Milcząca żona - Karin Slaughter - ebook

Milcząca żona ebook

Karin Slaughter

4,5

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Obserwuje.

Czeka.

Atakuje.

Która będzie następna?

PRAGNĄŁ TYLKO MIŁOŚCI…

Prowadząc śledztwo w sprawie zabójstwa, do jakiego doszło podczas zamieszek w więzieniu stanowym, śledczy Will Trent otrzymuje niepokojącą informację. Jeden z osadzonych twierdzi, że nie jest winny brutalnego przestępstwa, o które go oskarżono. Uważa, że został wrobiony przez skorumpowanych przedstawicieli organów ścigania, a rzeczywisty sprawca – seryjny zabójca kobiet – nadal jest na wolności. Osadzony stawia warunek: jeśli Will wznowi śledztwo w jego sprawie, on dostarczy GBI informacji koniecznej do rozwikłania sprawy zabójstwa w więzieniu.

Zaledwie kilka dni wcześniej kolejna młoda kobieta padła ofiarą bestialskiego mordu w parku narodowym na północy Georgii. To przypadek czy dzieło seryjnego zabójcy?

W miarę jak Will Trent bada okoliczności obu przestępstw, coraz wyraźniej dostrzega, że musi wrócić do starej sprawy, by znaleźć odpowiedź. Minęło prawie dziesięć lat – wspomnienia zdążyły ulecieć, świadkowie zapadli się pod ziemię, dowody zniknęły, a kłamstwa stały się prawdą. Will nie zdoła jednak wyjaśnić tej tajemnicy bez pomocy jedynej osoby, której nie chce w to wikłać: swojej dziewczyny, lekarki sądowej Sary Linton.

Kiedy przeszłość zderza się z teraźniejszością, Will uświadamia sobie, że może stracić wszystko, na czym mu zależy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 703

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla Wednesday

Speak to me.

Let me have a look inside these eyes while I’m learning.

Please don’t hide them just because of tears.

Let me send you off to sleep with a “There, there, now

stop your turning and tossing”.

Let me know where the hurt is and how to heal.

Spare me? Don’t spare me anything troubling.

Trouble me, disturb me with all your cares and your worries.

Speak to me and let our words build a shelter from the storm[1].

[1]Mów do mnie,

Pozwól mi zajrzeć w głąb twych oczu, kiedy się uczę.

Nie skrywaj ich z powodu łez,

Zaśnij wsłuchany w moje „Już dobrze, teraz leż spokojnie”.

Powiedz, gdzie cię boli i jak ukoić ten ból.

Oszczędź mnie? Nie szczędź mi niepokoju.

Dręcz mnie i obarczaj troskami.

Mów do mnie i niech

Nasze słowa staną się schronieniem przed burzą.

Fragment piosenki Trouble Me autorstwa Natalie Merchant i Dennisa Drew z grupy 10.000 Maniacs. (Przyp. red.).

Ta książka jest fikcją. Dlatego pozwoliłam sobie na dowolność w kwestii chronologii.

PROLOG

Beckey Caterino wpatrywała się w najdalsze zakątki studenckiej lodówki. Z narastającą irytacją omiatała wzrokiem etykietki w poszukiwaniu swoich inicjałów na czymkolwiek: opakowaniu serka wiejskiego, gotowym daniu, bajglu, wegańskim hot dogu czy choćby kawałku marchewki.

KP, Kayleigh Pierce. DL, Deneshia Lachland. VS, Vanessa Sutter.

– Suki. – Energicznie zatrzasnęła drzwi lodówki, aż zabrzęczały butelki piwa. Poczęstowała kopniakiem najbliższą rzecz, jaka jej się nawinęła. Tak się złożyło, że był to kosz na śmieci.

Ze środka wypadły puste kubeczki po jogurcie. Po ziemi potoczyły się zmięte torebki po niskotłuszczowym popcornie. Zgniecione butelki po dietetycznej coli. Wszystko podpisane permanentnym markerem, oznaczone dwiema literkami.

BC.

Beckey patrzyła na puste opakowania po jedzeniu, które kupiła za swoje skromne środki. Wszystko wyżarły jej koszmarne współlokatorki, podczas gdy ona siedziała całą noc w bibliotece, przygotowując pracę semestralną, która miała jej zapewnić pięćdziesiąt procent końcowej oceny z chemii organicznej. O siódmej rano czekały ją konsultacje z wykładowczynią. Miała zyskać pewność, że idzie w słusznym kierunku.

Spojrzała na zegarek.

Godzina 4:57.

– Przeklęte suki! – wrzasnęła w stronę sufitu. Zapaliła wszystkie światła, a bosymi stopami niemal wypaliła ślady na wykładzinie w korytarzu. Była wykończona, ledwo utrzymywała równowagę. Torebka czipsów doritos i dwie olbrzymie cynamonowe bułeczki z automatu zamieniły się w żołądku w stwardniały beton. Jedyne, co wyciągnęło ją z biblioteki o tej porze do akademika, to obietnica normalnego posiłku.

– Wstawaj, złodziejko! – Walnęła pięścią w drzwi Kayleigh tak mocno, że otworzyły się szeroko.

W pokoju wisiał dym palonej trawki. Kayleigh wyjrzała spod kołdry, a leżący obok niej facet przewrócił się na bok.

Markus Powell. Chłopak Vanessy.

– Cholera! – Kayleigh wyskoczyła z łóżka. Była całkiem naga, jeśli nie liczyć skarpetki na lewej nodze.

Beckey waliła pięściami w ściany w drodze do swojej sypialni. Najmniejszej sypialni, którą zajęła z własnej woli, ponieważ nie umiała stanąć okoniem wobec trzech swoich rówieśnic dysponujących o wiele zasobniejszymi kontami.

– Nie możesz powiedzieć o tym Nessie! – Wciąż naga Kayleigh biegła za nią. – To nic nie znaczyło, Beck. Urżnęliśmy się i…

„Urżnęliśmy się i…”.

Każda idiotyczna historyjka, którą opowiadały te wredne pindy, zaczynała się od tych trzech słów. Kiedy Vanessa została przyłapana na robieniu laski chłopakowi Deneshii. Kiedy brat Kayleigh nasikał w garderobie. Kiedy Deneshia „pożyczyła” od niej majtki. Zawsze były pijane, ujarane albo bzykały się z kim popadnie, ponieważ to nie był college, to był Dom Wielkiego Brata, z którego nie można cię wywalić na bruk i w którym każdy łapie rzeżączkę.

– Beck, wyluzuj. – Kayleigh pocierała się po nagich ramionach. – Ona i tak chciała z nim zerwać.

Beckey mogła albo zacząć wrzeszczeć na całe gardło, albo wypaść stąd jak oparzona.

– Beck…

– Idę pobiegać. – Otworzyła szufladę, by znaleźć skarpetki, ale wszystkie były nie do pary. Oczywiście. Jej ulubiony sportowy stanik leżał pod łóżkiem. Wyjęła z kosza brudne szorty do biegania, włożyła dwie różne skarpetki, jedną z dziurą na pięcie, ale perspektywa nabawienia się pęcherza mniej ją dołowała, niż gdyby miała tu zostać i szaleć w ataku wściekłości na wszystko i wszystkich.

– Beckey, nie bądź taką jędzą. Ranisz moje uczucia.

Beckey zignorowała te jęki. Owinęła słuchawki wokół szyi, dziwiąc się, że jej iPod leżał dokładnie tam, gdzie powinien. Kayleigh była dyżurną męczennicą w akademiku, wszystkie występki popełniała w imię wyższego dobra. Spała z Markusem, ponieważ Vanessa złamała mu serce. Spisała wyniki testu od Deneshii tylko dlatego, że jej matka byłaby zrozpaczona, gdyby córka zawaliła kolejny rok. Wyżarła Beckey makaron z serem, ponieważ jej ojciec martwił się, że jest za chuda.

– Beck… – zmieniła strategię. – Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać? O co ci chodzi?

Beckey już się zbierała, by jej to wyjaśnić, gdy nagle jej wzrok padł na szafkę nocną, gdzie zawsze kładła spinkę do włosów. Teraz jej nie było.

Poczuła, że uchodzi z niej powietrze.

Kayleigh uniosła ręce w geście sugerującym niewinność.

– Ja jej nie wzięłam.

Na chwilę Beckey poraził widok idealnie okrągłych otoczek jej piersi, które spoglądały na nią niczym druga para oczu.

– No dobrze, stara, wyjadłam twoje gówniane żarcie z lodówki, ale nigdy nie tknęłabym twojej spinki. Wiesz o tym.

Beckey poczuła, że w jej piersi otwiera się czarna dziura. Spinka była zrobiona z taniego plastiku, kupuje się takie w zwykłych drogeriach, ale dla niej znaczyła więcej niż cokolwiek innego na świecie, ponieważ była ostatnią rzeczą, jaką dała jej mama, zanim wsiadła do auta, ruszyła do pracy i zginęła przez pijanego kierowcę, który jechał pod prąd na drodze międzystanowej.

– Ej, Blair i Dorota, intrygujcie ciszej. – W drzwiach swojej sypialni stanęła Vanessa. Była spuchnięta od snu, oczy miała jak szparki. Omiotła wzrokiem nagą Kayleigh i zwróciła się do Beckey: – Dziewczyno, nie możesz biegać w porze gwałtów.

Zostawiając za plecami zołzy, ruszyła przed siebie. Korytarz, kuchnia, salon. Wypadła za drzwi na kolejny korytarz. Potem trzy piętra w dół i przez główny pokój rekreacyjny do szklanych drzwi frontowych, które otwierało się kartą magnetyczną, żeby wejść do środka, ale chrzanić to. Musiała uciec od tych trzech potworów. Jak najdalej od ich codziennej wrogości. Od ich kąśliwości, sterczących cycków i taksujących spojrzeń.

Krople rosy osiadały jej na nogach, gdy przecinała trawiasty dziedziniec kampusu. Przeskoczyła betonową barierkę i wbiegła na główną drogę. Powietrze było jeszcze chłodne. Jedna po drugiej gasły latarnie uliczne. Wstawał świt. Drzewa spowijał jeszcze cień. Usłyszała czyjś kaszel w oddali. Wzdrygnęła się nagle.

Pora gwałtów.

Jakby je obchodziło, czy zostanie zgwałcona. Jakby się przejmowały, że ledwo wystarcza jej pieniędzy na jedzenie, że musi pracować więcej od nich, uczyć się więcej, biegać więcej, lecz zawsze, bez względu na to, jak bardzo się starała, i tak lądowała dwa kroki od miejsca, które było dla reszty punktem wyjścia.

Blair i Dorota.

Popularna dziewczyna i wierna pulchna pokojówka z Plotkary. Nietrudno zgadnąć, której z nich przypisano czyją rolę.

Włożyła słuchawki. Wcisnęła PLAY na iPodzie przyczepionym do poły bluzy. Zaczął raper Flo Rida.

Can you blow my whistle baby, whistle baby…[2].

Jej stopy uderzały w ziemię w tempie zgodnym z rytmem piosenki. Minęła frontową bramę, która oddzielała kampus od smutnego małego centrum. Nie było tu barów ani innych miejsc spotkań dla studentów, ponieważ uniwersytet mieścił się w hrabstwie, w którym sprzedaż alkoholu była zakazana. Tata twierdził, że przypomina serialowe Mayberry, tyle że jest bardziej białe i nudne. Sklep żelazny. Przychodnia dla dzieci. Komisariat. Sklep odzieżowy. Starszy mężczyzna, właściciel bistra, polewał chodnik szlauchem. Słońce wznosiło się ponad czubki drzew, przesycając wszystko niesamowitą pomarańczowoczerwoną poświatą. Na widok Beckey mężczyzna uchylił bejsbolówki w geście powitania. Potknęła się na szczelinie w asfalcie, ale złapała równowagę. Patrzyła prosto przed siebie, udając, że nie widzi, jak mężczyzna rzuca szlauch i rusza jej z pomocą, ponieważ myśli Beckey krążyły wokół prawdy, że wszyscy ludzie na świecie to dupki, a jej życie jest beznadziejne.

– Beckey – powiedziała jej mama, wyjmując z torebki plastikową spinkę do włosów – tym razem mówię serio. Masz mi ją oddać.

Spinka do włosów. Dwa grzebienie połączone zawiasami z jednym ułamanym zębem, cętkowane jak kot. Julia Stiles nosiła taką w Zakochanej złośnicy. Beckey oglądała to z mamą setki razy, ponieważ był jednym z nielicznych filmów, które obie uwielbiały.

Kayleigh nie ukradłaby spinki z nocnego stolika. Była bezduszną zołzą, ale wiedziała, ile ta rzecz znaczy dla Beckey. Pewnego wieczoru nawaliły się i Beckey opowiedziała jej całą historię. Że była na lekcji angielskiego, kiedy dyrektor przyszedł po nią do klasy. Że na korytarzu czekała na nią policjantka, a ona przeraziła się na jej widok, bo nigdy wcześniej nie miała kłopotów, ale okazało się, że chodzi o coś innego. Gdzieś w głębi duszy czuła, że stało się coś strasznego, ponieważ kiedy policjantka zaczęła mówić, słyszała tylko niektóre słowa, jakby rozmawiały przez telefon, a na linii były zakłócenia.

Matka… droga międzystanowa… pijany kierowca…

Odruchowo sięgnęła wtedy po spinkę we włosach. To była ostatnia rzecz, jakiej dotknęła mama przed wyjściem z domu. Poluzowała ją, przeczesała palcami włosy, by ją strząsnąć. Ścisnęła w dłoni plastikową spinkę tak mocno, że złamała jeden z ząbków. Pomyślała wtedy, że mama ją zabije. „Masz mi ją oddać”. Ale potem dotarło do niej, że mama nie może jej zabić, ponieważ sama nie żyje.

Zbliżając się do końca Main Street, otarła łzy. W lewo czy w prawo? W stronę jeziora, gdzie mieszkali profesorowie i zamożni ludzie, czy w stronę niewielkich parceli z dużymi przyczepami kempingowymi i skromnymi domkami?

Skręciła w prawo, oddalając się od jeziora. W iPodzie Flo Rida ustąpił miejsca Nicki Minaj. Żołądek Beckey trawił czipsy kukurydziane i bułeczki cynamonowe, jego zawartość raz po raz podchodziła jej do gardła. Wyłączyła muzykę, słuchawki opadły na szyję, a palące płuca sygnalizowały, że zaraz odmówią posłuszeństwa. Zignorowała te sygnały. Łapała powietrze otwartymi ustami, oczy ją szczypały na wspomnienie, jak siedziały z mamą na kanapie, chrupały niskokaloryczny popcorn i śpiewały z Heathem Ledgerem Can’t Take My Eyes Off You[3].

You’re just too good to be true…[4]

Beckey przyspieszyła. W tej smutnej dzielnicy w powietrzu wisiał zapach stęchlizny. Nazwy ulic odnosiły się do śniadaniowych potraw. SW Omelet Road. Hashbrown Way. Dziwne, ulica Omletowa czy Plackowa? Nigdy nie chodziła w tym kierunku, zwłaszcza o tej godzinie. Pomarańczowoczerwone światło przeszło w brudny brąz. Na ulicy stały zdezelowane furgonetki i stare auta. Z domów obłaziła farba. Wiele okien było zabitych deskami. Poczuła palący ból pięty. A to niespodzianka. Przez dziurawą skarpetkę robił się pęcherz. Przypomniała sobie, jak Kayleigh wyskakiwała z łóżka w samej skarpetce. Jej skarpetce.

Zwolniła kroku. Po chwili stanęła na środku ulicy. Oparła ręce na kolanach i pochyliła się, by złapać oddech. Czuła tysiące igieł w stopie, jakby żądlił ją szerszeń uwięziony w bucie. Nie zdoła wrócić na kampus bez zdarcia pięty, a o siódmej rano miała spotkanie z doktor Adams w sprawie pracy semestralnej. Nie wiedziała, która godzina, ale wiedziała jedno: doktor Adams będzie zła, jeśli się nie zjawi. To nie liceum. Wykładowcy mogli dać nieźle popalić studentowi, który marnował ich czas.

Kayleigh musi po nią przyjechać. Była żałosna, ale nigdy nie odmawiała, gdy wzywano ją na ratunek, nawet jeśli chodziło tylko o jej zamiłowanie do dramatyzowania. Beckey sięgnęła do kieszeni, ale w tej samej chwili pamięć podsunęła jej inny obrazek: w bibliotece chowa telefon do plecaka, a po powrocie do akademika upuszcza plecak na podłogę w kuchni.

Była bez telefonu. Nie mogła wezwać Kayleigh na pomoc.

Słońce stało już wyżej nad drzewami, ale Beckey czuła osaczający ją mrok. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Nikt nie czekał na jej powrót. Znalazła się w nieznanej okolicy. Nieznanej złej okolicy. Zapukanie do czyichś drzwi i prośba o skorzystanie z telefonu wyglądałoby jak początek telewizyjnego programu kryminalnego. Beckey niemal słyszała w uszach głos narratora:

– Współlokatorki Beckey pomyślały, że potrzebuje czasu, by się uspokoić. Doktor Adams założyła, że Beckey nie przyszła na umówiony termin, ponieważ nie dokończyła pisemnej pracy. Nikt nie przypuszczał, że wściekła studentka pierwszego roku zapukała do drzwi gwałciciela kanibala…

Gryzący odór zgnilizny przywrócił ją do rzeczywistości. Na skrzyżowanie u wylotu ulicy wjechała śmieciarka i zatrzymała się ze zgrzytem hamulców. Z tyłu zeskoczył mężczyzna w kombinezonie, przetoczył kubeł w stronę śmieciarki i umieścił go na podnośniku. Beckey patrzyła, jak zawartość kubła wpada do kontenera, a w środku uruchamia się system zgniatania śmieci. Facet w kombinezonie nawet nie spojrzał w jej kierunku, ale Beckey nagle poczuła, że jest obserwowana.

Pora gwałtów…

Odwróciła się, próbując przypomnieć sobie, czy skręciła tu w prawo, czy w lewo. Nie widziała znaku z nazwą ulicy. Wrażenie, że jest obserwowana, jeszcze się spotęgowało. Omiotła spojrzeniem domy, wnętrza furgonetek i aut osobowych. Nie napotkała niczyjego wzroku. W oknach nie poruszyła się żadna kotara. Żaden gwałciciel kanibal nie stanął w progu, oferując jej pomoc.

Mózg skłonił ją do tego, czego kobiety nie powinny robić: zbeształ za panikowanie, stłumił wewnętrzne przeczucie, kazał pchać się w sytuację budzącą strach, zamiast natychmiast uciekać.

Beckey rozważała argumenty za i przeciw:

Zejdź ze środka ulicy. Trzymaj się blisko domów, ponieważ są w nich ludzie. Krzycz wniebogłosy, jeśli ktoś się zbliży. Wracaj do kampusu, bo tam będziesz bezpieczna.

Dobre rady, tylko gdzie jest kampus?

Przecisnęła się bokiem między zaparkowanymi autami i znalazła się nie na chodniku, lecz na wąskim skrawku porośniętej chwastami ziemi między dwoma domami. W mieście nazwałaby to uliczką, ale to przypominało raczej opuszczoną działkę. Na ziemi leżały niedopałki i potłuczone butelki po piwie. Za domami zobaczyła skoszone pole, a tuż za wzniesieniem terenu rozciągał się las.

Wybranie takiej trasy wydawało się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale Beckey znała plątaninę ścieżek przecinających ten las. Spodziewała się, że spotka tam studentów o osobowości typu A, jadących na rowerach, zmierzających nad jezioro poćwiczyć tai-chi albo biegających przed porannymi zajęciami. Spojrzała w górę, kierując się położeniem słońca. Idąc na zachód, dotarłaby do kampusu. Z pęcherzem czy bez i tak musiała wrócić do akademika, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na oblanie chemii organicznej.

Beknęła głośno i poczuła w ustach kwaśny posmak z nutką cynamonu. Treść żołądka podeszła do gardła. Przypomniały o sobie przekąski z automatu. Musiała wrócić do akademika, zanim zwymiotuje. Nie chciała rzygać w trawie jak kot.

Idąc między dwoma domami, drżała tak bardzo, że zaczęła dzwonić zębami. Na otwartej przestrzeni przyspieszyła kroku. Przy każdym dotknięciu piętą ziemi pęcherz szczypał niemiłosiernie, a Beckey krzywiła się, co przynosiło chwilową ulgę. Potem nastał czas zaciskania zębów. Truchtając, czuła na plecach palące spojrzenie tysięcy oczu, które prawdopodobnie wcale jej nie obserwowały.

Prawdopodobnie.

W lesie temperatura wyraźnie spadła. W jej polu widzenia pojawiały się i znikały cienie. Bez trudu znalazła jedną ze ścieżek, po której biegała miliony razy. Wyciągnęła rękę w stronę iPoda, ale zmieniła zdanie. Chciała wsłuchać się w ciszę lasu. Przez gęste korony drzew przedarł się ledwie jeden promień słońca. Pomyślała o dzisiejszym poranku. Stoi przed lodówką. Zimne powietrze ze środka schładza jej rozpalone policzki. Puste torebki po popcornie i butelki po coli walają się po podłodze. Zwrócą jej za jedzenie. Zawsze oddawały pieniądze. Nie były złodziejkami. Po prostu nie chciało im się chodzić do sklepu ani przygotować listy produktów, gdy Beckey proponowała, że zrobi dla nich zakupy.

– Beckey?

Na dźwięk męskiego głosu odwróciła głowę, ale reszta jej ciała poruszała się do przodu. Zobaczyła jego twarz w ułamku sekundy między potknięciem a upadkiem. Wyglądał na życzliwego i zatroskanego. Wyciągnął do niej rękę.

Uderzyła głową o coś twardego. Poczuła krew w ustach. Nagle straciła ostrość widzenia. Próbowała przewrócić się na bok, ale nie była w stanie. Zahaczyła o coś włosami. Coś je ciągnęło, szarpało. Sięgnęła ręką za głowę. Spodziewała się znaleźć tam spinkę mamy. Zamiast tego poczuła drewno, potem stal, po chwili z zamazanego obrazu wyłoniła się twarz mężczyzny, a do Beckey dotarło, że przedmiot, który tkwi w jej czaszce, to młotek.

[2]Możesz dmuchnąć w mój gwizdek, mała? Cytat z piosenki Whistle rapera Tramara Dillarda, znanego jako Flo Rida. (Przyp. red.).

[3]Nie mogę oderwać od ciebie oczu. Piosenkę tę wykonał po raz pierwszy Frankie Valli (1967), później doczekała się wielu wersji. (Przyp. red.).

[4]Jesteś zbyt cudowna, żeby być prawdziwa. Cytat z piosenki Can’t Take My Eyes Off You. (Przyp. red.).

ATLANTA

1

Will Trent szukał wygodnej pozycji dla swoich długich nóg. Przy stu dziewięćdziesięciu centymetrach wzrostu ledwo mieścił się w mini cooperze swojej partnerki. Czubek jego głowy stykał się z szyberdachem, ale fotelik dziecięcy na tylnym siedzeniu znacznie ograniczał miejsce z przodu. Will musiał trzymać kolana razem, by przypadkiem nie przełączyć dźwigni na bieg jałowy. Pewnie wyglądał jak człowiek guma, lecz w tej chwili uważał się raczej za pływaka raz po raz zanurzającego się w rozmowie, którą Faith Mitchell toczyła sama ze sobą. Zamiast powtarzać sekwencję ramię-ramię-oddech, odpłynął myślami, w regularnych odstępach czasu rzucając pytanie:

– Że co?

– O trzeciej w nocy piszę zjadliwą jednogwiazdkową opinię o wyciskarce do cytrusów – Faith oderwała dłonie od kierownicy, by wykonać gest pisania na klawiaturze – i wtedy uświadamiam sobie, że włożyłam do zmywarki kapsułkę do prania, co jest kompletnym wariactwem, bo przecież pralnia jest na górze, a dziesięć minut później gapię się w okno i myślę: „Czy majonez to naprawdę instrument muzyczny?”.

Will usłyszał w jej głosie pytającą intonację, nie wiedział jednak, czy Faith oczekuje od niego odpowiedzi. Próbował odtworzyć w pamięci treść rozmowy. Ćwiczenie okazało się trudne. Siedzieli w aucie prawie od godziny, a Faith zdążyła powiedzieć – niekoniecznie w tej kolejności – o wygórowanych cenach kleju w sztyfcie, o centrach rozrywki rodzinnej Chuck E. Cheese i o torturach, które przeżywała, gdy inni rodzice zamieszczali zdjęcia swoich dzieci wracających do szkoły, podczas gdy ona ciągle miała w domu malucha.

Will przechylił głowę, wpływając z powrotem w nurt rozmowy.

– Dochodzimy do momentu, w którym Mufasa wpada do wody i ginie. – Teraz Faith najwyraźniej mówiła o filmie. – Emma zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy zupełnie jak Jeremy, kiedy był w jej wieku, i wtedy uświadomiłam sobie, że urodziłam dwoje dzieci oddzielonych w czasie dwoma wersjami Króla Lwa.

Will znowu odpłynął. Gdy Faith wspomniała o swojej dwuletniej córce, poczuł ściskanie w brzuchu. Poczucie winy rozsiało się jak śrut w klatce piersiowej.

Omal nie zabił Emmy.

Jak do tego doszło? On i jego dziewczyna opiekowali się Emmą. Sara siedziała w kuchni nad papierami. Will siedział w salonie z Emmą. Pokazywał jej, jak zmienić maleńką baterię w minirobocie Hex Bug. Zabawka leżała rozłożona na części na stoliku kawowym. Will trzymał na czubku palca bateryjkę rozmiarów miętusa, by pokazać ją Emmie. Wyjaśniał, że powinni bardzo uważać, by nie zostawiać tego gdzie popadnie, ponieważ Betty, jego suczka, mogła przypadkiem ją połknąć. Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, Emma nachyliła się i wciągnęła bateryjkę do buzi.

Will był agentem Georgia Bureau of Investigation, w skrócie GBI, czyli stanowej agencji śledczej. Doświadczał sytuacji, w których ważyły się życie i śmierć, a jedynym czynnikiem przeważającym szalę była jego błyskawiczna reakcja.

Kiedy bateria zniknęła w buzi Emmy, sparaliżowało go z przerażenia.

Palec sterczał mu w powietrzu bezradnie. Serce złożyło się jak rower wokół słupa telefonicznego. Widział tylko w zwolnionym tempie, jak Emma siada sobie wygodnie z uśmieszkiem na anielskiej buzi i szykuje się do połknięcia bateryjki.

Wtedy Sara uratowała ich wszystkich. Kiedy Emma zaczęła łykać baterię, zanurkowała niczym drapieżny ptak, wsadziła Emmie palec do ust i wyciągnęła baterię.

– W każdym razie stoję w kolejce do kasy i zerkam tej dziewczynie przez ramię, a ona bluzga w esemesach do swojego chłopaka. – Faith przeszła do opowiadania innej historii. – Potem odchodzi, a ja już na zawsze zostaję z pytaniem, czy jej chłopak rzeczywiście wylądował w łóżku z jej siostrą.

Bark Willa omal nie wybił szyby, gdy mini weszło w ostry zakręt. Zbliżali się do więzienia stanowego. Tam miała czekać Sara. Poczucie winy wobec Emmy ustąpiło miejsca niepokojowi związanemu z perspektywą spotkania.

Will znowu zaczął się wiercić na siedzeniu. Plecy koszuli odkleiły się od skórzanego oparcia. Chociaż raz nie pocił się z gorąca. Pocił się na myśl o swoim związku z Sarą.

Wszystko układało się doskonale, z drugiej strony szło coraz gorzej.

Z pozoru nic się nie zmieniło. Nadal spędzali więcej nocy razem niż osobno. Podczas weekendu konsumowali wspólnie jej ulubiony posiłek, niedzielne śniadanie nago, oraz jego ulubiony posiłek, niedzielne drugie śniadanie nago. Sara całowała go tak samo. Czuł, że kocha go tak samo. Nadal rzucała brudne rzeczy kilka centymetrów od kosza na pranie, nadal zamawiała sałatkę, po czym wyjadała mu połowę frytek, ale coś było nie tak. Bardzo nie tak.

Kobieta, która przez ostatnie dwa lata wierciła mu dziurę w brzuchu, zmuszając do mówienia o rzeczach, o których nie chciał mówić, nagle oznajmiła, że jeden temat rozmów jest zabroniony.

Oto jak do tego doszło:

Sześć tygodni temu wrócił do domu po pracy. Sara siedziała przy stole kuchennym. Nagle zaczęła mówić o przebudowie domu. Wręcz o demolce, dzięki której miałaby więcej miejsca dla siebie, co było komunikatem nie wprost, że powinni zamieszkać razem, co z kolei skłoniło Willa do złożenia propozycji nie wprost, że powinni pobrać się w kościele, bo to uszczęśliwiłoby jej matkę.

I wtedy usłyszał trzask, gdy ziemia zamarzła jej pod stopami i lód skuł wszystkie powierzchnie, a z ust Sary buchnęła para, kiedy zamiast powiedzieć: „Tak, kochany, z radością za ciebie wyjdę!” – wydobyła z siebie ton bardziej lodowaty niż sople zwisające z sufitu: „A co, kurwa, moja matka ma do tego?!”.

Kłócili się, co było trudne dla Willa, ponieważ nie bardzo wiedział, co jest przedmiotem ich sporu. Zainkasował kilka słownych ciosów pod adresem swojego domu tak bardzo dla niej nieodpowiedniego, co przemieniło się w spór o pieniądze, który poprawił jego pozycję, ponieważ Will był biednym pracownikiem budżetówki, a Sara… cóż, Sara obecnie też była biedną pracownicą sfery budżetowej, ale przedtem zamożną panią doktor.

Kłótnia trwała do momentu, aż nadeszła pora spotkania z rodzicami Sary przy brunchu. Wtedy Sara wprowadziła na następne trzy godziny moratorium na rozmowy o małżeństwie czy wspólnym zamieszkaniu. Te trzy godziny rozciągnęły się na cały dzień, potem na resztę tygodnia. W tej chwili mijało już sześć tygodni, odkąd Will mieszkał z wystrzałową współlokatorką, która nadal pragnęła z nim seksu, ale rozmawiać chciała tylko o tym, co zamówić na kolację, o determinacji młodszej siostry do marnowania sobie życia i jak łatwe było przyswojenie dwudziestu algorytmów pomagających w ułożeniu kostki Rubika.

Faith wjechała na parking więzienia, mówiąc:

– No jasne, cała ja, właśnie teraz musiałam dostać okres.

Na czas manewru parkowania zamilkła. Jej ostatnie zdanie nie brzmiało jak fraza kończąca dłuższy wywód. Czy Faith oczekiwała odpowiedzi? Na pewno tak.

Will zdecydował się na ogólnikową wersję:

– Do bani.

Faith wyglądała na zaskoczoną, jakby dopiero się zorientowała, że ma w aucie pasażera.

– Co jest do bani?

Teraz Will pojął, że Faith zdecydowanie nie oczekiwała odpowiedzi.

– Jezu, Will. – Przełożyła dźwignię skrzyni biegów w pozycję parkowania. – Może następnym razem uprzedzisz mnie, że zamierzasz słuchać mojego ględzenia?

Wysiadła z auta i pomaszerowała w stronę wejścia dla personelu więzienia. Will patrzył na jej plecy, ale wyobrażał sobie, jak jego partnerka psioczy pod nosem. Zamachała identyfikatorem w stronę kamery przed bramą. Will potarł twarz i wciągnął w płuca rozgrzane powietrze we wnętrzu auta. Czy wszystkie kobiety w jego życiu były obłąkane, czy raczej on był idiotą?

Tylko idiota mógł zadać takie pytanie.

Otworzył drzwi i z trudem wygramolił się z mini. Głowę miał mokrą od potu. W ostatnim tygodniu października temperatura poza samochodem była niewiele niższa od tej w środku. Poprawił broń w kaburze. Znalazł swoją marynarkę między fotelikiem Emmy na tylnym siedzeniu a paczką starych krakersów serowych w kształcie rybek. Rozerwał torebkę i wsypał do ust całą zawartość, zerkając na więzienny autobus wyjeżdżający na drogę. Pojazd podskoczył na wyboju. Za okratowanymi oknami twarze osadzonych prezentowały różny stopień cierpienia.

Rzucił pustą torebkę po krakersach na tylne siedzenie, jednak po namyśle wziął ją ze sobą, ruszając w stronę wejścia dla personelu. Omiótł wzrokiem niski przygnębiający budynek. Więzienie Stanowe Phillips było więzieniem o średnim rygorze zlokalizowanym w Buford, godzinę drogi od Atlanty. Na dziesięciu oddziałach przebywało około tysiąca mężczyzn. W siedmiu oddziałach były podwójne cele, w pozostałych były cele pojedyncze, podwójne oraz izolatki dla osadzonych z kategorii MH/SM. MH oznaczało osadzonych ze zdiagnozowanymi problemami psychicznymi. SM – osadzonych wymagających szczególnego traktowania lub kurateli. Należeli do nich gliniarze i pedofile, dwie najbardziej znienawidzone grupy osadzonych w każdym więzieniu.

Był powód, dla którego więźniów kategorii MH i SM łączono w jedną grupę. Dla osoby postronnej pojedyncza cela mogła wydawać się luksusem. Dla więźnia pojedyncza cela oznaczała spędzanie dwudziestu godzin w ciągu doby w pozbawionym okien betonowym boksie o wymiarach dwa na cztery metry. I to po przełomowym procesie sądowym uznającym wcześniejsze przepisy określające zasady więziennej izolacji w Georgii za niehumanitarne.

Cztery lata wcześniej w Phillips oraz dziewięciu innych więzieniach stanowych w wyniku tajnej operacji FBI czterdziestu siedmiu skorumpowanych funkcjonariuszy więziennych straciło posady. Wszystkich pozostałych przerzucono w inne miejsca. Nowy naczelnik nie tolerował żadnych wyskoków, co miało swoje dobre i złe strony w zależności od zapatrywań na nieodłączne zagrożenia wynikające z przetrzymywania wściekłych odizolowanych mężczyzn. W więzieniu po dwóch dniach zamieszek wprowadzono bezwzględny zakaz opuszczania cel. W wyniku rozruchów sześciu funkcjonariuszy i trzech osadzonych odniosło poważne rany, a jeden z więźniów został zamordowany w stołówce.

I właśnie to morderstwo przywiodło ich do Phillips.

Według prawa stanowego GBI odpowiadało za dochodzenia w sprawie wszystkich śmierci, do jakich dochodziło za kratami. Osadzeni wywożeni autobusem nie mieli bezpośredniego związku z morderstwem, odegrali jednak pewną rolę w samych zamieszkach. Otrzymali coś, co nazwano „Terapią dieslową”. Naczelnik pozbywał się krzykaczy, rozrabiaków, pionków w rywalizujących gangach. Usunięcie wichrzycieli było korzystne dla więzienia, lecz zdecydowanie nie służyło odsyłanym mężczyznom. Tracili jedyne miejsce, które mogli nazwać domem, a jechali w inne, znacznie bardziej niebezpieczne. Zupełnie jakby zaczynali naukę w nowej szkole, w której zamiast wrednych dziewczyn i dręczycieli byli gwałciciele i zabójcy.

Na bramie wejściowej wisiała metalowa tablica z napisem „Departament Więziennictwa Stanu Georgia[5]”. Will wrzucił puste opakowanie po krakersach do kosza przy drzwiach i wytarł ręce w spodnie, by pozbyć się żółtego nalotu. Potem otrzepał spodnie, by usunąć z nich ślady dłoni.

Kamera wisiała pięć centymetrów nad jego głową. Musiał się cofnąć, by pokazać odznakę. Chwilę później rozległ się brzęczyk, a po nim szczęk metalu i Will wszedł do środka. Umieścił broń w skrytce i schował kluczyk do kieszeni. Potem musiał wyjąć go razem z całą zawartością kieszeni, by przejść przez kontrolę bezpieczeństwa. W głąb korytarza poprowadził go milczący funkcjonariusz, który przekazał mu komunikat ruchem brody: „Siema, brachu, twoja partnerka czeka tam, chodź za mną”.

Strażnik powłóczył nogami, zamiast iść normalnie. Był to nawyk nabyty w tej pracy. Po co się spieszyć, skoro wszystko w tym miejscu wygląda tak samo?

Więzienie brzmiało jak typowe więzienie. Osadzeni wrzeszczeli, walili w kraty, protestując przeciwko zakazowi opuszczania cel oraz/lub generalnej niesprawiedliwości. Will poluzował krawat. Pot spływał mu po karku. Więzienia celowo projektowano tak, by trudno było je ogrzać lub ochłodzić. Szerokie korytarze i ostre zakręty. Ściany z pustaków i linoleum na podłodze. Kible bez klapy w każdej celi i wydzieliny męskich ciał w ilościach mogących wzburzyć leniwy nurt rzeki Chattahoochee.

Faith czekała na niego pod zamkniętymi drzwiami, z opuszczoną głową zapisując coś w notesie. Gadatliwość pomagała jej w pracy. Zbierała informacje, gdy Will zajmował się strzepywaniem ze spodni śladów po krakersach.

Skinęła głową milczącemu strażnikowi, który zajął miejsce po drugiej stronie drzwi, po czym zwróciła się do Willa:

– Amanda właśnie przyjechała. Chce obejrzeć miejsce przestępstwa przed rozmową z naczelnikiem. Sześciu agentów z biura terenowego w północnej Georgii przez trzy godziny sprawdzało podejrzanych. Wchodzimy, jak tylko zawężą ich listę. Sara mówi, że będzie gotowa, kiedy my będziemy gotowi.

Will spojrzał przez szybę w drzwiach.

Sara Linton stała pośrodku stołówki w białym kombinezonie z tyveku. Długie kasztanowe włosy schowała pod niebieską bejsbolówką. Była lekarką medycyny sądowej pracującą dla GBI. Taki obrót spraw uszczęśliwiał Willa jeszcze sześć tygodni temu. Sara rozmawiała z Charliem Reedem, szefem techników kryminalistycznych w GBI. Klęczał, fotografując krwawy ślad buta. Gary Quintana, asystent Sary, trzymał przy śladzie miarkę, by na podstawie fotografii dało się określić prawdziwe wymiary.

Sara wyglądała na zmęczoną. Pracowała na miejscu przestępstwa od czterech godzin. Kiedy rano Will wyszedł pobiegać, z łóżka wyrwał ją telefon. Zostawiła Willowi liścik z serduszkiem dorysowanym na dole kartki.

Patrzył na nie dłużej, niż komukolwiek by się przyznał.

– Dobra – zaczęła Faith – zamieszki zaczęły się dwa dni temu. O jedenastej pięćdziesiąt osiem w sobotę.

Will oderwał myśli od Sary. Czekał na to, co jeszcze powie jego partnerka.

– Dwaj osadzeni zaczęli okładać się pięściami. Pierwszy strażnik, który próbował ich rozdzielić, dostał łokciem w skroń i upadł na podłogę, rozbijając sobie głowę. I w tedy zaczęła się jazda. Drugiego strażnika poddusili. Trzeciego, który przybiegł na ratunek kolegom, unieszkodliwili ciosem w głowę. Ktoś złapał paralizatory, ktoś inny klucze, i zaczęła się regularna rozróba. Najwyraźniej zabójca był na coś takiego przygotowany.

Will pokiwał głową przy słowie „najwyraźniej”, ponieważ zamieszki w więzieniach zaczynały się jak wysypka. Na początku zawsze pojawiało się ostrzegawcze swędzenie i zawsze był facet – albo grupa facetów – który wyczuwając to swędzenie, obmyślał plan, jak wykorzystać zamieszki dla własnej korzyści. Rozszabrować kantynę? Dać wycisk – czyli nauczkę – strażnikom? Pozbyć się kilku rywali?

Pytanie brzmiało, czy do zabójstwa doszło przypadkiem, czy było zaplanowane, ale trudno o tym przesądzić, gdy się stoi za drzwiami stołówki. Will znowu zerknął przez okienko. Naliczył trzydzieści stołów piknikowych, każdy na dwanaście osób, wszystkie przyśrubowane do podłogi. Po ziemi walały się tace, papierowe serwetki, psujące się resztki jedzenia. Zobaczył zaschnięte plamy po różnych płynach. Przeważała zaschnięta krew. Wybite zęby. Spod jednego ze stołów wystawała zastygła ręka. Will założył, że to ręka ofiary. Ciało mężczyzny leżało pod drugim stołem w pobliżu kuchni, plecami do drzwi. Jego biały więzienny uniform z niebieskimi pasiastymi elementami nadawał miejscu przestępstwa aurę masakry w lodziarni.

– Słuchaj – zaczęła Faith – jeśli ciągle martwisz się historią z Emmą i baterią, to przestań. Nie twoja wina, że wyglądają smakowicie.

Will domyślił się, że na widok Sary wysłał jakiś podświadomy sygnał, który Faith wyłapała.

– Małe dzieci są jak najgorsi współwięźniowie. Kiedy nie leżą ci na twarzy albo nie rozwalają chałupy, to drzemią, srają lub wymyślają, jak jeszcze cię wkurwić – powiedziała Faith.

Milczący strażnik uniósł brodę, potwierdzając prawdziwość jej słów.

Faith zwróciła się do niego:

– Da pan znać naszym ludziom, że tu jesteśmy?

Facet pokiwał głową. Jasna sprawa, paniusiu, służba nie drużba. Potem odszedł, powłócząc nogami.

Will obserwował Sarę przez szybę w drzwiach. Robiła notatki na podkładce z klipsem. Rozpięła kombinezon i przewiązała rękawy wokół talii. Zdjęła czapkę z daszkiem. Związała włosy w luźny koński ogon.

– To Sara? – zapytała Faith.

Will spojrzał na nią z góry. Często zapominał o jej mikrym wzroście. Jasne włosy. Niebieskie oczy. Wiecznie rozczarowane spojrzenie. Z rękami na biodrach i głową zadartą tak, że brodą sięgała jego klatki piersiowej, przypominała mu Pearl Pureheart, przyjaciółkę Mighty Mouse z kreskówki, o ile Pearl zaszłaby w ciążę jako piętnastolatka, a potem znowu w wieku trzydziestu dwóch lat.

To był pierwszy powód, dla którego Will nie rozmawiał z nią o Sarze. Faith nachalnie matkowała każdemu, kto wpadał na jej orbitę – od podejrzanego w areszcie po kasjerkę w supermarkecie. Will miał trudne dzieciństwo. Wiedział o świecie rzeczy, o których inne dzieci nie miały pojęcia, nie wiedział jednak, jak to jest mieć matczyną opiekę.

Po drugie: Faith była świetną policjantką. Potrzebowałaby zaledwie dwóch sekund na rozwiązanie sprawy Nagle Milczącej Dziewczyny.

Wskazówka numer jeden: Sara była wyjątkowo logiczną i spójną osobą, w przeciwieństwie do psychotycznej byłej żony Willa nie wypadła z wrót piekieł. Kiedy była wściekła, zirytowana, rozdrażniona czy szczęśliwa, niezawodnie wyjaśniała Willowi powód takiego nastroju i co dalej zamierza z tym zrobić.

Wskazówka numer dwa: Sara nie bawiła się w gierki. Nie uznawała cichych dni, nie dąsała się, nie rzucała wrednych żarcików, które trzeba było interpretować. Will nigdy nie musiał zgadywać, co Sara myśli, ponieważ jasno mu to komunikowała.

Wskazówka numer trzy: Sara nie była wrogiem instytucji małżeństwa. W poprzednim życiu była dwukrotnie zamężna, dwa razy z tym samym mężczyzną. I nadal byłaby żoną Jeffreya Tollivera, gdyby nie został zamordowany pięć lat temu.

Rozwiązanie: Sara nie miała obiekcji wobec samego małżeństwa.

Miała obiekcje co do ślubu z Willem.

– Lord Voldemort – powiedziała Faith, gdy jej uszu dobiegł stukot wysokich obcasów zastępczyni dyrektora, Amandy Wagner.

Amanda szła korytarzem z telefonem w rękach. Wiecznie pisała wiadomości albo dzwoniła po informacje do starych kumpelek z pracy, tworzących przerażającą grupę kobiet, w większości emerytek. Will wyobrażał je sobie, jak siedzą w dobrze zakonspirowanej kryjówce, gdzie sumiennie dziergają na drutach kapturki na granaty ręczne w oczekiwaniu na wezwanie.

Jedną z nich była matka Faith.

– Hm… – Amanda z ośmiu metrów zauważyła smugi po krakersach na spodniach Willa. – Agencie Trent, jesteś jedynym włóczęgą, który wypadł z pociągu, czy mamy szukać innych?

Will odchrząknął.

– Okay. – Faith zaczęła przerzucać notatki, przychodząc mu z odsieczą. – Ofiara to Jesus Rodrigo Vasquez, trzydzieści osiem lat, pochodzenia latynoskiego, sześć lat na pełne dziesięć za AWD po wykryciu metamfetaminy w trakcie ER trzy miesiące temu.

Will przetłumaczył sobie w głowie skrótowy opis Faith: Vasquez, skazany za napad z bronią w ręku, odsiedział sześć lat i został zwolniony warunkowo, trzy miesiące temu test na obecność narkotyków dał wynik pozytywny, więc odesłano go z powrotem do więzienia, by odsiedział resztę dziesięcioletniego wyroku.

– Afiliacja? – zapytała Amanda.

W tłumaczeniu: Czy należał do gangu?

– Szwajcaria – odparła Faith. Czyli pozostawał neutralny, dopowiedział w myślach Will. – Kartoteka pełna prób duposzmuglu. – Przyłapany wiele razy na próbie ukrycia telefonu komórkowego w odbycie. – Gość musiał być niezłym rozrabiaką. Uważam, że ktoś go sprzątnął, bo za dużo kłapał dziobem.

– I problem rozwiązany. – Amanda zastukała w szybę. – Doktor Linton?

Sara przerwała pracę, zebrała kilka rzeczy i otworzyła drzwi.

– Kończymy zbieranie dowodów. Nie potrzebujecie kombinezonów, ale na miejscu jest mnóstwo krwi i płynów. – Wręczyła im ochraniacze na buty i maski na twarz, i przy okazji tego wręczania ścisnęła Willowi palce. – Stężenie pośmiertne minęło, ciało weszło w etap rozkładu. Ten fakt plus temperatura wątroby ofiary i wyższa temperatura otoczenia dają nam czas śmierci fizjologicznej pokrywający się z raportem, że Vasquez został zaatakowany w przybliżeniu czterdzieści osiem godzin temu, co wskazywałoby, że śmierć nastąpiła po wybuchu zamieszek.

– Pięć minut czy pięć godzin? – zapytała Amanda.

– Boisko do bejsbola mają do dyspozycji od południa do czwartej w soboty. Jeśli chcecie zawęzić czas, musicie polegać na zeznaniach świadków. – Sara poprawiła Willowi maskę i przypomniała Amandzie: – Oczywiście sama nauka nie może podać precyzyjnie czasu zgonu.

– Oczywiście. – Amanda nie przepadała za stadionami bejsbolowymi.

Sara przewróciła oczami, spoglądając na Willa. Ton Amandy nie przypadł jej do gustu.

– Z Vasquezem wiążą się trzy miejsca przestępstwa: dwa główne tutaj, jedno w kuchni. Vasquez walczył.

Will sięgnął ręką za Sarę, by przytrzymać drzwi. Woń kału i uryny, wizytówka zbuntowanych więźniów, wypełniała całe pomieszczenie.

– Dobry Boże. – Faith przycisnęła grzbiet dłoni do maski ochronnej na twarzy. Generalnie z trudem znosiła wizyty na miejscu przestępstwa, ale smród był tak dojmujący, że nawet Willowi łzawiły oczy.

Sara zwróciła się do swojego asystenta:

– Gary, możesz przynieść mniejsze szczypce nastawne z furgonetki? Musimy odkręcić stół przed zabraniem ciała.

Kucyk Gary’ego podskakiwał pod siatką na włosy, gdy jego uszczęśliwiony właściciel wychodził z sali. Gary pracował w GBI niespełna pół roku. To nie było najgorsze miejsce przestępstwa, w jakim pracował, ale wszystko, co działo się w murach więziennych, było dobijające.

W aparacie Charliego błysnął flesz, na co Will zamrugał.

– Udało mi się zobaczyć nagranie z kamery bezpieczeństwa – powiedziała do Amandy Sara. – Dziewięć sekund nagrania pokazuje początek kłótni i dochodzi do punktu krytycznego zamieszek. Wtedy jakaś niezidentyfikowana osoba pojawia się za kamerą i wyłącza zasilanie.

– Na ścianie, kablu i kamerze brak przydatnych odcisków palców – dodał Charlie.

– Awantura zaczęła się przy ladzie – ciągnęła Sara. – Po chwili zrobiło się naprawdę gorąco. Sześciu osadzonych z konkurencyjnego gangu włączyło się do bójki. Vasquez siedział przy tamtym stole w rogu. Jedenastu ludzi z jego stołu zerwało się i pobiegło, żeby obejrzeć walkę z bliska. W tym momencie pada zasilanie.

Will ocenił odległość. Kamera znajdowała się na tyłach stołówki, więc żaden z jedenastu mężczyzn nie mógł prześlizgnąć się z powrotem niezauważony.

– Tędy. – Sara poprowadziła ich to stołu w kącie. Dwanaście tac stało przed dwunastoma plastikowymi stołkami. Jedzenie było zepsute. Rozlane mleko zdążyło już skwaśnieć. – Vasquez został zaatakowany od tyłu. Uderzenie tępym narzędziem spowodowało złamanie z wgnieceniem kości czaszki. Narzędziem zbrodni był prawdopodobnie niewielki ciężki przedmiot. Ktoś wziął mocny zamach. Siła uderzenia spowodowała, że głowa Vasqueza opadła w przód. Tu są ślady, które mogły powstać, gdyby przednie zęby Vasqueza wbiły się w tacę.

Will spojrzał za siebie na kamerę. To wyglądało na sprawkę dwóch ludzi. Jeden odciął zasilanie kamery, drugi unieszkodliwił obiekt.

Maska Faith unosiła się i opadała z każdym oddechem.

– Pierwszy cios miał zabić czy ogłuszyć? – zapytała.

– Trudno mi ocenić intencje – odparła Sara. – Cios był mocny. Nie wizualizowałam rany szarpanej, ale złamanie z wgnieceniem jest dokładnie takie, jak brzmi jego nazwa: złamana kość przemieszcza się do wewnątrz i uciska mózg.

– Jak długo był przytomny? – zapytała Amanda.

– Z dowodu wnioskuję, że był przytomny do samego końca. Nie potrafię określić dokładnie jego stanu. Mdłości? Z pewnością. Zaburzone widzenie? Możliwe. Na ile był świadomy? Nie sposób ustalić. Każdy reaguje inaczej na rany głowy. Z medycznego punktu widzenia za każdym razem, kiedy mówimy o uszkodzeniu mózgu, wiemy tylko tyle, że nic nie wiemy.

– Oczywiście. – Amanda skrzyżowała ramiona.

Will też skrzyżował ramiona. Każdy mięsień miał napięty. Skóra wydawała się naprężona do granic wytrzymałości. Bez względu na to, ile widział w życiu miejsc zbrodni, jego ciało nigdy nie zaakceptowało faktu, że przebywanie w pobliżu okrutnie zamordowanej ludzkiej istoty jest czymś naturalnym. Smród gnijącego jedzenia i ekskrementów mógł znieść. Metaliczny posmak, jaki nadawało krwi utleniające się żelazo, pozostawał mu w gardle przez tydzień.

– Vasquez został skatowany – ciągnęła Sara. – Trzy trzonowce z lewej strony są wybite przy samym korzeniu, lewa strona szczęki i kość oczodołowa złamane. Wstępne oględziny wskazują na złamanie czterech lewych żeber. Rozprysk krwi na ścianie i suficie układa się w półkole. Mamy tu trzy pary odcisków stóp, szukamy więc dwóch napastników, najprawdopodobniej praworęcznych. Przypuszczam, że narzędziem mógł być zamek szyfrowy w skarpetce, więc na dłoniach napastników nie będzie widocznych śladów uszkodzeń. Po pierwszym ataku Vasquez został boso. Nie znaleźliśmy w stołówce ani jego butów, ani skarpetek. Napastnicy mieli na sobie więzienne tenisówki z identycznym wzorem na podeszwie. Udało nam się sporo wywnioskować z układu odcisków butów i stóp. Potem zabrali go do kuchni.

– A ten tatuaż? – zapytała Amanda, wpatrując się w odciętą rękę. – To tygrys? Kot?

– Z bazy danych na temat tatuaży wynika, że tygrys symbolizuje nienawiść do policji albo złodzieja wchodzącego przez okno lub dach – wtrącił Charlie.

– Skazaniec, który nienawidzi policji. Niezwykłe zjawisko. – Amanda machnęła do Sary. – Dalej, doktor Linton.

Sara dała im znak, by podeszli z nią do frontowej części stołówki. Na przenośniku taśmowym stały puste tace, co oznaczało, że niektórzy osadzeni skończyli lunch przed wybuchem zamieszek.

– Vasquez miał około metra siedemdziesięciu wzrostu, ważył niewiele ponad sześćdziesiąt kilogramów. Niedożywiony, ale to nic dziwnego, bo był narkomanem. Brał prochy dożylnie. Są ślady wkłuć na lewym ramieniu, między palcami lewej stopy, prawej arterii szyjnej, można więc założyć, że był praworęczny. W kuchni w części do przygotowywania posiłków leżał tasak i było mnóstwo krwi. To wskazuje, że lewa ręka została odrąbana tutaj.

– Chyba nie odrąbał jej sobie sam? – zapytała Amanda.

Sara pokręciła głową.

– Mało prawdopodobne. Buty i odciski stóp wskazują, że był przytrzymywany.

– Brak znaków szczególnych w podeszwach tenisówek. Jak mówiła Sara, są standardowe. Każdy więzień ma taką parę – dodał Charlie.

Sara podeszła do ostatniego miejsca, w którym znalazł się Vasquez, i kucnęła przed stołem. Poszli za nią wszyscy prócz Amandy.

Nozdrza Willa zadrgały. Ciało leżało tam w skwarze prawie dwa dni. Proces rozkładu postępował. Skóra oddzielała się od kości. Ktoś ewidentnie wepchnął ciało pod stół jak brudne rzeczy pod łóżko, pomagając sobie nogami. Smugi krwi i ślady gofrowanych podeszew wskazywały, w którym miejscu zrobiło to co najmniej dwóch ludzi.

Gołe stopy Vasqueza były umazane krwią. Leżał na boku zgięty w pasie. Jedną rękę miał wyciągniętą prosto. Krwawy kikut, który jeszcze niedawno był drugą ręką, został wetknięty w brzuch. Dosłownie. Zabójcy Vasqueza dźgnęli go tyle razy, że jego skrwawiony brzuch otworzył się jak makabryczny kwiat, w którego zagłębieniu kikut tkwił niczym łodyga.

– Brak naruszenia dowodów, przyczyna śmierci to prawdopodobnie wykrwawienie albo wstrząs – powiedziała Sara.

Facet naprawdę wyglądał na wstrząśniętego. Miał szeroko otwarte oczy i otwarte usta. Gdyby nie opuchnięty i czarny półksiężyc w miejscu, gdzie krew zgromadziła się w najniższym punkcie czaszki, miałby zupełnie zwyczajną twarz. Ogolona głowa. Wąsy jak u aktora z filmów porno. Na szyi krzyżyk na cienkim złotym łańcuszku. Ponieważ krzyż był symbolem religijnym, stanowy departament więziennictwa zezwolił na jego noszenie. Łańcuszek był delikatny. Może prezent od matki, od córki albo od przyjaciółki. Fakt, że zabójcy zabrali buty i skarpetki Vasqueza, a zostawili krzyżyk, mówił coś Willowi.

– Cholera, ale masakra. – Faith przytknęła ręce do maseczki, starając się zapanować nad odruchem wymiotnym. Jelita Vasqueza zwisały z jamy brzusznej jak surowa kiełbasa. Kał wypłynął z niego i zasechł w czarną masę wielkości sflaczałej piłki do koszykówki.

– Zorientuj się, czy zrobili już kipisz w celi Vasqueza. – Amanda spojrzała na Faith. – Jeśli tak, chcę wiedzieć, kto to zrobił i co znaleźli. Jeśli nie, ty czyń honory.

Faith nigdy nie trzeba było dwa razy powtarzać, by oddaliła się od martwego ciała.

– Will. – Amanda już pisała coś w telefonie. – Skończ tutaj, potem zacznij drugą turę przesłuchań. Ci faceci mieli wystarczająco dużo czasu, żeby ustalić wersję wydarzeń. Załatw to szybko i rozwiąż sprawę. To nie jest szukanie igły w stogu siana.

Will pomyślał, że wręcz przeciwnie. Mieli około tysiąca podejrzanych, każdy z nich był kryminalistą.

– Tak jest, szefowo.

Sara skinieniem głowy dała mu znak, by poszedł za nią do kuchni, opuściła maskę i powiedziała:

– Faith wytrzymała dłużej, niż przypuszczałam.

Will także opuścił maseczkę. W kuchni panował podobny bałagan. Wszędzie leżały tace, resztki jedzenia, wszystko zbryzgane krwią. Żółte plastikowe markery na bloku rzeźniczym znaczyły miejsce, w którym Vasquez stracił rękę. Tasak leżał na ziemi. Było widać, że krew polała się z bloku jak wodospad.

– Żadnych odcisków palców na ostrzu – oznajmiła Sara. – Owinęli rączkę folią spożywczą, potem wrzucili ją do zlewu.

Will zobaczył, że odpływ pod zlewem był rozkręcony. Ojciec Sary był hydraulikiem. Umiała poradzić sobie z syfonem.

– Wszystko, co znajduję, świadczy o przytomności umysłu w ukrywaniu śladów – powiedziała.

– Po co brać rękę do stołówki?

– Raczej rzucili ją przez całą salę.

Will usiłował stworzyć wstępną teorię na temat przebiegu przestępstwa.

– Kiedy zaczęła się rozróba, Vasquez został na swoim miejscu przy stole – oznajmił. – Nie wstał, ponieważ nie należał do żadnej grupy. – Osadzeni stworzyli własny odpowiednik NATO. Atak na sojusznika oznaczał przystąpienie do walki. – Rzuciło się na niego tylko dwóch gości, nie cały gang.

– Czy to zawęża grono podejrzanych? – zapytała Sara.

– Osadzeni mają tendencję do wewnętrznej segregacji. Vasquez oficjalnie nie nawiązywałby relacji z więźniami spoza swojej rasy. – Stóg siana znacząco zmniejszał objętość. – To wygląda na zbrodnię wariantową. „Jeśli zaczną się zamieszki, wtedy go zabijemy”.

– Chaos tworzy sposobność.

Will potarł szczękę, przyglądając się krwawym odciskom butów i stóp na podłodze. Vasquez walczył zajadle.

– Musiał mieć jakieś informacje, na których im zależało. Nie odrąbujesz człowiekowi ręki ot, tak sobie. Najpierw go osaczasz, potem mu grozisz, i dopiero gdy nie daje ci tego, czego chcesz, bierzesz tasak i odrąbujesz mu dłoń.

– Ja bym tak zrobiła.

Will się uśmiechnął. Sara odwzajemniła jego uśmiech.

Telefon zawibrował mu w kieszeni. Will nie odebrał.

– Vasquez był znany z tego, że przemyca telefony w otworach ciała. Czy dlatego mogli mu wypruć flaki?

– Nie tyle wypruli mu flaki, ile dźgali nożem raz za razem. Jeśli szukali telefonu, ciosy zamkiem w skarpecie w żebra przyniosłyby efekt podobny do próby Valsalvy. Nie bez powodu strażnicy więzienni każą ci kasłać w skłonie. Zwiększone ciśnienie w jamie brzusznej redukuje siłę uciskową zwieracza odbytu i telefon wypadłby przy pierwszym ciosie – stwierdziła Sara. – Poza tym wyciąganie go przez brzuch nie ma sensu. Gdybym szukała telefonu w twoim tyłku, zaglądałabym ci do tyłka.

Faith wykazała się niesłychanym wyczuciem czasu.

– Czy to prywatna rozmowa? – zapytała.

Will wyjął telefon. Nieodebrane połączenie było od Faith.

– Przypuszczamy, że zabójcy Vasqueza czegoś szukali. Informacji. Może namiarów na skrytkę.

– Cela Vasqueza była czysta – oznajmiła Faith. – Żadnej kontrabandy. Sądząc po kolekcji plakatów, był fanem półnagich pań i naszego Pana Jezusa Chrystusa. – Pomachała Sarze na pożegnanie i poprowadziła Willa na tył stołówki. Przytknęła dłonie do nosa, by odciąć się od smrodu. – Nick i Rasheed zawęzili listę podejrzanych do osiemnastu. Żaden nie ma na koncie zabójstwa, ale jest dwóch skazanych za nieumyślne spowodowanie śmierci i jeden za przegryzanie palców.

– Swoich czy cudzych?

– Cudzych. O dziwo, nie ma wiarygodnych relacji naocznych świadków, ale mnóstwo kapusiów przedstawiło wiele durnych teorii spiskowych. Wiedziałeś, że Tajny Rząd kieruje siatką pedofilską poprzez system więziennych bibliotek?

– Tak – odparł Will i zapytał: – Czy według ciebie to zabójstwo wygląda na sprawę osobistą?

– Jak najbardziej. Szukamy dwóch mężczyzn pochodzenia latynoamerykańskiego, mniej więcej w wieku Vasqueza z jego najbliższego kręgu?

Will pokiwał głową.

– Kiedy ostatni raz przeszukano jego celę?

– Szesnaście dni temu zrobili nieoczekiwany nalot. Naczelnik sprowadził osiem zespołów, by przewrócili cele do góry nogami. Biuro szeryfa wysłało dwunastu zastępców. Szok i groza. Nikt nie widział, jak nadchodzą. Skonfiskowali ponad czterysta telefonów, może dwieście ładowarek, zwyczajowe dragi i broń, ale telefony okazały się największym problemem.

Will wiedział, o czym mówi Faith. Telefony komórkowe w celi mogły być groźne, chociaż nie wszyscy więźniowie używali ich do niecnych celów. Stan odciął możliwość korzystania z połączeń stacjonarnych i zaczął pobierać opłaty w wysokości co najmniej pięćdziesięciu dolarów za karty do telefonów, około pięciu dolarów za piętnastominutową rozmowę i prawie tyle samo za każde doładowanie. Z drugiej strony można było pożyczyć telefon od współwięźnia za dwadzieścia pięć dolców za godzinę.

Co do niecnych celów, to smartfony można było wykorzystać do szukania informacji o życiu osobistym strażników, nadzorowania działalności organizacji przestępczych za pośrednictwem szyfrowanych wiadomości, wymuszania pieniędzy w zamian za ochronę rodzin osadzonych, i co najważniejsze, zbierania pieniędzy. Aplikacje takie jak Venmo i PayPal zastąpiły papierosy i paczki czipsów ziemniaczanych shebangs jako więzienną walutę. Najbardziej rozwinięte gangi używały bitcoina. Aryan Brotherhood, Irish Mob Gang i United Blood Nation zgarniały miliony za pośrednictwem stanowego systemu więziennictwa.

Zagłuszanie sygnałów telefonów komórkowych było w Stanach Zjednoczonych nielegalne.

Will przytrzymał drzwi Faith, gdy wychodzili na zewnątrz. Prażące promienie słońca zalewały pusty spacerniak. Za wąskimi oknami cel widział cienie. Słyszał krzyki. Opresja zamknięcia była niemal namacalna, jak śrubokręt powoli wwiercający się w sklepienie czaszki.

– Administracja. – Faith wskazała jednopiętrowy budynek pokryty płaskim dachem. Wybrali dłuższą drogę. Poszli chodnikami, zamiast przeciąć pokryty czerwoną glinką plac pełniący funkcję spacerniaka.

Minęli trzech strażników opartych o siatkę i zapatrzonych gdzieś w dal. Nie mieli kogo pilnować. Byli równie znudzeni jak więźniowie. A może czekali na odpowiedni moment. Strażnicy więzienni nie słynęli z umiejętności wybaczania i zapominania.

Faith zniżyła głos do szeptu:

– Naczelnik wpadł w szał z powodu telefonów. Zarządził izolację. Zawiesił wyjścia na spacerniak, zamknął kantynę, zabronił wizyt, wyłączył komputery i telewizory, zamknął nawet bibliotekę. Przez dwa tygodnie ci goście mogli tylko nawzajem się nakręcać.

– Brzmi jak idealny przepis na zamieszki. – Will otworzył kolejne drzwi. Minęli przeszklone biura. Wszystkie krzesła były puste. Zamiast biurek stały składane stoły, by nikt niczego nie ukrył. Większość prac administracyjnych wykonywali osadzeni. Trudno było przebić ich stawkę trzech centów za godzinę.

Biuro naczelnika nie miało okna wychodzącego na korytarz, jednak zza drzwi Will rozpoznał pozornie spokojny ton Amandy. Wyobraził sobie wściekłość jej rozmówcy. Naczelnicy więzień nie lubili nadzoru. Akurat ten miał też inny powód do wściekłości. Były to skonfiskowane telefony. Nie ma nic bardziej upokarzającego, gdy na żywo, prosto z więzienia, któremu ten naczelnik szefuje, jakiś osadzony wypowiada się dla stacji telewizyjnej.

– Ile połączeń wyszło stąd w trakcie zamieszek? – zapytał Will.

– Jedno do CNN, jedno do 11-Alive, ale z powodu skandalu podczas wyborów nikt się tym nie przejął.

Dotarli do długiego i szerokiego korytarza z jeszcze dłuższym rzędem więźniów. Will przypuszczał, że to ich osiemnastu podejrzanych. Stali w pozie przypominającej trójkąty równoramienne. Tułów był pochylony, nogi proste, ciężar ciała spoczywał na czole opartym o ścianę, ponieważ dwaj nadzorujący strażnicy najwyraźniej zachowali się jak wkurzone dupki.

Zgodnie z procedurą obowiązującą podczas przymusowego zamknięcia, każdy więzień poza celą musi być zakuty w coś, co zwano czteroczęściowym garniturem. Skute kajdankami nadgarstki mocowano do łańcucha na brzuchu. Kostki skuwano trzydziestocentymetrowym łańcuchem, który wymuszał krótki krok i szuranie stopami. Gdy ktoś jest skuty w ten sposób, a potem zmuszony do oparcia się czołem o ścianę z pustaków, to odczuwa ogromne napięcie szyi i barków. Łańcuch na brzuchu zwiększał napięcie w krzyżu, ponieważ ręce ciągnęła siła grawitacji. Wyglądało na to, że więźniowie stali tak już od jakiegoś czasu. Strużki potu spływały po ścianie. Will widział drżenie ich nóg. Łańcuchy dzwoniły jak pięciocentówki w suszarce.

– Jezu – mruknęła Faith.

Idąc za nią wzdłuż szeregu, Will zobaczył szeroki wachlarz tatuaży robionych niepewną ręką więziennym tuszem. Wszyscy więźniowie wyglądali na facetów po trzydziestce, co miało sens. Z własnego doświadczenia wiedział, że mężczyźni przed trzydziestką popełniają mnóstwo głupstw. Jeśli facet nadal siedział w więzieniu po przekroczeniu trzydziestki, to albo poważnie coś spieprzył, albo ktoś go wydymał, albo świadomie podejmował złe decyzje, które trzymały go w tym systemie.

Faith nie zadała sobie trudu, by zapukać do drzwi pokoju przesłuchań. Agenci specjalni Nick Shelton i Rasheed Littrell siedzieli przy stole zawalonym teczkami.

– …mówię ci, że ta dziewczyna miała tyłek jak centaur. – Rasheed urwał swoją opowieść, gdy Faith wparowała do środka. – Przepraszam, Mitchell.

Faith zmarszczyła brwi i trzasnęła drzwiami.

– Nie jestem półkoniem.

– O cholera, to jest centaur? – Rasheed zaśmiał się dobrodusznie. – Siema, Trent.

Will uniósł brodę w geście powitania.

Faith przerzuciła papiery na stole.

– To wszystkie teczki? – zapytała.

Można powiedzieć, że teczka więźnia zawiera historię jego życia: raporty z aresztowań, wytyczne dotyczące wyroków, szczegóły transportu, dokumentację medyczną, ocenę zdrowia psychicznego, ocenę stwarzanego zagrożenia, poziom wykształcenia, programy odwykowe, rejestr wizyt, kary dyscyplinarne, dane o preferencjach religijnych i orientacji seksualnej.

– Jakiś kandydat? – zapytała.

Rasheed przekazał im na korytarzu najważniejsze informacje o osiemnastu podejrzanych. Will zwrócił w jego stronę głowę, jakby słuchał go z najwyższą uwagą, ale tak naprawdę zastanawiał się, co powiedzieć Nickowi Sheltonowi.

Lata temu, gdy Nick został przydzielony do biura terenowego GBI na południowym wschodzie, blisko współpracował z nieżyjącym mężem Sary. Jeffrey Tolliver był szefem policji w Grant County. W college’u grał w futbol i był ponoć piekielnie dobry. Streszczenia Nicka opisujące ich dochodzenia brzmiały jak scenariusz filmowy. Jeffrey Tolliver był legendarnym samotnym jeźdźcem, a Nick jego towarzyszem Tonto, gdyby Tonto mówił jak Kurak Leghorn ze Zwariowanych melodii, nosił się jak jeden z Bee Geesów w złotych łańcuchach i zbyt obcisłych dżinsach. Obaj rozbili siatkę pedofilską, handlarzy narkotyków i zabójców. Jeffrey mógł przekuć swoje sukcesy w wyższą pensję w znacznie większym mieście, ale porzucił sławę i zaszczyty na rzecz służby w Grant County.

Sara pewnie wyszłaby za niego po raz trzeci, gdyby nie zginął w trakcie ich drugiej małżeńskiej próby.

– To coś, co warto sprawdzić – powiedziała Faith. W przeciwieństwie do Willa słuchała relacji Rasheeda w najwyższym skupieniu. – Coś jeszcze? – zapytała.

– Nie. – Nick podrapał się po brodzie à la Barry Gibb. – Pokój jest wasz. Rash i ja mamy trzech świadków, do których chcemy wrócić.

Faith zajęła krzesło, które zwolnił Rasheed, i zaczęła wybierać teczki najbardziej obiecujących podejrzanych. Will zobaczył, że od razu zagląda do rejestru kar dyscyplinarnych. Wyznawała pogląd, że historia lubi się powtarzać.

Nick spojrzał na Willa i spytał:

– Co tam u Sary?

Will szybko przeanalizował wszystkie możliwe upokarzające odpowiedzi.

– Jest w stołówce. Idź do niej – powiedział w końcu.

– Dzięki, stary. – Nick ni to uścisnął, ni to poklepał go na pożegnanie.

Will dumał nad tym gestem, który skojarzył mu się ze skrzyżowaniem wolkańskiego chwytu obezwładniającego z pogładzeniem psa po zadzie.

Faith odczekała, aż drzwi zamkną się ze szczękiem zamka.

– Było ci nieswojo? – zapytała.

– Zależy, którą część konia zapytasz. – Will położył rękę na gałce drzwi, ale ich nie otworzył. – Jaka jest nasza rola? Ci goście nie będą zachwyceni, że przesłuchuje ich kobieta.

– Pewnie masz rację. – Faith wyjęła jedną teczkę ze stosu. – Maduro.

Will otworzył drzwi. Na zewnątrz czekał strażnik, do którego powiedział ściszonym głosem:

– Albo odsuniesz tych gości od ściany, albo zaraz wyplujesz płuca.

Strażnik spojrzał krzywo na Willa, ale jak większość tych, którzy lubią wykorzystywać swoją przewagę, był tchórzem. Odwrócił się w stronę więźniów i wrzasnął:

– Osadzeni, na podłogę!

Rozległ się zgodny jęk ulgi. Mężczyźni musieli odkleić się od ściany z pustaków. Wszyscy mieli na czołach odciśnięte czerwone ślady i szklisty wzrok. Niektórzy z trudem usiedli, inni osunęli się na podłogę.

– Maduro, ty nie siadasz! – zawołał Will.

Niski i dość krępy mężczyzna zatrzymał się w przysiadzie i okręcił się na stopie z kostkami oplątanymi krótkim łańcuchem. Trzydzieści centymetrów to niewiele, w przybliżeniu dwa banknoty jednodolarowe zetknięte ze sobą węższym bokiem. Maduro z trudem poruszał się na zesztywniałych nogach. Przytrzymywał łańcuch na brzuchu, by nie wrzynał mu się w kości biodrowe. Na czole miał krwawe punkciki, ślady po długotrwałym kontakcie z pustakiem szorstkim jak pumeks. Przeszedł przez próg i wyczekująco stanął przed stołem.

Więzienia w Georgii działały w reżimie paramilitarnym. Jeśli osadzeni nie byli skuci, musieli chodzić z rękami splecionymi na plecach. Mieli stać prosto. Utrzymywać w celach nieskazitelny ład i słać porządnie prycze. A najważniejsze, że byli zobowiązani zwracać się z szacunkiem do strażników:

– Tak jest, proszę pana.

– Nie, proszę pana.

– Czy mogę podrapać się po jajach, proszę pana?

Maduro patrzył na Willa w oczekiwaniu na dalsze polecenia.

Will skrzyżował ręce na piersi i pozwolił Faith przejąć pałeczkę. Ci goście byli podejrzani o zabójstwo. Nie mieli prawa wybierać przesłuchującego.

– Siadaj – nakazała Faith, po czym sprawdziła identyfikator więźnia i zdjęcie w papierach. – Hector Louis Maduro. Cztery lata za włamania do B&Es z perspektywą przedłużenia odsiadki o półtora roku za uczestnictwo w zamieszkach. Zostałeś poinformowany o swoich prawach?

– Español. – Maduro odchylił się ciężko na krześle. – Tengo derecho legal a un traductor. O te podrías sacar la camisa y te chupo esas tetas grandes.

Ojciec Emmy był w drugim pokoleniu Amerykaninem meksykańskiego pochodzenia. Faith znała hiszpański, mogła więc posłać go na drzewo w dwóch językach.

– Yo puedo traducir por ti, y puedes hacerte la paja con esa verguita de nada cuando vuelves a tu celda, pendejo de mierda.

Maduro uniósł brwi.

– A niech mnie, paniusiu, nie nauczyli cię tego pieprzonego języka w szkółce dla białych dziewczynek.

Faith przeszła do meritum:

– Byłeś wspólnikiem Jesusa Vasqueza.

– Posłuchaj – Maduro pochylił się do przodu, chwytając dłońmi brzeg stołu – tu jest wielu więźniów, którzy ci powiedzą, że są niewinni, ale ja nie jestem niewinny. Mam na sumieniu te włamania, za które zostałem skazany, ale jedno ci powiem: widziałem tu mnóstwo niesprawiedliwych działań personelu wobec osadzonych i osadzonych względem osadzonych, a jako chrześcijanin wiem, co jest dobre, a co złe, więc kiedy zobaczyłem, że więźniowie połączyli siły, by upomnieć się o przestrzeganie praw człowieka w…

– Przerwę twoją tyradę i zapytam: znałeś Jesusa Vasqueza? – powiedziała Faith.

Maduro nerwowo zerknął na Willa, który zachowywał obojętny wyraz twarzy. Nauczył się, że podczas przesłuchania cisza jest doskonałym początkiem rozmowy.

– Kiedyś przyłapali cię z telefonem komórkowym – ciągnęła Faith. – W kartotece masz dwie kłótnie z…

Nagle do pokoju wpadł jak burza Nick. Pot spływał mu po bokobrodach, było widać, że biegł. W zaciśniętej dłoni trzymał zmiętą kartkę.

– Maduro, znikasz stąd! – nakazał.

Faith rzuciła Willowi pytające spojrzenie, a on tylko wzruszył ramionami. Nick był agentem od dwudziestu lat. Widział wszystko, od skrajnych potworności po szczyty głupoty. Jeśli coś tak nim wstrząsnęło, to powinno wstrząsnąć wszystkimi.

– Rusz się. – Nick pchnął Maduro w stronę strażnika w korytarzu. – Zaprowadź ich wszystkich do cel.

Drzwi się zamknęły. Nick się nie odzywał. Rozprostował na stole kartkę i zrosił ją potem kapiącym z czoła. Dyszał ciężko.

Faith rzuciła Willowi kolejne pytające spojrzenie, a on odpowiedział takim samym wzruszeniem ramion jak pięć sekund temu.

Faith otworzyła usta, ale Nick uprzedził ją i zaczął mówić:

– Jeden z więźniów, niejaki Daryl Nesbitt, przekazał mi ten list. Chce pójść na układ. Mówi, że wie, kto zabił Vasqueza, i jak zdobywają telefony.

Tym razem Will spojrzał na Faith pytająco. To był pozytywny zwrot akcji. A skoro tak, dlaczego Nick był taki wkurzony?

– Co jeszcze jest w tej notce? – zapytała Faith trzeźwo.

Nick nie odpowiedział, co było jeszcze dziwniejsze. Zamiast tego odwrócił kartkę do góry nogami i podsunął ją Faith.

Przebiegła tekst wzrokiem, referując najważniejsze informacje:

– Chce iść na układ. Wie, gdzie są ukryte telefony…

– Trzeci akapit – przerwał jej Nick.

Faith zaczęła czytać:

– Jestem ofiarą spisku przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości w małym mieście. Spisek powstał po to, by wsadzić mnie do więzienia na resztę życia za zbrodnię, której nie popełniłem.

Will nie zaglądał jej przez ramię. Obserwował twarz Nicka. Agent Shelton przeżywał konflikt wewnętrzny. Jedyne, czego wydawał się pewien, to chęć uniknięcia wzroku Willa.

– To gówniane hrabstwo przypominało szybkowar – czytała dalej Faith. – Biała studentka została napadnięta i w kampusie zapanowała psychoza. Żadna kobieta nie czuła się bezpieczna. Szef musiał kogoś aresztować. Kogokolwiek, bo inaczej straciłby posadę. Sfabrykował dowód, żeby mnie wrobić. – Odwróciła się, by spojrzeć na Willa. Najwyraźniej już przebiegła wzrokiem dalszy ciąg listu i nie spodobało jej się to, co zobaczyła.

Will nie spuszczał wzroku z Nicka, który poczuł ogromną potrzebę wytarcia ozdobnych metalowych nosków swoich niebieskich kowbojek. Obserwował, jak agent wyjmuje chusteczkę higieniczną, schyla się i zaczyna polerować metal jak pucybut.

Faith kontynuowała czytanie:

– Jestem niewinny. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie ten walnięty gliniarz i jego jeszcze bardziej walnięty wydział. Wszyscy w Grant County uwierzyli w przeklęte kłamstwa Szefa.

Faith czytała dalej, ale Will usłyszał już wszystko, co musiał wiedzieć.

College. Grant County. Szef.

Nesbitt pisał o Jeffreyu Tolliverze.

[5] Georgia Department of Corrections, w skrócie GDOC. (Przyp. red.).

2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

POLECAMY RÓWNIEŻ INNE KSIĄŻKI KARIN SLAUGHTER:

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
PROLOG
ATLANTA
1
2
GRANT COUNTY – WTOREK
3
ATLANTA
4
GRANT COUNTY – WTOREK
5
ATLANTA
6
7
8
9
GRANT COUNTY – ŚRODA
10
ATLANTA
11
GRANT COUNTY – ŚRODA
12
ATLANTA
13
GRANT COUNTY – ŚRODA
14
ATLANTA
15
16
17
GRANT COUNTY – CZWARTEK
18
ATLANTA
19
20
GRANT COUNTY – CZWARTEK
21
ATLANTA
22
23

Tytuł oryginału: The Silent Wife

Pierwsze wydanie: HarperCollins Publishers Ltd, London 2020

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Projekt okładki: Claire Ward © HarperCollinsPublishers Ltd 2020

Ilustracja na okładce: © Ildiko Neer/Trevillion Images

Zdjęcie autora: © Alison Rosa

Redaktor prowadzący: Alicja Oczko

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech

Copyright © Karin Slaughter 2020

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa, 2020

Will Trent is a trademark of Karin Slaughter Publishing LLC.

TROUBLE ME Written by Natalie Merchant and Dennis Drew ©1989 Christian Burial Music (ASCAP) All Rights Reserved. Used by Permission. International Copyright Secured.

Fragmenty piosenek:

„Whistle” (written by Flo Rida, David Edward Glass, Marcus Killian, Justin Franks, Breyan Isaac, Antonio Mobley, Arthur Pingrey and Joshua Ralph)

„Can’t Take My Eyes Off You” (written by Bob Crewe and Bob Gaudio)

„The Girl from Ipanema” (written by Antônio Carlos Jobim, Portuguese lyrics by Vinicius de Moraes, English lyrics by Norman Gimbel)

„My Kind of Town” (written by Jimmy Van Heusen and Sammy Cahn)

„Funky Cold Medina” (written by Young MC, Matt Dike and Michael Ross)

„Into the Unknown” (written by Kristen Anderson-Lopez and Robert Lopez)

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Niniejsze wydanie zostało opublikowane na licencji HarperCollins Publishers, LLC.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

ISBN 978-83-276-5488-5

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink