Mira, Franek i Krasnale. Tajemnica kamieni - Gawryś Mariusz - ebook + książka

Mira, Franek i Krasnale. Tajemnica kamieni ebook

Gawryś Mariusz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Do tej pory chciałyśmy być… niezauważalne.

Patrzeć z dołu.

Słuchać uważniej.

Widzieć więcej.

Bo Wrocław to nie tylko to, co widać.

To także to, co ukryte w kamieniach.

W murach.

W miejscach, które mijasz każdego dnia.

Mira i Franek nie mieli o tym pojęcia.

Do czasu.

Pewnego dnia trafiają na ślad tajemnicy, która nie powinna zostać odkryta.

Tajemnicy, którą krasnale pilnowały od bardzo dawna.

I wtedy wszystko się zaczyna.

Podróż przez miasto, które nagle okazuje się zupełnie inne.

Spotkania, których nie da się zaplanować.

I historie, które ktoś w końcu musi opowiedzieć.

Bo kiedy zacznie się słuchać kamieni…

okazuje się, że każdy z nich ma coś do powiedzenia.

A krasnale?

Krasnale od dawna o tym wiedzą.

Przed nimi przygoda, której nie da się cofnąć.

Przed Tobą historia, której nie da się zapomnieć

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 103

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Współpraca literacka

Olga Cygan

Redakcja literacka i korekta

Małgorzata Kuśnierz

Ilustracje, projekt okładki i strony tytułowej

Rafał Garcarek

Skład i łamanie

Iwar Romanek

Współpraca

Tomasz Łobodziec

Copyright © Mariusz Gawryś 2026

ISBN 978-83-981184-1-5

Partner wydawniczy

Chroma Sp. z o.o.

www.chroma.pl

www.krasnalia.pl

Spis treści

Kiedy zaczyna się opowieść?PoniedziałekZapach racuszkówZnikająca skarpetaPlucie z balkonuCzy pan ze mnie chichocze?Ja chcę być pilotem!Unosiło się i opadało…W objęciach MorfeuszaTo nie są turystki…Kto chce eksmisji?Jest oficjalne pismo?Kamienie ze ścianyWędrujący smoczekSpekcośtamDzisiaj chyba nikt nie zaśnie Pod rygorem kary grzywnyAkcja protestacyjnaMusimy temu zapobiec!Dlaczego znikają krasnale?Znowu nie ma jednej skarpetyGdzie można zrobić ksero w nocy?OdwiedzinyPrzebudzenieGdzie są nasze krasnale?Akcja pod Sky TowerTajemne Sprzysiężenie SąsiadówBył i nie maŁapówkaTajna naradaAdrian – burzyciel kamienicLucjan na tropie skarpetekSzybkie przeformatowanie WłodkaTajemnicze spotkanie w PolinceKlepiemy?To nie zabawaOn mnie doprowadza do szału!Jest robota!Burzycielska gruszka Andrzej Bogdan obiecuje… poprawęZnowu ginie skarpetka LucjanaPierwsza bitwa o kamienicęPierwsza ofiara GarsonekGenialny plan Miry i FrankaReklamacjaOstatnia szansaFormatowanie Andrzeja BogdanaCo urzędnicy lubią najbardziej?Kamienica do wyburzeniaTajemnicza przesyłka Już nigdy nie wrócą…Draka w OssolineumKto nie wierzy w krasnale?KamieniotekaObrazy pamięciPrezydent Maria Gulska składa podpisDopiero zaczynamy!Powrót

Kiedy zaczyna się opowieść?

Kiedy właściwie zaczyna się opowieść?… Czy wtedy, kiedy nikt nie pamięta, jak było na początku? Albo wtedy, gdy nikt nie zna jej końca? A może wtedy, gdy nikt na nią nie czeka? Albo wtedy, gdy nikt nie zna jej końca – i właśnie dlatego wszystko może się wydarzyć? A może jeszcze inaczej – może wtedy, gdy nikt jej się nie spodziewa, a ona, nieproszona, puka do drzwi wyobraźni?

W naszej opowieści nie ma padów ani przycisków, które klikają głośniej niż myśli. Nie będzie tu pistoletów laserowych, kolorowych pasków postępu, punktów do zbierania i lajków.

Wszystko, co zobaczysz, wydarzy się w twojej głowie – a głowa, uwierz mi na słowo, bywa najlepszym ekranem świata. To, co się na nim wyświetli, potrafi zostać z tobą na całe życie, jak ulubiona melodia, której nie da się zapomnieć.

Zatem od czego zacząć? Czy od chwili, kiedy zginęła pierwsza skarpeta pana Lucjana? Czy może – tak sobie teraz myślę – od samego początku?…

Jeśli lekcje już odrobione, pies zaliczył popołudniowy spacer, jeśli wymyte i wysuszone naczynia stoją w szafce równo jak żołnierze na apelu, czekając cierpliwie na kolejny posiłek – usiądź wygodnie w fotelu. Oddychaj. Czytaj. Reszta zadzieje się sama.

We Wrocławiu, między niesympatycznymi betonowymi blokami i zimnymi od nadmiaru szkła i stali fasadami biurowców stoi nieduża stara kamienica. Nie pasuje do otoczenia i wcale się tym nie przejmuje. Wygląda jak zagubiony w przestrzeni świadek dawnych czasów: zapomniana, a jednak uparcie trwająca pod tym samym adresem. Jej cegły, nadwątlone deszczem, mrozem i skwarem, lśnią w porannym słońcu jak stary miedziany guzik wypolerowany rękawem. W tej kamienicy – w jej widocznych i niewidocznych zakamarkach – rozegra się nasza opowieść.

Był wczesny poniedziałkowy poranek; miasto przeciągało się po nocy, tramwaje zaczynały mówić swoim zgrzytliwym, metalicznym głosem, a w fasadzie budynku od strony ulicy, obok bramy, otwierał oczy niewielki sklepik. Taki mały, zwykły spożywczak, ale w tych murach wszystko, co zwykłe, miało w sobie odrobinę niezwykłości. Pan Józef, siwiejący mężczyzna o pogodnym spojrzeniu, wystawiał na zewnątrz skrzynki pełne gruszek i jabłek. To jego poranny rytuał, gest powtarzany z czułością, jakby układał na progu swego sklepiku dzień dla wszystkich sąsiadów.

A skoro poznaliśmy pana Józefa, pora poznać pozostałych mieszkańców kamienicy. Budzili się, przeciągali, ziewali, szukali kapci i okularów, dokonywali porannej toalety i rozpoczynali swój dzień – każdy po swojemu, w rytmie, który znali na pamięć.

Na parterze Hania i Henryk – pełne energii i zakochane w sobie małżeństwo emerytów – wstawali najwcześniej ze wszystkich. Zanim inni podnieśli powieki, oni zdążyli już nastawić czajnik i rozwiesić pranie na rozciągniętych między ścianami sznurach. Hania pracowała szybko, sprawnie, z uśmiechem, który w czarujący sposób zastępował słońce w pochmurne poranki. Henryk, z natury skłonny do przesady, mruczał właśnie coś o „domu chodzącym w posadach” – ale w jego głosie było więcej zwyczajnego zrzędzenia niż prawdziwego gniewu. Gdyby dobrze się wsłuchać, w tym mruczeniu dało się wyczuć troskę o każdy gwóźdź i każdą cegłę ukochanej kamienicy.

Piętro wyżej, w skromnie urządzonej kuchni, siedziało dwoje bohaterów tej historii: Mira, uczennica szóstej klasy, o oczach, w których często zapalała się iskra ciekawości, i Franek, czwartoklasista, który z prędkością błyskawicy przechodził od pomysłu do działania. Kanapki znikały w tempie nieomal magicznym. Ich mama, Ania, właśnie postawiła na stole dwa kubki gorącego mleka. W tym domu mleko miało smak bezpieczeństwa i codzienności.

– Może jednak kakao? – spytała Ania.

– Ja wolę mleko! – odpowiedział bez wahania Franek.

– Ja też wolę mleko – przytaknęła Mira, po czym mrugnęła figlarnie. – Choć raz w tygodniu kakao to nie grzech.

– Czyli…? – dopytywała Ania, która lubiła doprowadzać rozmowy do puenty.

– Kakao – ucięła miękko Mira. I wszyscy się uśmiechnęli.

Skłamałbym, gdybym napisał, że w głowach tej dwójki krążyły głównie myśli o ocenach i obowiązkach. Było inaczej. Mira i Franek – jak wkrótce się okaże – byli poszukiwaczami przygód z gatunku tych niezwykłych, trudnych do uwierzenia. Tropili te, które zdarzały się tylko raz w życiu i nie mieściły się w żadnych poradnikach młodych odkrywców.

Po drugiej stronie schodów znajdowało się mieszkanie, a właściwie lokal przypominający biuro i kilka pomieszczeń bez charakteru prawdziwego domu. Rano świecił pustką, ale po południu robiło się tu gwarno. Przychodziły dzieci z okolicznych szkół na korepetycje z różnych przedmiotów, zwane przez wszystkich „korkami”. Nie czyniły tego zbyt entuzjastycznie, ale robiły to systematycznie i dzięki temu, ku zadowoleniu rodziców i nauczycieli, miały znacznie lepsze oceny.

Na drugim piętrze pani Ala zamiatała podłogę przy cichej muzyce Straussa. Nagle kij od szczotki zamienił się w partnera, kuchenna podłoga w scenę, a ona – w dawno nieoglądaną solistkę. Krok walca Nad pięknym modrym Dunajem przypominał ciału, co potrafiło, a sercu – jak było, gdy publiczność wstrzymywała oddech. W tych kilku piruetach mieściły się młode lata, wylany pot, radość i brawa, które kiedyś pozwalały jej fruwać nad deskami sceny Opery Wrocławskiej.

Jej sąsiadką z piętra była Zuza, młoda kobieta o miękkim głosie i stalowej determinacji, która miała bzika na punkcie kotów. Jej życie kręciło się wokół Leona i Leoni, „miejskich tygrysów”, jak zwykła o nich mówić. Wcześniej, zanim odkryła miłość do tych drapieżników miała dwie białe myszki, chomika i papużkę, ale to koty zdobyły jej serce na zawsze. Teraz była pora karmienia; Leon i Leonia dostawały od swojej pani suchą karmę. Miski dźwięczały cicho, ogony prostowały się jak anteny, a miękki duet miauknięć wypełniał kuchnię niczym studio nagrań. Kto znał koty, ten wiedział: choć teraz udawały obojętność, jak na koty przystało, to na ten moment czekały z utęsknieniem całą noc.

Na kolejnym piętrze mieszkało młode małżeństwo, Sylwia i Patryk. Ich rytm dnia i nocy wyznaczał nowy, mały człowieczek, ich synek, Teofil, czyniąc rodziców ekspertami od pieluszek, kołysanek i cichego sss… Za chwilę Patryk wyjdzie z domu i przez większość dnia będzie zmuszony oddawać swój czas, energię i duszę jednej z dużych korporacji, w której pracuje. Ale teraz cały świat zdawał się nie istnieć – byli tylko oni i ich dziecko.

Ich sąsiadką z piętra była siedemdziesięciopięcioletnia pani Wanda, emerytowana dziennikarka śledcza nieukazującej się już gazety „Wieczór Wrocławia”. Wanda toczyła nierówną walkę – z góry skazaną na przegraną – o swój kapeć od pary z Fafikiem, pozornie potulnym labradorem. Fafik, cwaniak nad cwaniaki, wykorzystywał najmniejszą nieuwagę Wandy, porywał filcowy skarb i z triumfem zalegał na posłaniu. Wanda wzdychała, ale w oczach miała dla niego uznanie: to przeciwnik godny jej dawnej reporterskiej czujności.

Ostatnim z mieszkańców, zajmującym połowę strychu, był stary kawaler – pan Lucjan. Z uwagi na przewagę chipsów w codziennej diecie, „wspieranej” przez zupełny brak ruchu, jego otyłość nadawała mu kształt miękkiej litery O. Jednak mieszkała w nim dusza perfekcjonisty. Na blacie lądowały kolejne paczki, na ekranach zapalały się kontrolki. Lucjan jeszcze nie wiedział, że w jego uporządkowanym świecie zaraz pojawi się pierwszy znak nadchodzących tajemniczych wydarzeń.

Poniedziałek

Nikt nie lubi poniedziałków – brzydko pachną zapomnianym w piątek obowiązkiem.

Znowu wszystko zaczyna się od nowa; budzik, szkoła, lekcje, a wesołe wspomnienia z weekendu bledną, jakby były starym zdjęciem pozostawionym kiedyś na słońcu. Ten poniedziałek miał jednak nieco inny posmak, choć rano nikt tego jeszcze nie wyczuwał.

Dochodziła ósma i drzwi mieszkania Ani na pierwszym piętrze otworzyły się z energią, która pasowała raczej do stadionu niż do klatki schodowej. Mira i Franek wypadli na schody; plecaki podskakiwały im na plecach jak małe bębenki. Dla nich wyjście do szkoły nie było zwykłą drogą – to był wyścig. Najpierw sprint do miejsca, gdzie przypięte do balustrady schodów czekały na nich hulajnogi, a potem do linii mety, którą był próg drzwi wejściowych do kamienicy. Kto pierwszy go przeciął, ten rządził do następnego dnia.

W ułamku sekundy byli na dole, walczyli z szyfrowanym zapięciem ich kolorowych wehikułów, kiedy nieoczekiwanie otworzyły się drzwi mieszkania na parterze. Hania i Henryk – małżeństwo nieco narzekających na życie emerytów – wychodzili właśnie na poranne zakupy. Dzieci, jak co dzień, rzuciły zwyczajowe, choć radosne „dzień dobry”.

– Dzień dobry? – burknął Henryk, marszcząc czoło. – No… nie wiem, dla kogo taki dobry.

Franka i Mirę aż zamurowało; przystanęli.

– Co to było dzisiaj w nocy? – spytał z wyrzutem pan Henryk.

– A co było? – odpowiedziała pytaniem Mira.

– I gdzie to było? – dorzucił Franek.

– No, u was było! – Henryk nie miał wątpliwości.

– A co niby było? – Mira wcale nie zamierzała się przyznać do nie-wiadomo-czego.

– A rewolucja jakaś! Przestawianie mebli! Remont! Ściany aż chodziły! – dorzuciła pani Hania. – Normalnie chodziły!

– Aż chodziły?… A sufit? – dopytał Franek z powagą doświadczonego badacza. – Też chodził?

– Też chodził! – potwierdził pan Henryk z satysfakcją.

– Myśmy spali – powiedziały jednocześnie dzieci. – W nocy to my zawsze śpimy jak susły! Naprawdę!

– Cały czas było coś słychać! Przecież potrafię odróżnić ciszę nocną od hałasu – nie ustępował pan Henryk.

– To nie my! Nie ma takiej opcji! – Franek wskoczył na hulajnogę i pomknął do przodu. – Pierwszy! – krzyknął zza ramienia. – Jutro ścielisz moje łóżko, siostrzyczko!

Mira przewróciła oczami, ale ruszyła za bratem. Byli już spóźnieni. Temat wydawał się ciekawy i należało go omówić, choć teraz nie było na to czasu. Każde z nich – niezależnie od siebie – zastanawiało się po drodze do szkoły, kto w środku nocy, kiedy spali, mógł tańczyć w ich mieszkaniu. Kto urządzał rewolucję, gdy świat spał?

Zapach racuszków

W czasie gdy Mira i Franek przecinali ulice na hulajnogach jak dwie strzały, ich mama, Anna, zaczynała kolejny pracowity dzień. Będąc właścicielką jednoosobowej firmy cateringowej, potrafiła zamienić zwykłą kuchnię w filharmonię smaków. Tego poranka każda z czterech patelni grała inną nutę: na jednej skwierczały racuszki, na drugiej złocił się naleśnik, na trzeciej tańczyła cebula, a na czwartej ocieplała się zupa. Na dodatkowej kuchence bulgotał sos. Pomieszczenie wypełniała feeria zapachów: od pikantnych, przez korzenne, aż po słodkie nuty łagodnej wanilii. Jeszcze tego dnia wszystko miało trafić na stoły – dobrze podane, pachnące, kuszące swym widokiem.

