Mój ojciec Pablo Escobar - Juan Pablo Escobar - ebook + audiobook

Mój ojciec Pablo Escobar ebook i audiobook

Juan Pablo Escobar

4,4

Opis

Aż do teraz sądziliśmy, że na temat Pablo Escobara, narkotykowego króla wszech czasów, powiedziano już wszystko. Jednak dotychczas wszelkie opowieści pochodziły z zewnątrz, nigdy z prywatnej przestrzeni jego domu.

Ponad dwadzieścia lat po zakończeniu polowania na króla kokainy Juan Pablo Escobar przenosi się w przeszłość, by ukazać pełny portret swojego ojca – człowieka zdolnego do niewyobrażalnego okrucieństwa, ale i do nieskończonej miłości względem swoich bliskich.

Nie jest to opowieść o dziecku chcącym odkupić grzechy ojca, lecz szokujące spojrzenie na konsekwencje przemocy i ogromną potrzebę pokoju i przebaczenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 27 min

Lektor: Juan Pablo Escobar

Oceny
4,4 (76 ocen)
44
20
9
2
1
Sortuj według:
deva358

Nie polecam

Tylko "człowieka zdolnego do niewyobrażalnego okrucieństwa"
00

Popularność




Juan Pablo Escobar Mój ojciec Pablo Escobar Tytuł oryginalnyPablo Escobar. Mi Padre ISBN Copyright © 2014 Juan Sebastián Marroquín Santos Copyright © Editorial Planeta Colombiana S.A. Latin American Rights Agency – Grupo PlanetaAll rights reserved Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j. Redaktor Adriana Staniszewska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów rodziny Marroquín Santos. Serdecznie dziękuję Fernandowi Vargasowi Ruízowi za nieocenioną pomoc w wyjaśnianiu zawiłości kolumbijskich realiów i specyfiki lokalnego języka, która pozwoliła mi uniknąć wielu błędów. Magdalena Olejnik Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla mojego syna, który daje mi siłę i energię, by być dobrym człowiekiem. Dla bezwarunkowej ukochanej i towarzyszki życia. Dla mojej dzielnej mamy. Dla bardzo bliskiej mi siostry. Dla kochanej rodziny. I dla nielicznych przyjaciół, którzy zdołali przezwyciężyć strach.

Wstęp

Przez ponad dwadzieścia lat zachowywałem milczenie. W tym czasie próbowałem ułożyć sobie na nowo życie na wygnaniu. Na każdą rzecz przychodzi odpowiedni czas i książka ta, podobnie jak jej autor, musiała dojrzeć, przejść przez proces samokrytyki i pokory. Tylko w ten sposób mogłem zdobyć się na to, by usiąść i spisać historie, które nawet dziś dla kolumbijskiego społeczeństwa pozostają nieznane.

Także Kolumbia dojrzała wreszcie do tego, by mnie wysłuchać. Dlatego uznałem, że nadeszła pora, by podzielić się z czytelnikami doświadczeniem życia u boku takiego człowieka, jakim był mój ojciec. Kochałem go bezwarunkowo, a zrządzeniem losu stałem się przy nim świadkiem wydarzeń, które naznaczyły część kolumbijskiej historii.

Od chwili moich narodzin aż po dzień jego śmierci ojciec był mi przyjacielem, przewodnikiem, nauczycielem i doradcą. Kiedy jeszcze żył, prosiłem go kilka razy, by spisał swoją prawdziwą historię, ale nie chciał o tym słyszeć: „Grégory1, zanim zabierzesz się do spisywania historii, najpierw powinieneś ją zakończyć”.

Poprzysiągłem sobie pomścić śmierć ojca, ale bardzo szybko porzuciłem tę myśl. Wszyscy mamy prawo się zmieniać, a ja od ponad dwóch dekad żyję w środowisku szanującym zasady tolerancji, pokojowego współistnienia, dialogu, wybaczenia, sprawiedliwości i pojednania.

Moja książka nie ma służyć wylewaniu żali. Jej celem jest głęboka refleksja nad tym, jaka jest nasza ojczyzna, jak wygląda jej polityka. To próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego w jej łonie rodzą się takie postacie, jak mój ojciec.

Szanuję życie i właśnie z takiej pozycji napisałem tę książkę; z perspektywy odmiennej i szczególnej. Nie mam przy tym żadnych ukrytych celów, w odróżnieniu od autorów większości tekstów na temat mojego ojca.

Książka ta nie pretenduje także do miana prawdy absolutnej. To próba poznania i zrozumienia losu mego ojca. Moje prywatne i bardzo osobiste dochodzenie. Ponowne odkrywanie tego szczególnego człowieka ze wszystkimi jego zaletami, ale także wadami. Większość zawartych tu historii opowiedział mi podczas długich, zimnych nocy w ostatnim roku swojego życia, przy ognisku; inne spisał dla mnie, gdy czuł, że śmierć z rąk jego wrogów była nieuchronna.

Badanie historii ojca zaprowadziło mnie do osób latami pozostających w cieniu, które dopiero teraz były gotowe pomóc mi w pracy nad książką, w nadziei, że ułatwi to mnie i wydawnictwu trafniejsze osądzenie wielu wątków. Ale przede wszystkim po to, by nikt nigdy więcej nie odziedziczył takiej nienawiści.

Nie zawsze byłem przy ojcu, nie znam wszystkich wydarzeń z jego życia. Kto twierdzi, że wie o nim wszystko, kłamie. Wiele faktów przywołanych w książce poznałem długo po tym, gdy się wydarzyły. Ojciec nigdy nie konsultował ze mną ani z nikim innym swoich decyzji; należał do ludzi, którzy działają na własny rachunek.

Wiele „faktów” dotyczących jego osoby znanych jest tylko połowicznie albo wcale. Dlatego też opowiedzenie jego historii wiązało się z dużym ryzykiem. Należało ją przedstawić z poczuciem wielkiej odpowiedzialności, gdyż niestety wiele z tego, co powiedziano, układa się w całość nazbyt spójną. Jestem przekonany, że weryfikacja, której wydawnictwo Planeta z redaktorem Edgarem Téllezem na czele poddało ten tekst, przyczyniła się do pomyślnego zakończenia tych starań.

Jest to zatem osobista, wnikliwa analiza osobowości człowieka, który nie tylko był moim ojcem, lecz także szefem organizacji mafijnej, jakiej wcześniej nie znano.

Publicznie proszę o wybaczenie wszystkie bez wyjątku ofiary mojego ojca. Szczerze ubolewam nad tym, że musiały znosić ataki ślepej i niespotykanej dotąd przemocy, która doprowadziła do śmierci wielu niewinnych. Dusze wszystkich tych zmarłych zapewniam, że z głębi serca pragnę uczcić pamięć każdej z nich. Książka ta pisana była ze łzami w oczach, ale bez urazy. Bez zamiaru donoszenia na kogokolwiek, bez szukania odwetu lub usprawiedliwiania przemocy ani tym bardziej chęci gloryfikowania zbrodni.

Czytelnik będzie zapewne zaskoczony początkowymi rozdziałami, w których po raz pierwszy ujawniam głęboki konflikt, jaki rozdzielił nas z rodziną ze strony ojca. Mamy za sobą dwadzieścia jeden lat nieporozumień. Wyciągnąłem z nich wniosek, że wielu spośród krewnych aktywnie przyczyniło się do doprowadzenia do śmierci mego ojca.

Nie pomylę się, jeśli powiem, że rodzina ojca prześladowała nas bardziej niż jego najgorsi wrogowie. Moje postępowanie wobec nich płynęło zawsze z miłości i bezwzględnego poszanowania rodzinnych wartości, które nie powinny zatracić się nawet w czasie najgorszej wojny, a już tym bardziej z powodu pieniędzy. Bóg i mój ojciec wiedzą, że bardziej niż ktokolwiek inny pragnąłem wierzyć, że tamta bolesna tragedia rodzinna to tylko koszmarny sen, a nie rzeczywistość, której powinienem stawić czoło.

Jestem wdzięczny ojcu za jego bolesną szczerość, którą zrządzeniem losu udało mi się zrozumieć, choć w żadnym razie nie chcę go usprawiedliwiać.

Po tym, jak prosiłem o wybaczenie w filmie dokumentalnym Grzechy mojego ojca, dzieci zamordowanych liderów Luisa Carlosa Galána i Rodriga Lary Bonilli powiedziały mi kilkakrotnie: „Ty też jesteś ofiarą”. Moja odpowiedź od tamtej pory pozostaje niezmienna: tak, być może to prawda, zapewne jestem ostatnią z długiej listy ofiar wśród Kolumbijczyków.

Pablo Escobar zawsze brał odpowiedzialność za swój los, za swoje czyny i wybory życiowe — jako ojciec, jako człowiek i jako przestępca, który zadał Kolumbii i światu trudne do zagojenia rany. Marzę o tym, że któregoś dnia się one zabliźnią i zmienią w coś pozytywnego, tak by nikt nie odważył się powtórzyć tej historii, by wyciągnięto z niej wnioski.

Nie należę do dzieci ślepo zapatrzonych w ojca. Póki jeszcze żył, nieraz wyrzucałem mu akty przemocy i metody działania, błagałem go na wszelkie sposoby, by porzucił nienawiść, złożył broń, znalazł pokojowe metody rozwiązania swoich problemów.

W tysiącach opinii krążących na temat mojego ojca w jednym punkcie wszyscy są jednak zgodni: swoją rodzinę darzył bezwarunkową miłością.

Mam nadzieję, że będę wspominany przez wzgląd na czyny własne, a nie ojca. Zachęcam czytelnika, by pamiętał i o mnie, czytając te strony, by nie mylił mnie z Pablem Escobarem, bo to także moja historia.

Juan Pablo Escobar

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1Pablo Escobar często zwracał się do syna imieniem Grégory (jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 1 

ZDRADA

Dziewiętnastego grudnia 1993 roku, dwa tygodnie po śmierci ojca, przebywaliśmy nadal pilnie strzeżeni na dwudziestym dziewiątym piętrze aparthotelu Residencias Tequendama w Bogocie. Nieoczekiwanie dostaliśmy telefon z Medellín i dowiedzieliśmy się o ataku za pomocą listu-bomby na przebywającego w więzieniu w Itagüí stryja, Roberta Escobara.

Przejęci próbowaliśmy dowiedzieć się, co zaszło, ale nikt nie chciał z nami o tym rozmawiać. W wiadomościach telewizyjnych podano, że Roberto otworzył nadany z prokuratury list, który wybuchł, wywołując u niego poważne obrażenia oczu i brzucha.

Następnego dnia zadzwoniły ciotki i powiedziały, że klinika Las Vegas, dokąd pilnie go przewieziono, nie dysponuje koniecznym do operacji sprzętem okulistycznym. Jakby tego było mało, krążyły plotki, że uzbrojony oddział zamierza dobić stryja w szpitalnej sali.

W tej sytuacji rodzina zdecydowała się przenieść Roberta do szpitala wojskowego Hospital Militar Central w Bogocie, który był nie tylko lepiej wyposażony, lecz także bardziej bezpieczny. Tak też się stało. Mama zapłaciła trzy tysiące dolarów za przewiezienie chorego medyczną awionetką. Kiedy tylko upewniłem się, że Roberto został przyjęty do szpitala, postanowiliśmy odwiedzić go z bratem mamy, wujkiem Fernandem.

Po wyjściu z hotelu zauważyliśmy ze zdziwieniem, że tego dnia agenci CTI2, którzy strzegli nas od końca listopada, zostali bez uprzedzenia zastąpieni ludźmi z Sijin3, wydziału policji śledczej w Bogocie. Nic o tym nie wspomniałem wujkowi, ale czułem, że może się stać coś złego. W innych częściach budynku za nasze bezpieczeństwo odpowiadali funkcjonariusze Dijin i DAS4. Na zewnątrz straż pełniło wojsko.

Na oddziale chirurgii szpitala wojskowego spędziliśmy już kilka godzin, gdy wyszedł do nas lekarz i powiedział, że potrzebują zgody jakiegoś członka rodziny Roberta na usunięcie obu gałek ocznych, które zostały poważnie uszkodzone w czasie wybuchu.

Odmówiliśmy złożenia podpisu. Błagaliśmy doktora, żeby spróbował zrobić co w jego mocy, nawet jeśli uważa, że szanse na uratowanie wzroku pacjenta są znikome. Zapewniliśmy go, że cena nie gra roli. Zaproponowaliśmy też sprowadzenie lepszego okulisty skąd będzie trzeba.

Parę godzin później, jeszcze pod działaniem znieczulenia, Roberto opuścił blok operacyjny. Przeniesiono go do pokoju, którego pilnował strażnik więzienny z INPEC5. Stryj miał zabandażowaną twarz, brzuch i lewą rękę.

Czekaliśmy cierpliwie, aż się ocknie. Jeszcze pod wpływem środków nasennych powiedział nam, że dostrzega światło, nie był jednak w stanie rozpoznawać kształtów.

Widząc, że trochę oprzytomniał, powiedziałem mu, że bardzo się martwię, bo skoro po śmierci ojca próbowano go zaatakować, zapewne wkrótce coś podobnego przydarzy się mamie, siostrze i mnie. Zgnębiony zapytałem go, czy ojciec miał gdzieś ukryty helikopter na wypadek konieczności ucieczki.

Podczas rozmowy przerywanej wizytami doglądających go pielęgniarek i lekarzy zapytałem kilkakrotnie, jak możemy się uratować wobec zagrożenia ze strony wrogów ojca.

Roberto milczał przez chwilę, wreszcie kazał mi przygotować kartkę i długopis, żebym mógł coś zapisać.

— Juan Pablo, pisz: „AAA”. Pójdź zaraz do Ambasady Stanów Zjednoczonych i poproś o pomoc. Powiedz, że to ja cię przysyłam.

Schowałem kartkę do kieszeni spodni i zaproponowałem Fernandowi, żebyśmy poszli do ambasady, ale w tym momencie zjawił się doktor, który operował Roberta. Powiedział, że jest dobrej myśli i zrobił, co mógł, by uratować wzrok stryja.

Podziękowaliśmy lekarzowi za starania i pożegnaliśmy się, mając zamiar wrócić do hotelu. Wtedy chirurg oświadczył stanowczo, że nie mogę opuścić szpitala.

— Jak to nie mogę, doktorze? Dlaczego?

— Nie przyszła pana eskorta — odpowiedział.

Słowa lekarza wzmogły moją paranoję. Pracował na oddziale chirurgicznym, nie było więc powodu, by znał tak dobrze nasze zasady bezpieczeństwa.

— Panie doktorze, jestem wolnym człowiekiem, a jeżeli mam tu pozostać w charakterze zatrzymanego, lepiej proszę mi o tym powiedzieć, bo tak czy inaczej stąd wyjdę. Podejrzewam, że ktoś czyha na moje życie i planuje mnie zabić jeszcze dzisiaj. Podmieniono już funkcjonariuszy CTI, którzy nas pilnowali — odparłem przestraszony.

— Jest pan chroniony, a nie zatrzymany. Szpital wojskowy odpowiada teraz za pańskie bezpieczeństwo i możemy pana przekazać wyłącznie państwowym służbom bezpieczeństwa.

— Doktorze, na moje życie nastają akurat ci, którzy powinni mnie strzec — upierałem się. — Proszę więc zdecydować, czy pomoże mi pan, pozwalając na opuszczenie szpitala, czy będę musiał stąd uciec. Nie zamierzam niczego ułatwiać moim zabójcom.

Lekarz najwyraźniej dostrzegł przerażenie na mojej twarzy. Ściszonym głosem zapewnił mnie, że nie będzie robił przeszkód i zaraz podpisze zgodę na opuszczenie szpitala przeze mnie oraz Fernanda. Z zachowaniem wszelkiej ostrożności wróciliśmy do Residencias Tequendama. Postanowiliśmy, że następnego dnia udamy się do ambasady.

Wstaliśmy wcześnie. Wraz z wujkiem Fernandem poszedłem na dwudzieste dziewiąte piętro, gdzie znajdowali się ludzie odpowiedzialni za naszą ochronę. Przywitałem się z „A-1” i zawiadomiłem go, że potrzebujemy eskorty, ponieważ wybieramy się do Ambasady Stanów Zjednoczonych.

— A po co chce pan tam jechać? — odparł opryskliwie.

— Nie muszę pana informować, po co tam jadę. Proszę mi tylko powiedzieć, czy da nam pan obstawę, czy może mam zadzwonić do prokuratora generalnego i powiedzieć mu, że nie chce nas pan ochraniać.

— W tej chwili nie mam wystarczająco dużo ludzi, żeby tam pana zawieźć — odpowiedział z irytacją funkcjonariusz prokuratury.

— Jak to nie ma pan ludzi? Przecież działa tu pełen system ochrony, przy którym pracuje czterdziestu policjantów z całego kraju. Dysponuje pan specjalnymi samochodami na ten cel.

— Jak tak bardzo chce pan jechać, to proszę, ale ja nie będę pana zabezpieczał. I proszę zrobić mi tę grzeczność i podpisać formularz, w którym zrzeka się pan oferowanej przez nas ­ochrony.

— W porządku. Niech pan przyniesie ten papier, a ja go podpiszę — zgodziłem się.

„A-1” poszedł do drugiego pokoju poszukać czegoś do pisania, a my skorzystaliśmy z tego momentu, by opuścić hotel. Zbiegliśmy na dół i złapaliśmy taksówkę, która po dwudziestu minutach zajechała przed amerykańską ambasadę. O tej porze, to jest o ósmej rano, stała tam długa kolejka oczekujących osób, ubiegających się o wizę do Stanów.

Byłem bardzo zdenerwowany. Przepchnąłem się przez tłum, zapewniając, że przychodzę w innej sprawie. Kiedy znalazłem się przed wejściem, wyciągnąłem kartkę z potrójnym A, które podyktował mi Roberto, i przytknąłem ją do przyciemnianej pancernej szyby.

W jednej chwili pojawiło się czterech potężnych mężczyzn, którzy zaczęli robić nam zdjęcia. Nic nie powiedziałem. Po chwili jeden z nich zbliżył się do mnie i powiedział, żebym z nim poszedł.

Nie zapytano nas o nazwisko ani o dokumenty, nie zrewidowano mnie ani nie przeszedłem przez bramkę wykrywaczy metali. Było jasne, że potrójne A to coś w rodzaju koła ratunkowego, które ofiarował mi stryj Roberto. Byłem przestraszony. Pewnie dlatego nie zastanawiałem się, co może łączyć brata mojego ojca z Amerykanami.

Zamierzałem usiąść w poczekalni, kiedy zjawił się starszy poważny mężczyzna o niemal białych włosach.

— Nazywam się Joe Toft, jestem szefem DEA6 na Amerykę Łacińską. Proszę ze mną.

Zaprowadził mnie do przyległego biura, gdzie bez większych wstępów zapytał, w jakim celu przyszedłem do ambasady.

— Proszę o pomoc, mojej rodzinie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo… Jak pan wie, przychodzę z polecenia mojego stryja Roberta, który powiedział mi, że mogę się na niego powołać.

— Rząd mojego kraju nie może panu zapewnić żadnej pomocy — odparł na to Toft oschłym i obojętnym tonem. — Co najwyżej mogę powierzyć pana sprawę prawnikowi ze Stanów Zjednoczonych, żeby zbadał możliwość przyznania wam prawa pobytu w moim kraju przez wzgląd na ewentualną współpracę, jaką moglibyśmy podjąć.

— Współpracę? Jakiego rodzaju? Jeszcze nie jestem pełno­letni.

— Mógłby nam się pan bardzo przydać… jako źródło informacji.

— Informacji? Jakiego typu?

— Z archiwum pańskiego ojca.

— Wraz z nim zniszczyliście jego archiwum.

— Nie rozumiem — mruknął urzędnik.

— W dniu, w którym przyczyniliście się do śmierci mojego ojca… Całe archiwum nosił w głowie, a teraz jest już martwy. Wszystko przechowywał we własnej pamięci. W notesach zapisywał jedynie numery rejestracyjne samochodów i adresy swoich wrogów z kartelu z Cali, ale tymi informacjami już od jakiegoś czasu dysponuje kolumbijska policja.

— Sędzia zdecyduje, czy zostanie pan przyjęty, czy nie.

— Wobec tego nie mamy o czym rozmawiać, lepiej już pójdę, dziękuję bardzo — powiedziałem do szefa DEA, który pożegnał się powściągliwie, podając mi na koniec swoją wizytówkę.

— Jeżeli kiedyś coś się panu jednak przypomni, proszę do mnie zadzwonić.

Wyszedłem z ambasady pełen wątpliwości. Nieoczekiwane, wręcz zaskakujące, spotkanie z najważniejszą osobistością DEA w Kolumbii i Ameryce Łacińskiej nie poprawiło w niczym naszej trudnej sytuacji, ale ujawniło coś, o czym nie mieliśmy wcześniej pojęcia: stryj Roberto miał kontakty z Amerykanami na wysokim szczeblu. Tymi samymi, którzy trzy tygodnie wcześ­niej oferowali pięć milionów dolarów za schwytanie mojego ojca. Tymi samymi, którzy zmobilizowali i wysłali do Kolumbii pokaźne siły militarne, by go ująć.

