Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Krew, zdrada i tajemnica.
Pierwsze wspólne śledztwo radcy Abella i wachmistrza Kukułki.
Grudzień 1929, czas Wielkiego Kryzysu. W Wolnym Mieście Gdańsku bez śladu znikają młode, atrakcyjne kobiety. Wszystkie są biedne i pochodzą z nizin społecznych. Śledztwo prowadzi młody radca Abell. Kierownictwo Kripo do pomocy przydziela mu doświadczonego policyjnego wygę - wachmistrza Kukułkę.
Obaj policjanci są tak różni od siebie jak woda i ogień. Początki współpracy nie są więc łatwe. Zwłaszcza, że w tym śledztwie nic nie jest oczywiste, a pytań jest więcej niż odpowiedzi. Chodzi o obsesyjny seks, seryjne morderstwa, handel żywym towarem - a może o coś więcej?
Gdzie szukać klucza do rozwiązania zagadki? Członkowie tajnej sekty, oszalali naukowcy eksperymentujący z ludzkim ciałem, zakonnice, które minęły się z powołaniem, szmuglerzy trzęsący gdańskim portem… Kto skrywa prawdę? A może jest ona bardziej okrutna niż podejrzewa Abell? I czy może w pełni zaufać Kukułce?
Na drugim planie sugestywny obraz miasta walczącego o przeżycie oraz pieczołowicie oddany klimat tamtych niezwykłych lat.
Rasowy thriller kryminalny z najwyższej półki. Literacka uwertura do bestsellerowej serii z radcą Abellem
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 341
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe. Autor, korzystając ze swojej licentia poetica, starał się oddać realia opisywanych miejsc, ale tylko w takim zakresie, na jaki pozwalała fabuła powieści.
Gdzieś w Danzig
Dziewczyna z przerażeniem wpatrywała się w jutowy worek. Był obślizgły od brudu i śmierdział zwierzęcymi odchodami. Nie to było jednak w nim najbardziej przerażające. Ten worek żył, wybrzuszając się co chwila w najmniej spodziewanych miejscach. Wiedziała, że znajdujący się w środku szczur prędzej czy później przegryzie tkaninę i wydostanie się na zewnątrz. A wtedy naprawdę zostanie z nim sam na sam.
Zamknęli ją w tej komórce, dusznej i ciasnej, kilka godzin temu. Rzucili nią o klepisko jak workiem kartofli. To miała być kara za jej krnąbrność. Nie tego się po niej spodziewali?
Przygryzła wargi. Trzęsła się z zimna. Miała skrępowane ręce. Przeraźliwy chłód przenikał przez cienkie ściany. Listopad był srogi tego roku. Domyślała się, że przetrzymują ją gdzieś blisko wody. Na Wyspie Spichrzów? Bliżej morza? Dobiegały do niej odgłosy nieodległej przystani: buczki holowników, skrzypienie dźwigów i gwałtowne uderzenia wiatru w jakieś blaszane dachy na nabrzeżu. Kilkadziesiąt metrów od niej zapewne toczyło się normalne życie. Gdzieś w pobliżu gdańszczanie powoli zapełniali małe kafejki i knajpy pachnące olejem i świeżymi rybami. Były światła i gwar. Było życie.
Jej norę wypełniały strach i poszarzała ciemność rozświetlana tylko przez rachityczną żarówkę zawieszoną na gołym kablu pod sufitem. Wpatrywała się w nią z napięciem, modląc się, aby nie zgasła. Miała wrażenie, że te resztki światła stanowią jej jedyną tarczę przed oszalałym gryzoniem kłębiącym się w worku. Wolała nie myśleć, co się stanie, gdy światło zgaśnie, a szczur wydostanie się na zewnątrz.
W tym momencie zauważyła, że w worku pojawiła się dziurka. Mała czarna plamka rosnąca gwałtownie w oczach – zwiastun nadchodzącego nieszczęścia i przerażającej katastrofy. Krzyknęła ze strachu i wtuliła się plecami w ścianę jak najdalej od tego, co nieuchronne. Czuła, jak szamoce się jej serce niczym oślepiony ptak w klatce.
Błysnął wizjer judasza. Usłyszeli jej krzyk. Boże, bądź miłościw, oddal lęki moje… Tylko nie to! A jednak. Światło nagle zgasło, jakby ktoś spuścił ciemność z uwięzi.
Niemal w tym samym momencie oszalały szczur wydostał się na zewnątrz. Poczuła jego zimne pazury na swoim ciele. Musiał być wygłodzony, natychmiast ugryzł ją w szyję, co odebrało jej dech. Jak oszalała próbowała go zrzucić z siebie, ale gryzoń nie popuszczał. Był ogromny, miał wilgotną sierść i cuchnął portowymi kanałami. Wgryzał się żarłocznie w jej ciało, a ona, walcząc z obrzydzeniem i bólem, próbowała go strząsnąć. Bezskutecznie.
Raz nawet udało się jej oderwać gryzonia od siebie, ale ten niemal natychmiast ponowił atak. Tym razem wżarł się w jej łydkę, wyrywając jej kawał ciała. Przeszył ją paraliżujący ból. Jezu! Zaczęła krzyczeć z rozpaczy, a jej wibrujący krzyk obijał się o betonowe ściany, rozpadał się na pojedyncze, tępe głoski i opadał niczym czarny deszcz.
Podciągnęła się do wejścia i w szale zaczęła walić pięściami w drzwi.
– Wypuśćcie mnie! Ratunku!
Gryzoń skoczył jej teraz na plecy. Czuła, jak koszula przesiąka jej krwią.
– Litości!
Dopiero po minucie, która wydała się wiecznością, usłyszała jakiś hałas po drugiej stronie drzwi.
– Czego chcesz, dziwko?
To był głos tego mężczyzny, który zaczepił ją na Breitgasse… Niski i chrapliwy, jakby wydobywał się ze studni…
– Zrobię wszystko, czego chcecie, tylko mnie stąd wypuśćcie! – Głos więzł jej w gardle.
– Na pewno będziesz już posłuszna?
– Błagam! – Domyślała się, co ją czeka. Ale wszystko było lepsze niż ten szczurzy koszmar. Zresztą ona i tak już nie żyła. Jej życie skończyło się tydzień temu, gdy spotkała na ulicy tego mężczyznę o twarzy wiejskiego pastora… Mogła się wtedy nie zatrzymać. I zignorować go. Nie zrobiła tego jednak.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi i przypadła do progu. Spoza strużki światła wyłoniła się ręka jej prześladowcy. Poczuła, jak chwyta ją brutalnie za włosy i wywleka na zewnątrz.
