Milczący zamek - Kate Morton - ebook
Opis

Pod koniec dwudziestego wieku matka młodej redaktorki, Edith Burchill dostaje list, który zaginął przed pięćdziesięcioma laty. Edith postanawia odkryć tajemniczą przeszłość matki. Dowiaduje się, że została ewakuowana razem z innymi dziećmi w 1939 roku z Londynu i przez półtora roku mieszkała w zamku Milderhurst w Kencie, siedzibie słynnego pisarza, Raymonda Blythe’a, autora jej ulubionej powieści z dzieciństwa, Prawdziwa historia Człowieka z Błota.
Edith odwiedza zamek i przekonuje się, że nadal mieszkają w nim trzy córki Raymonda.
Pomału Edith odkrywa coraz więcej tajemnic zamku. W 1941 Juniper miała wyjść za mąż, lecz jej narzeczony nie zjawił się w Milderhurście i od tamtej pory słuch po nim zaginął.
Edith dostaje zaskakujące zlecenie napisania wstępu do Prawdziwej historii Człowieka z Błota i wyjaśnienia zagadkowej genezy utworu. Podczas drugiej wizyty w zamku najstarsza siostra, Percy odsłania przed nią wszystkie zagadki Milderhurstu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 783

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Zaczęło się od listu, który zaginął dawno temu i czekał pół wieku w torbie z niedoręczoną korespondencją na ciemnym strychu w Bermondsey.

Do domu Edith Burchill, młodej redaktorki w londyńskim wydawnictwie Billing & Brown, przychodzi zagubiony przed pięćdziesięcioma laty list zaadresowany do jej matki. Adres zwrotny: Zamek Milderhurst; nadawca: Juniper Blythe. Posiadłość w hrabstwie Kent była kiedyś siedzibą słynnego pisarza, Raymonda Blythe’a, autora klasycznej powieści dla dzieci Prawdziwa historia Człowieka z Błota. W 1939 roku po wybuchu wojny matka Edie została wraz z innymi dziećmi ewakuowana z Londynu i przez półtora roku mieszkała w zamku z pisarzem i jego trzema córkami: Juniper oraz bliźniaczkami Percy i Saffy.

Zaintrygowana listem Edie postanawia zbadać tajemniczą przeszłość matki. Odwiedza Milderhurst i przekonuje się, że nadal zajmują go trzy siostry Blythe, teraz już staruszki. Bliźniaczki opiekują się najmłodszą Juniper, która w młodości przejawiała talent pisarski, ale w 1941, po tym jak jej narzeczony zaginął bez śladu, popadła w obłęd. Przerażające dziedzictwo Raymonda Blythe’a, wstrząsająca geneza Człowieka z Błota, i prawda o tym, co wydarzyło się pewnej bezksiężycowej nocy, od pół wieku czekają na ujawnienie…

KATE MORTON

Współczesna pisarka australijska, od najmłodszych lat zakochana w książkach i teatrze. Ukończyła z wyróżnieniem University of Queensland, uzyskując dyplom z literatury angielskiej. Obecnie przygotowuje pracę doktorską. Autorka 4 bestsellerowych powieści wydanych w 39 krajach i wybranych Powieściami Roku w Australii – Dom w Riverton, Zapomniany ogród, Milczący zamek i Strażnik tajemnic. Szczególną popularnością Morton cieszy się w rodzinnym kraju oraz w Hiszpanii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA i we Włoszech. Prawa filmowe do Zapomnianego ogrodu kupiła firma producencka Clinta Eastwooda.

www.katemorton.com

Tej autorki

DOM W RIVERTONZAPOMNIANY OGRÓDMILCZĄCY ZAMEKSTRAŻNIK TAJEMNIC

Tytuł oryginału:THE DISTANT HOURS

Copyright © Kate Morton 2010All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2011

Redakcja: Ewa Pawłowska

Ilustracje na okładce:Craig Roberts/Photolibrary (fontanna), Arcangel Images (brama)

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-110-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Dla Kim Wilkins,która zachęcała mnie, bym zaczęła,i dlaDavina Pattersona,który trwał przy mnie do ostatniej kropki.

Ćśś… Słyszycie go?

Drzewa słyszą. One pierwsze wiedzą, że się zbliża.

Słuchajcie! Drzewa w głębokim, ciemnym lesie drżą i potrząsają liśćmi niczym cieniutkimi płatkami srebra; wiatr przekrada się między czubkami koron i szepcze, że coś się wydarzy.

Drzewa wiedzą, ponieważ są stare i wszystko to już widziały.

Bezksiężycowa noc.

Człowiek z Błota przychodzi, gdy księżyc się ukrywa. Noc naciągnęła na dłonie skórzane rękawiczki, strząsnęła na ziemię czarny całun — to podstęp, przebranie, senne zaklęcie, aby wszystko usnęło smacznie pod jej okryciem.

Lecz ciemność nie jest nieprzenikniona, każda rzecz ma swoje niuanse, natężenie, fakturę. Spójrzcie tylko na szorstkie, wełniste lasy, pikowane płachty pól, gładką melasę fosy. Jeśli jednak macie choć odrobinę szczęścia, nie zauważycie, że coś się poruszyło w mule, gdzie ziemia powinna leżeć niewzruszona. Macie szczęście, ponieważ nikt, kto widział przebudzenie Człowieka z Błota, nie dostaje szansy, by opowiedzieć jego historię.

Tam, widzicie? Lśniąca, błotnista fosa przestała być gładka i równa. Na rozległej, płaskiej powierzchni tworzy się bąbel, jakby mokradło wydało westchnienie, na wszystkie strony rozbiegają się drżące zmarszczki, aluzja…

Lecz wy odwróciliście wzrok! I postąpiliście mądrze, to nie jest widok dla takich jak wy. Przeniesiemy się teraz do zamku, ponieważ tam również coś się poruszyło.

Wysoko na wieży.

Obserwujcie uważnie, a zobaczycie.

Dziewczynka zrzuca z siebie kołdrę.

Położono ją do łóżka kilka godzin temu. W sąsiedniej komnacie pochrapuje cicho jej opiekunka; śnią jej się lilie i mydło, i wysokie szklanki świeżego, ciepłego mleka. Lecz dziewczynkę coś obudziło. Podnosi się cichutko, przesuwa po czystym, białym prześcieradle, spuszcza dwie blade, szczupłe łydki na drewnianą podłogę.

Na niebie nie ma księżyca, którego blask rozświetlałby świat za murami zamku, mimo to coś ją przyciąga do okna. Chropowata szyba jest zimna. Dziewczynka czuje migotanie powietrza oszronionego ciemnością, wdrapuje się na szafkę z książkami, siada nad rzędami porzuconych dziecięcych bajek, ofiar jej pospiesznego dojrzewania. Owija sobie blade nogi koszulą i opiera brodę w zagłębieniu między złączonymi kolanami.

Gdzieś tam daleko jest świat, ludzie kręcą się jak nakręcane figurynki.

Pewnego dnia, całkiem niedługo, dziewczynka zamierza zobaczyć to wszystko na własne oczy, bo chociaż wszystkie drzwi w zamku są pozamykane na klucz i wszystkie okna zakratowane, to przecież mają one za zadanie chronić mieszkańców przed tamtym, a nie więzić ją w środku.

Przed tamtym.

Słyszała o nim historie. On sam jest historią, tak samo jak kraty i zamki, pozostałością dawnych czasów, gdy ludzie wierzyli w takie rzeczy. Opowieści o potworach czających się w fosie i czyhających na piękne dziewice. O człowieku, któremu dawno temu wyrządzono krzywdę i który pała żądzą zemsty.

Jednak dziewczynka — zmarszczyłaby brwi, słysząc, że ktoś ją tak nazywa — nie wierzy już w bajki o potworach. Niecierpliwi się. Jest nowoczesna, dorosła i pragnie się wyrwać na wolność. Ten pokój i zamek już jej nie wystarczają, ale na razie to wszystko, co ma, dlatego wygląda ponuro przez okno.

W oddali, w zmarszczce między plisami wzgórz, leży miasteczko pogrążone we śnie. Ostatni wieczorny pociąg głuchym gwizdem oznajmia swoje przybycie; samotne wołanie pozostaje bez odpowiedzi i zawiadowca w sztywnej czapce człapie, aby podnieść semafor. W pobliskim lesie kłusownik składa się do strzału, lecz marzy o powrocie do domu, do ciepłego łóżka. Na obrzeżach miasteczka, w chacie, gdzie farba obłazi ze ścian, płacze nowo narodzone dziecko.

Oto najzwyklejsze wydarzenia w świecie, gdzie wszystko ma sens, gdzie ludzie widzą tylko rzeczy, które istnieją, a tych, których nie ma, nikt nie zauważa. Jakże inny to świat od tego, w którym zbudziła się dziewczynka.

Pod oknem pokoiku w wieży, znacznie bliżej, niż chciała sięgnąć wzrokiem, coś się bowiem zaczyna dziać.

Fosa zaczyna oddychać. Głęboko w bagnisku drga serce pogrzebanego mężczyzny. Z mulistej toni dobywa się cichy dźwięk, niczym zawodzenie wiatru, i unosi się wyczekująco nad powierzchnią. Dziewczynka je słyszy, a raczej czuje, albowiem fundamenty zamku są wtopione w błoto i jęk przesącza się przez kamień, a potem pełznie po ścianach, piętro po piętrze, niewyczuwalnie, przez książki, na których siedzi. Ulubiona bajka z dzieciństwa spada na podłogę, dziewczynka wstrzymuje oddech.

Człowiek z Błota unosi powiekę. Gwałtownie rzuca okiem na wszystkie strony. Czy w tamtej chwili wspomina utraconą rodzinę? Śliczną, drobniutką żonkę i dwoje pulchnych niemowląt, które zostawił? A może jego myśli cofają się jeszcze dalej w przeszłość, do czasów chłopięcych, gdy biegnie z bratem przez pola porośnięte długimi, jasnymi łodygami; a może krąży myślami wokół innej kobiety, która go kochała przed śmiercią, której czułości i pochlebstwa kosztowały go tak dużo, która nie pogodziła się z odtrąceniem.

Coś się zmienia, dziewczynka wyczuwa to i drży. Przyciska dłoń do zamarzniętego okna i pozostawia na szybie gwiaździsty odcisk. Nastaje godzina duchów, chociaż ona o tym nie wie i nie umie jej nazwać. Nikt jej już nie pomoże. Pociąg odjechał, kłusownik leży u boku żony, nawet noworodek zasnął, zrezygnowawszy z prób zakomunikowania światu swojej obecności. Dziewczę w wieży jest jedyną osobą w zamku świadomą tego, co się dzieje; jej opiekunka przestała chrapać i oddycha teraz tak leciutko, jakby zamarła. Ptaki w lesie wokół zamku również ucichły, wcisnęły łebki pod drżące skrzydła i zamknęły oczy na to, co ma nastąpić.

Dziewczynka jest sama, a w błocie budzi się mężczyzna. Jego serce łomocze szaleńczo, ponieważ nadszedł jego czas i nie potrwa długo. Obraca nadgarstki, stopy i powstaje z mulistego łoża.

Nie patrzcie, błagam, odwróćcie wzrok, kiedy wyłania się na powierzchnię, kiedy wygrzebuje się z fosy, kiedy staje na czarnym, rozmokłym brzegu, unosi ręce i wciąga w piersi powietrze. Przypomina sobie, jakie to uczucie oddychać, kochać i cierpieć.

Lepiej popatrzcie na burzowe chmury, nawet w ciemności widać, jak nadciągają. Przetaczają się gniewnym grzmotem, zaciskają pięści, biją piorunami i gromadzą się nad wieżą. Czy to Człowiek z Błota sprowadził burzę, czy to burza go wskrzesiła? Nikt nie wie.

W pokoiku na wieży dziewczyna przechyla głowę na bok, kiedy pierwsze, niechętne krople deszczu rozpryskują się na szybie i spotykają jej dłoń. Dzień był ładny, lecz nie upalny, wieczór przyjemny i chłodny. Rankiem ludzie ze zdziwieniem zobaczą rozmokłą ziemię. Podrapią się po głowie, uśmiechną do siebie i powiedzą:

— Coś takiego! I pomyśleć, że wszystko przespaliśmy.

Lecz patrzcie! Jakiś kształt pełznie po murze wieży. Wspina się niewiarygodnie szybko i zręcznie. Żaden człowiek tego nie potrafi.

Podchodzi pod okno dziewczynki. Zastygli twarzą w twarz. Ona przez zalaną strumieniami szybę, przez zasłonę deszczu widzi oklejonego błotem potwora. Otwiera usta, aby krzyknąć, by wezwać pomocy, lecz wtedy coś się zmienia.

Na jej oczach potwór się przeistacza. Spod warstw mułu, mroku, gniewu i rozpaczy wyłania się twarz młodego mężczyzny. Zapomniana twarz, pełna tęsknoty, smutku i piękna. Dziewczynka bez namysłu wyciąga rękę, aby otworzyć okno, aby wpuścić go do pokoju.

Raymond Blythe, Prawdziwa historia Człowieka z Błota, Prolog.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Zaginiony list odnajduje drogę

1992

Zaczęło się od listu, który zaginął dawno temu i czekał pół wieku w torbie z niedoręczoną korespondencją na ciemnym strychu w Bermondsey. Czasami rozmyślam o tych setkach listów miłosnych, rachunków sklepowych, kart urodzinowych i pocztówek, wzdychających i pęczniejących od nieprzekazanych wiadomości, które szeptały do siebie w ciemnościach, czekając, aż je ktoś odkryje. Powiadają, że list pragnie odnaleźć swojego adresata, i prędzej czy później, czy się tego chce, czy nie, napisane słowa zawsze znajdą drogę, aby ujrzeć światło, aby ujawnić światu swoje sekrety.

Wybaczcie mi, jestem romantyczką. To skutek długich lat ślęczenia przy latarce nad dziewiętnastowiecznymi powieściami, kiedy rodzice myśleli, że śpię. Chcę powiedzieć, że to dziwne: gdyby Arthur Tyrell był nieco bardziej odpowiedzialnym człowiekiem i w Wigilię 1941 roku nie wypił o jedną szklankę grogu za dużo, po czym zamiast dokończyć roznoszenie poczty, nie wrócił do domu i nie zasnął pijackim snem, gdyby torba z niedoręczoną korespondencją nie wylądowała wciśnięta na strychu, ukryta starannie aż do jego śmierci pięćdziesiąt lat później, kiedy jedna z córek listonosza wygrzebała ją ze sterty rupieci i zadzwoniła do „Daily Mail”, wszystko potoczyłoby się inaczej. Dla mojej mamy, dla mnie, a zwłaszcza dla Juniper Blythe.

Być może czytaliście o tej historii w gazetach, dużo o niej pisano. Kanał 4 nadał nawet w telewizji program specjalny, w którym zaproszeni adresaci opowiadali o tych osobliwych głosach z przeszłości. Pewna kobieta dostała list od ukochanego, który służył w RAF-ie; jakiś mężczyzna pokazywał kartkę urodzinową od syna ewakuowanego na początku wojny z Londynu. Tydzień później chłopiec zginął od szrapnela. Myślałam sobie wtedy, że to bardzo dobry program, chwilami poruszający, pełen zarówno szczęśliwych, jak i smutnych historii przeplatanych archiwalnym materiałem filmowym z czasu wojny. Kilka razy się rozpłakałam, ale to o niczym nie świadczy, bo ja z natury łatwo się wzruszam.

Mama nie wzięła udziału w programie. Zadzwonili do niej producenci i pytali, czy jej list zawierał coś szczególnego, czym chciałaby się podzielić z innymi ludźmi; odparła, że nie, że to było zwyczajne zamówienie ze sklepu z odzieżą, który od dawna nie istnieje. Skłamała. Wiem, ponieważ byłam przy niej, kiedy przyszedł list, widziałam jej reakcję i z całą pewnością nie nazwałabym jej zwyczajną.

Wydarzyło się to rankiem pod koniec lutego, zima trzymała nas mocno za gardło, rabaty ściął lód. Przyjechałam do rodziców i pomagałam w pieczeniu mięsa na niedzielny obiad. Często to robię, ponieważ sprawia to im przyjemność, chociaż jestem wegetarianką i wiem, że prędzej czy później podczas posiłku mama zacznie się najpierw niepokoić, stopniowo na jej twarzy odmaluje się udręka, aż wreszcie nie wytrzyma i z jej ust posypie się litania danych statystycznych na temat niedoborów białka i związanej z tym anemii.

Obierałam ziemniaki w zlewie, kiedy list wpadł przez szczelinę w drzwiach. W niedzielę nie przychodzi poczta, więc powinno mi to dać do myślenia, byłam jednak zbyt pochłonięta zastanawianiem się, jak powiedzieć rodzicom, że rozeszliśmy się z Jamiem. Minęły już dwa miesiące i musiałam im to w końcu jakoś zakomunikować, lecz im dłużej zwlekałam z wykrztuszeniem tego, tym bardziej słowa kostniały mi w ustach. A miałam powody, żeby milczeć. Rodzice od początku byli wobec Jamiego nieufni, poza tym źle znosili wstrząsy i mama denerwowałaby się jeszcze bardziej niż zwykle, gdyby się dowiedziała, że mieszkam sama. Najbardziej jednak odstręczała mnie myśl o niezręcznej rozmowie, która nieuchronnie nastąpi później. Zobaczyć na twarzy mamy w pierwszej chwili zaskoczenie, potem konsternację, wreszcie rezygnację, która nastąpi, gdy tylko sobie uświadomi, że rola matki wymaga od niej pocieszania… Wróćmy jednak do listu. Przy drzwiach rozległ się cichy szelest wpadającej koperty.

— Edie, możesz to przynieść?

To była moja matka. (Edie to ja, przepraszam, powinnam była przedstawić się wcześniej). Wskazała głową przedpokój i machnęła ręką, która nie tkwiła w brzuchu kurczaka.

Odłożyłam ziemniaka, wytarłam dłonie w ścierkę i wyszłam do holu. Tylko jeden list leżał na wycieraczce: firmowa koperta poczty z adnotacją: „Zaginiona korespondencja”. Wchodząc do kuchni, przeczytałam mamie tę informację. Skończyła już nadziewać kurczaka i właśnie wycierała ręce. Zmarszczyła czoło, raczej odruchowo, bo nie spodziewała się niczego konkretnego, wzięła ode mnie list i zdjęła okulary do czytania z ananasa leżącego w misie z owocami. Rzuciła okiem na urzędową informację na wierzchu i wzniósłszy przelotnie brwi, zaczęła otwierać kopertę.

Wróciłam do ziemniaków, co było bardziej absorbującą czynnością niż obserwowanie, jak moja mama otwiera korespondencję, tak więc z przykrością muszę powiedzieć, że nie widziałam wyrazu jej twarzy, kiedy wyjąwszy ze środka mniejszą kopertę, zobaczyła cienki, tani papier i stary stempel, kiedy odwróciła list i przeczytała nazwisko na odwrocie. Wyobrażałam to sobie wielokrotnie — jak kolory odpływają jej z policzków, palce zaczynają drżeć tak gwałtownie, że minęło kilka minut, nim zdołała rozciąć mniejszą kopertę.

Nie muszę sobie natomiast wyobrażać gardłowego odgłosu raptownie wciąganego powietrza, po którym nastąpiła seria chrypliwych szlochów. Zabrzmiały w kuchni tak przeraźliwie i niesamowicie, że ręka mi drgnęła i skaleczyłam się w palec.

— Co się stało, mamo?

Podeszłam do niej i objęłam ją ramieniem, uważając, aby nie poplamić jej sukienki krwią. Nie odpowiedziała. Później wyjaśniła, że w tamtej chwili nie potrafiła wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Zesztywniała, po policzkach ciekły jej łzy, w dłoniach ściskała tę dziwną, malutką kopertę z tak cienkiego papieru, że prześwitywał przez nią róg złożonego listu, który przytulała mocno do piersi. Potem, rzuciwszy mi przez ramię kilka urywanych instrukcji dotyczących kurczaka, kuchenki i ziemniaków, znikła w swojej sypialni na piętrze.

W kuchni zapadła obolała cisza. Poruszałam się powoli i bardzo ostrożnie, aby jej nie zmącić. Moja mama nie należy do płaczek, lecz ten moment — jej rozpacz i wstrząs — wydawał mi się dziwnie znajomy, jakbyśmy już raz to przeżywały. Piętnaście minut później, w trakcie których próbowałam na przemian obierać ziemniaki, odgadywać, od kogo pochodzi list, i zastanawiać się, co powinnam zrobić, zapukałam wreszcie do jej pokoju i spytałam, czy chce się napić herbaty.

Jakoś się zdołała pozbierać, usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy małym stoliku w kuchni. Podczas gdy ja udawałam, że nie zauważam jej zapłakanych oczu, ona zaczęła opowiadać, co zawierała koperta.

— To list — zaczęła — od kogoś, kogo znałam dawno temu. Miałam wtedy dwanaście, trzynaście lat.

Przypomniała mi się fotografia stojąca na stoliku nocnym przy łóżku mojej umierającej babki. W mglistym wspomnieniu zobaczyłam trójkę dzieci, z których najmłodsza była moja mama — dziewczynka z krótkimi, ciemnymi włosami, siedząca na pierwszym planie. Dziwne, odwiedzałam babcię w tym pokoju setki razy, a jednak nie potrafiłam odtworzyć w pamięci dokładnych rysów dziewczynki. Może dzieci nigdy nie interesują się, kim byli ich rodzice, zanim przyszły na świat, dopóki nie wydarzy się coś wyjątkowego, co wydobędzie przeszłość z mroku. Popijałam herbatę, czekając, aż mama zacznie mówić dalej.

— Nie wiem, czy opowiadałam ci o tamtych czasach, o drugiej wojnie światowej. Chyba niewiele, prawda? To był okres okropnego zamętu, tyle rzeczy legło w gruzach. Wydawało się… — westchnęła — wydawało się, że świat już nigdy nie będzie taki jak dawniej, jakby go wyrzucono z orbity i nic nie mogło przywrócić go na normalne tory.

Objęła dłońmi parujący kubek i zapatrzyła się do środka.

— Mieszkaliśmy… rodzice, Rita, Ed i ja, w mieszkaniu przy Barlow Street w Elephant and Castle. Wkrótce po wybuchu wojny wszystkie dzieci zebrano w szkolnych klasach, zaprowadzono nas prosto na stację kolejową i wsadzono do pociągów. Nigdy w życiu tego nie zapomnę: tłumy dzieciaków z tabliczkami, maskami gazowymi i tobołkami, a na ulicach matki, które w ostatniej chwili zmieniły zdanie i biegły na stację, wołając do wartowników, żeby wypuszczono ich dzieci, potem do starszego rodzeństwa, żeby pilnowali młodszych braciszków i siostrzyczek i nie spuszczali ich z oka.

Przez chwilę siedziała, przygryzając dolną wargę, podczas gdy przed jej oczami rozgrywały się minione sceny.

— Musiałaś być przerażona.

Nie mieliśmy w rodzinie zwyczaju trzymania się za ręce, inaczej ścisnęłabym mocno jej dłoń.

— Z początku byłam.

Zdjęła okulary i potarła oczy. Jej twarz bez oprawek nabrała bezradnego, niedokończonego wyglądu przypominającego nocne zwierzę oszołomione światłem dziennym. Ucieszyłam się, kiedy włożyła je z powrotem i ciągnęła:

— Nigdy przedtem nie wyjeżdżałam z domu, nie spędziłam nawet nocy bez mamy, ale byli ze mną brat i siostra, oboje starsi ode mnie. W miarę jak upływała podróż, kiedy nauczyciel rozdał czekoladę, wszyscy poweseleli i zaczęliśmy się czuć, jakbyśmy wyruszali na przygodę. Wyobrażasz sobie? Wybuchła wojna, a my śpiewaliśmy piosenki, jedliśmy gruszki w syropie, wyglądaliśmy przez okno i graliśmy w dwadzieścia pytań. Dzieci potrafią być bardzo odporne, czasami wręcz bezduszne.

— Dojechaliśmy w końcu do miasteczka o nazwie Cranbrook, tam rozdzielono nas na grupy i wsadzono do różnych autobusów. Ten, w którym znaleźliśmy się z Ritą i Edem, zawiózł nas do Milderhurst. W ratuszu czekała tam na nas grupa miejscowych kobiet z uśmiechami przyklejonymi do twarzy, z listą nazwisk przywiezionych dzieci w rękach. Kazały się nam ustawić w rzędach, a ludzie chodzili wokół nas i wybierali. Najszybciej rozchodziły się maluchy, zwłaszcza te najładniejsze. Pewnie wszyscy uważali, że będzie z nimi najmniej roboty, że mają najmniej londyńskich nawyków. — Uśmiechnęła się krzywo. — Wkrótce dostali nauczkę.

— Mojego brata wybrano dosyć szybko. Był silny, wysoki jak na swój wiek, a chłopi rozpaczliwie szukali rąk do pracy. Niedługo potem poszła moja siostra, zabrała ze sobą koleżankę ze szkoły.

To była najwyższa pora. Położyłam jej dłoń na ręku.

— Tak mi przykro.

— Nie przejmuj się. — Wyciągnęła rękę i poklepała mnie po palcach. — Nie byłam ostatnia. Po mnie zostało jeszcze kilkoro innych dzieci, mały chłopiec z jakąś chorobą skóry. Nie wiem, co się z nim stało, ale kiedy wychodziłam, on dalej stał w ratuszu. Wiesz, przez wiele lat później zawsze kupowałam w warzywniaku obite owoce, jeśli akurat takie podeszły mi pod rękę w pierwszej chwili. Nie pozwalałam sobie na przebieranie i odkładanie gorszych, które mi się nie podobały.

— Ale w końcu ktoś cię wybrał.

— Tak, w końcu ktoś mnie wybrał. — Zniżyła głos i zaczęła bawić się czymś, co leżało jej na kolanach, tak że musiałam się pochylić, aby ją słyszeć. — Przyszła spóźniona, w sali było już prawie pusto, większość dzieci zabrano i kobiety z Żeńskiej Służby Ochotniczej sprzątały naczynia po podwieczorku. Zaczęłam popłakiwać, chociaż starałam się, żeby nikt tego nie widział. Wtedy nagle ona wkroczyła do sali i w powietrzu jakby zaszła zmiana.

— Zmiana?

Zmarszczyłam nos, bo wyobraziłam sobie scenę z Carrie, kiedy wybuchają światła.

— Trudno to wytłumaczyć. Spotkałaś kiedyś osobę, która sprawia wrażenie, jakby wszędzie wnosiła swoją własną atmosferę?

Może. Wzruszyłam niepewnie ramionami. Za moją przyjaciółką Sarah wszyscy się oglądają, ale trudno to uznać za zjawisko atmosferyczne, z drugiej strony…

— Oczywiście, że nie. To brzmi głupio, tak naprawdę chciałam powiedzieć, że była inna niż wszyscy… nie wiem, jakby pod każdym względem była „bardziej”, owszem, na swój sposób piękna: z długimi włosami, wielkimi oczami, trochę dzikim spojrzeniem, ale nie to ją odróżniało od innych. Miała wtedy dopiero siedemnaście lat, lecz gdy wchodziła, inne kobiety jakby się przy niej kurczyły.

— Z szacunku?

— Tak, to dobre określenie. Z szacunku. Były zdziwione jej przybyciem i nie wiedziały, jak się zachować. W końcu któraś się odezwała, zapytała, czy może w czymś pomóc, a dziewczyna tylko machnęła długimi palcami i oznajmiła, że przyjechała po swoją ewakuantkę. Dokładnie tak się wyraziła: po „swoją” ewakuantkę. Podeszła prosto do miejsca, gdzie siedziałam na podłodze, i zapytała, jak mam na imię, a kiedy odpowiedziałam, uśmiechnęła się i stwierdziła, że muszę być zmęczona po długiej podróży. Spytała, czy chcę z nią zamieszkać. Musiałam skinąć głową, bo odwróciła się do najważniejszej kobiety, która trzymała listę, i oświadczyła, że zabiera mnie z sobą.

— Jak się nazywała?

— Blythe — odrzekła mama, powstrzymując dreszcz. — Juniper Blythe.

— To od niej dostałaś ten list?

Mama skinęła głową.

— Zaprowadziła mnie do najelegantszego samochodu, jaki w życiu widziałam, i zawiozła do domu, gdzie mieszkała razem ze swymi starszymi siostrami bliźniaczkami. Minęłyśmy wielką, żelazną bramę i pojechałyśmy długim, krętym podjazdem pod ogromny dom z kamienia otoczony gęstym lasem. Zamek Milderhurst.

Nazwa jakby żywcem wyjęta z powieści gotyckiej. Przeszedł mnie dreszcz, przypomniał mi się szloch, jaki wydarł się mamie z gardła, kiedy przeczytała na kopercie nazwisko nadawczyni. Nasłuchałam się mnóstwa opowieści o ewakuowanych dzieciach, najróżniejszych historii.

— Przeżyłaś tam koszmar?

— Och nie, nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie.

— Ale ten list… kiedy go otworzyłaś…

— Byłam po prostu zaskoczona. Odżyły dawne wspomnienia.

Umilkła, a ja zaczęłam rozmyślać o potwornościach ewakuacji, o przerażających i niesamowitych przeżyciach dzieci, które znalazły się nagle w obcym miejscu, gdzie wszystko tak bardzo się różniło od tego, co znały. Miałam jeszcze świeżo w pamięci własne doświadczenia z dzieciństwa, strach i grozę odczuwane w każdej nowej, stresującej sytuacji, przyjaźnie „na siłę”, przywiązanie do miejsc, życzliwych dorosłych, znajomych — wszystko po to, by przetrwać. Kiedy sobie to wszystko przypomniałam, coś mi przyszło do głowy.

— Byłaś tam kiedyś po wojnie? W Milderhurst?

Mama spojrzała na mnie surowo.

— Oczywiście, że nie. Po co miałabym tam wracać?

— Nie wiem, żeby je odwiedzić, dowiedzieć się, co u nich słychać.

— Nie — odparła stanowczo. Miałam w Londynie własną rodzinę, mama mnie potrzebowała, poza tym po wojnie było mnóstwo pracy. Potem poznałam twojego ojca. Prawdziwe życie toczyło się dalej.

Po tych słowach zapadła między nami znajoma kurtyna, wiedziałam, że rozmowa jest skończona.

W końcu nie upiekłyśmy kurczaka. Mama powiedziała, że nie ma ochoty, i zapytała, czy będę jej miała za złe, jeśli w ten weekend z niego zrezygnujemy. Wydało mi się niegrzeczne przypominać jej, że i tak nie jadam mięsa i przychodzę raczej ich odwiedzić, niż jeść z nimi obiad, powiedziałam więc tylko, że nic się nie stało i że powinna się położyć. Przyjęła moją propozycję i kiedy zbierałam swoje rzeczy, łyknęła już dwie tabletki paracetamolu i przypomniała mi, żebym osłaniała uszy przed wiatrem.

Tata, jak się okazało, przespał całe wydarzenie. Jest starszy od mamy i kilka miesięcy temu przeszedł na emeryturę, która mu nie służy, bo przez cały tydzień krąży po domu i szuka rzeczy do naprawienia lub sprzątnięcia, czym doprowadza mamę do szału. W niedzielę za to odpoczywa w swoim fotelu. Święte prawo pana domu, jak powtarza przy każdej okazji.

Pocałowałam go w policzek i wyszłam na zimno. Ruszyłam w stronę metra, zmęczona i niespokojna, a także nieco przytłoczona tym, że wracam sama do nieludzko drogiego mieszkania, które jeszcze niedawno dzieliłam z Jamiem. Dopiero gdzieś między High Street Kensington i Notting Hill Gate uprzytomniłam sobie, że nie zapytałam mamy, co było w liście.

Odzyskane wspomnienie

Kiedy teraz to piszę, jestem sobą nieco rozczarowana, ale każdy jest mądry po szkodzie i łatwo się dziwić, dlaczego człowiek nie próbuje sięgnąć po coś, o czym dopiero później się dowiaduje, że leżało w zasięgu ręki. A nie jestem kompletną idiotką. Spotkałyśmy się z mamą na herbacie kilka dni później i chociaż znów nie udało mi się powiedzieć jej o moim rozstaniu z Jamiem, to nie omieszkałam zapytać ją o list. Zbyła moje pytanie machnięciem ręki, mówiąc, że nie zawierał nic ważnego, właściwie tylko pozdrowienia, a jej reakcja była skutkiem zaskoczenia, i tyle. Nie wiedziałam wtedy, że moja mama potrafi tak świetnie kłamać, inaczej nie odpuściłabym tak szybko, wypytywałabym dalej i zwróciła baczniejszą uwagę na mowę ciała. Zwykle jednak każdy odruchowo wierzy w to, co mówią ludzie, zwłaszcza bliscy, których dobrze zna i którym ufa. W każdym razie ja mam taki odruch, a właściwie miałam.

Na jakiś czas zapomniałam o zamku Milderhurst i ewakuacji mojej mamy, a także o dość osobliwym fakcie, że nigdy dotąd nie wspominała mi o tym epizodzie ze swego życia. Łatwo było to sobie wytłumaczyć, jak większość rzeczy, jeśli się dobrze postarać. Moje stosunki z mamą zawsze należały do dobrych, chociaż nigdy nazbyt bliskich, i na pewno nigdy nie ucinałyśmy sobie szczerych pogawędek o przeszłości. Prawdę mówiąc, o teraźniejszości też nie. Wszystko wskazywało na to, że ewakuacja mamy była dla niej miłym przeżyciem, lecz nie zaliczała go do niezapomnianych i nie odczuwała potrzeby, aby się nim dzielić.

Nieco trudniej przyszło mi racjonalnie wytłumaczyć dziwne uczucie, jakie wzbudziła we mnie jej reakcja na spóźniony list. Odniosłam niejasne wrażenie, że gdzieś w mej pamięci kołacze się ważne wspomnienie, którego nie potrafię uchwycić. Coś, co dawno temu widziałam lub słyszałam, drgało na wpół zapomniane i nie chciało nawet na chwilę znieruchomieć, abym mogła je nazwać. Próbowałam sobie przypomnieć, czy nie przyszedł kiedyś jakiś inny list, wiele lat temu, który również wycisnął jej łzy z oczu — na próżno, nieuchwytny, gruboziarnisty obraz nie chciał się skrystalizować, uznałam go więc w końcu za wytwór mojej nadpobudliwej wyobraźni, przed którą rodzice dawno mnie ostrzegali — i napyta mi kłopotów, jeśli nie będę ostrożna.

Miałam wtedy większe zmartwienia na głowie, na przykład: dokąd się wyprowadzę, kiedy minie sześć miesięcy, za które Jamie opłacił czynsz w formie podarunku na pożegnanie, przeprosin i rekompensaty za swój pożałowania godny postępek. Półroczny okres wypowiedzenia miał się skończyć w czerwcu. Przeglądałam gazety i strony agencji nieruchomości w poszukiwaniu jakiejś kawalerki, lecz za moją skromną pensję nie miałam szansy znaleźć niczego w pobliżu pracy.

Jestem redaktorką w wydawnictwie Billing & Brown Book Publishers. To mały, rodzinny interes w Notting Hill założony pod koniec lat czterdziestych przez Herberta Billinga i Michaela Browna początkowo wyłącznie w celu publikowania ich własnych dramatów i poezji. W pierwszym okresie prosperowali całkiem nieźle, jednak z czasem, kiedy rynkiem zawładnęły większe wydawnictwa, a upodobanie czytelników do niszowych tytułów zanikło, nasza firma ograniczyła się do publikowania pozycji, które nazywamy z uprzejmości „specjalistycznymi”, oraz tych, które nieco mniej uprzejmie określamy mianem „próżnych”, czyli wydawanych na koszt autora. Pan Billing, Herbert, jest moim szefem, lecz także mentorem, orędownikiem i najbliższym przyjacielem. Nie mam ich wielu, w każdym razie żywych i oddychających. Nie mówię tego ze smutkiem, nie czuję się samotna, po prostu nie należę do osób, które kolekcjonują znajomych i kochają tłum. Umiem sobie radzić ze słowami, lecz nie mówionymi; nieraz rozmyślałam, jak to by było wspaniale, gdybym mogła wieść związki na papierze. Podejrzewam zresztą, że na swój sposób to właśnie robię, ponieważ mam setki przyjaciół innego rodzaju — ukrytych między okładkami, w fabułach rozwijających się cudownie strona po stronie, którzy zawsze z taką samą radością biorą mnie za rękę i prowadzą w świat grozy lub zachłannego zachwytu. Fascynujący, szczerzy towarzysze, na których zawsze można polegać. Wielu z nich chętnie służy dobrą radą, niestety żaden nie zajmie wolnej sypialni na kilka miesięcy.

Bo choć nie miałam wielkiego doświadczenia w zrywaniu związków — Jamie był moim pierwszym prawdziwym chłopakiem, z którym wiązałam plany na przyszłość — domyślałam się, że w moim życiu nadszedł właśnie stosowny moment, by odwołać się do pomocy przyjaciół. Od razu pomyślałam o Sarah. W czasach szkolnych mieszkałyśmy po sąsiedzku, tak więc Sarah znajdowała u nas drugi dom, ilekroć czwórka jej młodszego rodzeństwa zaczynała wyprawiać dzikie harce i moja przyjaciółka potrzebowała schronienia. Schlebiało mi, że ktoś taki jak ona uważał dość tradycjonalistyczny, podmiejski dom moich rodziców za azyl, przyjaźniłyśmy się więc przez całe liceum aż do czasu, gdy przyłapano ją na paleniu papierosów w toalecie o jeden raz za dużo i Sarah zamieniła lekcje matematyki na szkołę piękności. Pracuje teraz jako wolny strzelec dla czasopism i wytwórni filmowych. Odniosła wspaniały sukces, który oznaczał niestety, że w godzinie mojej potrzeby zamieniała właśnie hollywoodzkich aktorów w zombie, a swoje mieszkanie z wolnymi pokojami wynajęła australijskiemu architektowi.

Gorączkowałam się przez jakiś czas, wyobrażając sobie życie, które przyjdzie mi wieść bez dachu nad głową, dopóki w pięknym akcie rycerskości Herbert nie zaoferował mi sofy w swoim małym mieszkanku pod wydawnictwem.

— Żartujesz, po tym, co dla mnie zrobiłaś? — odpowiedział, kiedy go zapytałam, czy jest tego pewien. — Podźwignęłaś mnie z upadku. Uratowałaś mi życie.

Przesadzał. Nigdy nie uratowałam mu życia, ale wiedziałam, co ma na myśli. Pracowałam u nich od kilku lat i rozglądałam się właśnie za jakimś ambitniejszym stanowiskiem, kiedy pan Brown odszedł z tego świata. Herbert tak ciężko przeżył śmierć swego partnera, że nie mogłam go w tamtym momencie opuścić. Nie miał nikogo poza małym grubym psem przypominającym prosiaka i choć nigdy tego nie powiedział, jego głęboka rozpacz utwierdziła mnie w przekonaniu, że on i pan Brown byli dla siebie czymś więcej niż partnerami w interesach. Nie chciał jeść, przestał się myć, a któregoś ranka spił się na umór ginem, chociaż zasadniczo jest abstynentem.

Czułam, że nie mam wyboru, zaczęłam mu gotować, skonfiskowałam gin, a kiedy wyniki firmy poleciały na łeb na szyję, on zaś nie wykazywał tym faktem najmniejszego zainteresowania, wzięłam sprawy w swoje ręce i zapukałam do kilku drzwi, aby znaleźć nam pracę. Postanowiłam drukować ulotki dla okolicznych firm. Herbert był mi tak wdzięczny, kiedy się o tym dowiedział, że całkiem przecenił moje motywacje. Nazwał mnie swoją protegowaną i znów zaczął snuć plany na przyszłość dla Billing & Brown — że we dwójkę odbudujemy firmę ku czci pana Browna. Oczy mu znów zabłysły, a ja odłożyłam na jakiś czas myśl o zmianie pracy.

I tak osiem lat później nadal siedzę w Billing & Brown, ku wielkiej dezaprobacie Sarah. Trudno wytłumaczyć rzutkiej, inteligentnej osobie, która nie robi niczego, co nie dzieje się na jej warunkach, że niektórym z nas inne rzeczy sprawiają w życiu satysfakcję. Pracuję z ludźmi, których podziwiam, zarabiam wystarczająco, aby się utrzymać (choć może nie w trzypokojowym apartamencie w Notting Hill), spędzam dnie, bawiąc się słowami i pomagając ludziom wyrazić swoje myśli i spełnić marzenia o publikacji własnych książek. Poza tym moja praca wcale nie jest pozbawiona perspektyw. W zeszłym roku Herbert awansował mnie na wiceprezesa. Nieważne, że w firmie pracują na pełny etat tylko dwie osoby. Zorganizowaliśmy małą uroczystość. Susan, nasza młoda pracownica na pół etatu, upiekła biszkopt i przyszła do biura mimo wolnego dnia; we trójkę piliśmy wino bezalkoholowe w filiżankach do herbaty.

W obliczu nadciągającej eksmisji z wdzięcznością przyjęłam sofę, którą zaoferował mi Herbert, to był naprawdę wzruszający gest, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozmiary jego mieszkania. Poza tym nie miałam wyjścia, a on był bardzo zadowolony.

— Wspaniale, Jess uwielbia gości. Będzie zachwycona.

Tak więc w maju zaczęłam się przygotowywać do opuszczenia mieszkania, w którym żyliśmy z Jamiem, przewrócenia ostatniej, pustej karty naszej wspólnej historii i rozpoczęcia swojej własnej. Miałam pracę, zdrowie i mnóstwo książek, potrzebowałam tylko odwagi, aby stawić czoło szarym, samotnym dniom, które ciągnęły się przede mną w nieskończoność.

Biorąc wszystko pod uwagę, uważam, że radziłam sobie całkiem nieźle. Tylko sporadycznie pozwalałam sobie wpadać w otchłań ckliwych wytworów własnej wyobraźni. Znajdowałam sobie wtedy cichy, ciemny kąt i oddawałam się fantazjom, wyobrażając sobie ze szczegółami, jak w nieokreślonej przyszłości idę ulicą, podnoszę wzrok na okno, gdzie uprawiam zioła, i widzę w szybie zarysy czyjejś sylwetki.

Dostrzegać mglistą barierę oddzielającą przeszłość od teraźniejszości i znać dotkliwy, fizyczny ból spowodowany niemożnością obejrzenia się wstecz…

Jako dziecko byłam niepoprawną marzycielką, czym przyprawiałam moją biedną mamę o nieustanną frustrację. Wpadała w rozpacz, kiedy wchodziłam w sam środek błotnistej kałuży albo trzeba mnie było wyciągać prawie spod kół pędzącego autobusu. W kółko powtarzała: „To niebezpieczne gubić się we własnej głowie” albo: „Jeśli człowiek nie patrzy, co się wokół niego dzieje, przydarzają mu się różne wypadki, Edie. Musisz bardziej uważać”.

Łatwo jej było mówić, po ziemi nigdy nie stąpała rozsądniejsza i praktyczniejsza kobieta od mojej matki. Co innego dziewczynka, która odkąd sięgała pamięcią, żyła głównie we własnej głowie i dumała: „A gdyby tak…?”. Oczywiście z czasem wcale nie przestałam oddawać się marzeniom, nauczyłam się tylko lepiej to ukrywać przed światem. Ale mama miała rację, ponieważ właśnie dlatego, że tak bardzo pochłaniało mnie przewidywanie swej ponurej postjamiestowskiej przyszłości, byłam zupełnie nieprzygotowana na to, co miało nastąpić.

Pod koniec maja zadzwonił do nas spirytysta, który pragnął opublikować swoje relacje ze spotkań z istotami pozaziemskimi na Romney Marsh. Kiedy zwraca się do nas obiecujący autor, robimy co w naszej mocy, aby go zadowolić. Z tego właśnie powodu kilka dni później jechałam starym peugeotem Herberta do hrabstwa Kent, aby porozmawiać, a kto wie, może i poflirtować z naszym nowym, potencjalnym klientem. Rzadko jeżdżę samochodem i nie znoszę zatłoczonych autostrad, tak więc wyruszyłam o bladym świcie, licząc, że zwiększy to moje szanse na wydostanie się z Londynu bez szwanku.

Dotarłam na miejsce przed dziewiątą, spotkanie wypadło bardzo zadowalająco, poflirtowałam, podpisałam umowę i nim minęło południe, jechałam z powrotem do Londynu. Ruch na drodze się wzmógł, do czego samochód Herberta, niezdolny rozwinąć prędkości większej niż osiemdziesiąt kilometrów na godzinę bez poważnego ryzyka utraty kół, był całkowicie nieprzystosowany. Zjechałam na lewy pas, mimo to nie udało mi się uniknąć zniecierpliwionych klaksonów i potrząsania głową. Źle robi się człowiekowi na duszy, kiedy wszyscy dookoła uznają go za utrapienie, zwłaszcza jeśli nic nie może na to poradzić, zjechałam więc z autostrady w Ashford i ruszyłam w kierunku Londynu bocznymi drogami. Mam beznadziejną orientację w terenie, lecz w skrytce samochodowej znalazłam atlas, zatrzymywałam się więc co jakiś czas, aby sprawdzać drogę.

Pół godziny później musiałam uznać, że zabłądziłam na dobre. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, podejrzewam, że odpowiedzialność za to ponosiła przestarzała mapa, a także fakt, że zamiast zwracać uwagę na drogę, rozkoszowałam się widokiem łąk upstrzonych wielobarwnymi pierwiosnkami i kwiatów polnych ozdabiających przydrożne rowy. Wkrótce straciłam do reszty rozeznanie, gdzie się właściwie znajduję, i jadąc wąską drogą, nad którą pochylały się wielkie, rosochate drzewa, stwierdziłam, że nie mam pojęcia, czy kieruję się na północ, południe, wschód czy zachód.

Nie przejęłam się tym zanadto. Uznałam, że jadąc cały czas prosto, prędzej czy później dotrę do jakiegoś skrzyżowania lub drogowskazu, a może napotkam przydrożny stragan, gdzie życzliwa dusza narysuje mi na mapie czerwony krzyżyk. Nie musiałam wracać tego dnia do biura, a drogi nie ciągną się przecież w nieskończoność. Wystarczy, że będę miała oczy szeroko otwarte.

Wtedy go zobaczyłam. Z kępy napastliwego bluszczu sterczał jeden z tych starych, białych drogowskazów z nazwami miejscowości wyrytymi na drewnianych tabliczkach w kształcie strzałek. Napis na nim informował: „Milderhurst, 5 km”.

Zatrzymałam samochód i jeszcze raz przeczytałam znak, czując, jak włosy jeżą mi się na karku. Odezwał się we mnie jakiś szósty zmysł i w tym samym momencie powróciło mgliste wspomnienie, które usiłowało się przebić z głębi mojej podświadomości od lutowego epizodu z zaginionym listem mamy. Wysiadłam z samochodu jak we śnie i ruszyłam w kierunku, który wskazywała tabliczka. Miałam uczucie, że patrzę na siebie z boku, prawie jakbym wiedziała, co tam znajdę. Może zresztą tak było.

Niecały kilometr dalej, dokładnie w miejscu, gdzie ją sobie wyobrażałam, wyrastała z gąszczu jeżyn wysoka żelazna brama. Wielkie skrzydła przechylały się na różne strony i opierały o siebie nawzajem, jakby wspólnie dźwigały ciężkie brzemię. Na ścianie małej, kamiennej stróżówki wisiała zardzewiała tabliczka z napisem „Zamek Milderhurst”.

Z sercem walącym w piersi przeszłam na drugą stronę drogi. Chwyciłam obiema rękami metalowe pręty, poczułam pod palcami zimne, chropowate żelazo i powoli oparłam o nie czoło. Podążyłam wzrokiem za krętym żwirowym podjazdem, który biegł pod górę, aż minął mostek i zniknął za lasem.

Otoczenie było piękne, zielone i melancholijne, ale to nie od pięknego widoku zaparło mi dech w piersiach, tylko wskutek nagłej pewności, która uderzyła mnie jak obuchem, że już tu kiedyś byłam, że stałam przed tą bramą i zaglądałam między prętami do środka, obserwowałam ptaki latające niczym skrawki nocnego nieba nad zjeżonym lasem.

Wokół mnie migoczące fragmenty układanki wpadały na swoje miejsca, miałam uczucie, jakbym wkroczyła w rzeczywistość utkaną ze snu, jakbym wróciła w czas i przestrzeń swojego dzieciństwa. Zacisnęłam palce na prętach i moje ciało rozpoznało ten gest. Już to kiedyś robiłam, pamiętała to skóra na moich dłoniach. Ja również pamiętałam: słoneczny dzień, ciepły wietrzyk figlujący z rąbkiem mojej najlepszej sukienki, wysoki cień mamy widziany kątem oka.

Spojrzałam na nią, obserwowała zamek, daleki ciemny kształt na horyzoncie. Było mi gorąco, chciało mi się pić, pragnęłam wykąpać się w zmarszczonej wodzie stawu, który leżał za bramą, pływać z kaczkami i pardwami, gdzie ważki kłuły powietrze w trzcinie porastającej brzegi.

— Mamusiu — powiedziałam wtedy, lecz ona milczała. — Mamusiu?

Odwróciła głowę i w pierwszej chwili jej oblicza nie rozświetlił żaden błysk, który by świadczył o tym, że mnie poznaje. Jej rysy układały się w wyraz twarzy, którego nie rozumiałam, jakby była kimś obcym, a jej oczy skrywały nieznane mi tajemnice. Teraz znam słowa na opisanie tej dziwnej mieszaniny uczuć — żal, tęsknota, wzruszenie — wtedy jednak żadnego z tych pojęć nie rozumiałam, a niczego nie poprawiło, kiedy powiedziała:

— Popełniłam błąd. Nie powinnam tu była przyjeżdżać. Już za późno.

Zanim zdążyłam zapytać, o czym mówi, złapała mnie za rękę i pociągnęła tak mocno, że zabolało mnie ramię. Przeszłyśmy na drugą stronę drogi, gdzie stał zaparkowany nasz samochód. Poczułam delikatny aromat jej perfum spotęgowany przez upał i zmieszany z nieznajomymi zapachami wsi. Uruchomiła silnik i pojechałyśmy. Obserwowałam parę wróbli za oknem, kiedy usłyszałam ten sam niesamowity zdławiony odgłos, który wydarł jej się z gardła na widok listu od Juniper Blythe.

Książki i ptaki

Brama zamkowa była zamknięta i za wysoka, aby ją przesadzić górą, co nie znaczy, że dawałabym sobie wiele szans, nawet gdyby była niższa. Nigdy nie celowałam w sportach, w dodatku to nagle objawione wspomnienie tak mną wstrząsnęło, że moje nogi zamieniły się w bezużyteczną galaretę. Czułam się zagubiona i rozdygotana, tak że po krótkim czasie uznałam, że chwilowo nic tu po mnie, że najlepiej zrobię, jeśli wrócę do samochodu i zastanowię się spokojnie nad swoimi dalszymi krokami. Niewielki miałam wybór. Byłam zbyt rozkojarzona, żeby prowadzić, a już na pewno aby wybierać się w daleką podróż do Londynu, uruchomiłam więc silnik i w żółwim tempie ruszyłam w kierunku miasteczka.

Na pierwszy rzut oka Milderhurst wyglądało jak wszystkie inne mieściny, jakie mijałam tego dnia: jedna droga biegnąca przez środek miasta, na jednym końcu zieleniec, obok niego kościół i gdzieś po drodze szkoła. Zaparkowałam przed budynkiem, który uznałam za ratusz, i prawie widziałam przed oczami rządki wymęczonych dzieci, ewakuowanych z Londynu, brudnych i zaniedbanych po długiej podróży pociągiem, a wśród nich niewyraźną sylwetkę mojej mamy — na długo przedtem, nim została moją mamą — drepczącą bezradnie ku nieznanemu światu.

Kręciłam się po głównej ulicy, próbując bezskutecznie poskromić rozbiegane myśli. Mama przyjechała po wojnie do Milderhurst, nie miałam co do tego wątpliwości, i wzięła mnie z sobą. Stałyśmy przed bramą zamku, była bardzo poruszona. Pamiętałam to. Jednak chociaż znalazłam odpowiedź na to jedno pytanie, w jego miejsce wyrosły dziesiątki innych i tłukły mi się po głowie niczym zdezorientowane ćmy szukające światła. Po co tu przyjechałyśmy i dlaczego płakała? Co miała na myśli, mówiąc, że popełniła błąd? Na co było za późno? I czemu skłamała, kiedy trzy miesiące temu zapewniała mnie, że list od Juniper Blythe nie miał dla niej znaczenia?

Wszystkie te pytania kłębiły mi się w głowie, aż w końcu uprzytomniłam sobie, że stoję przed otwartymi drzwiami księgarni. Myślę, że w chwilach głębokiego poruszenia człowiek w naturalny sposób szuka znajomego otoczenia, a wysokie półki zastawione równymi rzędami książek zawsze podnosiły mnie na duchu. Zapach farby drukarskiej i opraw introligatorskich, drobinki kurzu w rozrzedzonym snopie słońca, dotyk ciepłego, kojącego powietrza, wszystko to sprawiało, że znów mogłam oddychać. Czułam, że moje tętno spowalnia do normalnego rytmu, a myśli przestają się trzepotać jak oszalałe. W przyjemnym półmroku zaczęłam wyławiać nazwiska ulubionych autorów i znane tytuły niczym nauczyciel sprawdzający listę obecności. Brontë — obecna, Dickens — w przyzwoitym wyborze, Sheley — w bardzo ładnym wydaniu. Nie musiałam ich zdejmować z półek, wystarczyło wiedzieć, że są, pogładzić je palcami po grzbietach.

Chodziłam, odnotowywałam w pamięci, od czasu do czasu odłożyłam jakąś książkę na właściwe miejsce, aż zatrzymałam się we wnęce w głębi sklepu, gdzie na stoliku wyłożono ekspozycję podpisaną „Literatura lokalna”. Ciasno stłoczone stały tu historie, albumy i książki miejscowych autorów: Zagadki i morderstwa, Przygody przemytników z Hawkhurst, Historia chmielarstwa. Na środku, oparty o drewnianą podstawkę, rzucił mi się w oczy znajomy tytuł: Prawdziwa historia Człowieka z Błota.

— Och!

Wzięłam książkę do ręki i czule objęłam dłońmi.

— Lubi ją pani?

Sprzedawczyni wyrosła obok mnie jak spod ziemi, składała w rękach ściereczkę do kurzu.

— O tak — odparłam nabożnym tonem. — Oczywiście. Kto jej nie lubi?

Po raz pierwszy trafiłam na tę książkę, kiedy miałam dziesięć lat i nie chodziłam do szkoły z powodu jednej z tych dziecięcych chorób, które izolują człowieka od świata na kilka tygodni. Musiałam stać się okropnie marudna i nieznośna, bo współczujący uśmiech mamy zaczął zastygać w stoickim grymasie. Któregoś dnia wymknąwszy się z domu na krótką chwilę wytchnienia, wróciła przepełniona nowym optymizmem i wcisnęła mi w ręce zniszczoną książkę z biblioteki.

— Może to ci poprawi humor — powiedziała z nadzieją. To opowieść dla troszkę starszych czytelników, ale przecież jesteś mądrą dziewczynką i jak się postarasz, to sobie z nią poradzisz. Co prawda zwykle czytasz trochę cieńsze książeczki, ale spróbuj wytrwać do końca.

Prawdopodobnie rozkasłałam się w odpowiedzi żałośnie, nieświadoma, że mam właśnie przekroczyć próg, za którym nie będzie już odwrotu, i że trzymam w dłoniach niepozorny przedmiot o niewyobrażalnej mocy. Każdy czytelnik z prawdziwego zdarzenia trafia w życiu na taką książkę, na taki moment, i kiedy mama wręczyła mi zniszczony biblioteczny egzemplarz, to była właśnie moja chwila. Bo chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, wystarczy zagłębić się w świat Człowieka z Błota, aby rzeczywistość raz na zawsze przegrała walkę z fikcją literacką. Od tamtej pory nosiłam w sercu głęboką wdzięczność dla pani Perry za to, że, wyciągając nad kontuarem dłoń, namawiając mą udręczoną matkę, aby wzięła dla mnie tę książkę, albo pomyliła mnie z jakimś starszym dzieckiem, albo zajrzała w głąb mojej duszy i ujrzała tam lukę, która domagała się wypełnienia. Zawsze wierzyłam w to drugie, w końcu to właśnie uświęcony przysięgą cel bibliotekarza — kojarzyć księgi z ich wiernym czytelnikiem.

Odwróciłam żółtą okładkę i od pierwszego rozdziału, opisującego przebudzenie Człowieka z Błota w głębokiej, mulistej fosie, ów okropny moment, kiedy drga jego serce, wsiąkłam w nią bez reszty. Z dreszczem emocji, z wypiekami na twarzy, palcami drżącymi ze zniecierpliwienia przewracałam stronę za stroną za rogi przetarte przez niezliczonych czytelników, którzy odbywali tę podróż przede mną. Odwiedzałam wspaniałe i przerażające miejsca, nie opuszczając usłanej chusteczkami do nosa kanapy w salonie podmiejskiego domu moich rodziców. Człowiek z Błota dał mi zajęcie na długie dni, mama znów się zaczęła uśmiechać, a moja przyszłość została przesądzona.

Znów popatrzyłam na tabliczkę z odręcznym napisem „Literatura lokalna” i odwróciłam się do rozpromienionej ekspedientki.

— Raymond Blythe pochodzi z tych okolic?

— O tak. — Założyła cienkie kosmyki włosów za uszy. — Mieszkał i tworzył w zamku Milderhurst, i tam umarł. To wielka, wspaniała rezydencja położona kilka kilometrów za miastem. — Jej głos zabrzmiał dziwnie głucho. — W każdym razie zamek kiedyś był wspaniały.

Raymond Blythe. Zamek Milderhurst. Serce zabiło mi szybciej.

— Nie miał przypadkiem córki?

— Nawet trzy.

— Czy jedna z nich miała na imię Juniper?

— Tak, najmłodsza.

Przypomniało mi się, co mama opowiadała o siedemnastoletniej dziewczynie, której obecność naelektryzowała powietrze w sali ratusza miejskiego. To ona wybawiła ją z grupy ewakuantów i w 1941 roku wysłała do niej list, a kiedy mama dostała go pięćdziesiąt lat później, wybuchła płaczem. Poczułam nagłą potrzebę jakiegoś solidnego oparcia.

— Wszystkie trzy nadal tam mieszkają — ciągnęła sprzedawczyni. — Moja mama zawsze powtarzała, że coś musi być w tej wodzie, bo do tej pory są zdrowe i krzepkie, rzecz jasna poza Juniper.

— A co się z nią stało?

— Demencja. Myślę, że to rodzinne. Smutna historia, podobno była kiedyś piękna i mądra. Obiecująca pisarka. Ale w czasie wojny rzucił ją narzeczony, nigdy już nie wróciła do siebie. Straciła dla niego głowę, ciągle na niego czekała, ale na próżno.

Chciałam zapytać, dokąd wyjechał, ale kobieta złapała wiatr w żagle i widać było, że nic już jej nie zatrzyma.

— Dobrze, że miała siostry, które się nią zaopiekowały. Te dwie należą do wymierającego gatunku, brały kiedyś udział w każdej akcji dobroczynnej, gdyby nie one, dziewczyna dawno wylądowałaby w zakładzie dla obłąkanych. — Obejrzała się za siebie, żeby się upewnić, czy jesteśmy same, po czym nachyliła się do mnie. — Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, Juniper snuła się po mieście i okolicy. Nic złego nikomu nie robiła, tylko włóczyła się tak bez celu. Dzieci się jej bały, ale dzieciaki lubią się bać, prawda?

Skinęłam energicznie głową, a ona mówiła dalej:

— Na ogół była nieszkodliwa, nigdy nie przysparzała kłopotów, a w końcu każde miasteczko z prawdziwego zdarzenia musi mieć swojego dziwaka. — Na jej ustach zadrgał niepewny uśmiech. — Kogoś, kto dotrzymuje towarzystwa duchom. — Może pani przeczytać o tym wszystkim tutaj.

To mówiąc, pokazała mi książkę pod tytułem Milderhurst Raymonda Blythe’a.

— Wezmę ją — powiedziałam i dałam sprzedawczyni dziesięciofuntowy banknot. — I poproszę też jeden egzemplarz Człowieka z Błota.

Wyszłam już prawie ze sklepu, ściskając w dłoniach paczkę owiniętą brązowym papierem, kiedy ekspedientka zawołała za mną:

— Jeśli to panią naprawdę interesuje, powinna go pani zwiedzić!

— Zamek? — spytałam, zaglądając z powrotem w półmrok księgarni.

— Proszę porozmawiać z panią Bird, wynajmuje pokoje przy Tenterden Road.

Kamienny dom z gęstym, kwitnącym ogrodem stał kilka kilometrów dalej, przy drodze, którą przyjechałam. W głębi można się było domyślić innych zabudowań gospodarczych. Z dachu pokrytego dachówkami wyzierały dwie niewielkie lukarny, wokół wysokiego, ceglanego komina krążyła pierzasta chmura białych gołębi. Okna otwarto na oścież, aby wpuścić do środka ciepłe powietrze, szybki w kształcie rombów w ołowianych ramkach mrugały oślepione popołudniowym słońcem.

Zaparkowałam samochód pod ogromnym jesionem, którego rozłożyste konary opatulały cieniem front domu, i ruszyłam przez osłoneczniony gąszcz odurzająco pachnącego jaśminu, ostróżki ogrodowej i dzwonków wkradających się na ceglaną ścieżkę. Nieopodal dreptała para tłustych gęsi, nawet się nie zatrzymały na moje wtargnięcie, kiedy wchodziłam z roziskrzonego słońca do słabo oświetlonego pomieszczenia. Na ścianie przy drzwiach wisiały czarno-białe zdjęcia zamku i jego okolicy zrobione, jak informowały podpisy, podczas pleneru „Życie poza miastem” w 1910 roku. Po drugiej stronie holu za kontuarem ze złoconą tabliczką „Recepcja” czekała na mnie pulchna kobieta w lnianej, szafirowej garsonce.

— Pani musi być moim młodym gościem z Londynu. — Zamrugała przez okrągłe okulary w szylkretowych oprawkach, po czym uśmiechnęła się, widząc moje zdziwienie. — Alice zadzwoniła do mnie z księgarni i uprzedziła, że mogę się pani spodziewać. Nie traciła pani czasu, Bird uważał, że będzie pani co najmniej za godzinę.

Spojrzałam na żółtego kanarka w okazałej klatce wiszącej za jej plecami.

— Chciał już jeść obiad, ale powiedziałam, że zjawi się pani, jak tylko zamknę drzwi i wystawię tabliczkę. — Wybuchła chrapliwym, papierosowym śmiechem. W pierwszej chwili oceniłam, że musi zbliżać się do sześćdziesiątki, ale roześmiała się jak znacznie młodsza, znacznie bardziej energiczna kobieta, niż to sugerowało pierwsze wrażenie. — Alice mówiła, że interesuje panią zamek.

— Tak. Miałam nadzieję, że uda mi się go zwiedzić i pani znajoma przysłała mnie tutaj. Czy mam się gdzieś zapisać?

— Ależ nie, nie bawimy się w takie formalności. Sama oprowadzam wycieczki. — Jej biust w lnianym żakiecie aż spuchł z dumy, lecz po chwili znowu uszło z niego powietrze. — To znaczy kiedyś to robiłam.

— Kiedyś?

— O tak, miłe zajęcie. Kiedyś panny Blythe osobiście oprowadzały wycieczki, zaczęły w latach pięćdziesiątych, żeby zdobyć pieniądze na utrzymanie zamku i uchronić się przed Narodowym Funduszem na rzecz Renowacji Zabytków. Panna Percy nie wpuściłaby ich do Milderhurst za żadne skarby. Kilka lat temu powierzyła mi obsługę turystów, bo to zadanie już ją przerosło. Wszyscy mamy swoje granice, prawda? Byłam zachwycona, że mogę ją zastąpić. Zdarzało się, że oprowadzałam pięć wycieczek tygodniowo, ale teraz to już mało kto dzwoni. Wygląda na to, że ludzie zapomnieli o tych starych kątach.

Spojrzała na mnie pytająco, jakby oczekiwała, że wyjaśnię jej te kaprysy ludzkiej natury.

— Bardzo bym chciała obejrzeć zamek od środka — oznajmiłam z nadzieją, a może nawet trochę desperacko.

Pani Bird zamrugała na mnie.

— Och wierzę, kochaniutka. A ja bym go pani pokazała, ale niestety nie oprowadzamy już wycieczek.

Poczułam się tak przytłaczająco rozczarowana, że przez chwilę odebrało mi mowę.

— Och — jęknęłam. — Ojej!

— Szkoda, oczywiście, ale panna Percy była bardzo stanowcza. Powiedziała, że nie ma dłużej ochoty otwierać swojego domu po to, żeby nieokrzesani prostacy mieli gdzie wyrzucać śmieci.

Zamierzałam okazać grzeczną rezygnację, lecz kiedy perspektywa obejrzenia zamku się rozwiała, poczułam nagle, że nie ma na świecie rzeczy, której pragnęłabym goręcej.

— Widzi pani, ja tak bardzo podziwiam Raymonda Blythe’a — usłyszałam własny głos. — Myślę, że nigdy nie zostałabym redaktorką w wydawnictwie, gdybym w dzieciństwie nie przeczytała Człowieka z Błota. Może gdyby… szepnęła pani słówko w mojej sprawie, powiedziała właścicielkom, że nie należę do osób, które śmiecą w cudzych domach…

— No nie wiem… — Zmarszczyła z namysłem czoło. — W zamku rzeczywiście jest na co popatrzeć, a mało jest osób, które są tak dumne z tego, co posiadają, jak panna Percy… W wydawnictwie, powiada pani?

Był to niezamierzony przebłysk geniuszu. Pani Bird należała do pokolenia, dla którego słowo pisane owiane było blaskiem i potęgą prasy. Nieważne, że moje biurko stało w ciasnym boksie zarzuconym papierami, a bilans firmy działał jak zimny prysznic. Uchwyciłam się tej szansy niczym tonący brzytwy.

— W Billing & Brown Book Publishers w Notting Hill.

Przypomniały mi się wizytówki, które Herbert dla mnie wydrukował i sprezentował mi podczas małej uroczystości z okazji mojego awansu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je nosić przy sobie w celach służbowych, ale okazały się bardzo przydatne jako zakładki do książek, tak więc wyłowiłam teraz jedną z Dziwnych losów Jane Eyre, którą zabrałam z sobą na wypadek, gdyby niespodziewanie przyszło mi czekać w kolejce, i pokazałam pani Bird niczym szczęśliwy los na loterii.

— Wiceprezes — przeczytała kobieta, spoglądając na mnie znad okularów. — No proszę.

Chyba mi się nie przywidział ten nowy ton szacunku w jej głosie. Przejechała kciukiem po wizytówce, zacisnęła usta, po czym skinęła głową.

— Dobrze. Proszę mi dać sekundkę, zadzwonię do drogich staruszek. Zobaczę, czy uda mi się je przekonać, żeby pozwoliły pani obejrzeć zamek.

Podczas gdy pani Bird rozmawiała półgłosem przez staromodny telefon, usiadłam w fotelu z perkalowym obiciem i rozwinęłam brązową paczuszkę z nowo zakupionymi książkami. Wyjęłam błyszczący egzemplarz Człowieka z Błota i zaczęłam go obracać w dłoniach. Prawdą było to, co powiedziałam właścicielce pensjonatu, w ten czy inny sposób moja przygoda z powieścią Raymonda Blythe’a naprawdę zaważyła na całym moim życiu. Wystarczyło, że wzięłam ją do ręki, aby powróciła do mnie wszechogarniająca świadomość własnego miejsca na świecie.

Okładka była identyczna jak w książce, którą moja mama wypożyczyła w bibliotece West Barnes prawie dwadzieścia lat temu. Uśmiechnęłam się pod nosem, obiecując sobie, że po powrocie do domu natychmiast kupię dużą szarą kopertę i wyślę szacownej instytucji ten nowiutki egzemplarz. Nareszcie mój dwudziestoletni dług zostanie spłacony. Kiedy bowiem wyzdrowiałam i nadszedł czas, aby oddać Człowieka z Błota do biblioteki, książka w tajemniczy sposób zniknęła. Ani gorączkowe poszukiwania mamy, ani moje żarliwe zapewnienia, że nie mam z tym nic wspólnego, ani nawet przekopanie sterty dawno zapomnianych rzeczy pod moim łóżkiem nie przyniosły rezultatów. Kiedy wszystkie możliwości zawiodły, zostałam doprowadzona przed oblicze panny Perry i zmuszona do pokajania się. Biedna mama omal nie umarła ze wstydu pod piorunującym spojrzeniem bibliotekarki, mnie jednak zanadto upajała radość z posiadania ukochanej powieści, abym czuła wyrzuty sumienia. Była to moja pierwsza i ostatnia kradzież w życiu, lecz nie potrafiłam się jej oprzeć, po prostu ja i ta książka byłyśmy sobie przeznaczone.

Drgnęłam, kiedy słuchawka telefonu opadła na widełki z plastikowym stuknięciem. Ściągnięte rysy pani Bird powiedziały mi natychmiast, że ma złe wiadomości. Wstałam i pokuśtykałam do kontuaru, bo prawa stopa mi zdrętwiała i czułam w niej okropne kłujące szpilki.

— Obawiam się, że jedna z sióstr źle się dzisiaj czuje — oznajmiła pani Bird.

— Naprawdę?

— Najmłodsza. Miała atak, właśnie jedzie do niej lekarz.

Z trudem usiłowałam ukryć rozczarowanie. Niestosownie było okazywać niezadowolenie, kiedy starsza kobieta się rozchorowała.

— Tak mi przykro. Mam nadzieję, że to nic poważnego.

Pani Bird zbyła mój niepokój machnięciem ręki niczym nieszkodliwą, lecz uprzykrzoną muchę.

— Jestem pewna, że nic jej nie będzie. To nie pierwszy raz. Te ataki przytrafiają jej się od dzieciństwa.

— Ataki?

— Zaniki pamięci. Nazywają je utraconym czasem. Okresy, których nie pamięta, zwykle kiedy wpada w nadmierne podniecenie. To ma jakiś związek z arytmią, nigdy nie mogę zapamiętać, czy chodzi o zbyt wolne, czy za szybkie tętno. W każdym razie urywa jej się film i nie pamięta potem, co robiła. — Zacisnęła usta, tłumiąc jakieś uczucie, którego najwyraźniej postanowiła nie ujawniać. — Starsze siostry będą dzisiaj zbyt zajęte przy doglądaniu Juniper, nie chcą w zamku zamieszania, ale bardzo niechętnie odmówiły. Zamek aż się prosi o gości, tak powiedziały. Dziwne staruszki, szczerze mówiąc jestem zaskoczona, do tej pory raczej nie lubiły zwiedzających. Pewnie doskwiera im samotność, tłuką się we trzy po pustym zamczysku. Zaproponowały, żeby przyjechać jutro około południa.

Serce zatrzepotało mi w piersi. Nie zamierzałam zatrzymywać się tu na noc, lecz myśl, że mogłabym wyjechać, nie obejrzawszy zamku, natchnęła mnie głębokim przygnębieniem.

— Mamy wolny pokój, jeśli pani sobie życzy — zaproponowała pani Bird. — Z kolacją wliczoną w cenę.

W weekend czekała na mnie praca, którą musiałam nadrobić, Herbert potrzebował samochodu nazajutrz po południu, a ja nie należę do osób, które pod wpływem kaprysu decydują się nocować w obcym miejscu.

— Dobrze — odrzekłam. — Zostanę do jutra.

Milderhurst Raymonda Blythe’a

Podczas gdy pani Bird zajęła się formalnościami i zaczęła spisywać dane z mojej wizytówki, wymówiłam się nieartykułowanym mruknięciem i wymknęłam z recepcji w kierunku podwórza. Obejście ogradzały mury zabudowań gospodarskich: obory, gołębnika i trzeciego budynku ze stożkowym dachem; później dowiedziałam się, że jest to suszarnia chmielu. W środku był położony zamyślony, okrągły staw, po osłonecznionej powierzchni z królewskim dostojeństwem sunęła para tłustych gęsi, a wokół nich koliste zmarszczki rozbiegały się w kierunku wyłożonego kamiennymi płytami brzegu. Za oczkiem wodnym paw lustrował skraj przystrzyżonego trawnika, który oddzielał zadbane podwórze od dzikiej łąki gęsto porośniętej polnymi kwiatami i opadającej w kierunku dalekiego parku. Widok ogrodu skąpanego w słonecznym blasku ukazał mi się otoczony ciemną ramą futryny drzwi, w których stałam, i wyglądał jak migawkowe zdjęcie dawno minionego wiosennego dnia, który jakimś cudem powrócił do mnie z dalekiej przeszłości.

— Piękny, prawda? — odezwała się nagle pani Bird za moimi plecami. Nawet nie zauważyłam, kiedy podeszła. — Słyszała pani o Oliverze Sykesie?

Pokręciłam głową, a ona skinęła zadowolona, że może mnie oświecić.

— Był architektem, swego czasu nawet dosyć znanym. Okropnie ekscentrycznym. Wybudował sobie wspaniały dom w Sussex, nazwał go Gospodarstwem Pembroke, ale na początku dwudziestego wieku pracował w zamku, niedługo po tym, jak Raymond Blythe pierwszy raz się ożenił i przywiózł tu żonę z Londynu. To była jedna z ostatnich prac Sykesa, zanim wyruszył w świat i słuch po nim zaginął. Nadzorował budowę stawu, takiego jak nasz , tylko nieco większego, wykonał olbrzymią robotę przy fosie wokół zamku; zamienił ją w kąpieliskowy pierścień dla pani Blythe. Podobno była świetną pływaczką, bardzo wysportowaną. Wsypywali tam… — przykleiła palec do policzka i zmarszczyła czoło — jakieś chemikalia, ojej, jak to się nazywało? — Zabrała palec i podniosła głos. — Bird?

— Siarczan miedzi — doszedł nas bezcielesny męski głos.

Znów zerknęłam na kanarka prowadzącego w klatce wykopaliska w poszukiwaniu ziarna, a potem na ściany zawieszone zdjęciami.

— A tak, rzeczywiście — ciągnęła niestropiona pani Bird — siarczan miedzi, żeby woda była lazurowa. — Westchnęła. — To było tak dawno temu. Niestety, fosę Sykesa dawno temu zasypano, a piękny okrągły staw należy już tylko do gęsi, zamulony i pełen ptasich odchodów. — Wręczyła mi ciężki mosiężny klucz i zamknąwszy na nim moje palce, poklepała mnie po dłoni. — Jutro pójdziemy do zamku. Zapowiadają ładną pogodę, a z drugiego mostu roztacza się piękny widok. Możemy się umówić tu o dziesiątej?

— Jesteś jutro umówiona z pastorem, moja droga — znów rozległ się ten sam drewniany głos, lecz tym razem udało mi się zlokalizować jego źródło: małe, ledwo widoczne drzwi w ścianie za kontuarem.

Pani Bird ściągnęła usta i rozważała tę tajemniczą poprawkę. W końcu powoli pokiwała głową.

— Bird ma rację. Och, jaka szkoda.

Rozpogodziła się.

— Nieważne, wszystko pani wyjaśnię, zakończę sprawy w mieście najszybciej, jak się da, i spotkamy się w zamku. Będziemy miały tylko godzinę, nie chcę się zbyt długo narzucać, panny Blythe są naprawdę wiekowe.

— Godzina wystarczy z powodzeniem.

Przed lunchem będę w drodze do Londynu.

Pokoik był malutki, na środku rozparło się zachłannie łóżko z baldachimem, pod oknem z szybkami w ołowianych ramkach przycupnęło skulone biurko i właściwie na tym się kończyło całe wyposażenie. Za to widok roztaczał się z niego wspaniały, na tę samą łąkę, którą widziałam przez drzwi na dole, lecz z drugiego piętra lepiej było widać wzgórze wznoszące się ku zamkowi, a nad lasem dostrzegłam szczyt wieży wskazującej na niebo.

Na biurku leżał starannie złożony koc piknikowy w szkocką kratę, a obok powitalny koszyk z owocami. Dzień był pogodny, okolica zachwycająca, wcisnęłam więc koc pod pachę, wzięłam do ręki banana i ruszyłam na dół ze swoją nowo nabytą książką pod tytułem Milderhurst Raymonda Blythe’a.

Na podwórzu powietrze słodził zapach jaśminu, którego białe kaskady spływały po drewnianej altance na skraju trawnika. W stawie tuż pod powierzchnią wody pływały olbrzymie karasie i kołysząc pulchnymi ciałami w przód i w tył, umizgiwały się do popołudniowego słońca. Bardziej jednak niż urokliwy ogród przyciągało mnie dalekie pasmo drzew, ruszyłam więc w tamtym kierunku, brodząc przez wysoką trawę przyprószoną samosiejkami jaskrów. Chociaż lato jeszcze się nie zaczęło, dzień był wyjątkowo ciepły, powietrze suche, tak więc zanim dotarłam do pierwszych drzew, moje czoło zrosiły krople potu.

Rozłożyłam koc w półcieniu nakrapianym promieniami słońca i zrzuciłam pantofle. Gdzieś w pobliżu nad kamieniami trajkotał płytki strumień, na leciutkim wietrze żeglowały motyle. Koc pachniał uspokajająco płatkami mydlanymi i zgniecionymi liśćmi, a kiedy usiadłam, otoczyła mnie ze wszystkich stron ściana wysokiej trawy, tak że czułam się odizolowana od całej reszty świata.

Oparłam sobie Milderhurst Raymonda Blythe’a o podkulone kolana i pogładziłam książkę dłonią. Ilustracja na okładce pokazywała rozsypane czarno-białe zdjęcia, jakby wypadły komuś z ręki: śliczne dzieci w staromodnych sukieneczkach, dawne pikniki nad migoczącym stawem, rządek pływaków szykujących się do skoku nad fosą, poważne miny ludzi, dla których obrazy uwięzione na papierze fotograficznym graniczyły z magią.

Otworzyłam książkę na pierwszej stronie i zaczęłam czytać.

ROZDZIAŁ 1

Człowiek Kentu

Niektórzy twierdzili, że Człowiek z Błota nigdy się nie urodził,że istniał od zawsze, tak jak wiatr, drzewa i ziemia.Mylili się, wszystkie żywe stworzenia kiedyś się rodzą,wszystkie mają dom i Człowiek z Błotanie różnił się od innych.

Są pisarze, którym świat fikcji daje okazję do wspinania się na niewidzialne szczyty i tworzenia fantastycznych światów, lecz dla Raymonda Blythe’a, podobnie jak dla nielicznych innych powieściopisarzy tego okresu, szczerą i najpłodniejszą inspiracją, zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy, był dom. Jego listy i artykuły napisane w ciągu siedemdziesięciu pięciu lat życia łączy jeden wątek: Raymond Blythe był wielkim domatorem, odnajdującym wytchnienie, azyl, a na koniec również religijne natchnienie w spłachetku ziemi, który od stuleci należał do jego przodków. Rzadko się zdarza, by dom rodzinny stał się dla pisarza tak oczywistym materiałem literackim, jak w powieści gotyckiej dla młodzieży zatytułowanej Prawdziwa historia Człowieka z Błota. Jednak długo przed powstaniem tego wiekopomnego dzieła zamek, stojący na żyznym wzgórzu zielonych terenów hrabstwa Kent, pośród pól uprawnych, mrocznych, rozszeptanych lasów i ogrodów, na które po dziś dzień spogląda z wysoka, przygotowywał się, aby uczynić Raymonda Blythe’a legendą literatury.

Przyszedł na świat w komnacie na drugim piętrze zamku Milderhurst w najgorętszy dzień lata 1866 roku. Jako pierworodny syn Roberta i Atheny Blythe’ów otrzymał imię po dziadku ze strony ojca, człowieku, który zdobył fortunę na złotonośnych terenach Kanady. Był najstarszym z czterech braci, najmłodszy Timothy zginął tragicznie podczas burzy w 1876. Athena Blythe, która również zasłynęła jako poetka, przeżyła głębokie załamanie po śmierci syna i wkrótce po pogrzebie pogrążyła się w depresji, z której się już nie otrząsnęła. Odebrała sobie życie, skacząc z wieży zamkowej. Pozostawiła męża, poezję oraz trzech małych synków.

Na sąsiedniej stronie zamieszczono fotografię pięknej kobiety z misternie ufryzowanymi ciemnymi włosami, wyglądającej przez otwarte okno na główki czterech małych chłopców ustawionych według wzrostu. Obraz był nieostry, jak wszystkie stare, amatorskie fotografie, a pod spodem widniała data 1875. Najmniejszy chłopiec Timothy musiał się poruszyć, kiedy robiono zdjęcie, bo jego uśmiechnięta twarzyczka wyszła trochę rozmazana. Biedny maluch, nie miał pojęcia, że zostało mu ledwie parę miesięcy życia.

Przebiegłam wzrokiem kilka następnych akapitów — powściągliwy, wiktoriański ojciec, szkoła w Eton, stypendium w Oksfordzie — do miejsca, gdy Raymond Blythe osiągnął dojrzałość.