Miłość nam wszystko utrudni - Kat Cantrell - ebook
Opis

Leo spędza w firmie dni i noce. Potrzebuje żony, która prowadziłaby mu dom, organizowała przyjęcia, przy tym zaakceptowała jego pracoholizm. Taką kobietę wybrał dla niego program komputerowy. Dannie nie szuka miłości, pragnie stabilizacji i zabezpieczenia finansowego. Ale od pierwszej chwili oboje mają ochotę rzucić się sobie w ramiona...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kat Cantrell

Miłość nam wszystko utrudni

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Leo Reynolds najchętniej poślubiłby swoją asystentkę. Niestety pani Gordon była mężatką, w dodatku dwukrotnie od niego starszą. A inne kobiety… cóż, zwijały żagle, kiedy odkrywały, że pracuje sto godzin tygodniowo. Samotność to cena, jaką płacił za sukces Reynolds Capital.

– Ratujesz mi życie. – Uśmiechając się z wdzięcznością, podpisał list, którego sam nie zdołał wydrukować, bo jego komputer odmówił współpracy z drukarką, a który za niecałą godzinę powinien trafić do Garrett Engineering na drugim końcu Dallas.

– Bez przesady. – Pani Gordon spojrzała na zegarek. – Szefie, jest piątek. Zaproś Jennę do klubu albo restauracji, a ja dostarczę te papiery Garrettowi.

– Jenna to historia. Spotyka się z innym – odparł.

Miał nadzieję, że w nowym związku będzie szczęśliwa. Zasługiwała na mężczyznę, który będzie poświęcał jej czas i uwagę. On nie zdołałby zaspokoić jej potrzeb.

Pani Gordon skrzyżowała ręce na piersi.

– To z kim pójdziesz na otwarcie muzeum?

Leo jęknął. Całkiem o tym zapomniał, ale iść musiał. Nowe muzeum dla dzieci nosiło jego imię, ponieważ to on przekazał pieniądze na jego budowę.

– Jesteś wolna w sobotę?

Asystentka wybuchnęła śmiechem, jakby usłyszała dobry żart.

– Uważaj, bo jeszcze się zgodzę. – Poważniejąc zaś, dodała: – Rozejrzyj się. Wokół kręci się mnóstwo kobiet.

To prawda. I wszystkie chętnie by się z nim umówiły, a potem byłyby rozczarowane, że woli pracę.

– Nienawidzę randek – mruknął. Zabierały zbyt dużo czasu i energii.

– To dlatego, że za rzadko na nie chodzisz.

– Rozmawiałaś z moją matką?

– Parę dni temu byłyśmy na lunchu. Prosiła, żeby cię pozdrowić.

No tak, powinien zadzwonić do matki. I chodzić na randki. Problem polegał na tym, że nie tylko nienawidził randek, ale nie znosił również sprawiania zawodu kobietom. Z drugiej strony lubił damskie towarzystwo, nie gardził też seksem. Gdyby mógł mieć idealną kobietę, która pozwalałaby mu skupić się na pracy! Ech…

– Późno już – rzekł, usiłując zmienić temat. – Wracaj do domu, a ja zawiozę list.

W liście oficjalnie potwierdzał chęć przystąpienia do współpracy z Garrett Engineering. Właściciel GE, Tommy Garrett, wpadł na rewolucyjny pomysł pozwalający na znaczne zmniejszenie zużycia paliwa w samochodach, brakowało mu jedynie pieniędzy na rozpoczęcie produkcji. Współpraca byłaby obustronnie korzystna.

– Jak sobie życzysz – oznajmiła pani Gordon. – Dziś rano napełniłam bak w twoim aucie. Mógłbyś czasem sprawdzać, czy nie jedziesz na rezerwie.

– Dzięki. Co ja bym bez ciebie zrobił? – Leo ruszył za asystentką do jej pokoju. – Jeszcze jedno. Chciałbym wydać przyjęcie na cześć Garretta. Mogłabyś je zaplanować?

– Nie, kochany, to zajęcie dla narzeczonej lub żony. – Pani Gordon zacisnęła usta, jakby chciała coś dodać, lecz bała się go urazić.

– Słusznie, takie rzeczy nie wchodzą w zakres twoich obowiązków – przyznał.

Pani Gordon zajmowała się tysiącem spraw, które nie należały do obowiązków asystentki. Umawiała go do fryzjera, kupowała prezenty na urodziny jego matki, ale tym razem chyba przesadził.

– Fakt. Istnieje inne rozwiązanie…

– Masz na myśli organizatorkę przyjęć? – Nie był to głupi pomysł. Wprawdzie nadal potrzebowałby kogoś, kto by mu towarzyszył na otwarciu muzeum, ale…

– Narzeczoną. Przyjaciółkę. A najlepiej żonę. Potrzebujesz kogoś na stałe, kto by sprawdzał, czy masz dość benzyny, ładnie się uśmiechał do Garretta, grzał cię w nocy…

Zamyślił się. Gdyby dało się wynająć żonę… Ale jak? Gdzie? Nie miał ochoty umawiać się bez końca z kobietami, aż wreszcie trafi na taką, która mu się spodoba i nie będzie narzekała na jego ciągłą nieobecność w domu. Przyjaciółka może odejść z dnia na dzień, ale nie żona. Żona to gwarancja stałości.

Miałby kogoś, kto wypełniłby pustkę, która czasem mu doskwierała, kogoś, na kim mógłby polegać, kto niczego by nie udawał i nie żywił urazy, że on sto procent czasu poświęca firmie. Od początku reguły byłyby jasno określone, oboje wiedzieliby, na co mogą liczyć: na spokój, stabilizację, poczucie bezpieczeństwa.

Wszystko albo nic – taki miał charakter. Jeśli się czemuś poświęcał, to całkowicie. Nie zadowolił się pierwszym milionem na koncie. Nie zadowolił pierwszą ośmiocyfrową sumą. Zyski przeznaczał na kolejne inwestycje. I starał się nie popełniać tych samych błędów co ojciec.

Miłość czy sukces… Na obie rzeczy nie było miejsca w jego życiu. Dzięki ciężkiej pracy porzucił ubogą dzielnicę, w której się urodził. Bez przerwy szedł do przodu.

Gdyby miał wyrozumiałą żonę, jego praca i życie osobiste nie musiałyby się zazębiać. A on nigdy więcej nie musiałby umawiać się na durne randki, toczyć banalnych rozmów i mieć wyrzutów sumienia, że nie sprawdza się w roli partnera.

Włożył marynarkę i zawiózł list do siedziby GE. Na razie firma zajmowała nieduże pomieszczenie na obrzeżach Dallas, ale wiedział, że to się zmieni, kiedy GE wejdzie na giełdę. Potencjalnych inwestorów na pewno było wielu, lecz Leo się nie zrażał. Wierzył, że przekona do siebie Garretta, stąd pomysł przyjęcia. Żona zajmie się logistyką, a on rozmową z gościem honorowym, któremu wyjaśni, na czym polega przewaga Reynolds Capital nad innymi inwestorami. Termin składania ofert upływał za kilka tygodni. Do tego czasu powinien znaleźć żonę.

Wróciwszy do biura, włączył komputer. Na pytanie, gdzie szukać żony, po kwadransie miał odpowiedź. Na portalu randkowym albo lepiej: w biurze matrymonialnym.

Tak, to niegłupie. Zawsze sądził, że kiedyś się ożeni. Kiedy? Gdy nie będzie musiał całej energii poświęcać pracy. Ale czas mijał, on skończył trzydzieści pięć lat, a firma nadal pochłaniała go od rana do nocy.

Popatrzył na logo biura matrymonialnego, EA International. Strona internetowa była gustowna, w spokojnych beżach, fachowo zaprojektowana. Dyskrecja zapewniona, zwrot pieniędzy w razie niezadowolenia klienta. Motto: Zdaj się na nas, znajdziemy twój ideał.

Biuro przeprowadzało rozmowy z kandydatkami, sprawdzało ich przeszłość, wyłuskiwało tę najbardziej odpowiednią. Miłości Leo nie mógł nikomu zaoferować, ale w przeciwieństwie do ojca mógł zapewnić rodzinie komfortowe życie.

Pomysł był genialny. Żona z góry będzie znała jego wymagania. Tym sposobem nigdy jej nie zawiedzie.

Daniella White od dziecka marzyła o bajkowym weselu. Jako mała dziewczynka pisała kredkami zaproszenia na uroczystość ślubną i owinięta w prześcieradło udawała pannę młodą. Panem młodym był jej ukochany zmechacony miś. Wyobrażała sobie, że kiedyś ubrana w śliczną suknię z delikatnej koronki i srebrne szpilki wypowie sakramentalne „tak”. Wyobrażała sobie piękne zaproszenia i trzypiętrowy tort ozdobiony kwiatami, a także przystojnego młodego człowieka, który z czułym uśmiechem czeka na nią przy ołtarzu. Wieczorem ona i jej ukochany wyruszają w podróż na cudowną egzotyczną wyspę. Ich małżeństwo trwa aż po grób, a namiętność nigdy nie wygasa.

Ale marzenia to jedno, a rzeczywistość to drugie. Za kilka minut, w domu właścicielki EA International, w obecności zaledwie kilku osób, Dannie miała poślubić mężczyznę, którego dotąd nie widziała.

– I jak? – Uśmiechając się w lustrze do matki, poprawiła rękaw. Wolałaby brać ślub w czymś bardziej strojnym od gładkiej beżowej sukienki.

Program komputerowy dobrał ją w parę z niejakim Leem Reynoldsem, który szukał na żonę osoby eleganckiej i kulturalnej. Dannie spędziła ostatni miesiąc w domu Elise Arundel, właścicielki EA International, która zajęła się jej edukacją.

– Wyglądasz ślicznie – wycharczała matka Dannie. Przyciskając dłoń do piersi, zaniosła się kaszlem. – Jestem z ciebie dumna.

Dumna? Ja tylko odpowiedziałam na ogłoszenie, pomyślała Dannie. Podskoczyła nerwowo, słysząc ostre pukanie. Do pokoju weszła Elise.

– Och, skarbie! – zawołała z zachwytem. – Prezentujesz się doskonale.

– Dzięki tobie.

– Nie, to ty wybrałaś suknię. Masz fantastyczne wyczucie stylu.

– Za to na makijażu zupełnie się nie znam.

Elise powiodła krytycznym wzrokiem po twarzy swojej podopiecznej.

– Jest znakomicie. Leo będzie pod wrażeniem.

Dannie poczuła, jak serce jej łomocze. Z lustra patrzyła na nią obca osoba, która miała ten sam kolor włosów co ona i takie same oczy. Poza tym były całkiem inne. Czy Leowi spodoba się ta dumnie wyprostowana, przerażona kobieta w beżowej sukience, z włosami upiętymi w kok? A jeśli nie lubi brunetek?

Przestań, skarciła się w duchu. Przecież widział jej zdjęcie. Dwukrotnie też rozmawiali przez telefon; omówili kilka istotnych spraw, między innymi ustalili, że dadzą sobie czas na dotarcie się, a także, że żadne z nich nie ma nic przeciwko temu, aby kiedyś w przyszłości powiększyć rodzinę. Skoro wszystko było jasne, dlaczego się denerwowała?

Matka pogładziła ją po głowie.

– Już wkrótce zostaniesz panią Reynolds i spełnią się twoje marzenia. Będziesz miała to, czego ja nie miałam: poczucie bezpieczeństwa i męża, który cię nie opuści.

Matką ponownie wstrząsnął kaszel. Chorowała na idiopatyczne włóknienie płuc. Dannie zdecydowała się na ślub, żeby ją ratować.

Matka miała rację. Dannie od najmłodszych lat marzyła o tym, by wyjść za mąż i urodzić dzieci. Ona i Leo byli kompatybilni. Małżeństwo oparte na zgodności dążeń i charakterów będzie trwałe. Może z czasem staną się sobie bliscy? Może się zakochają?

Elise otworzyła szerzej drzwi.

– Leo czeka przy kominku. A oto twój bukiet. Taki jak prosiłaś: prosty i gustowny, z róż i orchidei.

Dannie łzy zakręciły się w oczach.

Wciąż nie mogła uwierzyć, że zgłosiła się do EA International. Zaryzykowała, bo była zdesperowana. Matka potrzebowała drogiego leczenia, na które nie było ich stać. Dannie robiła wszystko: woziła ją do lekarzy, gotowała, sprzątała. Niestety pracodawcy krzywili się, kiedy ciągle brała wolne. Straciła jedną pracę, drugą, trzecią. W bibliotecznym komputerze szukała zajęcia, które mogłaby wykonywać w domu, albo pracy w nienormowanych godzinach. Zamierzała się poddać, kiedy nagle zauważyła reklamę. „Czy kiedykolwiek marzyłaś o innej karierze?” – przeczytała. Obok widniało zdjęcie panny młodej. Kliknęła.

EA International zachęcało kobiety o zdolnościach organizacyjnych, pragnące się dalej kształcić, aby umiejętnie kierować życiem swojego mężczyzny, żeby zgłaszały się na kurs doskonalenia.

Dannie zdolności organizacyjne miała – musiała mieć, by non stop zajmować się chorą matką. Wysłała zgłoszenie i przeżyła szok, kiedy do niej zatelefonowano.

Elise wzięła ją pod swoje skrzydła, uczyła ogłady, szlifowała, a potem znalazła dla niej mężczyznę, który szukał eleganckiej, dobrze ułożonej kobiety. W zamian za prowadzenie domu i urządzanie przyjęć Dannie miałaby pieniądze, aby zapewnić matce najlepszą opiekę medyczną pod słońcem. Uznała, że transakcja jej się opłaca.

– Stworzycie doskonały związek – rzekła Elise. – Jesteście idealnie dopasowani.

Dannie przebiegł po plecach dreszcz. Chciała, by małżeństwo spełniło jej oczekiwania. Czy mąż będzie pociągał ją fizycznie? A jeśli nie? Czy wtedy będą żyć platonicznie? Może szkoda, że nie nalegała na spotkanie twarzą w twarz. Teraz to bez znaczenia. Zresztą pociąg fizyczny nie był aż tak istotny. Podejrzewała, że prędzej czy później między nią a mężem nawiąże się nić sympatii.

Wciągnęła w nozdrza słodki zapach róż.

– Mamy podobne cele. Myślę, że będziemy razem bardzo szczęśliwi.

Leo miał mnóstwo pieniędzy. Wolałaby, by miał o połowę mniej. Onieśmielała ją tak wielka fortuna. Ale Elise powtarzała jej, by się nie denerwowała. Zajmie ważne miejsce w życiu Lea, może kiedyś urodzi dzieci. Bez wątpienia nie będzie siedziała z założonymi rękami.

– Na pewno. – Właścicielka biura poprawiła Dannie naszyjnik, złote serduszko na łańcuszku, które jej podarowała, gdy ta zgodziła się wyjść za Lea. – Mój program komputerowy nigdy się nie myli.

– Małżeństwa oparte na kompatybilności, a nie szalonym uczuciu, są najlepsze – wtrąciła matka. – Najtrwalsze.

Dannie skinęła głową. Przypomniała sobie Roba. Była w nim zakochana bez pamięci i czym to się skończyło? Złamanym sercem. Po ich rozstaniu obiecała sobie, że się zmieni, tak by już żaden mężczyzna nie narzekał na jej obcesowość i upór.

– To prawda – przyznała. – Poczucie bezpieczeństwa, spokój i przyjaźń. Czego więcej można chcieć?

Tylko w bajkach oraz komediach romantycznych bohaterowie zakochiwali się w sobie, po czym żyli długo i szczęśliwie. Biorąc głęboki oddech, Dannie opuściła pokój, w którym mieszkała podczas kilkutygodniowej transformacji, i ruszyła ku swemu przeznaczeniu. Oby się z mężem polubili. Jeśli sympatia przerodzi się w coś więcej, tym lepiej.

Przystanąwszy u góry schodów, popatrzyła na dół. W jednej części salonu stał fotograf, w drugiej, przy udekorowanym kwiatami kominku, siwy pastor, a po jego prawej ręce Leo Reynolds.

Napotkał jej spojrzenie. Na żywo był jeszcze przystojniejszy niż na fotografii. Nie potrafiła oderwać od niego oczu. Proste ciemne włosy, klasyczne rysy twarzy, szyty na miarę garnitur okrywający umięśnione ciało… Hm, bardziej Ashley niż Rhett, pomyślała. I dobrze, skoro ona usiłowała wyplenić z siebie cechy Scarlett.

Nie dość, że był bardzo przystojny, to sprawiał wrażenie dobrego człowieka, takiego, który pomógłby zanieść starszej pani zakupy do domu. Dannie prychnęła w duchu. Nie wierzyła, aby Leo kiedykolwiek przekroczył próg sklepu spożywczego. Nie miał czasu na takie rzeczy; gdyby miał, nie potrzebowałby żony.

Ciekawe, dlaczego ktoś tak bogaty i seksowny zgłasza się do agencji matrymonialnej? Leo Reynolds powinien nie móc się opędzić od pięknych kobiet.

Z wyuczoną wprawą – ileż to razy ćwiczyła schodzenie na dziesięciocentymetrowych obcasach! – Dannie zeszła po schodach. Po chwili stanęła na wprost pana młodego. W szpilkach prawie dorównywała mu wzrostem.

Przyglądali się sobie w milczeniu. Co można powiedzieć do mężczyzny, którego widzi się po raz pierwszy i za moment ma się go poślubić?

Z trudem powściągnęła chichot.

– Cześć.

Uśmiechnął się w odpowiedzi.

Serce zabiło jej mocniej. Leo emanował ciepłem i niesamowitą siłą. Wiedziała, że wiążąc się z nim, zyska zabezpieczenie finansowe, ale nie sądziła, że sam jego widok przyprawi ją o zawrót głowy.

Poruszyła dyskretnie ramionami, usiłując pozbyć się koszmarnego napięcia.

– Zacznijmy – powiedział pastor.

Żylastą ręką sięgnął po biblię, po czym zaczął recytować przysięgę. Na dobre i na złe, w bogactwie i w biedzie… To nas nie dotyczy, pomyślała Dannie. Te słowa przeznaczone są dla ludzi, którzy pobierają się z miłości: w chwilach trudnych powinni przypomnieć sobie, co przysięgali jedno drugiemu.

Kątem oka próbowała dojrzeć minę Lea. Ciekawa była, o czym myśli. Szkoda, że nie odbyli więcej rozmów. Nie nalegała na nie; zawierzyła Elise, która nie pozwoliłaby jej poślubić drania. Zresztą program komputerowy nigdy dotąd nie zawiódł. Dannie westchnęła. Ważne, by Leo nie był przestępcą lub damskim bokserem, a to, czy ma poczucie humoru i czy lubi filmy historyczne, naprawdę nie gra roli.

– Czy ty, Daniello, bierzesz Lea za męża…?

– Tak.

Drżącą ręką wsunęła platynową obrączkę na palec mężczyzny. A raczej próbowała wsunąć. Kiedy zbliżył drugą rękę, by jej pomóc, uniosła głowę i napotkała jego błękitne oczy. Poczuła dreszcz. Miała wrażenie, jakby zobaczyła kogoś, kogo zna, lecz nie wie skąd.

Po chwili rozległo się drugie „tak” wypowiedziane silnym zdecydowanym tonem. Dannie utkwiła wzrok w obrączce, oczarowana jej prostotą i pięknem.

Rozwód nie wchodził w rachubę. Wypełniając kwestionariusz, oboje napisali, że obietnic należy dotrzymywać. Była to też jedna z pierwszych spraw, jakie poruszyli w rozmowie telefonicznej. Leo przygotował umowę przedślubną, niezwykle dla niej korzystną. Dannie jednak uparła się przy jednym punkcie: w razie rozstania Leo będzie łożył na dzieci, natomiast ona nie dostanie ani grosza. Tym sposobem chciała mu pokazać, jak poważnie traktuje ich związek.

Najważniejsze było poczucie bezpieczeństwa. W zamian zamierzała być taką żoną, jakiej Leo potrzebuje. Zawierali małżeństwo z rozsądku, nie z miłości. W przeciwieństwie do ojca, Leo nigdy jej nie porzuci. Nie musiała się martwić o to, że kiedyś mu się znudzi albo że przestanie ją kochać.

– Możecie się pocałować – zakończył pastor.

Pocałować? Czemu nie? W końcu wzięli ślub.

Leo obrócił się. Po chwili ich usta się zetknęły. Dreszcz przebiegł jej po krzyżu. Nagle Leo skrzywił się, jakby zjadł cytrynę. Pierwszy pocałunek. Szkoda, że taki krótki. Choć dla Lea najwyraźniej za długi.

Elise i matka Dannie podeszły uściskać młodą parę i życzyć jej szczęścia na nowej drodze życia.

Dannie westchnęła. Czego się spodziewała? Że jak za dotknięciem magicznej różdżki Leo przeistoczy się w królewicza z bajki? Powinna się cieszyć, że program wybrał dla niej idealnego męża, a nie marzyć o długim gorącym pocałunku i o romantycznej nocy poślubnej.

Tytuł oryginału: Matched to a Billionaire

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2014

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2014 by Kat Cantrell

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1965-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.