Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czy to możliwe, by troje dzieci pracowało w tajnym ministerstwie? Tak – jeśli uda im się sprawić, by znów zaczęło działać… Pierwszy tom bestsellerowej niderlandzkiej serii przygodowej.
Od stuleci Ministerstwa Rozwiązań na całym świecie rozwiązywały większe i mniejsze problemy obywateli. Działały w ścisłej tajemnicy, zrzeszone w Międzynarodowym Bractwie do spraw Rozwiązań. Tylko pod tym warunkiem ich misja mogła się powieść.
Gdy holenderskie Ministerstwo złamało procedury tajności, musiało zostać zlikwidowane.
A teraz, po latach, trójka dzieciaków wpada na jego trop – i odkrywa, że nie wszystko jeszcze stracone.
Czy Nina, Alfa i Ruben zdołają podjąć misję Ministerstwa? Czy będą umieli pomagać innym w sekrecie i nikomu o tym nie mówić? A przede wszystkim – czy zdołają przekonać Bractwo, że można im zaufać?
„Ministerstwo Rozwiązań” wciąga, zaskakuje i pokazuje, że dociekliwość, empatia i przygoda mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. I że najważniejsze misje czekają na nas bliżej, niż nam się wydaje. W Holandii seria cieszy się ogromną popularnością – pierwszy tom sprzedano w łącznym nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 146
Dla Minte
Nina jeszcze nigdy niczego nie ukradła, a już na pewno nie swojemu tacie. Ale teraz nie miała wyjścia. Jego torba stała koło kanapy, otwarta. Nina widziała skrawek listu. Telewizor był włączony i kątem oka dostrzegła, jak prezenterka wiadomości w różowej sukience tańczy przed jury, lecz niespecjalnie ją to obchodziło. Wierciła palcami u stóp w swoich nieco za dużych czerwonych kaloszach i wpatrywała się w torbę. Wiedziała, że będzie musiała przeczytać list. No ale kto okrada własnego ojca?
Tata Niny – wysoki i czarnobrody – przyniósł list po południu. Właściwie nic w tym dziwnego, w końcu był listonoszem. Czasem jakiegoś listu nie dało się dostarczyć i musiał wrócić na pocztę. Bo adres nie istniał albo mieszkał pod nim ktoś inny. Tata zawsze bardzo się starał, żeby mimo wszystko zanieść przesyłkę tam, gdzie trzeba. Pewnego razu przez cały ranek obdzwaniał wszystkie cukiernie w mieście, ponieważ miał list do „sympatycznego cukiernika z dziurką w uchu”. Znalazł go po szesnastu próbach: piekł napoleonki przy Młyńskiej. Nosił kolczyk i według szefa był bardzo zabawny. Tata Niny zawsze próbował pomagać innym – taka zresztą była cała rodzina Zoutów.
Dzisiaj do jego torby wpadł list do Ministerstwa Rozwiązań. Tak było napisane na kopercie. „Do Ministerstwa Rozwiązań”. Nic więcej.
– I co ja mam z tym począć? – zapytał tata i cisnął list na stół.
– Co to znaczy „ministerstwo”? – chciała wiedzieć Nina, która właśnie odrabiała pracę domową. Miała wykuć na pamięć nazwy wszystkich państw Europy. Popatrzyła na kopertę, a potem na Słowację, która – jak się okazało – leżała między Polską a Węgrami.
– To część rządu – odpowiedział tata.
– Przecież możesz poszukać tego adresu.
– Nie, Ministerstwo Rozwiązań nie istnieje. To bardzo dziwne. – Tata pociągnął się za brodę; zawsze tak robił, kiedy musiał się zastanowić nad czymś skomplikowanym.
Nina wzięła list do ręki i pociągnęła się za kucyk; zawsze tak robiła, kiedy musiała się zastanowić nad czymś skomplikowanym. Koperta była biała i nieco pomięta. W jednym miejscu deszcz odrobinę rozmył litery. Trzymając kopertę w górze, pod światło, dziewczynka zobaczyła złożoną kartkę. Z tyłu koperty, na górze, napisano drobnym, ciągłym pismem: „Ruben”.
– Zaniosę go jutro na pocztę – oznajmił tata. – Może to znowu te wstrętne łobuzy.
Od miesięcy nękały go dzieci, które robiły mu nieprzyjemne psikusy. Kiedyś nalały mu wody do torby, gdy na chwilę oparł ją o drzewo. Rozsypały też małe, białe pinezki na ścieżce w lesie, którą codziennie jeździł na rowerze. Raz nawet spytał Niny, czy to czasem nie jej sprawka, ale właściwie wiedział, że to nie w jej stylu. Nina pomalowałaby leśną ścieżkę albo obwiesiłaby drzewa portretami leśnych potworów. Nie rozsypywałaby pinezek.
– A co z nim zrobią na poczcie w sortowni? – Nina nadal trzymała list w rękach. A jeśli to nie jest żart? „Ministerstwo Rozwiązań” brzmiało bardzo intrygująco.
– Odeślą go do osoby, która go napisała. Został nadany tutaj, w naszym mieście.
– Ale tam jest tylko napisane „Ruben”!
– No cóż, w takim razie wyślą go może do innego ministerstwa w Hadze – odpowiedział tata Niny. – Jest ich bardzo dużo. – Wyjął córce list z rąk i wsunął go do torby.
– Do jakiego ministerstwa? – dopytywała Nina.
Tata wzruszył ramionami.
– Skąd mam wiedzieć? Może do Ministerstwa Zdrowia? Albo Gospodarki?
– Ale wtedy może nie trafić do odpowiedniej osoby! – Nina zerwała się z krzesła i wdrapała na stół. Jej kalosze uderzyły o drewniany blat. Miała ich cztery pary: czerwone, niebieskie, żółte i w kwiatki. Nigdy nie nosiła innego obuwia. Uważała, że są najlepsze. Mogły się pobrudzić i zamoczyć, można było je zrzucić z nóg jednym wierzgnięciem i pasowały do wszystkiego. Kiedy stała na stole, dorównywała wzrostem tacie. – Przecież rodzina Zoutów zawsze stara się pomóc! – zawołała. – Przypomnij sobie historię dziadka Leona!
Kiedy dziadek Leo miał sześć lat, ciężko zachorował. Kasłał i przez długie tygodnie prawie nic nie jadł. Jego rodzice byli zrozpaczeni. Odwiedzili ich już wszyscy lekarze z miasta, lecz żaden nie wiedział, co dolega pacjentowi. Leo coraz bardziej gorączkował, a w końcu przestał wstawać z łóżka. Pewnego dnia do ich drzwi zadzwonił wysoki mężczyzna z blizną na policzku i flamandzkim akcentem. Przedstawił się jako doktor Verwaert, wyjaśnił, że akurat był w okolicy i dowiedział się o chorym chłopcu pod numerem siódmym. Zbadał Leona, pobrał mu krew i sobie poszedł. Wieczorem ponownie się zjawił z darmowym opakowaniem tabletek, po czym nikt go już więcej nie zobaczył. Po dwóch dniach łykania pigułek chłopcu spadła gorączka i całkiem wyzdrowiał. Dorósł, ożenił się z babcią, urodziło mu się sześcioro dzieci i został dziadkiem Niny. Dzieci dziadka oraz ich dzieci wiedziały, że może by nie przeżył, gdyby nie pomoc tego dziwnego lekarza. Dlatego też zawsze starały się pomagać. Tak je wychowano.
– Z chęcią bym pomógł – westchnął tata Niny – ale list bez adresu muszę zwrócić na pocztę.
– Nie możesz go zatrzymać? – Nina znała odpowiedź, zanim tata zdążył potrząsnąć gęstą brodą.
Wielokrotnie powtarzał, że listonosze, którzy potajemnie zatrzymywali listy, byli zwalniani. Już zgubienie listu stanowiło problem. Kradzież była niedopuszczalna.
A teraz torba stała koło kanapy i kryła w sobie list do ministerstwa, które według taty nie istniało. Mama Niny była w pracy. Opiekowała się rodzącymi kobietami i bywała poza domem w najdziwniejszych porach. Tata Niny poszedł do ubikacji. Przesiadywał tam godzinami, więc nie zauważy, jeśli Nina weźmie list. Nic prostszego – gdyby tylko umiała pozbyć się dręczącego poczucia, że jest podstępną złodziejką.
– Ministerstwo Rozwiązań – wyszeptała do tańczącej prezenterki w telewizji. – Ale rozwiązań czego? Czy ten Ruben opisał jakiś problem? I kim on w ogóle jest? Starszym panem? A może też ma jedenaście lat?
Z nerwów kłuło ją w brzuchu za każdym razem, kiedy spoglądała na torbę, zupełnie tak jak w dzień przed urodzinami. Już kwadrans temu powinna pójść spać, lecz za każdym razem, gdy zamierzała to zrobić, dopadała ją myśl o tym, co może być w liście. I za każdym razem, gdy już go prawie miała w ręku, siadała z powrotem na kanapie.
Bo nie można kraść listów.
Nie można kraść listów tacie.
A w szczególności nie można kraść listów tacie, jeśli przez to mogą go zwolnić z pracy.
