Lapis Lazuli - Krzysztof Bochus - ebook + książka
NOWOŚĆ

Lapis Lazuli ebook

Krzysztof Bochus

0,0

99 osób interesuje się tą książką

Opis

Zagadka, która intryguje do dziś. I tajemnica, która łączy. Adam Berg i Christian Abell na kartach jednej powieści z wielką historią w tle.

W jednym z muzeów w Amsterdamie zostaje przypadkowo odkryty obraz, który wygląda na dzieło genialnego Vermeera van Delft. Nie brakuje jednak sceptyków, podważających autentyczność znaleziska. Gra idzie o wielką stawkę. Muzealnicy ściągają na pomoc Adama Berga. Dziennikarz ma potwierdzić lub przeciąć wątpliwości dotyczące estymacji obrazu.

Jest ku temu dobry powód: tropy wiodą bowiem daleko w przeszłość, w stronę genialnego fałszerza Hana van Meegerena. Wiele wskazuje na to, że wspólnikiem potencjalnego oszusta był nie kto inny, a dziadek Berga – radca Christian Abell. Zaintrygowany dziennikarz podejmuje śledztwo. Wkracza na swoiste pole minowe: wszystkie jego ruchy torpedują ludzie, którzy chcą uniemożliwić mu dotarcie do prawdy. W tej rozgrywce wszystkie środki są dozwolone: podpalenia, przemoc, porwania… Berg ze ścigającego, sam staje się ściganym.

Co więcej, okazuje się, że ta gra ma podwójne dno. Dziennikarskie śledztwo prowadzi Berga do dramatycznych wydarzeń z okresu II wojny światowej: czarnego rynku dzieł sztuki, grabieży dokonywanej przez nazistów i ponurej okupacji w Holandii. Stopniowo odkrywa on ślady jednego z największych przekrętów w historii sztuki. Ofiarą wyrafinowanej zemsty pada jeden z najpotężniejszych ludzi tamtej epoki.

To najbardziej osobiste ze śledztw Berga. Dochodząc prawdy, odkrywa bowiem także cząstkę własnej, rodzinnej tożsamości.

Epicki wymiar, intrygująca fabuła, sztuka cenniejsza niż ludzkie życie - Krzysztof Bochus w najwyższej formie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ta książka to fikcja literacka. Korzystając z licentia poetica, autor przywołuje postaci i zdarzenia historyczne, ale tylko w takim zakresie, na jaki pozwala fabuła powieści.

Czytelnik winien pamiętać, że ta historia jest o tyle prawdziwa, że mogła zdarzyć się naprawdę.

„Powinniśmy sobie uświadomić, że możemy mówić jedynie o złych falsyfikatach, tych, które wyśledziliśmy; dobre wciąż wiszą na ścianach”*.

Théodore Rousseau

Mojej wyrozumiałej Rodzinie

poświęcam

Prolog

 

Unterstein, Bawaria, Alpy 13 kwietnia 1945

1.

Oficer Wehrmachtu ścisnął Parabellum w ręku i obrzucił bacznym spojrzeniem stojący przy peronie pociąg. Podobno transport ten dotarł tu aż spod Berlina, unikając po drodze sowieckich zagonów i alianckich bombardowań. Miał status specjalnego przeznaczenia, ale krążyły głosy, że wagony załadowane są po sufit osobistym dobytkiem Marszałka Rzeszy. Miały się w nim znajdować prawdziwe skarby: nie tylko obrazy, rzeźby i arrasy wywiezione z rezydencji Göringa w Carinhall1, ale także kosze pełne koniaku, kawy i luksusowych towarów.

Kiedy on sam pił prawdziwy koniak? Albo smakował kawy Meinla? Na samą tę myśl oficer splunął pod nogi, po czym roztarł plwocinę na powierzchni peronu. Przez takich skorumpowanych wodzów przegrali tę wojnę. W myślach przeleciał mu obraz marszałka o monstrualnej tuszy, obleczonego w operetkowy biały mundur i obwieszonego medalami ze wszystkich zakątków imperium. To już nie był ten Göring co kiedyś, swój chłop, popularny wśród żołnierzy i zwykłych zjadaczy chleba. Teraz przypominał akolitę z dworu Nerona, który ściągnął na głowy ich wszystkich niewyobrażalną katastrofę. A tak w niego wierzyli!

Jednak mus to mus. Rozkaz jest rozkazem. A on zamierzał go wykonać, choćby to były ostatnie chwile tej przeklętej wojny – a może właśnie dlatego. Pociąg utknął na stacji, podobno kilkaset metrów dalej uszkodzone były tory wiodące do Obersalzbergu. Poczeka wraz ze swoimi ludźmi na naprawę szyn, przypilnuje odjazdu transportu i wszyscy powrócą cali i zdrowi do koszar. A potem się zobaczy.

Zresztą kwadrans wcześniej pododdział Luftwaffe wyładował z pociągu kilka skrzyń, zapakował je na ciężarówkę i odjechał w kierunku Obersalzbergu.

– Gdzie to zabieracie? – zapytał majora dowodzącego tym oddziałem.

– Do schronu dowództwa sił lotniczych.

– Co jest w tych skrzyniach?

– Tajemnica wojskowa. Zresztą to nie twoja sprawa.

Jasne, znajdowali się przecież w strefie strzeżonej. Niedaleko Berghofu, górskiej siedziby Führera, a także schronów wielu najwyższych notabli III Rzeszy.

Uwagę oficera przyciągnął szmer nadchodzący z podnóża peronu. Przypominał odgłos pszczelego roju, narastający i wwiercający się w uszy. Zaczęło się!

Spojrzał zaniepokojony na swoich ludzi. Przydzielono mu zaledwie sześciu żołnierzy, dwaj z nich pochodzili z ostatniego naboru, mieli jeszcze młodzieńcze krosty na twarzach. Nie mogli mieć więcej niż po siedemnaście lat. Szlag! Tak wątłe siły wystarczały do zabezpieczenia pociągu podczas krótkiego postoju na stacji i w normalnych czasach. Teraz jednak nic nie było takie jak kiedyś.

Najpierw zobaczył kilka kobiet. Wysypały się spoza załomu peronu i szeroko otwartymi oczami wpatrywały się w pociąg. A potem zza ich pleców wylała się ludzka lawa. Szemrząca, stunożna, napierająca do przodu, dodająca sobie odwagi gardłowymi okrzykami i przekleństwami. Oficer krzyknął ostrzegawczo, ale to ich nie powstrzymało. Runęli w stronę wagonów, dopadli do drzwi, próbując je sforsować. Gdzieś brzęknęła wybita szyba.

Oficer podniósł pistolet i wystrzelił ostrzegawczo w powietrze. Nie powstrzymało to jednak tłumu. Spojrzał na koniec peronu, szukając wzrokiem swoich wartowników. Już ich tam nie było.

Ktoś go popchnął, ludzie z szaleństwem w oczach mijali go, jakby w ogóle nie istniał, jakby nie był oficerem z bronią w ręku i nie reprezentował władzy, która przez dwanaście lat trzymała ich za mordy, wymuszając posłuch i dyscyplinę. Śluzy puściły.

Oficer odsunął się na bok. Nie był w stanie powstrzymać tej zdziczałej tłuszczy. Nie zamierzał ginąć w ostatnich dniach wojny, co to, to nie!

Tamci byli już w środku. Wyrzucali przez okna skrzynie pełne delikatesów, wynosili całe kosze koniaku i szampana. Po peronie potoczyły się owoce pomarańczy i cytryn, podskakując niczym barwne kule na nierównościach betonu. Ludzie ślizgali się po roztopionym błocie, zmieszanym z masłem, kawą i kakao, wpadali na siebie, przewracając się wzajemnie, krzyczeli gardłowo, osuwali się pod ciężarem rozszalałej masy na tory i ponownie wspinali niczym pająki na platformę peronu.

Nagle ta skotłowana ciżba na chwilę zamarła. Ktoś rozbił zagrabioną z wagonu kasetę, z której wysypały się na peron kosztowności. W słońcu rozbłysły kamienie szlachetne. Po betonie toczyły się teraz perły, brylanty oprawione w złoto, szmaragdy i rubiny wielkości orzecha włoskiego. Amorficzny tłum znowu ruszył, lecz tym razem walka toczyła się w milczeniu. Ludzie przepychali się na kolanach, zadając ciosy i walcząc zaciekle o te łupy ze stołu Wielkiego Łowczego Rzeszy.

Po kilku minutach było już po wszystkim. Potrzaskane resztki kasety leżały teraz bezpańsko, wystając gdzieniegdzie z mazi wytworzonej z błota i wdeptanej weń żywności.

Oficer przywarł plecami do muru i otarł pot z czoła. To wyglądało na koniec świata, jedynego, jaki znał i któremu tak ofiarnie służył: od skrwawionych pól Flandrii i Ukrainy aż po Alpy.

A może właśnie było końcem świata?

2.

Zamek Fischhorn, siedziba Emmy Göring 12 maja 1945

 

Kapitan Harry V. Anderson ze 101. Dywizji Powietrznodesantowej USA rozpiął kolejny guzik w mundurze. To był upalny maj. I bardzo ciężki dzień, który jeszcze się nie skończył. A siedząca przed nim kobieta o zaciętym wyrazie twarzy nie ułatwiała mu sprawy.

– Powtórzę jeszcze raz: mojego męża widziałam ostatnio siódmego maja, gdy dobrowolnie oddał się w wasze ręce. Miał spotkać się z generałem Eisenhowerem, a tymczasem, jak słyszę, wylądował w więziennej celi. – W jej głosie zabrzmiał ton pretensji. – Od tamtej pory nie miałam z nim kontaktu.

– Droga pani… – Anderson postanowił spróbować ponownie. Rozmowa szła jak po grudzie. Zgodził się nawet na obecność podczas przesłuchania osobistej pielęgniarki Frau Göring2, licząc, że ociepli to atmosferę, ale jak na razie nadzieje te okazały się płonne.

– Pani Göring, proszę się tak do mnie zwracać.

– Dobrze więc, pani Göring, zapytam inaczej: czy otrzymała pani w ostatnich dniach jakąś przesyłkę od swego męża lub od kogoś z jego podwładnych?

– Nic takiego nie miało miejsca. Pisuję codziennie listy do męża, wiem, że on na pewno na nie odpowiada, ale wy, Amerykanie, rekwirujecie wszelką korespondencję.

Anderson spojrzał ponad głową kobiety na swego towarzysza, sierżanta w mundurze spadochroniarza, a tamten tylko przewrócił wymownie oczami. Pani Emmy Göring kłamała – i obaj doskonale o tym wiedzieli. Przesłuchiwali ją w małym saloniku umieszczonym w zamkowej baszcie. Miała tu do swojej dyspozycji jeszcze kilka pomieszczeń, w tym kuchnię i sypialnię dla córki. Wyposażenie było raczej skromne: kilka pociemniałych arrasów na ścianie, stare meble o rzeźbionych zagłówkach, wielki stół, zasłany teraz dziesiątkami skrzyń i sakwojaży z cielęcej skóry. Wszystko to sprawiało wrażenie tymczasowości i chaosu. Göring umieścił ją tutaj zaraz po ucieczce z Berlina i przyjeździe w Alpy. Miała tu doczekać lepszych czasów. Nic jednak nie wskazywało, by takowe miały nadejść.

– Marnuje pani mój czas, pani Göring – powiedział Anderson. – To nie jest dobry moment na małe kłamstewka.

– Zarzuca mi pan kłamstwo? – Oczy Emmy Göring pociemniały.

– Owszem. A oto fakty. Gdy stało się oczywiste, że wojna jest przegrana, pani mąż podzielił swoją słynną kolekcję na dwie części. Pierwszą z nich, głównie rzeźby, zakopano na terenie Carinhall. Gros dzieł sztuki zapakowano jednak do specjalnego pociągu i wysłano na południe, do Obersalzbergu. Trzynastego kwietnia transport ten dotarł na stację w Unterstein i tu na chwilę utknął. Wiemy, że stał się przedmiotem pożądania okolicznych mieszkańców, doszło do rabunku znajdujących się w nim wiktuałów i luksusowych artykułów żywnościowych. Zanim jednak to się stało, żołnierze Luftwaffe opróżnili pociąg z najcenniejszych obrazów i innych artefaktów, które następnie wywieźli do bunkra sztabu Luftwaffe w Obersalzbergu. Operację tę nadzorował niejaki Walter Hofer3, agent pani męża, który wkrótce potem rozpłynął się w powietrzu.

– To jakieś dziwne opowieści. – Frau Göring wzruszyła ramionami. – Skąd pan niby to wszystko wie?

– Ano stąd, że to ja dotarłem do tego wielopiętrowego schronu i odkryłem setki składowanych w nim arcydzieł.

Po tych słowach w saloniku zapadła cisza.

– Setki, ale nie wszystkie. – Anderson podniósł głos, nie spuszczając oczu z Niemki.

– O co panu chodzi? – Emmy Göring uniosła na niego czujne spojrzenie.

– Doniesiono nam, że małżonek przekazał pani najcenniejsze z tych arcydzieł. Obraz Vermeera van Delft. Chcemy odzyskać to płótno. Należy do aliantów, jak wszystko, co zrabował w czasie wojny marszałek.

– Hermann niczego nie ukradł. To prawda, kochał sztukę, ale kupował te obrazy legalnie i płacił za nie z własnej kieszeni.

– Legalnie? Szantażując żydowskich marszandów groźbą wysłania ich do obozów koncentracyjnych, jeśli nie odsprzedadzą swoich kolekcji po zaniżonej cenie? – W głosie Amerykanina pojawiły się twardsze nuty. – Proszę mnie nie rozśmieszać, pani Göring. I nie utrudniać nam postępowania, bo dysponujemy środkami, aby zmusić panią do mówienia prawdy.

– Zabraliście mi kraj, który kocham, i ideę, w którą głęboko wierzę. Pozbawiliście mnie męża. Jestem przesłuchiwana jak zwykła kryminalistka, a nie żona drugiej osoby w państwie. Nie może mnie już spotkać nic gorszego.

– Myli się pani. Możemy wysłać panią do obozu, pani służbę też. Zapewniam, tam nie będzie tak miło jak tutaj.

Uwadze Andersona nie umknęła reakcja pielęgniarki na tę groźbę. Kobieta stała jak skamieniała pod ścianą, była śmiertelnie blada. Po słowach kapitana zachwiała się lekko, jakby jego groźby naruszyły wreszcie ten pruski gorset posłuszeństwa i samodyscypliny, w którym tkwiła u boku Frau Göring.

– Heil Hitler, panie kapitanie! – Odpowiedź Emmy Göring zabrzmiała jak wyzwanie.

– Zostań tutaj – rozkazał Anderson swojemu towarzyszowi. – A ja tymczasem porozmawiam z pielęgniarką.

Wstał i przeszedł z kobietą do sąsiedniego pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Wrócił po dziesięciu minutach.

– I po co były te gierki, pani Göring? – rzucił bez zbędnych wstępów. – Panna Liburger zeznała, że mąż podarował pani obraz Vermeera van Delft podczas waszego ostatniego spotkania. Była świadkiem, jak powiedział: „Bacznie go pilnuj, Emmy. Ma wielką wartość. Gdybyś kiedykolwiek była w potrzebie, możesz go sprzedać, a niczego ci nie zabraknie do końca życia”.

– Jak mogła… – Na twarz kobiety po raz pierwszy wystąpił delikatny rumieniec.

– Po prostu nie chciała iść do obozu. Ma pani ten obraz, prawda? Jest gdzieś tutaj, w zamku, dobrze schowany, jako swoista polisa ubezpieczeniowa na ciężkie czasy. Jest przecież wart miliony. Mógłbym wszcząć poszukiwania, ale zdaję sobie sprawę, że to potrwa i będzie przypominać szukanie igły w stogu siana. Dlatego zrobimy tak: pani powie mi, gdzie jest to cenne płótno, a ja nie zabiorę pani córki i nie wyślę jej do sierocińca.

– Co proszę? – Emmy Göring wyglądała na wstrząśniętą.

– To, co pani usłyszała. Ma pani minutę na odpowiedź. Ani sekundy więcej.

– Nie zrobiłby pan tego… To nieludzkie – wyszeptała nagle zbielałymi wargami.

– Nieludzkie to było to, co wyrabialiście z więźniami w obozie koncentracyjnym Dachau. Poza tym jestem Żydem, Frau Göring. Nie zawaham się, zapewniam.

Pół godziny później wyszli z zamku. Sierżant niósł obraz owinięty zwykłym ręcznikiem, który zabrali z kuchni. Wsiadł do Jeepa i położył obraz na tylnym siedzeniu.

– Naprawdę jest tyle wart, kapitanie? – zapytał Andersona.

– Naprawdę.

– A co z tą małą?

– Pójdzie do sierocińcaI.

– Obiecał jej pan…

– Skłamałem, sierżancie. Obiecałbym jej nawet uwolnienie grubego Hermanna, byleby tylko oddała nam ten obraz.

– Z całym szacunkiem, sir, ale to trochę nie w porządku. – Sierżant pokręcił głową.

– Przeciwnie, sierżancie. To sprawiedliwość.

 

Rozdział I

Dziewczyna z fletem

Amsterdam, maj 2025

1.

Powinien zauważyć tego gościa wcześniej, przecież mignął mu już przy wejściu na Museumbrug4. Rozbiegane oczy, niedomyte włosy tłustymi strąkami opadające na kołnierz. Dobrze znał ten typ. A jednak dał się zaskoczyć; chyba lampka alarmowa w głowie mu się nie zaświeciła.

A teraz było już za późno.

Zatrzymał się na mostku nad kanałem i odwrócił plecami. To był błąd. Poczuł ostrze noża przebijające mu kurtkę.

– Wyskakuj z kasy, białasie – usłyszał zduszony szept po angielsku.

– Potrzebujesz na szampon?

– Pierdol się, rasisto! Kasa!

– Musiałbym się najpierw odwrócić – odpowiedział Berg.

– Tylko powoli, frajerze.

Facet mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia lat. Miał niepokój w oczach i wyglądał na takiego na dużym głodzie. Teraz przytknął mu nóż do brzucha. Berg słyszał jego przyspieszony oddech. Skóra jak heban. Surinam? Etiopia?

– Nie mam pieniędzy – powiedział.

– Nieprawda. W tym jebanym kraju każdy białas ma hajs.

– Jak ci się tu nie podoba, wracaj, skąd przybyłeś.

– Pierdol się. Kasa, mówię!

Policjantka wyrosła obok nich nagle jak spod ziemi. Twarz miała obsypaną piegami.

– Jakiś problem? – Spojrzała badawczo na Berga.

Jej towarzysz, barczysty funkcjonariusz, stał dwa metry dalej na szeroko rozstawionych nogach, nie spuszczając z nich oczu.

– Tak jakby – odpowiedział Berg.

Nóż nagle zniknął, chyba w rękawie koszuli napastnika.

– Próbował pana okraść? To narkoman, mamy go na oku od pewnego czasu.

– Nie zdążył.

– Nic nie zrobiłem! To rasistowska napaść! – Agresor odzyskał rezon.

– Wim, przeszukaj go. – Policjantka skinęła na kolegę, po czym ponownie zwróciła się do Berga: – Czy chce pan złożyć skargę?

Ten wzruszył ramionami i odparł:

– Nie.

– Dobrze, może pan iść. My zajmiemy się resztą.

Odszedł w kierunku Museumstraat. U wylotu uliczki obejrzał się za siebie. Ćpun leżał na chodniku, a mundurowy zakładał mu kajdanki. Nóż spoczywał obok, jego ostrze lśniło w słońcu.

Good morning, Amsterdam.

Mimo wszystko dobrze się czuł w tym mieście. Bardzo przypominało mu Gdańsk. Wąskie uliczki, barwne elewacje kamienic, zapach wody z kanałów: wszystko to tworzyło nieuchwytny melanż kolorów, skojarzeń i zapachów, który był bliski jego sercu. A różowe elewacje głównego budynku Rijksmuseum5, w którym spędził poranek, przypominały mu Wielką Zbrojownię nad Motławą. Widać było, że oba budynki pochodziły z tej samej manierystycznej szkoły.

Muzeum było zachwycające. Chłonął obrazy flamandzkich mistrzów: Jana Steena, Fransa Halsa, a przede wszystkim Rembrandta, podziwiając bogactwo tej oryginalnej kultury, zrodzonej w niewielkim kraju polderów i kanałów. Spacerował alejkami starego Amsterdamu, bijąc się z myślami i próbując znaleźć odpowiedź na pytanie, jak i po co w ogóle się tu znalazł.

2.

Jeszcze poprzedniego dnia nic nie zapowiadało takiej eskapady. Razem z Magdaleną wygrzewali się w słońcu na molu w Brzeźnie. Śledził wzrokiem frachtowce zawijające do Portu Północnego. Miał tak od małego: niegdyś lubił obserwować wycieczkowce wpływające do portu w Gdyni: znał ich nazwy, gabaryty i dokładne godziny rejsów. Właśnie odprowadzał spojrzeniem wąską kreskę węglowca na horyzoncie, gdy jego komórka zawibrowała. Nowa wiadomość.

– Jest niedziela, dzień święty. – Magdalena spojrzała na niego znad wielkich ciemnych okularów.

– Widocznie nie wszyscy o tym wiedzą.

– Kobieta?

– Nie sądzę. Do takich kontaktów mam drugi telefon.

– Nie przeginaj! – Pogroziła mu żartobliwie palcem.

Kliknął w ikonkę poczty, otwierając aplikację.

Nieznany adresat. „Muzeum Haarlem” w adresie mailowym. Holandia? Wiadomość była lakoniczna. Prośba o telefon w ważnej sprawie, „która jest istotna dla muzeum i może być, nie tylko z zawodowego punktu widzenia, interesująca także dla Pana”.

Podniósł wzrok znad smartfona. Było mu dobrze na tej bałtyckiej plaży, z kobietą, która ostatnio wypełniała wszystkie jego myśli. Zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek drogi, nie wiedział, jak rozwinie się ta relacja. Nic jeszcze nie było oczywiste. To nie harlequin, a samo życie. Po odejściu Miłki popadł w depresję. W nekrologu po jej śmierci napisał: „Jej skrzydła były gotowe. Moje serce nie”. Ugrzązł w czarnej studni o obłych ścianach, z której nie sposób było się wydostać.

Niespodziewane pojawienie się w jego życiu Magdaleny było szansą, ale nie miał pewności, czy zdoła ją wykorzystać. To wymagało z jego strony starań, respektu i zwykłej uważności. Był moment, kiedy mu się wydawało, że nie ma u niej żadnych szans, że stoi na straconej pozycji. Wtedy napisał do niej: „Trudno czekać na coś, co może się nigdy nie wydarzyć. Ale jeszcze trudniej czekać, gdy wiesz, że to wszystko, czego pragniesz”.

Odpisała. Później powiedziała mu, że to zdanie przeważyło. Od tej pory byli razem. Nie chciał tego spieprzyć, jak tyle razy wcześniej. I niepotrzebne mu były teraz zagraniczne eskapady. Zbyt długo gonił za błyskotkami, zaniedbując to, co w życiu naprawdę ważne. Wystarczy.

Magdalena dopiero po raz drugi przyjechała do niego do Trójmiasta. Poznawali się bliżej. Wiedział już, że ceni filmy Tarantino, a zakłopotana przygryza wargi. Lubiła pizzę, deszcz i długie spacery po plaży. Była namiętną i czułą kochanką, świadomą swojej kobiecości i wyzbytą fałszywej pruderii. Chciał wiedzieć o niej więcej.

– I co tam? – Rzuciła mu szybkie spojrzenie.

– Propozycja z zagranicy. Podobno bardzo interesująca.

– Skąd?

– Z Holandii. Chcą, żebym zadzwonił.

– I co zrobisz?

– Oleję to.

W Grubej Rybie zamówił kawę. Miała cierpki smak. Plażą obok mola szło jakieś małżeństwo z pochylonymi głowami szukające bursztynu. Dziecko puszczało latawca, w pewnym momencie wiatr wyrwał mu sznurek z dłoni i latawiec poszybował wysoko, ku słońcu.

Komórka zawibrowała ponownie. Podniósł głowę i ujrzał utkwione w sobie spojrzenie Magdaleny.

– Sprawdzę – powiedział.

– Jasne. – Przekręciła się na leżaku na bok.

Nigdy nie nazywał jej Magdą, nie życzyła sobie tego, co obwieściła mu już na pierwszej randce. „Zgoda – odparł wtedy. – Ale pod warunkiem, że ty nigdy nie zawołasz do mnie »Leć, Adam, leć!«”.

Jednak znowu oni. Muzeum Haarlem.

„Oczywiście opłacamy przelot i nocleg w dobrym hotelu. Mamy dla Pana propozycję z gatunku tych, których się nie odrzuca, Panie Berg. Zależy nam na kontakcie. Ta sprawa może mieć dla Pana także wymiar prywatny. Proszę zadzwonić”.

Co jest, bohu kolczasty?

Poczuł nadchodzącą falę irytacji. Zachowywali się tak, jakby już go kupili, a jego zgoda była tylko formalnością. Propozycja nie do odrzucenia? Nie miał pojęcia, o co im chodzi, a już był na nie. I jeszcze ta namolność!

Potrząsnął głową.

– To znowu tamci? – spytała Magdalena.

– Tak. Wyjątkowo natrętni. – Skrzywił się.

– Może jednak zadzwonisz? A jeśli to coś ciekawego?

– Zastanowię się.

 

Po powrocie do domu wybrał numer i spojrzał w okno. Słońce nadal grzało, świetliste refleksy odbijały się w szybie. Oby więcej takich dni.

Połączenie zostało odebrane już po kilku sekundach.

– Przy telefonie Adam Berg, prosiliście o telefon – powiedział i znowu wyjrzał na zewnątrz. Płomiennie żółty wiąz w jego ogrodzie przysychał. Berg pomyślał, że musi go porządnie podlać.

– Tutaj doktor Marcus Neskeens, wicedyrektor Muzeum Haarlem. Dziękuję, że pan oddzwonił. Cieszę się…

– To kwestia kindersztuby, panie Neskeens, nic ponadto. Nie jestem zainteresowany waszą propozycją.

– Jeszcze jej pan nie poznał.

– Tak się składa, że mam inne zobowiązania.

– Proszę mnie przynajmniej wysłuchać. Powiedzmy, że to kwestia kindersztuby.

– Dobrze – odparł z wahaniem.

– Jesteśmy poważnym muzeum, może nie tej rangi co Rijksmuseum, ale mamy swoje miejsce w Amsterdamie. To prywatna placówka. Specjalizujemy się w rodzimym, niderlandzkim malarstwie z siedemnastego wieku. Perłą naszych zbiorów będzie obraz Vermeera van Delft, akurat panu nie muszę tłumaczyć rangi tego malarstwa. Został odnaleziony przypadkiem w naszym magazynie.

– Gratuluję.

– Ostatnio pewien popularny niegdyś dziennikarz zakwestionował w mediach autentyczność naszego znaleziska. Słowem: namieszał. Jesteśmy przekonani, że nie ma racji, i chcemy to udowodnić. Z pana pomocą.

Vermeer? Niekwestionowany geniusz, który pozostawił po sobie tylko trzydzieści pięć zachwycających płócien, z których każde było bezcenne? Do tego malarz, którego on sam stawiał na piedestale, wyżej niż Rembrandta czy Halsa? Tego się nie spodziewał.

– Proponujemy, aby przyleciał pan do Amsterdamu. Pokrywamy wszelkie koszty. Co do honorarium, na pewno się dogadamy. Rada Fundacji, która kieruje muzeum, oferuje poważną kwotę za podjęcie się tego zadania, ale pozna ją pan oczywiście dopiero wtedy, gdy wyrazi pan, chociażby wstępnie, zainteresowanie naszą ofertą.

– Czego właściwie ode mnie oczekujecie?

– Zbadania na miejscu, czy insynuacje tego dziennikarza mają jakiekolwiek uzasadnienie.

Musiał przyznać sam przed sobą, że brzmiało to nieźle i w innych okolicznościach…

– To interesujące, ale jednak podziękuję. Może za jakiś czas, teraz najważniejsze jest dla mnie życie prywatne. Dopiero co je odzyskałem.

– Słyszeliśmy, że jest pan trudnym partnerem.

– Słyszeliście? Od kogo? I właściwie: dlaczego akurat ja?

– Przeczytaliśmy rozmowę z panem Ohmem na łamach „Le Monde” o odnalezionym przez pana diademie tunguskim6. To było naprawdę imponujące! Poza tym w internecie można dziś znaleźć wszystko, także wykaz pana poprzednich dokonań w Polsce. Naszym zdaniem jest pan właściwym człowiekiem do tej misji.

– Dlaczego nie skorzystacie z usług jakiegoś holenderskiego dziennikarza, rodzimego tropiciela śladów?

– Za duże ryzyko przecieków. Zresztą nie znamy nikogo takiego. Potrzebujemy osoby z zewnątrz, dyskretnej i godnej zaufania.

– Dziękuję, ale mimo wszystko moja odpowiedź jest odmowna.

– Mamy w zanadrzu jeszcze jeden argument. – Doktor Neskeens najwidoczniej nie należał do tych, którzy łatwo rezygnują.

– A mianowicie?

– W korespondencji z lat wojny, która przewija się w tej sprawie, pojawia się pewne, chyba znane panu nazwisko…

 

Pięć minut później odłożył słuchawkę, nadal nie wierząc, że to zrobił.

Magdalena zajrzała zza drzwi.

– Dziwnie wyglądasz – stwierdziła.

– Bo dziwnie się czuję – odpowiedział.

– Jednak polecisz do Amsterdamu? Mówiłeś, że nie jesteś zainteresowany.

– Wiem, ale muszę to dla niego zrobić.

– Dla niego? Czyli dla kogo? – Posłała mu zdziwione spojrzenie.

– Dla Abella. Christiana Abella.

3.

Wysiadł z taksówki i rozejrzał się dookoła. Odnowione ściany budynków lśniły w wiosennym słońcu, wiatr tarmosił liście rosnących tu platanów.

Uliczka była krótka, ale szykowna. Modernistyczne kamienice o różowych elewacjach, bramy kute w żelazie, w wejściu naprzeciwko konsjerż w paradnej czapce i mundurze z czerwonymi wyłogami. Zaparkowane przy ulicy najnowsze modele Audi, Volvo i Maserati. Na bogato.

Gmach Muzeum Haarlem mieścił się kilkanaście metrów dalej. Nad przysadzistym budynkiem z piaskowca wyrastała wieżyczka przypominająca latarnię morską. Wszędzie widać było kamery. Niezły azyl dla Vermeera.

Recepcjonistka na dole obrzuciła go bacznym spojrzeniem.

– Nazywam się Adam Berg. Jestem umówiony z dyrektorem Neskeensem.

– Oczywiście. Proszę dać mi chwilę… – Sięgnęła po słuchawkę telefonu.

Berg powiódł wzrokiem wokół. Granitowy hol, marmurowa kopia greckiej rzeźby z szeroko rozłożonymi skrzydłami i czujny strażnik niespuszczający oczu z przybysza.

– Zgadza się. Dyrektor już na pana czeka. – Kobieta nacisnęła przycisk otwierający bramkę.

Dyrektor Neskeens przyjął go w gabinecie na piętrze. Na widok gościa natychmiast podniósł się z fotela. Czterdziestolatek ze szczerym uśmiechem i wysportowaną sylwetką, wypracowaną zapewne w jakimś klubie lub na korcie tenisowym.

– Witamy w Amsterdamie, panie Berg. – Mocno uścisnął rękę dziennikarza. – Był pan już kiedyś w Holandii?

– Owszem, ale dawno temu.

– Pewnie przyciągnęły pana nasze muzea i zabytki?

– Niekoniecznie. Raczej tanie zioło.

– Ach tak. – Neskeens rzucił mu szybkie spojrzenie. – Tym nie mogę służyć, ale może napije się pan dobrej holenderskiej kawy?

– Chętnie.

Jeśli Berg spodziewał się tradycyjnego pokoju w stylu retro, pełnego rzeźbionych mebli, dywanów i dzieł sztuki, to spotkało go miłe rozczarowanie. Gabinet Neskeensa był wręcz minimalistyczny. Nowoczesne meble, szkło, metal i kilka kubistycznych, designerskich foteli pokrytych kolorową skórą. Muzem Haarlem kolekcjonowało sztukę starych mistrzów, ale w tym pomieszczeniu Neskeens najwidoczniej hołdował własnym, bardziej współczesnym gustom. W rogu stała sztaluga z obrazem przykrytym szarym płótnem.

Sekretarka wniosła dwie filiżanki kawy na tacy i już po chwili Berg smakował gęsty napar. Tego mu właśnie było trzeba; źle spał w nocy przed tą nieplanowaną podróżą.

– Dziękuję, że pan przyjechał – zaczął Neskeens, zakładając nogę na nogę. – Mam nadzieję, że przekonam pana do współpracy. Bardzo nam na tym zależy.

– Niczego nie obiecuję – odpowiedział ostrożnie Berg.

– Jasne. Przejdę od razu do rzeczy. Przekażę tylko to, co najważniejsze. Resztę znajdzie pan w specjalnie przygotowanym na tę okazję dossier. – Wskazał ręką na skórzaną teczkę leżącą na stole.

– Bardzo mi to odpowiada.

– To świetnie, lubię konkretnych ludzi.

– Zamieniam się w słuch.

– Trzy miesiące temu podczas prac inwentaryzacyjnych w magazynie muzeum dokonaliśmy zaskakującego odkrycia. Blejtram jednego z siedemnastowiecznych obrazów był od spodu zakryty modrzewiowymi deskami. Gdy konserwatorzy je usunęli, okazało się, że znajduje się pod nimi jeszcze jeden obraz. Niewielki olej na desce o wyraźnie zamierzchłej proweniencji. To było dla nas całkowite zaskoczenie, dzieło to nie znajdowało się w żadnych spisach inwentaryzacyjnych, a te prowadzimy skrupulatnie od końca dziewiętnastego stulecia. To jednak był dopiero początek niespodzianek. Konserwatorzy oczyścili powierzchnię, malunek był ciemny i trochę zanieczyszczony. I wtedy naszym oczom ukazało się dzieło niezwykłej rangi artystycznej, o motywie dobrze nam znanym i jednocześnie wskazującym na Vermeera.

– To śmiała teoria – stwierdził sceptycznie Berg. – Obaj wiemy, że Vermeera fałszowano, i to niejeden raz. Zresztą nie tylko jegoII.

– Oczywiście, siedzimy w tym biznesie od pokoleń, panie Berg. I jesteśmy w Holandii, ojczyźnie wielkiego mistrza. Dlatego poddaliśmy znalezisko kompleksowym badaniom specjalistycznym i dendrologicznym, prześwietlono je także lampą UV. Przeanalizowano skład użytych farb, odnaleziono szczątki borsuczego włosia w pędzlu. Konkludując, badania te potwierdziły siedemnastowieczne pochodzenia zarówno farb i deski, jak i drewna z ramy obrazu. I co najważniejsze: styl oraz temat płótna wskazują niezbicie na wielkiego Vermeera. Zresztą proszę samemu spojrzeć.

Holender wstał, podszedł do sztalugi i zdjął zakrywające obraz płótno.

Berg drgnął zaskoczony. Malunek był niewielkich rozmiarów, ale niezwykłej urody i bardzo vermeerowski, zarówno w kompozycji, jak i w kolorystyce. Świadczyły o tym typowe pigmenty i rozjaśnienia, nadające płótnu tak charakterystyczną dla prac malarza świetlistość. Uwagę przyciągał jednak przede wszystkim główny motyw. Pochylona kobieta w lewym ręku trzymała złoty flet, a na głowie miała trójkątny kapelusz.

– Gdzieś już widziałem podobny motyw – powiedział Berg, nie kryjąc fascynacji.

– Rzecz jasna. Bardzo przypomina Dziewczynę z fletem znajdującą się w National Gallery of Art w Waszyngtonie. Te same temat, kolorystyka, układ ciała, nawet wymiary: dwadzieścia cztery na dwadzieścia centymetrów są prawie identyczne.

– Z tego, co pamiętam, w ostatnich latach pojawiły się wątpliwości, czy ten obraz to prawdziwy Vermeer.

– Owszem, dzisiaj mówi się że „amerykańskie” płótno wyszło raczej z pracowni mistrza, ale to nie wyklucza przecież oryginalności naszego znaleziska.

– To prawda. Motyw jest jak najbardziej vermeerowski – zgodził się Berg. – Zwłaszcza że ta dziewczyna do złudzenia przypomina postać z innego obrazu mistrza. Chodzi mi o Dziewczynę w czerwonym kapeluszu. Kobiety na obu obrazach są podobne i możliwe, że przedstawiają nawet tę samą modelkę.

– My też to zauważyliśmy. Oczywiście pochodzenie naszego znaleziska nie jest jasne. Obraz nie był sygnowany. Być może został kupiony od Vermeera przez Pietera Claesza van Ruijvena, a może wchodził w skład kolekcji Jacoba Dissiusa.

– Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Oczywiście nie mogę przesądzić, że to naprawdę oryginał, ale ten obraz jest tak cholernie vermeerowski, że ktoś musiałby się bardzo napracować, aby powstało takie właśnie nieodparte wrażenie. Rzecz jasna, aby zyskać stuprocentową pewność, potrzebne będą dalsze specjalistyczne badania.

– To oczywiste. Właśnie to robimy, panie Berg. I jesteśmy pewni wyników przeprowadzonych dotychczas analiz. Podpisali się pod nimi najlepsi specjaliści w dziedzinie farbiarstwa, dendrologii, konserwacji zabytków i badań światłem ultrafioletowym. Dysponujemy także pisemną ekspertyzą największego autorytetu od twórczości Vermeera, profesora Fransa Klijstersa. Mamy do czynienia z przełomowym odkryciem, panie Berg.

– Coś o tym czytałem w sieci, jeszcze przed przyjazdem do Amsterdamu, ale doniesienia na ten temat były bardzo lakoniczne.

– To nasza świadoma polityka. Czekaliśmy na pełny raport rzeczoznawców i opinię profesora Klijstersa. Mamy je w rękach dopiero od tygodnia. Na drugim planie trwały już jednak szeroko zakrojone przygotowania. Odnalezienie nowego Vermeera to zarówno dla naszej placówki, jak i dla całego kraju prawdziwe święto. Vermeer van Delft jest jednym z symboli Holandii, twórcą, który wszedł do popkultury. Na targach w Amsterdamie czy Rotterdamie sprzedaje się T-shirty z wizerunkiem jego Dziewczyny z perłą. To kulturowa ikona, dowód na nasz wkład w historię sztuki i światowego dziedzictwa. Zaplanowaliśmy na lato uroczyste otwarcie wystawy poświęconej temu wydarzeniu. Ma ją otworzyć sam król Wilhelm-Aleksander. W druku jest specjalny album, wyprodukowano też film promocyjny.

– Cudnie. Do czego w takim razie ja jestem wam potrzebny?

– Dobre pytanie. – Neskeens przetarł czoło chusteczką. – Otóż cały ten misterny plan może spalić na panewce po tym, jak otrzymaliśmy list od Theo Sommersa. To niegdyś popularny dziennikarz, a obecnie raczej przygasła gwiazda. Twierdzi, że dotarł do faktów, które mogą podważyć przekonanie o oryginalności naszego Vermeera.

– Szantażuje was?

– Na razie nie, ale nie wiemy, do czego jest zdolny.

– Czego w takim razie chce?

– Domaga się odwołania całej fety i dokładnego sprawdzenia posiadanej przez niego dokumentacji. Twierdzi, że nie dopuści do, jak to zgrabnie ujął, „narodowego szalbierstwa”.

– Co to za dokumentacja? I jakie miejsce zajmuje w niej mój dziadek, Christian Abell, o którym wspomniał pan w naszej rozmowie? Zdaje pan sobie sprawę, że przyjechałem tu głównie z uwagi na jego osobę?

– Sommers twierdzi, że dotarł do korespondencji pozostawionej przez Hana MeegerenaIII…

– Tego Meegerena?

– Tak, genialnego fałszerza obrazów, być może największego w historii. Przez lata podrabiał obrazy Vermeera i był arcymistrzem w swoim fachu. Kopiował te dzieła w sposób tak doskonały, że za oryginały uznali je najwięksi znawcy przedmiotu. Zbił ogromny majątek na tych fałszerstwach, a dobra passa skończyła się dopiero wtedy, gdy po wojnie oskarżono go o kolaborowanie z Niemcami.

– Znam tę historię, przynajmniej z grubsza. Han van Meegeren sfałszował przynajmniej kilka obrazów Vermeera. Skąd przekonanie, że nie przyłożył ręki także do podrobienia waszej Dziewczyny z fletem?

– Po pierwsze dlatego, że posiadane przez nas ekspertyzy temu przeczą. Fakt, iż jakiś facet, nawet genialny, sfałszował przed osiemdziesięciu laty kilka płócien Vermeera, nie oznacza wszak niejako automatycznie, że każdy odnaleziony później obraz wielkiego mistrza musi być podróbką. Takie odkrycia się przecież zdarzają, na rynek co jakiś czas wypływają nieznane lub zapomniane dzieła nawet takich mistrzów jak van Gogh czy El Greco, odnaleziony, z tego co pamiętam, w Polsce7.

– Tego nie neguję – rzucił Berg.

– Po drugie – kontynuował niewzruszenie Neskeens – z dokumentacji, na którą powołuje się Sommers, wcale nie wynika jednoznacznie, że chodzi o Dziewczynę z fletem, choć nasz antagonista ma na ten temat inne zdanie.

– Mieliście dostęp do tych dokumentów?

– Udostępnił nam kilka urywków, ale nie całość. Obiecał, że zrobi to wtedy, gdy uznamy jego rację i przyślemy swojego rzeczoznawcę. Chcemy, aby to pan nim był.

– Nie odpowiedział mi pan na pytanie, jakie miejsce w całej tej historii zajmuje mój dziadek?

– Być może najważniejsze. Dlatego właśnie pomyśleliśmy o panu. Jeden z naszych współpracowników jest polskiego pochodzenia. Zna pańskie dokonania, opowiedział nam, że poszukuje pan zaginionych w czasie dzieł sztuki. Zapytaliśmy też o opinię pana Ohma, który jest jednym z szanowanych fundatorów naszej fundacji, a on wyraża się o panu w samych superlatywach. To zdecydowało. Pomyśleliśmy, że ten węzeł gordyjski najszybciej rozsupła ktoś, kogo łączą z Christianem Abellem więzi rodzinne.

– Nawet go nie poznałem. Jestem synem jego drugiej córki, urodziłem się już w Polsce.

– Szkoda, ale to nie zmienia istoty sprawy. Potrzebny nam ktoś spoza holenderskiego podwórka: obiektywny i kompetentny, kto przeprowadzi dziennikarskie, a nie policyjne śledztwo i rzetelnie ustali, czy zarzuty Sommersa są zasadne, czy też nie. Takie sprawy lubią ciszę i dyskrecję. Nie wiem, czy to optymalne rozwiązanie, ale nie mam na podorędziu lepszego. Napiszę panu na kartce sumę, jaką oferujemy za poprowadzenie tego dochodzenia. Nie musi pan odpowiadać od razu.

Mówiąc to, Holender sięgnął po leżący na stole blankiet i zapisał kwotę.

– To duża kasa – odpowiedział Berg, biorąc kartkę do ręki.

– Mówiłem, że będziemy szczodrzy. Zależy nam na czasie. Musimy w ciągu dwóch tygodni poznać prawdę. Oczekujemy podpisania klauzuli poufności. Niezależnie od tego, jakie będą ostatecznie konkluzje tego śledztwa, muszą one pozostać wyłącznie do naszej wiadomości.

– Czyli mam wykonać czarną robotę, a potem jakby mnie w ogóle przy tym nie było?

– Można to tak ująć. Proszę przemyśleć to, co powiedziałem, i przestudiować dossier. Oczekujemy na odpowiedź do jutra rana. Nie później. Goni nas czas.

– Odezwę się.

– A w wolnej chwili niech pan zwiedzi Amsterdam. To piękne, przyjazne miasto.

– Już się o tym przekonałem. Jest takie zwłaszcza o poranku.

4.

Mężczyzna w szarym Audi A8 odłożył laptop na siedzenie. Urządzenie podsłuchowe działało doskonale, słyszał każde zdanie z rozmowy Neskeensa prowadzonej w gmachu muzeum, który widział przez tylną szybę samochodu. Sprawdził, czy plik cyfrowy się zapisał, i sięgnął po komórkę.

Rozmowa telefoniczna była krótka, prowadzona językiem skrótów, jasnych jedynie dla samych rozmówców.

– Wujek miał gościa. Mamy kolejnego chętnego do brydża.

– A więc jednak.

– Gość nie jest jeszcze do końca przekonany, czy zasiądzie do gry. Ma czas do jutra.

– Kto to?

– Obcokrajowiec. Dane wysyłam w odrębnym pliku.

– Zawodowiec?

– I tak, i nie. Jednak na pewno bym go nie lekceważył.

– Jasne. Padło nazwisko naszego Sherlocka?

– Tak, wujek wskazał go jako główny problem. Gość ma zbadać sprawę, przekazali mu do lektury stosowne materiały.

– Wszystkie?

– Nie, tylko te, które otrzymali od Sherlocka.

– Miej oko na obiekt. Technika działa?

– Bez zarzutu. To dobry sprzęt, pozyskany od przyjaciół z zagranicy.

– Melduj jutro, co i jak.

– Okej.

Przypisy końcowe

I Edda Göring rzeczywiście trafiła na krótko do sierocińca. Nigdy nie wyparła się ojca. Jej ojcem chrzestnym był sam Adolf Hitler. Przez długie lata kobieta walczyła w sądach o zwrot kolekcji obrazów ojca, ale roszczenie to zostało odrzucone. Twierdziła, że Göring nie był fanatykiem, a jego problemem była zbyt wielka lojalność wobec Hitlera. Edda zmarła w 2018 r. w wieku 80 lat. https://buzz.gazeta.pl/buzz/7,156947,29982519,edda-goering-rozpieszczona-corka-marszalka-iii-rzeszy-perspektywa.html.

 

II Amerykański „Newsweek” twierdził, że spośród 2500 prawdziwych dzieł, które namalował Jean Baptiste Camille Corot, tylko w samych amerykańskich zbiorach jest ich… 7800. Na podstawie: F. Wynne, To ja byłem Vermeerem, Rebis, Poznań 2023, str. 10.

 

III Postać historyczna. Han van Meegeren, właściwie Henricus Anthonius van Meegeren (Deventer 1889–1947 Amsterdam) – holenderski malarz, jeden z najwybitniejszych fałszerzy w dziejach. Obrazy holenderskich mistrzów XVII w. (przede wszystkim Jana Vermeera) fałszował w sposób tak doskonały, że wybitni znawcy uznali je za oryginały. Już jako student van Meegeren żywił przekonanie o wyższości malarstwa dawnych mistrzów nad sztuką współczesną. Mimo początkowych sukcesów artystycznych malarz został wkrótce skrytykowany i uznany za zdolnego jedynie do kopiowania i naśladowania, a nie tworzenia oryginalnych dzieł. Van Meegeren, przekonany, że krytycy zniszczyli jego karierę, postanowił w akcie zemsty sfałszować dzieła jednego z najwybitniejszych holenderskich malarzy XVII w. – Jana Vermeera. Po kilkuletnich przygotowaniach i próbach pierwsze dzieło, które zdecydował się sprzedać (Wieczerza w Emaus), zostało uznane przez ówczesny autorytet – Abrahama Brediusa – za oryginał i sprzedane jednemu z muzeów. Po pierwszej udanej sprzedaży falsyfikatu van Meegeren stworzył jeszcze kilka płócien uważanych za oryginały. Łącznie udało mu się sprzedać co najmniej sześć rzekomych dzieł Vermeera i dwa Pietera de Hoocha. Jego historia jest wymownym przykładem, jak ambicja, talent oraz brak uznania i odrzucenie przez środowisko mogą stać się motywem do popełnienia oszustwa na światową skalę. https://galeriazak.pl/pl/p/Han-van-Meegeren-Dziewczyna-z-roza.

Przypisy

* F. Wynne, To ja byłem Vermeerem, przeł. E. Pankiewicz, Poznań 2023, s. 10.

1 Reprezentacyjna rezydencja marszałka III Rzeszy Hermanna Göringa, położona na północny wschód od Berlina w lasach Schorfheide, nazwana tak na cześć jego zmarłej pierwszej żony.

2 Emmy Göring (z domu Sonnemann) – niemiecka aktorka, druga żona Hermanna Göringa.

3 Walter Andreas Hofer (1893–1975) był niemieckim handlarzem dzieł sztuki, głównym agentem  i dyrektorem jego kolekcji. Odgrywał kluczową rolę w nazistowskim rabunku dzieł sztuki podczas .

4 Stały most na granicy Amsterdam-Centrum i Amsterdam-Zuid w Dzielnicy Muzeów.

5 Rijksmuseum (hol. Muzeum Państwowe) – holenderskie muzeum narodowe w Amsterdamie na Museumplein, z bogatymi zbiorami największych mistrzów malarstwa.

6 Historia opisana w poprzednim tomie pt. Kamień tunguski, Skarpa Warszawska 2024.

7 Dzieło, odkryte przypadkowo w 1964 r. w Kosowie Lackim, znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Diecezjalnego w Siedlcach.

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Marcin Labus

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Krzysztof Bochus, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302460

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Przypisy końcowe

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści