Migawki z życia emigrantów - Dominika Ciechanowicz - ebook

Migawki z życia emigrantów ebook

Dominika Ciechanowicz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

„Migawki z życia emigrantów” to zbiór opowieści, zapisków i refleksji z kilku lat pobytu autorki w Islandii. Ten niechronologicznie prowadzony dziennik emigracyjny został wzbogacony o bardzo osobistą i odważnie zrelacjonowaną historię wychodzenia przez autorkę i jej partnera z uzależnienia od alkoholu. Zabawne, anegdotyczne sytuacje przenikają się tu z wnikliwymi analizami sytuacji Polaków i innych obcokrajowców w Islandii. To dziennik odkryć, ekscytacji, tęsknot i niespełnień, pisany na marginesie trudnej emigracyjnej codzienności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dominika Ciechanowicz

z życia emigrantów

Migawki z życia emigrantów © Dominika Ciechanowicz

Projekt okładki: Agnieszka Makowska

Na okładce wykorzystano zdjęcie autorstwa © WojciechaLewandowskiego.

Redakcja: Joanna Kłos

Konsultacje redakcyjne: Paweł Kaczorowski

Korekta: Joanna Kłos, Katarzyna Zioła-Zemczak

Łamanie i skład: Agnieszka Makowska

ISBN: 978-83-68129-32-8

Kraków 2026

Wydawca

Wydawnictwo Orzeł Sp. z o.o.

ul. Dajwór 14/19, 31-052 Kraków

Wydanie I, 2026

Wydawnictwo nie odpowiada za żadne szkody wyrządzone osobom lub podmiotom w wyniku bezpośredniego lub pośredniego korzystania, zastosowania bądź interpretacji treściksiążki.

Prawa autorskie zastrzeżone. Reprodukcja, kopiowanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystanie w publicznych wystąpieniach wymaga zezwolenia właściciela prawautorskich.

***

Nie rozumiem wrastania korzeniami. Osadzania się w świecie. Budowania domów. Gromadzenia wokół siebie przedmiotów i ludzi. Każda próba zostania gdzieś, zakotwiczenia, stania się częścią jakiejś wspólnoty prędzej czy później kończyła się dla mnie panicznąucieczką.

Rozumiem drogi płowiejące w słońcu. Rytm podróży. Turlanie się po powierzchni świata. Ciągłą zmianę. Bezdomność odmieńców. Samotność wędrowców. Rozumiem stany zawieszenia, niedookreślenia, permanentne procesy stawania się. Rozumiempomiędzy.

Czasem zazdroszczę wam, co wijecie gniazda. Na kruchych fundamentach cudzych norm wznosicie mury swoich fortec, oplatacie je kolczastymi drutami małżeństwa, w środku chowacie swoje młode. Z biegiem lat stajecie się filarami swoich społeczności. Tych samych społeczności, z których ja potrafię tylko uciekać. A wszystko to robicie w imię miłości. W imię normalności. Nawet to szanuję, ale zupełnie nic z tego nie kumam – i prawdopodobnie nie wytrzymałabym w tymtygodnia.

Im mocniej wsłuchuję się w siebie, tym wyraźniej widzę, że nadrzędną wartością mojego życia nigdy nie była miłość, niestety.

Zawsze za to była i będzie nią wolność.

In medias res

Zacznijmy od środka. Bo czemu nie? Przecież prawie zawsze jestem pośrodku czegoś – zwykle chaosu albo kompletnego życiowego rozpierdolu. Więc to w sumie nie dziwi, że znowu gdzieś lecę. Lotniska i dworce są jak refren mojego żywota. Refren, w którym wybrzmiewa ta fraza z Osieckiej: „bo to wszystko nie tak, nie tak, nie to”, kiedy upycham najpotrzebniejsze rzeczy do dwóch walizek i w popłochu ewakuuję się z poprzedniego życia, po czym w radosnych podskokach rzucam się w kolejne, kompletnie nieprzemyślane i wybrane nachybił-

-trafił. To może Islandia? A pewnie, dlaczegonie.

Paweł jako towarzysz podróży sprawdza się raczej średnio. Ciągle coś gubi, o czymś zapomina, coś mu się rozpina, odpada albo rozwiązuje. Musi siku albo papierosa. Tupie nóżkami i pyta, czy jeszcze daleko. Przewracam oczami i trochę się irytuję, że partacz z niego, nie podróżnik, ale tak naprawdę to w sumie mi z nimwesoło.

Drugi raz w ciągu naszego wspólnego życia rzucamy wszystko i wyjeżdżamy razem do Islandii. Niektórym raz nie wystarcza, jak się okazuje, i muszą to doświadczenie po kilku latach powtórzyć. Już kiedyś wyjechaliśmy, a potem trochę przypadkiem utknęliśmy w Polsce, bo pandemia. I nawet był pomysł, że może już w niej zostaniemy. I potem się okazało, że jednak nie zostaniemy. Więc znowu upychanie najpotrzebniejszych rzeczy do walizek i refren, wszyscy razem: „bo to wszystko nie tak, nie tak, nieto…”.

***

Timing mieliśmy dość spektakularny – dotarliśmy do celu pięć minut przed północą w Halloween. A celem był stary hotel w Helli (południowa Islandia) przy kiepsko oświetlonej drodze, z migającą złowrogo jarzeniówką nad drzwiami, skrzypiącą podłogą i ciężkimi kotarami w oknach, spowity o tej porze w nieco upiorną ciszę. Idąc długim korytarzem wyściełanym zieloną wykładziną i patrząc na boazerię na ścianach, nie sposób było uniknąć podejrzenia, że właśnie przenieśliśmy się w czasie do lat osiemdziesiątych. Zwłaszcza jadalnia wyłożona kafelkami, z haftowanymi obrusami na stolikach i z tandetnymi ozdobami na półkach, przywodziła na myśl pracownicze ośrodki wypoczynkowe z poprzedniej epoki. Centrum Rehabilitacji Rolników czy coś w ten deseń. Tyle że w wersjiislandzkiej.

Pierwsze wrażenie: jestem zachwycona. Jeśli to ma być moje nowe miejsce pracy – a przy okazji nowy dom – to pysznie; moja wyobraźnia będzie tu miała nieograniczone pole do popisu. Zasypiam wypełniona nadzieją i dobrymi przeczuciami od pięt aż po sam czubek dyniaczka. Wiwat nowy rozdział! Wiwat nowa przygoda!

***

Rano okazuje się, że chyba coś mi się w nocy rzuciło na mózg. Co to ja mówiłam? Coś o nadziei i dobrych przeczuciach? Niniejszym wszystkoodszczekuję.

Kiedy tylko zaczynamy pracę, cały czar tego miejsca pryska. Trafiamy do najbrudniejszej i najgorzej zarządzanej kuchni w historii islandzkiej gastronomii. Albo w ogóle w historii gastronomii. Wyobraźcie sobie największy kuchenny syf i chaos, jaki znacie, pomnóżcie go razy dwa i dodajcie do tego – w roli pracowników – bandę nieogarniętych dzieciaków rodem z polskiego zadupia gdzieś pod Suwałkami. I jeszcze w roli head chefki starszą panią, która tylko rozkłada ręce, wzrusza ramionami i mówi, że właściwie to ona nic nie wie. Właściwie to nikt w tej firmie nic nie wie – mogliby sobie wypisać to hasło na ulotkach i wizytówkach. Gdyby tylko mieli ulotki albo wizytówki, bo raczej nie mają. Co tam ulotki! Nawet strony internetowej nie mają, bo manager nie ogarnia tu tak samo jak wspomniana head chefka. Nie tylko wystrojem wnętrz pozostali w poprzednimstuleciu.

Wspomniany manager ma notabene dwadzieścia cztery lata, interesuje się głównie imprezami, używkami, deskorolkami oraz dziewczynami i właśnie zastąpił na tym stanowisku tatusia, który przepierdala zyski generowane przez ten cały kosmiczny kuchenny syf na Teneryfie albo innej Majorce, w towarzystwie świeżo poślubionej, młodej i pięknej (trzeciej z kolei) żony prosto z Tajlandii.

Przecieramy oczy ze zdumienia. Jakim cudem to miejsce w ogóle stoi i funkcjonuje? Fakt, widziałam już w swojej emigranckiej karierze wiele firm, które jakoś tam się toczą same, siłą rozpędu, nawet jeśli manager jest idiotą albo połowa zarządu siedzi w więzieniu, a staff kradnie i pije. Ale czegoś takiego – jeszcze nigdy. Nie bardzo możemy zdecydować, czy się śmiać, czy płakać, więc po pracy wracamy lekko oniemiali do naszej klitki nad recepcją, w konsternacji drapiąc się po głowach. Powracają odwieczne pytania emigrantów: i co teraz? Quo vadis? Jakżyć?

***

W Islandii pracowałam już jako pokojówka, recepcjonistka, pomoc kuchenna i kelnerka; szorowałam kible, sprzedawałam śmierdzącą zupę mięsną, podawałam kawę, zmywałam gary i opanowałam chyba ze cztery różne systemy rezerwacyjne. Nie patroszyłam jeszcze ryb i nie goliłam owiec, więc nie wiem, czy moje islandzkie doświadczenie można uznać za pełne. Za to mieszkałam już na północy, na Fiordach Zachodnich i na półwyspie Snæfellsnes, gdzie przez większą część roku tak wiało, że ciężko było utrzymać pion. Pion dosłowny, fizyczny, choć z tym moralnym też bywało trudno, ale to już raczej nie z powodu wiatru. Za to z powodu toksycznych i niebezpiecznych rodaków – no, ale o tym później. Perspektywa przeprowadzki na dobrze rozwinięte – w porównaniu z resztą kraju – południe wydawała się miłą odmianą. Do momentu, kiedy okazało się, że oto znowu, po raz kolejny w życiu, wpadliśmy z deszczu pod rynnę. Gdy korespondowaliśmy z właścicielem, który zapewniał, że będzie miał dla nas pracę, nie mogliśmy przypuszczać, że facet sam nie wie, co mówi. Bo przecież gołym okiem było widać, że nie ma tu pracy dla nas obojga – godzin ledwo wystarczało dla tych, którzy dotarli tu przed nami. A nawet gdyby praca tu dla nas była, to raczej i tak byśmy jej nie chcieli. Czwartego dnia w Helli obydwoje z Pawłem obudziliśmy się zdołowani, nieszczęśliwi i wściekli. Nie dało się ukryć: znów byliśmy w dupie. Kolejny falstart. I znów trzeba było wszystko zaczynać odpoczątku.

***

Jeśli chodzi o branżę turystyczną, Islandczycy już dawno oddali ten sektor walkowerem pracownikom z Europy Środkowo-Wschodniej i Azji. Islandczyka można, owszem, od czasu do czasu uświadczyć na jakimś stanowisku kierowniczym – jako dyrektora albo managera, ale praktycznie całą właściwą robotę wykonują tu nasi. W hotelach, guesthouse’ach czy restauracjach Polacy często stanowią większość zatrudnionych. A do tego dochodzą – w zależności od miejsca – Węgrzy, Czesi, Litwini, Filipińczycy albo Tajlandczycy. Wiele nacji ma tendencję do przemieszczania się stadami – jeden Węgier albo Filipińczyk zatrudnia się w jakiejś knajpie, ściąga żonę, trzech kumpli, ciotkę i dwóch kuzynów, a po kilku miesiącach miejsce znane jest w okolicy jako zagłębie Węgrów albo Filipińczyków. Z Polakami prawdopodobnie też tak było na początku, ale teraz jesteśmy już wszędzie i występujemy we wszelkich możliwych konfiguracjach. Niektórzy przemieszczają się samodzielnie, inni parami, stadami albo rodzinami, a nawet całymi wioskami. Nie ma więc co mówić o zagłębiach Polaków – cała Islandia jest jednym wielkim zagłębiem Polaków. Stanowimy obecnie największą mniejszość narodową na wyspie, mamy swoje serwisy informacyjne, sklepy, mitingi AA i festiwale kulturalne. Jesteśmy wszędzie, robimy wszystko. A zwłaszcza to, do czego sami Islandczycy nie mają ochoty sięzniżać.

***

Po tygodniu w Helli obydwoje mamy jasność: trzeba się stąd ewakuować w trybie natychmiastowym i zapomnieć o istnieniu tego miejsca – dla własnego zdrowia psychicznego i higieny emocjonalnej. Dla higieny osobistej zresztą też, bo te pokłady wieloletniego brudu na kuchence, w lodówce i na ścianach nie wróżą najlepiej naszemu zdrowiu i życiu. Przyparci do muru decydujemy się na krok, którego obawialiśmy się przez ostatnich pięć lat. To znaczy, trochę się obawialiśmy (bo chyba nie mieliśmy odwagi na tak dużą zmianę), a zarazem przecież od jakiegoś już czasu zerkaliśmy w tym kierunku z tęskną fascynacją i nieśmiałą nadzieją. Bo może jednak się uda? Może, zamiast brać byle jaką robotę na prowincji, pora się wreszcie odważyć i zanurkować w otchłańmetropolii?

I zobaczyć, co ma nam do zaoferowania on: książę islandzkich miast, prężny i potężny (czyli gdzieś tak mniej więcej studwudziestotysięczny, hi, hi – coś jak Elbląg albo Zielona Góra) gród na południowym zachodzie kraju, najdalej wysunięta na północ stolicaświata.

Dymiąca zatoka i diamentpółnocy.

SamReykjavík.

Przeprowadzka do Reykjavíku

Od samego rana wiatr wieje jak nienormalny, grad wali w szyby kulkami wielkości Mentosów, a autobusem telepie, jakby zaraz miało go wystrzelić w kosmos. Gibamy się na siedzeniach, próbując powstrzymać mdłości i wzywając imiona bogów swoich nadaremno. Podróż autobusem z Helli do Reykjavíku trwa niecałe dwie godziny – ale są to wyjątkowo długie dwie godziny. Choć nie da się ukryć, że kierowczyni bardzo się spieszy. Troszkę za bardzo jak na mój gust. Na wszelki wypadek robię rachunek sumienia i wyznaję Pawłowi miłość aż po grób. Desperacko trzymam się jednak nadziei, że nie czeka on na mnie za następnym zakrętem, ten całygrób.

***

Krajobraz Islandii ma w sobie coś kosmicznego. W gruncie rzeczy cała ta wyspa to tylko kupa kamieni pośrodku Atlantyku – ale jest to tak spektakularna kupa kamieni, że naprawdę łatwo się w niej zakochać. I przy okazji trudno oprzeć się wrażeniu, że to wszystko musi być jakiś błąd systemu, że taka wyspa w ogóle nie powinna się w tym miejscu wydarzyć i tylko przez niedopatrzenie budowniczego wypłynęła bujnym strumieniem lawy przez dziurę w litosferze, po czym zastygła na powierzchni oceanu jak nieregularna plama wosku w jakieś wielkie, kosmiczne andrzejki. Właściwie wszystko, co nadaje Islandii jej specyfikę, odrębność i urok – pola lawy, gejzery, gorące źródła termalne, wulkany i lodowce – jest efektem tego, że gdzieś tam, pod powierzchnią oceanu, dwie płyty tektoniczne bez przerwy się o siebie ocierają. Dlatego właśnie wszędzie coś tu bulgocze, paruje, chlupie, kipi, dymi, śmierdzi siarką albo strzela wodą, co już samo w sobie jest na tyle atrakcyjne, że ludzie z całego świata walą drzwiami i oknami, żeby to zobaczyć. A jak dodać do tego jeszcze te małe, urocze koniki, co to im te przydługie grzywki wpadają w oczka i jakiś milion zamyślonych owiec na środku krajowej jedynki, to już w ogóle atrakcja stulecia. Serio: sama bym tu chętnie przyjechała na wakacje, gdybym tu akurat niemieszkała.

Ale kiedy patrzę na ten skalisty, księżycowy krajobraz przez mokrą szybę autobusu, po raz kolejny dopada mnie zdumienie. Jakim cudem w ogóle zdołało tu powstać życie? Na tej kupie skał magmowych, gdzie praktycznie nic z własnej woli nie wyrośnie? No, może ewentualnie jakiś mech i wrzos, albo tu i ówdzie jakiś przypadkowy krzak jak zdezorientowany turysta, który zgubił mapę. Jakim cudem ci pierwsi wikińscy osadnicy, którzy tu dotarli, nie tylko nie dali się zdmuchnąć do oceanu, ale jeszcze przetrwali zimę? A potem zbudowali sobie wioski, które z czasem przekształciły się w państwo – i to nie jakieś tam, byle jakie państwo, tylko jedno z tych, na które reszta świata patrzy z podziwem i zazdrością. Jedno z tych słynnych i zamożnych nordyckich państw dobrobytu, w których ponoć żyje się najszczęśliwiej i najbezpieczniej i do których biedni emigranci zarobkowi, tacy jak my, ściągają ze wszystkich stron świata. Dumni wikingowie w Valhöll (czy gdzie ich tam zaniosło po śmierci) na pewno dyskretnie ocierają na ten widok łzy wzruszenia i przybijają sobie piątkitoporami.

***

Znane islandzkie porzekadło mówi, że jeśli nie podoba ci się pogoda na tej wyspie, to poczekaj pięć minut. I faktycznie: Reykjavík wita nas przyjemnym słońcem, które jednak po chwili zmienia zdanie i chowa się za chmurami, ustępując miejsca śniegowi z deszczem. Kiedy docieramy na miejsce – czyli do wynajętego na półtora miesiąca mieszkanka w Hafnafjörður (które okazuje się połówką garażu przerobioną na pokój z kuchnią) – wichura z gradem znowu trwa w najlepsze.

Jeśli ktoś w tym momencie czuje się skonfundowany – bo niby opowiadam o przeprowadzce do Reykjavíku, a tu nagle zamieszkuję w jakimś innym mieście o długiej i skomplikowanej nazwie na H – to już śpieszę z wyjaśnieniami. Stolica Islandii to takie jakby niewielkie trójmiasto z przyległościami, złożone – oprócz właściwego Reykjavíku – z jeszcze dwóch głównych elementów: Kópavogur i Hafnafjörður. Wszystkie trzy części razem stanowią region stołeczny, połączone są siecią komunikacji miejskiej i zasadniczo traktuje się je jako całość. Tyle tylko, że Reykjavík to takie bardziej centrum tej całości, a Kópavogur i Hafnafjörður to trochę bardziej przedmieścia i spalnie.

Z ciekawostek na temat naszej nowej miejscówki najbardziej frapująca okazuje się dla mnie ta, że w Hafnafjörður mieszka ponoć największa w kraju społecznośćelfów.

Tak, elfów.

***

Mamy w naszym garażu całkiem wygodne łóżko, łazienkę wielkości toi toia i jedną wąską szafę, której stabilność budzi dość poważne wątpliwości, zwłaszcza kiedy upchnie się w niej zawartość czterech walizek. Ale największą atrakcją jest przenośna minipralka turystyczna, plastikowa, składana, z odpływem. Na korbkę (serio, serio!). Nówka funkiel, nieśmigana. Mieści, jak wykazał pierwszy eksperyment, dwie koszulki, trzy pary majtek oraz półtorej pary skarpetek. Czwarta skarpetka przeciążyła system i zatrzymała cały proces, w związku z czym operator maszyny (Paweł) musiał podjąć odpowiednie kroki, mające na celu zniesienie blokady i wznowienie procesu. Znaczy się, wyjął czwartą skarpetkę i wrzucił do umywalki na później. W odpowiedzi pralka podskoczyła, zabulgotała serdecznie i ponownie ruszyła z kopyta. Cała operacja zakończyła się względnym sukcesem, a towarzyszyła jej wesołość, beztroska, niewinne żarty, niekontrolowane wybuchy radosnego śmiechu oraz pewna ilość słów powszechnie uważanych za niecenzuralne. Zarówno dzielny operator maszyny, jak i pisząca te słowa wyszli z tego przedsięwzięcia bez szwanku i nie odnieśli żadnych obrażeń ani stratmoralnych.

Co tu dużo gadać: bawiliśmy się świetnie. Kiedy jednak już opadły emocje i obeschły łzy radości, uznaliśmy zgodnie, że chyba mimo wszystko rozsądniej będzie poszukać sobie w okolicy pralni samoobsługowej. Na pewno nie będzie z tym większego problemu – po prostu zapytamy pierwszego z brzegu elfa, gdzie robi pranie. I tyle.

Nietożsamość

Zderzenie z rodakami na emigracji bywa o wiele większym szokiem kulturowym niż pierwsze spotkanie z tubylcami.

Najpierw jest wstrząs i niedowierzanie. Masz wrażenie, że znalazłaś się na planie komedii o polskich prostakach, takiej mocno przejaskrawionej, gdzie wszyscy celowo mówią: poszłeś, wdepłeś i wzięłeś, a w tle lecą Majteczki w kropeczki albo Wolność i swoboda. To przecież niemożliwe, żeby oni tak na serio, te wszystkie polskie buraki w dresach i z wąsem, te panienki obwieszone złotem i z doklejanymi rzęsami, przecież nawet w Polsce nie ma już takich ludzi, bo wymarli pod koniec poprzedniego stulecia… No dobra, może ostatnie pojedyncze egzemplarze zachowały się jeszcze gdzieś w jakiejś zapadłej wiosce na Podlasiu, która doczekała się z tego powodu statusu skansenu i do której z całego kraju zjeżdżają wycieczki, żeby robić sobie zdjęcia na tle tak malowniczego i unikalnegofolkloru.

Potem następuje etap wyparcia. To nie moi ludzie — mówisz sobie. Nie jestem jedną z nich. Przecież gdybyśmy wszyscy nadal mieszkali w Polsce, w życiu byśmy się nie spotkali, nasze ścieżki nie miałyby najmniejszej szansy się przeciąć. To taka grupa społeczna, z którą nie łączy mnie absolutnie nic: ani urodzenie, ani klasa, ani wykształcenie, ani wrażliwość, ani zainteresowania, ani gusta, ani cele, ani marzenia, ani plany na przyszłość. No nic. Zero. Nul. Nada. Poza tym oczywiście, że przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym momencie dziejów na tej samej kupie zaschniętej lawy pośrodku oceanu i teraz zerkamy na siebie nawzajem z lekką konsternacją: a cóż to zadziwo?

Następnie przychodzi złość. Złość na nich wszystkich, że są tacy beznadziejni, i złość na niesprawiedliwy los, że pozwala na to, by taka wspaniała, inteligentna, utalentowana, wrażliwa i w ogóle wybitna jednostka jak ty była wrzucana do tego samego worka z tą całą hołotą. Kiedy robisz zakupy w Bonusie (to taka islandzka Biedra) i słyszysz ojczystą mowę, uciekasz z koszyczkiem na drugi koniec sklepu. Tu cię żaden rodak nie znajdzie, między kostkami tofu a słoiczkami hummusu, zgromadzenie naszych jak zawsze będzie przy kiełbasie. Byle nie nawiązać z nimi kontaktu wzrokowego, nie zdradzić drżeniem mięśni twarzy, że rozumiesz, co mówią. Może wtedy cię nie rozpoznają i zostawią w spokoju.

Na tym etapie masz ochotę krzyczeć, kiedy kolejny Islandczyk mówi ci o polskiej knajpie w Reykjavíku i pyta, czy już tam byłaś. Albo kiedy chce cię przedstawiać swoim polskim sąsiadom, którzy nie gadają z nikim w całym bloku, bo nikt ich nie rozumie. NIE, NIE BYŁAM W POLSKIEJ KNAJPIE I NIE, NIE CHCĘ POZNAWAĆ TWOICH POLSKICH SĄSIADÓW, TY PIEPRZONY RASISTO! DLACZEGO NIE WIDZISZ, ŻE NIE JESTEM JEDNĄ Z NICH? TO NIE MOILUDZIE!

Po fazie złości nastaje faza walki o lepsze jutro. Będziesz szła dzielnie przed siebie z wysoko podniesioną głową i świeciła przykładem niczym ta pochodnia. Sama jedna, światłością własnego umysłu, zwalczysz te wszystkie uprzedzenia i stereotypy, pokażesz wszystkim, że Polacy to wcale nie wiejskie ćwoki ze złotymi zębami i pętem kiełbasy pod pachą, tylko normalni, cywilizowani ludzie, otwarci na świat, wykształceni, oczytani, kulturalni i znającyjęzyki.

Oczywiście – jak większość naszych patriotycznych zrywów i powstań narodowych – jest to walka dość beznadziejna i z góry skazana na niepowodzenie. Przez jakiś czas jeszcze się szamoczesz, targujesz się z rzeczywistością, mając nadzieję jakoś przypudrować obraz tego buractwa, z którym tak ci trudno. Ale powoli zaczynasz rozumieć, że nic z tego – buraki zawsze były i będą pełnoprawnymi członkami polskiego społeczeństwa, i to nie niepozornymi członkami, tylko takimi wystającymi ponad powierzchnię. Dumnymi dumą chłopów spod Racławic, butnymi butami z trzema paskami albo złotymi literami świecącymi na opiętych tyłkach. Dopiero kiedy sobie to uświadamiasz, przychodzi etap akceptacji. Akceptacji i dystansu. Niech sobie żyją tak, jak lubią, myślisz, niech sobie będą, jacy są. Nie ma sensu walczyć z rzeczywistością. Mieszkacie teraz niby obok siebie, fizycznie blisko, ale mentalnie daleko. Za to już nie udajesz, że nie mówisz po polsku, i kiedy w Bonusie ktoś przypadkiem potrąca cię koszykiem wypełnionym kiełbą i kapustą kiszoną, po czym burczy pod nosem jakieś przeprosiny, uśmiechasz się uprzejmie i odpowiadasz: „Nic się nie stało”. Bo już nie chcesz z cudzego powodu wypierać się własnych korzeni. A poza tym sama masz kapustę w koszyku.

W tym momencie myślisz, że to już koniec całego procesu, że ewolucja twojej relacji z braćmi i siostrami na wygnaniu dobiegła końca, że osiągnęliście we wzajemnych stosunkach wszystko, co da się w ogóle w tej kwestii osiągnąć. Uprzejmy, chłodny dystans i beznamiętną akceptację. Aż tu któregoś dnia coś ci znienacka w mózgu zatrybi, coś kliknie i wskoczy na swoje miejsce. I nagle wszystko, co myślałaś dotąd o nich i o sobie, wywraca się do góry nogami. Usłyszysz jakiś głupi żart o Polakach albo przeczytasz w internecie kolejny komentarz o tym, że Polacy zaniżają stawki godzinowe, bo godzą się pracować za mniej niż najniższa krajowa, i nagle pomyślisz: nożeż kurwa mać. Przecież to są moi ludzie! I jeśli godzą się pracować poniżej najniższej krajowej, to dlatego, że ktoś z was – świadomych, liberalnych i równościowo wyedukowanych Islandczyków – ich wykorzystuje i oszukuje! Mieć pretensje to wykorzystywanych, krzywdzonych i dyskryminowanych o to, że pozwalają się wykorzystywać, krzywdzić i dyskryminować, to mniej więcej tak, jak obwiniać o przemoc ofiary przemocy. Powinniście to chyba wiedzieć w tej waszej oświeconej Skandynawii? A poza tym od kiedy to rasistowskie żarty są śmieszne? Z seksistowskich i homofobicznych żartów nikt się tu już od dawna nie śmieje; z czarnoskórych, Żydów, Niemców ani Szkotów tym bardziej, a z Polaków tak? Coś tu jest chyba jednak trochę nie halo, myślisz, wklepując wściekły komentarz pod czyimś bezmyślnym postem. I oto stało się. Przeszłaś na drugą stronę. To już są twoiludzie.

***

Emigracja jako doświadczenie życiowe mocno mnie skonfundowała na różnych poziomach, ale chyba najbardziej namieszała w moim poczuciu tożsamości. No bo chyba nikt normalny, mieszkając w kraju, nie używa – myśląc o sobie – narodowości jako kategorii tożsamościowej, bo i po co. Tylko ci nienormalni używają: narodowcy, pisowcy i inne zjeby i pajace, dla których „prawdziwy Polak” coś tam ponoć oznacza – a zwłaszcza odrębność od „nieprawdziwych Polaków”, czyli gejów, lewaków i wegetarian.

Po wyjeździe wszystko staje na głowie, bo nagle okazuje się, że to właśnie narodowość jest pierwszą i najważniejszą etykietką, jaką przykleja się nam na czoło. I przez pryzmat tej etykietki będziemy postrzegani, czy nam się to podoba, czy nie. Dość szybko się zorientowałam, że kiedy odpowiadam Islandczykom na pytanie „skąd jesteś?”, w ich mózgach automatycznie odpala się cały ciąg skojarzeń i znaczeń, które niewiele mają wspólnego ze mną jako jednostką (zwłaszcza jeśli poznali mnie pół minuty temu). Patrzą na mnie, kiwają głowami i już coś o mniewiedzą.

– Aha! – odpowiadają z minami znawców gatunku. – Mamy tu bardzo dużoPolaków.

Świetnipracownicy.

Tu zwykle następuje jakiś przykład. Albo siedem. Sprzątaczka w ich biurze. Niania dziecka ich sąsiadki. Połowa kelnerek w ich ulubionej restauracji. Większość pracowników w pobliskiej sortowni ryb, trzy czwarte chłopaków z budowy na ichosiedlu.

Trochę więcej czasu zajęło mi skumanie, że jak bardzo bym się przeciwko takiemu szufladkowaniu nie buntowała, sprawa jest z góry przegrana. I tak nic z tym nie zrobię – już trafiłam do tego samego worka. Do worka szarych istnień o zmęczonych twarzach: sprzątaczek, hydraulików i kierowcówautobusów.

Kompletnie nie rozumiem, jak to się stało i co ja właściwie w tym worku robię, ale i tak rozglądam się z ciekawością. No bo co mi zostało. I szybko okazuje się, że jest tu w sumie wszystko, czego można potrzebować do napisania książki: mnóstwo ludzkich dramatów i nieprawdopodobnych historii; pogmatwane życiorysy i idiotyczne zbiegi okoliczności. Dużo smutku. Za dużo alkoholu. Sporo łez i potu. Trochę miłości – ze szczególnym uwzględnieniem tejnieszczęśliwej.

Bywa bardzotragicznie.

I bywa strasznieśmiesznie.

***

Maciek uciekł do Islandii przed wyrokiem. Najebał się, narozrabiał, wytrzeźwiał, a trzy godziny po ogłoszeniu wyroku był już w samolocie do Reykjavíku. Co nie okazało się najrozsądniejszą decyzją jego życia, ale nie było też najgłupszą (ta najgłupsza miała dopiero nadejść). Pół roku popracował na zmywaku, podglądając kucharzy przez tę dziurkę nad zlewem i marząc o tym, że któregoś dnia uda mu się wstąpić w ich szlachetne szeregi, ale kiedy w końcu pozwolono mu pokroić pierwszą marchewkę, Maciek podjął najgłupszą decyzję swojego życia. A mianowicie: założył konto na Naszej Klasie. Rodzime organy ścigania są, o dziwo, nie w ciemię bite – zlokalizowały go po dwóchdniach.

Po Maćka przyjechało dwóch islandzkich policjantów. Zapukali, grzecznie przeprosili, upewnili się, że Maciek to Maciek, po czym jeszcze raz przeprosili i powiedzieli, że muszą go, niestety, odstawić na lotnisko, gdzie ma go odebrać dwóch polskich policjantów. Zrezygnowany wyciągnął przed siebie ręce, gotów dać się zakuć w kajdanki i sponiewierać, ale islandzcy policjanci niczego takiego nie mieli w planach.

Zamiast tego zaprosili go nalody.

Bo gorącobyło.

Usiedli sobie we trójkę przy stoliku przed lodziarnią, wystawili twarze do słońca, pogadali o pogodzie w Islandii i o pogodzie w Polsce, potem trochę o lataniu samolotami (że policjanci lubią, a Maciek nie), a potem policjanci zapytali Maćka, czy był na Teneryfie (nie był). A policjanci byli i polecają. Maciek powiedział, że kiedyś chętnie się wybierze, tylko raczej nie przez najbliższe trzy lata, bo akurat ma już zabukowane miejsce w wieloosobowej celi w zakładzie karnym w Gorzowie Wielkopolskim. Więc może po powrocie. Policjanci trochę się pośmiali, trochę pomilczeli ze współczuciem, po czym uprzejmie zaprosili Maćka do radiowozu i ruszyli w dalsządrogę.

Dopiero na lotnisku, gdzie przejęli Maćka reprezentanci rodzimych służb mundurowych, zaczęła się standardowa w takich wypadkach przemoc fizyczna i psychiczna, zastraszanie oraz groźne krzyki. Po twarzach islandzkich policjantów widać było, że ich zdaniem – zupełnie niepotrzebne. Pożegnali się serdecznie z Maćkiem, uścisnęli mu dłoń (już zakutą w kajdanki), życzyli powodzenia oraz szybkiego powrotu na wyspę i odjechali. Polscy policjanci jeszcze przez jakiś czas zerkali niepewnie za oddalającym się radiowozem, jakby nie byli do końca pewni, czy właśnie spotkali autochtonów czykosmitów.

Po trzech latach Maciek rzeczywiście wrócił do Islandii, zatrudnił się na kolejnym zmywaku i zaczął opowiadać tę historię każdemu, kto zechciał słuchać. Ja bardzo chciałam, więc udało mi się ją usłyszeć ze czteryrazy.

A Maciek po dziś dzień uśmiecha się z czułością do wszystkich policjantów, których mija naulicy.

***