Przypuszczała, że znowu zrobi akcję w stylu Niny. Tak to nazywała mama. Czasem mówiła też: „Moją córkę wiecznie gdzieś nosi!”. Wcześniej Nina myślała, że rzeczywiście tak jest. Zastanawiała się, kto właściwie ją nosi i kiedy. Z wiekiem zrozumiała, że tak się po prostu mówi. Nina tryskała energią i uwielbiała przygody. Kiedy miała siedem lat, z drewna i pluszaków zbudowała w ogrodzie chatkę, w której każdego wieczoru przez godzinę gotowała zupę z błota. W wieku ośmiu lat wspinała się na drzewa w parku za rogiem: w każdy kolejny weekend na coraz wyższe. Kiedy miała dziewięć lat, co pół roku przemeblowywała swój pokój i malowała meble farbkami wodnymi. Teraz miała lat jedenaście i planowała kradzież bardzo intrygującego listu.
Nina wzięła głęboki oddech.
– Wyobraź sobie, że ten list pójdzie do Hagi, do Ministerstwa Dróg albo Zdrowia – powiedziała cicho do prezenterki na ekranie, która teraz, spocona, stała przed jury. – Wówczas trafi na stos listów od ludzi, którzy skarżą się na drogi albo szpitale. I nawet jeśli po roku przeczyta go jakiś znudzony minister, to będzie za późno na rozwiązanie problemu. Czegokolwiek by on dotyczył. Albo wyobraź sobie, że list zawieruszy się w sortowni wśród korespondencji do sympatycznych cukierników z dziurką w uchu. Wtedy nikt go nigdy nie przeczyta!
Zawahała się.
– Pamiętaj o historii dziadka – wyszeptała do siebie. Pociągnęła się jeszcze raz za kucyk i nagle wpadła na pomysł, co zrobić. Tylko przeczyta list. Przeczyta, wsunie z powrotem do koperty i ją zaklei. Wtedy go nie ukradnie, tylko pożyczy! Uśmiechnęła się i wreszcie wstała z kanapy.
– Tato?
– Jestem w ubikacji – rozległ się głos z głębi domu.
Nina schyliła się i wyciągnęła list z torby.
– Dobranoc!
– Dobranoc! – odpowiedział tata.
Przeskakując co drugi stopień, Nina popędziła po schodach na górę.
Pokój Niny był podzielony na dwie części: pustą i pełną – pośrodku znajdowało się łóżko. Przy jednej ścianie stały ściśnięte krzesło, biurko i ława. Druga połowa pokoju była wolna. Przemeblowała go ostatnio w ten sposób po to, żeby podczas deszczu mogła skakać w domu na skakance. Siedząc na brzegu łóżka, skopała z nóg kalosze i przysłuchiwała się, jak wali jej serce. Miała go – list leżał obok niej na materacu. W szufladzie biurka znalazła nożyczki. Zasunęła zasłony i usiadła na podłodze, opierając się o drzwi, żeby nikt nie mógł niespodziewanie wejść do pokoju. Czy ma po prostu rozciąć kopertę, a potem na nowo zakleić? Nie, to będzie brzydko wyglądało, najlepiej ją rozkleić. Otworzyła nożyczki i wsunęła ostry czubek w róg. Drugą ręką otarła z czoła kropelkę potu. Bardzo delikatnie wepchnęła czubek nożyczek głębiej i klej troszkę puścił. Serce Niny nie przestało walić, do tego zaschło jej w ustach. Jeszcze kawałeczek. I kolejny. Kiedy klapka całkiem się odlepiła, Nina odłożyła na bok nożyczki i odetchnęła. Otworzyła kopertę, wyciągnęła z niej kartkę i natychmiast zauważyła odręczne pismo. Na korytarzu za sobą usłyszała ciężkie kroki. Wstała prędko, schowała list pod koszulkę i usiadła na łóżku. Do pokoju zapukał tata.
– Szykujesz się do spania? – Popchnął lekko drzwi i wetknął do środka głowę. – Już późno, a ty nawet jeszcze nie założyłaś piżamy.
Nina się uśmiechnęła.
– Masz rację, przepraszam.
– Jutro szkoła.
– Przecież wiem! – Nina jak zwykle przewróciła oczami, żeby zaznaczyć, że szkoła jest głupia. Tym razem zrobiła tak tylko po to, żeby tata szybciej sobie poszedł i nie nabrał podejrzeń.
– Dobranoc! – powiedział i zamknął za sobą drzwi.
Nina wsunęła list pod kołdrę, szybko włożyła piżamę i zgasiła światło. Wciągnęła na łóżko stojącą obok niego lampkę, postawiła ją na materacu i nakryła głowę. Rozłożyła list i zaczęła czytać.
Szanowne Ministerstwo Rozwiązań,
jestem Ruben. Mam dziewięć lat, dwa miesiące i pewien problem. W mojej klasie jest dziewczynka o imieniu Sophia, która wszystko psuje. Wyśmiewa się ze mnie, bo jestem dość niski i chudy i przeskoczyłem jedną klasę. Twierdzi, że emanuję negatywną energią i mam złą aurę. Aura to taka kolorowa otoczka wokół mojej głowy, którą widzi tylko Sophia, i wszyscy jej wierzą, i teraz wołają na mnie w klasie „Szkieletor w pinglach ze złą aurą”. Prawdę mówiąc, ona dokucza bardzo wielu osobom, w młodszej klasie też, i poza szkołą. Jest megazłośliwa, ale prawie nikt nie zdaje sobie z tego sprawy, bo wydaje się bardzo miła i nasza pani ją uwielbia. W sobotę wyprawia dziesiąte urodziny. Zaprosiła całą klasę oprócz mnie, bo według niej zepsuję atmosferę moją aurą. A wszyscy ciągle rozmawiają o tym, jaki prezent jej kupią i w co się ubiorą, i śmieją się na mój widok.
Sąsiadka opowiedziała mi o Ministerstwie Rozwiązań. Wcześniej w nim pracowała, ale teraz już nie, bo jest bardzo stara. Nie udało mi się wysłać Wam mejla; cały czas dostawałem powiadomienie o błędnym adresie, dlatego piszę papierowy list. Mam nadzieję, że go przeczytacie i znajdziecie rozwiązanie.
Z poważaniem
Ruben Tannema
ul. Portowa 22
„Rety, jakie to przykre!” – pomyślała Nina. Przyjęcie urodzinowe, na które zostali zaproszeni wszyscy oprócz jednej osoby. Co za wstrętna klasa! I strasznie dziwne, że według taty nie ma Ministerstwa Rozwiązań, a sąsiadka nadawcy twierdziła, że tam pracowała. Dziewczynka ponownie przestudiowała list. I znowu. Za każdym razem, kiedy czytała, że Sophia wyśmiewa się z Rubena, ogarniała ją coraz większa złość. Pismo chłopca było staranne, tak jak jej, kiedy w szkole musiała coś napisać, łącząc litery – z wysokim „L” i ozdobnym „R”.
Ściągnęła kołdrę z głowy, bo zrobiło się jej duszno, włożyła list pod materac, odstawiła lampkę na podłogę i ją wyłączyła. Odwróciła się na plecy i wpatrzyła w sufit. Słowa nadal tańczyły jej przed oczami. Złośliwe dzieci, kolorowa otoczka wokół głowy, stara sąsiadka. Ninie na szczęście nikt nigdy nie dokuczał. Czasem ktoś wołał na nią „pączuś”, bo była okrąglutka i pyzata. „Okaz zdrowia” – mówiła o niej mama. Miała najlepszą przyjaciółkę Alfę i znała mnóstwo innych dzieci, z którymi mogła pograć w piłkę i pogadać. Czy naprawdę nikt nie lubi Rubena? Wydał się jej całkiem sympatyczny. Na pewno nie miał złej aureoli, czy czegoś tam. A Sophia była zwykłą jędzą.
Czuła list pod materacem. Następnego dnia położy go pod stertą gazet na stole, żeby tata się nie zorientował. A może najpierw pokaże go Alfie i potem odłoży na miejsce?
Z zamkniętymi oczami myślała o Rubenie: drobnym, chudym chłopcu w okularach, mieszkającym gdzieś w tym mieście. Zrobiło się jej go szkoda, miał dopiero dziewięć lat. Opisał swój problem i wysłał list, ale Ministerstwo Rozwiązań nie istniało, więc nikt mu nie pomoże! Zupełnie nikt. I nagle, tuż przed zaśnięciem, Nina pomyślała: „Oczywiście, że pomoże – ja mu pomogę!”.
Dalszy ciąg tekstu w pełnej wersji książki.
Tytuł oryginału: Het ministerie van oplossingen
Translated from the Dutch language
© 2016, Uitgeverij Unieboek | Het Spectrum bv. For the original edition.
Text copyright: © Sanne Rooseboom
Illustrations copyright: © Mark Janssen
www.unieboekspectrum.nl
Copyright © for the Polish translation by Iwona Mączka, 2025
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Dwie Siostry, 2025
Książka wydana dzięki wsparciu finansowemu Dutch Foundation for Literature.
ISBN 978-83-8150-761-5
wydanie I
wydawnictwodwiesiostry.pl
redakcja: Anna Mirkowska
korekta: Magdalena Matyja-Pietrzyk, Olga Godlewska
opracowanie wersji elektronicznej:
Ta książka jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw, jakie im przysługują.
Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym.
Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty. Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Wydawnictwo Dwie Siostry sp. z o.o.
ul. Stefana Jaracza 2
00-378 Warszawa
Biblioteki, szkoły, przedszkola, księgarnie i inne instytucje zainteresowane ofertą specjalną zachęcamy do kontaktu z działem handlowym ([email protected], +48 577 888 278).
