Moc pasja modlitwa - Charles Grandison Finney - ebook

Moc pasja modlitwa ebook

Charles Grandison Finney

0,0

Opis

Charles G. Finney zasłynął z kazań, które zapoczątkowały Drugie Wielkie Przebudzenie w Ameryce w XIX wieku i rozpalały ogień w sercach chrześcijan. To niezwykle cenne dzieło zawiera jedenaście najbardziej znanych kazań na temat modlitwy wygłoszonych przez Finneya – wnikliwego, porywającego, wrażliwego kaznodzieję opierającego się na głęboko osobistych doświadczeniach.

Charles Grandison Finney (1792-1872) był praktykującym prawnikiem, który przeżył dramatyczne nawrócenie. Łączył oratorskie umiejętności adwokata z żarliwą miłością do Chrystusa, co zaowocowało służbą pełną mocy, która przyprowadziła ponad pół miliona ludzi do chrześcijaństwa. Jego kazania rozbrzmiewają dzisiaj równie głośno i są tak samo ważne jak w czasach, kiedy Finney głosił z mocą z kazalnicy.

 

„Moc, pasja i modlitwa” Charlesa G. Finneya to chrześcijańska książka o modlitwie, wierze i duchowym przebudzeniu. Autor przedstawia biblijne zasady zwycięskiej modlitwy, podkreślając znaczenie wiary, posłuszeństwa Bogu i działania Ducha Świętego. To inspirująca, a zarazem wymagająca lektura dla osób, które pragną pogłębić swoje życie modlitewne i lepiej zrozumieć, czym według Finneya jest skuteczna modlitwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 306

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wydanie poprawione i uwspółcześnione przez Roberta A. Engelhardta

ZADEDYKOWANE

Jezusowi Chrystusowi

Wstęp

Zredagowanie dzieła Charlesa G. Finneya to przywilej. Jego autobiografię przeczytałem po raz pierwszy wiele lat temu, gdy byłem młodym pastorem. Naturalnie, fascynowały mnie jego służba i słynne przebudzenia, które miały miejsce na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych, głównie w mieście i stanie Nowy Jork. Jego dokonania wywarły na mnie wpływ i zachęcały do działania we wczesnych latach mojej służby w Nowym Jorku. Redagowanie zbioru kazań na temat modlitwy, również w odniesieniu do pracy, którą obecnie wykonuję, pozwoliło mi spojrzeć na Finneya z innej perspektywy. Przestudiowałem dokładniej wiele zasad, którymi się kierował. Był głębokim i przenikliwym myślicielem biblijnym, który może nas wiele nauczyć na temat dzisiejszych czasów, tak samo jak to czynił w XIX wieku.

W miarę czytania, podobnie jak ja, odkryjecie prawdziwie innowacyjny i konfrontujący materiał. Finney posiadał dar interpretowania abstrakcyjnych izłożonych pojęć biblijnych oraz przedstawiania ich w prosty i zrozumiały sposób. Dodatkowo zachowywał przy tym elegancję myśli.

Pozwólcie, że zaprezentuję Wam próbkę pobudzającą apetyt na więcej:

1. Charles Finney rozważał zależność od Ducha Świętego, mówiąc także o potrzebie niewysłowionych modlitw. Jego myśli na temat doświadczania Boga wydają się proroczo przygotowywać scenę dla ruchów zielonoświątkowych i charyzmatycznych.

2. Finney głosił, że Bóg nie kocha każdego w taki sam sposób. Bóg kocha wszystkich ludzi miłością pełną współczucia, ale swoje dzieci, które są Mu posłuszne, miłuje miłością wyższego rodzaju. Finney nazywa tę miłość miłością upodobania lub miłością zadowolenia. Myśl ta podważyła paradygmat, którego trzymałem się przez długi czas, oparty na wersecie: „Bóg nie ma względu na osobę”1. Stąd wniosek, że kocha wszystkich tak samo. Cytowałem ten werset Pisma Świętego jak mantrę. Nie uświadamiałem sobie, że jeśli za bardzo rozszerzymy jego znaczenie, brzmi on niemalże panteistycznie. Czyni to Boga bezosobową siłą miłości, która wszystkich traktuje tak samo, bez względu na styl życia. W Biblii jednak wyraźnie widać, że Bóg ma ulubieńców, a ponadto z reguły sprzyja ludziom, którzy są Mu posłuszni. Finney uświadomił mi to w jaskrawy sposób.

3. Finney napominał, że zanoszenie modlitw jedynie w mało znaczących sprawach i modlenie się bez śmiałości znieważa Boga. Cytując Ewangelię św. Marka (11,23–24), Finney stwierdził, że Jezus użył tej sposobności do nauczania, by objawić moc, która przenosi góry. Nieśmiałe modlitwy ujawniają brak wiary, który rozprzestrzenia się jak nowotwór. Jego myśli odnośnie do modlitwy z wiarą brzmią, jakby wygłaszał je współczesny kaznodzieja, lecz sto lat wcześniej.

4. Charles Finney nauczał, że grzechy muszą być wyznawane pojedynczo. Twierdził, że skoro grzechy nie są abstrakcyjne, ich wyznawanie nie powinno być pozbawione precyzji. Jedynie siłą woli nie jesteśmy w stanie wywołać u siebie skruchy z powodu grzechu. Jeśli jednak przywołamy w pamięci konkretne sytuacje, w których popełniliśmy grzech, skrucha pojawi się samoistnie. Podobnie działa gniew: nie potrafimy rozgniewać się na zawołanie, lecz kiedy przypomnimy sobie krzywdę, którą ktoś nam wyrządził, gniew przychodzi naturalnie. Finney zakłada, że właśnie z tego powodu grzechy powinny być wyznawane pojedynczo. Bez autentycznego żalu nie ma mowy o prawdziwej pokucie.

5. Finney utrzymywał, że duch modlitwy jest ważniejszy niż jej forma. Opowiadał historię myśliwego, którego koń został zaatakowany przez bizona. Galopujące zwierzę zrzuciło człowieka z siodła, a ten zawisł na jego szyi. Był pewny, że albo zginie pod kopytami pędzącego konia, albo ubodzie go szarżujący bizon. Z dzieciństwa znał jedną jedyną modlitwę: „Teraz, gdy do snu się kładę, modlę się: zachowaj moją duszę”. Ta modlitwa brzmiała formalnie, ale duch wyraźnie wołał: „Boże, uratuj mnie!”. Bóg usłyszał ducha modlitwy i oszczędził życie myśliwego. Finney naucza krok po kroku, jak modlić się duchem.

6. Modlitwa Pańska jest idealna pod względem formy, a gdy modlimy się nią we właściwy sposób, staje się również doskonała duchowo. Finney szczegółowo rozważał każdy jej werset, tym samym dał czytelnikowi wgląd w pełnię Modlitwy Pańskiej.

7. Przebudzenie nie jest cudem. To jedna z kluczowych tez Finneya. Nauczał bowiem, że przebudzenie dokonuje się dzięki świadomemu zastosowaniu konkretnych biblijnych zasad. Nie twierdził przy tym, że Duch Święty nie angażuje się w przebudzenie, ale że Jego działanie jest pewne, gdy Kościół stosuje odpowiednie narzędzia. Jeśli właściwe środki zostaną zastosowane, przebudzenie nadejdzie. Kropka.

W pismach Charlesa Finneya znajdziemy wiele wnikliwych i śmiałych myśli. Warto je przestudiować i rozważyć. Nie twierdzę, że jego rozumowanie czy teologia były bezbłędne, lecz podkreślam, że myślał perspektywicznie i w głębokiej zgodzie z Biblią. Jego nauki okażą się wartościowe dla każdego oddanego ucznia Chrystusa. Finney jest najbardziej znany z płomiennych kazań na temat przebudzenia. Doskonale rozumiał jednak, że dzięki modlitwie może rozpalić ogień w sercach poszczególnych chrześcijan.

Tytuł książki – Moc, pasja i modlitwa – nie jest przypadkowy. To trzy filary, na których opiera się jej treść. Umacnia je świadectwo życia Finneya – służba Bogu w XIX wieku, która doprowadziła do zbawienia pół miliona ludzi, oraz jego trwała duchowa spuścizna w postaci kazań.

Zapraszam Was do wspólnej podróży. Spędźmy kilka głęboko osobistych godzin z Charlesem Grandisonem Finneyem.

Robert A. Engelhardt

Miejsce narodzin Finneya – Warren w stanie Connecticut

Tablica pamiątkowa wykonana przez Oberlin College

Nagrobek Charlesa G. Finneya na cmentarzu Westwood Cemetery w Oberlin w stanie Ohio

Wprowadzenie

Charles Grandison Finney

1792–1875

Człowiek, którego wielu uważa za największego ewangelistę przebudzeniowego, jaki kiedykolwiek żył, człowiek, przez którego przekonująca moc Ducha Świętego płynęła nie jak rzeka, lecz jak powódź – urodził się 29 sierpnia 1792 roku w Warren, w hrabstwie Litchfield w stanie Connecticut. Był synem Sylwestra i Rebeki Finneyów. Gdy miał około dwóch lat, jego rodzice przenieśli się do hrabstwa Oneida w stanie Nowy Jork, które w tamtym czasie było w znacznej mierze dziką krainą. Ze względu na niewielką liczbę mieszkańców w okolicy było niewiele kościołów i niewiele książek religijnych.

Większość osadników pochodziła z Nowej Anglii i – zgodnie ze swoim wcześniejszym zwyczajem – natychmiast zakładali na tym obszarze szkoły powszechne, czyli elementarne szkoły publiczne. Jednak rzadko można było w nich usłyszeć rozumne zwiastowanie Ewangelii. Finney uczęszczał do szkoły powszechnej latem i zimą aż do piętnastego lub szesnastego roku życia. Robił tak duże postępy, że wkrótce sam mógł poprowadzić taką szkołę, co w tamtych czasach było rzeczą zupełnie normalną.

Ani ojciec, ani matka Finneya nie wyznawali żadnej religii; również niewielu jego sąsiadów było ludźmi religijnymi. Rzadko słyszał kazania – chyba że od czasu do czasu pojawił się jakiś wędrowny kaznodzieja. Jak sam to ujął: „Czasem można było w tamtym kraju usłyszeć jakieś nędzne wystąpienie nieuczonego kaznodziei”. Их niewiedza była tak wielka, że po spotkaniach ludzie spędzali sporo czasu, śmiejąc się z dziwnych błędów i niedorzeczności, które przedstawiano jako Ewangelię.

