mi się to, co zobaczyłam w jego oczach.
Zamówiliśmy serowe fondue i butelkę sauvignon blanc. Jedząc, śmialiśmy się i rozmawialiśmy. Opowiadaliśmy sobie historie z dzieciństwa, wspominaliśmy, co nam się najbardziej podobało w Rzymie, mówiliśmy o zaletach i wadach naszych zawodów.
Okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. W dzieciństwie oboje byliśmy prawdziwymi molami książkowymi i podobały nam się te same historie. On z zakłopotaniem przyznał, że gdy skończyły mu się już wszystkie książki o braciach Hardy, zabrał się do czytania starych opowieści o Nancy Drew. Roześmiałam się - ja czytałam obie te serie równocześnie. Po przeczytaniu w liceum Wielkiego Gatsby'ego oboje zainteresowaliśmy się Francisem Scottem Fitzgeraldem, a kiedy mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, fascynowała nas klasyka powieści brytyjskiej. Byliśmy katolikami, ale chociaż wciąż wierzyliśmy w to, czego w dzieciństwie nauczono nas w kościele, nie chodziliśmy na msze tak często, jak powinniśmy, i mieliśmy z tego powodu pewne poczucie winy. Uwielbialiśmy oglądać Flight of the Conchords i Ekipę. Odkryliśmy również, że mamy podobny, choć dosyć eklektyczny gust muzyczny. Oboje byliśmy na koncercie Eltona Johna i Billy'ego Joela podczas ich wspólnej trasy, widzieliśmy ostatni występ Radiohead w Nowym Jorku i Guillaume Riche'a na obu koncertach w mieście. Oglądaliśmy występ Sister Hazel w Irving Plaża kilka lat wcześniej, ten, na którym Pat MacGee Band z Wirginii grał jako support. I ja, i on najczęściej słuchaliśmy na naszych iPodach najnowszej płyty Mandy Moore i starego krążka Courtney Jaye. Każde z nas też uważało, że Paul McCartney i John Lennon to najbardziej utalentowany duet w historii muzyki.
Zanim na stół zdążył wjechać deser w postaci czekoladowego fondue, naprawdę zaczęłam się denerwować. Byłam zestresowana nawet bardziej niż na początku randki. Wszystko wydawało się takie idealne. Poczułam, że tylko czekam, aż coś pójdzie źle.
- To ile razy byłaś w Rzymie? - spytał Michael, zanurzając kawałek banana w kociołku pełnym czekolady i przerywając moje autodestrukcyjne rozmyślania.
- Tylko raz.
Michael przestał obracać widelczyk w sosie i spojrzał na mnie.
- Nigdy potem już tam nie wróciłaś?
Powoli pokręciłam głową.
- Dlaczego? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
- Nie miałam powodu, żeby jechać - odparłam. - Tu jest moje życie. Mam dobrą pracę. Siostra bardzo mnie potrzebowała, kiedy była młodsza. Lubię być w pobliżu na wypadek, gdyby tata czegoś ode mnie chciał. Rozumiesz.
Przez chwilę uważnie mi się przyglądał.
- Nie - stwierdził. - Nie rozumiem. Wyglądał na zmartwionego. - Przecież to miejsce, które ci się podobało. Nie chciałaś tam wrócić? Bo czułaś, że nie powinnaś?
Wzruszyłam ramionami, czując się trochę głupio.
- Nie wiem - wymamrotałam.
Michael milczał przez dłuższą chwilę. Spojrzałam na jego twarz, spodziewając się, że zobaczę dezaprobatę. Ale wyglądał raczej na zatroskanego.
- Powinnaś tam pojechać - powiedział łagodnym tonem. -Oboje dobrze wiemy, że życie bywa zbyt krótkie, prawda?