– Czas pospłacać rachunki, dziwko!
Raz, dwa, trzy, giniesz ty
1.
Sobota, 23 listopada 1929
Tak jak się spodziewał, dom stał w mało zamieszkałej okolicy. Niewielki, nierzucający się w oczy, przesłonięty płotem chroniącym go przed wzrokiem obcych. Wręcz idealny na dziuplę. Jego informator rzadko się mylił. W pobliżu znajdował się tylko niewielki bloczek zasiedlony przez robotników ze stoczni Schichaua. Wachmistrz jednym susem przesadził ogrodzenie. Podszedł ostrożnie do domu i zadudnił pięścią w drzwi. Po chwili zastukał jeszcze raz.
– A ty kto? – W judaszu błysnęło przekrwione oko.
– Schutzpolizei1.
– Chuja tam policja. Sam dbam o porządek. Nikogo nie zapraszałem – doleciał go głos zza drzwi.
Kukulka zlustrował przeszkodę dzielącą go od mieszkania. Bez trudu rozwaliłby te stare odrzwia kilkoma kopnięciami, ale to mogłoby ponownie uruchomić ból głowy. Miał gigantycznego kaca i suchy wiór w ustach. Do tego dochodziło – jak zawsze po alkoholu – nie najlepsze nastawienie do bliźnich, takich jak ten gnój odszczekujący się teraz za drzwiami.
Niby wiedział, że nie należy mieszać piwa, nawet najlepszego haberbuscha, z goldwasserem. A jednak wczoraj zaserwował sobie taki koktajl w knajpie przy Neufahrwasser. I teraz łeb mu pękał, nieledwie czuł, jak przelewa mu się płyn mózgowy. Chlup, z lewej na prawo, chlup, z prawej na lewo. Poluzował kołnierzyk. Było mu duszno w listopadzie. Szlag!
– Panie Bursche, wpłynęła na pana skarga. Podobno w pana mieszkaniu śmierdzi gazem.
– Przecież ja, kurwa, w ogóle nie mam gazu. Opalam chałupę kozą.
– No widzi pan, jacy są ludzie. Coś im strzeli do łba i zaraz gnają na policję. Tylko by anonimy pisali. Tak więc to tylko formalność. Rzucę okiem, złożę meldunek i będzie po sprawie.
Odpowiedziała mu długa chwila ciszy. Neandertalczyk dalej zastanawiał się, czy otworzyć? Kukulka odliczył w myślach do dziesięciu. Nadal nic. No trudno. Odsunął się od drzwi na dwa kroki. Na korytarzu śmierdziało moczem. Co za nora, szlag! Chciał ruszyć z impetem, by wyważyć drzwi, gdy nagle usłyszał chrzęst zamka. Nareszcie!
Minął w wejściu otyłego mężczyznę z podgolonym karkiem. Marynarski tatuaż na ręce. Wojskowe buty. Szrama na opasłym ryju. Kukulka rejestrował te szczegóły niejako bezwiednie, z policyjnej rutyny. Po prawej ręce mała kuchnia, stos niedomytych naczyń, rudy zaciek na zlewie. Na wprost pokój dzienny. Stanął na środku pokoju i zmrużył oczy. Południowe słońce przedzierało się przez brudną firankę i raziło mu podrażnione spojówki oczu.
– Koza jest w kuchni – dobiegł go głos zza pleców.
– A towar gdzie trzymasz? – Odwrócił się do Burschego. Tamten dorównywał mu wzrostem. Podkoszulek, kiedyś biały, opinał rosłe bary i węzły mięśni. Mężczyzna łapy miał jak konary.
– Co, proszę? – Bursche stężał, jakby przeszył go prąd.
– Słyszałeś. Sikory, walutę, biżuterię. Bo ty, Bursche, bandyta jesteś. Znaczy się paser.
– Nie przyszedł pan w sprawie gazu?
– No jakoś nie. Wyobraź sobie. Wachmistrz Kukulka. Kripo.
– Mówił pan, że z Schupo. – Tamten czepiał się jeszcze nadziei, że to nieporozumienie.
– Przejęzyczyłem się.
– Napiszę na pana skargę. – Wyrwidąb wycofał się o krok.
– Musiałbyś najpierw nauczyć się pisać. A teraz do rzeczy. Gdzie fanty? Interesują mnie zwłaszcza te z napadu na salon jubilerski Winkelmanna przy Goldschmiedegasse2… Wiewiórki gadają, że maczałeś w tym palce…
– Pierwsze słyszę – nie tracił rezonu Bursche.
– Posłuchaj. Podczas tego napadu postrzelono nie tylko starego Winkelmanna. Zabłąkana kula trafiła dziecko śpiące za ścianą. Dziewczynka została kaleką na całe życie.
– Mnie nic do tego…
– Poza tym jestem słabego zdrowia, Bursche. I mam właśnie migrenę. Okaż obywatelską postawę i oszczędź nam tego całego gówna. Powiedz, gdzie trzymasz trefny towar. Spiszę stosowny meldunek, że interwencja nastąpiła w wyniku anonimowego doniesienia. A potem przymknę cię w areszcie przy Schießstange3, tak żebyś miał alibi, że nie kapujesz i niby odmówiłeś współpracy. Będziesz kryty przed swoimi szefami, że taki twardziel jesteś. No, nie kapujesz na swoich, bynajmniej. Wyprzesz się wszystkiego, wypuścimy cię po kilku dniach. Proste, co nie?
– Pierdol się, psie.
– Jak sobie życzysz. – Kukulka westchnął i jednym, dobrze wycelowanym kopnięciem w podbrzusze zgiął Burschego wpół. Ten po kilku sekundach odzyskał siły, ale było już za późno. Wachmistrz przytknął mu zimną lufę lugera do czoła.
– Nawet o tym nie myśl – powiedział. – Nie zawaham się, bądź pewny…
– Nie użyjesz broni, cieniasie. Musiałbyś za to odpowiedzieć przed sądem. Nie odważysz się. – W oczach Burschego nie widział strachu, raczej zimną determinację. I nienawiść.
– Masz rację, szkoda kuli na takiego świniopasa – powiedział Kukulka i niespodziewanie uderzył mężczyznę kolbą rewolweru w skroń. Bursche zwalił się na podłogę jak worek cementu.
Wachmistrz chwycił go za nogi i dowlókł do łazienki. Znowu poczuł, że ma głowę. Chlup, z lewej na prawo, chlup, z prawej na lewo. Jezu! Co za klaustrofobiczna dziura. Koszula kleiła mu się od potu. Chwycił pasera za włosy i wsadził mu łeb do muszli klozetowej.
Pociągnął za spłuczkę, obserwując z zainteresowaniem, jak ruda ciecz wypełnia muszlę. Poczekał cierpliwie, aż tamten odzyska przytomność i zachłyśnie się wodą. Trzymał w żelaznym uścisku wierzgające ciało. Bursche walczył jak dzikie zwierzę schwytane w potrzask, kopiąc na wszystkie strony i wierzgając, ale wachmistrz nie zwolnił uścisku. Dwadzieścia, trzydzieści, wystarczy! Wyciągnął ociekający wodą czerep na kilka sekund i ponownie wcisnął go do muszli. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć… Poczuł, że ciało sflaczało. Mógłby przytrzymać tego gnoja jeszcze kilka sekund. I uwolniłby to parszywe miasto od darmozjada i urodzonego bandyty. O jednego skurwysyna z czarnym podniebieniem byłoby mniej… Ale rozsądek podpowiadał mu, żeby tego nie robić. Przynajmniej nie w taki głupi sposób. I tak miał już przesrane na Karrenwall… Posner znowu oskarżyłby go o „stosowanie przemocy i środków nieadekwatnych do sytuacji”, cokolwiek znaczyła ta biurokratyczna nowomowa.
Bursche łapczywie nabierał powietrza. Oczy wychodziły mu z orbit. Wyglądały jak ebonitowe kule siłą wetknięte w cofnięty oczodół.
– Będziesz teraz bardziej rozmowny? – Kukulka potrząsnął nim brutalnie.
– Wypuścicie mnie z aresztu? – wycharczał Bursche.
– Przecież obiecałem.
– W domu nie trzymam nic. Fanty są w zabetonowanej studni w ogrodzie, pod gołębnikiem. Nigdy byście ich nie znaleźli…
– No i pięknie. Daj rączki, założę ci obrączki.
– Po co, mówię prawdę…
– Muszę sprawdzić.
Wrócił po kilku minutach, przytupując z zimna.
– Mówiłem ci, że jestem dzisiaj niedysponowany, Bursche, prawda? Mówiłem. A ty zamiast okazać choć trochę ludzkiego współczucia, lecisz sobie ze mną w chuja. Liczyłem, że pomyślisz tak: pan wachmistrz ma globusa, a jednak przyszedł do mojej zaszczanej nory, aby bronić sprawiedliwości w naszym pięknym mieście. Mógłby sobie pójść do teatru na ten przykład, przygruchać jakąś gorącą wdówkę, ale nie, on woli ciężką harówę w służbie obywateli. A ty jak się zachowujesz? Robisz ze mnie wała. W studni na wabia zostawiłeś walizeczkę, z jakimiś świecidełkami, setką dolarów i dwoma zegarkami. Masz mnie za kretyna? Bardzo mnie zawiodłeś, Bursche, a tak ci dobrze z oczu patrzyło…
– Nie wiem, o czym pan mówi. To wszystko, co mam.
– Jasne. Na szczęście mam plan B. – Kukulka otworzył szafkę kuchenną i po chwili poszukiwań wyjął z niej litrową butelkę bimbru. Wyciągnął korek i oblał alkoholem Burschego. Po kuchni rozszedł się gryzący zapach śliwowicy. – Otwieraj ryja! – rozkazał. Walcząc z oporem pasera, rozwarł mu szczęki i wlał alkohol. Po chwili powtórzył operację. – A teraz pojedziemy na wycieczkę – powiedział.
– Gdzie… – Burschemu plątał się już język, ale rozumiał, jak śmiertelnym niebezpieczeństwem jest dla niego ten dziwny, kostropaty typ z odznaką.
– Zdziwisz się, jak się ockniesz. – Kukulka ponownie zamachnął się kolbą lugera.
Burschego wybudziło uderzenie o jakieś twarde podłoże. Poczuł dziwny zapach wwiercający się w nozdrza. Otworzył oczy. Potrzebował chwili, aby przyzwyczaić je do półmroku. Czuł krew kapiącą mu z czoła. Ach tak, ten bydlak podający się za policjanta. I kto tu był bandytą, kurwa…
Uniósł z wysiłkiem głowę i dostrzegł niewyraźny kształt o jakieś trzy metry od niego, kołyszący się na boki. Ponownie dobiegł go odór sierści i zwierzęcego kału.
– To misio grizzly – dobiegł go głos z góry. – Niedźwiedź północnoamerykański. Jesteś na jego wybiegu. Dałem ci kopa i spadłeś do jego klatki. Misio jest trochę zdezorientowany. Potrzebuje kilkunastu sekund, aby rozpoznać intruza i zaatakować.
– Nieee! – Bursche poczuł, jak ogarnia go paniczny lęk.
– Nie masz dużo czasu, chłopie. Jeszcze mogę cię stąd wyciągnąć, rzucę ci linę, patrz, mam ją przy sobie. Albo zostaniesz tam na dole i ta bestia rozszarpie cię na strzępy. Nikt ci nie pomoże. Zwierzyniec jest już zamknięty. Wiem coś o tym, to mój rejon. Rano prasa napisze o nieszczęśliwym wypadku. Pijany w trzy dupy oliwski moczymorda spadł z niecki i wylądował w legowisku niedźwiedzia. To będzie już trzeci przypadek w tym roku. Pytanie brzmi: gadasz czy nie?
– Powiem wszystko, tylko wyciągnij mnie stąd!
– Gdzie są fanty?
– Wyciągaj mnie, na Boga!
– Dobra, okażę dobrą wolę. Spuszczam linę. Aleś ty ciężki, grubasie, przydałoby się zgubić parę kilogramów. Trzeba marchewki więcej jeść. A teraz czekam na prawdę i tylko prawdę. Jeśli wyczuję jakikolwiek fałsz, puszczam linę. I koniec pieśni. Zrozumiałeś?
Strzęp człowieka czepiający się rozpaczliwie liny zawył żałośnie. Potwór na dwóch nogach ruszył wyraźnie w jego kierunku. Powietrze przeszył teraz ryk wściekłego zwierza.
Kukulka uważnie wysłuchiwał rwanej, pospiesznej spowiedzi Burschego.
– W forcie… Na pewno?
– Przysięgam.
Grizzly stał już na dole. Rozległ się świst rozcinającej powietrze łapy – wielkiej kolczastej łopaty.
– A teraz nazwiska sprawców napadu. Przynajmniej jedno…
– Przecież mówiłeś, że chcesz tylko lokalizację dziupli… – Bursche szarpnął się rozpaczliwie ku górze.
– Skłamałem. Gadaj!
Bursche jęknął. Po chwili było już po wszystkim. Kukulka z trudem wyciągnął pasera na brzeg niecki. Ten ciężko oddychał, nie mogąc powstrzymać drżenia ciała.
– A gdyby ci przyszło na myśl, aby poskarżyć się na mnie na policji… – Kukulka dobitnie cedził słowa. – Pamiętaj, nikt ci nie uwierzy, śmieciu. Poza tym puszczę w miasto cynk, że zdradziłeś – powiedział wachmistrz. – Twoi kompani ci nie darują. Najpierw zostaniesz przecwelowany przy pomocy kija od szczotki. A potem pewnego dnia poderżną ci gardło w aresztanckiej kuchni czy pralni. Rozumiesz?
Bursche skwapliwie skinął głową.
– Do rana masz zniknąć z miasta. Raz na zawsze. Bo ja cię nie lubię, Bursche. Bo ty bandyta jesteś.
2.
Wtorek, 26 listopada, Danzig
Kukulka chuchnął w zgrabiałe dłonie. Nigdy nie lubił dyżurów w siedzibie Kripo przy Karrenwall. Uważał je za stratę czasu. Zdecydowanie przedkładał pracę w terenie ponad ślęczenie w nieogrzewanej i dusznej dyżurce. Jego żywiołem były gdańskie doki, gdzie można było zarobić kosę, ciasne uliczki śródmieścia czy otoczone wątpliwą sławą okolice Hinter Adlers Brauhaus4. Zwłaszcza o zmroku trzeba było tu uważać, aby się nie poślizgnąć na spermie czy porzuconych w bramach kondomach.
Poza tym wczorajszego wieczoru zdecydowanie przesadził. Wypił ze znajomym dozorcą wiadro gorzały, którą zagryzali wędzonymi śledziami. Skończyło się tak, jak musiało: gigantycznym kacem i suchym wiórem w ustach.
Jednak raz na jakiś czas musiał odcierpieć swoje. Tak jak tego wieczoru, gdy zimny wiatr wył potępieńczo w kanionach ulic. Nieliczni przechodnie, przytupując z zimna, spiesznie dążyli do domów. Sięgnął po numer „Danziger Neueste Nachrichten”, który pozostawił jego poprzednik. Przejrzał wyniki sportowe i rzucił okiem na nekrologi. Zniechęcony odłożył gazetę na stół. Nie lubił czytać. Robił wyjątek tylko dla Karola Maya, bo to wielki pisarz był.
Ciekawsze było samo życie: zaskakujące, pełne sprzeczności, często brutalne. Jego uniwersytetem była ulica. Tu zrozumiał, że silniejszy zawsze ma rację. I że nieważne jak – istotne, aby osiągnąć cel. Taka była jego filozofia. Prosta, ale skuteczna. Założenie munduru Kripo nic tu nie zmieniało. Wręcz przeciwnie…
W pierwszej chwili nie zorientował się, że ktoś wszedł na korytarz. Wszystko przez ten wiatr. Odwrócił się dopiero wtedy, gdy usłyszał delikatne pukanie w szybę dyżurki.
Kobieta nie była typową pięknością, przynajmniej według tutejszych kanonów urody. Miała trochę skośne oczy i włosy ścięte na chłopczycę. Emanowała jednak tym rodzajem wdzięku, który zawsze przyciągał mężczyzn. Tego wrażenia nie niwelowało nawet zmęczenie widoczne na jej twarzy: ów ledwie widoczny stempel znużenia zostawiający swój ślad na bladej cerze. Jego uwagi nie uszła też jej kształtna figura. Była wysoka. I schludnie ubrana, choć cienkie palto stanowiło chyba nie najlepszą osłonę przed przejmującym wiatrem na zewnątrz. Wskazał ręką ławkę po przeciwległej stronie dyżurki i kobieta posłusznie usiadła, układając ukośnie nogi. Miała wypastowane buty, tak jakby nie pokonywała trotuaru oblepionego śnieżną breją.
– Dobry wieczór, panie władzo. – Ledwie słyszał jej głos.
– Wachmistrz Kukulka. W czym rzecz, panienko? – Kukulka odchrząknął i wsunął pod biurko swoje zabłocone trzewiki.
– Chciałabym zgłosić…
– Taaak… – Omiótł spojrzeniem jej nogi. Zauważył, że niemal natychmiast ścieśniła je jeszcze bardziej.
– Chciałabym złożyć doniesienie.
– Ach tak. W jakiej sprawie i jak się pani nazywa?
– Marlena Boehm. Pracuję od niedawna jako pomoc domowa u profesora Siegfrieda Lenza. To znany patomorfolog. Lekarz, który bada ludzkie tkanki i narządy…
– Wiem, kto to patomorfolog. Pracuję w policji, panienko – burknął i sięgnął po rejestr zgłoszeń leżący na biurku.
– Oczywiście.
– I co z tym Lenzem? Napastował panią?
– Nie w tym rzecz. – Rzuciła mu spłoszone spojrzenie.
– A w czym?
– Przychodzę trzy razy w tygodniu. Profesor ma dom na Opitzstrasse5. Mieszka sam. Sprzątam mieszkanie, trzepię dywany, robię zakupy według dokładnie przygotowanej listy, takie tam… Już na pierwszym spotkaniu profesor stanowczo zabronił mi zaglądania do jego laboratorium, które mieści się w piwnicy. Drzwi do tego pomieszczenia zawsze są zamknięte na klucz.
– To chyba nic dziwnego – mruknął, zmuszając się, aby znowu nie spojrzeć na jej nogi.
– To prawda. – Miała niski, elektryzujący głos. – Ale pewnego razu profesor zapomniał zamknąć drzwi i pojechał do szpitala na sekcję… Drzwi do piwnicy były uchylone, tak na kilka centymetrów. Sprzątałam właśnie na parterze…
– I zajrzała pani do środka? – Kukulka uśmiechnął się pod nosem. Może i cnotka, ale jaka ciekawska.
– Nie do końca… Nie wiem, po co zeszłam po schodach. Może, aby przymknąć drzwi? Sama nie wiem… Pewnie nie chciałam, aby profesor pomyślał, że miałam okazję zajrzeć w to zakazane miejsce. No, w każdym razie przez szparę w drzwiach zauważyłam, że na regale stoją wielkie słoje, zapewne z formaliną. A w środku pływały dwie ludzkie głowy. Głowy młodych dziewczyn… – Wzdrygnęła się lekko.
– To nic dziwnego. Z tego, co wiem, Lenz jest biegłym sądowym, bierze udział w sekcjach zwłok.
– To nie wszystko. – Na jej policzki wystąpił lekki rumieniec. – W ubiegły piątek profesor podjechał pod dom. Jeździ starym adlerem. Mam wrażenie, że nie spodziewał się zastać mnie w domu. Pewnie zapomniał, że wyjątkowo poprosiłam go, abym mogła posprzątać w piątek, a nie w czwartek. Byłam w spiżarce na parterze. Chciałam się przywitać, ale gdy wyszłam do kuchni, on już był na schodach wiodących w dół do piwnicy. Miał ze sobą jakiś podłużny pakunek owinięty brezentem. Słyszałam posapywanie profesora. Wyglądało to tak, jakby wciągał jakiś fragment ludzkich zwłok…
– A może stojak na ubrania lub jakąś część aparatury? – Kukulka skrzywił się i wzruszył ramionami. Kac znowu się uaktywnił. Rozpalona obręcz od wewnątrz rozsadzała mu potylicę.
– Być może, ale te głowy widziane wcześniej… – Rzuciła mu gniewne spojrzenie.
– Za dużo czyta pani kryminałów, panienko…
– Proszę mnie tak nie nazywać, panie władzo.
– W porządku, panno Boehm. – Wzruszył ramionami. – Profesor na pewno znalazłby odpowiedź na pani wątpliwości. To szanowany obywatel. Być może przeprowadza jakieś doświadczenia naukowe. Obiło mi się o uszy, że wykłada na jakiejś uczelni.
– W każdym razie zaniepokoiło mnie to. Długo się wahałam, nie chcę stracić pracy, potrzebuję jej. Ale te dwie głowy i ten podłużny pakunek… Nie mogę spać z tego powodu.
– I postanowiła pani przyjść z tym do nas? Bardzo dobrze. – Pomyślał, że mogłaby być w worku pokutnym, a i tak domyśliłby się, co się kryje pod spodem. – To wzorowa postawa, panienko, przepraszam, panno Boehm. Ale to za mało, aby niepokoić powszechnie szanowanego profesora. Niech pani przyniesie coś więcej, a zainteresujemy się tą sprawą.
Co miał jej powiedzieć? W tym podupadłym mieście niemal codziennie dochodziło do aktów bezprawia. Tkwił w tym szambie po uszy. Trupy przemytników wyławiane z wody, ofiary rywalizujących gangów, przemycających do portu narkotyki, papierosy i alkohol. Oszalali od gorzały mężowie katujący swoje żony za to, że były. Kurwiące się młode matki, oddające się w bramach marynarzom z portu za kilka groszy ledwie starczających na ciepłą strawę dla ich dzieci…
To był jego parszywy świat. Zaledwie kilka dni temu odcinał ze sznura bezrobotną matkę. Wolała się powiesić, niż oglądać ten skundlony raj, w którym wszystko poszło nie tak. Sznur był zesztywniały od mrozu. Wachmistrz musiał się nieźle napracować, żeby go przeciąć. Uwolnione zwłoki runęły w dół jak zesztywniała kłoda. Ciekawe, gdzie się wtedy podziała dusza nieśmiertelna? Bóg miał akurat wolne?
– I nic pan nie zrobi?
– A niby co?
– Pytam, czy to już wszystko.
– No.
Marlena Boehm ledwie pohamowywała wzburzenie. Widziała bezczelne, taksujące spojrzenia tego gbura. Nie mogła gorzej trafić. Wyglądał na rutyniarza. Miał ospowatą gębę oprycha i oczy czarne jak smoła. Zauważyła, jak chowa pod stołem poobijane knykcie kościstych dłoni. Pobił kogoś? Był antypatyczny, kanciasty i chropowaty. Nie mogła się pozbyć wrażenia, że jej w ogóle nie słucha. Znała takich mężczyzn: brutalnych i niecierpliwych. Traf chciał, że do jednego z nich przyszła z prośbą o pomoc. Paranoja!
– Proszę przynieść mi coś więcej niż tylko domysły, cokolwiek, panno Boehm. – Z trzaskiem zamknął rejestr. – I przyjść ponownie za tydzień, oczywiście, jeśli znajdzie pani jakiś dowód na prawdziwość swoich podejrzeń.
Z zainteresowaniem obserwował, jak Marlena Boehm z godnością, wyprostowana jak struna, wychodzi z dyżurki. Fakt, miała nogi do nieba.
3.
Wtorek, 3 grudnia
Sala odpraw Kripo na drugim piętrze gmachu przy Karrenwall tonęła w kłębach tytoniowego dymu. To miała być już trzecia odprawa tego dnia. I jako ostatnia – najmniej ważna.
Podpierający łuszczącą się ścianę Kukulka pomyślał, że siedzących przy stole oficerów łatwo można dopasować do rzeczywistej rangi i znaczenia. Ci ważniejsi palili cygara, niżsi stopniem zadowalali się papierosami popularnej firmy Jasmatzi. Nie palił tylko jeden z zaproszonych oficerów, którego Kukulka widział po raz pierwszy.
Miał na sobie dobrze skrojony garnitur i lśniące buty. Nie wyglądał na policjanta. Raczej na wschodniopruskiego junkra, który dbałością o strój podkreśla przynależność do swojej kasty. Był młody, ale nie sprawiał wrażenia nowicjusza. Obecność w sali szefa Kripo nie robiła na nim specjalnego wrażenia. Pogrążony był w lekturze notesu w skórzanej – jakże by inaczej – oprawie. Nagle podniósł głowę i spojrzał na Kukulkę, tak jakby wyczuł, że ten go obserwuje. Miał dziwnie jasnoniebieskie oczy i przeszywający wzrok. Kukulka wytrzymał spojrzenie. Wyglądało to na korespondencyjną próbę sił, pomyślał.
Obok nowego przy stole siedziało pięciu innych policjantów. Wszystkich znał, przynajmniej z widzenia.
Najważniejszy z nich był oczywiście wiceszef Kripo komisarz Karl Tapper. Stary policyjny wyga, który z niejednego pieca chleb jadł. Dziwak, skupiony tylko na swojej pracy. Karierę zaczął jeszcze za cesarza Wilhelma II. Miał przy tym łeb jak sklep i pamiętał o najmniejszych szczegółach śledztwa. Z tego powodu podwładni darzyli go respektem; wiadomo było, że starego nie da się oszukać. Żył samotnie, a jego najlepszym – i podobno jedynym – przyjacielem był chart afgański zwany Willym. Jak cesarz.
Obok siedział szef wydziału obyczajowego Hans Posner. Stanowił przeciwieństwo Tappera. Wysoki jak tyczka od fasoli, kunktator o rozbieganych oczach. Krążyły słuchy, że posiadał własne archiwum na każdego, kto coś znaczył w tym mieście. Podobno miał teczki na prawie wszystkich członków Senatu. Kukulka pomyślał, że najciekawsza byłaby teczka samego Posnera. Krążyły plotki, że objął obyczajówkę tylko dlatego, że nienawidził kobiet. Wolał chłopców. I zabawy sadomaso. Wyobrażenie Posnera kwiczącego, smaganego pejczem i ujeżdżanego przez męską dziwkę sprawiło Kukulce wyraźną przyjemność…
Grono uzupełniali lekarz sądowy Martens oraz radcy Pickler i Wappe.
– Panowie! Wezwałem was, aby przeanalizować sprawę, o której od kilku dni trąbi gdańska prasa. – Tapper poluzował guzik w kołnierzyku koszuli. – Pismaki mają używanie, narobiły szumu, i teraz musimy, chcąc nie chcąc, się tym zająć. W przyszłości ktoś powinien wziąć gazety za mordę i ukrócić takie praktyki… Chodzi o tajemnicze, jak piszą, zniknięcie kilku młodych kobiet. Moim zdaniem przyczyny tych zdarzeń mogą być bardziej prozaiczne, ale zostawmy to. Zdecydowałem, że sprawę poprowadzi radca kryminalny Abell. Proszę to potraktować jako wyraz zaufania, panie radco. Jest pan stosunkowo młody stażem, ale doświadczenie zdobywa się w boju. To śledztwo skrojone na pańską miarę. Panie radco, poproszę o meritum, jeśli idzie o dotychczasowe ustalenia.
Abell podniósł się z miejsca. Dopiero teraz wachmistrz zobaczył, że radca na pewno przewyższa go wzrostem. Był szczuplejszy, ale miał ten rodzaj sprężystości, jaką wachmistrz obserwował u bokserów trenujących w klubie policyjnym.
– Panowie! Rozmawiamy o trzech kobietach. Wszystkie młode. Stanu wolnego. Proszę wybaczyć, że przekazuję dane niekompletne, ale informacje o przejęciu sprawy otrzymałem dopiero wczoraj.
– Do rzeczy, Abell. – Tapper ponaglił go protekcjonalnym machnięciem dłoni.
– Sprawa jest świeża, pierwsza z kobiet zaginęła dwudziestego trzeciego listopada, czyli dziesięć dni temu, ostatnia tydzień temu. Tę listę otwiera Hanna Retsch, lat dwadzieścia. Wyparowała po wyjściu z pracy w browarze Fischera przy Weichselstrasse6. Dosłownie wyparowała. Ostatni raz widziała ją przez szybę ekspedientka ze sklepu spożywczego. Panna Retsch była dwieście metrów od domu, w którym wynajmowała mieszkanie, ale nigdy do niego nie dotarła. Druga w kolejności to Sabina Lesser, lat dziewiętnaście. Zniknęła dwa dni później, czyli dwudziestego piątego listopada. Pracowała w cukierni w Sopocie. Pewnego dnia nie przyszła do pracy. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że właśnie tego dnia miała odebrać wypłatę. Właściciel się zaniepokoił, powiadomił policję. I wreszcie ostatnia. Panna Kerstin Wapnitzky. Pomoc kuchenna w knajpie Bei Heidi w Oliwie. Podobna historia. Bardzo starała się o tę pracę. Miała w Marienwerder chorującą matkę, przesyłała jej pieniądze. Tak przynajmniej powiedziała właścicielce. A potem nagle zniknęła bez słowa wyjaśnienia. Stało się to dokładnie dwudziestego szóstego listopada.
– Może wyjaśnienie tej zagadki jest bardziej zwyczajne, niż nam się to wydaje – przerwał Abellowi Posner. – To duże miasto, mieszka tu ponad trzysta tysięcy ludzi. Niemal codziennie ktoś ginie w ten czy inny sposób. Dziewczyny były młode, może ktoś zawrócił im w głowie. Wyszaleją się i wrócą, bo będzie potrzebna forsa na skrobankę…
– Nie wydaje mi się – odpowiedział zimno Abell. – Zaginione wynajmowały za niewielkie pieniądze klitki na mieście. Zidentyfikowałem wszystkie te miejsca.
– Kiedy pan zdążył to zrobić? – zapytał zdumiony Tapper.
– Jeszcze wczoraj, natychmiast po otrzymaniu akt sprawy. Stąd mamy pewność, że kobiety nie porzuciły pracy i nie skorzystały z lepszej okazji. Ich rzeczy osobiste, odzież, a nawet dokumenty pozostały w wynajmowanych kwaterach. Te kobiety rzeczywiście zniknęły. Nawet nie mamy wyraźnych fotografii zaginionych. Te z archiwum danych osobowych są dalece niewystarczające. Ale popracujemy nad tym. Odnajdziemy ich rodziny, może zdobędziemy lepsze zdjęcia.
– To tylko opóźni dochodzenie. – Posner nie wydawał się przekonany. – Lepiej wdrożyć śledztwo, chwycić byka za rogi. Popytać w ich środowisku, miejscu pracy.
– Jedno nie wyklucza drugiego, panie komisarzu – nie dawał się zbić z tropu Abell. – Oczywiście zaczniemy od wizji lokalnej. Lepsze zdjęcia w istotny sposób ułatwią nam jednak poszukiwania. Zwłaszcza że moim zdaniem wygląd i wiek zaginionych kobiet są tu kluczem do rozwiązania tej sprawy.
– Co pan ma na myśli? – Tapper zapalił kolejne cygaro. – Uważa pan, że zniknięcia tych kobiet są ze sobą powiązane? Nie lubię wydumanych teorii spiskowych już na starcie dochodzenia. Nie ma na to żadnych dowodów. Takie hipotezy stawiane na początku śledztwa niepotrzebnie zawężają horyzonty śledcze… A prasa tylko czeka na podobne sensacyjki. Nic nie wskazuje na to, żeby te kobiety się znały. Mieszkały w różnych punktach miasta. Jak powiedział Posner, w Gdańsku corocznie znika bez śladu kilkadziesiąt osób. W większości przypadków kontekst tych spraw jest bardzo prozaiczny. Wyjazd za chlebem do Rzeszy, utonięcia, nagłe, niezidentyfikowane zgony, ucieczka przed dłużnikami lub wymiarem sprawiedliwości. Bardzo prawdopodobne, że mamy do czynienia z podobnymi zdarzeniami. I tylko przypadek zrządził, że wszystkie te trzy kobiety zaginęły w tak krótkim przedziale czasu.
– Te kobiety były nie tylko młode, panie komisarzu. – Abell otworzył swój notes. – Wszystkie stanu wolnego, mieszkające samotnie. Takie niezapisane jeszcze białe karty. Osoby, o które nikt się nie upomni… Zaginione wywodziły się z nizin społecznych. Pracownica browaru, pomoc kuchenna, kelnerka z cukierni. Typowy proletariat miejski, pracowite mrówki utrzymujące nasze miasto w ruchu.
– Sugeruje pan, że mogły paść ofiarą jakiegoś zaplanowanego działania właśnie z uwagi na swój niski status społeczny?
– To tylko robocza hipoteza, żaden pewnik. Wspólnych mianowników jest więcej. Na przykład uroda. Wszystkie były blondynkami w wieku około dwudziestu lat i mówiąc eufemistycznie, kobietami atrakcyjnymi fizycznie. Dlatego potrzebujemy tych zdjęć. Takie kobiety zapadają w pamięć. Łatwiej będzie o nie pytać i ich szukać.
Kukulka w milczeniu przysłuchiwał się tej słownej szermierce. Nie miał przekonania do wywodów radcy Abella. Wydawały mu się zbyt wydumane. Tu był Gdańsk, nie Londyn Kuby Rozpruwacza. Ludzie mordowali z bardzo prozaicznych powodów: pod wpływem gorzały, z zazdrości, dla pieniędzy. W takiej właśnie kolejności. Poza tym nie znaleziono ciał. A tylko one byłyby dowodem na czyjeś zaplanowane działanie… Dopiero teraz przypomniał sobie, że słyszał już o Abellu. W policyjnej kantynie jakiś podpity policjant opowiadał o nowym radcy, że jest zimny jak lód i zawsze ma swoje zdanie. Zwłaszcza z tym ostatnim przymiotem raczej kariery w Kripo nie zrobi…
– Komu mogły wpaść w oko takie robotnicze mrówki? – Tapper wydmuchał kłąb dymu pod sufit.
– Możliwości jest wiele, panie komisarzu. Mógłby to być na przykład jakiś psychopata nienawidzący kobiet. Albo gwałciciel, który zamordował swoje ofiary, aby zatrzeć wszelkie ślady. A może męski „kolekcjoner” uwielbiający młode blondynki i chcący je posiadać na własność. Ktoś, kto miał wystraczająco dużo inteligencji i środków, aby zrobić to bez pozostawienia jakichkolwiek śladów. Nie zakładam, że te kobiety już nie żyją. Nie można wykluczyć, że są przetrzymywane siłą w jakimś odludnym miejscu.
– To śmiała hipoteza – skrzywił się Posner. – Mam nadzieję, że przestrzelona. Mamy na głowie mnóstwo zaległych spraw. Wiele dochodzeń stoi w miejscu. Brakuje nam ludzi i środków. Nawet informatorzy się wykruszają… Chciałbym być dobrze zrozumiany, Abell. Powierzamy panu to dochodzenie, bo prasa wisi nam u gardła. Ale niech pan się z tym szybko uwinie. Mamy inne priorytety.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby w pełni wyjaśnić tę sprawę. – Abell skinął głową. – Będę jednak potrzebował wsparcia. Dwóch doświadczonych policjantów i samochodu.
– Dostanie pan jednego. I tego starego horcha z demobilu. – Tapper zgasił cygaro. Znak, że odprawa dobiegała końca. – Kukulka, wreszcie się pan do czegoś przyda.
Wachmistrz pozostał nieporuszony, jakby ta uwaga nie była zaadresowana do niego. Wiedział, że był w niełasce u Tappera. Komisarz cenił go za skuteczność, przynajmniej tak było do tej pory. Ostatnio jednak ktoś złożył skargę na Kukulkę, obwiniając go o brutalne metody śledcze. Nawet nie wiedział dokładnie, kto go podkablował. Pewnie ten skurwysyn kokainista. Obił mu ryja, a proszek spuścił w kiblu. Nie sądził, że ta gnida się poskarży, a jednak… Ta afera na pewno mu nie pomogła w oczach zwierzchników. Od tej pory czuł się jak pociąg skierowany na boczny tor. Przydzielano mu tylko drobne sprawy. Ta swoista kwarantanna trwała już miesiąc, mimo iż podobno brakowało rąk do pracy…
Początkowo przysłuchiwał się odprawie z wyraźnym znudzeniem. Do tego pękała mu głowa. Właśnie kierowano go pod rozkazy podobnego samotnika w budynku Kripo, jak on sam. Na dodatek przydzielono im drugorzędne, niechciane śledztwo, które kierownictwo najchętniej udupiłoby na samym starcie. Pięknie, szlag!
Jego uwagę pobudziły dopiero dwa zdania wypowiedziane przez Abella. „Psychopata nienawidzący kobiet”… „Kolekcjoner”… Bum, bum. Znowu usłyszał szum własnej krwi.
Podniósł wzrok i ujrzał utkwione w siebie spojrzenie Abella.
– Wachmistrzu! Za godzinę w moim gabinecie.
– Miałem inne plany.
– To je pan zmieni.
4.
Wachmistrz pomyślał, że Abell nie mógł wylądować gorzej. Przydzielony mu pokój przypominał benedyktyńską celę. Niegdyś mieścił się tu magazynek środków czyszczących, z którego korzystały sprzątaczki snujące się jak duchy po ponurym gmaszysku przy Karrenwall. Nadal wszędzie śmierdziało lizolem i terpentyną. Można było odnieść wrażenie, że odór ten wżarł się już na stałe w pokryte liszajami, szare ściany pokoju numer 233. Nic nie pomagało ciągłe wietrzenie i uchylone okno. Zauważył, że siedzący naprzeciwko radca z lubością wciąga świeże powietrze. Przynajmniej mieli ze sobą coś wspólnego – obaj nie lubili smrodu. Niewiele, ale zawsze coś.
– Wyjaśnijmy sobie pewne rzeczy na wstępie. – Abell obrzucił uważnym spojrzeniem podwładnego. – To ja jestem tu szefem. W śledztwie najistotniejsza jest dedukcja i drobiazgowe analizowanie śladów. Dlatego oczekuję skrupulatnego i dokładnego wykonywania moich rozkazów.
Kukulka pokiwał głową. Kolejny szef! W tym gmachu wszyscy chcieli być wodzami plemienia. Tylko Indian od czarnej roboty brakowało. Zresztą czego tu się spodziewać po paniczyku w garniturze, który był więcej wart niż miesięczna pensja Kukulki.
– Czy to jest jasne, wachmistrzu?
– Tak jakby – mruknął Kukulka.
– Dobrze, to bierzemy się do pracy. Zaczniemy od wizji lokalnej. Pojedzie pan do browaru Fischera popytać o Hannę Retsch. Potem odwiedzi pan właścicielkę domu, w którym wynajmowała mieszkanie.
– Czego szukamy?
– Jakiegoś wspólnego mianownika, czegoś, co łączy wszystkie zaginione kobiety, poza faktem, że były młode, samotne i ładne. A to oznacza, że interesuje nas wszystko na ich temat. Musimy wiedzieć, w jakim obracały się towarzystwie, kto je adorował w pracy i poza nią, czy nadużywały alkoholu lub narkotyków, czy się puszczały i czy miały długi… Potem przesłucha pan tę ekspedientkę ze sklepu… Tydzień temu, gdy prasa napisała o zniknięciu Hanny Retsch, sama zgłosiła się na posterunek policji. Jej lakoniczne zeznanie ma pan w aktach sprawy. – Abell podał wachmistrzowi szarą teczkę ze sparciałymi tasiemkami. – Z jej słów wynika, że znała zaginioną – kontynuował radca. – Czasami ucinały sobie pogawędkę. Pewnej niedzieli wybrały się nawet na kawę. Może wiedzieć coś więcej o Hannie Retsch. Szukałem jej wczoraj, ale sklep był zamknięty. Ja poszperam dzisiaj w archiwum policyjnym. Przycisnę naszych informatorów. Może coś słyszeli o zaginięciu tych kobiet. Takie wieści szybko się rozchodzą. Sprawdzę też, czy któraś z pań nie była notowana. Być może podpadł ktoś z ich rodzin… Spotkamy się u mnie jutro przed południem. A potem zajmiemy się pannami Lesser i Wapnitzky.
Kukulka bez słowa skierował się ku wyjściu. Dopiero teraz zauważył, że na ścianie gabinetu Abella wisi herb Wolnego Miasta Gdańska. To była rzadkość w tym gmachu. Oficerowie Kripo nie kochali państewka, któremu powinni służyć. Wolne Miasto miało swój hymn, herb, a nawet walutę. Nie miało tylko swoich obywateli. Większość oficerów Kripo wyraźnie sympatyzowała z Niemcami, a nad ich biurkami wisiał portret Paula von Hindenburga7, a nie prezydenta gdańskiego Senatu. Jeszcze jedno dziwactwo nowego „szefa”, pomyślał i zamknął za sobą drzwi.
Po jego wyjściu Abell pogrążył się w lekturze rozłożonych na biurku materiałów. Jeszcze raz przestudiował je dokładnie, szukając jakichś punktów zaczepienia, jakiejś szpary, w którą mógł wstawić stopę. Zdjęcia, którymi dysponował, były nieostre, ale pewne rzeczy rzucały się w oczy. Hanna – dziewczyna o wybitnej urodzie. Wyraziste oczy, intrygujący uśmiech. Trochę przypominała mu aktorkę z Symfonii zmysłów… Sabina – kształtna, wysoka. Nie wyglądała na pracownicę cukierni. Znając mężczyzn, pewnie długo by tam nie popracowała… I wreszcie Kerstin o oczach ciemnych jak onyks. Na pewno nie była naturalną blondynką. Zauważył ciemne odrosty na jej włosach.
Hanna Retsch, Sabina Lesser, Kerstin Wapnitzky. Co łączyło te trzy młode, piękne kobiety? W jaki sposób sprowokowały zły los? Jeszcze kilkanaście dni temu mogły śmiało zakładać, że przyszłość dopiero przed nimi. Teraz nie miał nawet pewności, czy żyją i czy odnajdzie ich ciała.
Jak wszystkie dziewczyny w tym wieku na pewno marzyły o miłości, dzieciach, rodzinie. Gdzie teraz były? Dwa metry pod ziemią czy w jakiejś norze, modląc się o uwolnienie? Miał świadomość, że w oczach kierownictwa Kripo było to śledztwo drugorzędne. Pewnie dlatego mu je powierzono. Uwagę szefów absorbowało zwalczanie korupcji, przemytu w porcie, nielegalnego handlu walutą. To na tych polach można się było zasłużyć w oczach Senatu, a później wypiąć pierś po medale. Kto miał się upomnieć o te trzy dziewczyny? Może tylko on sam?
1 Schutzpolizei, w skrócie Schupo – policja porządkowa, formacja policyjna utworzona w 1921 roku dla zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom Wolnego Miasta Gdańska.
2 Obecnie ul. Złotnicza – ulubiona uliczka gdańskich złotników i jubilerów.
3 Obecnie ul. Kurkowa. Mieścił się tam znany areszt policyjny.
4 Obecnie ul. Browarna.
5 Obecnie ul. Elizy Orzeszkowej w Gdańsku.
6 Obecnie ul. Starowiślna w Nowym Porcie.
7 Prezydent Niemiec w latach 1925–1934.
Redakcja i korekta
Anna Mieczkowska
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2020
© Copyright by Krzysztof Bochus, Warszawa 2020
Wydanie drugie, 2026
ISBN: 9788366644175
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział I
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
