Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Do tej pory chciałyśmy być… niezauważalne.
Patrzeć z dołu.
Słuchać uważniej.
Widzieć więcej.
Bo Wrocław to nie tylko to, co widać.
To także to, co ukryte w kamieniach.
W murach.
W miejscach, które mijasz każdego dnia.
Mira i Franek nie mieli o tym pojęcia.
Do czasu.
Pewnego dnia trafiają na ślad tajemnicy, która nie powinna zostać odkryta.
Tajemnicy, którą krasnale pilnowały od bardzo dawna.
I wtedy wszystko się zaczyna.
Podróż przez miasto, które nagle okazuje się zupełnie inne.
Spotkania, których nie da się zaplanować.
I historie, które ktoś w końcu musi opowiedzieć.
Bo kiedy zacznie się słuchać kamieni…
okazuje się, że każdy z nich ma coś do powiedzenia.
A krasnale?
Krasnale od dawna o tym wiedzą.
Przed nimi przygoda, której nie da się cofnąć.
Przed Tobą historia, której nie da się zapomnieć
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 103
Współpraca literacka
Olga Cygan
Redakcja literacka i korekta
Małgorzata Kuśnierz
Ilustracje, projekt okładki i strony tytułowej
Rafał Garcarek
Skład i łamanie
Iwar Romanek
Współpraca
Tomasz Łobodziec
Copyright © Mariusz Gawryś 2026
ISBN 978-83-981184-1-5
Partner wydawniczy
Chroma Sp. z o.o.
www.chroma.pl
www.krasnalia.pl
Kiedy właściwie zaczyna się opowieść?… Czy wtedy, kiedy nikt nie pamięta, jak było na początku? Albo wtedy, gdy nikt nie zna jej końca? A może wtedy, gdy nikt na nią nie czeka? Albo wtedy, gdy nikt nie zna jej końca – i właśnie dlatego wszystko może się wydarzyć? A może jeszcze inaczej – może wtedy, gdy nikt jej się nie spodziewa, a ona, nieproszona, puka do drzwi wyobraźni?
W naszej opowieści nie ma padów ani przycisków, które klikają głośniej niż myśli. Nie będzie tu pistoletów laserowych, kolorowych pasków postępu, punktów do zbierania i lajków.
Wszystko, co zobaczysz, wydarzy się w twojej głowie – a głowa, uwierz mi na słowo, bywa najlepszym ekranem świata. To, co się na nim wyświetli, potrafi zostać z tobą na całe życie, jak ulubiona melodia, której nie da się zapomnieć.
Zatem od czego zacząć? Czy od chwili, kiedy zginęła pierwsza skarpeta pana Lucjana? Czy może – tak sobie teraz myślę – od samego początku?…
Jeśli lekcje już odrobione, pies zaliczył popołudniowy spacer, jeśli wymyte i wysuszone naczynia stoją w szafce równo jak żołnierze na apelu, czekając cierpliwie na kolejny posiłek – usiądź wygodnie w fotelu. Oddychaj. Czytaj. Reszta zadzieje się sama.
We Wrocławiu, między niesympatycznymi betonowymi blokami i zimnymi od nadmiaru szkła i stali fasadami biurowców stoi nieduża stara kamienica. Nie pasuje do otoczenia i wcale się tym nie przejmuje. Wygląda jak zagubiony w przestrzeni świadek dawnych czasów: zapomniana, a jednak uparcie trwająca pod tym samym adresem. Jej cegły, nadwątlone deszczem, mrozem i skwarem, lśnią w porannym słońcu jak stary miedziany guzik wypolerowany rękawem. W tej kamienicy – w jej widocznych i niewidocznych zakamarkach – rozegra się nasza opowieść.
Był wczesny poniedziałkowy poranek; miasto przeciągało się po nocy, tramwaje zaczynały mówić swoim zgrzytliwym, metalicznym głosem, a w fasadzie budynku od strony ulicy, obok bramy, otwierał oczy niewielki sklepik. Taki mały, zwykły spożywczak, ale w tych murach wszystko, co zwykłe, miało w sobie odrobinę niezwykłości. Pan Józef, siwiejący mężczyzna o pogodnym spojrzeniu, wystawiał na zewnątrz skrzynki pełne gruszek i jabłek. To jego poranny rytuał, gest powtarzany z czułością, jakby układał na progu swego sklepiku dzień dla wszystkich sąsiadów.
A skoro poznaliśmy pana Józefa, pora poznać pozostałych mieszkańców kamienicy. Budzili się, przeciągali, ziewali, szukali kapci i okularów, dokonywali porannej toalety i rozpoczynali swój dzień – każdy po swojemu, w rytmie, który znali na pamięć.
Na parterze Hania i Henryk – pełne energii i zakochane w sobie małżeństwo emerytów – wstawali najwcześniej ze wszystkich. Zanim inni podnieśli powieki, oni zdążyli już nastawić czajnik i rozwiesić pranie na rozciągniętych między ścianami sznurach. Hania pracowała szybko, sprawnie, z uśmiechem, który w czarujący sposób zastępował słońce w pochmurne poranki. Henryk, z natury skłonny do przesady, mruczał właśnie coś o „domu chodzącym w posadach” – ale w jego głosie było więcej zwyczajnego zrzędzenia niż prawdziwego gniewu. Gdyby dobrze się wsłuchać, w tym mruczeniu dało się wyczuć troskę o każdy gwóźdź i każdą cegłę ukochanej kamienicy.
Piętro wyżej, w skromnie urządzonej kuchni, siedziało dwoje bohaterów tej historii: Mira, uczennica szóstej klasy, o oczach, w których często zapalała się iskra ciekawości, i Franek, czwartoklasista, który z prędkością błyskawicy przechodził od pomysłu do działania. Kanapki znikały w tempie nieomal magicznym. Ich mama, Ania, właśnie postawiła na stole dwa kubki gorącego mleka. W tym domu mleko miało smak bezpieczeństwa i codzienności.
– Może jednak kakao? – spytała Ania.
– Ja wolę mleko! – odpowiedział bez wahania Franek.
– Ja też wolę mleko – przytaknęła Mira, po czym mrugnęła figlarnie. – Choć raz w tygodniu kakao to nie grzech.
– Czyli…? – dopytywała Ania, która lubiła doprowadzać rozmowy do puenty.
– Kakao – ucięła miękko Mira. I wszyscy się uśmiechnęli.
Skłamałbym, gdybym napisał, że w głowach tej dwójki krążyły głównie myśli o ocenach i obowiązkach. Było inaczej. Mira i Franek – jak wkrótce się okaże – byli poszukiwaczami przygód z gatunku tych niezwykłych, trudnych do uwierzenia. Tropili te, które zdarzały się tylko raz w życiu i nie mieściły się w żadnych poradnikach młodych odkrywców.
Po drugiej stronie schodów znajdowało się mieszkanie, a właściwie lokal przypominający biuro i kilka pomieszczeń bez charakteru prawdziwego domu. Rano świecił pustką, ale po południu robiło się tu gwarno. Przychodziły dzieci z okolicznych szkół na korepetycje z różnych przedmiotów, zwane przez wszystkich „korkami”. Nie czyniły tego zbyt entuzjastycznie, ale robiły to systematycznie i dzięki temu, ku zadowoleniu rodziców i nauczycieli, miały znacznie lepsze oceny.
Na drugim piętrze pani Ala zamiatała podłogę przy cichej muzyce Straussa. Nagle kij od szczotki zamienił się w partnera, kuchenna podłoga w scenę, a ona – w dawno nieoglądaną solistkę. Krok walca Nad pięknym modrym Dunajem przypominał ciału, co potrafiło, a sercu – jak było, gdy publiczność wstrzymywała oddech. W tych kilku piruetach mieściły się młode lata, wylany pot, radość i brawa, które kiedyś pozwalały jej fruwać nad deskami sceny Opery Wrocławskiej.
Jej sąsiadką z piętra była Zuza, młoda kobieta o miękkim głosie i stalowej determinacji, która miała bzika na punkcie kotów. Jej życie kręciło się wokół Leona i Leoni, „miejskich tygrysów”, jak zwykła o nich mówić. Wcześniej, zanim odkryła miłość do tych drapieżników miała dwie białe myszki, chomika i papużkę, ale to koty zdobyły jej serce na zawsze. Teraz była pora karmienia; Leon i Leonia dostawały od swojej pani suchą karmę. Miski dźwięczały cicho, ogony prostowały się jak anteny, a miękki duet miauknięć wypełniał kuchnię niczym studio nagrań. Kto znał koty, ten wiedział: choć teraz udawały obojętność, jak na koty przystało, to na ten moment czekały z utęsknieniem całą noc.
Na kolejnym piętrze mieszkało młode małżeństwo, Sylwia i Patryk. Ich rytm dnia i nocy wyznaczał nowy, mały człowieczek, ich synek, Teofil, czyniąc rodziców ekspertami od pieluszek, kołysanek i cichego sss… Za chwilę Patryk wyjdzie z domu i przez większość dnia będzie zmuszony oddawać swój czas, energię i duszę jednej z dużych korporacji, w której pracuje. Ale teraz cały świat zdawał się nie istnieć – byli tylko oni i ich dziecko.
Ich sąsiadką z piętra była siedemdziesięciopięcioletnia pani Wanda, emerytowana dziennikarka śledcza nieukazującej się już gazety „Wieczór Wrocławia”. Wanda toczyła nierówną walkę – z góry skazaną na przegraną – o swój kapeć od pary z Fafikiem, pozornie potulnym labradorem. Fafik, cwaniak nad cwaniaki, wykorzystywał najmniejszą nieuwagę Wandy, porywał filcowy skarb i z triumfem zalegał na posłaniu. Wanda wzdychała, ale w oczach miała dla niego uznanie: to przeciwnik godny jej dawnej reporterskiej czujności.
Ostatnim z mieszkańców, zajmującym połowę strychu, był stary kawaler – pan Lucjan. Z uwagi na przewagę chipsów w codziennej diecie, „wspieranej” przez zupełny brak ruchu, jego otyłość nadawała mu kształt miękkiej litery O. Jednak mieszkała w nim dusza perfekcjonisty. Na blacie lądowały kolejne paczki, na ekranach zapalały się kontrolki. Lucjan jeszcze nie wiedział, że w jego uporządkowanym świecie zaraz pojawi się pierwszy znak nadchodzących tajemniczych wydarzeń.
Nikt nie lubi poniedziałków – brzydko pachną zapomnianym w piątek obowiązkiem.
Znowu wszystko zaczyna się od nowa; budzik, szkoła, lekcje, a wesołe wspomnienia z weekendu bledną, jakby były starym zdjęciem pozostawionym kiedyś na słońcu. Ten poniedziałek miał jednak nieco inny posmak, choć rano nikt tego jeszcze nie wyczuwał.
Dochodziła ósma i drzwi mieszkania Ani na pierwszym piętrze otworzyły się z energią, która pasowała raczej do stadionu niż do klatki schodowej. Mira i Franek wypadli na schody; plecaki podskakiwały im na plecach jak małe bębenki. Dla nich wyjście do szkoły nie było zwykłą drogą – to był wyścig. Najpierw sprint do miejsca, gdzie przypięte do balustrady schodów czekały na nich hulajnogi, a potem do linii mety, którą był próg drzwi wejściowych do kamienicy. Kto pierwszy go przeciął, ten rządził do następnego dnia.
W ułamku sekundy byli na dole, walczyli z szyfrowanym zapięciem ich kolorowych wehikułów, kiedy nieoczekiwanie otworzyły się drzwi mieszkania na parterze. Hania i Henryk – małżeństwo nieco narzekających na życie emerytów – wychodzili właśnie na poranne zakupy. Dzieci, jak co dzień, rzuciły zwyczajowe, choć radosne „dzień dobry”.
– Dzień dobry? – burknął Henryk, marszcząc czoło. – No… nie wiem, dla kogo taki dobry.
Franka i Mirę aż zamurowało; przystanęli.
– Co to było dzisiaj w nocy? – spytał z wyrzutem pan Henryk.
– A co było? – odpowiedziała pytaniem Mira.
– I gdzie to było? – dorzucił Franek.
– No, u was było! – Henryk nie miał wątpliwości.
– A co niby było? – Mira wcale nie zamierzała się przyznać do nie-wiadomo-czego.
– A rewolucja jakaś! Przestawianie mebli! Remont! Ściany aż chodziły! – dorzuciła pani Hania. – Normalnie chodziły!
– Aż chodziły?… A sufit? – dopytał Franek z powagą doświadczonego badacza. – Też chodził?
– Też chodził! – potwierdził pan Henryk z satysfakcją.
– Myśmy spali – powiedziały jednocześnie dzieci. – W nocy to my zawsze śpimy jak susły! Naprawdę!
– Cały czas było coś słychać! Przecież potrafię odróżnić ciszę nocną od hałasu – nie ustępował pan Henryk.
– To nie my! Nie ma takiej opcji! – Franek wskoczył na hulajnogę i pomknął do przodu. – Pierwszy! – krzyknął zza ramienia. – Jutro ścielisz moje łóżko, siostrzyczko!
Mira przewróciła oczami, ale ruszyła za bratem. Byli już spóźnieni. Temat wydawał się ciekawy i należało go omówić, choć teraz nie było na to czasu. Każde z nich – niezależnie od siebie – zastanawiało się po drodze do szkoły, kto w środku nocy, kiedy spali, mógł tańczyć w ich mieszkaniu. Kto urządzał rewolucję, gdy świat spał?
W czasie gdy Mira i Franek przecinali ulice na hulajnogach jak dwie strzały, ich mama, Anna, zaczynała kolejny pracowity dzień. Będąc właścicielką jednoosobowej firmy cateringowej, potrafiła zamienić zwykłą kuchnię w filharmonię smaków. Tego poranka każda z czterech patelni grała inną nutę: na jednej skwierczały racuszki, na drugiej złocił się naleśnik, na trzeciej tańczyła cebula, a na czwartej ocieplała się zupa. Na dodatkowej kuchence bulgotał sos. Pomieszczenie wypełniała feeria zapachów: od pikantnych, przez korzenne, aż po słodkie nuty łagodnej wanilii. Jeszcze tego dnia wszystko miało trafić na stoły – dobrze podane, pachnące, kuszące swym widokiem.
Anna dwoiła się i troiła, kiedy w jej uchu słuchawka zabrzęczała jak pszczoła.
– Tak?… Oczywiście, było z rzodkiewką. Anchois też, tak jak w zamówieniu. Racuchy z… pistacjonów? – Anna zmrużyła oczy. – A co to?! – Wydawała się coraz bardziej zdziwiona. – Papisony? Może patisony?… – dopytywała, manewrując między rondlami. – Dobrze, rozumiem. Nie, tego nie było w ofercie. Ale wszystko według zamówienia będzie dzisiaj na szesnastą. Osobiście dowiozę. Do widzenia!
Wyłączyła telefon i wróciła do czarów nad patelniami. I nie wydarzyłoby się nic niezwykłego, gdyby zapachy z jej kuchni zatrzymały się na jej piętrze. Ale zapachy z jej kuchni miały inny plan. Wpełzały po schodach, rozlewały się po korytarzach i klatce schodowej, wspinały do góry – aż dotarły do mieszkania pani Wandy, emerytowanej dziennikarki śledczej.
Wanda właśnie czytała książkę, kiedy jej nozdrza wyczuły coś niepokojącego. Skrzydełka dziennikarskiego nosa zaczęły rozszerzać się i zwężać jak precyzyjny instrument. Fafik, jej pies, zerknął znad posłania – z pyska zwisał mu coraz dłuższy świecący stalaktyt śliny. Dowód poszlakowy zamienił się w dowód rzeczowy. W ułamku sekundy poczucie spokoju i harmonii emerytowanej dziennikarki „Wieczoru Wrocławia” zostało zdewastowane.
– Znowu pichci! Przecież tu się nie da żyć! – Oburzenie Wandy wstało razem z nią z fotela. Ruszyła za tropem!
Chwilę później pukała energicznie do drzwi Anny. Raz, drugi i… Drzwi otworzyły się szybko. W progu stała Anna: biały fartuch jak flaga rozejmu, policzki rozgrzane niemal do temperatury racuszków.
– Dzień dobry. Ja nie mogę tak żyć! – zaczęła histerycznie Wanda, wznosząc oczy ku niebu, jakby prosiła o Boską interwencję.
– To znaczy jak, pani Wando? – Anna naprawdę chciała zrozumieć.
– W takim smrodzie, rzecz jasna. W takim smrodzie! Codziennie pani coś smaży, pichci, gotuje. Cała kamienica tym pachnie. Jak można tak… smrodzić?! To nie jest publiczna jadłodajnia! Tu się po prostu nie da żyć!
– Już niedługo… To tylko racuszki.
– To znaczy kiedy?
– Nawet wiem dokładnie, już policzyłam. – Uśmiechnęła się Ania półżartem. – Będzie mnie stać na osobny lokal z filtrami zapachowymi, kiedy usmażę siedemdziesiąt dwa tysiące małych racuchów albo przygotuję sześćdziesiąt cztery tysiące tartinek z kawiorem. Kawior musi być z przemytu. Pani wybaczy, mam na gazie coś… bardzo pachnącego.
Anna uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami. Oburzona i fucząca Wanda ruszyła po schodach. Na półpiętrze minęła panią Alę, emerytowaną baletnicę.
– Ala, a tobie to nie przeszkadza? – zaczęła bez wstępów Wanda.
– Co ma mi przeszkadzać?
– Ten zapach! Penetrancki w dodatku!
– Jeśli o zapachy chodzi, wprowadziłabym raczej zakaz trzymania w kamienicy kotów. Koty są najgorsze!
– Koty? A nie te wyziewy z kuchni pani Ani?!
– Najlepiej wszystkich futrzaków!
Wanda zmrużyła oczy jak prawdziwy kot. Spojrzała na Alę z wyrzutem, który mógłby przeciąć gruby sznurek. Ala dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powiedziała coś bardzo niestosownego do właścicielki Fafika. Ale było już za późno.
– No wiesz co! – syknęła Wanda i z miną urażonej kociej księżniczki ruszyła do swego mieszkania. Do końca dnia obie panie miały o czym myśleć: jedna o filtrach, druga o futrzakach.