Z czasem w pobliżu domu jego rodziców wzniesiono dom modlitwy, który powierzono opiece duchownego. Jednak rodzice Finneya ponownie się przeprowadzili – tym razem na dzikie tereny wzdłuż południowego brzegu jeziora Ontario, tuż na południe od Sacketts Harbor. Finney mieszkał tam przez kilka lat, lecz nie otrzymał lepszego wychowania religijnego niż wcześniej w hrabstwie Oneida.

Gdy miał około dwudziestu lat, wrócił do Connecticut, aby zamieszkać u wuja. Stamtąd udał się do New Jersey, w okolice Nowego Jorku, i rozpoczął pracę nauczyciela. Choć posiadał jedynie wykształcenie na poziomie szkoły powszechnej, nauczał i sam zdobywał wiedzę najlepiej, jak potrafił. Dwukrotnie wracał do Nowej Anglii i przez pewien czas uczęszczał do szkoły średniej. W okresie nauki rozważał podjęcie studiów w Yale College, lecz jego nauczyciel odradził mu ten krok. Powiedział, że Finney mógłby z łatwością opanować cały program nauczania w ciągu dwóch lat, ale aby uzyskać dyplom, i tak musiałby tam spędzić cztery lata. Był tak przekonujący, że Finney nie kontynuował już formalnej edukacji. Później opanował w pewnym stopniu łacinę, grekę i hebrajski, lecz nigdy nie uznał, że jest na tyle zdolny, aby samodzielnie krytycznie ocenić angielski przekład Biblii.

W 1818 roku Finney myślał o przeprowadzce na południe. Gdy jednak poinformował o tym swoich rodziców, których nie widział od czterech lat, ci natychmiast do niego przyjechali i przekonali go, by wrócił z nimi do hrabstwa Jefferson w stanie Nowy Jork. Niedługo potem Finney rozpoczął pracę jako student prawa w kancelarii Squire’a Wrighta w miejscowości Adams w tymże hrabstwie.

Do tego czasu nie otrzymał właściwie żadnego wychowania religijnego – poza okresem nauki w szkole średniej w Nowej Anglii. Starszy duchowny w kościele, do którego uczęszczał, był wprawdzie człowiekiem szlachetnym i bardzo lubianym przez wiernych, jednak czytał swoje kazania w taki sposób, że ledwie przyciągały uwagę Finneya. Pisał o nim:

Aby dać pewne wyobrażenie o jego kaznodziejstwie, powiem, że rękopisy jego kazań były tak niewielkie, że mieściły się w małej Biblii. Siedziałem na galerii i obserwowałem, jak wkłada rękopis w środek Biblii, a palce umieszcza w miejscach, gdzie znajdują się fragmenty Pisma, które zamierza cytować podczas odczytywania kazania. Zmuszało go to do trzymania Biblii obiema rękami, co uniemożliwiało jakiekolwiek gestykulowanie. I tak czytał fragmenty Pisma zaznaczone palcami, uwalniając jeden palec po drugim, aż w końcu wszystkie palce zostały „odczytane” ze swoich miejsc, a to oznaczało, że kazanie zbliża się do końca. Czytał w sposób całkowicie pozbawiony żaru, monotonny. Ludzie słuchali go wprawdzie uważnie i z szacunkiem, lecz muszę przyznać, że dla mnie niewiele to miało wspólnego z głoszeniem.

Kiedy Finney nauczał w szkole w New Jersey, większość kazań w jego okolicy głoszono w języku niemieckim. Przebywał tam około trzech lat i w tym czasie usłyszał zaledwie kilka kazań po angielsku. Dlatego gdy przybył do Adams, by studiować prawo, był niemal tak samo nieświadomy spraw religii jak poganin. Wychowywał się głównie na pograniczu dzikich terenów, nie przywiązywał większej wagi do święcenia Dnia Pańskiego i nie posiadał żadnej określonej wiedzy o prawdach religijnych.

Niedługo po jego przybyciu do Adams pastorem miejscowego Kościoła prezbiteriańskiego został wielebny George W. Gale z Princeton w stanie New Jersey. Gale był kalwinistą, a według Finneya jego kaznodziejstwo reprezentowało to, co nazywano hiperkalwinizmem. Finney słuchał go uważnie, lecz nie był w stanie wiele się od niego nauczyć. Opowiadał:

Jak czasem mu mówiłem, wydawało mi się, że zaczyna swoje rozważania od środka i przyjmuje za pewnik wiele rzeczy, które w moim przekonaniu należałoby najpierw udowodnić. Sprawia wrażenie, jakby uważał swoich słuchaczy za teologów i dlatego zakłada, że znają wszystkie wielkie i podstawowe doktryny Ewangelii. Muszę zatem przyznać, że jego kazania bardziej wprawiały mnie w zakłopotanie, niż budowały.

Do tego czasu Finney nigdy nie mieszkał w miejscu, gdzie mógłby regularnie uczęszczać na spotkania modlitewne. Ale Kościół prezbiteriański w pobliżu jego kancelarii organizował je co tydzień, więc gdy tylko mógł oderwać się od pracy, przychodził tam, by słuchać modlitw, jednak sam się nie modlił.

Podczas studiowania podręczników prawa elementarnego Finney zauważył, że dawni autorzy często cytowali Pismo Święte, a szczególnie odwoływali się do Prawa Mojżeszowego jako autorytetu dla wielu zasad prawa zwyczajowego. Rozbudziło to jego ciekawość i skłoniło go do zakupu pierwszej w życiu własnej Biblii. Za każdym razem gdy w książkach prawniczych natrafiał na odwołanie do Pisma, odszukiwał wskazany fragment, by zobaczyć, w jaki sposób łączy się on z zasadami prawa. To sprawiło, że zaczął interesować się Biblią w nowy sposób. Czytał ją i rozmyślał nad jej słowami więcej niż kiedykolwiek wcześniej, choć wiele jej fragmentów pozostawało dla niego niezrozumiałych.

W tym czasie wielebny Gale miał zwyczaj zaglądać do jego kancelarii i pytać Finneya, co sądzi o poprzednim niedzielnym kazaniu. Finney rozmawiał z nim szczerze i swobodnie, wysuwając tyle zastrzeżeń wobec jego poglądów, że sam czuł się zmuszony do głębszego namysłu nad poruszanymi kwestiami. Pisał:

Rozmawiając z nim i zadając mu pytania, zauważyłem, że jego własny umysł – jak mi się wydawało – jest w pewnym sensie zaciemniony i że on sam nie określa dokładnie, co ma na myśli, używa za to wielu ważnych pojęć. Rzeczywiście nie potrafiłem przypisać znaczenia wielu terminom, którymi posługiwał się często i z wielką powagą. Co miał na myśli, mówiąc o pokucie? Czy jest ona jedynie uczuciem żalu z powodu grzechu? Czy może całkowicie biernym stanem umysłu, czy też zawiera element woli? Jeśli jest zmianą myślenia, to na czym dokładnie polega ta zmiana? Co rozumiał przez odrodzenie? Co oznaczało takie mówienie w odniesieniu do przemiany duchowej? Co miał na myśli, mówiąc o wierze? Czy jest ona jedynie stanem intelektualnym? Czy tylko przekonaniem lub przeświadczeniem, że to, co mówi Ewangelia, jest prawdą? Co rozumiał przez uświęcenie? Czy wiązał z nim jakąś fizyczną zmianę w człowieku albo fizyczny wpływ Boga na człowieka? Nie potrafiłem tego stwierdzić – i wydawało mi się, że on sam również nie wiedział, w jakim sensie używa tych i podobnych pojęć.

Prowadziliśmy wiele interesujących rozmów, lecz raczej pobudzały mnie one do dalszych poszukiwań, niż dawały satysfakcję co do poznania prawdy.

Gdy czytałem Biblię, uczęszczałem na spotkania modlitewne, słuchałem kazań pana Gale’a i rozmawiałem z nim, ze starszymi zboru oraz z innymi ludźmi, stawałem się coraz bardziej niespokojny. Krótka refleksja wystarczyła, bym zrozumiał, że gdybym umarł w takim stanie, nie byłbym gotowy na niebo. Wydawało mi się, że w religii musi być coś o nieskończonym znaczeniu. Wkrótce więc stało się dla mnie jasne, że jeśli dusza jest nieśmiertelna, potrzebuję wielkiej wewnętrznej przemiany, aby być przygotowanym do szczęścia w niebie. Nadal nie miałem wyrobionego zdania na temat prawdziwości lub fałszywości Ewangelii i chrześcijaństwa. Wątpliwości te były jednak zbyt ważne, by pozwolić mi spocząć w niepewności.

Finney zaczął regularnie uczęszczać na cotygodniowe spotkania modlitewne. Najbardziej uderzało go to, że ludzie, którzy się modlą, nigdy nie otrzymują odpowiedzi na swoje modlitwy. W istocie wydawało mu się, że nawet się nie spodziewają, iż je otrzymają. Tymczasem gdy badał Biblię – co teraz czynił niemal nieustannie – znajdował mnóstwo fragmentów, w których Bóg obiecuje wysłuchiwać modlitw. Pisał:

Gdy czytałem Biblię, dowiadywałem się, co Chrystus mówi o modlitwie i o odpowiedzi na nią. Powiedział: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a temu, kto kołacze, będzie otworzone”. Czytałem także, jak Chrystus zapewnia, że Bóg chętniej daje Ducha Świętego tym, którzy Go proszą, niż ziemscy rodzice dają dobre dary swoim dzieciom. Słyszałem, jak ludzie nieustannie modlą się o wylanie Ducha Świętego, a jednocześnie często wyznają, że nie otrzymują tego, o co proszą.

Zachęcali się nawzajem, by się przebudzić, zaangażować i gorliwie modlić o przebudzenie, twierdząc, że jeśli będą spełniać swój obowiązek, modlić się o wylanie Ducha i czynić to szczerze, Duch Boży zostanie wylany, nastąpi przebudzenie, a niepokutujący się nawrócą. Jednak podczas spotkań modlitewnych i w rozmowach wciąż przyznawali, że w gruncie rzeczy nie czynią żadnego postępu w doprowadzaniu do przebudzenia.