Anna dwoiła się i troiła, kiedy w jej uchu słuchawka zabrzęczała jak pszczoła.

– Tak?… Oczywiście, było z rzodkiewką. Anchois też, tak jak w zamówieniu. Racuchy z… pistacjonów? – Anna zmrużyła oczy. – A co to?! – Wydawała się coraz bardziej zdziwiona. – Papisony? Może patisony?… – dopytywała, manewrując między rondlami. – Dobrze, rozumiem. Nie, tego nie było w ofercie. Ale wszystko według zamówienia będzie dzisiaj na szesnastą. Osobiście dowiozę. Do widzenia!

Wyłączyła telefon i wróciła do czarów nad patelniami. I nie wydarzyłoby się nic niezwykłego, gdyby zapachy z jej kuchni zatrzymały się na jej piętrze. Ale zapachy z jej kuchni miały inny plan. Wpełzały po schodach, rozlewały się po korytarzach i klatce schodowej, wspinały do góry – aż dotarły do mieszkania pani Wandy, emerytowanej dziennikarki śledczej.

Wanda właśnie czytała książkę, kiedy jej nozdrza wyczuły coś niepokojącego. Skrzydełka dziennikarskiego nosa zaczęły rozszerzać się i zwężać jak precyzyjny instrument. Fafik, jej pies, zerknął znad posłania – z pyska zwisał mu coraz dłuższy świecący stalaktyt śliny. Dowód poszlakowy zamienił się w dowód rzeczowy. W ułamku sekundy poczucie spokoju i harmonii emerytowanej dziennikarki „Wieczoru Wrocławia” zostało zdewastowane.

– Znowu pichci! Przecież tu się nie da żyć! – Oburzenie Wandy wstało razem z nią z fotela. Ruszyła za tropem!

Chwilę później pukała energicznie do drzwi Anny. Raz, drugi i… Drzwi otworzyły się szybko. W progu stała Anna: biały fartuch jak flaga rozejmu, policzki rozgrzane niemal do temperatury racuszków.

– Dzień dobry. Ja nie mogę tak żyć! – zaczęła histerycznie Wanda, wznosząc oczy ku niebu, jakby prosiła o Boską interwencję.

– To znaczy jak, pani Wando? – Anna naprawdę chciała zrozumieć.

– W takim smrodzie, rzecz jasna. W takim smrodzie! Codziennie pani coś smaży, pichci, gotuje. Cała kamienica tym pachnie. Jak można tak… smrodzić?! To nie jest publiczna jadłodajnia! Tu się po prostu nie da żyć!

– Już niedługo… To tylko racuszki.

– To znaczy kiedy?

– Nawet wiem dokładnie, już policzyłam. – Uśmiechnęła się Ania półżartem. – Będzie mnie stać na osobny lokal z filtrami zapachowymi, kiedy usmażę siedemdziesiąt dwa tysiące małych racuchów albo przygotuję sześćdziesiąt cztery tysiące tartinek z kawiorem. Kawior musi być z przemytu. Pani wybaczy, mam na gazie coś… bardzo pachnącego.

Anna uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami. Oburzona i fucząca Wanda ruszyła po schodach. Na półpiętrze minęła panią Alę, emerytowaną baletnicę.

– Ala, a tobie to nie przeszkadza? – zaczęła bez wstępów Wanda.

– Co ma mi przeszkadzać?

– Ten zapach! Penetrancki w dodatku!

– Jeśli o zapachy chodzi, wprowadziłabym raczej zakaz trzymania w kamienicy kotów. Koty są najgorsze!

– Koty? A nie te wyziewy z kuchni pani Ani?!

– Najlepiej wszystkich futrzaków!

Wanda zmrużyła oczy jak prawdziwy kot. Spojrzała na Alę z wyrzutem, który mógłby przeciąć gruby sznurek. Ala dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powiedziała coś bardzo niestosownego do właścicielki Fafika. Ale było już za późno.

– No wiesz co! – syknęła Wanda i z miną urażonej kociej księżniczki ruszyła do swego mieszkania. Do końca dnia obie panie miały o czym myśleć: jedna o filtrach, druga o futrzakach.