Opis

Chcesz zrozumieć polską politykę, polskie ambicje i sentymenty? Jedna z dróg wiedzie poprzez przemyślenie naszego stosunku do Wschodu. To dlatego, począwszy od 1918 roku, każda epoka niepodległej Polski miała swoją młodą wschodnią myśl. Każde pokolenie ma własne podejście, własny styl. nie ma myślenia o Polsce bez planowania, w jaki sposób mamy być obecni na Wschodzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Młoda myśl wschodnia

Adam Lelonek • Adam Kowalczyk • Aleksandra Gryźlak • Dariusz Materniak • Dariusz Płochocki • Igor Sokołowski • Grzegorz Kądzielawski • Maciej Wapiński • Piotr A. Maciążek • Artur Kacprzak • Tomasz Otocki • Dominik Wilczewski • Paweł Musiałek • Paweł Pieniążek • Piotr Wołejko • Patryk Gorgol • Marek Połoński • Włodzimierz Sołowiej

Wstęp: Paweł Kowal

Wrocław 2014

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego 2014

Copyright © by Fundacja Energia dla Europy, 2014

Projekt okładki: Jagoda Pecela

Redakcja i korekta: Magdalena Pawłowicz

Skład i opracowanie typograficzne: Ewa Mikołajczyk

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

ISBN 978-83-7893-192-8

ISBN 978-83-7893-049-5 (ePub i mobi)

Fundacja Energia dla Europy

ul. Flory 5 m. 2

00-586 Warszawa

Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu

Plac Biskupa Nankiera 17

50-140 Wrocław

www.kew.org.pl

Książki wydawane przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu są do nabycia w księgarni internetowej www.east24.eu

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Paweł KowalPiąte pokolenie

Chcesz zrozumieć polską politykę, polskie ambicje i sentymenty? Jedna z dróg wiedzie poprzez przemyślenie naszego stosunku do Wschodu. To dlatego, począwszy od 1918 roku, każda epoka niepodległej Polski miała swoją młodą wschodnią myśl. Każde pokolenie ma własne podejście, własny styl. Nie ma myślenia o Polsce bez planowania, w jaki sposób mamy być obecni na Wschodzie.

Klasycy polskiej myśli politycznej, Ci, których teraz znamy jako dostojnych mentorów uczących o Wschodzie kolejne pokolenia, też kiedyś zaczynali. Kiedyś napisali swój pierwszy tekst, często jeszcze za młodu. Nie każdy z nich był pewnie tak samo ważny, ale prowadził ku kolejnym przemyśleniom. Na stulecie polskiej niepodległości – już za kilka lat – chciałoby się przeczytać pracę o pokoleniach „wschodniaków” – trudno znaleźć w głowie lepsze słowo na określenie tych wszystkich, dla których polityka na Wschodzie nie jest obojętna, którzy są kimś więcej niż politologami, chłodno opisującymi to, co widzą i układającymi to w schematy w takim czy innym paradygmacie. Łączyli i łączą swoje pisanie z zaangażowaniem – pracą edukacyjną czy dobroczynną, czy na polu gospodarki (rzadziej), z podróżami, pracami etnograficznymi i prawie zawsze łączą to z myśleniem o polskim interesie na Wschodzie. Napisać trzeba by nie tylko o ich twórczości, ale też jacy byli: czy spędzali ze sobą wolny czas, jak się bawili, jakie były ich ulubione miejsca w Warszawie i innych miastach, w jakich pismach publikowali, o co się spierali…

Pierwszy zapewne byłby rozdział o tych, którzy postawili polską myśl wschodnią po 1918 roku. Leon Wasilewski, gdy napisał Ukraina i sprawa ukraińska, miał 38 lat. Włodzimierz Bączkowski, gdy pisał Nie jesteśmy ukrainofilami, miał 30 lat. Adolf Bocheński, gdy opublikował Polityczne oblicza asymilacji narodowej, miał 26 lat. Trudno mówić więc o polskich prometeistach z okresu międzywojennego jako o „pokoleniu” w sensie generacyjnym. Rozpiętość wieku między nimi była niemała: Wasilewski był równo o 35 lat starszy od Bączkowskiego. Jan Kucharzewski starszy o 30 wiosen, Tadeusz Hołówko o połowę mniej. Ale Stanisław Swianiewicz (ur. 1899), Seweryn Wysłouch (ur. 1900) czy Wiktor Sukiennicki (ur. 1901) byli prawie rówieśnikami. Można jednak mówić o niebywałym intelektualnym bogactwie tamtej epoki i wielkiej ambicji pokolenia zmiany, pokolenia odzyskanej niepodległości – ambicji, która z perspektywy czasu wygląda na skrojoną ponad miarę. I po drugie: wielkie teksty pisali nie jako doświadczeni starcy na podsumowanie życia, ale raczej młodzi lub co najwyżej w średnim wieku aktywni, pełni planów.

Akcja drugiego rozdziału tomu o polskich „intelektualistach od Wschodu” działaby się głównie na przedmieściach Paryża. Pojawiłyby się wielkie nazwiska znawców tematu, ludzi kultury, którzy na emigracji przechowali dziedzictwo polskiej myśli wschodniej: myślenia o zasadach współżycia z sąsiadami, o dziedzictwie I Rzeczypospolitej, ale zawsze w kontekście tego, jak to będzie, gdy Polska znowu będzie wolna. Giedroyc, gdy kupił dość zwyczajny (o jego wielkości zdecydowała dopiero praca nowych lokatorów) podparyski dom, miał 41 lat. Mieroszewski gdy pisał swoje pierwsze teksty do „Kultury”, był ledwie po czterdziestce. No, ale ks. Józef Majewski, autor słynnego Listu do redakcji „Kultury” z 1952 roku, był ledwie 24-latkiem. Ta postać – raczej alumna jeszcze niż księdza – pojawia się tu tylko jako kontekst, bo człowiek ów, który w chwili opuszczenia Lwowa był zapewne nastolatkiem, pozostaje postacią dość tajemniczą.

Pod tekstami o Rosji czy Ukrainie współcześni internauci dopisują często: „lepiej zajmijcie się Polską a nie Ukrainą, Gruzją itd.”. Bez wątpienia tradycja Kultury najdobitniej pokazała, jak sprawy krajowe są blisko spraw wschodnich, a samo jądro myślenia Kultury dotyczyło właśnie ścisłego powiązania tych kwestii, bliskości polskiej polityki wschodniej i najważniejszych tematów państwa.

Trzeci rozdział pokoleń „wschodniaków” byłby o tym, jak myśl wschodnia z Maisons Laffite stała się w pokoleniu polskiej opozycji w PRL, już po 1956 roku, zaczynem dla myślenia o miejscu i roli Polski w Europie. Twórcami programowych tekstów byli najczęściej ważni opozycjoniści: Jacek Kuroń (ur. 1934 r.), Adam Michnik (ur. 1946 r.) czy Zdzisław Najder (ur. 1930 r.). Antoni Macierewicz (ur. 1948) wspólnie z Michnikiem i Kuroniem opublikowali w 1977 roku wspólny tekst Sprawa polska – sprawa rosyjska. Młodzież opozycyjna tworzyła lubelskie Spotkania. Wschód kolejny raz był nie abstrakcyjnym tematem specjalistów od polityki międzynarodowej, ale elementem walki „o wspólne” – polskie, ukraińskie, białoruskie – koszulą bliską ciału. To, co wychodziło w drugim obiegu w latach 1976–1989, było jak bezpośrednie przygotowanie ideowe polityki wschodniej dla Polski niepodległej. Było swego rodzaju krajową adaptacją myśli Kultury, chociaż często pozostawało tylko deklaracją ideową a nie realnym programem działania. Sprowadzona z daleka roślina wymaga czasu na aklimatyzację. Niby Kultura docierała do Polski na cieniutkich listkach biblijnego papieru, ale potrzebowała adaptacji – a raczej readaptacji – do krajowych warunków.

Czas po 1989 roku trudno naszkicować w kilku zdaniach: zaczynał się od dyskusji o wyprowadzeniu wojsk radzieckich z Polski czy polityce dwutorowości Skubiszewskiego. Ale te sprawy przynależą raczej do „międzyczasu” pomiędzy PRL a niepodległością. Pierwszą dekadę III Rzeczypospolitej zamyka i jednocześnie symbolizuje polemika wokół polityki wschodniej, której kolejne odsłony można było przeczytać m.in. na łamach Tygodnika Powszechnego w latach 2000–2001. Wśród opublikowanych wówczas artykułów znalazły się takie, które wyszły spod piór przedstawicieli starszej generacji (Przeciw minimalizmowi Czesława Miłosza z 2001 roku), jak i te autorstwa młodszych intelektualistów, którzy jednak mieli w swoich biografiach zaangażowanie opozycyjne w latach 80. (Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Maziarski, Bogumiła Berdychowska). Ale tamte debaty prowadzone były już z pozycji posiadanej przez Polskę niepodległości i pewnej praktycznej wiedzy, w jakim kierunku zmierza transformacja na Wschodzie. Istniał już kierowany przez Marka Karpa i Bartłomieja Sienkiewicza Ośrodek Studiów Wschodnich – nowa rządowa instytucja studiująca czas transformacji na Wschodzie i oceniająca go z punktu widzenia polskiej polityki. Znane były już podstawowe zagrożenia, coraz bardziej jasne było co jest możliwe, a co jest tylko teoretyczną wizją. Właśnie ta sprawa – ocena możliwości Polski na Wschodzie – była, jak się wydaje, osią sporu. Dwa stanowiska można już chyba uznać za klasyczne: B. Sienkiewicza (Pochwała minimalizmu, „Tygodnik Powszechny” 24–31 grudnia 2000) i odpowiedź B. Berdychowskiej (Giedroyc nadal aktualny, Tygodnik Powszechny 4 marca 2001). Oba polemiczne wobec siebie teksty w istocie dotyczyły wątpliwości co do aktualności przesłania (politolog miałby w tym kontekście prawo mówić o doktrynie) Giedroycia i jego rozumieniu. Ale najważniejsze w nich było co innego – określiły pole debaty o Wschodzie na kolejne kilkanaście lat. Ówczesna „Tygodnikowa” polemika nie tylko dała ramy intelektualne polskiej dyskusji o Wschodzie po 1989 roku, ale też stworzyła swoistą barierę inicjacji dla osób chcących wziąć udział w tej debacie. Standardem dla każdego, kto chce się zajmować Wschodem, pozostała konieczność odniesienia się do spuścizny po Giedroyciu.

Pokolenie opozycji demokratycznej – z naszego tomu trzeciego – ciągle jest aktywne i zaangażowane we wschodnie debaty. Adam Michnik, oprócz krajowych spraw, wypowiada się w kluczowych momentach na temat tego, jak powinna wyglądać polska polityka wschodnia. W 2008 roku podczas inwazji rosyjskiej na Gruzję, wbrew wielu innym głosom i trudnym politycznym relacjom z prezydentem Lechem Kaczyńskim, wsparł jego politykę na Kaukazie (A. Michnik, Polska zdała gruziński egzamin, „Gazeta Wyborcza” 9 września 2008). W 2012 roku upomniał się o los Jurija Łucenki i Julii Tymoszenko (A. Michnik Bądź silny. Do Jurija Łucenki, GW 1 marca 2012; A. Michnik Uwolnijcie Julię Tymoszenko, GW 5 maja 2012). Podobnie – autorzy z naszego czwartego tomu nie milczą i oby jak najwięcej pisali – Berdychowska, Sienkiewicz (z przerwą na stanowisko, które akurat sprawuje w rządzie) i inni wypowiadają się na tematy polityki wschodniej.

Pomysł na niniejszy tom to więc w żadnym razie nie pożegnanie z pewną epoką, raczej próba uchwycenia najnowszych trendów w polskim myśleniu o Wschodzie, opis początków piątego pokolenia „wschodniaków”. W kuluarach wrocławskiej konferencji „Polska Polityka Wschodnia” słyszę od jednego z aktywistów portalu Eastbook.eu: „my jesteśmy odważniejsi”. To oczywiście pokaże historia – nie czas jeszcze oceniać. Faktycznie jednak – to powiedzieć już można – są inni niż poprzednie pokolenia. Po pierwsze, swoje pierwsze teksty chyba bez wyjątku napisali już w „czasach unijnych”: po wejściu Polski do UE i – uwaga – po pomarańczowej rewolucji, a te dwa wydarzenia zmieniły w polskiej polityce wschodniej szczególnie wiele. Dodały jej odwagi, pokazały możliwości – poprzez oddziaływanie za pomocą mechanizmów unijnych, z których można korzystać, jeżeli się to potrafi. Po drugie doświadczenie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie pokazało, że Polska może na Wschodzie „coś zrobić”, że jej możliwości, gdy polskie elity polityczne są skonsolidowane wokół konkretnych celów, nie są wcale małe. Było to zresztą doświadczenie szczególne dla znacznie szerszego kręgu niż tylko badacze: pomarańczową rewolucję wsparły przecież tysiące Polaków. Najmłodsze pokolenie zainteresowanych Wschodem to nie tylko grupka publicystów, ale sporo praktyków, którzy pojechali w siarczysty mróz pilnować wyborów u sąsiadów i to doświadczenie jakoś w nich zostało. I jeszcze jedna rzecz, która charakteryzuje najmłodszych „wschodniaków”: użycie nowoczesnych technologii. Mało jest w tym tomie tekstów obszernych, nie ma sążnistych polemik, bo ich druga natura to wpis w formacie Facebooka i Twittera. Choć oczywiście najmłodsza myśl wschodnia ma też swoją trybunę tradycyjną, z typową narracją, gdzie może się konfrontować z autorami różnych pokoleń i profili zainteresowań – to „Nowa Europa Wschodnia” i „New Eastern Europe”.

I tu dotykamy sprawy kluczowej. Gabinet znanej profesorki w ważnym amerykańskim uniwersytecie, na szczycie stosu rzeczy „do przeczytania” – NEE. Rzecz w tym, że może najważniejszym zadaniem najmłodszej polskiej myśli wschodniej jest rozpropagowanie jej po świecie, dosłownie i w przenośni przetłumaczyć na język współczesnej zglobalizowanej rzeczywistości: wyjaśnić stare polskie doktryny, pokazać nowe podejście i jeszcze zrobić to w formacie przystającym do rzeczywistości, powiedzmy, w wersji 2.0. Dzisiejsze okoliczności dają taką możliwość w stopniu większym niż kiedykolwiek po 1918 roku.

Idea tego tomu polegała na tym, by był on jak seminarium polskiej najmłodszej myśli wschodniej, ale wcześniej chcieliśmy zapytać najmłodsze pokolenie polskich „wschodniaków”, co ich interesuje, jacy są, skąd wzięli się we sprawach wschodnich? Którzy swojej pasji ulegli podczas badań naukowych, wyjazdów, a którzy wskutek rodzinnych tradycji? Niektórzy w wolnej Polsce przeszli przez profesjonalne instytucje zajmujące się kształceniem specjalistów od Wschodu – z tą najważniejszą, czyli kierowanym przez Jana Malickiego Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego (słychać czasami zbitkę „dzieciaki Malickiego”), na czele. Oczywiście najnowsze pokolenie zainteresowanych Wschodem to nie jedna grupa, ale kilka częściowo przenikających się środowisk. Zaprosiliśmy do stworzenia wspólnego tomu tych, którzy już coś napisali, występowali na konferencjach, mają za sobą pierwsze udane przedsięwzięcia lub w takich przedsięwzięciach uczestniczą.

Czy czytając ich teksty dowiedzieliśmy się czegoś więcej o dzisiejszej Polsce i jej stosunku do Wschodu? To akurat trzeba pozostawić ocenie czytelników. Na pewno dzisiejsza myśl wschodnia daleka jest od pompatycznych idei, jest pragmatyczna, czasami nawet techniczna. Na ile może, trzyma się, inaczej niż poprzednie pokolenia polskiej myśli wschodniej, daleko od codziennej krajowej polityki – ale może to raczej wina jakości dzisiejszej polityki. Na pewno lubi tematy „konkretne”, jak energetyka, gospodarka, lubi unijny kontekst, czasami nadmiernie wikłając się w instytucjonalne meandry myślenia brukselskich urzędników. Część rozważań o Partnerstwie Wschodnim grzęźnie w takim właśnie urzędniczo-brukselskim paradygmacie i żargonie. Czy i w jakim stopniu na najnowszą myśl wschodnią oddziaływają współczesne doświadczenia polityki na Wschodzie? Czy pozostaje pod wpływem współczesnych obrazów, ikon niemalże polskiej polityki wschodniej: schorowanego Jacka Kuronia na Cmentarzu Łyczakowskim w 2002 roku, Polaków na kijowskim Majdanie w 2004 roku czy Lecha Kaczyńskiego w alei Szoty Rustawelego w Tbilisi w 2008 roku? Niestety (ktoś doda: i dobrze), najnowsza myśl wschodnia – i pokazuje to niniejszy tom – jest chyba mało sentymentalna. Ale też daleko nie wszystko jest w tym tomiku. A zdarzył się na przykład spektakularny powrót do wielkiego mitu polskiej polityki wschodniej – prometeizm. Odżył on w najmłodszym pokoleniu adherentów Wschodu za sprawą kilku konferencji, świetnej teki Klubu Jagiellońskiego Polska ejdetyczna z 2010 roku oraz redakcji Nowego Prometeusza, związanej ze wspomnianym już SEW UW. Ważny głos zajmują specjaliści z konkretnych branż, przede wszystkim energetyki, jak Wojciech Jakóbik i Piotr Maciążek.

Chociaż dzisiejsza myśl wschodnia nie lubi codziennej polityki i stroni od partyjnej afiliacji, to jednej debaty nie unika. Nie unika debaty o Kulturze i jej roli w polskim myśleniu na temat Wschodu. Najmłodsze pokolenie „wschodniaków” nie ma już szansy poznać Jerzego Giedroycia czy Jana Nowaka-Jeziorańskiego, nieliczni zapewne zdążyli się przedstawić Bohdanowi Osadczukowi. A pomimo to portret Giedroycia nie wędruje do muzeum idei. Jego koncepcje to – jak już było powiedziane – swoiste zwierciadło dla każdego, kto wchodzi do wschodniego salonu – zanim wejdzie, na moment się w nim przejrzy. Przykłady? Widać to w tekstach i Andrzeja Brzezieckiego, i Pawła Purskiego, u pozostałych autorów związanych z portalem Eastbook.eu, w środowisku Krytyki Politycznej i wielu innych.

* * *

Pewnie dużo osób będzie narzekać, że nie o wszystkich, o których być powinno, zostało tu wspomniane. Że „wschodniacy” to nie najszczęśliwsze słowo, że pokoleń nie pięć, tylko więcej lub mniej. Będzie wiele okazji, by o tym dyskutować, inaczej ustalać granice czasu itd. Przede wszystkim chodziło mi o to, żeby pokazać, że nic nowego w polskiej myśli nie powstaje na jałowej glebie, że wpisuje się w ciąg pokoleń, ale wnosi nowe. Staraliśmy się zaprosić do wspólnej publikacji kilkudziesięciu autorów. Nie wszyscy odpowiedzieli tekstami, do niektórych zapewne nie udało się dotrzeć – nasza wina. Ale zapewne będzie jeszcze wiele okazji, by pokazać znacznie szerszą paletę piszących o Wschodzie autorów najmłodszego pokolenia. Zapewne najważniejsze teksty mają przed sobą – to historia pokaże, które pomysły i koncepcje przetrwają próbę czasu. Bez wątpienia jednak w polskiej myśli wschodniej coś się rodzi. Warto oświetlić to na moment fleszem i zostawić jak zdjęcie w rodzinnym albumie na pamiątkę współczesnych debat.

Nota redakcyjna

Większość artykułów w tym zbiorze została napisana jeszcze w 2013 roku, więc nie uwzględnia wydarzeń, które nastąpiły po Szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie.

Adam LelonekGeopolityka Ukrainy – między buforowością, finlandyzacją a Zachodem

Ukraina znalazła swoje miejsce w szerokiej, europejskiej przestrzeni medialnej pod koniec 2004 roku, wraz z wybuchem pomarańczowej rewolucji. Niestety zainteresowanie wydarzeniami zachodzącymi u naszego wschodniego sąsiada musiało zniknąć równie szybko, jak się pojawiło. Złożyło się na to kilka elementów, w tym między innymi: ignorowanie przez wielu komentatorów czy polityków egzotyki koalicji obozu „pomarańczowych”, czy instrumentalizacja wątku ukraińskiego i wykorzystywanie go w doraźnych, krótkoterminowych rozgrywkach politycznych.

Włączenie tematyki wschodniej w mechanizmy stricte polityczne, zarówno na poziomie krajowym, jak też i unijnym, nierozsądnie powiązane zostało z retoryką „proeuropejską”, a także związaną z nią „poprawnością polityczną”, która ograniczała merytoryczną analizę i uzasadnioną krytykę pewnych procesów. Dodając do tego fakt licznych błędów administracji Wiktora Juszczenki, sprzyjania przez nią radykalnej prawicy, częstych sporów w ramach obozu „pomarańczowych”, nasilania się tendencji w realizowaniu własnych, krótkoterminowych celów czy ambicji politycznych poszczególnych liderów, a także granie na polaryzacji społecznej, cały dorobek nowo odkrytej siły obywatelskiej został niemal w całości zmarnowany.

W okresie prezydentury Juszczenki, która z każdym rokiem coraz bardziej „wytłumiała” tak potrzebne zainteresowanie europejskich mediów, doprowadzając w całkiem krótkim czasie do tego, iż tematyka ukraińska zniknęła nawet z polskich dzienników i serwisów informacyjnych, najbardziej rzuca się w oczy instrumentalizacja pracy dziennikarskiej w służbie polityki. W tej polityce z kolei nie da się jednak nie zauważyć braku jakiejkolwiek spójnej, przemyślanej i długofalowej koncepcji czy namiastek strategii. Potwierdza to tym bardziej zwycięstwo obozu niebieskich w wyborach prezydenckich w 2010 roku i dojście Wiktora Janukowycza do władzy.

Wysiłki polskiej dyplomacji (a obok tego i indywidualnych polskich polityków czy organizacji pozarządowych) na rzecz zbliżenia Kijowa do UE na przestrzeni ostatnich lat – warto przy tym odnotować, że również niezbyt umiejętnie rozreklamowane i wykorzystane – przywróciły Ukrainie miejsce w przestrzeni publicznej i dyskursie naukowym oraz dały nadzieję na zmianę naszego otoczenia międzynarodowego. Problem w tym, że z punktu widzenia geopolitycznego, pozycja Ukrainy jest od dziesięcioleci czy nawet od stuleci wciąż tak samo ważna, a „medialna sezonowość” uprzytamniać może jedynie smutny fakt zupełnego niezrozumienia, o jaką stawkę toczy się gra. Co gorsze – brak tej świadomości widać nie tylko u polskich polityków w Warszawie, którzy chcą wykorzystać coraz mniej liczne sukcesy dla własnych, wąsko pojętych, bieżących korzyści politycznych, i nie tylko u wielu polskich polityków w Brukseli, którzy chyba już dawno temu utracili obiektywizm spojrzenia na „globalną szachownicę”, trzymając się kurczowo wiary w potęgę, możliwości i potencjał UE, pełnej wewnętrznych sprzeczności, podziałów i problemów. Podobnie, jeśli nie gorzej, jest i w innych europejskich stolicach, może poza Berlinem.

Pamiętając o amerykańskim zaangażowaniu w pomarańczową rewolucję (zwłaszcza finansowym), ale i w rywalizację z Federacją Rosyjską (FR) na obszarze poradzieckim, dojść można do wniosku, że Waszyngton i Moskwa są znacznie skuteczniejsze w działaniu, niż Bruksela. Problemy gospodarcze i finansowe państw zachodnich, zwłaszcza USA, oraz wzrost roli krajów BRICS, szczególnie Chin, nie pozostały bez wpływu na amerykańską strategię. Oddając inicjatywę w kwestii Ukrainy strukturom europejskim, Amerykanie przenieśli środek ciężkości swoich działań w region Pacyfiku. Bruksela przez tyle lat nie dorobiła się ani lepszego zrozumienia kwestii wschodnich pozwalających na neutralizowanie wpływów Kremla, ani elastyczności podejścia bardziej odpowiadającego warunkom społeczno-kulturowym, a równoległy wzrost pozycji Niemiec w UE sprawia, że losy Ukrainy ważą się w nieformalnym geopolitycznym trójkącie: Moskwa – Waszyngton – Berlin, przy tym to Rosjanie mają więcej asów w rękawie. UE próbuje dostać się na Wschód w sferę legislacyjną, mentalną, kulturową i, ogólnie rzecz biorąc, społeczną. W przeciwieństwie do niej, FR jest tam od dawna.

Buforowość Ukrainy

S. Bieleń napisał w swoim kapitalnym artykule z 1995 roku:

Amerykańska Encyklopedia nauk społecznych definiuje państwo buforowe jako małe, zwykle słabe, leżące pomiędzy dwoma lub więcej mocarstwami, hamujące wzajemną ich agresywność i przyczyniające się do utrzymania regionalnej równowagi sił. Podobnie określa się strefę buforową, jako terytorium małego państwa, leżącego między wielkimi mocarstwami lub strefami ich wpływów. Główny akcent kładzie się w tych definicjach na czynnik geograficzny oraz stosunek sił. Dla uściślenia należy dodać, że państwo buforowe niekoniecznie musi być małe i słabe. Musi natomiast być mniejsze i słabsze od sąsiadujących z nim mocarstw, co nie oznacza, iż nie potrafi przeciwstawić się naciskom i bronić swojej niezależności. […] można przyjąć, że strefy buforowe tworzą państwa usytuowane pomiędzy dwoma lub kilkoma mocarstwami (różnej rangi), a ich funkcją jest stabilizowanie bądź wyciszanie dzielących je antagonizmów[1].

Samo funkcjonowanie państwa buforowego jest pochodną rywalizacji między mocarstwami i unikania przez nie radykalnych rozwiązań czy konfrontacji. Warto też wspomnieć, że występuje również inna kategoria buforowości, tzw. „szare strefy”. Zdaniem prof. Bielenia,

[…] są one czymś pośrednim między sferami wpływów a strefami buforowymi. Do połowy lat siedemdziesiątych naszego stulecia za „szarą strefę” uznawano Afrykę, gdzie żadne z supermocarstw – ani Stany Zjednoczone, ani ZSRR – nie było pewne zakresu swobody własnego manewru. Z tego powodu i Moskwa, i Waszyngton działały tam za pośrednictwem swoich sojuszników. Każde z supermocarstw unikało sprowokowania konfliktu, który mógłby doprowadzić do bezpośredniego zaangażowania ich sił wojskowych[2].

W ujęciu historycznym, istnienie państwa buforowego nie zawsze jest gwarancją pokoju między rywalami, dość wspomnieć o sytuacji Polski z końca XVIII wieku czy niemieckich satelitów z okresu II wojny światowej. Niemniej jednak aspekt geograficzny i położenie między silnymi państwami będą głównymi wyznacznikami statusu buforowego. Obok nich, czynnikiem determinującym go w praktyce będzie ponadto „wola mocarstw sąsiadujących”[3]. W przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego status buforowy przestaje obowiązywać. Można w tym miejscu odnotować, że współczesne uwarunkowania na arenie międzynarodowej do 2008 roku zdawały się przekreślać możliwość realizacji własnych interesów przez Rosję poprzez wojnę konwencjonalną, jednak wydarzenia w Gruzji pozbawiły złudzeń nawet największych pacyfistów.

[…] oprócz położenia geograficznego, ważności strategicznej i roli transmisji kulturowej, niezwykle ważnym elementem, decydującym o buforowym charakterze danego państwa, jest stosunek sił pomiędzy buforem a sąsiadującymi mocarstwami. Zazwyczaj państwo buforowe ma pozycję relatywnie słabszą, co nie oznacza jego bezsilności. Chodzi bowiem o to, aby mogło ono wytrzymać presję zewnętrzną i pozostawić sobie pewien margines swobody w zakresie polityki wewnętrznej i zagranicznej. Jeśli tego warunku nie spełnia, wówczas może ulec destrukcji lub być wchłonięte przez strefę wpływów”[4].

Należy więc pamiętać, iż buforowość wymaga od państwa konkretnych działań i dosyć wysokiego poziomu skuteczności w działaniach podejmowanych na arenie międzynarodowej. Związane będzie to z wykorzystaniem nie tylko położenia geograficznego, ale w przypadku Ukrainy także i potencjału gospodarczego, demograficznego, energetycznego czy wreszcie politycznego. Jest to przecież warunkiem dla realizacji własnych interesów i gwarancją zapewnienia bezpieczeństwa.

Najważniejszym celem państwa buforowego jest zachowanie jego względnej samodzielności i suwerenności w stosunku do zewnętrznych protektorów i antagonistów. Suwerenność państwa buforowego jest zazwyczaj bardzo krucha i zależy od woli innych. Państwo buforowe nie jest w stanie zmienić polityki innych państw, a tym bardziej im się przeciwstawić. Może jedynie chronić swoje interesy (zwłaszcza autonomię i integralność terytorialną), starając się angażować sąsiednie mocarstwa w politykę przynoszącą wspólne korzyści[5].

Od umiejętności i skuteczności danego państwa buforowego w swoich działaniach zewnętrznych zależeć więc będzie jego pozycja nie tylko w relacjach z sąsiadami, ale również w regionie. Jeśli będzie ono w stanie umiejętnie wykorzystywać swój potencjał, nie zostanie częściowo lub całkowicie ubezwłasnowolnione, a jego politycy będą w stanie realizować własne cele i priorytety, oczywiście z uwzględnieniem wykluczających się tendencji i dążeń krajów ościennych.

Specyfika ukraińskiej buforowości: wymiar wewnętrzny

W przypadku Ukrainy należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Jakkolwiek stanowi ona nierozerwalną całość jako podmiot stosunków międzynarodowych, w tym i z punktu widzenia prawa międzynarodowego, to wewnętrznie nie jest jednolita. Chodzić przy tym będzie o podział ideologiczny, językowy i historyczny w uproszczeniu na rosyjskojęzyczny Wschód + Południe oraz ukraińskojęzyczny Zachód + Centrum, gdzie co najmniej od XVII w. granicą między tymi obszarami jest Dniepr.

Wielu ekspertów i analityków zajmuje się tym tematem i w ramach badawczej obiektywności zauważyć należy, iż zagadnienia i implikacje z nim związane bardziej niż inne wplątane zostały w tryby polityki czy ideologii – środowiska lewicowe, a zwłaszcza skrajnie lewicowe w Polsce (o dziwo – tak samo, jak skrajna prawica na Ukrainie) zażarcie bronią postawionej przez siebie tezy, że żadnych podziałów na Ukrainie nie ma. Najprawdopodobniej w ramach realizacji idei „jedności i równości ludu pracującego miast i wsi”… Istotnie – podziałów pod względem dochodów, zadowolenia i poziomu życia w formie radykalnej nie ma. Nie jest tajemnicą, że zachodnia część kraju jest bardziej rolnicza, natomiast całe zaplecze przemysłowe zlokalizowane jest w części wschodniej. Nie to jest jednak istotą podziału. Używany na co dzień język, spojrzenie na II wojnę światową i okres ZSRR są jednak diametralnie różne. Z tych sfer, a dokładnie z „regionalnych” różnic z nimi związanych, wynikają konkretne implikacje: postrzeganie siebie, własnej tożsamości czy historii, ale także otoczenia międzynarodowego, a zwłaszcza Rosji.

Właśnie podejście do stosunków ukraińsko-rosyjskich czy roli i znaczenia FR w polityce zagranicznej Ukrainy stanowi podłoże wewnętrznej niespójności i polaryzacji społecznej, gdyż znajduje swoje przełożenie chociażby na postrzeganie Zachodu, a docelowo i emocje związane z zachodnim wektorem aktywności międzynarodowej Kijowa. Wystarczy w tym miejscu przywołać badania francuskiego naukowca, Dominika Arela, który potwierdził istotę różnic międzyregionalnych na Ukrainie[6], a chociaż od czasu jego prac minęło już niemal 20 lat, sytuacja na Ukrainie nie zmieniła się znacząco. Dalej funkcjonuje „regionalno-lingwistyczna polaryzacja kraju”[7], nadal aktualne jest pojęcie, zdawać by się mogło, niemal paradoksalne: „ukraińskojęzyczni Ukraińcy”[8].

Zagrożenia wynikające z silnego podziału na strefy językowe, zachodnią i centralno-zachodnią z językiem ukraińskim i wschodnio-południową z dominującym językiem rosyjskim to m.in.:

ciążenie rosyjskojęzycznych

obywateli, a

co za tym idzie regionów w stronę Federacji Rosyjskiej,

możliwość

pojawienia

się dążeń separatystycznych,

okazja/powód

dla

rosyjskich szeroko pojmowanych „interwencji” czy wtrącania się w politykę wewnętrzną Ukrainy,

możliwość

pojawienia

się roszczeń terytorialnych ze strony FR,

osłabienie

pozycji

Ukrainy na arenie międzynarodowej

[9]

,

ryzyko

destabilizacji kraju,

instrument

w rozgrywkach politycznych,

przyczyna

tworzenia się poważnych antagonizmów społecznych, np. Zachód – Krym

[10]

.

Kwestie językowe nakładają się na problemy tożsamościowo-ideologiczne. Pamięć o włączeniu przemocą do Rosji jest ożywiana w społeczeństwie ukraińskim przez nagłaśnianie Wielkiego Głodu z lat 30. XX wieku, podejście do zagadnienia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, a także silny etos kozacki, obecny w literaturze, sztuce i życiu codziennym, który jest w pełnej opozycji do wszelkich wzorów rosyjskich – są to główne źródła tarć między Ukraińcami a Rosjanami[11].

Dla porządku wspomnieć można tu jeszcze o dwóch elementach: aktywności ukraińskich skrajnych nacjonalistów na Ukrainie Zachodniej oraz o scenariuszach amerykańskiego wywiadu dla Ukrainy z początku lat 90. XX wieku. Pierwszy z nich wiąże się z niebezpieczeństwem umacniania podziałów społecznych i charakteryzuje się pewną ciągłością: retoryka nacjonalistyczna na Ukrainie cieszyła się sporą popularnością podczas pomarańczowej rewolucji, a w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych potwierdził ją i umocnił sukces polityczny Swobody. Odnosząc się natomiast do drugiego elementu – Amerykanie zakładali, iż państwo ukraińskie rozpadnie się na dwie części: wschodnią i zachodnią.

Czy można więc zaryzykować twierdzenie, że z punktu widzenia Rosji buforem w sensie fizycznym są granice państwa ukraińskiego, jednak w praktyce funkcja jest nim wewnętrzny podział ukraińskiego społeczeństwa? Wydaje się, że tak. To Ukraina Zachodnia i jej kształt ideologiczny, w sensie praktycznym i politycznym, nadaje sens istocie ukraińskiej buforowości.

Nie trzeba wybitnych zdolności analitycznych, żeby zauważyć, że sytuacja ta znajduje swoje przełożenie na życie polityczne, a tym samym i sytuację międzynarodową Ukrainy. Trzy ugrupowania opozycyjne największe poparcie uzyskały właśnie na Ukrainie Zachodniej. Retoryka wielu polityków Swobody budzi jednak największe obawy i nie jest istotne, czy jest to jedynie gra polityczna, cynizm czy wypadkowa pewnych ścierających się tendencji wewnątrzpartyjnych. Można tu wspomnieć o często pojawiającym się wątku, wygłaszanym raczej nieoficjalnie przez wielu zwolenników a także polityków tego ugrupowania, iż polityka w Gruzji w 2008 roku doprowadziła, co prawda, do utracenia części terytorium, niemniej jednak: „skonsolidowała społeczeństwo, a tym samym i państwo”. Można postawić pytanie, czy odniósłszy potencjalny sukces np. w przyszłych wyborach i walcząc o „ukraińskość Ukrainy”, nie zrealizowaliby oni podobnego wariantu, paradoksalnie wyświadczając największą przysługę Rosji. Niezależnie od tego, czy Swoboda podzieli losy Ligi Polskich Rodzin (swojego odpowiednika w Polsce), tak znaczące poparcie społeczne dla „nacjonalistycznego populizmu” może w pewnych okolicznościach wpłynąć na modyfikację istoty ukraińskiej buforowości.

Finlandyzacja Ukrainy vs. „wariant białoruski”

Podczas IV edycji Wrocław Global Forum w czerwcu 2013 roku, w trakcie panelu „Spoglądając w stronę Wschodu Europy”, Celeste Wallander powiedziała: „nie mamy co się spodziewać rosyjskiej interwencji na Ukrainie”, a odnosząc się do sytuacji wewnętrznej w FR, dodała: „może i obraz rosyjskich elit politycznych jest ponury, ale rosyjskiego społeczeństwa już niekoniecznie. To nie jest Rosja sprzed 20 lat”[12].

Tak jak istotnie rosyjska interwencja na Ukrainie jest trudna do wyobrażenia, to fakt wzmożonych wysiłków Kremla skierowanych na utrzymanie kontroli nad swoją „bliską zagranicą”, postrzeganą w aspekcie gospodarczym, strategicznym, ale i geostrategicznym, w tym i buforowym – jest niezaprzeczalny. Dojście do władzy Janukowycza i jego polityka wywołały na początku tak wielkie obawy, że wielu dziennikarzy i komentatorów pisało nie tylko o „zwycięstwie opcji prorosyjskiej”, ale wręcz o nieuniknionym „wariancie białoruskim” na Ukrainie, zwłaszcza po przedłużeniu możliwości stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie[13]. Tak czy inaczej, czy tego wiele osób w Polsce i UE chce czy nie – administracja obecnego ukraińskiego prezydenta zrobiła niezwykle dużo dla zbliżenia swojego kraju do Europy, i to nie tylko w aspekcie politycznym. Mało tego, zdecydowany kierunek na dywersyfikację energetyczną i uniezależnienie się od Moskwy pozbawił argumentów narrację o „białorutenizacji” w wymiarze międzynarodowym. Oczywiście liczba niedociągnięć czy błędów jest ogromna, tym bardziej, iż sprawy wyglądają mniej korzystnie w aspekcie wewnętrznym, jednak pamiętać należy, iż właśnie dążenie do zabezpieczenia swoich interesów przed Rosją przez klany i poszczególnych oligarchów na Ukrainie umożliwiły sukcesy w rozwijaniu ukraińskiego wektora zachodniego w polityce zagranicznej Kijowa.

Na chwilę obecną status Ukrainy na wzór białoruski jest zwyczajnie niemożliwy. Stan ten będzie trwał zapewne nawet wtedy, kiedy skończy się rywalizacja Brukseli i Moskwy w polityce „kija i marchewki”, gdyż Ukraina ma większy potencjał od Białorusi nie tylko w liczbie miliarderów. Powierzchnia, liczba ludności, poczucie odrębności narodowej, etnicznej czy kulturowej, lecz również i wspomniana wyżej polaryzacja społeczna i narodowo--patriotyczna „żywotność” Ukrainy Zachodniej – to tylko jedne z wielu różnic między dawnymi republikami. Warto jednak odnotować, że pewna forma „łagodniejszej” zależności od Kremla jest jednak możliwa, zwłaszcza w przypadku porażki zbliżenia Ukrainy do Unii Europejskiej.

Niekiedy państwo buforowe dzięki swojej determinacji może wyzwolić się z ograniczeń narzucanych mu przez położenie geograficzne i politykę potężnych sąsiadów. Dobrym przykładem jest Finlandia, która po II wojnie światowej dzięki racjonalizacji swojej polityki zagranicznej, a zwłaszcza stosunku do Moskwy, nie stała się ani satelitą, ani marionetką (jak państwa Europy Środkowo-Wschodniej), zachowując samodzielną rolę pomostu między Wschodem a Zachodem[14].

Ład międzynarodowy nie jest już, co prawda, dwubiegunowy, a Związku Radzieckiego już nie ma, niemniej tym, co wpłynęło na politykę rządu Finlandii, była „świadomość graniczenia z mocarstwem”[15]. Bez wątpienia świadomość ta obecna jest też w Kijowie. Była ona również wielokrotnie podkreślana w przemówieniach wewnątrz, ale i na zewnątrz państwa. Znaczenia gospodarczego Rosji dla Ukrainy (w tym i wielu zależności czy powiązań) Unia Europejska nie jest zwyczajnie w stanie zneutralizować i muszą się z tym liczyć politycy w Warszawie, Berlinie, Brukseli, ale i w Kijowie czy Moskwie. Problem w tym, że ci z Brukseli nie do końca chyba chcą to zrozumieć, przynajmniej w oficjalnej retoryce, patrząc na obszar poradziecki przez swoje „europejskie okulary”.

Sama świadomość mocarstwowości sąsiada czy porozumienia międzynarodowe nie są jednak gwarancją, iż ów sąsiad nie będzie starał się „neutralizować” rosnących wpływów innych graczy, którzy próbują naruszać status quo. Tak jak Rosji zasadniczo nie opłaca się stosować wariantu siłowego w utrzymaniu Ukrainy w swojej strefie wpływów, tak można być pewnym, że wykorzystywanie błędów unijnych polityków, wraz z całym arsenałem innych rozwiązań i aktywności, wchodzi jak najbardziej w grę. Znacznie taniej i wizerunkowo korzystniej jest rozgrywać ukraińskich polityków i wspierać rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy.

Czy politykom ukraińskim uda się wypracować akceptowalną dla większości społeczeństwa długofalową strategię działania na arenie międzynarodowej? A nawet jeśli – to czy Kijów będzie w stanie ją realizować? Czy będzie można mówić o „ukraińskim wariancie” finlandyzacji w warunkach ładu wielobiegunowego, gdzie akceptując mocarstwowy status FR (jej „żywotne interesy”), uda się zneutralizować Kreml pewnymi ustępstwami, aby kontynuować „marsz” na Zachód? Na chwilę obecną wydaje się to trudne do wyobrażenia przede wszystkim dlatego, iż sytuacja na Ukrainie jest wciąż społecznie i politycznie niestabilna, a społeczeństwo nie jest ani wystarczająco skonsolidowane wokół danego kierunku polityki zagranicznej, ani wobec swoich przywódców. Nawet nie trzeba tu wspominać o samoświadomości obywatelskiej czy wzmacnianiu więzi społecznych pomiędzy różnymi grupami etnicznymi czy językowymi, z uwzględnieniem specyfiki regionalnej przez centralną administrację – politycy ukraińscy, aby dojść do władzy, tylko jeszcze bardziej antagonizują kraj wewnętrznie, co nie pozostaje bez wpływu na politykę zagraniczną Ukrainy.

Poza tym – to tylko jedna strona medalu. Czy Rosja przystałaby na taki wariant? Z pewnością nie za rządów Putina. Nic nie zapowiada też, że na rosyjskiej scenie politycznej znajdzie się nowa siła, która będzie w stanie zmienić obecną politykę zagraniczną FR. Zwycięstwo Kremla polegać będzie przecież na niedopuszczeniu Zachodu do swoich granic. Umowa stowarzyszeniowa Ukrainy z UE nie będzie przecież definitywnym zwycięstwem państw zachodnich – może co najwyżej być początkiem pewnego procesu, jednak formalna akcesja do Unii, biorąc pod uwagę problemy finansowo-gospodarcze i trudną sytuację socjalną w Europie, to już nawet nie 20–30 lat, ale dłużej. W związku z tym Moskwa nie musi nawet przed listopadowym szczytem[16] Partnerstwa Wschodniego w Wilnie wyciągać wszystkich kart na stół – z praktycznego punktu widzenia, czas działa na jej korzyść. Niezależnie od rezultatów obecnych negocjacji, narastające wzajemne zmęczenie po stronie unijnej i ukraińskiej jest też na korzyść Rosji. Recepty na taką sytuację czy adekwatnego „kontrataku” politycznego ze strony Brukseli, poza mnożeniem uwag, wymogów i zastrzeżeń do końca nie widać, a na pewno nie widzą ich obywatele Ukrainy i bynajmniej nie jest to jedynie odpowiedzialność władz w Kijowie[17].

Żeby unikać banałów w stylu „wiele zależy przecież od społeczeństwa ukraińskiego” (podzielonego w wielu sferach i nieprzyzwyczajonego do „europejskich standardów”) można przypomnieć, iż rola Moskwy na obszarze poradzieckim nie polega tylko na stanowieniu „przeciwwagi” dla wpływów Zachodu, ale aktywnie dąży ona do zbliżenia z byłymi krajami związkowymi.

„Imperatyw integracyjny odwołuje się do przeszłości imperialnej tego obszaru. Rosja zna tylko jeden model integracji, ze swoją uprzywilejowaną pozycją, co nawiązuje do paternalizmu radzieckiego i carskiego patronażu. UE w odróżnieniu od Rosji postrzega integrację jako dobrowolny proces, oparty na bliskości aksjologicznej i standaryzacji gospodarek. Z tego względu UE nie może liczyć na jakieś spektakularne sukcesy w Europie Wschodniej. Państwa poradzieckie bowiem są gotowe korzystać z rozmaitych form wsparcia, ale nie kwapią się do wprowadzania pluralnych systemów politycznych, które spełniałyby wszystkie standardy unijne.

Interesy i wpływy obejmują różne domeny przedmiotowe: gospodarkę, politykę i bezpieczeństwo, ale także soft power, czyli atrakcyjność kulturową i cywilizacyjną. Wbrew pozorom, Rosja – mimo braku demokratycznej kultury politycznej – dysponuje całkiem atrakcyjnym potencjałem ustrojowym, a jej autorytaryzm dla wielu państw poradzieckich nie jest czynnikiem odpychającym. Przeciwnie, dla takich państw jak Białoruś, Azerbejdżan czy republiki środkowoazjatyckie jest wzorem godnym naśladowania, a także gwarancją, że uda się utrzymać własne reżimy autorytarne”[18].

Z racji ograniczonej objętości artykułu, wspomnieć można jeszcze tylko krótko, w jaki sposób Moskwa może skutecznie „ostudzić” pro-unijny zapał ukraińskich elit, ale i społeczeństwa – wzmacnianiem polaryzacji społecznej. Doskonałym przykładem tego jest zagadnienie „rdzenności mieszkańców Ukrainy”[19], na czym skupiała się administracja Juszczenki, dążąc do konsolidacji społecznej wokół idei narodowej, a paradoksalnie – dając Moskwie potężny instrument ideologiczny.

W 1991 roku ustalono, że przyjęty będzie wariant „terytorialny”, albo „zerowy”, jeśli chodzi o nadawanie obywatelstwa. W związku z tym wszyscy, którzy żyli w tym czasie na Ukrainie, zostali Ukraińcami. Można więc stwierdzić, że rozbudowa państwa ukraińskiego odbywała się na zasadzie terytorialnej, a nie etnicznej[20]. Zmiana tego stanu rzeczy, czyli koncepcji polityczno-ideologicznej, niesie ze sobą dosyć istotne zagrożenie[21]. Walka polityczna na płaszczyźnie ideologicznej może mieć na Ukrainie nie tylko daleko idące konsekwencje społeczne, ale może znacząco wpłynąć na pozycję Kijowa na arenie międzynarodowej, w tym ułatwić Moskwie osłabienie opcji prozachodniej w polityce zagranicznej Ukrainy[22].

Spojrzenie na Zachód

Wracając do definicji buforu, to związany jest on z uznaniem, decyzją i percepcją mocarstw ościennych. Zachód, poprzez próby rozszerzenia NATO na Wschód, koncepcje budowy tarczy antyrakietowej, a obecnie przez próby zbliżenia m.in. Ukrainy do Unii Europejskiej, naruszył: 1) warunek istnienia strefy buforowej, 2) rosyjskie interesy na obszarze poradzieckim. Problem w tym, iż gdyby nie „nowy” (na ile było to antycypowane, a na ile przypadkowe – na chwilę obecną trudno powiedzieć) atut w postaci gazu łupkowego, można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że Zachód nie do końca miał koncepcję na „zwycięstwo” z FR. Europa z łupków jeszcze nie korzysta, a strefa wolnego handlu z USA jako projekt jest zasadniczo w powijakach.

W tym kontekście wspomnieć trzeba o słowach ministra spraw zagranicznych RP, Radosława Sikorskiego, na ostatnim wrocławskim Global Forum 2013. Mówiąc o współpracy między Europą a Stanami Zjednoczonymi, stwierdził, iż mamy potencjał, aby ustalić stały poziom cen ropy poniżej 100 USD – a wtedy zaczęłyby się interesujące zmiany na Wschodzie[23]. Abstrahując od tego, kiedy w ogóle byłoby to możliwe do zrealizowania i jak zostałyby zrekompensowane straty z tym związane we „własnym obozie”, można w tym miejscu postawić pytanie: czy nasi politycy wiedzą o czymś, co nie pojawiło się jak dotąd w żadnych analizach strategicznych, geopolitycznych czy nawet scenariuszach ewentualnościowych o charakterze publicystycznym? Najprawdopodobniej nie, a deklaracje, jak ta powyżej, przypominają bardziej blef przy pokerowym stole, robiący wrażenie jedynie na tych, którzy mają jeszcze gorsze karty lub są mniej zdeterminowani. Rosja do tej grupy zdecydowanie nie należy.

Generalnie, patrząc na zachowanie eurokratów z Brukseli, można odnieść wrażenie, że aktywne przeciwdziałanie aktywności UE na Ukrainie ze strony Kremla jest albo niedostrzegane albo niedoceniane lub ignorowane – z pobłażliwością, jaką może mieć rodzic do rozrabiającego dziecka. Przecież nie jest ważne tylko to, jak polityka unijna i determinacja do jej realizowania będą postrzegane a Europie – znacznie ważniejsza będzie ich percepcja na Wschodzie. Unijni politycy chcieliby wygrać „bitwę” o Ukrainę szczerą wiarą we własne siły i przekonaniem, że połączone potencjały wszystkich państw członkowskich „są przecież większe od Rosji”. Fizyczny dystans danego ośrodka decyzyjnego od Moskwy będzie tu chyba kluczem do istnienia tych „aberracji logicznych”. Europocentryzm wypacza nie tylko analizę sytuacji wewnętrznej na Ukrainie – może po prostu doprowadzić do jej bezpowrotnego utracenia.

Kolejnym aspektem, postrzeganym w zupełnie innej optyce na Wschodzie, jest spadek znaczenia Zachodu w układzie globalnym.

Cywilizacja zachodnia jest niespójna, brak jej w zasadzie jakiegoś kompleksowego projektu na przyszłość, modelu rozwoju, kryzys zaś może jeszcze zaostrzyć różnice między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Nie oznacza to urzeczywistnienia katastroficznych wizji […] odnoszących się do zmierzchu Zachodu, a sformułowanych w zupełnie innych okolicznościach, po pierwszej wojnie światowej, gdy „zawalił” się znany […] wcześniej świat, ale swoiste zrównoważenie jego globalnych wpływów przez inne cywilizacje i konieczność odejścia od tezy, że istnieją uniwersalne wzory działań ekonomicznych. W wersji optymistycznej można przyjąć, że Zachód już wielokrotnie był dotykany kryzysami ekonomicznymi i za każdym razem wykazywał dostatecznie dużo kreatywności, wyobraźni, determinacji i sił witalnych, by się z nich podźwignąć. Tu jednak warunkiem wstępnym jest nie tyle ekonomia, ile kwestie społeczne i polityczne. […] Słuszne wydaje się stwierdzenie, że wartości cywilizacyjne i kulturowe są ważne, ale ostatecznie nie determinują rozwoju ekonomicznego[24].

W szerokim aspekcie, swojego rodzaju klęska Unii jest już aż nazbyt widoczna. Jest może ona związana ze sferą wizerunkową czy szeroko pojętymi kwestiami prestiżowymi, niemniej jednak podważona została istota atrakcyjności UE (a szerzej – Zachodu), z tym, że nie dostrzegają tego w swojej większości politycy pracujący w Brukseli. Pytanie tylko, ile potrwa obecny kryzys i jakie kroki zostaną podjęte, aby go przezwyciężyć. Można jednak polemizować, że wzmacnianie współzależności i rozwiązań administracyjnych jest tym, co uratuje europejski model integracyjny. Podkreślmy po raz kolejny, że nieustannie brakuje szerokiego, wieloaspektowego spojrzenia globalnego, a na uwadze trzeba także mieć fakt, że wysiłki naszych polityków na kontynencie, biorąc pod uwagę rosnącą biurokrację, są długoterminowe i rozłożone w czasie – to mogło działać jeszcze przed kryzysem z 2008 roku, dziś jednak nie może się to udać. Poza tym, co będzie, jeśli po zrealizowaniu marzeń euroentuzjastów i zacieśnieniu procesów integracyjnych, nawet ze szkodą wielu grup społecznych czy tysięcy podmiotów gospodarczych, ujednolicając przepisy, okaże się już nawet nie tyle, że się spóźniliśmy, ale że i tak w globalnym układzie sił ponieśliśmy klęskę? Przecież w tym procesie harmonizacji wiele firm z Europy może przenieść się do Chin czy np. do Rosji, wzmacniając tylko problemy gospodarcze i społeczne Zachodu.

Cywilizacji zachodniej przyjdzie się pogodzić z faktem, że mimo atrakcyjności i siły przyciągania nie jest jedyną mającą coś do zaproponowania i nie może sobie rościć prawda do uniwersalizacji własnych wartości, zwłaszcza iż w znacznym stopniu ulegają one wewnętrznej erozji wobec istnienia wariantów alternatywnych ze strony innych cywilizacji. Relatywny spadek potencjału ekonomicznego może pociągnąć za sobą obniżenie poziomu wpływów politycznych, a w konsekwencji oddziaływań podstawowych wartości kulturowych. Ma to znaczenie, zwłaszcza gdy wartości takie traktowane są instrumentalnie i podporządkowywane doraźnym interesom politycznym i ekonomicznym. Należy więc liczyć się z tym, że po kryzysie ekonomicznym nastąpią pewne zmiany w przywództwie cywilizacyjnym. Zraniona cywilizacja zachodnia nie zejdzie ze sceny, ale wreszcie będzie musiała poważnie uwzględnić konkurencyjne systemy aksjologiczne: chiński (dalekowschodni) i muzułmański, akceptując fakt, że nie będzie w stanie samodzielnie kształtować porządku międzynarodowego[25].

W tym kontekście bez wątpienia jest szansa i potencjał do zagospodarowania przez Rosję[26].

Trudno natomiast prognozować, w jakim stopniu utrzymujące się współzależności ze światem zachodnim przybliżą Rosję do niego, a w jakim pozostanie ona zaledwie mocarstwem regionalnym i będzie starała się utrzymać pozycję samodzielnego gracza i centralnego ośrodka w cywilizacji prawosławnej. Ten ostatni problem jest o tyle istotny, że w kraju tym liczne regiony pozostają pod wpływem islamu, wprawdzie przez lata polityki ZSRR zlaicyzowanego, ale w ogólnym nurcie jego renesansu, mogącego mieć pewne znaczenie. Wiele zależy też od zdolności uniezależnienia się od „monokultury” surowcowej i skierowania uwagi na nowoczesne technologie[27].

* * *

Problematyka ukraińska zawiera w sobie szereg zagadnień z obszaru ekonomii, geopolityki, socjologii, kultury, religii, historii czy nawet psychologii. Dynamika przemian społecznych na Ukrainie zbiega się z równie nieprzewidywalnymi zmianami w skali globalnej, jednak interakcje pomiędzy sferą zewnętrzną i wewnętrzną funkcjonowania państwa nie są do siebie proporcjonalne. Z racji swojego położenia, ograniczeń i pozycji „sworznia geopolitycznego”[28] tudzież „bufora”, losy Ukrainy przesądzone zostaną nie w Kijowie, lecz wskutek decyzji oraz aktywności inny podmiotów: trójkąta Waszyngton–Bruksela/Berlin–Moskwa.

Aby w pełni obiektywnie móc analizować sytuację ukraińską i prognozować nie tyle potencjalne możliwości, ale realne skutki danych działań, należy wciąż poszukiwać dokładniejszych odpowiedzi na wiele pytań:

Na