Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Granice Twoich możliwości są dalej niż Ci się wydaje!
Masz wrażenie, że stać Cię na więcej, ale coraz częściej wybierasz to, co łatwe, szybkie i bezpieczne? Odkładasz trudne decyzje, szybko tracisz zapał, rozpraszasz się telefonem albo rezygnujesz, kiedy efekt nie przychodzi od razu?
„Moc dyskomfortu” pokaże Ci, jak przestać automatycznie uciekać od niewygody i zacząć wykorzystywać ją do rozwoju. Nauczysz się budować wytrwałość, lepiej znosić porażki i krytykę, działać mimo braku motywacji oraz podejmować wysiłek, który ma sens.
Jeśli czujesz, że możesz żyć odważniej, pełniej i bardziej świadomie - ta książka pomoże Ci zobaczyć, że granice Twoich możliwości są dalej, niż Ci się wydaje.
Żyjemy w świecie, który robi wszystko, żeby było nam łatwiej: jedno kliknięcie, jedno przesunięcie palcem, natychmiastowa rozrywka, zakupy i odpowiedzi na każde pytanie. Wygoda szybko staje się nawykiem, a wysiłek czymś, czego coraz częściej próbujemy uniknąć.
W książce „Moc dyskomfortu” Krzysztof Marcyński SAC pokazuje, jak odzyskać wytrwałość, odporność psychiczną i odwagę do mierzenia się z tym, co naprawdę ważne.
Świadome poszerzanie strefy komfortu, lepsze przeżywanie porażek, krytyki, niepewności i stresu może stać się drogą do rozwoju - w pracy, relacjach, wierze i codziennych wyborach.
Autor łączy psychologię, badania naukowe, doświadczenie wiary i historie ludzi, którzy wzrastali mimo niewygody - od Abrahama, Mojżesza, Maryi, Pawła i Jezusa po sportowca, rodzica, ucznia, przedsiębiorcę czy nauczyciela.
Dzięki tej książce:
- Nauczysz się wracać do działania po porażce, błędzie czy chwilowym odpuszczeniu, zamiast traktować jedno potknięcie jak koniec całego procesu.
- Lepiej rozpoznasz własne reakcje na stres, krytykę i niepewność i zobaczysz, jak nie pozwalać im automatycznie decydować za Ciebie.
- Nauczysz się odróżniać dyskomfort, który Cię rozwija, od przeciążenia, które Ci nie służy i świadomie wybierać wyzwania dopasowane do swoich możliwości.
- Dostaniesz konkretne sposoby na pracę nad wytrwałością, otwartością i odpornością psychiczną - małymi krokami, bez oczekiwania od siebie natychmiastowej przemiany.
KS. DR HAB. KRZYSZTOF MARCYŃSKI SAC
Ksiądz, medioznawca, absolwent New York University w Stanach Zjednoczonych na specjalności media ecology.
Adiunkt w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na UKSW w Warszawie oraz wykładowca w Wyższym Seminarium Duchownym Księży Pallotynów w Ołtarzewie.
Jego pasją jest poznawanie i zgłębianie tajników mediów, interesuje go też komunikacja religijna i kompetencja komunikacyjna.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 112
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
Wstęp
Jak nie dać się „ugotować”?