Pewnego razu, gdy byłem na jednym z takich spotkań, zapytano mnie, czy nie chciałbym, aby się za mnie modlono. Odpowiedziałem, że nie, ponieważ nie widzę, aby Bóg odpowiadał na ich modlitwy. Powiedziałem: „Przypuszczam, że rzeczywiście potrzebuję modlitwy – mam świadomość, że jestem grzesznikiem – lecz nie widzę, jaki miałoby to przynieść pożytek, skoro wy ciągle prosicie, a nie otrzymujecie. Modlicie się o przebudzenie, odkąd jestem w Adams, a wciąż go nie ma. Modlicie się, aby Duch Święty na was zstąpił, a jednocześnie narzekacie na swoją duchową nędzę”. Pamiętam, że użyłem wtedy takiego sformułowania: „Odkąd chodzę na te spotkania, modliliście się już tyle, że gdyby w waszych modlitwach była jakaś moc, wypędzilibyście diabła z Adams. A jednak wciąż się modlicie i nadal narzekacie”.

Finney, dalej studiując Biblię, doszedł do wniosku, że ich modlitwy nie są wysłuchiwane, ponieważ nie spełniają objawionych warunków, od których Bóg uzależnił odpowiedź na modlitwę. Nie modlili się bowiem z wiarą, oczekując, że Bóg rzeczywiście da im to, o co proszą.

Finney zmagał się z tym i z wieloma innymi wątpliwościami przez dwa lub trzy lata. W końcu doszedł do przekonania, że niezależnie od braku zrozumienia – czy to w jego własnym umyśle, czy w umyśle jego pastora, czy też w umyśle członków zboru – Biblia pozostaje prawdziwym Słowem Bożym.

Gdy to zrozumiał, stanął twarzą w twarz z pytaniem, czy przyjmie Jezusa Chrystusa ukazanego w Ewangelii, czy też będzie nadal prowadził światowe życie. Duch Święty działał na niego już tak silnie, że myśl ta nieustannie powracała. Wiedział, że nie może długo pozostawiać tej sprawy nierozstrzygniętej ani zwlekać z wyborem między drogami, które stanęły przed nim tak wyraźnie – życiem duchowym i życiem światowym.

W niedzielny wieczór, 7 października 1821 roku Finney postanowił raz na zawsze rozstrzygnąć sprawę zbawienia swojej duszy. Jeśli to możliwe, chciał pojednać się z Bogiem natychmiast. A jednak wciąż się wahał. Był bardzo zajęty w kancelarii i nie wiedział, kiedy znajdzie na to czas. W końcu zrozumiał jednak, że jeśli nie okaże stanowczości, będzie odkładał tę decyzję aż do chwili, gdy może być już za późno.

Odkrył także w sobie coś, o czym wcześniej nie myślał – że jest człowiekiem dumnym, a wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Zawsze uważał, że niewiele go obchodzi opinia innych ludzi, a teraz przekonał się, że nie chce, aby ktokolwiek wiedział o tym, że poszukuje zbawienia. Gdy modlił się w kancelarii, czynił to jedynie szeptem – i to dopiero po zatkaniu dziurki od klucza, aby nikt nie mógł go zobaczyć. Biblia, która dotychczas leżała na stole obok ksiąg prawniczych, teraz była przez nie przykryta, by nikt się nie domyślił, że ją czyta. Wcześniej był gotów rozmawiać z każdym o sprawach duchowych; teraz nie chciał rozmawiać z nikim – zwłaszcza o tym, co dzieje się w jego sercu.

W poniedziałek i wtorek jego przekonanie o własnym stanie duchowym się pogłębiło, lecz wydawało mu się, że jego serce zamiast mięknąć, twardnieje. Nie potrafił uronić ani jednej łzy, nie był w stanie modlić się głośniej niż szeptem, a gdy się modlił, nie odczuwał żadnej ulgi. Stał się nieśmiały, unikał ludzi, nie chciał z nikim o niczym rozmawiać i robił wszystko, by nie wzbudzić podejrzeń, że szuka zbawienia swojej duszy. We wtorkowy wieczór ogarnęło go wielkie zdenerwowanie, a w nocy pojawiło się w nim dziwne uczucie, jakby miał umrzeć. Wiedział, że gdyby tak się stało, poszedłby do piekła. Uspokajał się jednak, jak tylko potrafił, aż do rana.

Wczesnym rankiem wyruszył do kancelarii, lecz zanim tam dotarł, jego umysł zalała fala pytań: „Na co czekasz? Czy nie obiecałeś oddać swojego serca Bogu? Co właściwie próbujesz zrobić? Czy starasz się wypracować własną sprawiedliwość?”.

Wtedy Duch Święty nagle otworzył przed nim Ewangelię zbawienia. Tak opisał ten moment w swoich wspomnieniach:

W tej właśnie chwili cała kwestia zbawienia według Ewangelii otworzyła się przede mną w sposób niezwykły. Wydaje mi się, że wtedy ujrzałem – tak jasno jak nigdy w życiu – rzeczywistość i pełnię pojednania dokonanego przez Chrystusa. Zobaczyłem, że Jego dzieło jest dziełem dokonanym; że zamiast posiadać własną sprawiedliwość lub potrzebować własnej sprawiedliwości, która mogłaby mnie polecić Bogu, mam poddać się sprawiedliwości Bożej w Chrystusie. Zbawienie ewangeliczne jawiło mi się jako dar, który należy przyjąć – dar pełny i doskonały. Wszystko, co było potrzebne z mojej strony, to zgodzić się porzucić swoje grzechy i przyjąć Chrystusa. Zbawienie nie jest czymś, co należy wypracować własnymi uczynkami, lecz czymś, co należy znaleźć w samym Panu Jezusie Chrystusie, który stanął przede mną jako mój Bóg i mój Zbawiciel.

Nie zdając sobie z tego wyraźnie sprawy, zatrzymałem się na ulicy dokładnie w miejscu, gdzie ten wewnętrzny głos jakby mnie powstrzymał. Jak długo tam stałem – nie wiem. Lecz gdy to wyraźne objawienie przez pewien czas trwało w moim umyśle, miałem wrażenie, że padło pytanie: „Czy przyjmiesz to teraz – dzisiaj?”. Odpowiedziałem: „Tak, przyjmę to dzisiaj – albo umrę, próbując”.

Na północ od wioski, tuż za niewielkim wzgórzem, znajdował się zalesiony teren, gdzie Finney często spacerował w pogodne dni. Choć był już 10 października i minął czas jego regularnych przechadzek, postanowił się tam udać, aby pobyć sam na sam z Bogiem i wylać przed Nim swoje serce bez obawy, że ktoś go zobaczy. Jednak i teraz jego duma dała o sobie znać – zaczął się obawiać, że ktoś zauważy, jak idzie do lasu, by się modlić. Choć prawdopodobnie nikt w miasteczku nie pomyślałby nawet o czymś takim, Finney ukrywał się przy płocie najlepiej, jak tylko potrafił, aż dotarł do lasu. Następnie wszedł w głąb około ćwierć mili, aż się upewnił, że nikt z drogi nie zdoła go dostrzec. Tam znalazł dwa wielkie drzewa przewrócone jedno na drugie, tworzące małe schronienie. Wpełzł do środka i uklęknął, by się modlić.

Gdy zdecydował się pójść do lasu, powiedział sobie: „Oddam Bogu swoje serce albo nigdy nie opuszczę tego miejsca”. Jednak gdy spróbował się modlić, odkrył, że nie potrafi. Wydawało mu się, że kiedy będzie pewien, iż nikt go nie słyszy, modlitwa przyjdzie mu łatwo. Tymczasem nie miał Bogu nic do powiedzenia. Za każdym razem, gdy słyszał szelest liści, wychylał się ze swojego schronienia, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Tak opisał tę walkę w swojej duszy:

W końcu poczułem, że zbliżam się do rozpaczy. Powiedziałem sobie: „Nie potrafię się modlić. Moje serce jest martwe wobec Boga i nie chce się modlić”. Zacząłem wyrzucać sobie, że obiecałem oddać serce Bogu, zanim opuszczę las. A gdy próbowałem to uczynić, odkryłem, że nie mogę. Moja dusza jakby się cofała – nie było żadnego poruszenia serca ku Bogu. Zacząłem głęboko odczuwać, że jest już za późno; że Bóg mnie odrzucił i że nie ma dla mnie nadziei.

W tej właśnie chwili znów pomyślałem, że słyszę czyjeś kroki i otworzyłem oczy, aby sprawdzić, czy mam rację. Wtedy jednak zostało mi wyraźnie ukazane, że wielką przeszkodą stojącą na drodze jest pycha mojego serca. Ogarnęło mnie przytłaczające poczucie niegodziwości – wstydziłem się tego, że jakiś człowiek zobaczy mnie klęczącego przed Bogiem. Uczucie to ogarnęło mnie z taką mocą, że krzyknąłem na całe gardło, że nie opuszczę tego miejsca, nawet gdyby otoczyli mnie wszyscy ludzie na ziemi i wszystkie demony z piekła. „Jakże to!” – wykrzyknąłem. – „Ja, tak upadły grzesznik, klęczę, wyznając swoje grzechy przed wielkim i świętym Bogiem, i wstydzę się, że jakikolwiek człowiek, równie grzeszny jak ja, zobaczy mnie na kolanach, gdy staram się pojednać z obrażonym Bogiem!” Grzech ten wydał mi się straszny, nieskończony. Złamał mnie przed Panem.

Wtedy fragmenty Pisma ze Starego i Nowego Testamentu zaczęły napływać do jego umysłu – wielkie, pełne pociechy obietnice Boga dla tych, którzy uwierzą w Jezusa Chrystusa. Finney nie pamiętał, by kiedykolwiek wcześniej czytał lub słyszał wiele z nich, a jednak wiedział, że są Słowem Bożym i że to Duch Święty przemawia do niego na temat stanu jego duszy. Zawołał do Jezusa Chrystusa: „Panie, przyjmuję Twoje Słowo. Ty wiesz, że szukam Cię całym sercem i że przyszedłem tu, by się modlić. Obiecałeś mnie wysłuchać”.

Czas mijał, Finney się modlił, a Duch Święty nadal przemawiał do jego duszy. W końcu wstał i skierował się ku drodze prowadzącej do wyjścia z lasu. Nawet nie przyszło mu do głowy, że się nawrócił. Idąc przez las, powiedział do siebie: „Jeśli kiedykolwiek się nawrócę, będę głosił Ewangelię”.

Gdy dotarł do wioski, odkrył, że jest południe, a przecież do lasu wszedł zaraz po wczesnym śniadaniu. Był tak pochłonięty modlitwą, że zupełnie stracił poczucie czasu. W jego duszy panował teraz wielki pokój, a ciężar grzechu całkowicie z niej spadł. Do tego stopnia, że był nawet skłonny sądzić, iż jeszcze nie narodził się z Boga. Poszedł zjeść obiad, lecz nie miał apetytu. Udał się więc do kancelarii, wziął swoją violę da gamba i – jak miał w zwyczaju – zaczął grać i śpiewać pieśni religijne. Jego dusza była jednak tak przepełniona, że nie potrafił śpiewać bez łez.

Tego samego wieczoru, w dniu swojego nawrócenia – nie prosząc o to ani nawet nie wiedząc, że coś takiego istnieje – Finney otrzymał potężny chrzest Duchem Świętym. To właśnie ten chrzest przyniósł mu przytłaczającą moc Ducha Świętego, przekonującą ludzi o ich grzechach. Przejawiała się ona za każdym razem, gdy mówił o stanie ich duszy i potrzebie zbawienia w Jezusie Chrystusie. To ten chrzest sprawił, że wielu uważa go za największego ewangelistę przebudzeniowego, jaki kiedykolwiek żył. Oto jak sam opisał swoje doświadczenie:

Po obiedzie z panem Wrightem zabraliśmy się za przenoszenie książek i mebli do innej kancelarii. Przez całe popołudnie byliśmy bardzo zajęci i niewiele rozmawialiśmy. Mój umysł pozostawał jednak w stanie głębokiego pokoju. Moje myśli i uczucia wypełniały wielka słodycz i czułość. Wszystko zdawało się układać właściwie i nic nie było w stanie mnie zaniepokoić.

Tuż przed wieczorem ogarnęła mnie myśl, że gdy tylko zostanę sam w nowej kancelarii, spróbuję ponownie się modlić. Postanowiłem bowiem, że w żadnym wypadku nie porzucę spraw religii; dlatego choć nie odczuwałem już niepokoju o swoją duszę, nadal chciałem się modlić.

Wieczorem uporządkowaliśmy książki i meble. Rozpaliłem w otwartym kominku duży ogień, mając nadzieję spędzić wieczór samotnie. O zmroku pan Wright, widząc, że wszystko jest już gotowe, pożegnał się ze mną i poszedł do domu. Odprowadziłem go do drzwi. Gdy je zamknąłem i się odwróciłem, poczułem, jak moje serce jakby się rozpływa. Wszystkie moje uczucia zdawały się wzbierać i wypływać na zewnątrz, a z mojego serca wydobyły się słowa: „Chcę wylać całą duszę przed Bogiem”. Poruszenie mojej duszy było tak wielkie, że wbiegłem do pokoju za kancelarią, by się modlić.

W pomieszczeniu nie było ognia ani światła, a jednak wydawało mi się, że panuje w nim zupełna jasność. Gdy wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi, miałem wrażenie, że spotkałem Pana Jezusa Chrystusa twarzą w twarz. Wówczas nie przyszło mi na myśl – ani jeszcze przez pewien czas później – że był to wyłącznie stan umysłu. Przeciwnie, wydawało mi się, że widzę Go tak, jak widzi się każdego innego człowieka. Nic nie powiedział, lecz spojrzał na mnie w taki sposób, że całkowicie mnie złamał u swoich stóp. Od tamtej pory uważam to za niezwykły stan umysłu, ponieważ wydawało mi się to całkowicie realne, że On stoi przede mną, a ja padam do Jego stóp i wylewam przed Nim swoją duszę. Płakałem głośno jak dziecko i wyznawałem to, co zdołałem, bo słowa więzły mi w gardle. Wydawało mi się, że obmywam Jego stopy łzami – choć nie mam wyraźnego wspomnienia, bym Go dotykał.

Musiałem pozostawać w tym stanie przez dłuższy czas, lecz mój umysł był zbyt pochłonięty tym spotkaniem, by zapamiętać, co mówiłem. Wiem jednak, że gdy tylko uspokoiłem się na tyle, by przerwać to doświadczenie, wróciłem do przedniej kancelarii i zobaczyłem, że ogień, który rozpaliłem z dużych kawałków drewna, niemal całkowicie wygasł. Gdy odwróciłem się, by usiąść przy kominku, otrzymałem potężny chrzest Ducha Świętego. Bez żadnego oczekiwania, bez najmniejszej myśli, że coś takiego może mnie spotkać, bez przypomnienia sobie, bym kiedykolwiek słyszał o czymś takim od kogokolwiek – Duch Święty zstąpił na mnie w sposób, który zdawał się przenikać całe moje ciało i duszę. Czułem to jak falę elektryczności przechodzącą przeze mnie wzdłuż i wszerz. Wydawało mi się, że przychodzi falami – falami płynnej miłości. Nie potrafię wyrazić tego inaczej. To było jak oddech samego Boga. Wyraźnie pamiętam, że miałem wrażenie, jakby owiewały mnie ogromne skrzydła.

Żadne słowa nie są w stanie wyrazić cudownej miłości, która rozlała się w moim sercu. Płakałem głośno z radości i miłości. Nie wiem, czy nie powinienem powiedzieć, że wręcz ryczałem, gdy z mojego serca wytryskiwały niewypowiedziane uczucia. Fale te przechodziły przeze mnie raz za razem, aż w końcu zawołałem: „Umrę, jeśli będą dalej na mnie spływać. Panie, nie zniosę więcej”. A jednak nie bałem się śmierci.

Finney przez pewien czas pozostawał pod wpływem tego niezwykłego chrztu Duchem Świętym. Duchowa moc fala za falą przechodziła przez niego, napełniając go i wstrząsając nim. Tego samego wieczoru do kancelarii przyszedł jeden z członków chóru, którego Finney był dyrygentem. Był to członek zboru, który zdumiał się, widząc Finneya płaczącego pod wpływem mocy Ducha. Zadał kilka pytań, a potem poszedł po jednego ze starszych zboru – bardzo poważnego człowieka. Gdy starszy zobaczył Finneya płaczącego pod wpływem działania Ducha, zaczął śmiać się tak bardzo, że wydawało się, iż nie przestanie. W tym czasie do kancelarii wszedł młody człowiek związany z Finneyem. Słuchał z osłupieniem jego relacji, po czym nagle upadł na podłogę i zawołał w wielkiej udręce: „Módlcie się za mnie!”. Wszyscy się za niego modlili, a potem odeszli, zostawiając Finneya samego.

Choć Finney doświadczył niezwykłego przejawu chrztu Duchem Świętym, nadal wątpił, czy był to prawdziwy chrzest – zwłaszcza że starszy B. głośno się śmiał, gdy Finney opowiadał mu o tym, co przeżywa. Pokusa zwątpienia była tak silna, że położył się spać, nie będąc pewien, czy rzeczywiście pojednał się z Bogiem. Bóg jednak nie pozostawił go długo w tym stanie.

Wkrótce zasnąłem, lecz niemal natychmiast obudziłem się z powodu wielkiego napływu Bożej miłości w moim sercu. Byłem nią tak przepełniony, że nie mogłem spać. Wkrótce znów zasnąłem i ponownie obudziłem się w ten sam sposób. Gdy się budziłem, pokusa zwątpienia wracała, a miłość w moim sercu zdawała się słabnąć; lecz gdy tylko zasypiałem, ciepło w moim wnętrzu było tak wielkie, że natychmiast się budziłem. Trwało to aż do późnej nocy, kiedy w końcu zapadłem w głęboki sen.

Gdy rano się obudziłem, słońce już wzeszło i jasne światło wlewało się do mojego pokoju. Nie potrafię opisać wrażenia, jakie to światło na mnie wywarło. Natychmiast ogarnął mnie na nowo chrzest, którego doświadczyłem poprzedniego wieczoru – w ten sam sposób. Uklęknąłem na łóżku i płakałem głośno z radości. Przez pewien czasbyłem tak przytłoczony chrztem Ducha, że nie mogłem robić nic poza wylewaniem swojej duszy przed Bogiem. Wydawało mi się, że ten poranny chrzest był połączony z łagodną naganą – jakby Duch mnie pytał: „Będziesz wątpił? Będziesz wątpił?”. Zawołałem: „Nie! Nie będę wątpił – nie mogę wątpić”. Wtedy sprawa została mi tak jasno wyjaśniona, że stało się niemożliwe, abym mógł wątpić, iż Duch Boży zawładnął moją duszą.

W ten sposób Bóg przekazał Finneyowi naukę o usprawiedliwieniu z wiary jako rzeczywistym, obecnym doświadczeniu. Wcześniej nigdy nie postrzegał jej jako fundamentalnej doktryny Ewangelii – w istocie nie wiedział nawet dokładnie, co oznacza usprawiedliwienie. Teraz jednak mógł zobaczyć i zrozumieć znaczenie słów: „Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Zobaczył, że w chwili, gdy uwierzył w lesie, wszelkie poczucie potępienia zniknęło z jego umysłu. Od tego momentu nie był w stanie odczuwać winy ani potępienia, choćby nawet próbował. Jego grzechy odeszły i nie miał większego poczucia winy, niż gdyby nigdy nie zgrzeszył.

Właśnie to było objawienie, którego potrzebował. Czuł się usprawiedliwiony z wiary i – na ile mógł to ocenić – znajdował się w stanie, w którym nie grzeszył. Zamiast poczucia nieustannego grzeszenia jego serce było tak przepełnione miłością, że aż się przelewało. Jego kielich był pełen błogosławieństwa i miłości i nie potrafił odczuwać, że grzeszy przeciwko Bogu. Nie był też w stanie przywołać choćby najmniejszego poczucia winy z powodu swoich dawnych grzechów. Właśnie tego szukał od chwili, gdy uwierzył, że Biblia jest prawdziwym Słowem Bożym.

Fale mocy i miłości nadal na niego spływały, nawet następnego ranka, gdy poszedł do kancelarii. Gdy pan Wright wszedł do środka, Finney powiedział mu kilka słów o zbawieniu. Słowa te przeszyły Wrighta jak strzała. Nie odpowiedział nic, spuścił głowę, a po kilku minutach wyszedł. W następnych dniach kilka osób nawróciło się w lesie. Gdy pan Wright usłyszał ich świadectwa, postanowił, że sam nigdy nie pójdzie do lasu, by się modlić. Wydawało mu się to niepotrzebne – uważał, że może zostać zbawiony w dowolnym miejscu. Powiedział: „Mam salon do modlitwy. Nie będę chodził do lasu”.

Mijały tygodnie, a przekonanie pana Wrighta o własnym stanie duchowym się pogłębiło. Próbował sobie wmówić, że to nie pycha powstrzymuje go przed przyjęciem Chrystusa. Dlatego wracając z nabożeństw, klękał czasem na ulicy, by się modlić. Szukał nawet błotnistej kałuży, w której mógłby uklęknąć, aby pokazać, że nie kieruje nim pycha. A jednak nie znajdował pokoju. W końcu uznał, że to właśnie pycha jest największą przeszkodą na drodze jego zbawienia, i postanowił się poddać. Gdy poszedł do lasu i uklęknął do modlitwy, został napełniony tak wielkim pokojem i radością, że niemal go to przytłoczyło.

Choć Finney kochał prawo, stracił teraz do niego wszelkie zamiłowanie.

1. Sekret mocy Charlesa Finneya dostępny dla każdego

Arthur Tappan Pierson2

[Uwaga: poniższy tekst stanowi zapis mowy wygłoszonej podczas spotkania upamiętniającego Finneya3, która została spisana dopiero po wystąpieniu. A.T.P.]

Kiedy studiujemy życie wybitnego człowieka, dostrzegamy cechy wyraźnie się wyróżniające – jak góry w krajobrazie – które nadają postaci indywidualność, szczególność, a czasami osobliwość. Odróżniają one tego człowieka od wszystkich innych i przypominają nam przy okazji słynny dwuwiersz Byrona:

Tylko jednego takiego człowieka natura ukształtowałaI popsuła matrycę, tworząc Sheridana4.

Gdyby szczególne cechy były wszystkim, co odkryjemy na temat interesującej nas postaci, biografia na niewiele by się zdała. Mamy skłonność do uchylania się przed heroicznym wysiłkiem, dlatego moglibyśmy stwierdzić, że takich osób nie da się naśladować, i wciąż zadowalać się niskim poziomem własnego życia.

Bez wątpienia niektórych sekretów Finneya nie uda się łatwo posiąść, na przykład jego wglądu w ludzką naturę, umiejętności analizowania i argumentowania, energii fizycznej i psychicznej, żywej wyobraźni, szybkości myślenia i mowy oraz atletycznej wręcz siły w sytuacjach antagonizmu. Ale czy powinniśmy jedynie z dystansu podziwiać jego poświęcenie Bogu i duszom ludzkim oraz odrzucić wszelką myśl o naśladowaniu go czy wzorowaniu się na nim? Jeśli tak, jego życie pozostawiło swój ślad na żywych liściach historii w dużej mierze na próżno. Bóg rzucił rycerską rękawicę na życiowe Pole Złotogłowia5, wzywając nas wszystkich do prawdziwego chrześcijańskiego rycerstwa! Finney pokazuje, na wielką skalę, jak cenne może okazać się jedno życie i jak dużo można zdziałać w pojedynkę, a gdyby był tutaj teraz, powiedziałby za apostołem Pawłem: „Bądźcie naśladowcami moimi, jak i ja jestem naśladowcą Chrystusa” (I Kor. 11,1).

Mówiąc o sekretach jego mocy, które i my możemy posiąść, zaczynamy i kończymy na najważniejszym źródle wszelkiej siły – na charakterze. Finneya cechowały w szczególności szczerość, odwaga, sumienność i poświęcenie.

Szczerość nie jest powszechną cnotą. Niewielu ludzi odznacza się uczciwością wobec samych siebie; wolą uciekać i unikać przekonania o grzechu, które zmusiłoby ich do potępienia sposobu życia z przeszłości i zreformowania obecnych praktyk. Finney był stale szczery wobec samego siebie, wobec Boga oraz wobec ludzi. Miał otwarty umysł, który raduje się z prawdy, nawet gdy się go upomina, i który postępuje uczciwie, niezależnie od tego, czy bada samego siebie, modli się do Boga, czy przemawia do innych. Jego uczciwość zadziwiała, a czasami nawet obrażała. Dopiero druga, trzeźwa myśl rodziła w ludziach przekonanie, że ten, który powiedział im czystą prawdę, jest człowiekiem, do którego trzeba pójść, gdy szuka się zbawienia lub uświęcenia.

Odwaga to nie tylko fizyczna niezłomność, która często jest jedynie przekonaniem o dysponowaniu brutalną siłą. Finney był nieustraszony moralnie. Dzięki temu mógł stawiać czoła niewłaściwemu nauczaniu i walczyć ze złymi praktykami. W postępowaniu z duszami był zdecydowany i stanowczy. Nie zważając na ograniczenia wynikające z konwenansów, śmiało uderzał w popularne bożki. Z odwagą stosował wszelkie środki, jak wierzył, słuszne i skuteczne. Ta nieustraszoność pochodziła ze świadomej społeczności z Bogiem, tej samej, która Lutra uczyniła odważnym jak lew przed sejmem wormackim, Knoxowi dała motto „Jeden człowiek z Bogiem tworzy większość” i sprawiła, że Paweł pytał: „[…] Jeśli Bóg za nami, któż przeciwko nam?” (Rzym. 8,31).

Sumienność Finneya uwidaczniała się w natychmiastowym i nieustannym posłuszeństwie wobec każdego przekonania o obowiązku, niezależnie od tego, czy wynikało ono z poczucia moralnego, zapisanego Słowa Bożego czy żywego Ducha Świętego. Poznać dobro znaczy dążyć do niego; ujrzeć prawdę znaczy przyjąć ją; widzieć wolę Bożą znaczy poddać się jej, zarówno w służbie, jak i w cierpieniu. Finney dowiódł, że Ducha Świętego „[…] Bóg dał tym, którzy mu są posłuszni” (Dz. 5,32). Nauczył się bowiem, że każdy akt posłuszeństwa przynosi nowy chrzest, podczas gdy inni biernie oczekują, że Duch Święty ich napełni i przyoblecze w moc.

Poświęcenie, które cechowało Finneya, było złożeniem siebie jako ofiary całopalnej na ołtarzu Bożym. Wyzbywając się wszelkich egoistycznych ambicji, podnosił ku górze puste naczynie, aby zostało napełnione łaską Bożą, a Bóg uświęcił swoją chwałą ten przybytek. Finney znalazł wielu uczniów, którzy, podobnie jak ci napotkani przez Pawła w Efezie, nie otrzymali Ducha Świętego, co więcej, nawet o Nim nie usłyszeli, gdy uwierzyli. Byli ochrzczeni jedynie Janowym chrztem upamiętania, ale nie chrztem Jezusa – chrztem duchowego życia i mocy. Finney nauczał Kościół, że wierzący mają zdążać od łaski zbawienia do łaski uświęcenia, a potem dalej do służby, aby każdy wierzący mógł być „[…] naczyniem do celów zaszczytnych, poświęconym i przydatnym dla Pana, nadającym się do wszelkiego dzieła dobrego” (II Tym. 2,21).

Jak dotąd przykład Charlesa Finneya z pewnością nie jest poza zasięgiem naśladowania. Jednak czy możemy doścignąć go w wielkiej wierze? Jak doszło do tego, że stała się ona tak głęboka? Czy została udzielona bezpośrednio jako dar Boży, czy też Finney ją pielęgnował?

Oto odpowiedź: karmił wiarę Słowem Bożym – na takim podłożu wzrastała. Finney badał Biblię i modlił się jej słowami na kolanach. Gromadził jej obietnice, aż niewiara upadła – została powalona i pochłonięta ogniem świadectwa niesionych przez nią prawd. Jego wiara rosła dzięki praktykowaniu modlitwy. Doświadczenie jest najbardziej przekonującym argumentem, który Bóg przedstawia wątpiącej duszy: „Wejdź do swojej komory. Wystaw mnie na próbę, czy nie otworzę przed tobą okien niebieskich i nie wyleję na ciebie błogosławieństwa ponad miarę”6. Każda nowa obietnica, której uchwyci się modląca się dusza, a już szczególnie doświadczenie wysłuchanej modlitwy, wzmacnia wiarę.

Czy można posiąść moc Finneya jako kaznodziei? Tu ponownie zauważamy cztery charakterystyczne cechy godne naśladowania. Finney był zwyczajny, szczery, biblijny i duchowy.

Jego prostota uwidaczniała się w skoncentrowaniu na jednym celu – jego świętej gorliwości, by uwielbić Boga poprzez zbawianie i uświęcanie dusz. Zależało mu bardziej na westchnieniach jednego człowieka, który został zraniony strzałą prawdy, niż na okrzykach stu ludzi, którzy wychwalali umiejętności łucznika. Starał się dotknąć tego, co jest najbardziej skryte w człowieku; nie grał na przemijających uczuciach i emocjach, ale chciał wywoływać trwałe odczucia, przekonania i postanowienia. Unikał dogmatyzmu, zastępował autorytet argumentem, niczego nie zakładał i krok za krokiem prowadził umysł, by przyjął prawdę. A potem uderzał w wolę. Kiedy rozpalił żelazo do białości, pracował młotem, by nadać mu kształt; kładąc potężny nacisk na osobistą odpowiedzialność i obowiązek wybrania życia od razu, nalegał na podjęcie natychmiastowego, zdecydowanego i widocznego działania!

Nakierowanie na jeden cel zrodziło prostotę treści oraz sposobu jej przedstawienia. Jego słowa nie ukrywały myśli, a ilustracje nie przyciągały uwagi. Były oknami, które wpuszczały światło, podczas gdy misternie wykonane framugi i witraże, które zdobią okno, zaciemniają światło. Finney nie ośmielił się stawiać swej wielkości pomiędzy umierającą duszą a krzyżem. Pragnął być jedynie palcem wskazującym i głosem mówiącym: „Oto Baranek Boży!”.

Jego oczywista szczerość robiła wrażenie na słuchaczach, dając im przekonanie, że wie, co mówi i wierzy w to, o czym mówi. Swoim uczniom nakazywał, by zwiastowali jedynie to, co zakorzenione w ich bogatym i osobistym doświadczeniu. Tak zwane sensacyjne kazania były dla niego przerażającą zabawą, nakładaniem gorących okładów na śmiertelnego raka, który pożera wewnętrzne organy i wymaga natychmiastowego użycia skalpela! Ta żarliwa szczerość dawała mu autorytet i dostojność we wnikliwym demaskowaniu zwodniczych przeżyć i fałszywych nadziei. Należą do nich rytualizm, który posiada pozór pobożności pozbawionej mocy, lub faryzeizm bez ducha i pragnienia świętej moralności bądź opierający się na martwej przeszłości, której przeczy tętniąca życiem teraźniejszość. Pozwalało mu to stanowczo ganić tych, którzy postępowali nieuczciwie wobec Boga, co objawiało się nawet w badaniu własnego sumienia i w modlitwie, gdy prosili o coś, czego ani nie oczekiwali, ani nie chcieli otrzymać, jak również w nieustannym lekceważeniu głosu sumienia i Ducha Świętego.

Jego nauczania były biblijne. Studiował Biblię niemal bezustannie i z oddaniem, przykładając jej prawdy do ludzkich dusz. Pismo Święte traktował jak arsenał, w którym znajdował oręż do obrony i ataku – z niego brał zbroję Bożą. Myślał o nim jak o skarbcu, z którego niczym gospodarz dobywał rzeczy nowe i stare.

Finney głosił pełną Ewangelię. Używał Zakonu, z jego surowymi wymaganiami i doskonałym standardem, jako pługu, aby odrzucić na bok warownie kłamstw i wyrwać z korzeniami fałszywe nadzieje. Potem pokazywał Bożą miłość, jako siewca, który delikatnie rzuca w bruzdy nasiona nasiąknięte Jego łzami. Miecz Ducha jest obosieczny. Jedynie ostrzeżenie lub zaproszenie może zadać skuteczny cios, jak szabla, tylko w jednym kierunku; ale gdy dwa ostre ostrza trafiają razem w punkt, przygotowują nas na pchnięcie miecza, który rozdziela stawy i szpik.

W ten sposób Finney budził głębokie przekonanie o grzechu. Sokrates starał się prowadzić ludzi od nieświadomej niewiedzy do świadomej niewiedzy, zaś celem Finneya było wytworzenie świadomości winy i zagrożenia, bez których nie nastąpi głębokie poczucie potrzeby czy obowiązku.

Jakże duchowy był również ton jego kazań! Z żarliwością i pasją usilnie wzywał ludzi, by przyjęli usprawiedliwienie i uświęcenie przez wiarę. Z płomienną gorliwością atakował sekciarstwo, które bardziej dba o swoją społeczność niż o Chrystusa, jak również konwencjonalizm, którego okropna przyzwoitość hamuje kaznodziejów i zbory z powodu fałszywej drobiazgowości, nie pozwalając im wyzwolić się z więzów zwyczajów, by przyjęli nowe środki, nawet w celu zbawienia duszy! Z surową naganą obnażał zaniedbanie i bezczynność, które skazują pokolenia na śmierć bez Ewangelii, a gdyby każdy uczeń zdobył jedną duszę dla Chrystusa w roku, w ciągu życia jednego pokolenia nawróciłby się cały świat!

Jego głoszenie było duchowe zarówno w mocy, jak i w tonie. Polegał na Duchu Świętym, którego błogosławione namaszczenie uzdalnia nas wszystkich, byśmy wzywali ludzi do upamiętania i pomagali im zrozumieć Ewangelię. Finney szukał mocy, aby świadczyć w boju podobnym do tego, jaki stoczył Jakub nad potokiem Jabbok. Jego maksymą było: „Uczcij Ducha Świętego, a On uczci ciebie”. Nauczał, że bez uznania stałej zależności od Ducha Świętego przebudzenia nie będą trwały, a nawet się nie pojawią.

Jeżeli należałoby podkreślić jeden sekret mocy Finneya, to jest on następujący: oddał Bogu całą swoją duszę. Istnieje pewna szkocka legenda, za której prawdziwość historyczną nie ręczę, że gdy zmarł Bruce – wyzwoliciel Szkocji – Douglas zabierał jego zabalsamowane serce na bitwy z Edwardem IV. W ogniu walki ciskał sercem w kierunku linii wroga i krzyczał: „Naprzód, serce Bruce’a. Douglas pójdzie za tobą lub zginie!”. Charles Finney rzucił swoje serce do stóp Boga, ponad całym światem, z jego próżnymi skarbami i płytkimi przyjemnościami ku temu, co duchowe i wieczne! A potem podążał za Jego sercem, aż jako odkupiony i święty, doprowadzony do doskonałości dotarł do celu, w którym już dawno umieścił swoje uczucia.

Oddaj siebie Bogu i Jego służbie z taką samą wzniosłą prostotą celu; pozbądź się całkowicie świeckich i egoistycznych ambicji; szukaj tak samo gorąco napełnienia i prowadzenia Ducha, a Bóg będzie tak samo gotowy, by użyć cię jako wybranego naczynia dla Jego chwały!

2. Rozkoszowanie się Panem

Zaczerpnięte z: „The Oberlin Evangelist”7

2 lipca 1845 roku

Rozkoszuj się Panem, A da ci, czego życzy sobie serce twoje!

(Ps. 37,4)

Na podstawie tego fragmentu:

I.Pokażę, na czym polega rozkoszowanie się Panem.

II.Pokażę, co zawiera obietnica „da ci, czego życzy sobie serce twoje”.

III.Pokażę, dlaczego obietnicy towarzyszy warunek.

Na czym polega rozkoszowanie się Panem?

1. Rozkoszowanie się Panem to całkowite utożsamienie się z Nim. Prawdziwe zachwycanie się Panem jest możliwe tylko w jednym przypadku: jeśli w pełni utożsamiamy się z wielkim celem, na który nastawione jest serce Boże, oraz ze środkami, dzięki którym On stara się ten cel osiągnąć. Człowiek musi przyjąć Boże zasady oraz przejąć Jego poglądy i uczucia. Z całego serca powinien powiedzieć „Amen” na charakter Boga, dzieła i sposoby Boże, wszystkie prawdy Jego Słowa oraz zrządzenia Opatrzności. Ten, kto całkowicie utożsamia się z Bogiem i jest głęboko zainteresowany poznawaniem Jego charakteru, rządów, polityki, celów i środków do ich osiągania, z pewnością będzie rozkoszował się Panem; nikt mu tego nie odbierze.

2. Rozkoszowanie się Panem pociąga za sobą najwyższy poziom zadowolenia w Bogu. To przejaw życzliwej i pełnej dobrej woli postawy wobec Boga wynikającej z rozważania Jego charakteru i relacji z Nim. Takie nastawienie zawsze prowadzi do rozkoszowania się Panem.

O zadowoleniu często mówi się, jakby całkowicie polegało na rozkoszy zakorzenionej w uczuciowej sferze duszy. Prawdę mówiąc, tak nie jest. Zadowolenie uważane za cnotę zależy od woli lub serca. Oznacza przede wszystkim odpowiedni stan wrażliwości, ale też rozkosz i przyjemność wynikającą z obcowania z charakterem, rządami, relacjami, dziełami i sposobami działania Boga. Bez płynącego z serca poczucia zadowolenia w Bogu nie możemy prawdziwie powiedzieć, że się Nim rozkoszujemy.

3. Rozkoszowanie się Panem oznacza, że wybieramy Go jako najwyższe dobro duszy. Wyżej cytowany werset psalmu niewątpliwie to wyraża. Powinniśmy skierować najwyższe uczucia na Niego i wybrać Go jako nasz w pełni satysfakcjonujący dział – postawić Go w centrum naszego życia, w którym z upodobaniem umieszczamy uczucia i w którym znajduje się rozkosz naszej duszy.

4. Rozkoszowanie się Panem wiąże się z całkowitą ufność, którą w Nim pokładamy. Nie można prawdziwie powiedzieć, że rozkoszujemy się Bogiem, jeśli nie obdarzamy najwyższą, absolutną ufnością Jego charakteru, Opatrzności i Słowa. Nie możemy uznać, że coś jest naszym działem, który przynosi pełne zaspokojenie, jeśli nie uważamy tego za nieskończone i doskonałe. Umysł jest zbudowany w taki sposób, że nie da się go zadowolić niczym innym.

Umysłu nie sposób zaspokoić tym, co postrzega jako niedoskonałe – wynika to z jego natury, wewnętrznej potrzeby doskonałości. Proces rozkoszowania się Bogiem polega na tym, że umysł uważa Go za kogoś, kto dysponuje nieskończoną pełnią, doskonałością i prawdomównością, a także posiada każdy atrybut, który może wypełnić i zaspokoić duszę. Ludzie często szukają tego, co według nich uczyni ich szczęśliwymi. Starają się znaleźć szczęście w stworzeniu. Nic jednak nie zaspokoi pragnień i potrzeb duszy poza nieskończenie doskonałym Stwórcą.

Rozkoszowanie się Panem w sensie przedstawionym powyżej oznacza, że czujemy się zaspokojeni w Bogu oraz że Jego pełnia i doskonałość spełniają wszystkie wymagania naszej istoty. Ponadto w Nim mamy wszystko, a umysł uważa Go za niezmiernie obfitą nagrodę, nieskończenie bogaty dział – zadowalający, pełny, przelewający się, chwalebny i wieczny.

5. Rozkoszowanie się Bogiem oznacza bezwzględne poddanie naszej woli Jego woli. Dusza, która nie jest całkowicie poddana Bogu, nie może się Nim rozkoszować. Człowiek jest wtedy podobny do dziecka, którego wola nie podporządkowuje się woli rodzica. Staje się on niespokojny pod rządami Boga i często nieszczęśliwy w obliczu przejawów Opatrzności oraz ciężaru wymagań Jego Słowa.

Jeśli chcemy znajdować prawdziwą rozkosz w Bogu, musimy wyrzec się własnej woli – pragnąć jedynie, aby wypełniała się wola Boża. Taka postawa oznacza, że dusza zaczęła prawdziwie uważać Boga za nieskończenie mądrego i dobrego oraz odczuwać najwyższe zadowolenie z Jego postanowień i zarządzeń, jakiekolwiek by były.

6. Rozkoszowanie się Bogiem to posiadanie ducha całkowitego posłuszeństwa wobec Niego. Takie poddanie rodzi w nas nastawienie, w którym nieustannie szukamy woli Bożej z gotowością, by bez oporu i wahania wykonać ją całą oraz całkowicie poświęcamy się temu, by Go zadowolić. Krótko mówiąc, cała nasza istota się temu oddaje – nie mamy żadnego innego celu czy zamysłu poza tym, aby we wszystkich rzeczach, w każdym czasie, w każdym miejscu, zawsze żyć całkowicie dla Niego.

7. Rozkoszowanie się Bogiem wynika z upodobania w posłuszeństwie wobec Niego i w służeniu Mu. Jedną rzeczą jest bycie posłusznym,a inną zaznawanie przyjemności w posłuszeństwie. Nasza natura została tak ukształtowana, że w autentycznym posłuszeństwie zawsze odnajdujemy głęboką radość. Jednak posłuszeństwo i przyjemność nie są tym samym. Kiedy pojawi się w nas prawdziwy duch posłuszeństwa, odczujemy rozkosz i szczęście w służbie dla Boga. Zawsze znajdziemy upodobanie w kursie, na który nasze serce jest całkowicie nastawione.

Musimy przynosić zadowolenie Bogu i żyć dla tego celu. Kiedy działamy w poświęceniu dla chwały Bożej i z ochotnym sercem wykonujemy Jego zadania, nic nie sprawia nam większej przyjemności i rozkoszy niż czekanie na kolejne polecenia od Boga – całkowite zaangażowanie w Jego służbę staje się naszym pokarmem i napojem. Rozumiemy wtedy, co Chrystus miał na myśli, gdy powiedział: „Ja mam pokarm do jedzenia, o którym nic nie wiecie. Moim pokarmem jest pełnić wolę tego, który mnie posłał. Pragnę czynić wolę Twoją, Boże mój”8.

8. Rozkoszowanie się Bogiem oznacza głębokie zainteresowanie Jego czcią i chwałą. To, co czynimy i mówimy, powinno się odnosić do Boga. Innymi słowy, Bóg powinien stać się najwyższym celem tego, co wypowiadamy i robimy. We wszystkim powinniśmy utożsamiać się z samym Bogiem. Bóg bowiem najwyżej ceni własny interes i własną chwałę – On sam jest głównym celem wszystkich swoich dzieł.

Bynajmniej, to nie egoizm ze strony Boga. Nie chodzi o Jego własną chwałę w ścisłym sensie, lecz o to, że stanowi ona najwyższe dobro, które On ma na względzie. Szczęście Boga ma nieskończenie większą wartość niż szczęście wszystkich stworzeń, które kiedykolwiek zostały lub dopiero będą stworzone. Szczęście Boga jest nieskończone, podczas gdy szczęście stworzeń nie trwa wiecznie. Nic nie może być nieskończone, jeśli nie jest takie z natury. Nic, co jest skończone, nie wzrośnie i nie rozwinie się na tyle, by stać się nieskończone. Dlatego szczęście wszystkich stworzeń o ograniczonej naturze będzie zawsze skończone i nieskończenie mniejsze niż szczęście Boga.

Jeśli Bóg miałby traktować rzeczy zgodnie z ich relatywną wartością, z konieczności musiałby położyć nieskończenie większy nacisk na swoje własne szczęście i chwałę niż na szczęście i chwałę wszystkich stworzeń razem wziętych. Nie da się porównać tego, co skończone, do tego, co nieskończone, i dlatego wartość niekończącej się szczęśliwości wszystkich stworzeń jest niczym, jeśli popatrzymy na nią w skali szczęścia Boga.

Bóg tak to widzi i jest to rozsądne, słuszne i nieskończenie ważne. W konsekwencji On sam, Jego własna chwała i Jego szczęście stanowią najwyższy cel wszystkich Jego dzieł. Kiedy wiele lat temu przeczytałem, jak tej prawdy naucza Jonathan Edwards w swych pismach, nie od razu pojąłem prawdziwość tej myśli. Ponadto od tamtej pory często słyszałem, jak ludzie mówili, że takie nauczanie ich gorszy, gdyż sugeruje egoizm Boga.

Egoizm polega na stawianiu własnych interesów ponad interesy bliźnich wyłącznie dlatego, że to nasz interes. Egoizmem nie jest stawianie naszego szczęścia ponad szczęście gęsi, ponieważ nasze zadowolenie jest w tym zestawieniu cenniejsze. Z kolei egoizmem wykazuje się ten, kto stawia swoje szczęście ponad szczęście bliźniego, gdyż jego szczęście ma taką samą wartość jak szczęście innych ludzi.

Powtarzam: Boże serce nie jest nastawione w najwyższym stopniu na Jego szczęście i chwałę tylko dlatego, że są Jego, ale z powodu ich wartości, ponieważ są nieskończenie najwyższym dobrem. Rozkoszowanie się Bogiem oznacza, że traktujemy tę sprawę tak samo poważnie, jak On ją traktuje, na ile pozwala nam zdolność rozumienia. Tym samym utożsamiamy się w tym z Bogiem, uważamy Jego interesy za najwyższe i nieskończone dobro oraz znajdujemy upodobanie w działaniu na rzecz Jego chwały i czci we wszechświecie. To wszystko sprawia, że dostrzegamy w takiej postawie nasze najwyższe szczęście i zaspokojenie duszy.

9. Rozkoszowanie się Bogiem prowadzi do intensywnego poszukiwania i pragnienia więzi oraz społeczności z Nim – to jest wszystko, o co prosimy w kwestii własnego szczęścia. Jeżeli otrzymamy wieczną więź i społeczność z błogosławionym na wieki Bogiem, nie będzie nam brakowało niczego istotnego do szczęścia, ale jeżeli zostaniemy tego pozbawieni – nie zaspokoi nas nic innego w całym wszechświecie.

Co zawiera obietnica „da ci, czego życzy sobie serce twoje”?

Obietnica „da ci, czego życzy sobie serce twoje” oznacza, że otrzymamy rzeczy, ku którym skierowane są nasze uczucia. Innymi słowy, ziści się marzenie, spełnią się pragnienia, które prawdziwie żywimy, jeśli tylko rozkoszujemy się Panem. On „da ci, czego życzy sobie serce twoje” – nie ma żadnych ograniczeń, jasno wybrzmiewa, że jeżeli nakierujemy na coś serce i będziemy się o to modlić, dostaniemy to w darze.

Wydaje mi się, że ten werset należy rozumieć w taki sposób: nie zostanie zaspokojone przelotne pragnienie czy rozbudzona na chwilę chęć, ale niezawodnie spełnione zostanie najwyższe pragnienie duszy, o którym możemy szczerze powiedzieć, że na nim koncentrują się nasze uczucia i serce.

Dlaczego obietnicy towarzyszy warunek?

1. Taka obietnica nie byłaby bezpieczna dla wszechświata. Gdyby Bóg obiecał, że bezwarunkowo spełni pragnienia naszych serc, nie wiedząc, czy utożsamiamy się z Nim całkowicie, postąpiłby nierozsądnie. Okazałoby się to niebezpieczne – nie mógłby tego uczynić. Co by się stało, gdyby jednak Bóg złożył tego typu bezwarunkową obietnicę? Skończyłoby się to spełnianiem naszych samolubnych pragnień.

Gdy uśmiercimy egoizm, największe pragnienia skupią się na Bogu i cała dusza głęboko się z Nim utożsami, stanie się jasne, że nasze pragnienia mogą zostać spełnione. Zrealizowanie pragnień jest wówczas zgodne zarówno z wolą Bożą, jak i z najwyższym dobrem istnienia. W takim przypadku Bóg staje się najważniejszy i jest centrum pragnień duszy – dając duszy samego siebie, spełnia jej pragnienia.

2. Bóg nie mógłby w bezpieczny sposób spełnić bezwarunkowej obietnicy. Załóżmy, że złożyłby każdemu człowiekowi obietnicę realizacji wszystkich pragnień serca. Zważywszy na to, że ludzie nieustannie pożądają rzeczy, które ich otaczają, jak często zdarzałoby się, że różni ludzie pragnęliby tej samej rzeczy, a tylko jeden człowiek mógłby ją otrzymać?

3. Każdy, kto rozkoszuje się Panem, nie może pragnąć czegoś, co nie jest zgodne z wolą Bożą. Duch Boży w nim mieszka, dlatego wszystkie jego uczucia i pragnienia znajdują się pod wpływem Ducha Świętego. Ponadto gdy rozkoszuje się Bogiem, nie skupi swego serca na czymś, do czego Duch Boży go nie pociągnie. Można więc z pewnością stwierdzić, że nie da się jednocześnie pragnąć zakazanej rzeczy i rozkoszować się Panem.

4. Bóg znajduje upodobanie w spełnianiu pragnienia serca, które się Nim rozkoszuje. On uwielbia obdarowywać sobą samym, udzielać ze swojej pełni tym, których serca skoncentrowane są na Nim. Kocha tych, którzy Jego kochają.

To prawda, Bóg miłuje także nieprzyjaciół, lecz Jego miłość do nich nie jest upodobaniem w ich osobowościach i charakterach. On ogromnie się raduje, kiedy objawia siebie tym, którzy się Nim rozkoszują. Uwielbia ich do siebie przyciągać, aby mieli udział w Jego radości i mogli pić ze strumienia Jego rozkoszy. Znajduje przyjemność w czynieniu ich uczestnikami Jego boskiej natury, świętości i szczęścia.

5. Dla wszechświata to sprawa najwyższej wagi, aby Bóg spełniał pragnienia serca, które się Nim rozkoszuje. Postępowanie w taki sposób służy najwyższemu dobru istnienia. Oddaje Mu to chwałę i przyczynia się do stabilności Jego rządów. Prawda, że Bóg spełni pragnienia tych, którzy na Nim skupiają swoje serca, nie tylko przynosi wielką cześć Bogu, ale jest także pożyteczna dla Jego stworzenia.

Uwagi

1. Ci, którzy rozkoszują się Panem, będą odznaczać się doskonałą pogodą ducha z dwóch powodów: zachwycanie się Bogiem samo w sobie wprowadza umysł w stan radości oraz spełnianie się pragnień serca objawia się radosnym usposobieniem. Niezaspokojone pragnienie, rodzące poczucie nieszczęścia, przygnębienia, zniechęcenia i rozpaczy, nie znajduje się w tej części umysłu, która rozkoszuje się Bogiem. Dusza nieustannie zachwycająca się Panem jest zadowolona ze wszystkiego, co się przydarza. Nie kroczy własną drogą i nie ma własnej woli, dlatego nie czuje rozczarowania. Nie żywi pragnień ani żądz o samolubnym charakterze, dlatego nie jest zawiedziona, jeżeli ktoś się jej przeciwstawi lub odmówi rzeczy, których bardzo pragnie. Jej uczucia koncentrują się jedynie na Bogu. Kiedy rozkoszuje się Panem, jest pogodna i szczęśliwa niezależnie od okoliczności – zawsze się raduje, bez ustanku się modli i za wszystko dziękuje.

2. Na podstawie tego, co zostało powiedziane, rozumiemy już, dlaczego tak niewiele zwycięskich modlitw zanosimy do Boga. Prawda jest taka: tyle w nas niezadowolenia z Boga i tak wielkie pożądanie rzeczy tego świata, że Bóg nie może spełnić naszych pragnień; uczynienie tego byłoby nieskończenie niemądre i niebezpieczne. Dlatego warunkiem zwycięskiej modlitwy jest konieczność rozkoszowania się Panem. Jeśli żyjemy w ten sposób, Duch Boży prowadzi nasze modlitwy i dlatego otrzymujemy na nie odpowiedź.

Teraz rozejrzyjmy się wokół, po całym świecie. Jak niewielu ludzi wydaje się rozkoszować Bogiem. Jak niewielu szuka z Nim społeczności i wspólnoty. Jak niewielu czyni więź z Bogiem najwyższym celem swego życia. Nic więc dziwnego, że modlitwy pozostają bez odpowiedzi – warunki zwycięskiej modlitwy nie są spełnione.

Wielu ludzi modli się, ponieważ czują się do tego zobowiązani, a nie dlatego, że ich dusza pragnie społeczności z Bogiem i znajduje w Nim upodobanie. Zamiast uwielbiać spędzanie czasu z Biblią, w domu Bożym i w komorze – krótko mówiąc, zamiast rozkoszować się Bogiem – dusza nieustannie błąka się to tu, to tam, jakby szukała innych korzyści. Zdaje się stale pytać: „Kto ukaże nam dobro?”. Ci, którzy znajdują się w takim stanie, nie otrzymają tego, czego pragną.

Przyczyną tak wielu niespełnionych próśb jest fakt, że żywimy niewłaściwe pragnienia. Jeśli ktoś naprawdę rozkoszuje się Panem, otrzyma odpowiedź na tęsknoty serca. Zamiast żyć w udręczeniu i tęsknić za czymś, czego nie da się zdobyć, człowiek, który zaczyna rozkoszować się Panem, przestaje odczuwać rozdarcie i pożądanie tego, co pozostaje poza jego zasięgiem; jest jak dziecko odstawione od piersi – całkowicie spokojny. Umysł przesiąknięty Bogiem niczego innego nie potrzebuje.

Wiele modlitw – czy raczej tego, co nazywamy modlitwami – to nic innego jak pożądliwość w biblijnym znaczeniu tego słowa. To żądza umysłu, by posiąść coś, co zaspokoi ego. Niejednokrotnie modlitwa jest wylewaniem egoistycznych pragnień serca. Apostoł Jakub mówi o takim stanie umysłu: „Pożądacie, a nie macie; zabijacie i zazdrościcie, a nie możecie osiągnąć; walczycie i spory prowadzicie. Nie macie, bo nie prosicie. Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności” (Jak. 4,2–3).

3. Kiedy rozkoszujemy się Bogiem, naszym najwyższym pragnieniem staje się jedność i społeczność z Nim. Takie dążenie umysłu całkowicie pochłania wszystkie inne pragnienia. Pozwólcie, że wyjaśnię.

Często dzieje się tak, że jedno pragnienie pochłania wszystkie inne. Umysł zajmuje się jednym obiektem pragnienia, a o inne przestaje dbać. W świecie, w którym żyjemy, możemy zaobserwować, jak jedno dążenie człowieka wydaje się pożerać całą resztę. Dostrzeżemy to na przykład u wyjątkowo niegodziwych ludzi. Łaknienie pijaka, by napić się mocnego napoju, zabije i całkowicie zniszczy każde inne pragnienie; nawet podstawowe potrzeby wydają się przez nie unicestwione. Czasami też uczucie męża wobec żony jest tak mocne, że nie obchodzi go nic innego. Kiedy straci obiekt miłości, mówi: „Cóż mi pozostało? Nie mam już nic, o co mógłbym się troszczyć”. Jego zainteresowanie wszystkim innym zostało wcześniej zniszczone.

Wytłumaczę teraz, co konkretnie mam na myśli. Kiedy umysł poznaje Boga, a wrażliwość wobec Niego rozwija się we właściwy sposób – co zawsze następuje, zanim dusza zazna pokoju – i wszystkie jego pragnienia skupiają się na Bogu, dociera on do najważniejszego celu duszy. Jeżeli zabierzesz mu wszystko, co tylko chcesz, ale zostawisz Boga, nie naruszysz jego szczęścia. Pragnienie Boga pochłonęło bowiem wszystkie pozostałe. W przypadku takiej duszy nic nie ma znaczenia w porównaniu z Bożą miłością.

Pewnego razu Chrystusa pochłonęła ta wielka myśl: „I rzekł mu ktoś: Oto matka twoja i bracia twoi stoją na dworze i chcą z tobą mówić. A On, odpowiadając, rzekł temu, co mu to powiedział: Któż jest moją matką? I kto to bracia moi? I wyciągnąwszy rękę ku uczniom swoim, rzekł: Oto matka moja i bracia moi! Albowiem ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką” (Mat. 12,47–50). Chciał w ten sposób zganić myśl, że naszą cielesną rodzinę powinniśmy uważać za o wiele droższą niż duchowa rodzina.

Tym, którzy mają podobną relację z Bogiem, Jezus powiedziałby: „Wy jesteście moją matką i moimi braćmi”. Każdy, w kim wrażliwość na Boga osiągnęła dojrzałość, odczuwa, że wszystko, co istnieje, musi pozostawać w pewnej relacji do najwyższego celu. Inaczej nie ma żadnej wartości. Nie zadowala wtedy nic, co nie ma związku z Bogiem, Jego panowaniem i Jego chwałą. Dopiero w powiązaniu z Nim nabiera znaczenia dla umysłu.

Rzeczy z pozoru najbliższe i najdroższe ludziom zostaną odrzucone jako bezwartościowe, jeśli nie będą służyły relacji z Bogiem. Raz pewien człowiek powiedział innemu: „Modlę się, by Pan zniszczył twoje wpływy”. Drugi zauważył: „No cóż, mam nadzieję, że Pan wysłucha twoich modlitw, jeśli moje wpływy naprawdę nikomu nie służą, ponieważ dla mnie są bezużyteczne, jeśli nie przynoszą chwały Bogu. Jeżeli zatem nie wynika z nich nic dobrego, mam nadzieję, że zostaną zniszczone”. Załóżmy, że ten człowiek szczerze odpowiedział, że jego wpływy niewiele znaczą. Jeśli nie czyniły niczego dobrego dla wszechświata, nie zależało mu na nich. Kiedy ktoś dochodzi do takiego stanu umysłu, wszystko widzi w tym właśnie świetle – rzeczy muszą mieć wartość w oczach Boga, w przeciwnym razie nie ma sensu o nie zabiegać.

Czasami ludzie są tak bardzo przywiązani do siebie nawzajem, że wydaje się, jakby nie cieszyło ich nic innego tylko utrzymywanie relacji z obiektem uczuć. Małżeństwom zdarza się pielęgnować tego rodzaju więź, co prowadzi ich do tego, że wartość wszystkich innych rzeczy zależy od tego, jakie zdanie na ten temat ma współmałżonek. Wyobraźmy sobie teraz, że umysł staje się całkowicie pochłonięty Bogiem, jest wręcz chory z miłości, tak bardzo zauroczony miłością do Boga oraz znajduje tak wielką rozkosz w Nim, że stan ten ilustruje słowa psalmisty: „Kogóż innego mam w niebie, jeśli nie ciebie, o Boże? […]” (Ps. 73,25).

Psalmista wiedział, co mówi. Kiedy jego ojciec i matka, oraz wielu innych, których bardzo kochał, poszli do nieba, nadal wołał: „Kogóż innego mam w niebie, jeśli nie ciebie, o Boże?”. Kiedy jego dzieci oraz ci, z którymi był bardzo związany, byli wokół niego, gdy myślał o Bogu, jego cała dusza wołała: „[…] I na ziemi w nikim innym nie mam upodobania!” (Ps. 73,25). Tak funkcjonuje umysł zauroczony Bożą miłością i przez tę miłość pochwycony. Człowiek umiera wtedy dla wszystkich rzeczy tego świata, w tym dla swojego ja i swoich bliskich, nie dba o nic, nawet o to, by zjeść – żyje tylko dla Bożej chwały. Jest martwy dla wszystkiego poza Bogiem.

Jakże to bezpieczne dla Boga, gdy składa obietnicę spełnienia pragnień serca komuś, kto się Nim rozkoszuje!

4. Człowiek, który rozkoszuje się Bogiem, odsunie wszystko, co mu przeszkadza w społeczności z Nim. Nie usłyszysz, jak wymyśla wymówki, żeby usprawiedliwić swoją nieobecność na spotkaniu modlitewnym lub niespędzanie czasu w komorze na modlitwie, lub brak społeczności z Bogiem. Chodzi o człowieka, który wydaje się szczerze mówić, że chciałby pogłębiać relację z Bogiem lub uczestniczyć w spotkaniach modlitewnych, ale ciężko pracował cały dzień albo ma tak wiele obowiązków – zawsze znajdzie pretekst dla nieobecności na spotkaniu. Odkryłem, że kiedy ludzie zaczynają prawdziwie rozkoszować się Panem, tego rodzaju powody nie wydają się znaczące.

Pokażcie mi człowieka, którego dusza łaknie Boga i który powtarza wraz z psalmistą: „Jak jeleń pragnie wód płynących, tak dusza moja pragnie ciebie, Boże!” (Ps. 42,2). Taki człowiek uwielbia chodzić tam, gdzie spędzi czas z Bogiem. Odsunie wszystko, co mu przeszkadza w społeczności z Nim, w tak samo naturalny sposób, jak oddycha. Prawda jest taka, że gdy ktoś czyni wymówki odnośnie do czytania Biblii i uczestniczenia w spotkaniach, przestał już odczuwać słodką przyjemność płynącą ze społeczności z Bogiem oraz stracił pragnienie rozkoszowania się Nim.

5. Kiedy rozkoszujemy się Bogiem, On rozkoszuje się nami, dokładnie w takiej mierze, w jakiej my rozkoszujemy się Nim. Tak jak my szukamy społeczności z Nim, tak On szuka społeczności z nami. Bóg uwielbia towarzystwo świętych. Jeśli przylgniemy do Niego, On przylgnie do nas. Jeśli będziemy Go pragnąć, On będzie pragnął nas. Jeśli przybliżymy się do Niego, On przybliży się do nas. Taka zasada rządzi umysłem. To niemożliwe, aby Bóg nie rozkoszował się duszą, która rozkoszuje się Nim; to nie do pomyślenia, aby nie podążył za duszą, która z tęsknotą podąża ku Niemu.

Gdyby On nie rozkoszował się tymi, którzy rozkoszują się Nim, zaparłby się samego siebie. Ilekroć dusza szuka zjednoczenia z Bogiem, On zwraca ku niej swe serce. Jest cenna dla Niego jak źrenica oka. Miłuje ją jak własną duszę. Dlaczego nie miałby tego czynić? Taka dusza jest podobna do Niego, jest Jego częścią; można by powiedzieć, że jest ciałem z Jego ciała i kością z Jego kości9