Opis

Pierwsza oficjalna biografia Miroslava Klose!

Miroslav Klose był jedynym w swoim rodzaju napastnikiem i bezinteresownym piłkarzem zespołowym. Kogoś takiego jak on w zawodowej piłce nożnej już nie uświadczymy: mając dwadzieścia lat, grał w lidze okręgowej, by później zostać mistrzem świata i najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Niemiec.

We współpracy z Miroslavem Klose, Ronald Reng opowiada o człowieku, którego każdy znał z telewizji, ale tak naprawdę nie zna go nikt. W wieku ośmiu lat trafił z Polski do Niemiec, wyuczył się zawodu cieśli i został gwiazdą światowej piłki. Jako specjalista od techniki i gry głową, występował w topowych europejskich klubach. Miro w porywającym i poruszającym stylu przybliża nam dawno miniony już czas w piłce nożnej: czas ulicznego piłkarza, który zaczynając w skromnych warunkach, wspiął się na sam szczyt.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ronald Reng Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose Tytuł oryginału Miro. Die officielle Biografie von Miroslav Klose ISBN Copyright © 2019 Piper Verlag GmbH, München/Berlin Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Paulina Jeske-Choińska Korekta Julia Kramek, Daria Kozierska Łamanie Teodor Jeske-Choiński Fotografia na okładce Markus Tedeskino Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

To było idealne lato, jak idealne są wszystkie lata z mundialem.

Karl Ove Knausgård, Fredrik Ekelund, U siebie i na wyjeździe

Prolog

Na samej górze

Podczas przerwy obiadowej sięga czasem po gazety przyniesione do pracy przez kolegów i czyta w skupieniu artykuły o zawodowych piłkarzach, którym udało się dotrzeć na sam szczyt. A potem, kiedy skończy się przerwa, sam wspina się na górę.

Z rusztowania przeskakuje na płatew kalenicową, jak w fachowym języku nazywa się najwyżej położoną belkę więźby dachowej. Stoi bez trzymania na drewnianej belce, osiem metrów nad ziemią, i przez tę krótką chwilę, dopóki operator dźwigu nie dostarczy mu w powietrzu następnej krokwi, Miroslav Klose ma czas, by popatrzeć z wysokości na świat.

Tuż za nowymi budynkami ropościera się las, lśniący zielenią w letnim świetle. Nie ma znaczenia, czy pracują w Rehweiler, Ruschbergu czy w Rammelsbach. Las jest wszędzie, Las Palatyński, największy kompleks leśny w całych Niemczech, zajmujący sto siedemdziesiąt siedem tysięcy hektarów. Z perspektywy kalenicy bezkres natury poraża swym pięknem. Las położony jest na lekko falujących pagórkach, a na ich zboczach tu i ówdzie widać bujne łąki. Poza drzewami widnieje jeszcze droga, przez co dla Miroslava Klosego jest to widok idealny. Może sobie bowiem popatrzeć na auta. Rozpoznaje je z góry bez żadnego problemu. Tutaj golf trójka, tam mercedes A-klasa, czarne bmw M3 — o, taki samochód warto by mieć.

Z kolegami z pracy często rozprawia o samochodach, ale momentami, podczas których z kalenicy spogląda na świat, nie dzieli się z nikim. O takich rzeczach się przecież nie rozmawia. Chce te piękne chwile zatrzymać tylko dla siebie. A w zasadzie to te krótkie migawki, zanim znowu nie zdejmie krokwi z haka i nie zacznie jej przytwierdzać do płatwi. Jest jednak coś dobrego w tym, że nikt o tych momentach nie mówi. Poczucie stania w niebie i patrzenia aż po horyzont należy tylko do niego. Tam, na samej górze, w trakcie tych kilku sekund natchnienia, czuje, że jest zadowolony ze swojego życia.

Belka wiązania dachowego, na której stoi, ma szerokość dwudziestu pięciu centymetrów. Po lewej i po prawej stronie pustka. Aby nie spaść, idzie bokiem, stawiając stopę obok stopy. Czubki jego bezpiecznych butów z ciężkimi, stalowymi podnoskami wystają poza belkę. Nie kręci mu się w głowie, natura obdarzyła go zwinnością, ale mimo to tam, na górze, na dachu, parę razy się zachwiał. Za każdym razem udało mu się złapać równowagę, ale ze zdziwieniem obserwował, jak w obliczu strachu tracił kontrolę nad swoimi nogami. Drżały bez ustanku. Musiał przysiąść na belce, a inny cieśla wspinał się na górę, by go na chwilę zastąpić. Nie mogli robić przerw z powodu takich ceregieli. Nie mieli na to czasu.

Wydawało mu się, że skądś znał to niekontrolowane drżenie nóg. Wytężył pamięć i obraz powrócił. Będąc u wujka, na polskiej wsi, wspinał się jako młody chłopiec z kuzynami na drzewo, by ukraść czereśnie. Nagle pojawił się właściciel sadu. Kuzyni uciekli, on poślizgnął się przy schodzeniu i osunął się. Zanim spadł, złapał się jeszcze gałęzi. Wisiał tak na wyprostowanych rękach i po raz pierwszy w życiu poczuł to drżenie. Całe nogi wibrowały.

— Zejdź na dół, to oberwiesz! — krzyczał sadownik.

— Już schodzę — odpowiedział, po czym zeskoczył i w jednej chwili czmychnął. To było zwariowane uczucie — biec na drżących nogach, których zupełnie nie kontrolował, tak szybko, jak tylko się dało.

Swoje polskie dzieciństwo widział w ciepłym świetle. Miał dziewięć lat, kiedy rodzice przeprowadzili się z nim i z siostrą do Kusel w Nadrenii-Palatynacie. To było jedenaście lat temu. Nie zaprząta sobie głowy pytaniem, czym jest ojczyzna i dlaczego człowiek powinien mieć ją tylko jedną. Jest Niemcem z polskimi korzeniami i nie widzi w tym żadnego problemu. Mówi po niemiecku tak jak jego przyjaciele, którzy spędzili w Kusel całe swoje życie — z miękkim „T”, które sprawia, że zamiast „Tür” mówi „Diir”, i z permanentną zgłoską „sch-” zamiast „ch” czy „g”, czyli „rischdisch” zamiast „richtig”. Kiedy myśli o swojej przyszłości, widzi ją w Kusel.

Tam, na górze, na dachu, pracują z nagimi torsami. To jest jak podwyżka, dodatkowy bonus.

— Wow, jeszcze się opalisz w pracy! — mówią przyjaciele, kiedy spotykają się popołudniami w lodziarni Campo.

O dłoniach rozmawiają mniej. Ale Miroslav Klose spogląda na nie od czasu do czasu z fascynacją. Choć wie, że to nieprawda, ma wrażenie, że robią się coraz większe od pracy. Jest na nich pełno odcisków, zrogowaciałe miejsca wystają niczym wyspy. Może nie odpowiada to kanonom piękna, ale dumy z rąk nikt nie może mu zabrać. Egzamin praktyczny z nauk ciesielskich w szkole w Kusel zdał z drugim najlepszym wynikiem na roku. Ma dwadzieścia lat, jest czeladnikiem w firmie B+F Holzbau i w głowie ma jedno marzenie. Chce zdać egzamin mistrzowski, otworzyć własny zakład, a potem, przy pomocy swoich pracowników i użyciu własnych rąk, zbudować rodzicom dom.

To jego prawdziwe marzenie, choć może powinien powiedzieć, że to jego cel, aby odróżnić owy zamiar od mrzonek, którymi żyją często młodzi ludzie i którymi on swego czasu też żył. Powtarzał sobie kiedyś, że zostanie zawodowym piłkarzem, jak to wmawia sobie niemal każdy nastolatek. Dziś śmieje się tylko na to wspomnienie.

Cały czas jednak gra w piłkę. Jest lato 1998 i właśnie zamienił siódmą ligę na piątą. Chleb powszedni dla piłkarza amatora, ale dla niego oznaczało to awans z SG Blaubach-Diedelkopf, grającego w Bezirkslidze, do rezerwowej drużyny FC 08 Homburg, grającej w Verbandslidze. Teoretycznie mógłby jeszcze zostać profesjonalnym zawodnikiem. Pierwsza drużyna FC Homburg gra w Regionallidze, czyli na trzecim poziomie rozgrywkowym, a więc na skraju marginesu zawodowego futbolu. Gdyby tak zauważono jego dobrą grę w drużynie rezerwowej, to może trener pierwszego zespołu… Tych marzeń nie da się w żaden sposób zatrzymać.

Miroslava Klosego, napastnika, który potem miał zasłynąć z kapitalnych goli strzelanych głową, faktycznie dostrzeżono już tamtego lata, w trakcie przygotowań rezerwowej drużyny Homburga do sezonu. Wpadł w oko trenerom, bo nie nadążał za drużyną podczas leśnych przebieżek.

Stadion położony jest w bezpośrednim sąsiedztwie lasu. Trener wytyczył piłkarzom wymagającą rundkę, ponieważ już od startu droga szła trzysta metrów pod górę. Po nieco ponad kwadransie biegu ktoś z gromady biegaczy zawołał:

— Klose już nie daje rady!

Frank Oberinger obejrzał się za siebie. To dwudziestosześcioletni kapitan drużyny, kończący właśnie studium nauczycielskie. Jedyny dorosły pośród młodych gniewnych piłkarzy drugiej drużyny. W naturalny sposób czuł się za nich odpowiedzialny.

— Przecież to niemożliwe, że już nie wytrzymuje.

— Ej, ale on jest tutaj nowy, nie zna terenu. Jak straci za dużo dystansu, to się zgubi!

— To jak on chce grać w Verbandslidze, jeśli nie jest w stanie utrzymać tempa przy najprostszych przebieżkach?

Bieganie to podstawa piłki, tego Niemcy są akurat pewni. Nawet jeśli latem 1998 roku wiele aspektów niemieckiego futbolu stanęło pod znakiem zapytania, bo reprezentacja podczas mistrzostw świata we Francji pozostawiła po sobie żałosne wrażenie. Nawet w meczach przeciwko tak przeciętnym rywalom jak Jugosławia czy Meksyk dało się rozpoznać jedną tylko strategię: uchronić się od porażki dzięki własnej sile fizycznej.

Peter Rubeck, trener piątoligowych rezerw klubu z Homburga nad Saarą, który na co dzień pracuje w administracji szpitala okręgowego Völklingen, ma kilka innowacyjnych pomysłów. Eksperymentuje z kryciem strefowym i wymaga od piłkarzy bezwzględnego pressingu. Ale aby wytrzymać tak nietypowy sposób gry, w okresie przygotowawczym trzeba biegać jeszcze intensywniej. Kiedy któryś z piłkarzy odpuszcza krycie podczas gierki treningowej, Rubeck natychmiast ją przerywa, a winowajca musi zrobić dziesięć pompek. Przebieżki leśne robione są na przemian z tempówkami na tartanie, cztery razy tysiąc metrów co cztery minuty. Przedostatni piłkarz mija właśnie linię mety. Miroslav Klose jest jeszcze na wirażu przed ostatnią prostą.

Jego uda płoną. Jest przecież typem sprintera i zawsze kiedy musi dłużej biegać, nogi robią mu się jak z ołowiu, a płuca niemalże wyskakują z klatki piersiowej. Nie traci jednak nadziei, że w ciągu dwóch-trzech tygodni przyzwyczai się do intensywności treningu drużyny z piątego poziomu rozgrywkowego. Po dwóch-trzech tygodniach nadal jednak znajduje się w stanie skrajnego wyczerpania. Każdego dnia pracuje po osiem godzin na dachu, w słońcu, a potem jedzie jeszcze do Homburga na trening.

Mimo to, dzieje się coś ciekawego. Trening, który mu doskwiera, jednocześnie go fascynuje. Jest dla niego zwiastunem nowego, pięknego świata, nawet jeśli drużyny rezerwowe trenują najczęściej na kurzących się klepiskach. Podejmuje decyzję. Chce przetrwać, bez dwóch zdań. Chce przynależeć do tego świata.

Frankowi Oberingerowi wydaje się, że okiem doświadczonego piłkarza jest w stanie rozpoznać, którzy chłopcy mogą się przebić do zawodowej piłki. Przede wszystkim Sanel Nuhic, który świetnie kontroluje piłkę prawą nogą. Oberingerowi przychodzą na myśl jeszcze dwa-trzy nazwiska. Pośród nich nie ma jednak nazwiska Miroslava, mimo iż ten wygrywa z nim niemal każdą główkę na treningu. Powoli wprawia go to w zakłopotanie — mierzy sto dziewięćdziesiąt centymetrów, jest typowym, nieustępliwym niemieckim obrońcą, niedającym przeciwnikowi choćby centymetra swobody, a tu niższy od niego o pół głowy chłopak z okręgówki, który nie wytrzymuje nawet dwudziestominutowej przebieżki, wygrywa z nim niemal każdy pojedynek w powietrzu. Po jednym z takich pojedynków Oberinger ma nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy się na niego gapią. Może jednak ten Klose, mimo ewidentnych braków fizycznych, da radę zagrać kilka meczów w Verbandslidze?

Dobra gra głową to podstawa dla niemieckiego napastnika. Przedłużanie długich, wysokich zagrań z obrony, zamienianie dośrodkowań w gole — no niechże ci aroganccy dziennikarze nie kręcą nosem. To zawsze się sprawdzało. W trakcie mistrzostw świata we Francji, Tarnat i Heinrich bili dziesiątki dośrodkowań w meczu z Meksykiem. Nie robili niczego innego, tylko zagrywali te wysokie piłki, aż w końcu, trzy minuty przed końcem, Bierhoff strzałem głową trafił do bramki przeciwnika. Cały świat może się zżymać na prostotę niemieckiego futbolu, ale tak się właśnie wygrywa mecze.

Kiedy Miroslav Klose wraca z pracy około szesnastej, telewizor jest już włączony. W końcu trwają mistrzostwa świata. Jego ojciec ogląda mecze skupiony niczym student na zajęciach. Sam był kiedyś piłkarzem, niskim, zwinnym skrzydłowym. Grał w polskiej pierwszej lidze. Pod koniec kariery, kiedy komunistyczna Polska desperacko potrzebowała dewiz, pozwolono mu nawet na wyjazd do kraju kapitalistycznego i tym sposobem trafił do Francji, do AJ Auxerre. Ojciec uważa, jak zresztą każdy piłkarz, że rozmawianie podczas oglądania meczów jest wysoce niestosowne. W kościele też się przecież nie rozmawia.

Odgłos, który Miroslavowi Klosemu kojarzy się z powrotem do domu z pracy, to stukot maszyny do szycia. Matka zarabia, szyjąc zasłony i przeszywając ubrania. Ojciec natomiast pracuje na zmiany w TDK w Rammelsbach, przy czym wróble ćwierkają, że zakład już długo nie pociągnie. No bo kto dzisiaj słucha jeszcze muzyki z kaset?

Stukot maszyny do szycia nadaje ton telewizyjnym transmisjom z mistrzostw. Mieszkanie rodziny Klose w Kusel ma trzy pokoje. Na tej samej ulicy stoi jeszcze siedemnaście takich samych bądź bardzo podobnych bloków. Przed nimi położono wąskie trawniki, aby nadać im choć odrobinę uroku. Balkony przy mieszkaniu państwa Klose są z gołego betonu. Miroslav dzieli pokój z siostrą. Po lewej stronie stoją jego łóżko i jego biurko, a po prawej jej łóżko i jej biurko. Siostra ma dwadzieścia trzy lata. Chłopak może ją odwiedzać bez przeszkód, bo Miroslav i tak jest ciągle poza domem: a to praca, a to piłka, a to lodziarnia, a to przejażdżka autem. Kiedy wraca, chłopaka już nie ma, bo nie może nocować u siostry.

Miroslav nigdy konkretnie nie zastanawiał się nad wyprowadzką. Są przecież jedną rodziną, więc trzymają się razem. Gdyby ktoś go zapytał, kiedy się wyprowadzi, odpowiedziałby pewnie, że wtedy, kiedy będzie miał kobietę. Albo gdy wybuduje rodzicom dom.

Jego weekendy toczą się według z góry określonego rytmu. Jednego dnia jest mecz, następnego idzie do pracy. Majster Schmitz z B+F zawsze ma — jakby to sam powiedział — prywatne fuszki, które realizuje się w wolnym czasie. A to trzeba postawić konstrukcję dachu, a to go naprawić. Majster Schmitz lubi pracować z Miroslavem. Chłopak mało gada, za to dużo pracuje, jest niemal zatopiony w tym, co ma tam u góry zrobić. Na Miroslava zawsze można liczyć. Stawia się do pracy punktualnie, nawet w sobotę rano.

Raz w weekend był na dyskotece. Skończył właśnie osiemnaście lat i chciał po prostu zobaczyć, jak tam jest. Stał ze swoimi przyjaciółmi i nagle zdał sobie sprawę ze swej nieporadności. Podczas gdy rozmówki w lodziarni toczyły się płynnie, a on czuł się w nich niczym ryba w wodzie, tutaj, stojąc w ciemności i przy akompaniamencie dudniącego basu, nie potrafił wydusić z siebie choćby słowa. Nie był typem tancerza, a alkoholu w ogóle nie tykał. Był szczęśliwy, kiedy było już na tyle późno, że mógł się pożegnać i pójść do domu.

Za zarobione pieniądze kupił sobie makitę, na fuszki z majstrem Schmitzem. Niezmiennie fascynuje go to, jak dobrze ta japońska piła leży w ręce. Majstersztyk techniki. Często zdarza się, że belki przychodzą z tartaku źle przycięte. Jedna jest pięć centymetrów za długa, przy innej wyżłobienie nie jest wystarczająco głębokie. Swoją makitą może te niedoróbki skorygować. Bez spuszczania belki na dół ścina z niej te zbędne 5 centymetrów. Na koniec gładzi jeszcze ręką miejsce cięcia. Czuje przy tym pęcherze na dłoni, ale na belce nie ma żadnej nierówności. Świeżo przycięte i doskonale gładkie drewno jest w dotyku takie delikatne.

Poza makitą kupił sobie jeszcze korki i renault mégane coach, czerwone, z chromowanymi felgami. Zobaczył ten samochód pewnego ranka w salonie, w drodze do pracy. Kiedy po południu opisywał w domu felgi i krągłości karoserii, ojciec pomyślał sobie: Zakochał się. W samochodzie! Miroslav oglądał to auto każdego ranka w drodze do pracy w Altenglan. Każdego kolejnego dnia wydawało mu się ono coraz piękniejsze. Stało się jego celem.

Ojciec dał mu z oszczędności pięć tysięcy marek. Według niego, tak to powinno wyglądać: pomagać dzieciom, kiedy to możliwe, ale nie dawać im poczucia, że w życiu dostaną coś za darmo. Resztę pieniędzy Miroslav musiał sobie zarobić.

Chociaż jego zarobek w pierwszym roku pracy w zawodzie cieśli nie był zbyt duży, nie miał żadnych problemów z comiesięcznym spłacaniem rat za auto. Oszczędzanie przyswoił sobie całkiem nieświadomie, kiedy jako dziecko doświadczył, jak rodzice w Niemczech musieli na wszystko zapracować od zera. Nie przypomina już sobie, czy rodzice wyrażali w domu strach związany z niemożnością spłacenia kredytu za lodówkę czy meble, czy może ten strach po prostu zawsze im towarzyszył.

Pierwszy samochód dostał od ojca. Mocno zużyty golf wart był z tysiąc marek. Ale w takim samochodzie nie mógł przecież pokazać się przed lodziarnią. Auto miało fioletowe odblaski na białym lakierze. W końcu jednak musiał się nim pochwalić przed przyjaciółmi. Przełknął jakoś drwiny z ich strony.

— Patrz! Fioletowe odblaski!

I jakoś poszło. Ale czerwone renault to inna liga. Zapracował na nie, poza tym miało ono niezłego kopa. Kiedy ruszał spod świateł w Kusel, koła kręciły się w miejscu w blasku chromowanych felg. Przyjaciele mówią, że to dobrze, że w Kusel jest tak dużo sygnalizacji świetlnych.

Wie, że wielu ludzi uważa szpanowanie autem za dziecinne i szczerze mówiąc, samochód nie jest dla niego tak samo ważny, jak granie w piłkę czy piłowanie makitą. Ale to znak czasu, tak się po prostu dziś robi. Gaz do dechy przed Campo i Puff Daddy na cały regulator.

To, co naprawdę lubi i o czym rozmawia równie rzadko, co o widoku z najwyższej belki na dachu, to wieczorny spacer po lesie z Timem i jego ojcem. Chodzą tam, by wypatrywać zwierząt. Ojciec Tima, pan Weingarth, jest myśliwym. Potrafią siedzieć godzinami w ciszy na ambonie. Słońce chowa się już za drzewami, ale nadal jest jasno. Te letnie dni są stworzone do tego, by podziwiać naturę i czuć się szczęśliwym bez konkretnego powodu.

Czasem Miroslavowi wydaje się, że słyszy jakiś szmer, trzask suchego drzewa na ziemi. Szepcze wówczas do Tima i pana Weingartha:

— Idą!

— Nie idą jeszcze — odpowiada oschle pan Weingarth i znowu nastaje zgodne milczenie.

Kiedy dziki wychodzą wreszcie na polanę, Miroslav przestaje cokolwiek rozumieć. Przecież nie było nic słychać!

Strzał z broni też nie jest żadnym spektakularnym odgłosem. Ot, krótki, bezduszny huk.

Musi pomóc zataszczyć dzika za tylne nogi do samochodu. Świnia zdaje się ważyć więcej niż on sam.

Zawieszają odyńca w ogrodzie, z nogami związanymi na bok w taki sposób, że dzik raz jeszcze sprawia wrażenie całkowicie bezbronnego, mimo iż przecież i tak jest już martwy. Miroslav i Timo wycofują się, podczas gdy pan Weingarth nacina nożem brzuch od góry do dołu i sięga ręką do środka. Pewnym ruchem wyciąga stamtąd coś jasnoczerwonego, ociekającego krwią. Miroslav nie chce na to patrzeć, a jednocześnie nie może od tego oderwać oczu.

Siedząc na ambonie, nie czuł potrzeby wzięcia broni do ręki i naciśnięcia na spust. Podobało mu się po prostu siedzenie w ciszy na wysokości i nasłuchiwanie odgłosów z narastającym napięciem. Lubi wieczory, kiedy dziki przychodzą, a oni tylko patrzą na nie z ambony, bez podejmowania jakichkolwiek działań, bo pan Weingarth nie ma ze sobą strzelby.

Przyjaciele wypytują go:

— Idziesz na polowanie czy idziesz z nami do lodziarni?

Lubią, kiedy jest z nimi. Miroslav to miły kompan, nieco wycofany, ale zawsze skory do żartów. Bije od niego taki wewnętrzny spokój, którym w błogi sposób zaraża innych. On też lubi z nimi przebywać. W towarzystwie rzadko sam wykazuje inicjatywę. Jedynie tam, u góry, na dachu, a od niedawna też i na boisku, można dostrzec, że ma w sobie samonapędzający mechanizm, którego jego przyjaciołom jeszcze nie udało się odkryć.

Kiedy bracia Berndtowie pytają go czasem, czy idzie z nimi do koszar, oczywiście chętnie do nich dołącza. Ich ojciec prowadzi kantynę w koszarach Krügera dla podoficerów po przeciwnej stronie Bundesstraße. To jest prawdziwy raj. Wolno im bez tłumaczenia się komukolwiek sięgnąć do zamrażarki po loda. Mogą też grać w piłkę w sali gimnastycznej. Czasami przybiegają do nich żołnierze, zwabieni odgłosem skaczącej futbolówki i proponują wspólną grę.

Berndtowie mają nową piłkę, Tricolore. Po zaledwie kilku tygodniach stała się ona ulubioną piłką Miroslava. Podobają mu się na niej niebieskie wzorki w kształcie kółek, które znacząco ułatwiają grę głową. Kiedy piłka nadlatuje, Miroslav Klose jest w stanie precyzyjnie określić miejsce, w które chce trafić czołem, właśnie dzięki tym kółkom.

Tricolore to oficjalna piłka mistrzostw świata we Francji, które kończą się w niedzielę. Niemcy odpadli w ćwierćfinale po porażce 0:3 z Chorwacją. Ciągle to samo — biegają, dośrodkowują i strzelają głową, przecież to się nie może udać, to nie jest futbol, powiadają dziś ludzie.

W finale Francja gra z Brazylią. Francja ma Zidane’a, który obraca się z piłką wokół własnej osi, a kończąc obrót, ucieka z piłką w niespodziewanym kierunku. Nikt tego wcześniej nie robił. Próbują tej sztuczki na tricolore w salce gimnastycznej Bundeswehry. Brazylia ma Ronaldo. Napastnik z zajęczymi zębami, który w trakcie gry obdarza swoich rywali serdecznym uśmiechem, a po chwili rusza z kopyta w takim tempie, że obrońcom pozostaje tylko zapytać: Skąd oni go wytrzasnęli?

Bracia Berndtowie znają wszystkie gwiazdy mundialu we Francji. Są najlepszymi piłkarzami w Kusel. Markus ma dwadzieścia dwa lata i gra w pierwszej drużynie FC 08 Homburg, Michael ma dwadzieścia lat, tak jak Miroslav, i jest na juniorskim kontrakcie w 1. FC Kaiserslautern.

Miroslav Klose słucha z uwagą, kiedy mówią o Ronaldo. On też śledzi mistrzostwa, w końcu to futbol. Podoba mu się Patrick Kluivert, holenderski napastnik, a przede wszystkim to, jak lekko się porusza. Ale Miroslav nie zagłębia się w mistrzostwa. To są mecze, które przemykają przez jego codzienność, między pracą na dachach a przebieżkami po lesie.

Po latach już sobie nawet nie przypomina, czy w ogóle oglądał ten finał, kiedy to cały świat gorączkowo rozprawiał o Ronaldo, który miał podobno zasłabnąć w hotelu przed meczem. Nikt nie wiedział, co się z nim tak naprawdę stało. W finale szwendał się po murawie niczym nocna mara. Wszystko, co Miroslav Klose zapamiętał z tego finału to to, że następnego dnia musiał wstać o piątej piętnaście. Jak zresztą każdego dnia, kiedy szedł do pracy.

Tam u góry, cztery lata później

Godzina czternasta. Cisza w pokoju hotelowym działa Ronaldo na nerwy. Trener zarządził sjestę, by piłkarze zebrali siły na wieczorny finał. Ale myśli nie chcą odpoczywać. Przez tę ciszę myśli zaczynają krążyć po głowie. Ronaldo — chcąc nie chcąc — przypomina sobie ostatni finał z 1998 roku i nagle dociera do niego: tamte problemy dopadły go właśnie w trakcie popołudniowej drzemki!

Jego koledzy opowiadali potem jak jeden mąż: ciało Ronaldo Luísa Nazário de Limy, najlepszego piłkarza na świecie, w niekontrolowany sposób wiło się w konwulsjach podczas snu. Spanikowany Roberto Carlos wrzeszczał wniebogłosy po pomoc. Edmundo był jednym z pierwszych, którzy przybiegli.

— Ronaldo miał zaciśnięte zęby i bił się po ciele — stwierdził.

Wybiegł natychmiast z pokoju i biegnąc wzdłuż korytarza, walił pięściami we wszystkie drzwi, aby ktoś w końcu wyszedł i coś z tym zrobił. Cesar Sampaio — jeden z piłkarzy, którzy przybiegli do pokoju — przypomniał sobie o szkoleniu z udzielania pierwszej pomocy. Wyciągnął Ronaldo język z gardła. Konwulsje stopniowo ustępowały, a wyczerpany Ronaldo płynnie zapadł w sen.

— Śpi jak małe dziecko, sześć godzin przed finałem — mówili koledzy z drużyny. Lekarz drużyny, doktor Toledo, uznał za stosowne, by go po prostu nie budzić.

Ronaldo ocknął się godzinę później. Był całkowicie blady. Zszedł na herbatę, ale zupełnie niczego nie pamiętał. Doktor wysłał go do paryskiego szpitala Les Lilas. Lekarze zbadali serce, krew, źrenice. Z medycznego punktu widzenia nie dało się stwierdzić żadnej anomalii. Czyżby to był atak epilepsji? Czyżby to stres wywołał taką reakcję w jego organizmie? A może nieprawidłowa dawka leku przeciwbólowego wywołała skurcze? Nikt nie był w stanie powiedzieć.

Czterdzieści minut przed pierwszym gwizdkiem, a więc później niż większość widzów, Ronaldo stawił się na stadionie. Przyjechał prosto ze szpitala, w tenisówkach, bez skarpet. Stwierdził, że może grać. Lekarze niczego nie znaleźli.

Wpisano go z opóźnieniem do protokołu. Brazylia przegrała z Francją 0:3, a ludzie mówili między sobą:

— Grali, jakby byli w ciężki szoku.

Nie wolno mi usnąć, myśli sobie Ronaldo cztery lata później, leżąc w swoim pokoju na dwunastym piętrze Yokohama Prince Hotel, sześć godzin przed kolejnym finałem mistrzostw świata. Pod żadnym pozorem nie mogę usnąć, w przeciwnym razie atak może się powtórzyć!

Podczas mistrzostw świata w 1998 roku piłkarze mieszkali jeszcze w dwuosobowych pokojach. W 2002, w Japonii i Korei, najsilniejsze reprezentacje mają do dyspozycji pokoje jednoosobowe — taka oznaka rozwoju futbolu na najwyższym poziomie. Tylko że pozostawiony sam sobie Ronaldo męczy się przez ciszę. Włącza telewizor, żeby słyszeć jakiś odgłos. Ale w Yokohama Prince Hotel lecą jedynie japońskie i angielskie programy, same obce odgłosy. Wyskakuje z łóżka i wybiega z pokoju.

Na korytarzu panuje taka sama cisza, jak u niego. Jego koledzy z drużyny śpią jak susły. Ma świadomość, że nie wolno mu ich budzić, przecież za kilka godzin finał. Puka więc do pokoju Didy. To rezerwowy bramkarz, grać w meczu nie będzie, więc może nie śpi. Kiedy Dida otwiera drzwi, Ronaldo zauważa, że go obudził.

Przez całe popołudnie Dida rozmawia w swoim pokoju z Ronaldo o kompletnych bzdurach. Najważniejsze, żeby rozmowa była trochę śmieszna i trochę lekka. Najważniejsze, żeby Ronaldo nie miał czasu rozmyślać nad czymkolwiek. Kiedy brazylijska reprezentacja pojawia się na stadionie w Yokohamie półtorej godziny przed meczem, wszystkie kamery telewizyjne celują w Ronaldo, króla strzelców turnieju i jego największą gwiazdę. Idzie sprężyście. Kiedy spostrzega kamerę, uśmiecha się. Właśnie tego nauczył się jako zawodowy piłkarz: kiedy na ciebie patrzą, musisz sprawiać wrażenie pewnego siebie.

Przeciwnicy pojawiają się na stadionie niemal w tym samym czasie. Z okna autobusu Miroslav Klose obserwuje z podziwem, z jaką zegarmistrzowską precyzją motocyklowa eskorta japońskiej policji zatrzymuje się wokół niego. Odległość między poszczególnymi motocyklami wydaje się identyczna, co do centymetra.

Już w trakcie jazdy nie mógł od tego oderwać oczu. Motocykliści jechali przed autokarem uformowani w grot strzały i trzymali ów porządek i te same odstępy przy każdym zakręcie pokonywanym z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Niczym kierowani jakąś magiczną ręką, kilku z nich wyskoczyło przed szereg, by zablokować skrzyżowanie, a po przejeździe autokaru płynnie wtopić się na powrót we wcześniej ustalony porządek. Cóż za precyzja, pomyślał Miroslav. Mało rzeczy fascynuje go bardziej niż techniczna zręczność człowieka.

Kiedy autobus i motocykliści zatrzymali się przy stadionie, znowu odezwało się jego żebro. Wstając z siedzenia, Miroslav poczuł gwałtowne ukłucie.

W trakcie półfinałowego meczu z Koreą stłukł sobie dwa żebra. Oberwał podczas walki o górną piłkę, nawet nie zauważył, czy kolanem, czy głową. Skupiał się tylko na piłce.

Fizjoterapeuta niemieckiej kadry, Klaus Eder, musiał następnego dnia nastawić żebra, czyli cofnąć je o jeden czy dwa centymetry. Jego ręce powoli, ale zdecydowanie naciskały na kości. Musiał ignorować rozpaczliwe krzyki wrzeszczącego z bólu Miroslava i konsekwentnie robić swoje, bez pośpiechu. Pod swoimi palcami czuł skórę i tkankę. Klose pytał go często podczas zabiegu:

— Co właśnie dotykasz?

Eder pierwszy raz w życiu spotkał piłkarza, który chciał wiedzieć, czy dotykał właśnie jakiegoś nerwu, czy może mięśnia i zadawał pytania dotyczące funkcjonalności łuku mostkowego.

W szatni fizjoterapeuci owijają Miroslava w pomarańczowe tworzywo piankowe, które ma chronić jego żebra przed uderzeniami i wstrząsami. Jest bardzo cienkie, aby nie ograniczało jego ruchów i aby Brazylijczycy go nie wykryli. Wówczas któryś z obrońców mógłby wpaść na pomysł trafienia go w to miejsce podczas jakiegoś pojedynku. Większość zawodowych piłkarzy uważa, że gra fair. Ale dla przeciwników nie mają cienia litości.

Owe tworzywo Miroslav Klose przyciął sobie sam, kilka dni przed finałem. Założył na siebie, dotknął, poszarpał za jeden z końców, wreszcie wziął od fizjoterapeuty nożyczki i pewnymi cięciami dokonał niezbędnych poprawek. Nawet nie liczył, jak wiele razy testował i poprawiał tę osłonę na żebra, aż w końcu osiągnął zadowalający efekt. To było dla niego oczywiste, że zrobi to sam. Umie przecież precyzyjnie docinać materiały i wciąż robi to nader chętnie, nawet jeśli nagle przestał być cieślą z Lasu Palatyńskiego, a stał się konkurentem Ronaldo w pojedynku dwóch najlepszych snajperów mistrzostw świata w Japonii i Korei Południowej.

Kiedy trwały mistrzostwa świata we Francji, Miroslav Klose stawiał konstrukcje dachowe, oglądał Ronaldo mimochodem w telewizji, a wieczorem, podczas treningu kondycyjnego, nie nadążał za piłkarzami z piątej ligi. Podczas następnych mistrzostw, w 2002, Ronaldo z sześcioma golami i on z pięcioma wychodzą na mecz finałowy jako najlepsi strzelcy turnieju. Nie jest to najbardziej oczywista ścieżka kariery.

Te w nowoczesnym futbolu przebiegają właśnie tak jak u Ronaldo — jego życie od dzieciństwa ukierunkowane było na sport wyczynowy na najwyższym poziomie. Mając czternaście lat, wyprowadził się z domu ze względu na piłkę: zawodowy klub z Belo Horizonte zatrudnił go jako promesę na przyszłość. Nagle, w wieku czternastu lat, zamieszkał z dala od rodziny, o sześć godzin jazdy samochodem. Później PSV Eindhoven ściągnęło go do Europy. Miał wówczas siedemnaście lat i wciąż był młodym chłopcem. Eindhoven zapłaciło za niego prawie dziesięć milionów marek.

Im dłużej Miroslav Klose grał na najwyższym poziomie obok takich Ronaldów, tym bardziej oczywiste stawało się, że nie pojawi się już drugi taki piłkarz jak on, który do dwudziestego roku życia grałby jeszcze w klasie okręgowej w swym małym miasteczku. A potem zostałby mistrzem świata.

W trakcie jego długiej kariery futbol wokół niego sukcesywnie się zmieniał. Na początku był jedynym reprezentantem w kadrze, który wywodził się z amatorskiego klubu. Jego koledzy uczyli się piłki w młodzieżowych drużynach Bayernu czy Karlsruher SC. Później obok niego pojawili się tacy piłkarze, jak Manuel Neuer czy Toni Kroos, którzy od szóstego czy dwunastego roku życia kształcili się w akademiach, gdzie nawet szkoła była podporządkowana treningowi. Drogi życiowe wielkich piłkarzy stają się coraz bardziej zbliżone do siebie, Cristiano Ronaldo w wieku jedenastu lat przeprowadził się do piłkarskiego internatu w Lizbonie, tysiące kilometrów od swojego domu rodzinnego, trzynastoletni Lionel Messi zabrał całą swoją rodzinę na inny kontynent, aby móc grać w Barcelonie. Niektórzy, mając siedemnaście lat i będąc jeszcze juniorami, otrzymywali od swoich klubów cztery czy pięć tysięcy euro na miesiąc. Większość z nich, odkąd skończyła szesnaście lat, miała przy sobie menedżera, planującego całą karierę. A najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata został właśnie Miroslav Klose.

Jak to możliwe? Sam zadaje sobie to pytanie w przededniu swoich czterdziestych urodzin, kiedy na potrzeby tej książki zaczynamy wspominki o jego piłkarskim życiu. Wielu znanych piłkarzy pisze dziś swoje biografie, będąc w połowie swoich karier. Miroslav Klose nigdy by się do tego nie posunął. Czuł, że tak być nie powinno. Na biografię trzeba sobie zasłużyć ukończonym dziełem życia, wyjątkowym życiorysem. Fritz Walter, kapitan pierwszych niemieckich mistrzów świata z 1954, też napisał swoją książkę dopiero po triumfie. Nikogo Miroslav Klose nie podziwia w futbolu tak mocno, jak właśnie Fritza Waltera, który grał w piłkę siedemdziesiąt lat temu.

On sam nie czytał zbyt wielu biografii, na myśl przychodzą mu raptem dwie — tenisisty Andre Agassiego i szefa Hells Angels. Uśmiecha się, wspominając tę książkę.

— Myślałem wtedy, że to może mnie zainteresować. Młody byłem chyba.

Jak zawsze, kiedy rozmawia o rzeczach, o których nie ma zbyt głębokiej wiedzy, tak i o książkach wypowiada się z pewną ostrożnością i z szacunkiem dla fachowców. Jak podkreśla — nie jest specjalistą, ale wyobraża sobie, że w idealnym przypadku bohater biografii dowiaduje się z niej też czegoś o swojej drodze.

Trzydziestego czerwca, w okolicach pory obiadowej, która przecież nie jest optymalną porą na rozgrywanie finału mistrzostw świata, siostra i rodzice Miroslava czekają już, aż w telewizorze pojawi się jego twarz. Ze względu na przesunięcie czasu w Japonii jest siedem godzin później. Matka i siostra są pewne, że z jego twarzy będą w stanie wyczytać, jaki ma nastrój przed finałem. Ojciec milczy.

Oglądają finał u cioci Renaty. Była pierwszą z rodziny Klose, która wyemigrowała do Niemiec, obecnie mieszka tu już cała piątka rodzeństwa. Odkąd Miroslav Klose gra dla Niemiec, tradycją stało się, że oglądają transmisje tych meczów w większym gronie rodzinnym. To idealne okoliczności, by stawić czoła emocjonalnemu rozgardiaszowi, jaki towarzyszy im, gdy widzą Miroslava biegającego po boisku. Pośród braci i sióstr, cioć i wujków, nie czują się sami. Ani obserwowani.

Raz w trakcie finałów mistrzostw świata w Korei i Japonii państwo Klose zobaczyli swój balkon w telewizji. Dziennikarze chcieli pokazać światu, skąd pochodzi Miroslav Klose, czyli piłkarz, który wziął się praktycznie znikąd.

Niezliczona rzesza dziennikarzy, którzy spieszą do Kusel, by opowiedzieć o korzeniach Miroslava, jest dla jego rodziny ciężarem. Nie chcą udzielać żadnych wywiadów. Uważają, że to nie przystoi — mogłoby to tak wyglądać, jakby chcieli się ogrzać w świetle jego sukcesu. W żadnym wypadku nie chcieliby też powiedzieć czegoś nieodpowiedniego czy śmiesznego, co mogłoby mu zaszkodzić.

Jeden z fotografów zagadnął kiedyś ojca na ulicy.

— Przepraszam. Czy może mi pan powiedzieć, gdzie mieszka rodzina Klose?

— Oj, nie wiem — odpowiedział ojciec. — Mieszkam tu dopiero od dwóch tygodni. Przykro mi.

Wciąż jeszcze mieszkają przy ulicy Unterm Feist. Tylko siostra wyprowadziła się z domu po ślubie. Od tej pory Miroslav, piłkarz Bundesligi i reprezentant Niemiec, ma swój dawny dziecięcy pokój tylko dla siebie.

Po mistrzostwach świata, jesienią, on też się wyprowadzi. Ma dwadzieścia cztery lata i jest w związku. Kilometr od Kusel, w Blaubach, buduje dom. Położenie dachu zlecił swoim byłym kolegom z B+F Holzbau. Zanim pojechał na mistrzostwa, wpadał jeszcze, po treningach w Kaiserslautern, popołudniami na budowę. Kiedy zobaczył, jak koledzy po fachu przycinają drewnianą belkę, nie wytrzymał. Zakasał rękawy i wskoczył na płatew, aby zamocować krokiew. Wydawało mu się, że to oczywistość.

Teraz, podczas jego nieobecności, budowy dogląda jego były trener, Erich Berndt, ojciec Markusa i Michaela. Czasami, gdy pojawi się jakiś problem, pan Berndt dzwoni między ćwierćfinałem a półfinałem do Miroslava do Japonii, oczywiście tylko w najpilniejszych sprawach. Na przykład wtedy, kiedy schody prowadzące do piwnicy wydają mu się za wąskie. Przecież nikt nie będzie w stanie zejść po nich, niosąc pranie. Miroslav zaś dzwoni do rodziców każdego dnia. Nie mówi im, że ma uraz żebra i zmaga się z uporczywym bólem. Nie chce ich obarczać swoimi problemami.

Zresztą, nikt nie ma prawa się dowiedzieć, jak ciężki to uraz. Zawodowiec nie może się nad sobą użalać.

Nie ma takiej możliwości, by nie zagrał w finale. To przecież ukoronowanie mistrzostw.

Poza tym Rudi Völler ma świadomość, że Niemcy mają tylko jednego napastnika takiego formatu:

— Gdybyśmy mieli inne alternatywy, rozważylibyśmy, czy nie pozostawić Miro na ławce. Ale Carsten Jancker po półfinale leżał w hotelowym łóżku z czterdziestostopniową gorączką. Nie miał siły na nic. Z kolei Oliver Bierhoff jest już dawno po drugiej stronie góry. Nie mamy wyboru.

W taki to oto — niezbyt konkretny — sposób dziennikarze dowiedzieli się o stłuczeniu żeber u Miroslava. Nie ma co robić z tego wielkiego problemu. Ten zaś zajęty był objaśnianiem zagranicznym dziennikarzom zawiłości związanych z rzemieślniczymi zawodami:

— Ale bardzo państwa proszę, nie piszcie, że byłem dekarzem.

Trzydzieści minut do meczu. Brazylijscy piłkarze wracają po rozgrzewce do szatni i widzą, że ich trener, Luiz Felipe Scolari, nakazał wstawić tam wielki telewizor. Bez słowa wyjaśnienia puszcza im krótki filmik. Na jego prośbę zmontowali go dziennikarze telewizji Globo, jakby nie byli reporterami, a członkami sztabu reprezentacji.

Na ekranie kolejno pojawiają się rodzinne miejscowości reprezentantów. Dziewczynki intonują „Brasil!” do kamery, słupy elektryczne ozdobione są zielonymi i żółtymi girlandami. Film już trochę trwa, kiedy Ronaldo spostrzega nagle ulice Bento Ribeiro, dzielnicy położonej na północy Rio de Janeiro. Tam dorastał. Jego rodzice byli zatrudnieni jako szeregowi pracownicy w firmie telekomunikacyjnej. Ich dom nie był duży, Ronaldo, jako najmłodszy z rodzeństwa, spał na tapczanie w salonie. Zaliczał swoją rodzinę do klasy średniej.

Osiemnaście tysięcy kilometrów dalej, przez głowę siedzącego w szatni tuż przed finałem mistrzostw świata Ronaldo przepływa rzeka wspomnień: na murach domów widnieją namalowane przez dzieci brazylijskie flagi, ale też i jego wizerunki. Tak jak dwadzieścia lat wcześniej, podczas mistrzostw świata w 1982 roku, kiedy to i on malował na ścianach brazylijskie flagi wraz z innymi dziećmi z sąsiedztwa. Na transmisje meczów zapraszał ich do siebie pewien starszy sąsiad. Były frytki i lemoniada, było prawdziwe święto. Ronaldo wciąż pamięta nazwisko tego sąsiada: Pan Renato.

Koniec filmu. Luiz Felipe Scolari nie musi nic mówić. Każdy wie, że czas zrobić swoje.

Ledwie zaczął się mecz, a Miroslav Klose co rusz musi się wybijać w górę. Oliver Kahn posyła wysokie i długie piłki na połowę Brazylijczyków, aby jego kolega z drużyny mógł o nie powalczyć w powietrzu. Z Holandii i Hiszpanii od kilku lat przebija się pomysł, aby bramkarz był pierwszym rozgrywającym, który dostarcza piłkę do obrońców krótkimi, płaskimi i precyzyjnymi podaniami, ponieważ im prostsze i dokładniejsze podanie, tym większa szansa na utrzymanie się przy piłce. Natomiast przy długich i wysokich piłkach szanse stoją pięćdziesiąt do pięćdziesięciu. Nie wiadomo, czyim łupem padnie piłka. Ale po długich i wysokich zagraniach można się szybko dostać w pobliże bramki przeciwnika, a potem tylko wystarczy dopomóc szczęściu.

Wybicia Kahna, jak na piłkarza klasy światowej, są wyjątkowo kiepskie. Latają zbyt wysoko i są niedokładne. Spadają w dół niczym kamienie lecące z nieba i są niezwykle trudne do przechwycenia przez napastnika. W pierwszych dziesięciu minutach Kahn wybija sześć takich piłek. Sześć razy skaczą do nich Klose i jego anioł stróż, Edmilson. Raz, na lewym skrzydle, Miroslav uderza go niechcący łokciem w bark, innym razem, na prawym skrzydle, Edmilson wbija mu łokieć w plecy. Piłka po ich pojedynkach lata bez kontroli sobie tylko znanym torem. Matka i siostra w Kusel wpatrują się w twarz Miroslava. Jest nieruchoma. Nie można z niej wyczytać niczego poza absolutną koncentracją. Ból, który przeszywa go przy każdym skoku, zdławia w środku.

— Zresztą, robi tak ze wszystkim — uważa siostra, Marzena.

Ronaldo czeka na piłkę. Jego przyjaciel, Klaus Eder, fizjoterapeuta, powiedział Miroslavowi Klosemu, że powinien sobie obejrzeć dawniejsze mecze Ronaldo. Dawniejsze, czyli w rozumieniu piłkarskim sprzed paru lat. Ronaldo przejmował piłkę i po prostu z nią biegł, rozrywając po drodze linie defensywne przeciwnika. W jego krokach tkwiła tak niewiarygodna energia, że podrywała widzów z siedzeń. Czy tego chcieli czy nie — wyskakiwali w górę.

Ronaldo musiał jednak stać się nowym piłkarzem. Pod koniec 1999 roku zerwał więzadło rzepki w prawym kolanie, a cztery miesiące później grał już w finale Pucharu Włoch w barwach swojego Interu, w meczu przeciwko Lazio. Przejął piłkę i ruszył z nią w swoim stylu. Minął Fernando Couto, po czym bez kontaktu z przeciwnikiem upadł nagle na ziemię. Więzadło znowu zostało zerwane. Jego powrót trwał sześć minut.

Do gry wrócił ledwie trzy miesiące przed początkiem mistrzostw, po półtora roku odwyku od piłki. Kolano nie pozwalało mu już na wyprzedzanie wszystkich przeciwników. Teraz czyha na piłkę w okolicach bramki rywala. W sztuce wykończenia akcji wciąż jest niezrównany. Miroslav Klose analizował zapis jego gry w mistrzostwach, bo w trakcie meczu nie skupia się na tym, co się właśnie odbywa na murawie, a na tym, co trzeba wykonać.

— Ronaldo przyjmuje piłkę szybciej niż praktycznie wszyscy inni piłkarze — zauważa — nieważne, jak ciężką piłkę dostaje: górną, półgórną, płaską czy skaczącą, natychmiast układa ją sobie do strzału.

Gazety wymieniają nazwisko Klosego w tych samych zdaniach co i nazwisko Ronaldo. Miroslav obiecuje sobie, że nauczy się od Ronaldo jak najwięcej się da.

Niemcy wystawili pięciu obrońców, by zatrzymać trzech brazylijskich napastników: Ronaldo, Ronaldinho i Rivaldo. Cała trójka gra podczas tych mistrzostw tak, jak brzmią ich nazwiska — egzotycznie pięknie. Maestro dziennikarstwa piłkarskiego, Santiago Segurola, napisał w hiszpańskim „El País” w swoim tekście o finale:

— Brazylia okazała się ostatnim rezerwatem ofensywnego futbolu.

O Niemcach natomiast Segurola napisał krótko:

— To co zwykle: centra i uderzenie głową.

Przez ponad dwadzieścia lat Niemcy skupiali się w futbolu na swojej woli. Musieli po prostu bardziej chcieć niż ich przeciwnik. Ową zaściankowość w grze usprawiedliwiano tym, że chodzi tu przecież o typowo niemieckie cechy: biegać, walczyć, nigdy się nie poddawać. W ciągu czterech lat, jakie minęły od mistrzostw w 1998, irytacja związana z tym, że przygotowanie fizyczne i wola już nie wystarczają, ustąpiła pola pokorze. Niemcy zaczęli od niedawna mówić, że po prostu nie mają obecnie w kraju piłkarzy klasy światowej.

— To był okres, kiedy ekstremalnie brakowało nam ofensywnych graczy — wspomina Rudi Völler. — Rozsyłając powołania przed mistrzostwami świata w 2002, nie mogłem narzekać na kłopot bogactwa.

Kiedy pośrodku tej pustyni, zupełnie z niczego, wyrósł taki napastnik, jak Miroslav Klose, Rudi Völler miał świadomość, że dostał prezent. Wielu Niemców też to tak odbierało. Według nich, był tylko jeden sposób, by w tym kraju pojawił się jakiś wyjątkowy talent. Musiał spaść z nieba.

Niemcy nawet nie spostrzegli, że w 2002 byli już u progu rozwiązania prawdziwego problemu związanego z jednostajnym szkoleniem. Pojawiła się nieliczna grupa trenerów młodzieżowych, skupiona w Stuttgarcie wokół inżyniera budowy mostów — Helmuta Großa i w Monachium wokół Ernsta Tannera, która z dala od oczu nie tylko opinii publicznej, ale także macherów zawodowego futbolu, dzięki kreatywnym formom treningu zrewolucjonizowała rozwój talentów. Ale w 2002 Niemcy wciąż jeszcze sądzili, że już zawsze będą grali taką zaściankową piłkę. I z jednej strony cieszyli się niezmiernie, a z drugiej nie mogli się nadziwić, że wystarczyła ona do tego, by psim swędem dostać się do finału, po trzech kolejnych wygranych 1:0.

Finał nie trzymał się jednak z góry nakreślonego scenariusza, mówiącego o zaściankowych Niemcach i żywiołowych Brazylijczykach. Od samego początku, od pierwszego wystrzelenia piłki w japońskie przestworza przez Kahna, toczony był w szybkim tempie. Każdy mecz piłkarski ma swoją własną muzykę. Dźwiękom z Yokohamy początkowo nie daje się wiary, ale po chwili nie sposób ich nie dosłyszeć: melodia finału jest radosna i skoczna, niesie ze sobą radość z gry. Akcja przenosi się spod jednej bramki pod drugą, a obie drużyny pomijają linię środkową, bijąc długie piłki z obrony. Nie sprawia to prostackiego wrażenia. Wręcz odwrotnie, gra jest pełna dynamiki. Akcje przeprowadzane przez Niemców są żwawsze, śmielsze i bardziej filigranowe, kiedy przeprowadzają je Neuville i Schneider. I właśnie Neuville posyła Schneiderowi płaską piłkę wzdłuż linii po prawej stronie boiska. Schneider przekazuje ją piętką w zaskakujący sposób do Fringsa, a ten odgrywa z pierwszej z powrotem do Schneidera. Przecież tak grają Brazylijczycy! Schneider dośrodkowuje w taki sposób, że piłka odbija się od ziemi w polu bramkowym, przez co staje się nieobliczalna dla brazylijskich obrońców. To jest ten moment!

W mgnieniu oka Miroslav Klose przechodzi ze zwykłej przebieżki w sprint. Zbiega ze środka w kierunku prawego słupka, ale tylko jeden krok, krótki zwód i błyskawicznie rusza w kierunku dalszego słupka. Chwilę potem stoi niepilnowany i gotowy do oddania strzału cztery metry przed bramką Brazylijczyków. Edmilson, który próbował przeciąć dośrodkowanie, nie bacząc na ruch Klosego, wykonuje wślizg przy bliższym słupku i w ostatniej chwili wybija piłkę za linię końcową. Stopa Miroslava Klosego była już w powietrzu, gotowa do zdobycia bramki.

Gramy dalej. Widzowie szybko zapominają o tej bramkowej szansie, bo przecież, tak naprawdę, w ogóle jej nie było. Miroslav Klose przywołuje ją w pamięci nawet po szesnastu latach. Życie snajpera składa się w znacznej części ze zmarnowanych okazji.

Ronaldo czeka.

Przy tych wszystkich zachwytach nad rozmachem brazylijskiej ofensywy, mecz finałowy pokazał jeszcze dobitniej niż poprzednie spotkania, że piękno Brazylii uwidacznia się jedynie w ostatniej tercji boiska. Dograć piłkę jak najszybciej do trzech panów R — tak brzmiała jej nikczemna marszruta. Ale rzadko jej się to udawało. Czyściutkie, niemalże na granicy artyzmu, są wślizgi wykonywane przez niemieckich obrońców — Ramelowa i Linkego. Ludzie uważają, że ktoś taki jak Ramelow uosabia dokładnie to, czego brakuje niemieckiej piłce. Wokół sami rzemieślnicy, a ten Ramelow gra w finale w sposób absolutnie spektakularny — blokuje Ronaldo, a jego podania do przodu są odważne, pewne. Wspaniałe. Nagle Ronaldinho przepuszcza podanie do siebie, czym zupełnie myli Ramelowa i Metzeldera. Ronaldo już rozpoczyna sprint. Biegnąc po przekątnej ze skrzydła, przejmuje piłkę w polu karnym tuż przed Kahnem. Uderza w nią zewnętrzną częścią lewej stopy. Ma na sobie srebrne buty, jakich nikt inny nie odważyłby się założyć. Jego strzał leci obok bramki. Ale kto czuje ten mecz, ten zrozumiał w lot: Niemcy grają świetnie, jednak muszą w to włożyć mnóstwo wysiłku. Brazylijczycy natomiast nie muszą dominować. Błysną w jednej chwili i pokażą, jak bardzo są niebezpieczni. Ich gra opiera się na momentach.

Kiedy tylko Ronaldo dochodzi do piłki, widzowie na trybunach znikają za tysiącami białych, błyszczących światełek. Japończycy mają w swoich telefonach wbudowane kamery, czego inni jeszcze nie znali. Ale Japończycy zawsze wyprzedzali świat w tych sprawach. Te tysiące migoczących światełek od aparatów w telefonach, które Ronaldo wyczuwał podświadomie na sobie, jeszcze pięć tygodni po finale, uważa za coś kuriozalnego. Miroslava Klosego zadziwiał natomiast odgłos płynący z japońskiego stadionu. Okrzyki mas są wyższe i donośniejsze niż w Europie, nie brzmią jak nawoływanie do wojny. Zagrzewają do walki w sposób pokojowy, wyrażają głośny podziw dla piłkarzy po udanych akcjach. Podczas każdego meczu Miroslav jest maksymalnie skoncentrowany na wydarzeniach boiskowych, mimo tego jednak do piłkarza docierają też odgłosy płynące z trybun, czasami nawet pojedyncze okrzyki.

Przerwa nie zmieniła obrazu meczu. Niemcy nadal ciężko pracują na wynik. Neuville trafia z wolnego w słupek. Ma się wrażenie, że aż się zatrząsł od tego strzału. Brazylijczycy się rewanżują. Gilberto Silva uderza potężnie głową z bliskiej odległości, Kahn broni, ale piłka wylatuje mu z rąk w stylu, jakiego nikt by się po nim nie mógł spodziewać. Gilberto rusza do bezpańskiej piłki, trąca ją, a ta przelatuje tuż obok słupka. Kahn patrzy teatralnie na swoje rękawice, zastanawiając się, jak mogły mu spłatać tak niespodziewanego figla w takiej sytuacji? Ale nic to, gola nie ma, a taka historia nie zdarzy mu się przecież po raz drugi.

To fantastyczny finał, najlepszy od wielu turniejów, myśli sobie Santiago Segurola, który sam zostałby mistrzem świata, gdyby tylko przyznawano takie tytuły dziennikarzom zajmującym się piłką.

Miroslav Klose czubkiem buta dotyka piłki, dzięki czemu mija Roque Júniora, piętka, ścięcie do środka, zamach, osiemnaście metrów do celu na wprost bramki. Idealna pozycja. Przy uderzeniu piłka ześlizguje mu się po podbiciu i leci w kierunku narożnej chorągiewki. Żebro wysyła ciepłe pozdrowienia.

Jest niezmordowanie zawzięty, w niektórych momentach sprawia wrażenie, jakby tempo finału doprowadzało go na skraj jego możliwości. Szwankuje koordynacja, biega jak na szczudłach, szturcha piłkę byle do przodu, byle tylko nie oddać jej Brazylijczykom. Wszystkie pięć goli strzelił w pierwszej fazie turnieju, potem nastąpiły trzy mecze bez trafienia. Przed finałem wmawiał więc sobie:

— Tego szóstego gola zostawiłeś sobie na finał.

Podczas pojedynków główkowych zwraca uwagę na to, by skakać, będąc po prawej stronie przeciwnika, kiedy wchodzi w drybling, idzie w lewo, jeśli ma taką możliwość. Wszystko po to, by jego żebro było bezpieczne. Obiektywnie patrząc, to praktycznie niemożliwe, by w takim stanie zdrowotnym wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Ale po zaledwie kilku latach zawodowego uprawiania sportu, to sytuacja dobrze mu znana. Mimo że ma swoje problemy, to jednak będzie oceniany przez pryzmat swojego maksymalnego poziomu.

Kiedy Ronaldo zaczyna drybling, opuszcza głowę i zaczyna bujać barkami. Linke pozostaje niewzruszony i wybiera mu piłkę spod nóg. Cóż za spokój! Ronaldo odbija się od Niemca i z impetem upada na murawę.

Piłka jest już u Hamanna. Ronaldo momentalnie się podnosi i wyskakuje w górę, jakby nagle dokonał jakiegoś odkrycia. Leci i wbija się swoim ciałem w przeciwnika.

— Faul! — krzyczy Rudi Völler przy linii bocznej, ale nikt go nie słyszy.

Ronaldo trąca piłkę stopą raz, drugi raz, aż w końcu wykrada ją Hamannowi. Po jego podaniu piłka sunie do Rivaldo przy lewym narożniku pola karnego, a ten oddaje płaski i niezbyt mocny strzał, po którym Oliver Kahn chowa piłkę pod siebie. Tak przynajmniej myśli każdy obecny na stadionie. Ronaldo jednak rusza w kierunku Kahna, jakby ta akcja jeszcze się nie skończyła. W trakcie treningów podczas mistrzostw trener zabronił mu ćwiczyć tego typu sytuacje. Scolari obawiał się, że albo bramkarz, albo on, mogą się nabawić kontuzji, kiedy z impetem zderzą się frontalnie ze sobą w walce o piłkę. Ronaldo nie zgubił jednak swojego łowczego instynktu mimo treningowych zakazów.

Napastnicy tacy jak on czy Miroslav Klose przewidują na boisku sytuacje, które mogą na nim za chwilę zaistnieć. Są spekulantami. Ronaldo biegnie więc w kierunku Kahna. W chwili, w której najlepszy bramkarz świata chce przytulić piłkę do klatki piersiowej, wymyka mu się ona z rąk. Zdarza mu się to raz na tysiąc tego typu strzałów. Tylko jeden piłkarz mógł brać pod uwagę, że przytrafi mu się to właśnie teraz. Ronaldo dopada do piłki i pasówką kieruje ją do bramki.

Pozostają jeszcze dwadzieścia trzy minuty, ale wszyscy czują, że to już koniec.

Trener nie może tego czuć. Musi, wbrew swoim myślom, mieć nadzieję, że jego piłkarze dadzą jeszcze radę odwrócić mecz, więc kwadrans przed końcem wprowadza na boisko nowego napastnika. Nawet jeśli nie jest specjalnie przekonany do umiejętności Olivera Bierhoffa. Nie ma jednak nikogo innego w zanadrzu. Miroslav Klose zbiega truchtem z boiska w swoim stylu, z lekko podciągniętymi barkami i łokciami zgiętymi pod kątem prostym. Ma opuszczone powieki. Nikt nie musi mu mówić, jak zagrał, sam wie to najlepiej. Nie interesują go tłumaczenia przyjaciół i rodziny, którzy zawsze stawiają go w dobrym świetle. „Dośrodkowania były słabe”, „murawa była za wysoka, a słońce było za nisko”. Wie, że wiele rzeczy w tym finale prawie mu się udało wykonać. Ale żadnej tak od początku do końca.

Ronaldo też zostaje zmieniony, tuż przed końcem meczu. Trener pozwala mu na triumfalne zejście z boiska. Widzowie podnoszą się z miejsc, flesze komórek przeistaczają się w jednolitą burzę. Widać błysk w jego oczach. Rok temu lekarz powiedział mu, że wcale nie ma pewności, czy Ronaldo będzie mógł jeszcze kiedykolwiek grać w piłkę.

Niewidzialne ręce dostarczają znienacka brazylijskim piłkarzom siedzącym na ławce narodowe flagi. Ronaldo owija sobie szyję jedną z nich, a kiedy rozbrzmiewa końcowy gwizdek, wybiega na murawę. Ponieważ euforii nie da się przeżywać na siedząco, musi się przebiec raz jeszcze. Zielono-żółta flaga powiewa na jego plecach. Po serii sprintów, podskoków i tańców zastyga w bezruchu i patrzy przed siebie z powagą. Coś mu wpadło do głowy. Jako pierwszy z Brazylijczyków idzie do Niemców, by podać im rękę po walce. Jego drugi gol, na 2:0, był już tylko biurokratycznym przystawieniem pieczątki.

Reporterzy tłoczą się w katakumbach stadionu, chcąc zadać mu po zwycięstwie pierwsze pytania:

— Ronaldo, co było trudniejsze: zdobyć tytuł mistrza świata czy wytrzymać pięć tygodni bez seksu?

— Obie rzeczy były trudne. Ale mistrzostwa świata są tylko raz na cztery lata. A seks będę miał za chwilę.

Radość, co widać po jego twarzy, może odurzać bardziej niż alkohol.

Przez trzy kolejne dni Ronaldo nie miał zbyt wielu okazji do snu. W trakcie powrotnego lotu do Brazylii piłkarze świętowali tytuł, tocząc regularną bitwę na poduszki. Podczas powitania mistrzów w stolicy kraju, Brasilii, prezydent Fernando Henrique Cardoso przypiął mu do klapy order za zasługi. Ronaldo wydał z siebie głośny okrzyk. Albo szpilka przebiła koszulkę i faktycznie ugodziła go w pierś, albo świetnie zagrał tę scenkę. Drużyna poleciała dalej, z Brasilii do Rio, a z Rio do São Paolo. W końcu jedno powitanie nie wystarczy, ludzie chcą ich zobaczyć wszędzie. Ronaldo, jak donieśli fotoreporterzy, miał ponoć wysiąść w Rio. Chciał się teraz pobawić na własnej imprezie.

Przy frankfurckim ratuszu Römer, gdzie zwyczajowo witani są zwycięzcy, zebrało się w poniedziałek kilkadziesiąt tysięcy osób, by fetować przegranych. Tego w Niemczech jeszcze nie było, by witać z honorami reprezentację wracającą z turnieju bez pucharu. Jednakże sam fakt dotarcia do finału w tych chudych dla niemieckiej piłki latach uznano za sukces. W społeczeństwie wykształciła się ochota na wspólne świętowanie. Powstało nawet nowe niemieckie słowo na tę okoliczność: Event.

Tam, na górze, na balkonie ratusza, mając masy ludzi u stóp, Miroslav Klose trzyma się raczej z boku. Uśmiecha się tylko delikatnie. Wygląda, jakby nie dowierzał, że tylu kibiców przyszło przywitać drużynę, i tak jakby za chwilę miał się dać ponieść euforii. W końcu drugie miejsce wcale nie jest takie złe.

Obok niego stoi Klaus Eder. Przy okazji zwraca się do Miro, że warto by było, by przed wyjazdem na urlop poszedł na badania żeber.

— Myślę, że dwa są pęknięte.

— Że co? Przecież powiedzieliście mi, że są tylko stłuczone!

— Zgadza się, ale przed finałem mistrzostw świata nie dało się o tym tak naprawdę pogadać.

Miroslav Klose zrozumiał wszystko jednej chwili. Zagrał ostatni mecz turnieju z pękniętymi żebrami. Nikt mu wcześniej nie mówił, jak ciężka to kontuzja, żeby go nie rozpraszać przez finałem. Chce mu się śmiać. Dał się wykiwać, ale uważa, że lekarz drużyny zrobił wszystko, jak należy.

Bo w finale mistrzostw świata ktoś taki jak on zagra tylko raz w życiu. Jest tego pewien, kiedy schodzi po schodach ratusza. Ten wspaniały czas, pojedynek z Ronaldo o tytuł króla strzelców mistrzostw świata 2002, jest już za nim. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że ten pojedynek tak naprawdę dopiero co się zaczął.

1. W krainie mruczących autostrad

Gdy pewnej nocy Miroslav Klose obudził się na tylnym siedzeniu samochodu, poczuł, że nowy kraj brzmi jakby inaczej. Zniknęło dobrze znane, przytłumione bum, czyli dźwięk, jaki wydawał ich ford escort za każdym razem, gdy najeżdżał na łączenia betonowych płyt, z których zbudowana była autostrada. Jego ojciec wytłumaczył mu, że w zachodnich Niemczech nawierzchnia była wykonana z jednolicie ułożonej masy asfaltowej, stąd brak łączeń. Miroslav pomyślał wówczas, że przynajmniej jedna rzecz będzie tam lepsza niż w domu.

Jego ojciec poinformował swoich przełożonych w pracy, że jedzie do RFN na operację uszu. Miał jednostronny niedosłuch. Uczulił swoje dzieci, że za żadne skarby nie mogą się przed nikim przyznać, iż wcale nie zamierzają wracać. Miroslav miał wówczas dziewięć lat i doskonale rozumiał zdenerwowanie ojca tłumaczącego im zasady. Mieli właśnie uczynić coś niedozwolonego.

Zważywszy na to, jak żelazna kurtyna rozdzieliła Europę na część wschodnią i zachodnią, można uznać, że państwo Klose byli rutyniarzami, jeśli chodzi o podróże pomiędzy tymi dwoma światami. W latach 1978–1984 ojciec rodziny, będący zasłużonym piłkarzem, otrzymał możliwość rozegrania ostatnich lat swojej kariery na terenie kapitalistycznego Zachodu. Dzięki temu on i jego najbliżsi otrzymali niezwykle rzadkie w tamtych czasach pozwolenie na ciągłe podróże pomiędzy blokiem socjalistycznym a kapitalistycznym. Za każdym razem, gdy zbliżali się do niemieckiego przejścia w Herleshausen, ojciec zatrzymywał się na ostatnich metrach zachodnich Niemiec i — zawsze w tym samym zajeździe — wypijał małe piwo i zjadał gorącego serdelka Bockwurst. Rozkoszował się tą chwilą.

Podróż, jaką mieli odbyć w sierpniu 1987 roku, była pierwszą, której Josef Klose i jego żona Barbara naprawdę się obawiali. Nie wiedzieli, co by się stało, gdyby złapano ich na uchodźctwie lub zabrano im na stałe paszporty, a ojciec nie mógłby podjąć żadnej pracy. Jedno wiedzieli na pewno: nie wybaczyliby sobie, gdyby wyjazd im się nie udał.

Już samo pobranie wszystkich oszczędności z konta bankowego w Opolu wydawało się matce przestępstwem — a przecież chciała tylko wziąć swoje pieniądze i dewizy, które jej mąż, zgodnie z prawem, zarobił we Francji i grzecznie odłożył na przyszłość. Siedząc wraz z dwójką dzieci w wypchanym po dach aucie, obserwowała, jak Josef wchodzi do banku. Był opalony i miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, a w innych okolicznościach Barbara mogłaby pomyśleć, że mimo czterdziestu lat na karku, wciąż wygląda na wysportowanego. Tym razem pomyślała jednak: Jezus Maria, on w tych okularach wygląda, jakby miał napaść na ten bank, a one miały zakryć mu oczy. On jednak ukrywał tylko skutki imprezy pożegnalnej, którą wyprawili dzień wcześniej. Kobieta o wiele częściej niż zazwyczaj upominała siedzące z tyłu dzieci, by zachowywały się grzecznie. On tylko się uśmiechał.

Barbara włożyła marki do torebki, gdzie dołączyły do najważniejszych dokumentów, paszportów oraz kasety wideo, na której nagrano mecz finału Pucharu Francji z 16 czerwca 1979 roku. Naszpikowane reprezentantami FC Nantes dopiero w dogrywce zdołało pokonać outsidera z drugiej ligi, AJ Auxerre, na wypełnionym po brzegi paryskim Parc des Princes. Choć na koniec na tablicy wyników widniał miażdżący wynik 1:4, skrzydłowy Auxerre, Josef Klose, zyskał świadomość, że udało mu się, jako sportowcowi, coś osiągnąć. Przed rozpoczęciem spotkania wszyscy piłkarze tradycyjnie spotkali się z prezydentem Francji, Valérym Giscardem d’Estaing.

Po polskiej stronie granicy z NRD celnicy zapytali Barbarę Klose, czemu ma przy sobie tyle pieniędzy.

— Chcemy kupić w Niemczech auto.

Z tego stresu nie pomyślała, że ktoś, kto ma przywilej jazdy takim samochodem jak ford escort, raczej nie kupowałby kolejnego auta na Zachodzie. Miała jednak wizę i odpowiednie papiery potwierdzające skierowanie męża na operację ucha, więc wmawiała sobie, że nikt nie mógł jej zatrzymać. Nie mieli do tego prawa. Chyba że…?

— Proszę iść z nami — powiedział celnik do Barbary Klose.

Pomyślała, że może to kaseta wideo wzbudziła ciekawość urzędnika. Może ubzdurał sobie, że na taśmie zostały uwiecznione jakieś nielegalne treści? Głupia kaseta!

W gabinecie urzędnika musiała przeliczyć marki. Mężczyzna przerwał przy dwóch tysiącach, mówiąc:

— Stop. W porządku, może pani jechać dalej.

W 1987 roku w Polsce wizy na podróż do zachodnich Niemiec były wydawane dość szczodrze. Z jednej strony celnicy mogli otrzymać wytyczne, aby nie przesadzać z dokładnością kontroli ludzi, z drugiej zaś mogli być niezadowoleni ze stanu własnego państwa, przez co pozwalali na ustępstwa.

„Reformy” to ulubione słowo polskiego rządu z czasów generała Wojciecha Jaruzelskiego, jednak Polacy od początku lat osiemdziesiątych zaobserwowali dwie główne zmiany: można było kupić coraz mniej, a to, co dało się kupić, stawało się coraz droższe. Polska nie była w stanie spłacać zagranicznych długów. W desperackim akcie pewnej kwietniowej nocy 1987 roku rząd podniósł ceny tak bardzo, że węgiel podrożał o pięćdziesiąt, a benzyna o dwadzieścia pięć procent. Stanie w kolejce stało się zajęciem dodatkowym dla dzieci takich jak Miroslav, które zajmowały miejsce na godzinę przed otwarciem na przykład piekarni. Przed samą godziną otwarcia zmieniali ich rodzice, próbując kupować. Przy odrobinie szczęścia, chleba starczało dla wszystkich.

Zwiększona swoboda podczas podróży należała do działań rządu Jaruzelskiego, mających na celu uspokojenie obywateli. Jednak sam pułkownik Stanisław Kwiatkowski z Centrum Badania Opinii Społecznej podkreślił, że większość Polaków nawet nie myśli o urlopie. Królowała myśl: ratuj się, kto może.

Wiele lat później Josef Klose uświadomi sobie, pod jaką presją znajdował się generał Jaruzelski, stojący pomiędzy młotem a kowadłem, pomiędzy protestującym we własnym kraju ruchem Solidarność a komunistycznymi krajami Wschodu. Prezydent NRD, Erich Honecker, był zwolennikiem wtargnięcia do Polski, jeśli w końcu nie nastanie tam spokój. Wówczas jednak Josef Klose — podobnie jak wiele innych osób — widział jedynie, że załamuje się ustrój komunistyczny. Nie można było jednoznacznie stwierdzić, co mogłoby go zastąpić.

Po zawieszeniu piłkarskich butów na kołku w 1984 roku, Josef Klose trenował drugi zespół swojego dawnego klubu — Odry Opole. Jego czteroosobowa rodzina mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu, na trzecim piętrze olbrzymiego bloku z wielkiej płyty. W Polsce to było wręcz normalne. W kraju trudno było znaleźć własne M. Rodzina Klose wymontowała drzwi z kuchni, ponieważ było tak ciasno, że podczas ich otwierania blokowało się drzwi wejściowe. Mama, która lubiła się śmiać, mówiła:

— Kuchnia jest tak mała, że gdy stoją w niej dwie osoby, to nie ma czym oddychać.

Ojciec nigdy nie narzekał na trudy takiego życia. Dostrzegał zalety: mieszkanie przy ulicy Chabrów 22 było, co prawda, ciasne, ale znajdowało się jedynie trzysta metrów od Stadionu Miejskiego, będącego jego miejscem pracy. Trenowanie rezerw Odry dawało mu możliwość wyżywienia rodziny. Barbara Klose, była reprezentantka Polski w piłce ręcznej, mogła skupić się na dzieciach i prowadzeniu domu. Dzięki zaoszczędzonym podczas gry we Francji dewizom mogli kupować zachodnie produkty w Peweksie, a na ciasnotę w mieszkaniu znaleźli sposób — kupili dzieciom fotele, które wieczorem mogli rozkładać do spania. Marzena dostała czerwony, a Miroslav niebieski. Zdaniem ojca jedną z najważniejszych cnót było radzenie sobie z przeciwnościami losu.

Latem 1987 roku wcale nie narzekał na ciężkie życie w Polsce. Po prostu powiedział Barbarze:

— Wyprowadzamy się do Niemiec.

Ojciec rodziny był w stanie znosić braki żywności w sklepach czy kolejki po benzynę, jednak zaalarmowała go zgorzkniałość, jaka zakiełkowała w ostatnim czasie w ludziach.

— Spotkałem jednego kolegę, który wypowiadał się źle o drugim. Po pewnym czasie spotkałem tego drugiego, a on z kolei mówił źle o pierwszym. Jak wypowiadaliby się o mnie, gdyby spotkali się obaj?

Kraj z cynicznym społeczeństwem był dla niego stracony.

— Chciałem dla dzieci kraju z przyszłością. Nieważne było, co stanie się ze mną — najważniejsze, żeby dzieci miały dobrą przyszłość.

— Wyprowadzamy się do Niemiec — powiedziała matka.

Ojciec miał niemieckie pochodzenie, a dwójka jego rodzeństwa mieszkała już na Zachodzie. Znał język, ponieważ jego rodzice na Śląsku — który po II wojnie światowej został oddzielony od Niemiec i przyłączony do Polski, a Oppeln zmieniono na Opole — cały czas mówili po niemiecku. Mimo to, dla matki Niemcy to było obce miejsce, chłodne słowo.

Rodzice nie byli w stanie zliczyć, ile dyskusji na ten temat przeprowadzili.

Wyprowadzamy się!

Nie wyprowadzamy się!

Pewnego dnia ojciec powiedział:

— Wyprowadzamy się, bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie.

Matka poddała się i wyprowadzka doszła do skutku. Josef podkreślał jednak, że jeśli nie spodoba jej się w Niemczech, to wrócą.

Starannie zapakowali się do swojego forda escorta, aby wykorzystać każdy skrawek miejsca. Torby leżały pod nogami i między dziećmi. Wszystko, co nie zmieściło się w samochodzie, zostało w Opolu.

Marzena mogła zabrać ze sobą tylko jedną lalkę. Nikt już nie pamięta, czy Miroslav zabrał ze sobą coś szczególnego. Josef powiadomił o wszystkim swojego szwagra z pobliskiego Ozimka.

— Za trzy tygodnie masz iść do urzędu i powiedzieć: oni nie wrócą. Weź mieszkanie, a z meblami w środku zrób, co chcesz.

Matka powtarzała sobie w myślach, że pozostawi walizki nierozpakowane tak długo, aż nie będzie pewna, że tam zostaną. Ojciec poprosił starego znajomego, Alfreda Bolceka, żeby przejął po nim zespół rezerw.

— To tylko na dwa tygodnie. Po tym czasie wrócę do pracy po operacji uszu.

Bez wyczuwalnych nierówności asfaltu, droga zaprowadziła ich do Friedlandu. W wiosce, na jedynej górce w okolicy, widoczny był nowoczesny pomnik — jakaś konstrukcja z metrowych, kamiennych tablic. Poza tym miejscem horyzont tworzyły lekkie pagórki. Bezpośrednio z tyłu, za przybyszami, znajdował się inny świat: kraina komunizmu, Niemiecka Republika Demokratyczna.

Główna ulica w Friedlandzie nazywała się Heimkehrerstraße (Ulica Powracających).

Auto mogli zostawić za kościołem pod wezwaniem Świętego Norberta. Ojciec rodziny posługiwał się niemieckim na tyle dobrze, że mógł dowiedzieć się, gdzie powinni się zameldować — w domu numer trzy, z tyłu obozu dla uchodźców, do którego prowadziły również tabliczki po rosyjsku i po polsku.

Siedem kilometrów, które dzieliły dom Joachima Herborga od obozu, w lecie często pokonywał rowerem. Wcale nie czuł się zmęczony drogą. Miał trzydzieści jeden lat. Gdy wyruszał o wpół do szóstej rano, mógł podziwiać wschód słońca. Widział, jak na polu rośnie metrowa kukurydza, już dojrzała i gotowa do zbiorów; w końcu był już sierpień. Tylko czasami mijały go samochody. Poranny świat na drodze do Friedlandu, na wschodnim krańcu Dolnej Saksonii, wydawał się bardzo spokojny.

Joachim Herborg rozpoczynał pracę o szóstej, za zamkniętymi drzwiami. Widział przez szybę wypełniającą się poczekalnię — tak nazywali surowy przedsionek w domu numer trzy. Gdy o siódmej rano otwierał drzwi, czekało na niego dobre sto osób. W rękach trzymał karton, do którego ludzie mieli wrzucać swoje paszporty, na podstawie których wypełniał formularze rejestracyjne. Użycie kartonu to jego pomysł. Dzięki temu mógł zapanować nad natarciem masy osób. W samym Friedlandzie plotki o sposobie pracy Joachima rozeszły się w niesamowitym tempie. Niektóre osoby niemal wyrywały mu karton, byle tylko wrzucić do niego swój paszport.

Gdy w 1980 roku dwudziestoczteroletni Herborg rozpoczął pracę jako referent w obozie dla uchodźców z niemieckim pochodzeniem, jego starsi koledzy powtarzali mu:

— Czy ta praca ma jakąś przyszłość? Jak długo może jeszcze funkcjonować taki obóz?

Przecież mało komu udawało się przedostać przez żelazną kurtynę. W pewnym momencie nie będzie już osób z niemieckim pochodzeniem, zamieszkujących wschodnią Europę. Od II wojny światowej minęły blisko cztery dekady. Siedem lat później, latem 1987 roku, w obozie pojawiło się równie dużo osób, co trzydzieści lat wcześniej. W wiosce na zachodzie Niemiec rozpad krajów bloku wschodniego był odczuwalny. We Friedlandzie zarejestrowano pięćdziesiąt siedem tysięcy uchodźców, głównie późnych wysiedleńców z Polski i ze Związku Radzieckiego. Obóz mógł zapewnić schronienie dla dwóch tysięcy trzystu osób, a stołówka, według planu, miała przyjąć dwustu gości.

Część Polaków rozbijała pomiędzy barakami zabrane ze sobą namioty. Wieści o niewystarczającej ilości miejsca we Friedlandzie rozeszły się aż po Śląsk.

Rodzina Klose została poinformowana o konieczności udania się do oddalonej o szesnaście kilometrów Getyngi. W siedzibie tamtejszego uniwersytetu, na terenie Wydziału Wychowania Fizycznego, przy Sprangerweg, zorganizowano tymczasowy — na czas przerwy semestralnej — punkt kwaterunkowy.

Herborg zawsze starał się, aby rodziny otrzymywały wspólny pokój w barakach obozowych. Na Wydziale Wychowania Fizycznego w sali spało równocześnie sto osiemdziesiąt osób. Do pryszniców wyznaczono tury — dziesięć osób co kwadrans.

W sali zostały rozstawione szeregowo wojskowe łóżka piętrowe, pomiędzy którymi zostawiono wąskie przejścia. Maluchy miały wielką radość z zabawy w chowanego w niemal stworzonym do tego miejscu.

Dzieci biegały w kółko całymi dniami. Miroslav grał w piłkę i berka, a wiele jego rówieśników mówiło po polsku. Marzena znalazła w holu fortepian. Mieszkając w Opolu, brała prywatne lekcje gry na tym instrumencie. Co dwa dni mogli wybierać nowe zabawki z darów Czerwonego Krzyża.

Rodzeństwo spędzało większość dni w ten sam sposób, wraz z wieloma innymi dziećmi, na wyjątkowo małej przestrzeni, z dziką wolnością i przy nieustannym upominaniu przez mamę o konieczności zachowania ostrożności. Mimo wszystko, Marzena i Miroslav mają skrajnie różne wspomnienia z tamtego okresu. Ona pamięta głównie radość dzieci i grę na fortepianie, on — presję zachowywania się cicho i bycia grzecznym, aby nie zburzyć ich marzeń o życiu w Niemczech. Najwyraźniej pamięć działa selektywnie, wybierając główny nastrój panujący w danej sytuacji i filtrując do tego odpowiednio wspomnienia tak długo, aż pozostaną tylko te pożądane.

Miroslav chętnie dosiadał się do dorosłych i słuchał historii z obozu, w których role niezdar zawsze odgrywali Rosjanie. Ściślej mówiąc, byli to rosyjscy Niemcy, późni wysiedleńcy, tacy sami jak oni. W oczach Polaków byli oni jednak Rosjanami. Okupantami. Tego dnia rano ktoś widział, jak Rosjanin korzystał w łazience z pisuaru. Za pomocą głowy, żeby mieć wolne ręce, wcisnął spłuczkę, a w strumieniu wody mył nogi.

Każdego dnia — nie czekając nawet na ściśle przypisaną kolej spożywania śniadania — o piątej trzydzieści ojciec wyruszał do Friedlandu. Ich ford escort stał zaparkowany za kościołem. Nie chciał, aby ludzie podróżujący autobusem widzieli go w zachodnim aucie.

Dokładnie zaplanował ich wyjazd do Niemiec. Miał ze sobą akty urodzenia rodziców, które potwierdzały jego niemieckie pochodzenie. Niemieccy urzędnicy potrzebowali jednak wielu dni, aby dopełnić wszystkich formalności. Ojciec, codziennie i w zupełnej ciszy, bez śniadania, wyruszał o piątej trzydzieści, aby być jednym z pierwszych we Friedlandzie i robił wszystko, co mógł, by przyspieszyć ten proces.

Joachim Herborg codziennie wypełniał ręcznie formularze rejestracyjne, aby ludzie nie musieli zbyt długo czekać przed drzwiami jego gabinetu. Po godzinie szesnastej, gdy mijały godziny przyjęć, przepisywał wszystko na czysto, na maszynie. W innych urzędach pracownicy mieli zapewne komputery.

Gdy w obozie pojawiali się goście ze świata polityki — jak w 1988 roku, gdy do Friedlandu zawitał Jochen Vogel, przewodniczący SPD — korytarze były puste, bez kolejek. Joachim Herborg cierpiał wówczas w milczeniu. Co za absurdalne przedstawienie. Przed Vogelem odegrano scenę, w której zaprezentowano wysoką wydajność obozu — w rzeczywistości nieistniejącą. W tym czasie uchodźcy czekali do południa na zakończenie wizytacji.

Po dziewięciu dniach Barbara, wraz z dziećmi, towarzyszyła mężowi w drodze do Friedlandu. Wsiedli do auta zaparkowanego za kościołem. Josef zadzwonił z budki telefonicznej do swojej siostry, mieszkającej w miejscowości o nazwie Körborn, nieopodal Kusel. Wyruszyli w drogę.

Miroslav Klose wciąż pamięta, jak rodzina zatrzymała się przed szlabanem i jak trząsł się ze strachu, nie będąc pewnym, czy będą mogli przejechać do Niemiec. Ale w 1987 roku we Friedlandzie nie było szlabanów. Obóz był otwarty; to było miejsce początkowe, a nie więzienie. Miroslav Klose albo myli szlaban z tym, który był na granicy RFN i NRD, albo wmawia sobie, że był tam szlaban, chcąc uwiarygodnić swoje uczucia, które towarzyszyły mu we Friedlandzie: oczekiwanie i obawę.

Gdy w sierpniu 1987 roku rodzina Klose wyruszyła do nowego życia w Palatynacie, pomnik na górce we Friedlandzie szybko za nimi zniknął. Masywne, kamienne płyty pomnika symbolizują drzwi otwarte na cztery strony świata.

Brytyjskie wojska, które osiadły w Niemczech po II wojnie światowej w 1945 roku, oczyściły i pomalowały obory, tworząc we Friedlandzie obóz nieopodal przejścia granicznego. Miejsce to miało pełnić funkcję punktu zbornego dla Niemców, którzy po wojnie — wygnani, przepędzeni i powracający z niewoli w setkach tysięcy — przybywali ze wszystkich stron świata. Od tamtej pory Friedland stał się prostym, prowizorycznym skupiskiem wybudowanych na szybko baraków z eternitu. Zaplanowanym, jakby miał służyć przez krótki okres ludziom uciekającym i powracającym do Niemiec.

W 2020 roku Joachim Herborg przejdzie na emeryturę. We Friedlandzie spędził całą swoją karierę zawodową. Fale uchodźców nie ustawały. Gdy liczba przybyszów z niemieckim pochodzeniem spadła, zaczęto przyjmować tam ludzi szukających azylu.