Pytania do refleksji
Dyskomfort kształtujący wiarę
Abraham
Mojżesz
Maryja
Paweł z Tarsu
Jezus z Nazaretu
Pytania do refleksji
Inspirujący dyskomfort codzienności
Sportowiec
Rodzic
Uczeń
Przedsiębiorca
Nauczyciel
Pytania do refleksji
Algorytm rozwoju
Wytrwałość
Otwartość
Rezyliencja – odporność psychiczna
Transcendencja – przekraczanie siebie
Pogoda ducha
Komfort w dyskomforcie
Wystąpienia publiczne
Konflikty międzyludzkie
Stres
Zakończenie
O Autorze
Bibliografia
Komfort niepostrzeżenie zawładnął naszym światem. Widać go niemal wszędzie: w wygodnych kanapach i fotelach, nowoczesnych i automatycznych samochodach, intuicyjnym designie ekranów smartfonów, powiadomieniach wyskakujących na zegarkach, a także łatwym dostępie do jedzenia, zakupów, rozrywki i podróży. Komfort to jednak „puchowa” strona naszego życia – wygodna i lekka, kusząca, która z jednej strony jest znaczącym osiągnięciem zachodniej cywilizacji, a z drugiej może spowalniać rozwój osobisty człowieka lub wręcz go zatrzymywać. Często bowiem oddziela nas od życia pełnego wyzwań, które budują siłę, charakter i odporność psychiczną. Wygody nie trzeba się specjalnie uczyć, łatwo i szybko można się do niej przyzwyczaić. Natomiast prawdziwa siła człowieka zaczyna rozwijać się tam, gdzie kończy się bezrefleksyjne scrollowanie, będące błyskawiczną dawką dopaminy, a przez pracę, trening czy cierpliwe wychowywanie dzieci powoli zaczyna budować się coś głębszego. Jej początkiem nie jest natychmiastowa nagroda, lecz odwaga wejścia na drogę do osiągnięcia trwałej satysfakcji i wewnętrznej równowagi, bliższej temu, co symbolicznie można nazwać „serotoniną”. Ten wybór – między natychmiastową ulgą a odroczoną satysfakcją – pojawia się w naszym życiu dziesiątki razy dziennie, choć rzadko go zauważamy. Sięgamy po telefon zamiast dokończyć trudną myśl, przełączamy kanał zamiast dosiedzieć nieprzyjemną ciszę, kupujemy coś, zamiast usiąść z niepokojem, który nas dotyka. Każdy z tych wyborów wydaje się mały i nieważny, ale ich suma kształtuje to, kim się stajemy.
O mocy dyskomfortu przekonują nas historie wielu ludzi – zarówno tych, którzy nas poprzedzili, jak i tych, których często niepostrzeżenie mijamy na co dzień, a którzy mogą stać się dla nas inspiracją do rozwoju. I tak bohaterowie biblijni tacy jak Abraham, Mojżesz, Maryja, św. Paweł, a także (a może i przede wszystkim) Jezus pokazują nam, że życie w zmaganiu nie jest karą, lecz drogą, na którą zaproszeni jesteśmy też my, ludzie XXI wieku. Bo te same zasady wydobywające moc dyskomfortu obowiązują także i dziś. Żeby coś osiągnąć – zdobyć medal, wejść na szczyt, pokonać swoje słabości czy wychować dzieci – trzeba oswoić się z tym, że prawdziwą siłą w komfortowym świecie jest właśnie dyskomfort. Wszystkie codzienne trudności, wyrzeczenia i zmagania prowadzą ku większym lub mniejszym szczytom ludzkiego życia – jedynego, jakie mamy tutaj na ziemi.
Zapraszam cię do przygody odkrywania mocy dyskomfortu, która jednocześnie jest niezwykle twórczą i wręcz bohaterską pracą projektowania, a następnie realizowania osobistej transformacji. Książka, którą trzymasz w dłoni, da ci narzędzie do wspomagania swojego rozwoju. Jego algorytmem może być słowo „forte”, które – jeśli potraktujemy je jako akronim – symbolicznie oznacza zestaw bohaterskich cnót człowieka dążącego do rozwoju: F – fortitude (wytrwałość); O – openness (otwartość); R – resilience (rezyliencja); T – transcendence (transcendencja); E – enthusiasm (pogoda ducha). Pielęgnowanie w sobie takich cech pozwoli świadomie wybierać rozwój mimo niewygody, a tym samym żyć pełniej i sięgać dalej niż to, co łatwe i wygodne, a w iście niekomfortowych sytuacjach, takich jak konflikty w relacjach międzyludzkich lub wystąpienia publiczne, nie być bezbronnym wobec naturalnie pojawiającego się stresu.
Komfort – mimo że wszystko wokół podpowiada nam coś zgoła innego – nigdy nie powinien być celem. Bywa sygnałem, że nic się w nas nie zmienia. Komfort bywa pułapką, dlatego tak ważne jest poczuć się komfortowo w dyskomforcie jako drodze rozwoju.
Krzysztof Marcyński SAC
Być może wielu z nas zna tę dość popularną opowieść o żabie – raz wrzuconej do wrzącej wody, a raz stopniowo podgrzewanej. Gdy znajdzie się we wrzątku, natychmiast z niego wyskakuje. Wrzucona jednak do zimnej wody, która następnie stopniowo jest podgrzewana, żaba nie ucieka, ale powoli gotuje się, nie zauważając niebezpieczeństwa1. Ten obraz gotującej się żaby w sugestywny sposób pomaga nam zrozumieć, co komfort robi z człowiekiem, jeśli staje się celem jego życia albo celem samym w sobie.
Warto na wstępie rozróżnić dwa podstawowe rodzaje komfortu, bo w tej książce oba się przewijają, czasem nakładając się na siebie. Pierwszy to komfort fizyczny, materialny – ta „puchowa” strona życia: wygodne łóżko, ciepły posiłek, klimatyzacja, brak fizycznego trudu. Drugi to komfort duchowo-psychiczny, znacznie trudniejszy do zauważenia, czyli rutyna, nawyk, automatyzm myślenia i działania, który usypia czujność nie ciała, ale ducha. Można nie mieć żadnych fizycznych wygód, a mimo to żyć w głębokim komforcie duchowym: powtarzać te same modlitwy bez zaangażowania serca, tkwić w relacji bez prawdziwej bliskości, wykonywać zawód z automatu, bez pytania, po co to robię. To właśnie ten drugi rodzaj komfortu jest bardziej podstępny, bo nie objawia się wygodą ciała, tylko znieczuleniem wnętrza.
Oczywiście nie chodzi o to, by w ogóle rezygnować z udogodnień. Komfort ma swoją wartość – dobrze to powiedzieć wprost. Jest osiągnięciem cywilizacyjnym – bo jak inaczej nazwać to, że po długim i ciężkim dniu w pracy lub po wyczerpującym treningu możemy wziąć ciepły prysznic, że mamy ogrzewane domy, klimatyzowane pomieszczenia, dostęp do wiedzy za pomocą niemalże jednego kliknięcia, a ponadto możemy dostać się samolotem do oddalonej o tysiące kilometrów rodziny. Wszystkie te udogodnienia to osiągnięcia cywilizacji, za które możemy być wdzięczni. Benedyktyńskie ora et labora nie oznacza przecież, że praca musi sprawiać ból, by można było uznać ją za wartościową. Chodzi przede wszystkim o proporcje – o to, by nie podgrzewać wody powoli, lecz nieustannie, co z czasem znieczula na rosnącą temperaturę. Współczesny komfort atakuje nas właśnie w taki sposób – nie bezpośrednio, ale prawie niewidocznie, podnosi temperaturę naszego życia regularnie, tylko o jeden stopień do góry, ale robi to wiernie każdego dnia, więc po jakimś czasie jesteśmy „ugotowani”.
Pewnie wszyscy znamy piramidę Maslowa, na której ten amerykański psycholog umieścił potrzeby człowieka. Na samym jej dole, u podstaw znajdują się potrzeby fizjologiczne, potem bezpieczeństwo, wyżej przynależność, szacunek i potrzeba samorealizacji. Im wyżej umieszczone, tym trudniej je osiągnąć, a jednocześnie w mniejszym stopniu warunkują przeżycie. Abraham Maslow spędził wiele lat, badając życie ludzkie i tworząc tę hierarchię. Pod koniec swojego życia na szczycie piramidy dodał coś, o czym dziś mało się mówi. Ponad potrzebą samorealizacji umieścił jeszcze jeden poziom i nazwał go transcendencją. Według Maslowa – wbrew powszechnej interpretacji jego badań – szczytem owej drabiny potrzeb, czyli celem życia człowieka, nie jest samorealizacja, ale przekraczanie siebie na rzecz czegoś, kogoś większego. Misja i służba, którym człowiek oddaje siebie samego, to ukoronowanie tego, kim jest.
Misja i służba,
którym człowiek
oddaje siebie samego,
to ukoronowanie tego,
kim jest.
Krzysztof Marcyński SAC
Maslow zwracał uwagę, że człowiek wielokrotnie staje wobec wyboru między bezpieczeństwem a rozwojem. Przywiązanie do bezpieczeństwa i postawy obronnej może prowadzić do regresji i ograniczania własnych możliwości, podczas gdy rozwój wymaga podejmowania ryzyka i wychodzenia ku temu, co jeszcze nieznane2. Innymi słowy, ludzie, którzy zatrzymują się na poziomie bezpieczeństwa i komfortu, nie tylko nie osiągają szczytu piramidy – oni powoli się kurczą. Ich aktywność życiowa staje się coraz mniejsza. Coraz więcej rzeczy zaczyna im zagrażać. Coraz więcej sytuacji wymaga ochrony. Coraz mniej jest rzeczy wartych ryzyka. Komfort nie jest poziomem docelowym. Jest pułapką, jeśli staje się celem. Warto zapytać samego siebie, na którym piętrze tej piramidy najczęściej się zatrzymuję. Czy moje decyzje – zawodowe, rodzinne czy duchowe – wynikają z pragnienia bezpieczeństwa czy z gotowości na coś więcej? To pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi raz na zawsze, bo każdy etap życia inaczej rozkłada akcenty między potrzebą stabilności a potrzebą wzrostu. Ważne, żeby je sobie regularnie zadawać, zamiast zakładać, że odpowiedź sprzed lat wciąż jest aktualna.
My, ludzie wykształceni, wierzący i świadomie budujący swoje życie, doskonale to wiemy. Pewnie nieraz słyszeliśmy o wychodzeniu ze strefy komfortu, a na kazaniach o braniu swojego krzyża i naśladowaniu Jezusa. Rozumiemy, że wzrost wymaga wysiłku. Wielu z nas życie się udało – ktoś (tak jak ja) jest księdzem, inni żyją w małżeństwach, mają dzieci, kariery, domy. Osiągnęliśmy pewien poziom stabilności, o którym poprzednie pokolenia mogły tylko pomarzyć. Nasi dziadkowie, przodkowie nie mieli automatycznych pralek, komputerów, telefonów, nawigacji GPS ani możliwości zamówienia obiadu przez aplikację. Jednak właśnie tu pojawia się pewien paradoks, który – przyznam szczerze – od dawna mnie niepokoi: im więcej komfortu, tym mniej spełnienia i szczęścia.
Artur Brooks z Harvardu przez wiele lat analizował dane dotyczące dobrostanu i stwierdził, że życie stało się obiektywnie wygodniejsze, a zarazem obiektywnie mniej zadowalające. Więcej udogodnień oznacza mniej radości. Więcej bezpieczeństwa – mniej sensu. O tym właśnie opowiada dr Bob Moorehead, pastor i myśliciel, którego słowa swego czasu przewinęły się przez ekrany wielu smartfonów i komputerów. Z niemal chirurgiczną precyzją zdiagnozował on nasze czasy, mówiąc:
Paradoksem naszych czasów jest to, że posiadamy większe budynki, ale mniejszą samokontrolę. Szersze autostrady, ale węższe poglądy. Więcej wydajemy, ale mniej posiadamy. Więcej kupujemy, ale mniej się cieszymy. Mamy większe domy, ale mniejsze rodziny. Więcej udogodnień, ale mniej czasu. Więcej tytułów, ale mniej rozsądku. Więcej wiedzy, ale mniej zdrowej oceny sytuacji. Więcej ekspertów, ale i więcej problemów. Więcej leków, ale mniej zdrowia. Dodaliśmy lata do życia, ale nie życie do lat3.
Jego słowa nie są krytyką postępu, ale pytaniem o cenę komfortu, który sobie zafundowaliśmy. Dlaczego tak się dzieje?
Przeanalizujmy to na przykładzie. Aplikacje, które mamy na telefonach, zostały zaprojektowane przez najinteligentniejszych inżynierów na świecie. Ich jedynym zadaniem było tak je skonstruować, żebyśmy nie odkładali smartfonów. Wspomniani inżynierowie użyli do tego algorytmów opartych na tych samych zasadach działania co automaty w kasynach: nieregularne i nieprzewidywalne nagrody uzależniają mocniej niż te, których się spodziewamy. Każde powiadomienie to mały zastrzyk dopaminy. Każdy lajk czy każda odpowiedź na wiadomość to mała nagroda, która każe mózgowi wracać po więcej. Komfort rozproszenia stał się domyślnym trybem naszego życia.
Czym jednak jest komfort? To słowo pochodzi od łacińskiego confortare, utworzonego od przedrostka com- oraz fortis („silny”, „mocny”), i pierwotnie oznaczało „wzmacniać”, „dodawać siły”. Angielskie comfort przeszło później przez starofrancuskie conforter i zaczęło nabierać dzisiejszego znaczenia „pocieszać, przynosić ulgę”. U źródeł komfortu leży więc nie tylko wspieranie kogoś kojącym słowem, lecz także aktywne działanie w trudnościach. I tak na przykład jeden z rozdziałów Księgi Izajasza zaczyna się wezwaniem, które po angielsku zostało wyrażone właśnie słowem „komfort”: Comfort, comfort, my people, says your God4(Iz 40,1), co tłumaczy się jako: „Pociesz, pociesz mój lud, mówi wasz Bóg”. Słowa te były skierowane do narodu żydowskiego przebywającego w niewoli babilońskiej i zapowiadały koniec kary, powrót do domu oraz Boże przebaczenie. Zatem pierwotne znaczenie słowa „komfort” nie miało niczego wspólnego z miękką kanapą, lecz chodziło o wzmocnienie psychiczne, pokrzepienie ducha i dodanie odwagi w trudnym momencie życia czy w jakimś niełatwym doświadczeniu. Dopiero kultura anglosaska przełomu XVIII i XIX wieku przesunęła sens tego słowa ku materialnej wygodzie. Nastąpiło – jak mówią językoznawcy – klasyczne przesunięcie semantyczne: od znaczenia egzystencjalnego do konsumpcyjnego. Czyż nie tkwi w tym głęboka ironia, że słowo, które niegdyś oznaczało wzmocnienie i przymnożenie życia, stało się opisem czegoś, co nas osłabia, jeśli staje się celem samym w sobie?
Shoshana Zuboff, profesor Harvardu, w książce The Age of Surveillance Capitalism (Wiek kapitalizmu inwigilacji) przedstawiła model biznesowy firm takich jak Google czy Meta jako eksploatację ludzkiej natury. W tych strategiach ludzkie zachowania, emocje, słabości i nawyki stały się surowcem zbieranym, przetwarzanym i sprzedawanym. Kluczem do ich pozyskania jest jak najdłuższe utrzymywanie użytkowników przed ekranami. Tam, gdzie kapitalizm przemysłowy eksploatował naturę, nadzorczy kapitalizm – o którym mówi Zuboff – eksploatuje naturę ludzką. Praktyczną konsekwencją tego mechanizmu jest to, że nasza uwaga stała się towarem, o który konkurują najlepiej opłacani specjaliści świata. Nie walczymy więc z własną słabą wolą, tylko z zespołami inżynierów, psychologów behawioralnych i projektantów UX (User Experience), których jedynym celem zawodowym jest to, żebyśmy nie odłożyli telefonu. Świadomość tej asymetrii sił nie zwalnia nas z odpowiedzialności za nasze wybory, ale pozwala przestać się obwiniać za to, że walka o uwagę jest tak trudna.
Istnieje badanie, którego wyniki silnie inspirują do refleksji. Podaje ono, że 35% przedstawicieli pokolenia Z (czyli ludzi urodzonych po 1995 roku, którzy wkrótce zaczną budować ten świat lub właśnie zaczynają angażować się w życie społeczne) przyznaje, że ich sposobem radzenia sobie z pojawiającym się lękiem jest na przykład kupowanie rzeczy. Robią to jednak nie dlatego, że ich potrzebują, ale ponieważ zakupy przynoszą im chwilową ulgę. Komfort emocjonalny w opakowaniu ze sklepu internetowego jest dostarczony do ich domów w przeciągu 24 godzin. Co więcej, 37% ludzi z tego pokolenia stosuje tzw. manifesting jako strategię radzenia sobie z trudnościami życia. Manifesting to przekonanie, że wystarczy intensywnie myśleć o tym, czego się pragnie, żeby to niejako przyciągnąć do swojego życia, sprawić, że stanie się to realne. Należy więc wizualizować sobie wymarzone mieszkanie, idealnego partnera, upragnioną karierę, a rzeczywistość dostosuje się do tych pragnień. Wszechświat dostanie sygnał i dostarczy tę potrzebę. 24% ludzi z pokolenia Z do zrealizowania swoich marzeń używa tzw. tablic wizji – fizycznych lub cyfrowych tablic z naklejonymi zdjęciami marzeń takich jak dom, idealnie proporcjonalne ciało, upragnione wakacje czy konkretny sukces. Codzienne patrzenie na tablice ma zaprogramować podświadomość i uruchomić mechanizm przyciągania. Jakby tego było mało, 36% ludzi z tego pokolenia szuka odpowiedzi na nurtujące ich pytania u influencerów5.
Efektem eksploatacji ludzkiej natury przez big techy – opisywanej w książce wspomnianej Shoshany Zuboff – jest pokolenie, które dosłownie (!) nie potrafi przyszyć guzika. Badania praktycznych kompetencji u młodych ludzi w krajach zachodnich ukazują dramatyczny spadek podstawowych umiejętności takich jak gotowanie, orientacja w terenie, umiejętność samodzielnego naprawienia czegoś lub udzielenia pierwszej pomocy. Sprawy, które dla poprzednich pokoleń były czymś oczywistym, dziś stają się specjalizacją, której trzeba się uczyć na kursach. Bo przecież po co ćwiczyć cokolwiek w niekomfortowych warunkach, skoro aplikacja dostarczy jedzenie, nawigacja poprowadzi przez miasto, a YouTube pokaże, jak coś zrobić?
W konsekwencji jesteśmy świadkami pewnego paradoksu: niektórzy ludzie świadomie i dobrowolnie płacą niemałe pieniądze, by zapisać się na obozy przetrwania. Jadą w teren i uczą się rozpalać ogień bez zapalniczki, budować schronienie inne niż namiot czy znajdować wodę, nie korzystając z butelkowanych zasobów, studni czy hydrantu. Wielu rodziców zapisuje dziś dzieci do harcerstwa, bo ta organizacja robi coś, czego szkoła i dom nie potrafią – uczy przydatnych umiejętności w niekomfortowych okolicznościach. Uczy, że można być mokrym, brudnym, zmęczonym i głodnym, a jednak sobie poradzić. Jeszcze inni współcześni dorośli regularnie zażywają zimnego lub bardzo gorącego prysznica i robią to nie dlatego, że ciepła lub chłodna woda nie działa, ale ponieważ chcą wytrenować w sobie zdolność do znoszenia czegoś, czego nie lubią.
Post, milczenie, minimalizm, bycie offline, wyłączenie telefonu na całą dobę – to współczesne formy ascezy. Słowo to pochodzi zaś od greckiego określenia ascesis, czyli trening. Właśnie tak św. Atanazy opisywał życie św.