Myśl, że brat ojca mógłby być w jakiś sposób powiązany z jego głównym wrogiem, wydała mi się absurdalna. Jednak zasiała w mojej głowie kolejne wątpliwości. Czy było na przykład możliwe, że Roberto współpracował ze Stanami Zjednoczonymi i grupami składającymi się na Pepes (Prześladowanych przez Pabla Escobara) w schwytaniu ojca?

Hipoteza nie była pozbawiona podstaw. W wyniku tych rozważań przypomniała mi się pewna sytuacja, na którą w swoim czasie nie zwróciliśmy należytej uwagi, a do której doszło, kiedy ojciec ukrywał się z nami w domu na wsi, w górzystym rejonie Belén, w okręgu 16 prowincji Medellín. Wówczas, 18 maja 1993 roku wieczorem, porwano mojego kuzyna Nicolása Escobara Urquijo, syna Roberta. Napastnikami byli dwaj mężczyźni i kobieta, którzy wywieźli go do Catíos, przy drodze łączącej gminy Caldas i Amagá w Antioquii.

Usłyszeliśmy te wieści, przebywając w ukryciu, bo zadzwonił do nas któryś z krewnych. Nastawiliśmy się na najgorsze, gdyż w tamtym momencie Pepes z zapamiętaniem tropili ojca i zdołali już zaatakować wielu członków rodzin Escobar i Henao (ze strony mojej matki). Na szczęście skończyło się na strachu, bo pięć godzin później, około dziesiątej w nocy, w pobliżu hotelu Intercontinental w Medellín Nicolás został wypuszczony na wolność bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu.

Nasz kontakt był coraz słabszy, dlatego porwanie Nicolása odeszło w niepamięć, choć ojciec i ja zastanawialiśmy się, jak zdołał ujść z życiem z porwania, które na tym etapie wojny powinno równać się wyrokowi śmierci.

Jak uratował się Nicolás? W zamian za co Pepes uwolnili go kilka godzin po porwaniu? Możliwe, że Roberto zdecydował się zawrzeć pakt z wrogami ojca w zamian za życie syna.

Kolejna przesłanka o istnieniu tego rodzaju zmowy pojawiła się w sierpniu 1994 roku, osiem miesięcy po mojej wizycie w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych.

W tamtym czasie wyprawiliśmy się z mamą, moją siostrą Manuelą i moją dziewczyną Andreą, żeby obejrzeć nędzne pozostałości hacjendy Nápoles. Prokuratura wyraziła na to zgodę, ponieważ matka miała spotkać się z potężnym capo7 tego rejonu i przekazać mu pewne rzeczy należące do ojca.

Któregoś wieczoru, gdy spacerowaliśmy po starym pasie startowym hacjendy, odebraliśmy telefon od cioci Alby Mariny Escobar, która powiedziała, że musi się z nami spotkać jeszcze tego samego dnia, bo ma bardzo pilną sprawę do omówienia.

Zgodziliśmy się natychmiast, gdyż użyła słowa „pilny”, które w języku naszej rodziny oznacza, że komuś grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Tego samego wieczoru przyjechała do hacjendy bez bagażu. Czekaliśmy na nią w mieszkaniu zarządcy, czyli jedynych zabudowaniach, które przetrwały zrównanie posiadłości z ziemią i wojnę.

Chroniący nas funkcjonariusze prokuratury i Sijin zostali na zewnątrz, a my skierowaliśmy się do jadalni, gdzie ciotka zjadła sancocho8. Potem dała do zrozumienia, że jedynie matka i ja powinniśmy wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.

— Przynoszę wam wiadomość od Roberta.

— Co się stało, ciociu? — dopytywałem się nerwowo.

— Roberto bardzo się cieszy, bo jest szansa, że dostaniecie wizę do Stanów Zjednoczonych.

— Doskonale, a jak mu się udało to załatwić? — zapytaliśmy.

Po naszych minach mogła bez wątpienia ocenić wrażenie, jakie wywarły jej słowa.

— Nie dadzą wam wizy tak od razu. Najpierw trzeba coś zrobić — odpowiedziała, a ton jej głosu wzbudził moje podejrzenia. — To bardzo proste… Roberto dogadał się z ludźmi z DEA. Poprosili go o przysługę w zamian za wizy dla was. Musicie tylko napisać książkę. Na dowolny temat, pod warunkiem że wspomnicie tam o Pablu i Vladimirze Montesinosie, szefie wywiadu Fujimoriego w Peru. Poza tym powinieneś napisać, że widziałeś, jak Montesinos rozmawiał z ojcem, tu w Nápoles, i że przyleciał samolotem. Reszta książki jest bez znaczenia.

— To nie są aż tak dobre nowiny, ciociu — przerwałem.

— Jak to nie? A może nie chcecie wiz?

— Gdyby DEA prosiło mnie o poświadczenie prawdy, to co innego, nie przyszłoby mi to z trudnością. Ale oni chcą, abym oczernił kogoś w bardzo ważnej sprawie.

— No właśnie, Marino — wtrąciła matka. — Proszą nas o bardzo ryzykowną przysługę, a jak potem udowodnimy te fałszywe deklaracje?

— A cóż to dla was za różnica? Chyba potrzebujecie tych wiz? Jeżeli nie znacie ani Montesinosa, ani Fujimoriego, co wam szkodzi tak powiedzieć? Przecież chcecie tylko żyć w spokoju. Ci ludzie kazali wam przekazać, że DEA będzie bardzo zobowiązane i od tego momentu nikt nie będzie wam robił trudności w Stanach Zjednoczonych. Zgadzają się też, żebyście zabrali ze sobą pieniądze i korzystali tam z nich bez problemu.

— Marina, nie chcę pakować się w nowe kłopoty, poświadczając nieprawdziwe fakty.

— O, mój biedny brat Roberto! Tak bardzo stara się wam pomóc, a teraz kiedy wreszcie udało mu się coś załatwić, wy odmawiacie.

Rozdrażniona Alba Marina jeszcze tego samego wieczoru opuściła Nápoles.

Kilka dni po tym spotkaniu, wracając już do Bogoty, odebrałem telefon. To była babcia Hermilda z Nowego Jorku, gdzie przebywała z Albą Mariną. Wyjaśniła mi, że wybrała się tam na wycieczkę i zapytała, czy ma mi coś przywieźć. Naiwnie i jeszcze nie zdając sobie sprawy z ogromnego znaczenia faktu, że babcia przebywa w tym kraju, poprosiłem ją o kilka flakoników perfum, których nie udało mi się zdobyć w Kolumbii.

Zdezorientowany zakończyłem rozmowę. Jak to możliwe, że babcia była w Nowym Jorku w siedem miesięcy po śmierci taty, skoro, jak wiedziałem, rodzinom Escobar i Henao odmówiono wizy?

Nazbierało się już wiele faktów, po których widać było związki moich krewnych z nieprzyjaciółmi ojca. Jednak gdy walczymy o życie, pozwalamy biec wydarzeniom, nie wchodząc za bardzo w szczegóły.

Minęło kilka lat, mieszkaliśmy już w Argentynie, dokąd udaliśmy się po opuszczeniu kraju. Któregoś dnia z ogromnym zdumieniem usłyszeliśmy w wiadomościach telewizyjnych, że prezydent Peru, Alberto Fujimori, uciekł do Japonii, przesyłając faksem swoją rezygnację.

Do zaskakującej dymisji Fujimoriego po dziesięciu latach sprawowania przez niego rządów doszło w tydzień po opublikowaniu w czasopiśmie „Cambio” wywiadu, w którym Roberto zapewniał, że mój ojciec dał milion dolarów na pierwszą kampanię prezydencką Fujimoriego w 1989 roku.

Oświadczył też, że pieniądze te zostały wysłane przez Vladimira Montesinosa, który według jego wiedzy wielokrotnie odwiedzał hacjendę Nápoles. Stryj dodał jeszcze w wywiadzie, że Fujimori obiecał ojcu ułatwienia w handlu ze swoim krajem, gdy tylko obejmie władzę. W końcowej części wywiadu wyjaśnił, że nie ma dowodów na te rewelacje, bowiem, jak powiedział, mafia nigdy nie zostawia śladów swojej nielegalnej działalności.

Kilka tygodni później wydawnictwo Quintero Editores wprowadziło do sprzedaży liczącą 186 stron książkę autorstwa Roberta Escobara pod tytułem Mój brat Pablo. „Odżyła” w niej na nowo sprawa kontaktów ojca z Montesinosem i Fujimorim.

W dwóch rozdziałach Roberto opowiada o wizycie Montesinosa w hacjendzie Nápoles, o tym jak handlował z moim ojcem, o przekazaniu miliona dolarów na kampanię Fujimoriego, telefonach pełnych wdzięczności ze strony nowego prezydenta Peru do mojego ojca i ofercie współpracy w zamian za otrzymaną pomoc finansową. Moją uwagę zwróciło zdanie pod koniec artykułu: „Montesinos wie, że ja wiem. I Fujimori wie, że ja wiem. Dlatego obu powinęła się noga”.

Roberto opowiadał o tych wydarzeniach, zapewniając, że był przy nich obecny. Jednak ani ojciec, ani ja nigdy nie braliśmy udziału w niczym podobnym.

Nie wiem, czy była to ta sama książka, o której napisanie proszono nas, obiecując w zamian amerykańskie wizy. Jedyna pewna informacja w tej sprawie nadeszła w sposób przypadkowy zimą 2013 roku, wraz z telefonem zagranicznego dziennikarza, któremu zwierzyłem się kiedyś z moich podejrzeń.

— Sebas9, muszę ci opowiedzieć, co mi się właśnie przytrafiło. Nie mogę z tym czekać do jutra.

— Mów, co się stało!

— Przed chwilą jadłem tu w Waszyngtonie kolację z dwoma byłymi agentami DEA, którzy brali udział w poszukiwaniu twojego ojca. Spotkaliśmy się, żeby porozmawiać o ich ewentualnym udziale wraz z tobą w planowanym przez telewizję północnoamerykańską serialu o życiu i śmierci Pabla Escobara.

— No dobrze, ale co takiego się stało? — dopytywałem.

— Wiedzą na ten temat bardzo dużo. Przy okazji wspomniałem im o podejrzeniach dotyczących zdrady ze strony stryja Roberta, o której tyle mówiliśmy. To prawda! Nie wierzyłem własnym uszom, kiedy przyznali, że w bezpośredni sposób przyczynił się do śmierci twojego starego.

— Widzisz! Miałem rację! Jak inaczej wyjaśnić, że jesteśmy jedynymi osobami z rodziny Pabla Escobara na wygnaniu? Roberto cały czas żył sobie spokojnie w Kolumbii, podobnie jak moje ciotki, którym nie spadł włos z głowy. Nikt ich nie prześladował.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2CTI (Cuerpo Técnico de Investigación) — wydział dochodzeniowo-śledczy prokuratury.

3Sijin, Dijin — kolumbijska policja śledcza. W strukturze organizacyjnej Sijin (Seccionales de Investigación Criminal) podlega Dijin (Dirección de Investigación Criminal).

4DAS (Departamento Administrativo de Seguridad) — kolumbijska Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego rozwiązana w 2011 roku.

5INPEC (Instituto Nacional Penitenciario y Carcelario) — Krajowy Instytut Penitencjarny, kolumbijski urząd sprawujący nadzór nad więziennictwem.

6DEA (Drug Enforcement Administration) — amerykańska agencja rządowa zwalczająca handel narkotykami poza obszarem Stanów Zjednoczonych.

7Capo (hiszp.) — szef mafii lub osoba pełniąca w niej kierowniczą funkcję.

8Sancocho (hiszp.) — pożywna zupa z mięsem i warzywami.

9Juan Pablo Escobar używa obecnie nazwiska Sebastián Marroquín.

Rodzice poznali się w dzielnicy La Paz w Envigado. Ojciec był o jedenaście lat starszy od mamy. Stworzyli związek bardzo intensywny i burzliwy, który trwał aż do jego śmierci.

W 1976 roku ojciec, oczekujący na wyrok w związku z procesem o handel pastą kokainową, został przeniesiony z więzienia Yarumito w Antioquii do Pasto. Mama, będąca wówczas w ciąży, przyjeżdżała go odwiedzać z babcią Hermildą. Strażnicy pozwalali im się spotykać w hotelu Morasurco.

Kilka miesięcy po moich urodzinach w lutym 1977 roku nastały złote czasy dla handlarzy narkotyków. Rodzice przeprowadzili się z dzielnicy La Paz w lepsze rejony Medellín.

Dotychczas niepublikowane zdjęcie ukazuje ojca dosiadającego słonia w ogrodzie zoologicznym w Dallas w Teksasie. Podczas tej podróży odbytej w towarzystwie dużej części rodziny kupił dziesiątki zwierząt, które później trafiły do hacjendy Nápoles.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki