Miasto duchów - Krzysztof Bochus - ebook
Opis

Miasto duchów to nowoczesne połączenie thrillera psychologicznego i kryminału noir — w kostiumie z epoki. Mroczna opowieść o miłości, winie i odkupieniu.

Jesień 1944 roku, kilka miesięcy przed ostatecznym upadkiem III Rzeszy. W bazie wojennej koło niemieckiego Gdańska zamordowanych zostaje dwóch wysokich oficerów marynarki wojennej. Jednocześnie w Rotterdamie znika bez śladu córka radcy Abella. Tropy wiodą do… Gdańska.

Co łączy obie te ponure zagadki? Nic nie jest oczywiste. Chodzi o zemstę, zdradę czy zwykłą chciwość? Pytań jest wiele, mało odpowiedzi. Radca Abell zmuszony jest powrócić do miasta, które opuścił wiele lat temu. Otrzymuje tu propozycję nie do odrzucenia: zyska pomoc w odnalezieniu córki, jeśli schwyta nieuchwytnych morderców…

Przed oczami czytelnika przesuwają się swoiste taśmy występku i zbrodni. Podziemne burdele i tajemnice zegara Dühringera, tajne loże masońskie i spiskujący oficerowie, piękne kobiety i stare porachunki. W tle mroczna atmosfera na Pomorzu z czasów wojny i pieczołowicie oddane realia życia w świecie skazanym na zagładę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 355

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ta książka jest fikcją literacką.

Prolog

10 września 1944, Rotterdam

Anna zatoczyła kolejne kółko i pomachała do niego ręką. Rowerek skrzypiał niemiłosiernie, już dawno powinien go naoliwić. Podwórko było niewielkie, z okna wyglądało jak krowi placek: ciemny i nieregularny prostokąt oddzielony od ulicy równo przystrzyżonymi bukszpanami. Tylko w jednym rogu widniał pajacyk namalowany przez Annę kolorową kredą, którą wysępił dla niej na flohmarkcie w porcie. Nie wiedzieć czemu miał jedno oko trzy razy większe od drugiego i zielone uszy kontrastujące z resztą ciała. Mała pedałowała zawzięcie z głową pochyloną nad kierownicą. Co kilka okrążeń podnosiła oczy, sprawdzając, czy tata nadal podziwia, jak jego pięcioletnia córka radzi sobie na rowerku.

Uśmiechnął się do niej, a ona raz jeszcze pomachała do niego radośnie. Wrzesień był piękny tego roku. Pachniały świeżo przekopane rabaty kwiatowe, czuł zapach torfu i rozgrzanej ziemi. Ulicą przejechał szary furgon pocztowy niczym fantom przesłaniający jasną uliczkę.

W jakimś sensie to było teraz jego miejsce na ziemi. Tu zbudował dom, posadził drzewo i dał życie Annie. Przeszłość nie dawała jednak o sobie zapomnieć.

Odsunął się od okna i opadł na fotel. Pod powiekami ciągle miał obraz wczorajszej wizyty w rotterdamskiej siedzibie SS. Indagował go obersturmbanführer Schulz, młody fanatyk z gładko przylizanymi włosami i wypielęgnowanymi, nieledwie kobiecymi dłońmi.

– W gruncie rzeczy jest pan dezerterem, Abell. Ważą się losy wojny, a pan, zamiast bronić Rzeszy, wiedzie wygodne życie rentiera.

– Niech pan się liczy ze słowami, Schulz. Jestem Niemcem. Gdybym nadal był w Kripo, przysługiwałby mi z automatu stopień oficerski wyższy od pańskiego.

– Ale już nie służy pan Führerowi, Abell. W tym rzecz.

– To moja sprawa. I wie pan, że na wyjazd z Gdańska miałem zgodę najwyższych czynników.

– I to właśnie nas zastanawia… Po zamachu na Führera wiele się jednak zmieniło, Abell. Dopadniemy zdrajców wbijających nam nóż w plecy, tych wszystkich skurwysynów z monoklem w oku, wrogów Rzeszy i dekowników! Wypalimy tę zarazę ogniem i żelazem, także tu, w Rotterdamie!

– Nie wątpię. Zastanawia mnie tylko, dlaczego zaczyna pan tę krucjatę ode mnie tu, na głębokich tyłach frontu. Może powinien pan zgłosić się na ochotnika na front wschodni?

– Igrasz z ogniem, Abell. – Na twarzy Schulza wykwitły czerwone plamy. – Mam cię na oku! Znam twoje akta i wiem, jaką postawę prezentowałeś w Gdańsku! Nie zapomnę o tobie!

Po wyjściu z rezydentury SS długo próbował się uspokoić. Gróźb Schulza nie należało lekceważyć. Przeciwnie. Ci ludzie mieli długie ręce i od lat czuł ich miecz nad swoją głową. Do tej pory im się wymykał, ale jak długo jeszcze? Kim w istocie był? Ludzkim pyłkiem, hamletyzującą jednostką próbującą ratować własną duszę i niemającą żadnych szans w starciu z bezwzględnie mielącymi żarnami wojny? Dopóki naziści wygrywali wojnę, pozostawał na marginesie ich zainteresowania. Teraz jednak, gdy dogorywali w zaciskających się imadłach aliantów, do rangi głównego przeciwnika awansowali wrogowie wewnętrzni: tacy jak on. Ci wszyscy defetyści, pacyfiści i moraliści, którzy stanowili wyrzut sumienia ludzi mających ręce po łokcie unurzane we krwi. Jeśli tysiącletnia Rzesza miała się rozsypać w pył, to pod jej gruzami mieli zginąć solidarnie wszyscy Niemcy, bez wyjątku. Hitler zapowiedział to przecież wyraźnie.

Z tych ciężkich myśli wyrwało go wrażenie, że coś nagle się zmieniło. Przez chwilę siedział zdezorientowany. Co to było? Potrzebował sekundy, aby uświadomić sobie, że nie słyszy skrzypienia roweru. Ania upadła? Dlaczego nie płacze? Poderwał się do okna i wyjrzał na zewnątrz. Podwórko było puste. Nagle ciche i osamotnione. Przewrócony rower leżał na ziemi. Jedno z kół kręciło się jeszcze w równym rytmie, tak jakby napędzało je jakieś niewidoczne perpetuum mobile. Nigdzie nie było Anny.

To był ten ostatni raz, kiedy ją widział.

Rozdział I  

1.

1 października 1944, Gotenhafen

Do ilu razy sztuka? Wezwano go do wyjaśnienia zagadki tajemniczego zabójstwa, a na dzień dobry miał przed sobą drugiego trupa. Szybkie tempo, nawet jak na jesień koszmarnego roku 1944. I na Gdańsk, w którym zesztywniałe od mrozu zwłoki powieszonych defetystów wisiały na latarniach jak kiełbasy w witrynie sklepu rzeźniczego. Przez przymknięte okno garsoniery przenikał odór ropy i spalonego żelastwa. Ale nawet on nie był w stanie przytłumić słodkiego zapachu krwi, tego charakterystycznego zwiastuna gwałtu i czyjegoś nieszczęścia.

Abell w milczeniu wysłuchał meldunku Mosbachera, podoficera, który czekał na niego w domu ofiary. Komandor1 Erwin Ramm mieszkał samotnie. Żona i rodzina pozostały w Münster. Jednorodzinny dom w Hochredlau nie był strzeżony, nie było takiej potrzeby. Już w 1940 roku wysiedlono stąd wszystkich Polaków, Gotenhafen miało być modelowym niemieckim miastem. W tej okolicy mieszkali wyłącznie wyżsi rangą wojskowi i administracja portu wojennego. Alarm wszczął szofer komandora, który, jak zawsze, przyjechał po niego o ósmej rano, aby zawieźć go do komendantury. Zaniepokojony przedłużającym się oczekiwaniem zajrzał przez okno na parterze i ujrzał ślady walki oraz połamane sprzęty. Wezwał policję i czekał przy wejściu. Nikogo przed domem nie widział. Nic innego nie zauważył. Nie, nie wchodził do środka. Już złożył zeznanie, będzie w aktach sprawy…

Abell podszedł do otomany, na której bezwładnie spoczywał trup. Komandor Erwin Ramm w swoją ostatnią podróż wybrał się zapięty na ostatni guzik. Świeżo wyprasowany mundur pozbawiony był jednej zbędnej fałdki. Do piersi przypięte miał wszystkie swoje odznaczenia bojowe. Abell dostrzegł wśród nich Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego, a także tarczę Narvik. Tylko jeden szczegół psuł tę harmonię: asymetryczna dziura w czole, oznaczona zygzakiem świeżej krwi zastygłej na garbatym nosie. Pistolet, z którego zapewne oddano strzał, leżał na podłodze.

Abell przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie ostatnie chwile komandora. Wybierał się do dowództwa? Ubrał się w galowy mundur, przypiął odznaczenia bojowe i stanął przed lustrem, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku? To raczej niemożliwe; sądząc po plamach opadowych na ciele, do zabójstwa musiało dojść późnym wieczorem, dzień wcześniej. Kolejna wątpliwość: morderca był już w środku czy komandor sam go wpuścił? Nie było śladów włamania, a więc pukał ktoś, kogo Ramm dobrze znał. Kto?

Potrzasnął głową. Zbyt wiele rzeczy się tu nie zgadzało. Poza jedną: pobojowisko w pokoju świadczyło o tym, że to nie było samobójstwo. Jeszcze raz omiótł spojrzeniem połamane krzesła, wybebeszone szuflady z przepastnej szafy, ściągniętą serwetę ze stołu i roztrzaskaną na tysiąc kawałków kryształową karafkę z resztką koniaku na dnie. Więc jak to się odbyło? Morderca niepostrzeżenie dostał się do mieszkania komandora, doszło do walki wręcz i demolki garsoniery. Padł strzał. Śmierć musiała być natychmiastowa. A potem sprawca lub sprawcy ułożyli trupa na otomanie, ubrali w galowy mundur i przypięli wszystkie jego bojowe odznaczenia? Na litość boską, w jakim celu?!

– Wygląda, jakby wybierał się na paradę zwycięstwa – powiedział Kukulka, który właśnie skończył przeszukiwać kuchnię. – Tylko tej wiktorii jakoś nie widać.

– Przeszukajcie dokładnie to mieszkanie – powiedział Abell. – Zerwijcie podłogę, zajrzyjcie w każdą mysią dziurę, przekopcie ogród.

– Teraz, w zimie? – skrzywił się Mosbacher.

– Nie, kurwa, poczekamy, aż się ociepli. Podobno maj w czterdziestym piątym ma być bardzo ładny. Słyszałeś rozkaz pana radcy – warknął Kukulka.

– Czego mamy szukać? – Mosbacher wyraźnie spuścił z tonu.

– Tego samego co mordercy. Po coś przecież tu przyszli. I mam nadzieję, że tego nie znaleźli – powiedział Abell. – Gdzie lekarz?

– W drodze.

– Jutro rano chcę mieć na biurku raport z sekcji zwłok. Aha, przepytajcie najbliższych sąsiadów. Zapytajcie na posterunku Schupo2, widziałem wartownika dwie przecznice stąd. Może coś zauważyli, być może jakiś samochód, który nie należał do stałych mieszkańców. Jadę do komendantury bazy, wrócę za dwie godziny. Do roboty!

Uznał, że nic tu po nim. Poza tym czekał na niego kontradmirał Sorge i Abell zdawał sobie sprawę, że nie będzie to łatwa rozmowa.

2.

Brudna mgła spowijała nabrzeże. Ledwie dostrzegł masywny gmach komendantury bazy Gotenhafen. W oddali na wodzie kołysały się obłe cygara dwóch u-bootów. Widocznie przypłynęły do portu zaleczyć bojowe rany i zaprowiantować się przed kolejną misją. Łodzie podwodne stanowiły coraz rzadszy widok w porcie. Rosjanie od dawna już panowali na Bałtyku w sposób bezapelacyjny, odbierając resztki nadziei gdańszczanom na ucieczkę drogą morską. Na froncie wschodnim spodziewano się lada chwila kolejnej ofensywy Sowietów. Ile to jeszcze potrwa? Abell wolał o tym nie myśleć. I tak nie miał najmniejszego wpływu na bieg zdarzeń. I tak musiał powrócić do miasta, które przed laty go tak boleśnie zdradziło i opuściło. I to na pięć minut przed ostateczną katastrofą, jakiej dotychczas świat nie widział. Nie miał innego wyjścia. Liczyła się tylko Anna, jego mała ukochana córeczka…

Jeszcze dwa tygodnie temu obserwował z nabrzeża Hoek van Holland podobne u-booty wpływające do portu w Rotterdamie. Po powrocie do domu spoglądał spod oka na swoją odrętwiałą, przypominającą manekin żonę snującą się po kuchni i zastanawiał się, czy jest jeszcze w stanie przebić skorupę obcości i milczenia otorbiającą powoli ich związek. W osamotnionym domu, w którym nie było już słychać śmiechu Anny…

Nie zapomni przeraźliwego krzyku Gabi, gdy powiedział jej, co się stało. To przeraźliwe „Nieee!” tłukło się po ich nagle opustoszałym domu, odbijało się od szyb, aby powrócić i z całą mocą wwiercać mu się w mózg. Jeszcze teraz na wspomnienie tego dramatycznego momentu zagryzał wargi do krwi. To był traumatyczny wstrząs, niewyobrażalna katastrofa… Najgorsza była niepewność, co tak naprawdę się stało. Anna zniknęła bez śladu, wcześniej nie było jakiegokolwiek zwiastuna nadchodzącego nieszczęścia. W pewnym sensie wolałby, aby przytrafiła się jej jakaś choroba. Miałby ją wtedy przy sobie, mogliby wspólnie z Gabi stawić czoła nieszczęściu. A tak pozostawały im jedynie rozpacz i odmienianie przez wszystkie przypadki pytania „kto?”. I szukanie odpowiedzi na najważniejsze: gdzie jest teraz ich córka? Czy jeszcze żyje? Dlaczego Bóg ich tak karze?

Od tego feralnego momentu Gabi całe dnie spędzała jak skamieniała, siedząc nieporuszona w zaciemnionym pokoju na piętrze. Widział jej oczy wyprane z błękitu, szkliste i martwe, i rozdzierało mu się serce. Codziennie, słysząc jego kroki po powrocie do domu, zadawała tylko jedno pytanie: „Znalazłeś ją?”. A widząc odpowiedź w jego oczach, odwracała się do niego plecami, tłumiąc drżenie coraz bardziej wymizerowanego ciała. Bał się tych powrotów i lękał się tych pytań, bo każde z nich pogłębiało coraz bardziej fosę milczenia i obcości pomiędzy nimi.

Wstawał o świcie i niezmordowanie szukał jakiegokolwiek śladu po córce. Przepytał setki osób, uruchomił wszystkie swoje kontakty i znajomości, rozmawiał z sąsiadami, listonoszami, taksówkarzami, dokerami, policjantami, a nawet rotterdamskimi przemytnikami nadal rozdającymi karty w porcie. Przez pierwsze dni przypominało to szukanie igły w stogu siana. W tym świecie ciągle gdzieś znikali ludzie. Żydowscy sąsiedzi wyparowujący z dnia na dzień, ludzie podziemia ginący bez śladu w kaźniach Gestapo, czy też sąsiedzi, którzy po kolejnym nalocie dywanowym zamieniali się w kupkę popiołu mieszczącą się na ludzkiej dłoni. Zniknięcie małej dziewczynki nie było w tym kontekście wydarzeniem nadzwyczajnym, a jedynie kolejnym ogniwem w niekończącym się łańcuchu nieszczęść i odmienności, dewastujących w ostatnich latach ten kraj spokojnych i starych ludzi.

Przełom nastąpił piątego dnia poszukiwań. Listonosz Hanke przyniósł list nadany w Gdańsku trzynastego września, trzy dni po zniknięciu Anny. Abell czytał go od tej pory setki razy.

Pamięta, jak szumiało mu w głowie. Znowu poczuł najpierw drżenie, a potem niedowład lewej ręki. Musiał ją rozmasowywać dłuższą chwilę, zanim wróciło mu czucie w palcach. Jego nerwy były w strzępach.

List był w białej kopercie. Znaczek z Adolfem Hitlerem. Adres wydrukowany na maszynie do pisania. W jego nazwisku czcionka „A” ledwie widoczna, słabiej wbita w papier. Bez nadawcy. Koperta pospolita, takie były na każdej poczcie. Początkowo pomyślał, że jest pusta i że ktoś zrobił mu głupi żart. W środku był jednak mały fragment gazety. Winieta „Danziger Vorposten” oderwana ręcznie z pierwszej strony. Data: trzynasty września 1944… Dopiero po chwili zauważył wiadomość napisaną na marginesie gazety, tuż obok tytułu. Przeczytał ze ściśniętym sercem raz jeszcze jej treść. A właściwie te dwa lakoniczne, przerażające w swej wymowie zdania.

„Kochany tato! Módl się za mnie, Ania”.

To był jej charakter pisma. Sam ją uczył pisania: to „o” przypominające baryłkę, zamaszyste „z”, z którego podkpiwał, przekomarzając się z Anną, że bardziej przypomina podpis Zorro niż literę alfabetu.

Przynajmniej wiedział, że córka żyje. I że dla niej musi powrócić do tego miasta duchów nad Motławą, czy tego chce, czy nie. Dlaczego wywieźli ją właśnie tam? Kto to zrobił i jaki zamiar przyświecał złym ludziom? Co to miało oznaczać? Czy w wyborze tego miasta, które kochał i którego nienawidził zarazem, tkwiło jakieś ukryte przesłanie?

Tego wieczoru cicho wszedł do sypialni. Gabi leżała krzyżem na podłodze. Słyszał jej nierówny oddech. Modliła się żarliwie.

Chciał już odejść, gdy nagle odwróciła głowę.

– Ona żyje, Christianie. Ona żyje. – Rozpłakała się bezgłośnie. – Tylko to się liczy. Odnajdziesz ją, prawda?

A potem przyszła odpowiedź na rozpaczliwy list, który wysłał do Gdańska, do jedynej osoby, która mogła mu pomóc.

Pamiętał ten moment, jakby to zdarzyło się wczoraj. Niespodziewany warkot motoru niemieckiego żandarma wjeżdżającego w Rembrandtstraat zagłuszył jego myśli. Okupanci rzadko pojawiali się na tej ulicy. Zamieszkiwali ją rzemieślnicy, drobni kupcy i urzędnicy, zatrudnieni głównie w rotterdamskim porcie. Abell miał nadzieję, że żandarm zatrzyma się właśnie na progu jego domu. I nie omylił się.

Depesza była długa. Jej autorem był kontradmirał Siegfried Sorge, pod którego dowództwem Abell służył w marynarce w ostatnich miesiącach poprzedniej wojny. Dobrze wspominał ówczesnego komandora: utalentowanego oficera i wymagającego, acz ludzkiego szefa. Sorge odwiedził go nawet po wojnie w domu podczas swej wizyty w Gdańsku. Wypili morze goldwassera i wspominali wojenne czasy. Pieczęć na depeszy wskazywała, że kontradmirał Sorge był teraz zastępcą dowódcy portu wojennego Kriegsmarine w Gotenhafen. Gotehhafen… Abell przymknął oczy i przywołał w pamięci obraz modernistycznych kamienic i gmachów, położonych tak blisko ukochanego Gdańska… Opuścił to złote miasto osiem lat temu, ale pamięć o nim nadal tkwiła w nim jak bolesny cierń.

Drogi Christianie! – brzmiała treść depeszy. Z uwagą przeczytałem Twój list, który otrzymałem wczoraj. Nie muszę przekonywać, jak wielkim darzę Cię szacunkiem jako towarzysza frontowego i zawsze lojalnego kolegę. Jesteś młodszy stopniem, ale to Tobie powinni założyć na głowę moją kontradmiralską czapkę. Zawsze byłeś dla mnie kimś w rodzaju ostatniego Mohikanina, człowieka zasad, które bezpowrotnie odchodzą w przeszłość. Z tym większym współczuciem przyjąłem wiadomość o niezrozumiałym zniknięciu Twojej córki.

Prosisz o pomoc w powrocie do Gdańska i o wsparcie w poszukiwaniach Anny. Z uwagi na starą przyjaźń i dramat, jaki przeżywasz, nie chcę i nie mogę odmówić, choć sprawa nie jest łatwa. Dobrze wiesz, że, mówiąc eufemistycznie, masz tu niewielu przyjaciół. To już nie jest to samo miasto, które opuściłeś. Znalazłem jednak rozwiązanie, które powinno satysfakcjonować nas obu. Pomogę Ci, ale i ja poproszę o pomoc.

Jeśli się zgodzisz na moją propozycję, otrzymasz służbowy przydział do tajnej policji polowej3w Gotenhafen, zachowując stopień służbowy ze służby w Kripo. Gotenhafen pozostaje pod całkowitą jurysdykcją Kriegsmarine, dzięki czemu będziesz mógł swobodnie poruszać się także po terenie Gdańska i poszukiwać córki w majestacie prawa. W komendanturze Kriegsmarine w Rotterdamie czekają już na Ciebie stosowne rozkazy i zezwolenia.

Ale i ja potrzebuję pomocy w rozwikłaniu pewnej skomplikowanej sprawy, której rozwiązanie zlecił mi mój zwierzchnik, dowódca bazy wojennej w Gotenhafen, wiceadmirał Stark. Potrzebuję kompetentnej i zaufanej osoby, a, jak się domyślasz, nikogo takiego nie ma w moim otoczeniu. Nie mogę podać więcej szczegółów z uwagi na tajemnicę wojskową i dyskretny charakter całej tej sprawy. Wiem, że wybrałeś, jak wybrałeś – i zazdroszczę Ci tej decyzji, zwłaszcza w obliczu tej pożogi, która nas ogarnia. Czasami jednak musimy postępować tak, jak należy, a nie tak, jak nam wygodnie. Myślę, że Ty akurat doskonale to zrozumiesz. Przy okazji zejdziesz w Rotterdamie z pola widzenia ludziom, którzy nigdy nie zapominają…

Z wyrazami przyjaźni

Siegfried Sorge.

Zamknął się wtedy w gabinecie i z bijącym sercem po wielokroć analizował treść depeszy. To była jego jedyna szansa! Musiał przyjąć ofertę Sorgego i powrócić do Gdańska. Tylko w ten sposób mógł odnaleźć córkę. Gabi patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, gdy powiedział jej o liście Sorgego.

– Jedź tam i nie wracaj bez niej – wyszeptała. – Błagam, nie wracaj bez naszej córeczki…

Umówili się, że Gabi przeczeka rozłąkę w sanatorium na wyspie Texel4. Byli tam kiedyś i Gabi dobrze zapamiętała panujący tam spokój i ołowiane niebo owiewane przez stada ptaków. Abell obiecał, że będzie do niej pisał codziennie, i widząc smutek w jej oczach, wiedział, że musi dotrzymać słowa.

3.

Ale to było wieki temu. Znajdował się obecnie bardzo daleko od wypielęgnowanych domków na Rembrandtstraat. Tkwił teraz w samym środku świata, w którym śmierć była na porządku dziennym. Słyszał nieustanny szum wielkiego portu: zgrzyt suwnic i dźwigów, buczenie syren na holownikach i okrętach wojennych. Gdzieś w tej dżungli ukrywali się ludzie, których miał odnaleźć, nie bacząc na fakt, że rzeczywistość, którą znał, odchodziła właśnie w bezpowrotną przeszłość.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Dla ułatwienia w książce stosowany jest tytuł komandora, stanowiący odpowiednik zgodnego z nomenklaturą służbową Kriegsmarine stopnia Kapitän zur See.

2 Schutzpolizei – niemiecka policja porządkowa.

3 Geheime Feldpolizei — tajna policja polowa, niemiecka formacja policyjna Wehrmachtu podczas II wojny światowej. Kierownictwo tej formacji podlegało Naczelnemu Dowództwu Wehrmachtu.

4 Wyspa w Holandii, wysunięta najdalej na zachód w grupie Wysp Zachodniofryzyjskich.

RedakcjaAnna Mieczkowska

Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce© Everett Collection/Shutterstock

Skład i łamanieAgnieszka Kielak

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2019 © Copyright by Krzysztof Bochus Warszawa 2019

Wydanie pierwsze ISBN: 978-83-66195-29-5

Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 81 [email protected] www.skarpawarszawska.pl

Dystrybutor ressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: [email protected]